2026.03.27-04.04 Copper, CO
Niestety się zgadza. Najsłabsza zima na zachodzie Stanów od kilkudziesięciu lat. Lokalni nie pamietają ani tak słabych opadów ani takich upałów w Marcu. Temperatura w górach dochodzi do 20C.
Mieliśmy już wszystko zaplanowane i zarezerwowane, więc nie było jak to wszystko odwoływać. A po drugie, dlaczego nie jechać, przecież coś musi być przecież otwarte.
Dużo resortów na zachodzie już się zamknęło, zwłaszcza te niżej położone. Na szczęście my pojechaliśmy do Copper, który jest wysoko położony i śnieg aż tak bardzo się nie topi. Dalej pokrywa śniegu jest ok 40% średniej pokrywy w tym okresie. Mniej więcej połowa terenów jest zamknietą. Albo inaczej, połowa terenów jest otwarta.
W sumie to nie było tak źle. Większość terenów z przodu góry była otwarta i nawet nie było tak źle ze śniegiem.
Nie zrozumcie mnie źle, dalej to jest przełom marca/kwietnia i to są wiosenne narty. Rano jest wszystko zmarznięte po nocnych przymrozkach. Gdzieś tak koło 10:30-11 zaczyna się idealny moment gdzie zmarznięty śnieg puszcza i jest idealnie. Potem gdzieś tak między godziną 13-14 (zależy to od wysokości) śnieg staje się mokry, głęboki i ciężki. Trzeba uważać, zwłaszcza poza trasami.
Czasami żeby dostać się w ciekawe rejony to trzeba było jeszcze z górnych wyciągów trochę podejść (jakieś 15 minut). Nie jest to dużo, ale na tych wysokościach to się odczuwało brak tlenu.
Dzieciakom brak śniegu niewiele przeszkadzał, wręcz przeciwnie, większa frajda była jak musieli czasami przechodzić bezśnieżne odcinki.
Wyciągi są czynne do 16, a jasno i ciepło jest prawie do godziny 20, także po nartach można jeszcze dużo czasu spędzić na zewnątrz. Pochodzić po miasteczku, pozwiedzać okolice czy po prostu usiąść w zachodzącym słońcu i napić się piwka.
Mimo wiosny i bardzo słabej zimy resortowi Copper udało się utrzymać parę ciekawych terenów dalej otwartych. W takich rejonach jak Union Bowl czy Union Meadows dalej można było śmigać na nartach. Trzeba było niestety uważać na wystające kamienie, korzenie czy ziemię.
Czasami w nocy nawet lekko popruszyło (jakieś 10cm) i pierwsze parę zjazdów nawet w puszku można było zrobić.
Tak jak pisałem wcześniej, w Copper na nartach byliśmy już wiele razy, więc nie będę się powtarzał i opisywał całego narciarskiego tygodnia. Tym razem opisze hike. Tak, hike!
Zimowe (albo wiosenne) hiki są tak samo wspaniałe jak narty. Ilonka to bardzo dobrze wie i prawie zawsze w resortach jak ja idę na narty to ona na „spacerki”. Tym razem ja ją postanowiłem zabrać na hike w rejon w którym oboje jeszcze nie byliśmy.
Trasa Gore Range Trail zaczyna się z samego miasteczka Copper i idzie w góry na przeciwległych stokach do resortu. Jest bardzo długa i można nią iść dniami. My nie mamy ochoty ani sprzętu na spanie zimą w górach, więc planowaliśmy wrócić do domu na kolację.
Za bardzo nie wiemy dokąd chcemy iść. To uzależnimy od warunków śnieżno-pogodowych, naszej i trasy kondycji, a także ochoty i samozaparcia.
Na start zaplanowaliśmy dojść do Wheeler Lakes. Jakieś 5km wzdłuż trasy i około 500 metrów w górę. Potem się zobaczy co dalej będziemy robić.
Prosto z naszego mieszkania, przez miasteczko i za parę minut już byliśmy na szlaku. Była idealna, słoneczna pogoda, bez wiatru i gdzieś koło zera Celsiusza na dole.
W nocy troszkę sypnęło śniegiem. Jakieś 3-5cm w wiosce i około 10cm w wyższych partiach gór. Szlak był lekko przyprószony, ale tym razem oboje mieliśmy odpowiednie buty na zimowe hiki, więc w niczym nam to nie przeszkadzało.
Tak jak pisałem, szlak zaczyna się od autostrady. Głównej przelotowej przez te górskie rejony Kolorado. Co się z tym wiąże, to niestety hałas ciężarówek wspinających się na przełęcz Vail. Na szczęście ciężarówki wracające z przełęczy mają tutaj zakaz hamowania silnikiem, więc nie jest aż tak głośno, ale jednak słychać.
Gdzieś po 20 minutach odeszliśmy na tyle od autostrady, że już prawie jej nie było słychać. No chyba, że jakiś Harlejowiec zadowolony z pierwszych dni wiosny wyciągnął swój wielki motor z garażu i wybrał się na wiosenną przejażdżkę. Wtedy to słychać ryk tego potężnego silnika prawie na szczytach.
Tak fajnie się szło, że nawet nie wiemy kiedy nam zleciała pierwsza godzinka. Trochę się podnieśliśmy do góry, no i niestety ilość śniegu zaczęła przybywać. Na początku to nam aż tak bardzo nie przeszkadzało ale im wyżej tym było gorzej.
Chyba mało ludzi tutaj chodzi zimą/wiosną bo szlak był mało przetarty. Parę dni temu ktoś szedł bo zostawił wielkie dziury w śniegu.
Dziury w śniegu nawet trochę pomagały bo po pierwsze wiedziałeś gdzie idzie szlak a po drugie to się niespodziewanie nie zapadałeś głęboko bo już szedłeś po śladach. Wiadomo, nie wolno ufać śladom i co chwilę sprawdzaliśmy z GPSem nasze położenie względem mapy.
Apropo śladów na śniegu to w zimie można ich wiele zauważyć, zwłaszcza zwierzęcych. Od małych płytkich jakiś zająców, poprzez głębsze sarenek lub rogaczy do większych i ciekawszych. 4 palcowe kotki (mountain lion, puma) też się pojawiały. Nie widzieliśmy pięcio-palcowych z dużą piętą śladów niedźwiedzi. One albo jeszcze śpią, a jak już skończyły hibernacje to raczej są w niższych partiach gór tam gdzie jest mniej śniegu i więcej pożywienia.
Nie spotkaliśmy żadnego człowieka na szlaku przez cały dzień, więc trzeba było być czujnym i w miarę obserwować otaczający nas las. Zwłaszcza jak widzieliśmy ślady większych „kotków”. Trzeba iść blisko siebie, co jakiś czas wydawać ludzkie odgłosy i obserwować ślady na śniegu. Jak jest ich dużo w danym miejscu to szybko opuścić ten rejon, ale pod żadnym pozorem nie wolno biec. Możesz być obserwowany przez mieszkańców lasu.
Śnieg był coraz to głębszy. Sprawiało to większe trudności w poruszaniu się do przodu i znacznie spowolniło nasze posuwanie się do przodu. Już za bardzo nie szliśmy szlakiem bo się nie dało. Za pomocą GPS szliśmy na azymut w kierunku jezior.
Częste wpadanie w głęboki śnieg bardzo wyczerpuje, zwłaszcza do góry. W miejscach nasłonecznionych, na skraju lasu znacznie się lepiej szło. Mocne, pustynne słońce wytopiło śnieg i czasami nawet można było poruszać się po ziemi. Ale ulga!
Na mapach satelitarnych widać było, że już wkrótce powinniśmy dotrzeć do górnej granicy lasów. Myślimy sobie, że jeszcze chwilę się pomęczymy, wyjdziemy nad las i miejmy nadzieję, że słońce tam już stopiło śnieg.
Tak też było, las stawał się coraz to rzadszy, ale śniegu niestety nie ubywało. Gorzej, im wyżej tym go było więcej. Nawet na odsłoniętych terenach, gdzie słońce mocno praży, dalej był głęboki śnieg. Już widzimy, że daleko nie zajdziemy. Byliśmy już w miarę wysoko i mimo słabej zimy w tym roku na wysokościach dalej utrzymuje się głęboka warstwa śniegu.
Z trudem i już pod koniec nie szlakiem, gdzieś po 5km doszliśmy do jezior Wheeler. Oczywiście były zasypany śniegiem i nie powinno się do nich zbliżać. Za bardzo nie wiadomo gdzie się kończą. Raczej nie chcesz wpaść do głębokich, górskich jezior w zimie. Można by nie zdążyć do domu na kolację.
Próbowaliśmy iść jeszcze kawałek, ale to za bardzo nie było sensu. Głęboki śnieg był wszędzie. Natomiast na skraju lasu znaleźliśmy piękne powalone drzewo na którym postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę.
Słońce mocno tu świeciło, dzięki czemu śnieg wokół drzewa był wytopiony, co jeszcze bardziej zrobiło taki wiosenny klimacik.
W słoneczku, z widokiem na oddalony resort narciarski Copper idealnie się odpoczywało. Zimne napoje, coś na ząb i można by tak odpoczywać godzinami. Niestety przed nami jeszcze długie zejście, a w tym śniegu nie da się zbiegać.
Godzinna przerwa niestety szybko zleciała i trzeba było się zbierać na marsz w dół. Mimo głębokiego śniegu znacznie łatwiej się schodziło w dół niż podchodziło do góry.
Po pierwsze mieliśmy już trochę przetarty szlak przez nas idących do góry. Po drugie nie musieliśmy wyszukiwać trasy bo schodziliśmy po śladach. A po trzecie znacznie łatwiej się schodzi w dół niż w głębokim śniegu podnosi nogi do góry za każdym razem jak się chce zrobić krok.
Gdzieś tak po godzinie zaczęliśmy pomału słyszeć autostradę, a za kolejne 30 minut byliśmy już koło niej. Ilonka nawet znalazła krokusy rosnące koło drogi.
Na dole w ogóle już nie było śniegu. Przez cały dzień słońce wszystko stopiło co spadło ostatniej nocy. Było ciepło, jakieś + 10-12C.
Jutro już jest mój ostani dzień na nartach na tym wyjeździe i nie wiadomo czy nie w tym sezonie. Muszę go na maxa wykorzystać. Od pierwszego do ostatniego krzesełka. Zwłaszcza, że w nocy ma znowu coś posypać.
Tak też było, spadło kolejne 8-10cm puszku! Idealnie na zakończenie sezonu. Byłem już 15 minut przed otwarciem wyciągów żebym mógł się ustawić w kolejce i jako jeden z pierwszych zjechać parę razy w puchu zanim reszta narciarzy tu dojedzie.
Cudowne zakończenie sezonu!
Do następnego…..