2025.11.08-09 Savannah, GA & Congaree NP, SC

Czasem fajnie jest wrócić do miejsca gdzie się już było, innym razem człowiek może się rozczarować. Od czterech lat piałam pochwały na temat Savannah, miasteczka w stanie Georgia. Naprawdę miasteczko zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Takie portowo-fabryczne, mające ponad 200 lat miasteczko z dużą ilością dobrych restauracji. Czego chcieć więcej? Może tylko jeszcze muzyki na żywo.

Darek nigdy nie był ani w Georgia ani w Savannah więc jak tylko przyszła okazja to bez zastanowienia kupiliśmy bilety.

Docelowo lecimy do naszych przyjaciół do Charlotte ale ponieważ do Charlotte bilety są dość drogie to lecimy do Savannah, tam spędzamy noc i wypożyczonym samochodem jedziemy do Charlotte.

W Stanach rząd jest zamknięty. Niestety pajacyki w DC się nie mogą dogadać co do budżetu kraju i wiele rzeczy nie działa tak jak powinno. Ogólnie jakoś tego nie odczuliśmy ale parę dni temu powiedzieli, że linie lotnicze muszą zredukować loty o 10%. Mieliśmy nadzieję, że nie padnie na nas i na szczęście się udało. Bez opóźnień dotarliśmy do Savannah w samo południe.

Savannah położona jest nad samą rzeką (Savannah River) i może nie byłoby w tym nic dziwnego ale właśnie tu rzeka wchodzi do oceanu i dzięki temu Savannah stała się trzecim co do wielkości portem w USA. O Savannie pisałam parę lat temu kiedy to spędziłam tam więcej czasu i miałam możliwość się trochę wyedukować.

Teraz tą wiedzę próbowałam przekazać Darkowi, ale chyba z marnym skutkiem. Jednak zawód przewodnika jest z jakiejś przyczyny. Żeby jednak wprowadzić Darka w klimat XVIII portu zabrałam go prosto z hotelu na deptak wzdłuż rzeki.

W zależności od każdego wyobraźni można uznać, że to jakieś stare opuszczone, nie wyremontowane budynki. Ale można też sobie wyobrazić jak w XVIII wieku toczył się tu handel, życie i wszystkie z tym zwiazane przyjemności.

Ja osobiście lubię sobie wyobrażać ten gwar uliczny, to picie w tawernach i targowanie się o każdy produkt.

Im dalej od rzeki tym bardziej bogate miasto. Druga część miasta to parki, rezydencje magnatów od bawełny no i oczywiście restauracje.

Głodni to my nie byliśmy jeszcze więc na początku wzięłam Darka po starych śmieciach.

Cztery lata temu bardzo spodobał mi się bar na dachu JW Marriott’a. My mieszkamy w zwykłym Marriocie więc mały spacerek był konieczny ale też zalecany. Niestety jak szybko tam weszliśmy tak szybko wyszliśmy. Jakoś nie było klimatu w ogóle. Jakby czekali i przygotowywali się do jakiejś większej imprezy z DJ.

Druga miejscówka też zapamiętana z zeszłego razu zaskoczyła mnie pozytywnie. Browar “Service” nie tylko miał bardzo smaczne piwko, miłą obsługę ale też muzykę na żywo. Ta muzyką dostali plusa. Siedzieliśmy dopóki grała muzyka. Na szczęście tak długo nie grała i wyszliśmy z baru o własnych siłach.

Dwie kolejne miejscówki były polecone cztery lata temu przez przewodników ale nie załapały się na odwiedzenie przez nas. Pierwsza to Dom Piratów (Pirates’ House). Pirates’ House wygląda jak jakaś rudera do której lepiej nie wchodzić. Ale rudera całkiem dobrze się trzyma bo ma już prawie 300 lat. Aktualnie restauracja powstała w najstarszym domu w stanie Georgia. Herb House (Dom Ziół) wybudowany został w 1734. Ogólnie historia Sawanny sięga lat 1733 kiedy to pierwsi kolonizatorzy przybyli w te rejony. Początkowo był to dom ale w 1753 roku został on przerobiony na zajazd gdzie zmęczeni żeglarze i piraci mogli odpocząć przy czymś z procentami. To tutaj właśnie wymieniane były historie żeglarzy którzy podróżowali przez Singapur, Bombaj czy Londyn. Musiało się tu dziać. Podobno do dziś jest tunel z domu (a dokładnie piwniczki z rumem) do rzeki gdzie wynoszono do statków tych co już nie mogli dojść o własnych siłach.

W książce “Wyspa Skarbów” Robert Louis Stevenson też wspominał Pirates’ House.

Tis said, old Captain Flint, who originally buried the famous treasure on Treasure Island, died at the Pirates’ House in an upstairs room.
— Treasure Island

Podobno do dziś niektórzy twierdzą, że widują ducha kapitana Flint’a. Bo duchów w Savannah jest dużo. Podobno jest to najbardziej nawiedzone miasto w Stanach na pewno a czy na świecie to nie wiadomo.

Niestety dziś Dom Piratów nie wywarł na nas wrażenia. Piraci zostali zastąpieni panienkami świętującymi wieczory panieńskie, a dobry rum z piwniczki został zastąpiony Heinekenem w butelce. I właśnie w tym momencie poczułam trochę rozczarowanie. Może z każdym miastem jest tak, że trzeba dopasować plan do wieku i ekipy? W Nowym Orleanie mamy podobnie, pierwszy raz był dla małolatów, drugi dla poważniejszych ludzi którzy przy whiskey słuchają Jazz’u… Tak więc poszukiwaniu czegoś dla bardziej “dojrzałych ludzi” w Savannah, poszliśmy do Olde Pink House.

Kolejny stary dom… XVIII-wieczny budynek pierwotnie był domem Jamesa Habershama Jr, bogatego plantatora bawełny. No bo tutaj całe bogactwo i tragedia ma w tle bawełnę. Wybudowany w 1771 roku dom początkowo miał białe ściany ale z czasem cegły zaczęły “krwawić” przez tynk, nadając mu charakterystyczny różowy odcień. I stąd nazwa Stary Różowy Dom. W swojej długiej historii dom pełnił różne funkcje – był rezydencją, siedzibą banku, a dziś mieści elegancką restaurację i tawernę.

Kolacja była wyśmienita. Co prawda rezerwację trzeba robić tak z miesięcznym wyprzedzeniem ale warto. Po kolacji zeszliśmy na dół do Tawerny. Tam to dopiero był klimacik. Zdecydowanie polecam zjeść kolację na górze, w otoczeniu starych portretów przy i kominku przy którym siedzieli magnaci XVIII wieku. Natomiast po kolacji jak najbardziej trzeba odwiedzić bar w podziemiach.

Oczywiście siedliśmy przy barze i poznaliśmy jakiś innych turystów, którzy jednak nie mieli szczęścia i obiad musieli jeść na dole. Jedzenie to samo ale klimat jednak inny. Taverna ma klimat relaksu przy drinku i cygarze (jak można było palić - teraz na szczęście nie można). A czas umilała nam muzyka na żywo. Fajne pianinko i solistka z zabójczym głosem. Czego chcieć więcej? No może jeszcze tylko Manhattan z dobrym whiskey!

Na szczęście bary tu zamykają dość wcześnie bo koło północy. Niby barman polecił nam jakieś inne miejscówki ale nie powaliły nas tak więc grzecznie wróciliśmy do hotelu. I dobrze bo rano trzeba jechać do Karoliny Północnej odwiedzić naszych przyjaciół.

Dopiero wyjeżdżając poza Sawannę można zobaczyć te ogromne plantacje bawełny. Teraz to pewnie cząstka tylko została ale w XVIII-XIX wieku to tu musiało się dziać. Droga do Charlote to około 4h. Skoro już jesteśmy w tych rejonach i pasuje gdzieś tak w połowie drogi rozprostować nogi to postanowiliśmy odwiedzić Park Narodowy Congaree.

Tylko Amerykanie potrafią z lasu i mokradeł zrobić park narodowy. Jakoś mnie ten park nie powalił. Fajny żeby się przejść rozprostować nogi, powdychać świeżego powietrza. Ale żeby jechać tu parę godzin to nie bardzo. Podobno można tu na kajakach pływać i może to być fajniejsza atrakcja. My tylko obeszliśmy deptakiem i po rozprostowaniu nóg wróciliśmy do samochodu. Nasi przyjaciele już na nas czekali i wreszcie wieczorem przy ognisku i przepysznej kolacji mogliśmy nadrobić stracony czas. Teraz jak się wszyscy porozjeżdżali to jest co nadrabiać - długie Polaków rozmowy do rana.

Previous
Previous

2025.11.27-28 Marsylia, FR (dzień 0)

Next
Next

2025.09.18-22 Polska & Kopenhaga, DK