Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 75
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.01.09-10 Joshua Tree NP, CA (dzień 8-9)
Długo rozważaliśmy co możemy zrobić po konferencji. Oczywiście mogliśmy wrócić do domu…ale po co? W czwartek Las Vegas zaczynało pustoszeć a ludzie wracali do swoich domów. Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy więc wcale nie spieszyło nam się z powrotem do NY i postanowiliśmy wykorzystać weekend w tych ciepłych rejonach.
Piękne parki i góry niestety mają dużo śniegu bo w Kalifornii tak sypie, że aż zamknęli jeden resert (Mammoth Lakes) bo za dużo mają śniegu i mogą być lawiny. Szukaliśmy więc czegoś co możemy odwiedzić w jeden dzień i oddalonego od Vegas max 5h. Padło na Joshua Tree Park Narodowy.
Ciężko się tu wybrać żeby tylko zobaczyć ten park więc teraz była idealna okazja. Dlatego wylądowaliśmy w Palm Desert. Stąd do parku jest nie cała godzina. No chyba, że się wymyśli coś po drodze.
Zaczęliśmy od śniadania. W Vegas niby było dobre jedzonko ale jakoś tak zawsze w biegu. Tym razem też się trochę śpieszymy ale nie aż tak żeby nie zawitać do tradycyjnego amerykańskiego dineru na jajka i kawę bez limitu. W takim słoneczku, spodniach na góry, bluzie dresowej i w otoczeniu palm odrazu wszystko lepiej smakuje. Choć zdradzę wam, że się okazało, że Darek nie lubi palm….kaktusy jak najbardziej ale palmy średnio. Nawet po 15 latach małżeństwa można się coś o sobie nauczyć.
Zarówno Palm Springs, jak i Palm Desert od dekad słyną jako luksusowe enklawy bogatych i sławnych osób. Potocznie rejon ten nazywany jest pustynnym placem zabaw dla elit z LA. Popularność tego rejonu wynika z zasady dwóch godzin. Teraz może nie bo korki są dużo większe ale dawniej gwiazdy filmu miały w kontrakcie, że muszą być maksymalnie 2h od studia filmowego na wypadek jak trzeba coś dograć. Palm Desert/Springs jest idealnie położone na tej granicy 2h jazdy od Hollywood.
W czasach złotej ery Hollywood przypadającej na lata 20-30 XX wieku Palm Springs stało się ulubionym miejscem ucieczki dla „śmietanki” z LA i swoje rezydencje mieli tu m.in. Frank Sinatra, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Cary Grant, Elizabeth Taylor oraz Lucille Ball.
Nie dziwne więc, że parę tych domów znalazło się w mojej książce 1001 budowli. W końcu jakby na to nie patrzeć to ikony stylu modern, zaprojektowane przez słynnych architektów specjalnie dla gwiazd. Nawet 100 lat później region ten wciąż postrzegany jest jako symbol luksusu, przyciągający nową generację celebrytów, bogatych emerytów oraz zamożnych pracowników zdalnych.
Ja zawsze miałam problemy z rozróżnieniem Palm Springs od Palm Desert…więc mała ściągawka.
Palm Springs: słynie z historycznych posiadłości w dzielnicach takich jak Old Las Palmas czy The Movie Colony, gdzie domy wciąż należą do osób z branży filmowej i mediów np. Leonardo DiCaprio posiada tam rezydencję.
Palm Desert: jest uznawane za nieco bardziej ekskluzywne pod kątem nowoczesnego luksusu i zakupów. Znajduje się tam ulica El Paseo, nazywana „Rodeo Drive pustyni”, przy której mieszczą się butiki najdroższych marek. Coś jak 5th ave w NY.
Nie ważne które Palm… ważne że nadal jest tam luksusowo a rejon pomimo niewyobrażalnie wysokich temperatur w lato ewaluował z sezonowego kurortu w całoroczne centrum luksusowego stylu życia, zachowując swój unikalny charakter „Hollywoodzkiej oazy” na pustyni.
Tylko jaki to luksus jak w lato nie możesz wyjść z domu bo jest 50C a drony sprawdzają czy masz wodę w basenie i jak masz to płacisz duże mandaty…no może nie wszystkich te mandaty dotyczą.
Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do parku. Darek znalazł parę punktów i małych szlaków. Nie planujemy dziś długich hików ale kilka godzin w parku planujemy spędzić więc, żeby jak najwięcej zobaczyć za dnia nie można za bardzo leniuchować.
Do parku wjechaliśmy od strony zachodniej (West Entrance Station) i przejechaliśmy cały park wyjeżdżając po drugiej stronie (Cottonwood Spring). Fajnie, że można przejechać cały park wzdłuż i nie trzeba się wracać albo za dużo kręcić. Amerykanie lubią tak ustawiać parki żeby punkty widokowe czy ciekawe szlaki były w zadłuż drogi. Płynniej wtedy ruch samochodów się odbywa i nie ma aż takich korków. Bo w lato w parkach narodowych w Stanach są mega korki. My jak zwykle wybraliśmy mało popularny okres więc ludzi było trochę ale tak idealnie. Nie przeszkadzali nam nawet tak bardzo a i na parkingach można było od razu znaleźć miejsce.
Już od samego wjazdu przywitały nas drzewa Joshua (po polsku drzewa Jozuego). Wiadomo, jak sama nazwa parku mówi powinno tu być dużo tych drzew, no i nie da się zaprzeczyć, że było ich dużo. Dlaczego jednak tu powstał park? Drzewa te bowiem występują w innych miejscach w Stanach.
Park powstał w miejscu gdzie spotykają się dwa odmienne ekosystemy pustynne: Mojave i Kolorado, tworząc unikalną mozaikę krajobrazów i form życia. Drzewa przeważają w krajobrazie ale też jest tu dużo kaktusów, formacji skalnych a wszystko to tworzy surowy, pustynny krajobraz który jest pięknym rajem dla górołazów, wspinaczy skalnych i miłośników biwaków.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Ukrytej Doliny (Hidden Valley) i nie wiem czy dlatego, że było to pierwsze miejsce gdzie się zagłębiliśmy w park czy na każdym robi takie wrażenie ale uważam, że był to najładniejszy szlak w parku.
Dolina ta naprawdę była ukryta i dopiero w roku 1936 nie wiele miesięcy przed stworzeniem tu parku narodowego Bill Keys wysadził kamienie które blokowały dolinę od świata zewnętrznego. Skoro nie było tam cywilizacji to fauna i flora były bardzo dobrze zachowane. Oczywiście szybko przyciągnęło to rolników którzy szukali trawy dla zwierząt ale na szczęście szybko powstał tu park i do dziś możemy podziwiać piękne tereny nie zniszczone przez człowieka.
W tych rejonach z opadami i trawami nie jest łatwo więc nie dziwne, że farmerzy we wczesnych latach XX wieku szukali trawy gdzie mogli i dynamitem rozwalali skały. Ale często znajdowali drzewa Joshua zamiast połaci trawy. Joshua Tree wygląda jak kaktus, jest ostry jak kaktus ale nazywa się drzewem.
Drzewo Joshua należy do rodziny agawowatych. Głównie dlatego, że ma inną budowę i wzrost od kaktusów. Kaktusy mają ciernie, a Joshua pomimo, że sztywne i ostre to jednak liście które rosną w pęczkach na końcach gałęzi. Kaktusy magazynują wodę w mięsistych łodygach kiedy Joshua ma zdrewniały pień bardziej przypominający palmę czyli drzewo. Kaktusy zazwyczaj rosną jako pojedyncze kolumny natomiast Joshua Tree się rozgałęzia jak dobre, zdrowe drzewo.
Kaktusy można też spotkać na niższych wysokościach, głównie do 1000 m n.p.m, ta granica jest idealna dla Joshua Tree które pojawiają się dopiero między 900 a 1800 m n.p.m.
Park Joshua Tree położony jest na idealnej wysokości dla Joshua Tree. Większość parku położona jest pomiędzy 1000 - 1400 m n.p.m. Można wyjść wyżej i najwyższa góra ma tu 1700 m n.p.m ale my sobie ją odpuściliśmy. Woleliśmy więcej pooglądać parku niż iść na 3h hike, zwłaszcza, że dość mocno tu wiało. Niech was nie zmyli pustynny klimat. Kurtki puchowe były potrzebne bo temperatury były koło 5C a do tego od czasu do czasu dość mocno zawiało.
O ile wjechaliśmy do parku od strony pustyni Mojave (wyżej położonej) o tyle park opuszczaliśmy od strony pustyni Kolorado (niżej położonej) dlatego im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu z tego pięknego parku o tyle krajobraz się zaczął zmieniać. Szczególnie jeśli chodzi o florę. Joshua Tree zostały zastąpione kaktusami.
Przeogromnej ilości kaktusów. Jak tylko wysokość spadła do około 1000 m n.p.m, to pojawił się ogród kaktusowy. Oczywiście musieliśmy w niego wejść i nie zwracając uwagi na kaktusy przyczepiające się do naszych butów pstrykaliśmy zdjęcia jak opętani.
Ja najbardziej byłam w szoku, że kaktusy zrzucały te małe kulki z kolcami prawie jak drzewa liście na jesień. Było tego pełno ale musiało to upaść naturalnie przez wiatr czy inne czynniki, ludziom trudno jest wziąć taką kulkę do ręki i zerwać bo kolce jak to kolce ostre są.
Można godzinami chodzić wśród tych kaktusów ale krajobraz nie bardzo się zmienia więc po jakiś 30 minutach stwierdziliśmy, że pora wracać. W końcu przed nami jeszcze trochę drogi bo wyjeżdżamy z parku po drugiej stronie i musimy jeszcze dojechać z powrotem do Palm Desert.
Z każdym kilometrem ubywało nam wysokości. Nasze auto miało dość podstawowe wyposażenie ale to co miało to wskaźnik wysokości. Fajnie było jechać i obserwować jak z ponad 4tys feet (1300 m) spadliśmy do 3tys ft (940 m) a potem jeszcze dalej jechaliśmy na dół.
Aż nagle wjechaliśmy w okolice miasteczek i na wyświetlaczu pojawiło się -70 ft (-22 m). Pierwsza reakcja Darka była, że pewnie się coś zepsuło dopóki nie zobaczyliśmy oficjalnego znaku, że wjeżdżamy do miasteczka Coachella. Miasteczka które ma 45tys mieszkańców i położone jest w depresji. Interesujące… nie sądziłam, że poza Doliną Śmierci depresje jeszcze gdzieś są tak łatwo dostępne. No to jak depresja to pewnie i wodopój. Postanowiliśmy spróbować lokalnego browaru, Indio Brewing. Rzeczywiście pyszne piwko mają w tej depresji.
Kalifornia jest piękna ale ma jeden mały minus. Wszędzie trzeba samochodem. Nie ważne czy jesteś w dużym mieście jak Los Angeles, San Diego czy San Francisco, czy w małym jak Palm Desert to komunikacji miejskiej za dobrej nie ma. Dlatego na kolację trzeba najlepiej jechać Uberem. Niestety dlatego, że nie bardzo sprzyja to zwiedzaniu miasta jeśli podjeżdżasz pod same drzwi restauracji.
No więc i my podjechaliśmy prosto z hotelu do restauracji, zamówiliśmy steaka, winko, potem drugie, potem deser i z powrotem Ubera. Oczywiście wszystko zajęło nam trochę godzin bo fajnie się gadało z barmanami w Ruth Chris. Ruth Chris to sieć restauracji i kiedyś często do niej chodziliśmy w NY ale zawsze siadaliśmy przy barze. Bo przy barze jest wesoło i można coś się od lokalnych ludzi dowiedzieć. W NY już jej niestety nie ma więc czasem jak mamy okazję to wracamy do Ruth Chris w naszych podróżach, żeby zjeść nie tylko dobrą krówkę ale też ich przepyszny sernik!
Ale się objedliśmy. Dopadła nas tak zwana “food coma”. Nie wiem czy w Polsce jest takie określenie ale w Stanach bardzo popularne jest określenie “food coma” czyli śpiączka jedzeniowa. Oznacza to że tak się człowiek najadł, że energia mu spada i tylko do spania się nadaje. To właśnie my byliśmy po tej ogromnej kolacji.
Ale to i dobrze, że szybko poszliśmy spać bo rano trzeba było wstawać. Kolejne 4h do Las Vegas, tym razem już prosto na lotnisko i pora wracać do domku.
Ten tydzień był zdecydowanie za intensywny jak na rozpoczęcie roku. W sumie to sama nie wiem czy rok się już zaczął czy bardziej na rozpędzie lepiej jest ten tydzień policzyć do starego roku. Na szczęście lot minął nam spokojnie i bez problemów wróciliśmy do głośnego Nowego Jorku… hmmm…. a w pokoju hotelowym w Bellagio było tak cicho i spokojnie.
2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)
Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.
Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.
Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.
A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.
Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?
Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.
Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.
Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.
Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.
Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.
Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.
Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.
I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.
A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.
Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.
2026.01.05-07 Las Vegas, NV (dzień 4-6)
Czy Las Vegas aktualnie doświadcza recesji? Niestety tak. Dużo czynników ma na to wpływ. Przez ostatnie dziesięciolecia to miasto non-stop dynamicznie się rozwijało. Przyciągało turystów, hazardzistów, gwiazdy sportu i rozrywki, biznesy z całego świata. Konferencje na kilkadziesiąt tysięcy ludzi są tutaj organizowane. Potężna ilość ludzi przeprowadzała się do Vegas żeby tu zamieszkać na stałe. Miasto praktycznie co dekadę podwajało swoją populację. W 1960 roku miało 64,000 mieszkańców, aktualnie metro Las Vegas ma 2.4 miliona mieszkańców.
Oprócz tego, dziesiątki milionów turystów rocznie odwiedza to jakże unikatowe miejsce na Ziemi. Przyjeżdżają tu w różnych celach. Niektórzy oczywiście spróbować szczęścia w ponad 180 kasynach jakie znajdują się tutaj. Część na własne oczy chce zobaczyć co się naprawdę tutaj dzieje. Inna grupa pragnie zjeść pyszną kolację znanego szefa kuchni, zabawić się w odlotowym klubie nocnym, posłuchać koncertu na żywo.
Vegas stało się też centrum sportów. Formuła F1 jest rozgrywana w listopadzie, wybudowali stadiony na wszelakiego rodzaju mecze. Organizmowi Super Bowl w 2024, w tym roku planowane są mecze mistrzost świata w piłkę nożną.
Nasuwa się pytanie. To dlaczego przy tak dynamicznym rozwoju miasta i takich potężnych pieniądzach Las Vegas przeżywa recesję?
Pewnie problemów jest kilka. Mimo, że w poprzednim roku LV odwiedziło 40 milionów ludzi to i tak jest to spadek do poprzednich lat.
Dzisiejsza młodzież szuka innej rozrywki niż tylko kasyna i zabawa.
Dużo ludzi gra w domu, na telefonie w różnego rodzaju hazard. Nie trzeba latać, wynajmować hotelu. Wszystko można robić w komforcie własnego domu.
Bardzo dużo Kanadyjczyków odwiedzało to miasto uciekając od kanadyjskiej zimy. Niestety aktualnie jest trend, że Kanadyjczycy nie lubią Stanów. Ciekawe dlaczego, nie?
Ogólnie żyjemy w czasach, w których za bardzo nie wiadomo co będzie jutro. Ludzie wydają mniej pieniędzy na rozrywkę. Więcej oszczędzają. Dalej tutaj przyjeżdżają, ale na krócej i wydają mniej kasy.
Ceny w Las Vegas poszybowały do góry okropnie. W niektórych częściach gospodarki dwukrotnie za ostatnie 5 lat. Hotele, restauracje, parkingi, domy…. wszystko tutaj jest bardzo drogie.
Przestępczość bardzo wzrosła. W centrum miasta tego aż tak bardzo nie widać, ale jak się odejdzie dalej od atrakcji turystycznych to niestety tak. Przekonałem się o tym na własne oczy.
Vegas znajduje się w samym centrum wspaniałych parków i terenów południowo-zachodnich Stanów. Ludzie tu przylatują (tanie samoloty) wypożyczają samochód (też tanie) i jadą w parki. Nie zostawiając w mieście ani centa.
W ciągu najbliższych dni Vegas nie zobaczy żadnego spowolnienia. Przynajmniej centrum miasta. Przyleciało tutaj 140 tysięcy ludzi na konferencję CES, plus wiele ludzi takich jak ja, towarzyszy podróży. Większość hoteli, restauracji, barów pękała w szwach od przepełnienia. Dużo nawet było zamykane na prywatne imprezy. Vegas się cieszy!
Jak, kiedy i po co to wszystko się tutaj zaczęło?
Dawno, dawno temu… no w sumie nie tak dawno bo w 1905 roku. Kolej torowa z Los Angeles w Kalifornii do Salt Lake City w stanie Utah potrzebowała jakiegoś przystanku, gdzieś pośrodku. I tak w środku niczego, w samym centrum pustyń powstała przystań.
W sumie to nie do końca powstała. Coś już tutaj wcześniej istniało, Mormońska osada, ranczo.
Nazwa Las Vegas oznacza po hiszpańsku „łąki”. Jeszcze przed Mormonami, hiszpański podróżnik i badacz znalazł tutaj wodę na pustyni i stworzył oazę.
Czy było tutaj coś jeszcze wcześniej? Pewnie tak. Na pewno jacyś Indianie na Mustangach przejeżdżali tędy wiele razy.
A kiedy z tych ranch powstało miasto? A no troszkę póżniej. W latach 1930-tych rząd Stanów Zjednoczonych wpadł na wspaniały pomysł że wybuduje największą tamę na świecie. Tak powstała Hoover Dam na rzece Colorado, która przepływa niedaleko. Tama była potrzebna do regulacji nieobliczanej górskiej rzeki, nawadniania lokalnych upraw i dawała energię 5 stanom. Przy budowie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, którzy potrzebowali gdzieś mieszkać, zjeść, zabawić się. W ten oto sposób miasto Las Vegas szybko się rozrastało. Jeszcze jak im zalegalizowali hazard to już nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Kasyna powstawały jak grzyby po deszczu.
Posiadali tanią energię, więc jak na tamte czasy to Las Vegas był najbardziej oświetlonym miastem. Aktualnie dużo tych starych neonów można oglądać w muzeum neonów, które znajduje się na obrzeżach miasta.
Polecam je odwiedzić jak już jest ciemno. Można było pochodzić po tym złomowisku/cmentarzysku zużytych ale wciąż jeszcze działających neonów i wyobrażać sobie jak Vegas wyglądało kilkadziesiąt lat temu.
Byłem w Las Vegas 7-8 razy. Pierwszy raz był gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych to jeszcze przez mgłę pamietam część z tych neonów oświetlających The Strip.
Tym razem jest to zdecydowanie mój najdłuższy pobyt w tym mieście, 7 dni. Ale nie jest źle, mam plan na zwiedzanie. Pierwsze 3 dni spędziłem w północnym Vegas, a teraz kolejne 4 to będę centralnie w samym sercu tego królestwa hazardu. Z małymi wyskokami na obrzeża.
Rano z reguły pracowałem z hotelu, a potem wyruszałem w nieznane. Głównie byłem na The Strip, ale też starałem się zapuszczać w dalsze rejony z dala od turystów. W ciągu dnia było ok, ale w nocy to pewnie bym się bał tam chodzić. W tych małych motelikach to ja spałem jak bywałem tu 20 lat temu. Teraz to wszystko jest zabite dechami.
Hotele i kasyna w centrum były w miarę oblężone przez ludzi, natomiast dalej od głównej części miasta to świeciły pustkami.
Udało mi się nawet parę razy wejść w miejsca gdzie czas się zatrzymał. Nawet stare maszyny do gier z lat 80-tych można było znaleźć. I jeszcze działały.
Mimo, że ponoć recesja dotknęła to miasto to dalej widać, że są inwestycje i Vegas się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie hotele/kasyna. Hard Rock buduje olbrzymie kasyno/hotel w kształcie gitary. Ma być ukończone gdzieś w połowie 2027. 3,600 pokoi, olbrzymie kasyno, wiele basenów, restauracji, atrakcji…
Jak to mówią, najwięcej informacji dostaniesz od barmanów albo kierowców taksówek. Tutaj też jest podobnie. Kierowcy mówili mi, że niestety hotele/kasyna zwalniają ludzi. I co robią bezrobotni? Idą na kierowców Uber albo Lift. Przy zmniejszającej się ilości turystów zapotrzebowanie na taxi też jest mniejsze, a tu więcej samochodów się pojawia, co oczywiście zmniejsza częstotliwość kursów. Mało tego, firmy wprowadzają autonomiczne taxi, które są jeszcze dodatkowym gwoździem do trumny dla biednych taksówkarzy.
Super tak się chodziło po tej olbrzymiej metropolii. Jest styczeń, cieplutko, palmy dookoła, często nawet bluzy nie potrzebowałem. Jak się chodzenie znudziło, to Vegas ma setki barów w których można usiąść, się ochłodzić i zagadać z lokalnymi.
Ilonka często kończyła spotkania wieczorami. W tym czasie starałem się wracać w nasze rejony, żeby wspólnie gdzieś spędzić wieczór i wyjść na kolację.
Nie jest to łatwe zadanie bo dużo restauracji w czasie CES jest albo w całości wynajęta, albo ciężko bez rezerwacji się dostać. Jest na to sposób. Trzeba wejść do kasyna, pochodzić po nim trochę i gdzieś w głębi są fajne restauracje, niewidoczne z ulicy, które z reguły mają wolne miejsca.
Oczywiście siedzenie w restauracji przy barze jest obowiązkowe. Tam się wszystko dzieje, tam można się wiele dowiedzieć, pogadać z kimś i dostać znacznie lepszy serwis niż gdzieś przy stoliku gdzie rzadko ktoś zagląda.
A i ceny są lepsze, zwłaszcza jak jest wesoło. Często dolewają wina za darmo, coś tam dadzą do spróbowania, coś tam „zapomną” policzyć… i tak jakoś leci…
Cztery dni szybko przeleciały. Uważam, że udało mi się jak nigdy poznać Las Vegas. Myślę, że na ten wyjazd wystarczy zwiedzania tej zatłoczonej metropolii, trzeba wyruszyć na odludzia, do Kalifornii. Ilonka wypadła super na CES i „obawiam” się, że za rok też tu będzie musiała przybyć. Pewnie ja też przylecę sprawdzić jak idzie budowa największej gitary na świecie, czy Flamingi dalej pozują do zdjęć turystom i oczywiście odwiedzić parę fajnych barów na obrzeżach…
2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)
Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!
Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.
Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.
Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.
A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.
Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami
Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.
Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.
W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.
Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.
Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.
O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.
Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.
Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.
Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.
Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.
Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.
Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.
Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.
Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.
Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.
Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!
A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:
„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”
Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…
Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.
Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….
Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto
Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.
Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!
2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)
Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!
Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.
Mowa tu o Spring Mountains.
Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.
Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.
Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…
Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.
Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.
Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.
A gdzie my w ogóle idziemy?
Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.
Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.
Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.
Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.
Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.
Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.
Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.
W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…
Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.
Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.
Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.
Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!
Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!
W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.
Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.
Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.
Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.
Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!
Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!
2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)
Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…
Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.
Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.
Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.
Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.
Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.
Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.
Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.
Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.
Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.
Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!
Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.
Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.
Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.
Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.
Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.
Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.
Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.
Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.
Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.
Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.
Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.
Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.
W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.
Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.
2025.11.08-09 Savannah, GA & Congaree NP, SC
Czasem fajnie jest wrócić do miejsca gdzie się już było, innym razem człowiek może się rozczarować. Od czterech lat piałam pochwały na temat Savannah, miasteczka w stanie Georgia. Naprawdę miasteczko zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Takie portowo-fabryczne, mające ponad 200 lat miasteczko z dużą ilością dobrych restauracji. Czego chcieć więcej? Może tylko jeszcze muzyki na żywo.
Darek nigdy nie był ani w Georgia ani w Savannah więc jak tylko przyszła okazja to bez zastanowienia kupiliśmy bilety.
Docelowo lecimy do naszych przyjaciół do Charlotte ale ponieważ do Charlotte bilety są dość drogie to lecimy do Savannah, tam spędzamy noc i wypożyczonym samochodem jedziemy do Charlotte.
W Stanach rząd jest zamknięty. Niestety pajacyki w DC się nie mogą dogadać co do budżetu kraju i wiele rzeczy nie działa tak jak powinno. Ogólnie jakoś tego nie odczuliśmy ale parę dni temu powiedzieli, że linie lotnicze muszą zredukować loty o 10%. Mieliśmy nadzieję, że nie padnie na nas i na szczęście się udało. Bez opóźnień dotarliśmy do Savannah w samo południe.
Savannah położona jest nad samą rzeką (Savannah River) i może nie byłoby w tym nic dziwnego ale właśnie tu rzeka wchodzi do oceanu i dzięki temu Savannah stała się trzecim co do wielkości portem w USA. O Savannie pisałam parę lat temu kiedy to spędziłam tam więcej czasu i miałam możliwość się trochę wyedukować.
Teraz tą wiedzę próbowałam przekazać Darkowi, ale chyba z marnym skutkiem. Jednak zawód przewodnika jest z jakiejś przyczyny. Żeby jednak wprowadzić Darka w klimat XVIII portu zabrałam go prosto z hotelu na deptak wzdłuż rzeki.
W zależności od każdego wyobraźni można uznać, że to jakieś stare opuszczone, nie wyremontowane budynki. Ale można też sobie wyobrazić jak w XVIII wieku toczył się tu handel, życie i wszystkie z tym zwiazane przyjemności.
Ja osobiście lubię sobie wyobrażać ten gwar uliczny, to picie w tawernach i targowanie się o każdy produkt.
Im dalej od rzeki tym bardziej bogate miasto. Druga część miasta to parki, rezydencje magnatów od bawełny no i oczywiście restauracje.
Głodni to my nie byliśmy jeszcze więc na początku wzięłam Darka po starych śmieciach.
Cztery lata temu bardzo spodobał mi się bar na dachu JW Marriott’a. My mieszkamy w zwykłym Marriocie więc mały spacerek był konieczny ale też zalecany. Niestety jak szybko tam weszliśmy tak szybko wyszliśmy. Jakoś nie było klimatu w ogóle. Jakby czekali i przygotowywali się do jakiejś większej imprezy z DJ.
Druga miejscówka też zapamiętana z zeszłego razu zaskoczyła mnie pozytywnie. Browar “Service” nie tylko miał bardzo smaczne piwko, miłą obsługę ale też muzykę na żywo. Ta muzyką dostali plusa. Siedzieliśmy dopóki grała muzyka. Na szczęście tak długo nie grała i wyszliśmy z baru o własnych siłach.
Dwie kolejne miejscówki były polecone cztery lata temu przez przewodników ale nie załapały się na odwiedzenie przez nas. Pierwsza to Dom Piratów (Pirates’ House). Pirates’ House wygląda jak jakaś rudera do której lepiej nie wchodzić. Ale rudera całkiem dobrze się trzyma bo ma już prawie 300 lat. Aktualnie restauracja powstała w najstarszym domu w stanie Georgia. Herb House (Dom Ziół) wybudowany został w 1734. Ogólnie historia Sawanny sięga lat 1733 kiedy to pierwsi kolonizatorzy przybyli w te rejony. Początkowo był to dom ale w 1753 roku został on przerobiony na zajazd gdzie zmęczeni żeglarze i piraci mogli odpocząć przy czymś z procentami. To tutaj właśnie wymieniane były historie żeglarzy którzy podróżowali przez Singapur, Bombaj czy Londyn. Musiało się tu dziać. Podobno do dziś jest tunel z domu (a dokładnie piwniczki z rumem) do rzeki gdzie wynoszono do statków tych co już nie mogli dojść o własnych siłach.
W książce “Wyspa Skarbów” Robert Louis Stevenson też wspominał Pirates’ House.
“Tis said, old Captain Flint, who originally buried the famous treasure on Treasure Island, died at the Pirates’ House in an upstairs room.”
Podobno do dziś niektórzy twierdzą, że widują ducha kapitana Flint’a. Bo duchów w Savannah jest dużo. Podobno jest to najbardziej nawiedzone miasto w Stanach na pewno a czy na świecie to nie wiadomo.
Niestety dziś Dom Piratów nie wywarł na nas wrażenia. Piraci zostali zastąpieni panienkami świętującymi wieczory panieńskie, a dobry rum z piwniczki został zastąpiony Heinekenem w butelce. I właśnie w tym momencie poczułam trochę rozczarowanie. Może z każdym miastem jest tak, że trzeba dopasować plan do wieku i ekipy? W Nowym Orleanie mamy podobnie, pierwszy raz był dla małolatów, drugi dla poważniejszych ludzi którzy przy whiskey słuchają Jazz’u… Tak więc poszukiwaniu czegoś dla bardziej “dojrzałych ludzi” w Savannah, poszliśmy do Olde Pink House.
Kolejny stary dom… XVIII-wieczny budynek pierwotnie był domem Jamesa Habershama Jr, bogatego plantatora bawełny. No bo tutaj całe bogactwo i tragedia ma w tle bawełnę. Wybudowany w 1771 roku dom początkowo miał białe ściany ale z czasem cegły zaczęły “krwawić” przez tynk, nadając mu charakterystyczny różowy odcień. I stąd nazwa Stary Różowy Dom. W swojej długiej historii dom pełnił różne funkcje – był rezydencją, siedzibą banku, a dziś mieści elegancką restaurację i tawernę.
Kolacja była wyśmienita. Co prawda rezerwację trzeba robić tak z miesięcznym wyprzedzeniem ale warto. Po kolacji zeszliśmy na dół do Tawerny. Tam to dopiero był klimacik. Zdecydowanie polecam zjeść kolację na górze, w otoczeniu starych portretów przy i kominku przy którym siedzieli magnaci XVIII wieku. Natomiast po kolacji jak najbardziej trzeba odwiedzić bar w podziemiach.
Oczywiście siedliśmy przy barze i poznaliśmy jakiś innych turystów, którzy jednak nie mieli szczęścia i obiad musieli jeść na dole. Jedzenie to samo ale klimat jednak inny. Taverna ma klimat relaksu przy drinku i cygarze (jak można było palić - teraz na szczęście nie można). A czas umilała nam muzyka na żywo. Fajne pianinko i solistka z zabójczym głosem. Czego chcieć więcej? No może jeszcze tylko Manhattan z dobrym whiskey!
Na szczęście bary tu zamykają dość wcześnie bo koło północy. Niby barman polecił nam jakieś inne miejscówki ale nie powaliły nas tak więc grzecznie wróciliśmy do hotelu. I dobrze bo rano trzeba jechać do Karoliny Północnej odwiedzić naszych przyjaciół.
Dopiero wyjeżdżając poza Sawannę można zobaczyć te ogromne plantacje bawełny. Teraz to pewnie cząstka tylko została ale w XVIII-XIX wieku to tu musiało się dziać. Droga do Charlote to około 4h. Skoro już jesteśmy w tych rejonach i pasuje gdzieś tak w połowie drogi rozprostować nogi to postanowiliśmy odwiedzić Park Narodowy Congaree.
Tylko Amerykanie potrafią z lasu i mokradeł zrobić park narodowy. Jakoś mnie ten park nie powalił. Fajny żeby się przejść rozprostować nogi, powdychać świeżego powietrza. Ale żeby jechać tu parę godzin to nie bardzo. Podobno można tu na kajakach pływać i może to być fajniejsza atrakcja. My tylko obeszliśmy deptakiem i po rozprostowaniu nóg wróciliśmy do samochodu. Nasi przyjaciele już na nas czekali i wreszcie wieczorem przy ognisku i przepysznej kolacji mogliśmy nadrobić stracony czas. Teraz jak się wszyscy porozjeżdżali to jest co nadrabiać - długie Polaków rozmowy do rana.
2025.08.21-22 Mt. Washington, NH
Lato już prawie się kończy, a my dalej nie wyciągnęliśmy naszego namiotu z szafy. Wstyd, prawda? Kiedyś to się jeździło 6-8 weekendów w sezonie na biwaczki, a teraz nawet na jeden się ciężko wybrać.
Szybciutko trzeba ten błąd naprawić i gdzieś wyskoczyć na kamping.
Mimo, że to już koniec sierpnia, to wciąż upały mogą być, więc trzeba wyjechać bardziej na północ w górki żeby uniknąć smażenia się na słońcu. Wybór padł na Franconia Notch w stanie NH. Mimo, że jedzie się tam z 6-7h to kiedyś w miarę regularnie tam wyjeżdżaliśmy. Teraz jakoś bliżej mamy do CO niż do NH. No i dobrze, bo lepsze góry.
Nowe pokolenie nam rośnie, wiec trzeba ich wyszkolić na zawodowych kampowiczów. Zapakowaliśmy się w dwa samochody i wyruszyliśmy na 4 dni do NH. Jest ku temu też okazja, bo jeden z dzieciaków ma dokładnie piąte urodziny w ten weekend! Uwielbia pociągi, więc wyjazd na szczyt Mt. Washington pociągiem wydaje się być najlepszym prezentem.
Droga jak to droga, zawsze za długa. Zajechaliśmy na camping gdzieś o 7 wieczorem. Akurat żeby się rozbić za widoku i zrobić coś do jedzenia. Dzisiaj nie można za długo siedzieć, bo niestety pobudka o 5 rano. Ja z Ilonką nie jedziemy pociągiem na szczyt góry. My wychodzimy na nogach, a tam się idzie parę godzin.
Noc krótka i zimna. W sumie dobrze się śpi w takich temperaturach, ale niestety co chwilę słychać było ciężarówki na pobliskiej autostradzie. My z NYC więc przyzwyczajeni do hałasu, ale chyba nie takiego. Pamiętam, że wcześniej jak tu jeździliśmy to nie było takiego ruchu samochodów ciężarowych. Ale zawsze tu bywaliśmy w weekendy (mniejszy ruch ciężarówek). Teraz jest czwartek, więc pewnie transport samochodowy jest wysoki. No nic, weekend idzie to na pewno się lepiej wyśpimy.
Zbieranie się na hike o 5 rano po ciemku na kampingu nie należy do łatwych i przyjemnych. Nawet do łazienki jest kawałek. Nie powinno też się chodzić po kampingu jak jest ciemno ze względu na misie. Trzeba było uważnie oświetlać pobliski teren. Na szczęście około 5:45 zaczęło się rozwidniać.
Plecaki spakowane, śniadanie zjedzone, buty na hike znalezione… można wyruszać. Po około 45 minutach dojechaliśmy na parking gdzie zaczyna się nasz szlak.
Na szczyt Mt. Washington idzie się gdzieś 4 godziny. Chcemy być na szczycie najpóźniej w południe, bo wtedy wyjeżdża pociąg z jubilatem. Już jest prawie ósma rano, więc za wiele nie mieliśmy czasu. Po batonie energetycznym do plecaka i w drogę.
Szlak jest podzielony na trzy sekcje. Pierwsza łatwa, lasem koło strumyka lekko do góry. Druga bardzo stroma, wpierw lasem a potem po skałach aż do schroniska Lakes of the Clouds. Trzecia na szczyt, powyżej górnej granicy lasów, średnie nachylenie, cały czas skalna ścieżka, nic trudnego przy dobrej pogodzie.
Mimo, że piątek to w miarę trochę ludzi szło. Mówiąc trochę to mam na myśli spotykanie ludzi co 10-15 minut w obu kierunkach. Część ludzi śpi w schronisku i rano się przemieszcza w inne rejony gór dlatego o tej rannej porze już schodzą. Słonecznie, jakieś +10C, idealnie na hike.
Po około godzinie, czyli gdzieś w rejonach 9 rano przeszliśmy strumyk i łatwa część szlaku dobiegła końca. Teraz zaczęły się schody. W dosłownym słowa tego znaczeniu.
Stromo do góry dobrze przygotowanym szlakiem. Nic trudnego tylko nogi trzeba było wyżej podnosić. Oczywiście prędkość nam spadła, ale dalej szliśmy zgodnie z planem.
Pomału zaczęliśmy wychodzić z lasu. Leśna ścieżka zmieniała się w chodzenie po skałkach, ale za to widoki były lepsze.
Dalej nic trudnego, ręce tylko czasami były potrzebne. Pamiętam jak kiedyś tutaj szedłem w mgle i podczas dużego wiatru. Ciężko było. Zwłaszcza w znajdywaniu szlaku. Dzisiaj w porównaniu do tamtych warunków to jak spacerek w parku.
Około 10:30 dotrwaliśmy do schroniska Lakes of the Clouds. Schronisko prawie puste o tej porze. Ci co w nim spali już wyszli w góry, a nowi jeszcze nie dotarli. Parę lat temu jak robiliśmy wiele szczytów to też tutaj spaliśmy. Fajnie położone wysoko w górach nad lasami. Super klimacik.
Nie mieliśmy za dużo czasu na odpoczynek w schronisku bo jubilat właśnie już wsiada do pociągu, a za 45 minut ma wysiąść na szczycie Mt. Washington.
Parę minut przed 11 wyszliśmy ze schroniska. Piszą, że idzie się gdzieś 1:15-1:30 na szczyt. Powiedziałem Ilonce, że jak będzie troszkę szybciej nóżkami przebierać do będziemy na czas.
Szło się super. Trochę słońce dokuczało, ale wiatr był intensywniejszy niż na dole i idealnie nas ochładzał.
Szczyt było widać już od schroniska, ale za bardzo nie chciał się przybliżać. Jednak w górach, zwłaszcza ponad lasami gdzie wszystko widać, są duże odległości.
Szczyt Mt Washington (6,288 stóp,1,917 metrów) osiągnęliśmy o 12:05. Idealnie na przywitanie jubilata i na dmuchanie świeczki. Sto lat, sto lat….!!!
Posiedzieliśmy na szczycie jakieś 30 minut, pogadali, odpoczęli i na szczęście udało nam się zdobyć bilet i wrócić na dół tym samym pociągiem co reszta ekipy. Nie musieliśmy schodzić, tylko wygodnie usiąść i w ciągu 45 minut zjechaliśmy na dół.
Po drodze przewodnik opowiadał nam lokalne ciekawostki a także jak to wszystko tutaj się zaczęło. Kolej zębata na szczyt Mt. Washington powstała w 1869 roku i była to pierwsza tego typu kolej zębata na świecie. Na początku kolej była napędzana parowozami. Aktualnie w użyciu są lokomotywy biodieselowe, ale też można się przejechać odresturowanym parowozem.
Wróciliśmy na kamping a tu zła wiadomość. Bardzo zła! Nie można palić ognisk bo jest susza!
Co?!?!?! Tak jakoś zareagowaliśmy.
Rozmawialiśmy z park ranger i niestety to prawda. Ponoć od dwóch miesięcy nie mają żadnych dużych opadów i wszystko wyschło. Ogniska sprawiają duże zagrożenie dla pożarów lasów i straż pożarna zabroniła ich palenia.
Było to tak zła wiadomość, że nie wiedzieliśmy co dalej robić. Zastanawialiśmy się jaką dobrą chwilę i wszyscy podjęliśmy decyzję, że kamping bez ogniska to nie kamping. Nic tu po nas.
Na kolejne dwie noce pojechaliśmy do hotelu. Koniec!
2025.07.17-18 Keystone, CO (dzień 1)
W Nowym Jorku lato na całego więc czas się ochłodzić. Ogólnie lubimy wyjeżdżać w lipcu ale tylko do miejsc gdzie jest chłodniej. Gdzie wieczorem można ubrać bluzę i usiąść na zewnątrz. W zeszłym roku mieliśmy piękne wakacje na Islandii. W tym roku Afryka trochę nam zabrała urlopu więc mogliśmy tylko rozważać przedłużony weekend. Najpierw myśleliśmy o jakiś parkach narodowych ale biorąc pod uwagę ceny biletów i czas przelotu to znów wygrało Kolorado.
W czwartek o czwartej zamknęłam laptopa i pobiegłam na metro….Darek też podekscytowany zostawił testowanie wina i wskoczył w metro numer 4 żeby się spotkać na terminalu czwartym. Czwórka nas zdecydowanie prześladowała.
Niestety czwórka do samego końca nam towarzyszyła ale nie zawsze szczęśliwie. Niestety nasz lot o numerze 424 był opóźniony o prawie 4h … tak więc czekaliśmy w lounge na lotnisku i tylko dostawaliśmy kolejne wiadomości o opóźnieniu, aż w końcu poszłam do obsługi, spytałam się czy my na pewno dziś wylecimy i zarezerwowaliśmy hotel przy lotnisku w Denver. Mam nadzieję, że ubezpieczenie pokryje bo chyba najdroższy pokój w jakim kiedykolwiek spaliśmy.
Tym razem jedziemy do Keystone. Jest to resort narciarski ale w lato to bardzo przyjemne miasteczko górskie z fajnymi szlakami w okolicy. Rzadko przyjeżdżamy tu w zimie bo jest to resort bardziej rodzinny ale w lecie w sumie czemu nie.
Doczekaliśmy się na nasz samolot. Wszystkie opóźnienia były przez opóźnione wyloty i przyloty z Miami. W lecie do Miami latać? Chyba, że uciekać z tamtego gorąca.
W końcu po 11 w nocy i my mogliśmy wsiąść do boeinga i uciec z Nowojorskich upałów. Lot do Denver zajął nam mniej niż czekanie na lotnisku na samolot. Problem tylko, że wylądowaliśmy o 2 rano czasu Kolorado czyli 4 rano w NY. Bardzo niebezpieczna godzina, żeby jechać w góry. Życie nie ma ceny więc hotel, pomimo, że dość drogi był bardzo dobrym wyborem i już o 2:30 chrapaliśmy w wygodnym łóżeczku.
Troszkę wyspani rano po pysznym śniadaniu wypożyczyliśmy samochód i ruszyliśmy w góry. Trochę dnia niestety straciliśmy ale dziś w planie mieliśmy przystosowywanie się do wysokości więc na szczęście nie musieliśmy zmienić planów drastycznie.
Tym razem z lotniska w góry pojechaliśmy inn trasą. GPS zasugerował, żebyśmy ominęli miasto i przejechali przez miasteczko Golden.
Trasa wcale nie dłuższa a zdecydowanie bardziej widokowa. Idzie fajnym kanionem. Co prawda trochę robót drogowych po drodze było bo robią trasę rowerową ale bardzo cieszyliśmy się z tej odmiany.
Wyjechaliśmy na autostradę 70 poniżej Idaho Springs. Kawałek przejechaliśmy autostradą która rzeczywiście była dość zakorkowana i drogą numer 6 ruszyliśmy na przełęcz Loveland. Przełęcz znajduje się na wysokości 11,990 ft (3,654 m), i wyjeżdża na nią normalna droga asfaltowa. W góry z Denver albo jedzie się właśnie przełęczą, albo tunelem. W tunelu nie mogą jeździć ciężarówki z łatwopalnymi substancjami więc droga przez przełęcz jest dość oblegana.
Szybki wyjazd na taką wysokość sprawia, że pierwsze kroki po wyjściu z auta są powolne i oddycha się jakby się przebiegło maraton. Z parkingu na przełęczy jest trochę szlaków. Po ilości samochodów można stwierdzić, że są one dość popularne. My też się kawałek przeszliśmy ale tylko na tak luziku, w jeansach i trampkach.
Z przełęczy zjeżdża się wprost na resort narciarski A-Basin i troszkę dalej jest resort Keystone w którym śpimy.
Na bazę tej wycieczki wybraliśmy Ski Tip Lodge. Nie wiele wczytywałam się w jego historię. Wpadł mi w oko bo miał dobrą cenę, bardzo fajne opinie więc czemu nie. Dopiero na miejscu podczas oprowadzania nas dowiedzieliśmy się, że ma on ważne miejsce w historii miasteczka i resortu Keystone.
Ski Tip Lodge, obecnie jest przytulnym pensjonatem typu Bed & Breakfast. Budynek został pierwotnie wzniesiony w latach 60. XIX wieku jako przystanek dla dyliżansów przemierzających Góry Skaliste. Szczególnie przełęcz Argentine z Georgetown do Montezuma. Przełęcz Argentine nadal istnieje i jest najwyższą przełęczą dostępną dla samochodów w Kolorado. Wyjeżdża się na wysokość 13,207 ft (4025 m). Niestety nie ma tam asfaltu i pewnie dlatego Darek jeszcze ta mnie wyjechał. Ale coś czuję, że po tym wpisie doda to na swoją listę. W XIX wieku Ski Tip służył jako miejsce odpoczynku dla podróżnych i górników zmierzających przez Kolorado. W latach 40. XX wieku nieruchomość została zakupiona przez Maxa i Ednę Dercum, założycieli kurortu Keystone, którzy przekształcili ją w swój dom rodzinny. Z czasem budynek został zaadaptowany na pensjonat i restaurację, zachowując swój historyczny charakter, a jednocześnie oferując nowoczesne udogodnienia. Dziś Ski Tip Lodge słynie z kameralnej atmosfery, rustykalnego uroku oraz znakomitej kuchni, będąc jednym z najbardziej cenionych miejsc w regionie.
Bardzo miły pan Carlos oprowadził nas po całym budynku, a można się tu pogubić. Małe przejścia, skrzypiące schody to urok tego miejsca. Dumni są, że kilka ścian domu jeszcze jest zachowana z XIX wieku, więc musieliśmy o wszystkim posłuchać i wszystko oglądnąć.
Sam ośrodek położony jest nad jeziorem, otoczony górami i podobno czasem odwiedzają go bobry, łosie i misie. Ciekawe czy jakieś zwierzątka podejdą zjeść z nami kolację. Ośrodek też jest położony dość blisko miasteczka więc na nogach w niecałe 30 minut można się przejść pod same wyciągi.
Miasteczko takie sobie. Akurat dziś był market rękodzieł więc trochę pochodziliśmy i podziwialiśmy prace lokalnych artystów. Jednak ceny nie zachęcały do kupowania niczego. Weszliśmy też na piwko ale klimat był taki sobie. Jedyne co było dobre z tego piwka to to że poznaliśmy lokalnego hipka który powiedział nam, że od godziny 16 można wyjechać za darmo kolejką na górę i będzie tam muzyka na żywo. Super pomysł. Napaliliśmy się na lokalną atrakcję, że było przed czwartą to pochodziliśmy jeszcze trochę po miasteczku i parę minut po czwartej stawiliśmy się przy kolejce… a tam kolejka. Masakra. Kolejka ciągła się do miasteczka i bardzo wolno się posuwała. Weszliśmy na jeszcze jedno piwko z nadzieją, że kolejka się rozładuje ale niestety po godzinie nadal kolejka wchodziła głęboko w miasteczko. Olaliśmy muzykę na żywo, kolejkę na górę i inne lokalne atrakcje. My za dużo się wystaliśmy w PRLu żeby teraz stać godzinami w kolejkach.
Dziś kolację postanowiliśmy zjeść w restauracji hotelu. Podobno jest jedna z lepszych i rzeczywiście w miasteczku Keystone jest tylko barowe jedzenie. Nie koniecznie coś co my byśmy chcieli. W naszym ośrodku restauracja oferuje cztero-daniową kolację w stałej cenie $120 na osobę. Nie jest to najtańsze ale niestety albo ma się jakość albo cenę.
W hotelu podobno jesteśmy tylko my i jakaś jeszcze jedna para. Natomiast na kolacji było pełno ludzi. Każdy stolik zajęty. Widać, że dużo ludzi przyjeżdża tu żeby zjeść coś fajniejszego niż hamburger z frytkami.
Nasza kolacja składała się z zupy, przystawki, dania głównego i deseru. Z ciekawostek to ja wzięłam sałatkę z fetą, arbuzem i awokado i miętą. Bardzo ciekawa i orzeźwiająca kombinacja. Na danie główne, ja wybrałam baraninę bo z tego Kolorado słynie a darek wieprzowinę. Jedzenie było przepyszne… ale dużo. Dobrze że mieliśmy wino które pomagało w trawieniu.
Zamówiliśmy Chateaunef du Pape, jedno z moich ulubionych win francuskich. Tylko, że Darek tak zamieszał się w nazwach, że dostaliśmy droższe wino w cenie tańszego. Bo się okazało, że winiarnia robi dwie wersje wina Telegraphe (droższe) i Telegramme (tańsze). Jak w ogóle winiarnie mogą robić wina z tak podobnymi etykietami i nazwami a ceną dwa razy droższą. Nie dziwne, że nawet wprawieni somalierzy się mylą.
Deser podali nam przy kominku. Ski Lodge ma największy działający kominek w całej dolinie. To już chyba wiecie gdzie Darek będzie dziś spał.
Niektórzy w lecie ogrzewają się słońcem, my ogrzewamy się kominkiem. Uwielbiamy ten górski klimat gdzie w nocy temperatura spada do 10C i można się wyspać w ciszy przy uchylonym oknie. A jak tylko zimno to zawsze można zejść na dół i spędzić miły czas przy kominku. My zajęliśmy kanapę na wprost kominka i zwolniliśmy miejsca dopiero parę godzin później jak przetrawiliśmy pyszną kolację.
Siedzielibyśmy dłużej ale jutro czeka nas bardzo ciekawy szlak i wypadałoby wcześniej wstać co by wychodzić na szczyt przed południem i uniknąć skwaru, który nawet w górach jest w środku dnia.
2025.03.26-04.02 Vail, CO
Ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. Udało nam się pojechać do naszego ulubionego resortu w Kolorado, do Vail.
Ulubiony bo mamy bardzo wiele miłych, rodzinnych wspomnień. Nie było innej możliwości jak zabrać trzy pokolenia i budować więcej jakże wspaniałych i żyjących latami wspomnień. Pojechało aż 9 osób.
Vail się rozrasta na maxa. Co rok widać, nowe zabudowy, hotele, sklepy… Dobrze, bo narciarz ma dużo możliwości i nie musi mieszkać w centrum Vail i przepłacać. Wynajęliśmy domek nad samym strumykiem we wschodniej części Vail gdzie jest spokojniej, ciszej i znacznie taniej. Darmowym autobusem w 15 minut można dojechać do resortu.
Jest to wiosenny wyjazd (przełom marca i kwietnia). Lubię ten okres na nartach. Jest cieplej, dłuższe dni, wszędzie dużo śniegu więc wszystko jest otwarte, i znacznie mniej ludzi. Nie ma kolejek do wyciągów i puste trasy. Można się wyszaleć. Jedyną wadą wiosennych nart jest mokry i ciężki śnieg ale dobrze przygotowane narty poradzą sobie z tymi warunki całkiem dobrze.
Ludzie w grudniu czy styczniu marzną w długich kolejkach, a jak przychodzi marzec to już chowają narty do szafy. Nie rozumiem ich, przecież wiosna jest najlepsza na narty!
Pojechaliśmy na tydzień. Tak jak pisałem, na tym wyjeździe szkolimy nowe pokolenie. Im wcześniej zaczną tym będą lepszymi narciarzami. Dzieciaki trochę były w szkółce, trochę z nami jeździły.
To i to jest im potrzebne. Profesjonalni instruktorzy nauczą ich teorii i praktyki, a my później to sprawdzimy i doszlifujemy. Przepisy też nie pozwalają instruktorom zabierać dzieci na „ciekawsze” tereny gdzie oni mają tam największą frajdę. Nas przepisy nie dotyczą, więc większość czasu spędziliśmy w lasach, gdzie mieli najwięcej radości.
Ogólnie mieliśmy dobrą, wiosenną pogodę. Rano chłodno na minusie, a koło południa się super rozcieplało i można było na zewnątrz odpoczywać i coś przegryź.
Czasami sypnęło świeżym puszkiem co niestety sprawiało dzieciakom trochę trudności w pokonywaniu głębszego śniegu czy muld. Ale nawet całkiem dobie sobie radziły. Przynajmniej wywrotki na miększym terenie nie były bolesne.
W ostatni dzień dostałem wielki prezent od natury w postaci dużych opadów śniegu. Już dzień wcześniej zaczęło się chmurzyć i potem ostro sypać wiele godzin.
Nastawiłem budzik wcześnie rano i jak tylko zadzwonił to wyglądnąłem przez okno. Dalej pięknie sypało! Przy takich warunkach nie ma czasu na dobre i długie śniadanie. Trzeba coś szybko przekąsić i na narty.
Na przystanku spotkałem sąsiada który mówi, że on tylko jeździ na nartach jak są bardzo dobre warunki. Dzisiaj ponoć się takie zapowiadają. Autobus był pełniejszy niż zazwyczaj. Dwa przystanki dalej już nie było miejsc siedzących.
O 8:25 przyjechaliśmy do miasteczka, a o 8:30 już byłem przy wyciągach. Ponoć dzisiaj otworzyli dolne wyciągi o 10 minut wcześniej żeby rozładować kolejkę, która aż sięgała do miasteczka. Dobrze, że tak zrobili, bo o 8:30 już nie było dużo ludzi. Podczas 10-minutowego jechania gondolą mogłem się dużo praktycznych rzeczy dowiedzieć od lokalnego. Gdzie jeździć, żeby jak najwięcej wykorzystać puch a jak najmniej stać w kolejkach. Jak lokalny powiedział: dzisiaj jest POWDER DAY (dzień puchu), jest dużo ludzi, dużo śniegu i dużo terenów rano jest zamknięte. Solidny plan to podstawa, żeby nie stać w kolejkach a robić pierwsze ślady.
Im wyżej gondola jechała tym bardziej sypało. Jak wysiedliśmy to górne Vail przywitała nas wspaniała zimą i napisem że tutaj dzisiaj nic nie jest ubijane i życzą nam miłej zabawy w PUCHU!
Poszedłem za poradą lokalnego i wziąłem wyciąg krzesełkowy jeszcze wyżej, aż na przełęcz. Ludzi było trochę, ale większość zjeżdżała z powrotem do głównej bazy. Według instrukcji pojechałem w przeciwnym kierunku gdzie praktycznie nie było nikogo.
Tutaj zaczęła się bajka! Wielkie, szerokie stoki praktycznie tylko dla mnie i paru innych wtajemniczonych narciarzy. Śniegu było dużo i oczywiście bardzo mało narciarzy, więc pierwsze ślady często można było robić.
Nie dość, że dużo śniegu znajdowało się na ziemi to oczywiście ostro sypało. Tak to można jeździć! Często słyszałem różnego rodzaju okrzyki radości wydawane przez zadowolonych narciarzy. Nawet nie trzeba było wjeżdżać w lasy żeby znaleźć puch. Puch znajdował ciebie. Był wszędzie!
Lokalny mówił, że około 10-10:30 mogą powoli otwierać bowle i inne wspaniałe tereny w tylnej części resortu. Oczywiście, że tam się udałem.
Znowu wyjechałem na przełęcz, ale niestety dalej taśmy blokujące wjazd do tylnej części resortu były rozwinięte co oznaczało, że wszystko tam jest zamknięte.
Natomiast widziałem, że wyciągi tam już działają (rozgrzewają je) i spora grupka ski patrolu już stoi przy taśmach. To jest dobry znak. Podjechałem do nich z zapytaniem jakie plany mają na te cudowne tereny. Powiedzieli, że właśnie widoczność się trochę poprawia i dostali zielone światło na ich otwarcie. Jeszcze muszą poczekać parę minut aż będzie wystarczająca ilość patrolu na otwarcie tylnych terenów. Oczywiście, że poczekałem z nimi.
Otworzyli Bowle!. Uzbierała się nawet spora grupka takich szczęściarzy jak ja , więc nam powiedzieli żebyśmy uważali i pożyczyli udanych zjazdów. Powiedzieli, że dzisiaj tu jeszcze nic nie było patrolowane, ani ubijane, i że widoczność może się w każdej chwili pogorszyć, a o zabłądzenie tutaj łatwo. Tereny tutaj mają 11km szerokości. Tak, 11 kilometrów!
Wjechałem w te obszerne tereny. Z reguły jest tutaj szeroka, ubita droga. Teraz tylko wąska ścieżka zrobiona przez patrol. Która i tak za chwilę przestała istnieć, bo każdy pojechał sobie w swoim kierunku. Ja też skręciłem w prawo w dół i zacząłem z wielką radością uprawiać białe szaleństwo w pięknym puchu.
Było cudnie. Piękne tereny, brak ludzi i dużo śniegu. Czego narciarz chce od życia więcej. Zjechałem dwa razy. Zaczęło się więcej ludzi pojawiać, więc postanowiłem dalej wyszukiwać pustych terenów. Pojechałem do Mongolia Bowl.
Tutaj już nawet śladów patrolu nie było. Zero ludzi i tylko piękny dziewiczy, nieubity śnieg.
Wyciąg niestety nie działał, ale w sumie to nie było znaczenia. Trochę znam ten rejon i wiem jak się tutaj poruszać.
Następne jakieś 10 minut było odlotowe. Nietknięte rejony w pięknym puchu i cudownym terenie. Nie za stromo, nie za płasko - tak w sam raz!
Niestety ze względu że wyciąg nie działał to koniec tego rejonu musiałem jechać po płaskim. Nie było to łatwe w tym głębokim śniegu, ale w tak pięknych rejonach nie zważa się na trudności.
Wróciłem tu jeszcze raz później, ale już niestety było trochę ludzi i śnieg lekko rozjeżdżony. Dalej super, ale nie tak jak koło południa.
Ostatni rejon jaki odwiedziłem w ten dzień to Blue Sky Basin. Idealne na zakończenie dnia.
Co prawda ludzi tu już było sporo, ale nadal można było znaleźć nierozjeżdżone tereny.
Wystarczy trochę odjechać od wyciągów czy głównych tras i już można się świetnie bawić. Widoczność się znacznie poprawiła, więc bezpieczniej można było zapuszczać się w głębsze rejony bez obawy o pobłądzenie.
Był to już niestety mój ostatni dzień na nartach na tym wyjeździe (i pewnie w sezonie) więc oczywiście mimo wielkiego zmęczenia jeździłem do samego końca. Odpoczynek dopiero miałem w naszym ulubionym barze „U Niemca” (Pepi’s) gdzie Ilonka już oczywiście trzymała miejsce przy barze.
Fajnej się siedziało i opowiadało przygody całego dnia, ale za długo nie można było siedzieć, bo na dzisiaj na pożegnanie mieliśmy w planie kolację w słynnym hotelu Sonnenalp. Większość wieczorów albo gotowaliśmy w domu, albo jadaliśmy w barach, więc na koniec można było poszaleć.
Warto było! Restauracja w stylu szwajcarskim z pysznym jedzeniem i dobrymi winkami. Oj siedzieliśmy tam dobrą „chwilkę” wspominając cały ten wspaniały wyjazd i planując oczywiście następne. Raclette na środku stołu opiekał mięska , warzywa i sery, Sommelier ciągle donosił nowe, coraz to ciekawsze wina, a nam się buzie nie zamykały od opowieści i śmiechu …..
Niestety był to już mój ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. Ja wiem, że resorty będą jeszcze czynne spokojnie miesiąc czy dwa, ale niestety jakoś czasu nie ma, a poza tym trzeba się przygotowywać do większej wyprawy w drugiej połowie maja.
Zdrówko!
Nie wiem też kiedy następny raz odwiedzę Vail. Na następne parę sezonów postanowiłem zmienić mój bilet narciarski z Epic na Ikon. Vail niestety nie jest na Ikon, więc trzeba pożegnać się z tymi pięknymi górami na jakiś czas. Natomiast na Ikon też jest „parę” ciekawych górek. Big Sky, Jackson Hole, A Basin, Alta…. nie wspominając już oczywiście o Europie, Ameryce Południowej czy Japonii.
Do następnego!
2025.03.01 Seattle, WA (dzień 1)
Jeden wyjazd na narty sami, jeden z przyjaciółmi i jeden z rodzinką…równowaga musi być. Po Park City w którym byliśmy w styczniu przyszedł czas na kolejne piękne górki na zachodnim wybrzeżu. Tym razem padło na Whistler. Ostatni raz byliśmy tam w 2018 roku i było super…nie oczekujemy niczego innego!
W piątek wieczorem opuściliśmy naszą metropolię i polecieliśmy do Seattle. Tam przespaliśmy się przy lotnisku i w sobotę z samego rana mogliśmy oficjalnie rozpocząć wakacje. A co nas przywitało? Oczywiście że mglisty poranek, w Seattle nie mogło być inaczej.
Z Seattle do Whistler jest trochę ponad 4h jazdy samochodem. Do tego granicę trzeba przejechać więc trzeba doliczyć dodatkowy czas. Trochę późno bylibyśmy w Whistler więc zaczęliśmy rozmyślać co fajnego można zobaczyć w okolicy. Darek rozważał Stevens pass ale internet go zniechęcił jak wyczytał że przy wyjeździe z resortu zawsze są korki bo droga wąska a wszyscy wyjeżdżają o tej samej porze.
Szybko jednak pojawiła się inna opcja. Woodinville Destylarnia. Darek bardzo lubi i sprzedaje ich produkty, a akurat główny manager był nie dawno w Corkery i od słowa do słowa doszło do zaproszenia. My nie pogardzany takich zaproszeń i chętnie skorzystaliśmy.
Wycieczka była przednia. Jon opowiadał z pasją o Woodinville, jego karierze w biznesie i innych ciekawostkach. O produkcji whiskey się aż tak nie rozgadywał bo na tym etapie to i my już wiemy, że burbon to kukurydza, jęczmień i czasem żyto. A jak pije się whiskey zwaną rye…to żyto zastępuje kukurydzę w całości. Wiemy też żeby burbon był burbonem to musi mieć 51% (co najmniej) kukurydzy.
Nie wiedzieliśmy jednak (albo przynajmniej ja nie wiedziałam), że Woodinville Distillery stosuje zarówno tradycyjne alembiki (pot stills), jak i kolumny destylacyjne (column stills) w procesie produkcji whiskey. Alembiki są używane do destylacji wsadowej, co pozwala na większą kontrolę nad smakiem i aromatem destylatu. Dzięki miedzianej konstrukcji alembików, usuwane są związki siarki, co przyczynia się do uzyskania gładkości i bogactwa smaku.
Kolumny destylacyjne, z kolei, umożliwiają ciągłą destylację, co zwiększa efektywność produkcji i pozwala na uzyskanie wyższych stężeń alkoholu. Dzięki zastosowaniu obu metod, Woodinville Distillery może tworzyć whiskey o złożonym profilu smakowym, łącząc tradycję z nowoczesnymi technologiami.
Brzmi to poważnie…no tak, bo wyrób whiskey to poważna sprawa. Ale prawda jest taka, że nie ważne jak to robią ale jako rezultat jest. A rezultat jest przedni…
Możemy potwierdzić, że efekt końcowy jest bardzo dobry. Co prawda większość testowaliśmy tylko w bardzo małych ilościach ale Jon, rozumiejąc, że przed nami jeszcze długa droga zaproponował, żebyśmy sobie sami polali na co mamy ochotę, zapakowali jak fachowi producenci i wzięli ze sobą aby spróbować wieczorem na spokojnie.
Co za doświadczenie…wow… po Szampanii, a teraz Woodinville to ja już nie chcę chodzić na wycieczki incognito. Trzeba korzystać z przywilejów jakie praca daje.
Ta cała szarówka z rana w południe już całkowicie zniknęła a o drugiej popołudniu to już spokojnie można było chodzić w krótkim rękawie i siedzieć na zewnątrz.
Obok Destylarni była bardzo fajnie wyglądająca restauracja. Zresztą też bardzo polecana. Bez zastanowienia poszliśmy tam na lunch. Pyszny wybór…a jeszcze lepiej nam smakowało jak się okazało, że rachunek zapłacony z góry…wow…dziękujemy Woodinville! I tym oto sposobem High West stracił małego klienta (mnie) a Woodinville zyskał. Wiem, że moje odejście od High West nie zmieni nic w ich życiu bo moja konsumpcja to ok. jedna butelka na rok. Ale mam nadzieję, ze Darek będzie polecał Woodinville jeszcze bardziej i jak przyjedziemy tu znów za jakiś czas to pochwalą się, że ich produkcji zwiększyła się z 70tys skrzynek do 100tys. Tego im życzę bo zasługują.
Fajnie się siedziało i pogoda w Seattle też nie zachęcała do opuszczenia tego rejonu, ale górki czekają i trzeba w końcu przekroczyć tą granicę.
Na granicy poszło w miarę sprawnie. Niestety w Vancouver było gorzej. Musieliśmy wjechać do miasta po jakieś zakupy. Jakoś nie lubimy ryb czy ogólnie jeżdżenia z takich przy autostradowych supermarketów. Znaleźliśmy fajny sklep z rybkami i postanowiliśmy się zaopatrzyć co by parę kolacji zrobić w domku.
Niestety korki w Vancouver są masakra. Całe zakupy zajęły nam ok 2h ale 1.5h to stanie w korkach albo przepychanie się przez miasto. Vancouver ma chyba najgorzej zsynchronizowane światła jakie w życiu widziałam.
Z Vancouver do Whistler mieliśmy około 2h jazdy. Niestety to już pokonaliśmy głównie po ciemku. W międzyczasie, nasi przyjaciele też wylądowali i zaczęli nas gonić…i udało im się nawet. Dojechali do domku 15 min po nas. Idealnie na degustację prezentów z Woodinville, które w końcu Darek mógł pić i nie wypluwać.
2025.01.17-19 Park City & Salt Lake City, UT (3)
W Park City byłam drugi raz w życiu i muszę przyznać że tym razem zaskoczyło mnie pozytywnie, głównie jeśli chodzi o szlaki i parki dla nie narciarzy.
Większość dni pracowałam bo pomimo nie limitowanego urlopu trzeba znać granice rozsądku i wiedzieć gdzie jest limit. Jednak praca wg wschodnich godzin, będąc na zachodzie jest super i można już o 2-3 popołudniu cieszyć się górskim klimatem.
Ze szczytów zrobiłam Quarry Peak. Bardzo fajny szlak. Spacerek na jakieś 2-2.5h ale do góry z pięknymi widokami na resort. Poza okolicznymi szczytami jest tu dużo parków i tras dla narciarzy biegowych. Jest też park który powstał po przerobieniu byłej trakcji kolejowej. Park City bowiem jest kolejnym miastem powstałym w gorączce złota. A jak gorączka złota to i kolej musi być. Tak, że się nie nudziłam i robiłam kilometry, rzadko idąc ulicą czy chodnikiem.
Samo miasteczko Park City mnie nie powaliło. Tak jak Darek pisał przez te ich prawa odnośnie alkoholu nie ma za bardzo fajnych knajpek, bo albo nastawiają się na picie i wtedy mają beznadziejne jedzenie, albo nastawiają się na jedzenie ale to mają już stoły jak w jakiś stołówkach. Jest parę bardzo fancy restauracji ale niestety nie ma nic pośrodku. Takiego średnio drogiego z fajnym klimatem.
Tak więc klimat postanowiliśmy znaleźć w Salt Lake City. Z Park City do SLC jest 30-45 min. Rzut beretem jak to się mówi. W Sobotę musieliśmy opuścić nasze mieszkanko dość wcześnie, a że Darka pas na narty nie działał w sobotę (MLK Day) to postanowiliśmy spędzić czas razem i pozwiedzać okolicę.
W okolicy Park City jest destylarnia whiskey, High West. Bardzo lubimy ich wyroby. Jest to whiskey która nauczyła mnie pić ten rodzaj alkoholu. Postanowiliśmy więc odwiedzić ich główną siedzibę i zobaczyć jak produkują ten złoty trunek.
Destylarnia położona jest na ranczo i z parkingu trzeba pokonać kawałek do góry. Na szczęście są małe autobusiki co wywożą ludzi do góry i nie ma korków na tej wąskiej krętej drodze.
Darek ma trochę produktów High West w sklepie ale nie wszystkie bo nie wszystkie można kupić poza Utah. Destylarnia ma też bardzo dobre jedzenie więc lunch z whiskey był bardzo dobrym pomysłem. I właśnie takie miejsca lubimy najbardziej, pyszne jedzenie i picie ale bez tak zwanych białych obrusów.
Mi najbardziej smakował Prisoners Share ale co się dziwić….podobno jedno z top 3 w ich kolekcji.
Po lunchu pozwiedzaliśmy trochę okolicę. Widok mają super, to im trzeba przyznać.
W słoneczku było super ciepło więc nawet nie chciało się wracać, natomiast z cienia człowiek od razu uciekał do słoneczka. Pochodziliśmy troszkę po okolicy i postanowiliśmy wracać. Chcieliśmy jeszcze troszkę pozwiedzać Salt Lake City.
Salt Lake City leży u podnóża gór i ogólnie jest dość przyjemnym miastem. Ostatni raz byliśmy tam w 2018 roku. Wtedy ja zwiedzałam trochę miasto i dokarmiałam bezdomnych. Natomiast Darek dolatywał trochę później. Tym razem Darek chciał się przejść, może nie do końca dokarmiać bezdomnych ale zobaczyć trochę miasto. Ja też w sumie byłam ciekawa jak bardzo się zmieniło.
Hotel mamy w centrum więc mogliśmy spokojnie odstawić auto i zrobić sobie kółeczko po mieście. Podeszliśmy pod ich słynną katedrę ale była cała zagrodzona i w remoncie więc poszliśmy dalej aż doszliśmy do potężnego budynku z napisem Union Pacific Railroad. Coś z tym Union Pacific mam… i zaczęłam obfotografowywać budynek na całego.
Dopiero po paru minutach olśniło mnie, że to jest przecież hotel i to sieci Marriott. Jak Darek usłyszał, że hotel i że Marriott to stwierdził, że na pewno mają tam bar i na pewno chcemy się ogrzać.
No i było wszytko… dworzec główny przerobili na recepcję hotelu z barem. Pokoje hotelowe znajdują się w dobudowanej części ale oczywiście są połączone z recepcją. Milionowy koncept ale bardzo fajny. Niestety miliony te muszą się zwrócić więc i noc w hotelu do tanich nie należy. Dlatego my tu nie śpimy.
Po zagrzaniu się ruszyliśmy dalej w kierunku graffiti. W sumie to graffiti było tylko takim punktem żeby jakoś wyznaczyć naszą trasę spacerową. W Salt Lake City nie bardzo jest co zwiedzać ale jest to przyjemne miasto, zresztą które miasto nie jest przyjemne jak się z chodnika widzi górki.
Bezdomnych też niestety trochę mają. Już za pierwszym razem zapadli oni mi w pamięć a teraz tylko utrwalili się. Na szczęście skupiają się w swoich grupkach i parkach i tak jak my nie chcemy być zaczepani tak samo oni. Widać też że SLC się rozrasta bo powstają nowe mieszkalne osiedla, browary i restauracje.
Odwiedziliśmy browar Level Crossing, pyszne piwko mają, ale nie siedzieliśmy długo bo się ściemniało a my głodni się robiliśmy. Kolejne cudowne wakacje postanowiliśmy zakończyć dobrym amerykańskim stekiem… Niestety musiały być sieciówki jak Ruth Chriss czy Capital Grill. Postawiliśmy na Capital i był to pyszny wybór.
Na szczęście do restauracji nie mieliśmy daleko bo mrozik był. Jakby nie patrzeć to zima jest. Może śniegu nie widać ale temperatury dość niskie są. Pod hotelem mamy lodowisko ale my jednak woleliśmy oglądać ludzików z okien ciepłego hotelu.
I to już koniec… w niedzielę dość rano mieliśmy samolot do NY. Tak rano, że śniadanie musieliśmy jeść na lotnisku a nie w hotelu… dobrze, że są lounge… Lot minął na szczęście spokojnie i bez opóźnień.
2025.01.12-17 Park City, UT (2)
Poniedziałek, z reguły nie jest to najlepszy dzień tygodnia. Chyba, że się jest na tygodniowych wakacjach i właśnie się wyrusza w nieznane tereny w góry.
Dzisiaj i parę następnych dni postanowiłem spędzić w Canyons. Jest to sąsiedni resort połączony wyciągami.
Z Park City wystarczy wziąć dwa wyciągi, następnie przesiąść się do gondoli i już się wysiada w Canyons. Coś jak w alpejskich resortach. Podróżujesz górami z wioski do wioski.
Canyons jest bardziej rozłożyste niż Park City. Posiada 5 szczytów i wiele ciekawych terenów. Oczywiście poza terenami większość narciarzy przyciągają tu inne rzeczy. Domy! Tak, wypasione chaty, które aż podchodzą pod szczyty.
Niewiele jest takich miejsc w Stanach, gdzie luksusowe domy położone są aż w tak pięknych i niedostępnych terenach. A zarazem normalny człowiek może koło nich przejeżdżać na nartach. Znajdują się wysoko w górach z prywatnymi trasami narciarskimi prowadzącymi do tych rezydencji.
Osiedle posiada 274 domów. Wszystkie są ogromne z wieloma sypialniami, łazienkami i ogromnymi tarasami. Ponoć najtańszy kosztuje 10 milionów dolarów. Większość właścicieli to są potężne korporacje, chociaż znajdują się też bogaci prywatni właściciele jak Taylor Swift, Demi Moore, Larry King, Michael Jordan….
Najgorsze jest to, że większość tych domów jest pusta. Jadąc tymi trasami czy wyciągami można je obserwować i „zaglądać” do ogródka. Ciemne, puste, zasypane śniegiem i brak samochodów pod domem. Przykre, że tak piękne rezydencje stoją puste, ale pewnie ci miliarderzy mają wiele takich domów po świecie i w każdym muszą chwile pomieszkać. Chociaż i tak większość czasu pewnie spędzają w hotelach.
Oczywiście nie przyjechałem tu oglądać domy, a wyjeździć się na nartach. Prawie wszystko jest otwarte, więc bez kolejek można się świetnie bawić.
Canyons jest tak duże, że potrzebujesz z godzinę żeby się przedostać z jednego końca do drugiego. Oczywiście zajmuje to znacznie więcej, bo po drodze znajdujesz tyle ciekawych terenów, że chcesz nimi zjechać i je pozwiedzać. Czasami “niestety” trzeba też podejść kawałeczek.
Dobrze jest mieć plan jakie rejony i w które dni odwiedzać żeby te ogromne połacie gór ciekawie zwiedzić, z zarazem się nie powtarzać.
Plan planem a i tak czasami się wjedzie w jakiś rejon i tak jest pięknie, że trzeba tu więcej czasu spędzić i paroma innymi trasami zjechać. Ale na szczęście nic nie robimy tu na wyścigi tylko dla przyjemności, więc plany można modyfikować w ciągu dnia.
Tak też robiłem. Jak coś było bardzo interesujące to zostawałem w tym rejonie i lepiej go zwiedzałem. Albo po prostu robiłem sobie dłuższą przerwę na lunch i wygrzewałem się w słonecznym Utah.
Większość dni miałem słoneczną pogodę i bez wiatru. W związku z tym wszystkie przerwy robiłem w górach na świeżym powietrzu z pięknymi widokami. Znacznie to preferuje niż zatłoczone bazy z drogim jedzeniem i piciem. Wszystko co potrzebuję mam w plecaku.
Après ski to inna sprawa. W górach w styczniu jak tylko zajdzie słońce to robi się zimno i dalsze przebywanie na zewnątrz już nie sprawia tyle przyjemności. Ale Ilonka zawsze coś fajnego wyszukiwała na ogrzanie się. Można było się czasami przyjemnie zasiedzieć.
Chociaż powiem Wam, że w stanie Utah to nie jest takie proste. Mają tutaj trochę zacofane przepisy. Jak się nie udało nigdzie w bazie spotkać to przy kominku w naszym mieszkaniu też było przyjemnie.
Raz udało mi się zostać dłużej w górach. Wyciągi zamykają o godzinie 16. Na styk wyjechałem na górę i ponownie zjechałem około 16:10. Zapytałem czy mnie jeszcze wpuszczą. Gostek co obsługuje wyciąg już mnie chyba trochę znał i mnie jeszcze puścił. Fajnie tak było wyjechać na górę gdzie już nie było nikogo, tylko ski patrol.
Puściutkimi trasami zjazd należał do bardzo przyjemnych i dołożył „wisienkę na torcie” na zakończenie dnia.
Przez ten tydzień z reguły do południa jeździłem w Park City a później przenosiłem się do Canyons. Tak, żeby sobie urozmaicać dni. W sumie jest ponad 300 tras, więc i tak przez tydzień się tego nie zwiedzi.
Pod koniec tygodnia już 100% tras i terenów było otwarte. Zabawa na całego! Aż się nie chce wracać do domu.
Niestety tydzień szybko zleciał i trzeba nartki spakować do pokrowca i wracać. Miejmy nadzieję, że nie na długo. Zima dopiero się rozkręca i już mamy parę ciekawych planów wyjazdowych.
Jak narazie spędzimy jeszcze sobotę w Salt Lake City i okolicach. Wylot mamy dopiero w niedzielę, a jak to lokalni mówią, w weekend się nie jeździ na nartach.
Co myślę o Nartach w Utah? Blisko lotniska, góry wspaniałe (prawie jak Colorado), śnieg bardzo dobry, brakuje im dobrych après ski. Niestety stanowe przepisy kontrolowane przez Mormonów nie pozwalają barom i klimatycznym restauracją się rozwijać. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni i Utah w tym dogonią inne Stany czy Alpy.
Jak na razie w Park City to narciarz musi wyszukiwać fajne bary a nie bary jego….
2025.01.11 Park City, UT (1)
Rozpoczęcie tego sezonu narciarskiego zaczęło się znowu z lekkim opóźnieniem bo dopiero w pierwszej połowie stycznia. Ale tak to już jest, że z początkiem sezonu (listopad/grudzień) jakoś nie ma czasu wyskoczyć w górki. Zresztą w grudniu nie ma jeszcze dobrego śniegu a i ceny są chore.
Liczy się oczywiście jakość a nie ilość, więc na nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie wybraliśmy Park City w stanie Utah.
Byliśmy tu 6 lat temu i mieliśmy wielkie szczęście do pogody. Sypało ostro, do tego stopnia, że za bardzo nie wiedziałem jak jeździć w tak głębokim puchu. Miejmy nadzieję, że w tym sezonie Utah też nas przywita tym ich słynnym puchem.
Park City należy do wielkiej amerykańskiej korporacji zwanej Vail. Ta oto firma kupiła wiele resortów w Stanach i w Kanadzie. Takich jak Whistler, Breckenridge, Keystone, Stowe…. Wypuściła bilety sezonowe zwane Epic Pass na których prawie bez ograniczeń możesz jeździć w ich 42 resortach. Wliczając resorty w Alpach, Japonii i Australii. Ogólnie fajnie, nie? Prawie. Co duże to nie koniecznie najlepsze. Nie do końca chyba to ogarniają i niektóre resorty czasami się buntują. W tym roku oczywiście padło na Park City!
Pracownicy resortu zaraz po świętach Bożego Narodzenia rozpoczęli strajk, który trwał aż dwa tygodnie. Domagali się lepszego wynagrodzenia i lepszych warunków pracy. Vail szybko zaczął ściągać pracowników z innych resortów żeby łatać dziury. Nie do końca im się to udało i w okresie świąteczno-noworocznym niewiele wyciągów i tras było czynnych co powodowało gigantyczne kolejki i bardzo wkurzonych narciarzy.
Na szczęście parę dni przed naszym przyjazdem związki zawodowe dogadały się z Vail i strajk się skończył. Miejmy nadzieję, że wszystko zdążą otworzyć zanim przyjedziemy. A mają co robić bo Park City posiada 40 wyciągów i 350 tras. Do tego dostali 3 stopy (metr) śniegu w ciągu ostatniego tygodnia!
W piątek wieczorem wylądowaliśmy w Salt Lake City. Nie jechaliśmy już w góry bo nie było sensu. O wiele taniej jest się przespać koło lotniska niż w resortach narciarskich.
Park City jest oddalony zaledwie 30 minut samochodem od Salt Lake City. Także w sobotę po lokalnym śniadaniu w Eggs in the City (jajka w mieście) wypożyczyliśmy samochód i wyruszyliśmy w góry.
Około 11 rano byliśmy już na miejscu. Do naszego mieszkania nie mogliśmy się jeszcze dostać więc poszliśmy prosto w góry. Ja na narty, a Ilonka na hiki.
Pierwszy dzień na tygodniowych wakacjach trzeba trochę delikatniej i ostrożniej. Zwłaszcza jak to jest pierwszy dzień w sezonie. Trzeba nogi przygotować do wysiłku i się zaaklimatyzować z wysokością.
Jak na sobotę to nie było dużo ludzi. Praktycznie bez większych kolejek można było jeździć. Widocznie dużo ludzi z obawy o strajk zrezygnowało z wyjazdu tutaj. Lepiej dla mnie.
Większość szczytów dalej była zamknięta. Patrol mówił, że jeszcze potrzebują parę dni żeby wszystko otworzyć. Dużo śniegu spadło i jest wysoki stopień zagrożenia lawinowego. Cały czas było słychać jak wysadzają lawiny. W sumie to nie ma znaczenia, bo i tak w pierwszy dzień nie planuje wybierać się na same szczyty.
Pogoda była różna. Od słońca do intensywnych opadów śniegu. Było zimno. Coś jak w styczniu wysoko w górach. Natomiast jak tylko wychodziło słońce to od razu robiło się ciepło. Do tego stopnia, że nawet lunch można było jeść na zewnątrz.
Park City połączony jest wyciągami z Canyons, co tworzy największy resort narciarski w Stanach. Postanowiłem, że Canyons zacznę zwiedzać od poniedziałku. Sobotę i Niedzielę spędzę w Park City.
Pierwsze dwa dni spędziłem w Park City, nie zapuszczałem się w większe i bardziej rozległe Canyons. Jest tu wystarczająco tras i terenów na zaaklimatyzowanie się. Zawsze można zjechać do miasta i odpocząć.
Jak zwykle na wyciągach można spotkać ciekawych lokalnych zagorzałych narciarzy. Na jednym z nich lokalny mówi, że ostatnio spotkał grupę ludzi. Zainteresowały go naszywki na ich kurtkach z napisem 100+. Mówi, że to dopiero grudzień a oni już mają 100+ dni na nartach w tym sezonie. Gdzie to zrobiliście, zapytał ich?
Odpowiedzieli mu, że w tym wypadku to nie chodzi o dni ale o lata. Cała trójka ma powyżej 100 lat. 102, 102 i 101!
Wow. Szacun na maxa odpowiedział!
Jak można dożyć takiego wieku i jeszcze dalej jeździć na nartach, zapytał?
Cztery rzeczy, odpowiedzieli:
Dobry sen,
Dobra żona,
Dobre wino,
I dużo nart!
Zgadza się! Zjechałem prosto do baru, żeby podtrzymywać cztery najważniejsze narciarskie obietnice. Dobra żona już tam oczywiście czekała.
W Utah nia ma za wiele opcji barowych. Jakoś te ich lokalne i stanowe alkoholowe przepisy są zacofane na maxa. Ale Ilonka oczywiście coś tam znalazła i już dobrze się siedziało. Jak tylko wszedłem do baru to znowu zaczęło sypać na maxa. Dobrze, że już byłem w środku.
Jutro, też będę w Park City, a od poniedziałku wyruszam na podbój Canyons. W Park City otworzyli wyciąg na samą górę, więc było co robić w niedzielę.
2024.10.26 Vail, CO (dzień 2)
Planując ten wyjazd do Kolorado nastawialiśmy się na intensywne górołazowanie. Codziennie chcemy iść na jakiś duży hike. Nart jeszcze nie ma bo za mało śniegu spadło, więc idealny czas żeby przewietrzyć głowę na wyżynach stanu Kolorado.
Wprawdzie wyżej w górach już trochę śniegu spadło ale dalej za mało, żeby skutecznie utrudniać wspinaczkę. Dalej można spokojnie wychodzić na 12 tysięcy stóp (3,500m) lub wyżej i to bez raków czy rakiet.
Październik jest świetnym miesiącem na zwiedzanie górzystych części stanu Kolorado. Nie za gorąco, jeszcze w miarę długi dzień, nie ma latającego paskudztwa, i śniegu mało. Ilość ludzi tutaj jest zawsze mała, więc to akurat nie ma znaczenia lato czy jesień. Wiosna też by była fajna, ale niestety paro-metrowa warstwa śniegu utrzymuje się tutaj spokojnie do maja lub czerwca.
Po wczorajszym hiku nogi za bardzo dzisiaj nie chciały chodzić. Zwłaszcza jak się dowiedziały, że dzisiaj jest największy hike na tym wyjeździe. Planujemy dotrzeć do jeziora Pitkin, które znajduje się w rejonie resortu Vail. Dokładnie na jego przeciwległych stokach.
Dzień jeszcze jest w miarę długi, więc na hike wyszliśmy dopiero o 10 rano. Po pierwsze już nie ma upałów, więc nie trzeba unikać wspinaczki w środku dnia, a także o tej porze roku nie ma już większego problemu z parkowaniem samochodu na początku szlaku. Co prawda mieliśmy wyjść jakąś godzinę wcześniej, ale niestety w nocy mieliśmy emergency które nam zabrało dwie godziny snu. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło i o 10 rano wyruszyliśmy.
Większość hików w rejonie Vail zaczyna się zaraz koło autostrady 70, więc gdzieś przez pierwsze 30 minut słychać jej odgłosy. Na szczęście odgłosy nie są aż takie męczące i trochę też tłumione przez las. Ciężarówki mają zakaz hamowania silnikiem w rejonie Vail co też zmniejsza decybele. A w sumie to my mieszkamy w NYC gdzie tam zawsze jest głośno i już do tego jesteśmy przyzwyczajeni.
Początek trasy jest dość stromy. Trzeba wyjść z dna doliny. Przyjemnie zygzakami przez brzozowy las w promieniach słońca szybko nabieraliśmy wysokości.
Szybko też brzozy zamieniliśmy na drzewa iglaste i dalej nabieraliśmy wysokości. Śnieg zaczął się pojawiać. Na początku tylko na zacienionych odcinkach a w miarę nabierania wysokości częściej i więcej. Dalej w ilościach na tyle małych, że raczki które mieliśmy w plecaku nie musieliśmy ubierać.
Gdzieś tak po godzinie z hakiem dolina zaczęła się rozszerzać i las zaczął ustępować polanom.
Była taka super cisza. Bezwietrzna pogoda i praktycznie żadnych innych ludzi. W tych rejonach ponoć występuje spora ilość zwierzyny. Szliśmy, nasłuchiwaliśmy, rozglądaliśmy się uważnie ale poza wiewiórkami i chipmunkami to nic innego nie biegało.
Można tu spotkać znacznie większe ssaki. Mieszkają tu niedźwiedzie, pumy, kozice górskie, łosie, jelenie, lisy… Internauci często wystawiają zdjęcia z napotkanych zwierzaków. Wczoraj tu ponoć przechodziła niedźwiedzica z dwoma małymi.
A może to i dobrze, że nie spotkaliśmy lokalnych mieszkańców… Ilonka nie miała gazu pieprzowego przy sobie.
Szlak to Pitkin Lake nie jest trudny, ani też techniczny. Ma parę stromszych odcinków ale łatwych do pokonania. Mimo wszystko, każde stromsze podejście na wysokości powyżej 10,000 stóp (3,000 metrów) wymaga troszkę energii i tlenu. Niestety nie mieszkamy jeszcze w górach, więc z tym tlenem nie jest tak łatwo, ale nie jest źle. Organizm pamięta wysokości i im częściej się przekracza 10,000 stóp tym łatwiej.
Jezioro Pitkin znajduje się na 11,400 stóp (3,500 metrów). Lasy w stanie Kolorado dochodzą gdzieś do 11,000 stóp (3,350m.). Wiadomo, że tak gdzieś od 10,000 stóp stają się rzadsze i mniej gęste. Ostatnią godzinkę hiku szliśmy polanami, skałami i często w śniegu.
Mimo, że śnieg był zmrożony czyli nie było za ciepło to jednak pustynne słońce i wysokość robi swoje. Szliśmy tylko w podkoszulkach z długim rękawem (żeby słońce nas za bardzo nie spaliło) i było nam ciepło. W sumie stan Colorado leży na podobnych równoleżnikach co Afryka północna, a tam słońce ostro grzeje.
Około godziny 14 dotarliśmy nad jezioro. Oczywiście nie było nikogo, dopiero później doszło parę osób.
Mimo niskich temperatur w nocy jezioro nie było zamarznięte, ani nie pływały na nim żadne lody. Pewnie jakieś ciepłe podziemne wody do niego muszą wpływać.
Natomiast zimny wiatr od niego wiał i szybciutko musieliśmy się cieplej ubrać.
Ogólnie nas trochę ten hike zmęczył i taka 30-to minutowa przerwa była wskazana. Coś przegryź, pooglądać otaczające nas góry i wypatrywać jakiś większych zwierzaków.
Pół godziny minęło, żadne większe zwierzaki nie przyszły (poza psem który chciał się wykąpać w lodowatej wodzie jeziora, chyba się zmęczył tym czterogodzinnym spacerkiem), więc postanowiliśmy wracać na dół.
Łatwy szlak, więc w szybkim tempie można było się poruszać. W wyższych partiach jeszcze było trochę śniegu, więc trzeba było uważać żeby zająca nie złapać.
Jak tylko odeszliśmy trochę od jeziora i zbiliśmy wysokość od razu zrobiło się ciepło i bluzy nie były już do niczego nam potrzebne. Niestety żadnych zwierzaków dalej nie spotkaliśmy.
Około 16:30 ponownie weszliśmy w las Brzozowy i pomału zaczęły do nas dochodzić odgłosy autostrady.
Pół godziny później zadowoleni byliśmy już przy samochodzie. Piękny dzień z idealną pogodą i wspaniały hike w okolicach Vail. Siedmio-godzinny spacer wysprzątał nam głowę z głupich i niepotrzebnych myśli.
Samochodem w 10 minut zajechaliśmy do naszego mieszkanka i prosto udaliśmy się na balkon gdzie w promieniach zachodzącego słońca można było się ochłodzić i obserwować jak Vail przygotowuje się do sezonu narciarskiego który pewnie zacznie się już niebawem.
Fajnie się siedziało i odpoczywało na balkonie, ale głód zaczął nam doskwierać na maxa. Wczoraj w Bully Ranch było ok jedzenie, nic specjalnego. Dzisiaj postanowiliśmy iść do Mountain Standard. Ciekawa restauracja nad rzeczką w centrum Vail. W sezonie raczej nie ma szans tutaj się dostać. Dobrze, że jeszcze stoki są zamknięte i jest znacznie mniej ludzi.
Knajpa była dość pełna, ale nawet udało nam się znaleźć miejsce przy barze. Lubimy siadać przy barze. Zawsze jest lepsza interakcja z obsługą i można się jakiś ciekawych lokalnych newsów dowiedzieć.
Był to bardzo dobry wybór. Nie dość, że mają bardzo dużo lanych piw to jeszcze zamówiłem golonkę którą „dało się zjeść.” Ładnie podana , smaczna i rozpływała się w ustach. Czego więcej trzeba na zakończenie dnia.
Dzisiaj też za długo nie siedzieliśmy w barze. Zmęczenie zaczęło się pojawiać a na jutro też oczywiście zaplanowałem ciekawy spacerek. Chcemy przejść z jednego do drugiego resortu. Górami oczywiście….
2024.10.25 Denver, CO (dzień 1)
Zazwyczaj jak człowiek spróbuje czegoś lepszego to potem jest mu dużo trudniej wrócić do wcześniejszego stanu rzeczy. Nie ważne czy chodzi tu o coś smaczniejszego, wygodniejszego, czy po prostu lepszego w mniemaniu danej osoby. Raz podniesiona poprzeczka ciężko spada na dół. A jak spada to z hukiem i tego nikomu nie życzymy.
Dla nas chyba najbardziej podniosła się poprzeczka jak poznaliśmy szlaki górskie na zachodzie Stanów. No bo jakoś było nie do pomyślenia, że można w tak piękne miejsca dojść w jeden dzień. No i wina/whiskey jak Darek nas wyedukował.
Ostatnio oboje z Darkiem mamy za dużo pracy, dlatego bez większego zastanowienia zrobiliśmy sobie weekend relaksu. A dla nas relaks polega na aktywnym łażeniu więc w czwartek po pracy wskoczyliśmy w wielkiego ptaka i ruszyliśmy na zachód do naszego „domku”, czyli do Denver.
Technicznie lotnisko w Denver opuściliśmy już po północy więc nasze wakacje zaczęły się w piątek, dokładnie w piątek rano jak po nocy w hotelu ruszyliśmy w kierunku górek. Szlak na pierwszy dzień był tylko godzinę od Denver, kiedyś próbowaliśmy go zrobić ale to był koniec kwietnia i jeszcze było dość dużo śniegu. Teraz pomimo, że trochę śniegu spadło we wtorek mieliśmy nadzieję, że uda nam się go dokończyć.
Szlak był przewidziany na niecałe 4h tam i z powrotem i mniej więcej tyle nam zajął. Musieliśmy wyjść jakieś 1700 ft (500 metrów) do góry. I niby nie było by to nic dziwnego ale start szlaku był ponad 10 tys feet (3000 metrów). Kiedyś moją granicą było 10tys. Do 10 tys mogłam chodzić bez większych problemów ale po przekroczeniu 10tys zaczynałam czuć brak tlenu. Powyżej dwunastu tysięcy (3600 m) nie przepadałam za hikami. Przebywanie w Denver i nie tylko sprawiło, że 10tys nie jest już takie straszne. Wysokość zaczynam odczuwać jak się zbliżam do 12tys a dyskomfort jest bardziej koło 13-14 tys (4000 m).
Ostatni raz (rok temu) przekroczyliśmy 12tys też w Kolorado. Wtedy chcieliśmy zdobyć Peak 10 (13,633 /4155 m) Wtedy wymiękliśmy na około 12,700. Na tym wyjeździe chyba nie będziemy szli pod 13tys ale trenowanie w okolicach 12tys jak najbardziej nam się przyda.
Plusem szlaków na zachodzie, a zwłaszcza tych przekraczających 10tys ft wysokości jest ich łatwość. Ciężko zrobić trudne szlaki na wysokości gdzie jest mniej tlenu i o zadyszkę nie trudno. No chyba, że się tu mieszka i co tydzień chodzi po górach to nawet biegać można. Kiedyś miejmy nadzieję dojdziemy do takiej kondycji, albo przynajmniej czymś pomiędzy biegaczem a górołazem mieszkającym na poziomie morza.
Kolejna ciekawostka która odróżnia lokalnych od turystów. Na szlaku często mówi się “Cześć co słychać?” no i jakieś tam mała wymiana zdań się szybko nawiązuje, czasem kończy się na “baw się dobrze” a czasem przeradza się w to w rozmowy o pogodzie. Darek zaczepiał dziś wszystkich i mówił “piękny dzień mamy” no bo rzeczywiście pogoda dopisała i było cudo. Tylko ktoś mu dogadał (tak przyjaźnie) no w Kolorado jesteś… tu przecież zawsze jest pogoda. No tak bo albo tu świeci słońce albo pada śnieg. Pochmurnych dni, deszczowych i zachmurzonych raczej tu nie wiele jest. Kolorado - pogada dla bogaczy.
My Kolorado mamy od święta więc rozkoszowaliśmy się pogodą i widokami. Szlak prowadził piękną trasą, otoczoną górami, aż doszliśmy do jeziora. Przed jeziorem można skręcić i iść wyżej w góry ale to już mówimy o poważniejszym szlaku więc my się skupiliśmy na jeziorze. Od jeziora było chłodnawo bo wyżej już trochę śniegu było. Nadal można było spokojnie po nim chodzić ale chłodek od niego wiał.
Zrobiliśmy sobie przerwę na małe co nieco i chwilę podziwiania natury w ciszy. Góry to fajna sprawa. Ja chyba nigdy nie zrozumiem ludzi którzy wolą wylegiwanie na plaży niż takie widoki i takie otoczenie. Nie dość, że nagroda jest w samym ruchu to jeszcze widoki niesamowite. No nic, na szczęście różni ludzie lubią różne rzeczy bo inaczej szlaki by były przepełnione a tak to, spotkaliśmy może w sumie z 10 ludzi na całym szlaku. Idealnie. Wystarczająco, żeby przepędzili misie a nie za dużo, że mówienie “cześć” ci się nudzi.
Zejście do auta to już było z górki na pazurki. Kolejnym plusem szlaków na zachodzie jest to, że schodząc w dół dostaje się więcej tlenu a co za tym idzie więcej energii. A szlak jest na tyle łatwy, że można prawie biec. Oczywiście nadal trzeba uważać bo wtedy najłatwiej o kontuzję ale spokojnie schodzi się połowę czasu który zajęło wyjście.
Byliśmy mniej więcej w 3/4 drogi z Denver do Dillon. Dillon, Silverthorne i Frisco to trzy miasta połączone prawie w jedno skąd rozjeżdżają się drogi w różne części gór. My śpimy w Vail ale zanim tam dojechaliśmy to po takim fajnym spacerku należała nam się przerwa w Silverthorne.
Normalnie spanie w Vail, tak centralnie w Vail to nie dla psa kiełbasa. W sezonie zimowym lekko trzeba liczyć $600-$1000 za noc. Dobrze, że teraz nie ma sezonu i ceny bardziej przypominają ceny hoteli we Frisco. Dlatego zdecydowaliśmy się na pomieszkanie w centrum Vail i wyobrażeniu sobie jak to jest mieć 5 min na nogach do wyciągów w tym najsłynniejszym resorcie w Stanach jak nie na świecie.
Miasteczko puściutkie. Śpimy w części Lions Head i jak poszliśmy na kolację to prawie nikogo nie było na chodnikach. Restauracje też jeszcze w większości pozamykane. Każdy właściciel biznesu pewnie gdzieś odpoczywa bo jak się zacznie z końcem listopada to pewnie do kwietnia nie będą mieli przerwy. My postanowiliśmy dziś na “barowe” jedzenie i poszliśmy do Bully Ranch. Bully Ranch jest w hotelu Sonnenalp który ma pyszną restaurację ale niestety jest to jedna z tych na sezon zamkniętych. Stwierdziliśmy jednak, że skoro to w tym samym hotelu to i może jedzenie będzie podobne. Zamówiliśmy pizzę i żeberka. No i niestety żeberka nie powaliły. Spodziewaliśmy się wow a były tylko dobre. No nic, następnym razem w Vail Darek będzie musiał sam robić bo nawet najlepsza knajpa w mieście nie sięga mu do pięt. Jutro kolejny “spacerek”, dłuższy i też zapowiada się piękny, no więc po kolacji, grzecznie do domku i do spania, trzeba mieć siły na jutro.
2024.05.26 Schroon Lake, NY (dzień 2)
Wczoraj zrobiliśmy najkrótszy i najłatwiejszy szlak… niestety nie najkrótszy w górach tylko najkrótszy jaki nam został aby osiągnąć koronę Adirondack. Czy mnie zaskoczył? Trochę… spodziewałam się, że miejsca strome będą gorsze, natomiast, że bardziej płaskie odcinki będą łatwiejsze. Net-net… szczyt zdobyliśmy ale dziś nie było mowy o żadnym zaliczaniu kolejnych szczytów. Trzeba będzie jeszcze z cztery razy tu wrócić.
Następny w kolejce jest Allen, który ma o 5 mil więcej niż Marshall i 500 ft więcej różnicy wzniesień. Musimy planować inaczej, spać bliżej szlaku, najlepiej w jakimś wynajętym domku. Wyjść na szlak koło 6 rano, i mieć w lodówce jedzenie na kolacje. Skoro nic z tego nie mieliśmy na tym wyjeździe więc górki odpuściliśmy a wybraliśmy mało miasteczkowe spędzenie niedzieli.
Zaczęliśmy od śniadania w pobliskiej restauracji. Po wczorajszej kolacji olaliśmy restaurację w ośrodku. Na szczęście do miasteczka mamy na nogach może 5-8 minut to poszliśmy na jakieś jajka i kawę. I było super… smacznie, miło i przytulnie. Nawet słońce nam bardzo nie przeszkadzało i wzięliśmy stolik na zewnątrz. Bo temperatury już zbliżają się do 90F (30C) więc jak dla nas to mało przyjemny czas.
Po śniadaniu, przeszliśmy się nad jeziorko ale poza małą plażą to nie wiele tam mieli. Tak więc stwierdziliśmy, że czas uciekać do lasu. Naszym lasem było pole biwakowe. Za jakiś miesiąc jedziemy większą ekipą z dzieciakami pod namioty. Ponieważ dzieci w wieku 4-5 lat będą dopiero drugi raz pod namiotami to chcieliśmy obadać czy dobre miejscówki zarezerwowaliśmy, i ogólnie przejść się po campingu.
Camping Sharp Bridge bardzo lubimy i swego czasu często tam bywaliśmy. Teraz ekipa nam się troszkę wykruszyła, wyjechała na południe, ale jest nadzieja, że nowe pokolenie urośnie. W końcu kupiliśmy nowy namiot więc szkoda by było go użyć tylko raz.
Byliśmy zaskoczeni jak mało pól namiotowych było zajętych. W Stanach jest teraz długi weekend i spodziewaliśmy się, że prawie wszystkie miejsca będą zajęte a tu może 20% tylko było wynajęte. Czyżby już pokolenie biwaków się wykruszyło i każdy woli hotele, domki letniskowe itp? Nie powiem, jak też wolę pół wygodne łóżko bardziej niż twardą karimatę ale jednak więcej spodziewałam się ludzi, którzy wybierają nocleg w milion gwiazdkowym hotelu.
Gdzie turyści to tam browary. W Stanach… zresztą jak i w Polsce i innych krajach browary pojawiają się jak grzyby po deszczu. W okolicy między Lake George a Lake Placid mamy dwa ulubione… choć po tej wycieczce chyba zostanie tylko jeden. Browar Paradox jest dość blisko kempingu Sharp Bridge. Ma pizzę i świeże piwo. Do tego jest dość duży więc w miarę są szanse na stołek… nie zawsze ale są. Bo jednak nie tylko my lubimy tą miejscówkę i w weekend to jest tu dość tłoczno.
Drugi browar jest bliżej Lake George. Pojechaliśmy tam po Paradoksie bo chcieliśmy kupić piwo do domu. Browar Northway ma pyszne piwko i super cenę. Wiemy już, że w poniedziałki jest zamknięty więc woleliśmy się dziś zaopatrzyć. Niestety po drodze przed browarem są sklepy / outlety no i trzeba było skorzystać z okazji i kupić sobie jakieś nowe buty czy skarpetki. Za bardzo nie chodzimy po takich sklepach 3-4 to nasze maksimum ale jednak nadal za długo nam tam zeszło i niestety browar zamknęli nam przed samym nosem… ale jak tak mogą. Długi weekend, ludzi pełno a oni o 18 już zamykają. Podpadli.
No to znów hop do auta i z powrotem do Schroon Lake. Ale się dziś najeździmy… tam i z powrotem północ-południe-północ. Na dziś wystarczy. Odstawiliśmy grzecznie auto i poszliśmy do miasteczka na jakąś kolację. W Schroon Lake prawie wszystkie knajpy mają opinię 4. Niestety nawet nasza restauracja z wczoraj. Tak więc ciężko wierzyć w te recenzje ale stwierdziliśmy, że lokalny bar, w którym w miarę jest trochę ludzi może być dobrym wyborem. No i się nie zawiedliśmy.
Poszliśmy na pizzę i piwko a wyszliśmy z czapką zimową, dwoma znakami dzierganymi w drzewie i prawie krzesłem typy Adirondack. Po co mi czapka w środku lata… hmmm… do dziś nie wiem…
No więc weszliśmy do lokalnej speluny (nie była taka znów speluna) i skierowaliśmy się do baru żeby tam usiąść. Były trzy wolne krzesła przy czym przy środkowym stał gostek. Mała konsternacja, grzeczna zapytanie czy można, on, że oczywiście zaprasza i mamy kolegę. Coś mi podpowiadało, że gostek będzie szukał kogoś do rozmowy więc posadziłam Darka koło niego… Ja to ta mniej rozmowna w związku choć słuchać lubię. Po jak to się mówi, od słuchania a nie mówienia człowiek się uczy nowych rzeczy.
Nasz nowy kolega, Norm opowiedział nam całą historię swojego życia. Stracił żonę dość wcześnie na raka. Przed śmiercią żony zaadoptowali niemowlaka bo własnych dzieci mieć nie mogli i jak synek miał 13 miesięcy Norm stracił żonę a synek mamę. I tak o to Norm został samotnym ojcem. Wychował jednak syna na porządnego mężczyznę. Jak to powiedział… jak adoptowałem to przyrzekłem, że będę dziecko traktował jak moje własne rodzone więc jak mogłem postąpić inaczej.
Norm miał przeróżne prace a aktualnie robi znaki w drzewie i krzesła zwane Adirondack Chair. Widać, że mu się średnio powodzi a że miło się rozmawiało to mu postawiliśmy piwo… a potem drugie… no i za każde piwo dostawaliśmy nowy znak. Niezła transakcja nie ma co.
Nie wyszliśmy już z tego lokalnego baru… ludzie przychodzili i odchodzili a nasz kącik z Normem, barmanką i nami pogrążony był w rozmowie i słuchaniu różnych historii życia. Im więcej wypitego piwa tym lepsze historie… Przyszedł jednak czas na zamknięcie interesu. W ostatniej chwili zobaczyłam, że w barze są kozzies na puszki. Takie materiałowe nakładki na puszki. W każdym razie mój kolega z pracy je zbiera więc mu chciałam załatwić jeden. Okazało się jednak, że kosztuje $2. Spoko, żaden majątek więc zapłaciłam… ale się okazało, że brakło… żeby mi cokolwiek dać w ramach rewanżu pani barmanka wyciągnęła czapki… i takim oto sposobem wracając w nocy w środku lata szłam z grubą wełnianą czapką w ręce.
Wieczór zakończyliśmy przy ognisku i znów spotkaliśmy ciekawych ludzi. Tym razem ognisko w ośrodku więc jak sami przyznali dla nich kemping to Fairfield Inn (taki hotel Marriotta). Ale i tak miło było poznać sąsiadów z Long Island z NY. A na koniec przyszedł pracownik restauracji i zrozumieliśmy dlaczego wczoraj była masakra. Mieli wesele a do tego nie mają ludzi do pracy i niektórzy muszą ciągnąć po dwie zmiany. No tak albo ilość albo jakość.
A skoro mowa o ilości to ten wpis jest 499 wpisem na blogu… mam jednak nadzieję, że wraz z ilością w tym przypadku jakość też się poprawia.
2024.05.25 Marshall Mountain, Adirondack, NY (dzień 1)
Powiedziałem kiedyś Ilonce, że zanim się wyprowadzimy ze wschodu Stanów, gdzieś w góry po zachodniej stronie Missisipi to muszę zrobić wszystkie 46 najwyższych szczytów w Adirondack. Mamy już 39 zdobytych. Zostało już tylko 7 bardzo „ciekawych” szczytów. No bo nie wiem czy jest jakaś siła żeby dała nam tyle energii i motywacji żeby wsiąść w samolot i przylecieć na wschód w celu zdobywania zalesionych i błotnych szczytów w Adirondack. Kiedy to góry skaliste na zachodzie mają „troszkę” lepsze widoki, trasy i tereny!
Na ten długi weekend mamy zaplanowane dwa szczyty, Marshall i Allen. Oba znajdują się w południowej części parku. Oczywiście na żaden z tych szczytów nie na szlaków, jest tylko wydeptana ścieżka.
Raczej nikt normalny nie wychodzi na te szczyty. Idą tylko ci którzy, tak jam my chcą zdobyć 46. Na szczęście większość terenu pokonuje się w miarę łatwą ścieżką albo nawet leśną drogą. Dopiero ostatnie 4-5km jest stromo do góry w mniej przyjaznym dla człowieka terenie.
Jednym z największych przeszkód poza niedźwiedziami oczywiście jest błoto i strumyki. Adirondack słynie z tego. Błoto jest wszędzie. Ogólnie nie jest bardzo groźne bo mamy stuptuty i raczej uratują nas od zamoczenia. Niestety nie da się iść 30km w mokrych butach i jak się wpadnie do strumyka to trzeba wracać. Można oczywiście ściągać buty i przechodzić strumyki boso w lodowatej wodzie (która super poprawia krążenie), ale to wszystko zabiera czas. Przy tak długich hikach czas jest bardzo ważny. Ze względu na odludny teren i prawdopodobnie prawie nikogo na szlakach chodzenie po ciemku nie jest polecane. Jest tu dużo niedźwiedzi, które po zmierzchu są bardzo aktywne. Każdy z nas ma oczywiście gaz pieprzowy na te potworki, ale lepiej go nie używać.
W piątek po krótkiej pracy i odstaniu swojego czasu w korkach ruszyliśmy na północ. W NYC jest 30C, a tam jak sprawdzałem pogodę to rano ma być 5C. Idealna temperaturka na orzeźwiający i szybki start.
Po drodze wstąpiliśmy do browaru Subversive w Catskill. Małe miasteczko gdzieś tak w połowie drogi. Przerwa od korków i kolacja wskazana.
Browary powstają jak grzyby po deszczu. Każde miasteczko ma już chyba swój. No i dobrze. Przemysłowe piwa nie smakują tak jak świeże „domowej roboty”. Można tu i zjeść i świeżego piwka się napić.
Około godziny 22 dotarliśmy na miejsce. Na tym wyjeździe śpimy w Schroon Lake w The Lodge at Schroon Lake. Małe miasteczko położone koło autostrady 87 nad samym jeziorem o tej samej nazwie.
Dzisiaj nie ma czasu na żadne zwiedzanie resortu ani tym bardziej rozrabianie w miasteczku. Jutro wstajemy o jakieś nieludzkiej godzinie i mamy zamiar chodzić cały dzień po górzystym lesie. Pamiętajcie, my to ponoć robimy dla przyjemności.
O 5 rano oba nasze budziki próbowały nas ściągnąć z łóżka. Nawet im się to udało. O tej porze wszystko jest zamknięte, więc śniadanie musieliśmy zjeść w pokoju i około 6 rano wyjechaliśmy w góry.
Nasz szlak jest w bardzo odludnej części gór, więc z jakąś godzinę musieliśmy jechać samochodem. Tam za bardzo nie ma gdzie mieszkać, więc to jest konieczność. Można oczywiście spać w namiocie w lesie, ale my chyba już na to jesteśmy za starzy.
Około 7:30 opuściliśmy dosyć pełny parking (jakieś 25 samochodów) i ruszyliśmy przed siebie. Piękna, słoneczna pogoda, bezwietrznie i 6C. Idealna na spacerek.
Ilonka oczywiście nas wpisała na trasę i ruszyliśmy przed siebie jak narazie bardzo łatwą i szeroką drogą.
Jakieś 200 lat temu było tutaj ciekawie. Odkryli tutaj żelazo, więc szybko powstała kopalnia i małe miasteczko. Żelazo się skończyło więc i miasteczko upadło. Kilkadziesiąt lat później powstał tu klub myśliwski. Nawet przyszły prezydent Stanów, Theodore Roosevelt tu przebywał. Niestety gdzieś w połowie poprzedniego wieku wszystko upadło i tylko kominy zostały.
Nie planujemy tu zamieszkać, więc poszliśmy dalej. Droga zamieniła się w ścieżkę, ale dalej nic trudnego i wciąż w miarę płasko.
Ścieżka wiedzie wzdłuż rzeki Hudson. Tutaj jeszcze jest oznaczony szlak, więc wszystko w miarę wygląda ok.
Tak, to jest ta sama rzeka, która 500 km na południe (w Nowym Yorku) ma ponad kilometr szerokości i wpływa z niej 620 m3/s do Oceanu Atlantyckiego.
Rzeka Hudson w okolicy Nowego Jorku
Są mostki, przez błota często są rzucone rożnego rodzaju bale co znacznie ułatwia przechodzenie.
Dalej było chłodno, brak robactwa, nie stromo, więc szło się idealnie.
Oczywiście nie myślcie sobie, że był to spacerek w parku. Nawet łatwy Adirondack ma ukryte „zalety”.
Około 10:15 doszliśmy do jeziora Colden. Jest to miejsce gdzie schodzi się wiele szlaków. Tutaj też dużo ludzi robi sobie bazę. Rozbija namiot i mieszka parę dni. Znacznie to ułatwia i przyspiesza zdobywanie okolicznych szczytów.
Myśmy także zrobili tutaj małą przerwę. Wiedzieliśmy, że łatwa część trasy właśnie się skończyła.
Tak też się stało. Oznakowany szlak szedł dalej, niestety w innym kierunku. Myśmy koło kopczyka z kamieni skręciliśmy w nieoznaczoną ścieżkę i zaczęliśmy wspinaczkę na Marshall.
Przez pierwsze 20 minut nawet jeszcze było ok. Nie było za stromo i ścieżkę można było łatwo znaleźć. Później się wszystko zaczęło.
Zrobiło się znacznie stromiej, o wiele więcej skał i korzeni. Często trzeba było iść nieoznakowanymi skałami, albo w lesie szukać ścieżki.
Na szczycie stanęliśmy około godziny 13. Szczyt niestety jest zalesiony i bez żadnych widoków.
Trzeba było troszkę dalej przejść żeby ładną panoramę zobaczyć. Tu niestety nie można było nigdzie usiąść, więc wróciliśmy na szczyt na odpoczynek i przerwę.
Można by tak pewnie siedzieć z 30-45 minut i odpoczywać. Niestety całe latające paskudztwo już się obudziło i nie pozwalało spokojnie siedzieć. Krwiopijcy byli tak upierdliwi, że po 15 minutach musieliśmy opuścić szczyt i rozpocząć długie schodzenie.
Po mokrym i stromym znacznie łatwiej się wychodzi niż schodzi. Trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć na skałach, albo nie zaplątać w korzenie. Mogło by to znacznie utrudnić dalsze schodzenie.
Początek był trudny. Motywację dodawała nam zasada, że każdy krok jest bliżej samochodu i zimnych napojów w lodówce turystycznej.
Od skrzyżowania szlaków u podnóża Marshall było już znacznie łatwiej. Może nie był to spacer w parku, ale napęd na 4 w większości przypadków nie był już potrzebny.
Za bardzo nie dało się robić przerw. Jak się szło to nawet jeszcze było znośnie, ale podczas przystanków krwiopijcy atakowali na maxa. Ponoć ten okres jest najgorszy. Wszystkie latające paskudztwa budzą się do życia po zimie i pić im się chce.
Około 17:30 dotarliśmy do samochodu. Ilość komarów tutaj była przerażająca. Nawet nie dało się spokojnie piwka wypić na zewnątrz i odpocząć. Odpoczynek musiał być w zamkniętym samochodzie. Najważniejsze że 40 szczytów w Adirondack mamy już zdobyte. Zostało “tylko” 6!
Około 19:00 byliśmy już w naszym resorcie. Pragnęliśmy dwóch rzeczy: szybki prysznic i dobra kolacja. Pierwsza rzecz poszła szybko z drugą niestety było gorzej. Resort ma ponoć dobrą restaurację. Ilonce udało się zrobić rezerwację, więc tam poszliśmy. Niestety nie był to dobry pomysł.
Jedzenie nie było dobre. Takie średniej jakości i małe porcje. Człowiek głodny to wszystko zje. Najgorzej to z winem zrobili.
Na początku zamówiłem butelkę bo pić się chciało. Obiad przynieśli, a wina dalej nie ma. Zwróciłem uwagę i obiecali, że zaraz przyniosą. Pół posiłku później dalej nie ma. Po kolejnej rozmowie z obsługą odmówiłem wina. Nie było sensu, my już prawie po kolacji. Musieliśmy się zadowolić „pyszną” wodą. Zasłużyli na jedną gwiazdkę i ją dostali!
Tutaj niestety nie koniec przygód spragnionych Polaków. Poszliśmy do baru obok, ale niestety też się nie udało. Czekaliśmy na barmana, a ten się jakoś nie pojawił.
Resort ma jeszcze jeden bar. Może tam się uda coś zdziałać. Niestety też się nie udało. Bar już zamykali i już nic nie serwowali. Była 20:45! Masakra z tymi leniami. Nie chciało nam się iść już do miasteczka, bo już dzisiaj się troszkę nachodziliśmy.
Na szczęście nasza lodówka w pokoju nie była pusta, więc można było się zaopatrzyć w prowiant i jeszcze się przejść nad jezioro.
Ten resort posiada też prywatną plażę z małym molem. W ciszy i spokoju można było posiedzieć i obserwować taflę jeziora Schroon.
Podjęliśmy decyzję, że jutro nie idziemy na hike. Jesteśmy za bardzo zmęczeni po dzisiejszym. A jutro ma być jeszcze większy. Ciężko jest robić dzień po dniu tak duże hiki. Trzeba by jeszcze o godzinę wcześniej wstać, a to raczej jest niemożliwe.
Z drugiej strony jutro mamy zamiar poznać okolicę i miasteczko. Zapowiada się ciekawy dzień….
2024.04.07-08 Breckenridge, CO (dzień 2-3)
Po sobotniej zimie, od niedzieli wróciła wiosna.
Jeszcze w niedzielę rano trochę wiało, ale to już było nic w porównaniu do soboty.
Do południa w niedzielę patrol jeszcze nie wpuszczał na szczyty. Wiatr i intensywne opady śniegu spowodowały wysokie zagrożenie lawinowe i musieli trochę pospuszczać lawin żeby bezpiecznie można było się bawić w najwyższych partiach.
Ale nie było tak źle. Niżej też było dużo puchu. Zwłaszcza w lasach, w które wiatr intensywnie całą noc wpychał śnieg.
Koło południa patrol otworzył wszystko! 5 szczytów otwartych! Prawie 200 tras, dużo terenów, słonecznie, mało ludzi…. co za raj.
Temperatura nadal była ujemna. Dzięki temu śnieg był idealny. Nie mokry ani nie zlodowaciały jak to czasami bywa na wiosnę.
Czasami na bardzo stromych i zmuldzonych odcinkach były wielkie zlodowaciałe muldy. Oczywiście między nimi był głęboki nieubity śnieg. Za bardzo nie wiem jak w takich warunkach jeździć. Nie uczyli tego w szkole życia.
Nie można jak po puchu, bo są zlodowaciałe muldy. Nie da się jak po muldach, bo jest głęboki śnieg między nimi. Zjechanie prosto na krechę też nie wchodzi w rachubę, bo jest za strono. Z reguły omijałem tego typu odcinki. Niestety czasami się pojawiały i nie dało się je ominąć. Trzeba było ostrożnie i pomału nimi zjechać.
Dużo czasu spędziłem w krańcowych częściach resortu. Szczyt 10 i 6. Często te rejony są zamknięte. Wymagana jest dobra zima z dużymi opadami śniegu. Nie za dużo bo znowu będzie zagrożenie lawinowe i zamkną.
Teraz wszystko było otwarte. Wielkie przestrzenie, bez ludzi i bez wiatru z wystarczającą ilością śniegu na fajną zabawę.
Była nas większa grupa, więc często spotykaliśmy się w różnych częściach resortu. A to na piwko, czy coś przegryź, czy nawet razem zjechać parę razy.
Poniedziałek i wtorek to już było naprawdę ciepło. Na górze jeszcze zimowe ubranie było potrzebne, ale w niższych partiach w słoneczku można było się opalać.
W niedzielę i poniedziałek były organizowane zawody dla dzieci i młodzieży. Freeride po ciekawych terenach staje się to coraz bardziej popularne i modne. Już się nie zjeżdża po trasach, organizatorzy wybierają niezalesione tereny wysoko w górach. Wywożą tam zawodników i każą jechać w dół. Im stromiej i więcej skał tym ciekawiej. Czas z jakim zjeżdżasz nie ma większego znaczenia. Bardziej liczy się którędy jedziesz i jak jedziesz. Im więcej skoków i obrotów tym wyższe miejsce na podium. Często na start trzeba się dostać na nogach z najwyższych wyciągów. Ważniejsze zawody (te z większym budżetem) mają helikoptery do wywożenia zawodników i całego sprzętu.
Za bardzo nie miałem „czasu” na branie udziału w tych zawodach, więc wybierałem spokojniejsze dolinki.
Natomiast na wyciągach można było spotkać organizatorów i trenerów tych zawodów. Ciekawe opowieści się słyszy.
Jak np. 12-to letnie dzieci są już szybsze i odważniejsze od dorosłych trenerów. Dzieci nie boją się niczego i dalej myślą, że nie mają kości tylko całe ich ciało jest z gumy zrobione. Nic się nie połamie. Ach ta młodzież….
Ja parę kości mam więc spokojniej, ale też w ciekawych terenach się bawiłem. Słoneczko, może -3C w górnych partiach, lekki wiaterek, dużo śniegu…. ach co za raj!
Końcem sezonu można ciekawych ludzi spotkać na wyciągach. Nie takich jak ja co nie lubią nart i tylko 20 dni w sezonie jeżdżą. Spotkałem np. narciarkę z Nowej Zelandii co przyjechała na narty na 6 miesięcy! Nie ma stałego pobytu w Stanach, więc nie mogła tu jeździć pół roku. Pierwsze 3 miesiące spędziła na nartach w Kanadzie (tam też jest gdzie jeździć) a kolejne 3 miesiące w Kolorado. To się nazywa zamiłowanie do sportów zimowych. A ja nawet nie mogę należeć do klubu 100+!
Był z nami kolego co jeździ na desce. Dobrze mu to wychodzi, więc trzeba było mu pokazać ciekawe zakamarki Breckenridge.
A że dobrze jeździ to można było w górnych partiach wyszukiwać interesujące rejony i próbować nimi zjechać.
Czasami się dobrze jechało, a czasami wpakowaliśmy się w ciężkie rejony i trzeba było się ochłodzić i dać nogom parę minut przerwy.
No bo kto by przypuszczał, że piękna, mało rozjeżdżona polana zakończy się stromym leśnym urwiskiem. Teraz już wiemy dlaczego tak mało było na niej śladów.
Breck ma dwie główne i dwie pomocnicze bazy na dole. Nienarciarska część ekipy z reguły tam docierała w popołudniowych godzinach na wspólny zasłużone odpoczynek.
Później każdy udawał się w swoim kierunku. Narciarze do góry a inni w dół. Popołudniami z reguły już łatwiej i wolniej się jeździ. Nogi zmęczone, śnieg nie taki dobry, gorsza widoczność, więc i o kontuzje łatwiej.
Mimo, że jest kwiecień to dalej zima panuje w górach w Kolorado. Resorty przedłużają datę zamknięcia. Już jest mowa o czerwcu a może i dalej. Rekord chyba jest gdzieś na połowę sierpnia!
Fajnie tak, nie? Przerwa w nartach na 3 miesiące i od października znowu można zaczynać.
Ja niestety na tym wyjeździe będę kończył mój sezon. A szkoda, bo jeszcze spokojnie z 2-3 miesiące można by pojeździć. Widocznie nie kocham nart tak jak niektórzy prawdziwi narciarze.
Koniec nart na ten sezon!
Do następnego….
2024.02.24-25 Catamount, NY
Po wakacjach w cudownym Vail przyszła kolej na lokalny wyjazd na granicę stanu Nowy Jork i Massachusetts. Normalnie Darek opisuje dni narciarskie ale tym razem chyba więcej do opowiadania jest z perspektywy osoby która przesiedziała cały czas w barze.
Catamount to mały resort narciarski który jest uwielbiany przez rodziny z dziećmi. Ludzie którzy mają rodziny często mieszkają na obrzeżach NYC więc mają stosunkowo blisko resorty jak Catamount. Resort ten ma też zwolenników wśród ludzi którzy traktują to jak siłownię i zamiast iść do dusznej siłowni wolą podjechać na parę zjazdów i spędzić dzień na świeżym powietrzu.
No więc pierwsze co uderza w oczy to ilość ludzi z czapeczkami, koszulkami z dużych resortów narciarskich w Kolorado czy Kalifornii. Pomyślisz ale czemu oni tu są? Pewnie z tego samego powodu co i my. Żeby spędzić czas rodzinnie, podszkolić dzieciaki jazdy na nartach albo po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie wszyscy jednak z tego powietrza korzystają. Część ludzi jak ja siedziała w tak zwanej świetlicy komputerowej. W Catamount są dwie sale gdzie można usiąść i odpocząć, albo popracować. Jedna ma muzykę na żywo, bar i jest zdecydowanie nastawiona na przerwę. Druga jest cichsza, bez baru ale za to uwielbiana przez ludzi z laptopami. No tak dzieciaki na narty z jednym rodzicem a drugi musi zarabiać, żeby ktoś się mógł bawić. U nas było podobnie przy czym mnie akurat podatki dojechały i musiałam przygotować dużo dokumentów do rozliczenia.
Na szczęście szybko się uwinęłam i zanim chłopaki zjechali na drugą przerwę to przeniosłam się do tej bardziej imprezowej części… a tam były ciekawe wynalazki.
Zacznijmy od jedzenia. Ja rozumiem, że na nartach spala się kalorie i, że było południe więc czas coś przekąsić. My też mieliśmy swoje kabanosy, serki i Delicje. Ale byli ludzie którzy nas pobili… całe pojemniki, garczki i termosy przytachali z jedzeniem i piciem. Zaznaczę, że tu można kupić jedzenie i picie. Niby własne lepsze… ale żeby aż takie termosy dźwigać. Interesujące…
No nic różne są kultury i ciężko zrozumieć niektórych. Jak na przykład kolejną parę która siedziała przez ok godzinę… godzinę przy mnie choć oni już byli jak przyszłam. Siedzieli na przeciwko siebie, pomiędzy nimi pusty plastikowy kubek, na głowie kask i całe przygotowanie żeby iść na narty ale oni siedzieli… jak w jakimś transie bo nawet nie rozmawiali ze sobą. To nam trochę przeszkadzało bo akurat chłopaki przyjechały na drugą przerwę i chcieliśmy usiąść przy stoliku a tu wszystkie zajęte. Jak jesteście ciekawi to tak… w końcu poszli na te narty ale zajęło im to naprawdę długo, żeby się zebrać.
Jak już przechwyciliśmy stolik to mogliśmy zagrać w karty (Go Fish), zjeść kabanosa i pogadać o dniu na nartach. Pogoda dopisywała więc chłopaki się nawet wyjeździli. Jak na jeden dzień to resort jest fajny. Chłopaki po lunchu poszli na ostatnie zjazdy a ja przesiadłam się do baru… akurat leciał hokey. Zaczęłam oglądać bo stwierdziłam, że w sumie to ciekawa gra. Wywijać na tych łyżwach, trafić w taką małą bramkę z bramkarzem ubranym tak, że podwaja swoją objętość to nie jest łatwo. No i tak już moje zaciekawienie tym sportem wzrastało aż się zaczęli bić. Ale tak dość mocno, a sędzia nic tylko patrzy. Dopiero jak się położyli na łopatki to sędzia ich rozdzielił i wyprosił z boiska…. hmmm. …. jakoś nie kojarzyłam, że hokej połączyli z boksem i teraz masz dwie konkurencje sportowe w jednym.
Moje zauroczeniem hokejem było szybkie, prawie tak szybkie jak chłopaków druga połowa dnia. Niestety słoneczko zachodziło i robiło się dość zimno więc około 3 pm zjechali do bazy na pożegnalne piwko i rozjechaliśmy się każdy w swoim kierunku. My z Darkiem postanowiliśmy zostać w okolicy i wynajęliśmy sobie hotel w miasteczku Hudson.
Hotel The Wick (którego zdjęcia nie udało nam się zrobić) należy do sieci Marriotta i dlatego go wybraliśmy. Dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że hotel znajduje się w budynku starej fabryki świeczek i mydeł. Lubię jak zaadoptują stare fabryki czy inne budynki na biura, hotele czy apartamenty. Google jest w tym mistrzem i prawie wszystkie jego biurowce to albo stary terminal kolejowy (St. John’s Terminal) albo fabryka ciastek (Chelsea Market). Tym razem nie Google a Marriott przejął fabrykę i zrobił bardzo fajny hotel. Dostaliśmy nawet upgrade do większego pokoju więc mieliśmy apartament na jakieś 50 metrów kwadratowych z super wysokimi sufitami.
Niestety potężne okna, duży metraż i wysokie sufity nie były przez nas chwalone jak się obudziliśmy na drugi dzień ale to za chwilę. Póki co cieszyliśmy się, że mamy fajny hotelik i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Miałam parę restauracji na uwadze ale niestety te fajniejsze były pełne. Jednak trochę turystów się tu zjechało. A nie dziwię się. Hudson to bardzo urocze, małe miasteczko blisko gór. Może nie jest centralnie w górach położone ale do Catamount jest jakieś 20 min i podobnie w góry Catskills. My poszliśmy do restauracji która była 3 na mojej liście i się okazała ok. Pewnie dlatego też dostaliśmy stolik bez problemu. Co ten internet robi ze światem. Ale nie ma co narzekać, jedzenie było dobre.
Po kolacji spacer jest wskazany więc przez jakieś łąki poszliśmy w kierunku jakiś baraków gdzie miał być browar… no i był. Siedliśmy przy barze w części dla turystów jak się potem okazało. Bar był długi i bliżej drzwi wybitnie siedzieli turyści którzy się bali wejść dalej (tak jak my) a dalej w głąb sali lokalni rozrabiali i wraz z barmanami bawili się w DJ-ów. Ale dobrze im to wychodziło bo akurat puszczali nasze standardy z lat 80-90s.
Nie siedzieliśmy długo bo i zmęczenie nas dopadało i chcieliśmy się wyspać po ciężkim tygodniu pracy i przygotować na hike na drugi dzień. Wróciliśmy do hotelu i jakoś tak było zimno… ale stwierdziliśmy, że ustawimy grzanie na więcej i się zagrzeje.. no właśnie ale 50 metrów kwadratowych z mega wysokimi sufitami łatwo się nie grzeje. Zadziałała zasada, że najlepiej śpi się w chłodzie więc my noc przespaliśmy, ale jak się obudziliśmy rano ze zgrzytaniem zębów i zobaczyliśmy, że na termostacie jest tylko 13C to bardzo szybko się ubieraliśmy i lecieliśmy na ciepłą kawę.
Niestety okazało się, że hotel miał awarię ogrzewania. Nie jest to najfajniejsza rzecz w środku zimy. Nie tylko nasz pokój złożył skargę i na szczęście się zreflektowali i dali nam zniżkę. Powinni w ogóle dać pokój za darmo no ale cóż… może zarobią na lepsze ogrzewanie.
Zimno wygoniło nas z hotelu do samochodu i dalej na szlak w góry. Na dziś wybraliśmy Overlook Mountain. Podobno fajny spacerek w lesie, taki na 3-4 godzinki z widokami. Można tam podobno też spotkać resztki samolotu który kiedyś się tu rozbił i ruiny hotelu. Brzmiało super więc wpisaliśmy w GPS destynację i ruszyliśmy z kopyta…
Jechaliśmy do góry i jechaliśmy aż się nie zorientowaliśmy kiedy dojechaliśmy w Himalaje. A mówią, że na wschodzie nie ma wysokich gór.
Wg. Google zaraz na przeciwko szlaku jest Tybetańsko-Buddyjska księgarnia. Mi to wygląda na trochę więcej niż tylko księgarnię. Pewnie jest to cały kompleks a księgarnia to tylko mały dodatek i jedyna rzecz dostępna dla zwykłych ludzi z ulicy.
My na Tybet jeszcze siły nie mamy więc skromnie ruszyliśmy w kierunku szlaku na górę o miłej nazwie Overlook (Widok). Wzięliśmy ze sobą raczki bo wyczytaliśmy, że mogą być połacie lodu. I tak w sumie było od samego początku. Śnieg i lód na przemian z ziemią a potem już tylko śnieg i lód. Widać od razu gdzie słońce przyświeca a gdzie nie.
Szło się bardzo przyjemnie. Trasa dość szeroka delikatnie wspinała się do góry. Pewnie to była stara droga do hotelu. Na trasie mijaliśmy nawet trochę ludzi. Nie dziwne, słoneczny dzień zachęca aby wyjść na spacer przed obiadkiem.
Wraku samolotu niestety nie znaleźliśmy ale hotel jak najbardziej był na naszej trasie.
W początkach XIX wieku rejon Catskill był bardzo popularny wśród arystokracji. Piękne widoki na rzekę Hudson, lasy, górki i chłodniejszy klimat zachęcały arystokrację do spędzania tu letnich miesięcy. Napływ turystów, jak to zazwyczaj bywa, przyciągnął inwestorów i tak w 1833 powstał tu hotelik. W 1871 rozbudowano go i powstał hotel z 300 pokojami. Niestety cztery lata później spłonął w pożarze. W 1878 ponownie go odbudowano. Dość duża konkurencja jednak sprawiła, że hotel przeszedł w ręce innego właściciela który postanowił go przebudować. W 1917 roku Morris Newgold przebudował hotel i niestety historia się znów powtórzyła i po czterech latach znów się spalił. W trzeciej próbie odbudowy Morris użył więcej betonu/cementu aby zredukować prawdopodobieństwo pożaru. Dodał on również stadninę koni i osobny domek dla siebie i rodziny. Niestety ze względu na brak budżetu hotel nigdy nie został ukończony. Ruiny hotelu teraz po mały przejmują drzewa i rośliny a górołazy mogą tylko uruchomić wyobraźnię i przenieść się do początków XX wieku kiedy to miejsce tętniło życiem.
Hotel znajduje się mniej więcej w 3/4 szlaku do szczytu. Na szczycie jest wieża pożarowa która nie wiem w którym roku była wybudowana ale jak w XIX wieku to za bardzo nie uchroniła hotelu przed spaleniem. Ze szczytu widoków za bardzo nie ma bo jest zadrzewiony ale wyjście na wieżę pozwala podziwiać połoniny Catskill.
Zejście nie zajęło nam długo. W sumie cały szlak tam i z powrotem zajął nam nie całe 3h. Ale fajnie tak było rozprostować kości i dotlenić się. Zanim wjechaliśmy na autostradę, wiedząc, że pewnie czekają nas korki postanowiliśmy zjeść lunch w miasteczku Woodstock.
My w Woodstock byliśmy paręnaście lat temu więc teraz nie chodziliśmy po miasteczku ale tak, to jest to słynne miasteczko od festiwalu muzycznego z 1969 roku. Co prawda sam festival był na farmie w Bethel, oddalonej 69 mil od Woodstock to nazwa Woodstock przyjęła się, i każdy ma tylko jedno skojarzenie.
Przy takiej historii nie pozostaje im nic innego jak rozwijać muzykę i utrzymywać muzyczny klimat miasteczka. Kiedyś były tam porozstawiane gitary, teraz gitar nie widzieliśmy ale widać, że muzyka nadal gra tu w duszy każdego i brunch zjedliśmy przy miłej muzyce na żywo.
Pearl Moon to restauracja którą polecamy w Woodstock. Fajne jedzonko, muzyczka i ogólnie miła atmosfera. Najedzeni byliśmy gotowi na korki w kierunku NYC których się spodziewaliśmy. Nie było nawet tak źle i koło czwartej byliśmy już na Manhattanie oddając auto.
Rzadko widuje się ludzi z nartami w metrze. Ale Darek lubi być ten pierwszy więc po oddaniu auta jak każdy Nowojorczyk poszliśmy na metro i w 30 minut później byliśmy już na bez śnieżnej Astorii. Zapomnieliśmy już, że małe miasteczka na wschodnim wybrzeżu też mają swój klimat i historię. Tak więc to był miły weekend, żeby sobie przypomnieć, że na własnym podwórku też może być fajnie, inaczej ale fajnie.