Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)

Czy narty mogą się znudzić? Oczywiście że tak. Myślę, że tak po godzinie, góra dwie, zaczęło by mi się nudzić. No bo ile tak można wyjeżdżać wyciągiem na górę, i zjeżdżać w dół na nartach. I tak cały czas, góra - dół, góra - dół, góra dół…. nudne to, nie?

Już słyszę Wasze pytania. To po co on tam pojechał na tydzień na narty jak po godzinie mu się nudzą?

Ja nie do końca pojechałem na narty, ja pojechałem w góry. Uwielbiam przebywać w górach i miasteczkach górskich z fajnym klimatem. Ja bym całe życie mógł w nich spędzić. Lato, zima, każda pora roku jest inna i ciekawa. Chodzenie zimą po górach jest cudowne. Nie dziwię się Ilonce, że tak codziennie rano wychodzi w góry w różne rejony.

Duże góry jak Alpy czy Góry Skaliste są tak wielkie, że nie ma szans żeby na nogach te wielkie obszary zobaczyć i zwiedzić. Zimą z pomocą przychodzą narty i wyciągi. Potężna sieć szybkich wyciągów i setki kilometrów tras ułatwiają przemieszczanie się. Nie ma szans żeby człowiek za dzień przeszedł 50+ kilometrów górskimi szlakami i to jeszcze w zimie. Na nartach dla wprawnego narciarza nie ma z tym żadnego problemu.

Czyli sami widzicie, że narty nie muszą się nudzić pod warunkiem, że jest się w resortach które udostępniają zwiedzanie przepięknych gór, dolin, przełęczy, miasteczek… Nawet można przekraczać granice krajów w niektórych resortach. Jednym z takich resortów w których na pewno nie będę się nudził jest Zermatt w Szwajcarii.

Jak to Ilonka wcześniej pisała, jest to taki raj na ziemi. Jak by nie było to pewnie muszę się z nią zgodzić, bo to już jest mój szósty przyjazd do tego raju (czwarty zimą). Dlaczego aż tyle razy tutaj? Bo jest tutaj po prostu pięknie!

Miasteczko Zermatt położone jest na wysokości 1,620 metrów. Otaczają go czterotysięczniki z najbardziej rozpoznawalną górą świata, czyli Matterhorn. Na nartach można zjeżdżać z prawie 4,000 metrów, co daje ponad 2,000 metrów w pionie. Jest to też najwyżej położony resort narciarski w Europie, co pozawala mieć gwarancję dobrego śniegu i możliwość jeżdżenia przez 365 dni w roku.

System wyciągów jest co roku ulepszany. Dodawane są nowe, wymieniane stare, można łatwiej dostawać się w nowe rejony. Średnio przyjeżdżam tutaj co pięć lat i za każdym razem jak biorę mapę resortu to jest wow! Ile nowych rzeczy pobudowali, tras, wyciągów, atrakcji.

Ja wiem, że nam o wiele łatwiej jest się dostać do Colorado, Utah czy Montany, ale kurcze jest coś w tym Zermatt. Jak się tutaj wysiądzie z tego zatłoczonego pociągu po 17 godzinach podróży to aż się chce głęboko odetchnąć parę razy i powiedzieć JESTEM. Melduję się w raju!

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)

Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.

W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.

Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.

W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.

Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.

Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.

W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.

Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.

Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.

Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.

Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?

Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.

Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?

Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.

Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.

Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.

Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.

Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.

Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.

Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.

Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.

Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.

Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.

Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.

Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.

Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.

Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.

Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.

Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.

Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.

W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.

Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.

Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.

Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.

Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.

Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.

Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.

Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.

W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.

Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.

Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?

Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)

Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.

Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…

Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.

Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.

W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.

W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.

Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.

Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.

Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.

Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.

Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.

Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.

Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.

Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.

Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.

Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.

Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)

Paradise…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.

Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.

Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.

Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.

Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.

Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.

Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.

Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.

Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.

Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.

Podróż w 2020 roku

Podróż w 2026 roku - robimy postępy.

Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.

Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.

Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2026.02.14-17 Killington, VT

Nie zawsze jest czas i kasa żeby polecieć na narty gdzieś dalej, w jakieś super tereny. Czasami trzeba gdzieś lokalnie wyskoczyć. Tak do pięciu godzin samochodem, żeby kierowanie aż tak bardzo się nie znudziło.

Killington w stanie VT, idealnie wpasował się w nasze parametry i oczekiwania. Jest na naszym sezonowym bilecie, w miarę duży, dobre tereny jak na wschód Stanów i dostali dużo śniegu. Nie zostało nam nic innego jak znaleźć jakiś samochód i wyruszyć na północ.

Na szczęście już nie muszę jechać na lotniska czy Manhattan żeby wypożyczyć samochód. Wypożyczalnie powstają jak grzyby po deszczu. Nawet moja ulubiona wypożyczalnia Sixt się otworzyła w pobliżu na Long Island City. Posiadanie samochodu w NYC już zupełnie nie ma sensu, chyba, że naprawdę wyjeżdża się w każdy weekend. Taniej jest wypożyczać nowy samochód niż utrzymywać swój.

15 minut na nogach i już dotarłem do wypożyczalni na Long Island City. Ale ta dzielnica się zmieniła. Kiedyś były tu jakieś magazyny i fabryki, a teraz kilkudziesięcio piętrowe apartamentowce. Dzielnica ta została na maksa opanowana przez azjatyckich mieszkańców.

Chciałem jeszcze dzisiaj trochę na nartach pojeździć, więc bez żadnego przystanku w 4:15 zajechaliśmy na nasz ulubiony parking Bear Mountain w Killington.

Nie było nas tu parę lat, więc byliśmy spragnieni informacji co i jak się tutaj zmieniło. Ja prosto z samochodu poszedłem na wyciąg, a Ilonka prosto do baru sprawdzić czy nasze barmanki jeszcze tu pracują.

Miałem tylko dzisiaj parę godzin na narty, więc nie zapuszczałem się w głębiej w resort. Rejony Bear Mountain i szczyt Killington w zupełności mi wystarczyły na zapoznanie się z warunkami.

Na pierwszym krzesełku udało mi się jechać ze ski patrol to od razu zdał mi relację co tu się wydarzyło przez ostatnie pięć lat.

Przebudowali parę wyciągów na szybsze i większe. Dwa nowe schroniska w końcu ukończyli. Zrobili parę narciarskich tuneli w celu poprawy bezpieczeństwa na stokach. Budują nową wioskę narciarską w rejonach Bear Mountain… widzę, że największy resort narciarski na wschodzie dalej się rozwija.

W tym roku resorty na wschodzie dostały nawet sporo śniegu, w związku z tym 100% terenów jest otwarte. Mam na to prawie 4 dni, więc na pewno postaram się odwiedzić większość rejonów i powspominać sobie stare czasy jak tu się kiedyś śmigało.

Z tym śniegiem na początku sezonu (Grudzień) to było dziwnie. Zasypało resorty na wschodzie, a zachód prawie nic nie dostawał. Wiadomo teraz to się zmieniło i mimo, że w Killington dalej fajnie sypie to zachód już mierzy opady śniegu w metrach. Nawet niektóre resorty zamykają na parę dni żeby „odśnieżyć”.

Jest to długi, świąteczny weekend. Spodziewałem, się dużo ludzi i tak też niestety było. Kolejki do wyciągów były spore, zwłaszcza do tych głównych wyciągów na dole. Im dalej od parkingów i wyżej to już bywało znacznie lepiej.

Była nas ośmio-osobowa grupa narciarzy, więc było co robić w górach. Jeździliśmy różnie i wszędzie. Od płaskich na dole, lasami, aż do ciekawszych odcinków wyżej w górach. Czasami wszyscy razem, a czasami sam sobie gdzieś wyskoczyłem w jakieś rejony.

Tak jak pisałem, wszystko było otwarte, można było w ciemno bez mapy się poruszać. Zawsze gdzieś tam się wyjedzie. Śniegu było wystarczająco. Zresztą ja na szczęście mapy tutaj nie potrzebuje. Coś tam w głowie jeszcze zostało.

Z tym śniegiem to jest dziwnie na wschodzie. Mimo, że dostali prawie rekordowe ilości to dalej go robią. Sypią tym biednym narciarzom prosto w oczy. Wiem, że dopóki jest zimno to trzeba robić żeby wystarczyło do maja/czerwca, ale dlaczego w ciągu dnia. W nocy jest chłodniej, spokojniej, nikomu nie przeszkadza… Już zapomniałem jak to czasami może być uciążliwe.

Oczywiście najmłodsze pokolenie jeździło non-stop i uwielbiają jeździć po lasach. Z jednej strony jest to dobre dla nich bo wyrabiają sobie umiejętności szybkiego reagowania i zakręcania. Szybko się też nauczyli, że drzewa się nie ruszają i są twarde. Nie są twoimi kolegami i rosną w najmniej oczekiwanym miejscu, a gałęzie potrafią bić po głowie.

W niektóre dni dzieciaki miały szkółkę narciarską. Jak instruktor zobaczył jak jeżdżą to ich wziął na sam szczyt i zjeżdżali po czarnych. Super! Ja myślę, że jeszcze 2-3 sezony i uczniowie przerosną mistrzów. Wtedy oni nas będą zabierać w szczyty i pokazywać gdzie jest „ciekawie”!

Niestety jak to na nartach, czas za szybko leci. Cztery dni przeleciały jak zwykły weekend i niestety trzeba było wracać. Bardzo pozytywnie Killington nas przywitał po latach. Widać, że resort się rozwija i inwestuje pieniądze w rozbudowę. Jak tylko zima będzie ok na wschodzie to myślę, że będziemy go częściej niż raz na 5 lat odwiedzać. Wiadomo, gór wyższych nie zbudują, ale te 150+ tras na parę dni wystarczy. A jak jest dobra zima to i lasy też są piękne. Nowe pokolenie na 100% wyszuka dla nas ciekawe odcinki leśne na których na pewno nie będziemy się nudzić.

Jak na razie to my im wyszukujemy miejsca gdzie po nartach można odpocząć i uzupełnić kalorie. Trzeba pokazać gdzie kiedyś miło spędzało się wieczory i nawiązywało nowe znajomości. Dobre bary, restauracje istnieją tam już ponad 30 lat i kto wie ile jeszcze będą urozmaicać czas zmęczonym i głodnym narciarzom.

Nie tylko resorty się rozbudowują. W stanie Vermont powstają nowe sklepy, browary, restauracje, miasteczka się rozrastają…. Widać, że po pandemii część ludzi jak nie chce to nie musi już mieszkać w większych miastach. Może w zaciszu zielonych gór też miło spędzać czas. Jak ma możliwości pracy zdalnej i lubi takie klimaty to dlaczego nie. Zarabiając dobre, korporacyjne pieniądze można napędzać gospodarkę mniejszych górskich miasteczek z dala od wielkich metropolii. A przecież na wyciągu czy w gondoli bardzo dobrze się pracuje. Coś na ten temat wiem.

Widać to też po restauracjach jakie zaczynają powstawać wzdłuż drogi z VT do NY. Już nie musi się jadać w McDonaldach czy pizzeriach. Istnieje możliwość naprawdę cywilizowaną kolację znaleźć po drodze gdzie przy smacznym kotlecie i dobrym winku można sobie zrobić przerwę od kierowania. odpocząć, zrelaksować się, i powspominać miłe parę dni jakie właśnie się spędziło w lokalnych górkach.

Miejmy nadzieję, że dobre zimy wrócą na wschód i częściej będziemy odwiedzać te rejony. Vermont stawiaj na turystykę, rozwijaj się, bo to chyba jedyny sposób żeby to nowe pokolenie wyciągać z domów, sprzed ekranów, wyciągnąć z dużych miast. Przynajmniej na chwilę….

Niestety wróciliśmy późno do NYC. Ale to nic, nie przejmujemy się tym, bo mieliśmy ciekawe parę dni z rodziną i przyjaciółmi. Wkrótce czekają nas znacznie większe narty i górki, znacznie dalej niż VT. Już się nie możemy doczekać…..

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)

Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.

Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.

Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku

“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”

Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.

W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.

Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.

Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.

Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.

Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.

Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.

Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.

Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.

Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…

Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.

Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.

No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.

I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?

Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.

Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.

Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.

Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.

Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)

Chyba nie ma nic lepszego dla narciarza jak wyjść przed hotel, zrobić klip, klip (dla niewtajemniczonych - zapiąć narty) i wsiąść na wyciąg. Bez dojeżdżania do resortu, parkowania, przebierania się, kupowania biletu….

A jeszcze jak ci dobre śniadanko przygotują, kawkę zaparzą i nie musisz wcześnie wstawać to już jest rewelacyjnie. Nie dziwię się, że moi klienci ze sklepu polecili mi to miejsce, jako jedno z tych co muszę odwiedzić. Oni tu co roku (z reguły częściej) przyjeżdżają.

No dobra, przecież na narty tu przyjechałem a nie objadać się non-stop. Do roboty, w góry!

W nocy były lekkie opady śniegu. Dla mnie nie były takie lekkie, ale lokalni mówili, że prawie nic nie spadło. Sypnęło 10cm puszku!

Wiem, jak tutaj sypie to metrami, a nie centymetrami. Ale każdy płatek się liczy w roku, w którym są wyjątkowo niskie opady.

Oczywiście bez żadnych kolejek wsiadłem na wyciąg i w góry! Obowiązkowo poranna rozgrzewka odbywała się na idealnie ubitych trasach. Sztruks wychodził im idealnie. Taki poranny zmrożony, narty lizać! W sumie w Alta mało ubijają stoków, oni uważają, że nie wolno ubijać puchu. Jak widzisz sztruks to sobie nim zjedź, bo nie wiadomo kiedy znowu na niego trafisz.

Posiadają tylko 5 wyciągów. Z każdego wyciągu może jedna czy dwie ubite trasy. Reszta, to tylko co natura dała. Wielkie tereny dla doświadczonych narciarzy.

Oczywiście na wyciągach dostajesz wiele porad od lokalnych. Oni używają wyciągów w celu przemieszczania się miedzy rejonami resortu. Tam już wyszukują ciekawych zjazdów, często do nich trzeba trochę podejść. To im nie przeszkadza, mówią, że to rozgrzewka przed ciekawymi terenami.

Czasami starałem się też podchodzić wyżej w nieznane tereny żeby coś nowego odkrywać. W większości przypadków się to opłacało. Mimo, że czasami podejście było meczące (zwłaszcza na wysokościach), to nagroda w postaci ciekawych stoków czekała.

Tak jak wspominałem wcześniej, mało mają ubijanych tras a duże przestrzenie gdzie nic nie robią. Jak śnieg nasypie to tak go zostawiają.

Z głównych tras jest tylko bramka informująca, że tam coś jest ciekawego. Często bardzo ciekawego. Tych bramek jest dużo, spokojnie z 20. Prawie wszystkie były otwarte. Zamykane są około godziny 15 żeby patrol za widoku miał czas jeszcze zjechać i sprawdzić czy ktoś z problemami nie został i nie potrzebuje pomocy.

Z ciekawostek to w Alta mają tylko 3 rodzaje trudności tras: zielona, niebieska i czarna. Z reguły w Stanach występuje skala pięcio-stopniowa: zielona, niebieska, czarna, podwójna czarna i EX (ekstremalny teren). Z początku myślałem, że tutaj po prostu nie mają bardzo trudnych zjazdów. Po pierwszej bramce szybko się przekonałem, że mają.

Po rozmowie z lokalnymi dowiedziałem się paru rzeczy. Zielonych bardzo mało mają, niebieskie to z reguły ubijane trasy o średnim stopniu nachylenia, a wszystko reszta to czarne. Oni nie rozróżniają trudności czarnych. Jak jesteś dobry to jedź na czarne, dasz radę!

Jest to chyba jeden z niewielu resortów gdzie jest tak mało szkółek narciarskich. Widziałem parę, ale bardzo niewiele. A jak już są to w większości na czarnych trasach i narciarze już naprawdę dobrze jeżdżą. Patrolu też jest mało. Praktycznie są niewidoczni. Często w resortach stoją i mówią żebyś zwolnił albo bardziej uważał. Tutaj ich nie ma i jakoś wszystko działa.

Pogodę miałem wyśmienitą. W pierwszy dzień było pochmurno, ale potem sypało. Następne trzy dni były idealne, słoneczne i bez wiatru. Brak kolejek do wyciągów i bardzo mało ludzi na trasach powodowało, że można było się wyjeździć na maxa. Cztery dni wystarczyły, żeby zwiedzić prawie cały resort i jeszcze powtarzać lepsze tereny.

W takich warunkach i pogodzie byłoby grzechem robić przerwy gdzieś w środku. W słoneczku i z pięknym widokiem wszystko smakuje lepie.

Czasami przejeżdżałem do sąsiedniego resortu Snowbird, który jest większy niż Alta, ma więcej ubijanych tras, a mniej wolnej przestrzeni. Też jest ok, przynajmniej można było trochę odpocząć na dobrze przygotowanych trasach.

W Snowbird mają nowoczesne wyciągi i większość z nich ma podpórki na nogi. Znacznie to polepsza komfort i odpoczynek. W Alta żaden wyciąg nie ma podpórek. Mało tego, niektóre nawet nie mają zamknięć i siedzisz tak, bez żadnego zabezpieczenia. Nawet jak mają zamknięcia to nikt ich nie używa. Lokalni uważają to za zbyteczną rzecz. Jedyny czas kiedy zamykają to jak jakieś małe dziecko siedzi na krzesełku.

Z górnych partii resortu Snowbird ciekawie widać oddalone o jakieś 20km rejony miasta Salt Lake City. W zimie w mieście często sypie śnieg, ale maksymalnie w sezonie spada może metr do półtora.

Uważam, że przez te cztery dni dobrze się wyjeździłem. Mimo, że Alta nie dostała potężnych ilości śniegu jakie z reguły dostaje to i tak te pare metrów pozwoliło mi wszędzie wjechać i prawie każdy teren zaliczyć.

Tutaj na wyciągach znacznie rzadziej spotykałem turystów takich jak ja. Większość narciarzy to lokalni którzy mieszkają gdzieś w okolicy. W porównaniu do innych resortów na zachodzie, gdzie ilość turystów jest znacznie większa, tutaj raczej jeżdżą lokalni. Może dlatego, że Alta jest w miarę mała i przyjeżdżać tu na tydzień nie ma sensu. Może jest to trudny resort i rodziny z dziećmi tutaj nie przyjeżdżają. Nie wiem… ale coś w tym jest. Może też brak hoteli, restauracji, barów, sklepów nie przyciąga. Zakaz snowboardów na pewno też nie pomaga. Plusem jest brak kolejek. Nawet w sobotę przy pięknej pogodzie, odrazu na wyciąg można wsiadać.

Są wyjątki. Siedząc na krzesełku zagadałem do gościa. Okazało się że przyjechał ze wschodu, tak jak ja, na cztery dni. Tylko, że on ze znacznie wiekszą grupą, 60 osób! Przyjeżdżają tutaj od 19 lat. Cały czas ta sama grupa i ten sam hotel. Mają jednak zasady - sami faceci, bez żon. Ostatnio to trochę u nich się zmieniło, bo większość z nich ma już rodziny i ich dzieci też chcą z nimi tu przyjeżdżać. Grupa się zgodziła na dzieci (nawet córki) ale muszą minimum być na studiach, nie młodsze. Oczywiście żony dalej nie mogą jeździć.

Mimo tak dużej grupy większość z nich jeździ osobno. Każdy ma różne umiejętności, możliwości, prędkości i upodobania. Spotykają się później w barze i na kolacji. Raczej nie jest możliwe żeby tak duża grupa jeździła razem.

Mimo, że mamy nawet ok bar w naszym hotelu to czasami szukaliśmy innych. Nawet barmanka w naszym barze nam poleciła bar u sąsiadów, w Peruvian Lodge.

10 minut na nogach i już byliśmy u sąsiadów. Znacznie mniejszy bar, ale z lepszą muzyką i klimatem.

Widać, że lokalni i pracownicy resortu tutaj odpoczywają po pracy. Dużo ludzi się zna i każdy z każdym się wita. Muzyka nie za głośna, można pogadać, dobre piwo w ok cenie… można siedzieć (lub stać jak nie ma miejsca). Znowu niestety wygoniła nas kolacja z baru. Na 19:30 mieliśmy rezerwację w naszym hotelu na ostatnią kolację na tym wyjeździe. Trzeba było wyjść na ten mróz i się przewietrzyć.

Jutro jeszcze cały dzień spędzamy w resorcie. Mamy autobus wieczorem a samolot prawie o północy. Zapowiada się wspaniała pogoda, więc na pewno oboje to wykorzystamy na maxa w górach.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.27-28 Alta, UT (dzień 0-1)

Czy ktoś, kiedykolwiek widział Ilonkę w resorcie all-inclusive? Pewnie nie. Ja nigdy! No może raz, dawno, dawno temu wysoko w Andach w Chile.

Rok temu prawie znowu mi się to udało jak lecieliśmy do Nairobi. Mieliśmy parę dni spędzić na Mauritius. Już wszystko było nagrane, zaplanowane, hotel all-inclusive zarezerwowany, kąpielówki kupione…. a tu klapa. Linie lotnicze Kenia Airways postanowiły, że pokrzyżują nam plany i nie będzie Mauritius.

Valle Nevado, Chile

No nic, poczekamy, zobaczymy. Niecały rok później znowu są plany. Nie piaszczyste, a górzyste resorty. Znowu wysoko w górach. Tym razem nie Andy a Góry Skaliste w stanie Utah. Planujemy spędzić nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie w Alta, UT.

Co z tym all-inclusive? Wyjaśniam.

Jest taki fajny resort w Utah, nazywa się Alta. Jakieś 20+ lat temu w nim byłem, tylko jeden dzień. Dlaczego jeden? Bo tam nie ma żadnych hoteli. Coś jak Arapaho Basin w stanie Kolorado. Świetne, wysoko w górach resorty z cudownymi terenami i dużymi opadami śniegu, ale bez hoteli, après ski czy restauracji.

Alta nie ma hoteli, ale ma parę schronisk, lodges w których możesz mieszkać. Nie jest to nic super, ale nie trzeba codziennie dojeżdżać z Salt Lake City czy z pobliskiego resortu Snowbird. Zwłaszcza, że występują tu częste i duże opady śniegu to droga jest ciągle zamykana ze względu na lawiny. Z resortu Snowbird możesz do Alty dojechać na nartach, ale to pewnie zajmuje jakiś czas. A po drugie, to po zamknięciu wyciągów w Alta zostają tam tylko narciarze co mieszkają w Alta. Tacy prawdziwi narciarze. Coś jak Meribel we Francji. Mam nadzieję, że ich spotkam w barach w tych schroniskach. Nie ma też tutaj żadnych sklepów ani restauracji, więc papusiasz to co ci ugotują. Jedzenie jest wliczone w cenę. Prawie jak all-inclusive, nie? No dobra, nie ma alkoholu wliczonego, ale ponoć mają ok ceny. Wkrótce się dowiemy.

Jak narazie, to mamy 60 minutowe opóźnienie z JFK. Nie przez opady śniegu jakie tu ostatnio wystąpiły, ale przez to, że samolot jest za lekki. Tak, za mało nas leci i muszą dorzucić worki z piaskiem. Słyszeliście o tym kiedyś? Ja nigdy. Parę razy się zdarzało, że samolot był za ciężki i trzeba było trochę bagażu czy ludzi usunąć. Ale za lekki? Nigdy! Wiem, nie mieliśmy czasu i nie wzięliśmy paru skrzynek wina ze sobą. Pewnie to jest przyczyną.

No nic, pewnie dużo ludzi się wystraszyło zimy jaka ostatnio nawiedziła Stany i odwołało loty. My lubimy zimno, śnieg i góry, więc siedzimy grzecznie w samolocie i staramy się umilać nam podróż.

Do Salt Lake City jest troszkę dalej niż do Denver. Jakąś godzinkę. Na szczęście miałem trochę zaległości z robotą, więc lot szybko i produktywnie minął. Obsługa w samolocie jak tylko widziała, że w szklaneczce robi się pusto, to szybko to naprawiała. Czasami Delta ogarnia serwis.

W Salt Lake City wylądowaliśmy około godziny 23.

Dzisiaj już nie jedziemy do Alta. Nawet nie ma jak tam w góry się dostać o tej porze. Śpimy w hotelu koło lotniska i jutro rano autobusem z napędem na 4 koła jedziemy do resortu.

W hotelu wszystko poszło sprawnie i następnego dnia o 8:45 rano przyjechał po nas van i ruszyliśmy w góry.

Byliśmy sami w samochodzie więc podczas 45 minutowe podróży dowiedzieliśmy się wiele o lokalnych górkach i warunkach jakie teraz tam panują. Kierowca nie miał dla nas najlepszych wiadomości. Mówił, że niestety jest bardzo sucho i mają mało śniegu.

Ale na szczęście wszystko jest otwarte i jest w miarę zimno, więc nic nie topnieje w ciągu dnia, a co za tym idzie nie ma lodu na trasach. Lokalni kochają puch, a że go nie ma to nie ma też kolejek do wyciągów. Same plusy, nie?

Około 9:30 podjechaliśmy pod nasz lodge, Goldminer’s Daughter. Ja już oczywiście byłem cały ubrany na narty, więc tylko zostawiłem bagaże i w końcu ruszyłem na narty. Koniec stycznia, pierwszy dzień, aż mi wstyd!

W Alta praktycznie nigdy nie jeździłem, więc dla mnie to tu wszystko takie nowe jest. Mają tylko 5 wyciągów, więc nie jest to jakieś wielkie do ogarnięcia.

Z czego ogólnie słynie Alta. Po pierwsze ze śniegu. Ilości i jakości. Sypie tu dużo, bardzo dużo! Średnie opady w sezonie to 14 metrów. Przez ostatnie dwa lata spadło tu ponad 20 metrów śniegu w każdym roku. Raj, nie? Niestety nie w tym roku. Jak narazie to słabo tu sypie. Tylko parę metrów dostali.

Nie tylko ilość, ale jakość się liczy. Utah śnieg jest bardzo puszysty o gęstości 7-8%. W przeliczeniu to jest 70-80kg/m3. Dla porównania w europejskich Alpach gęstość śniegu wynosi 25-30%. Czyli waga jest odpowiednio większa i wynosi 250-300kg/m3. Dlaczego aż takie różnice? Europa jest ciepła i mokra. Utah jest pustynna, czyli sucha i zimna. Znacznie łatwiej i lepiej poruszać się po lekkim i suchym puchu niż po ciężkim i mokrym.

W Alta jest też zakaz snowbordzistów.   Sami narciarze. Ja nie mam nic do snowboardów, ale tak, czasami jak jadą z góry na dół po stromej trasie bokiem i skrobią cały czas to aż chce się coś im powiedzieć. Chłopie, szanuj śnieg!

Alta jest połączona z sąsiednim resortem Snowbird. Ten sam bilet działa w obu resortach. Można w paru miejscach przejechać między nimi. W Snowbird już byłem parę razy. Jest znacznie większy niż Alta, też ma ciekawe tereny i wspaniały śnieg. Myślę, że przez te 4 dni dobrze zwiedzę Altę i pewnie parę razy wstąpię do Snowbird na parę zakrętów i piwko.

Pierwsze parę zjazdów zrobiłem na dolnych terenach. Trzeba nogi przyzwyczaić do nart i się zaaklimatyzować. Dolna stacja znajduje się dość wysoko na 2,600 metrów.

Później już było łatwiej i można było wyciągami na przełęcze wyjeżdżać. Tak jak kierowca mówił, jest mało ludzi bo warunki nie są idealne. Tak też było. Zero kolejek do wyciągów. Było twardo, ale bez lodu. Poza trasami można było znaleź lepszy śnieg ale nie za wiele. W lasach trochę lepiej, ale dalej nie fantastycznie.

Jeździłem gdzieś do godziny 13 i zjechałem do Ilonki na lunch. Oczywiście już miałem zarezerwowane najlepsze miejsce w naszym lodge, przy barze.

Piwka mieli dobre, natomiast hamburgera jadłem lepszego. Był ok, ale mogliby go lepiej zrobić. No nic, miejmy nadzieję, że na kolację nie będzie ta sama kuchnia.

Po przerwie wróciłem na narty. Nastąpiła potężna zmiana klimatu. Przed lunchem niebo było tylko zachmurzone, teraz na maxa sypało i wiało. Super, więcej śniegu trzeba! Chmury też się obniżyły i widoczność w górnych partiach spadła do paru metrów. Mimo nie najlepszych warunków jeździłem do końca. Trzeba jakoś ten pierwszy dzień w sezonie na maxa wykorzystać.

Alta jako Vintage resort posiada też trochę starych, dwuosobowych wyciągów bez zabezpieczeń na których podczas dużego wiatru jest wesoło.

Z ciekawostek to w Alta są mądrzy ludzie i nie otwierają wyciągów o 8 rano tylko o 9:15. Można się rano wyspać. Natomiast wyciągi są otwarte do 16:30 albo dłużej na wiosnę. W związku z tym jeździłem prawie do godziny 17 i ledwo co zdążyłem do naszego Saloon na happy hours.

Ilonka oczywiście już tu była i zajęła najlepsze miejsce przy kominku. Do baru na dole każdy może wejść. Natomiast tutaj, na drugim piętrze tylko goście tego resortu. Można wygodnie usiąść, coś za darmo przegryźć i schłodzić się jakimś napojem.

Jak zawsze w takich miejscach fajnie się siedziało, gadało i obserwowało jak na zewnątrz sypie śnieg i ratraki z nim walczą na jutro.

Z Saloon wygoniła nas kolacja. Mieliśmy rezerwację na godzinę 19. W naszym pobycie tutaj mamy wliczone śniadania i kolacje - prawie jak all-inclusive, nie?

Posiłki serwują w restauracji na najwyższym piętrze, czyli trzecim. Dostaliśmy fajny stolik przy oknie, więc podczas kolacji mogliśmy obserwować opady śniegu i liczyć te centymetry puszku na jutro.

Nawet mieli ok wybór jedzenia i win jak na taki mały hotel. Jest to restauracja tylko dla gości tego lodge, więc nie spodziewałem się niewiadomo czego, ale było dobrze urozmaicone i smaczne. Nawet desery też były smaczne.

Oboje byliśmy dobrze zmęczeni podróżą i dzisiajejszym dniem, więc niedługo po kolacji padliśmy spać. Trzeba nazbierać energii, jutro może być intensywny dzień w puchu

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2025.03.26-04.02 Vail, CO

Ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. Udało nam się pojechać do naszego ulubionego resortu w Kolorado, do Vail.

Ulubiony bo mamy bardzo wiele miłych, rodzinnych wspomnień. Nie było innej możliwości jak zabrać trzy pokolenia i budować więcej jakże wspaniałych i żyjących latami wspomnień. Pojechało aż 9 osób.

Vail się rozrasta na maxa. Co rok widać, nowe zabudowy, hotele, sklepy… Dobrze, bo narciarz ma dużo możliwości i nie musi mieszkać w centrum Vail i przepłacać. Wynajęliśmy domek nad samym strumykiem we wschodniej części Vail gdzie jest spokojniej, ciszej i znacznie taniej. Darmowym autobusem w 15 minut można dojechać do resortu.

Jest to wiosenny wyjazd (przełom marca i kwietnia). Lubię ten okres na nartach. Jest cieplej, dłuższe dni, wszędzie dużo śniegu więc wszystko jest otwarte, i znacznie mniej ludzi. Nie ma kolejek do wyciągów i puste trasy. Można się wyszaleć. Jedyną wadą wiosennych nart jest mokry i ciężki śnieg ale dobrze przygotowane narty poradzą sobie z tymi warunki całkiem dobrze.

Ludzie w grudniu czy styczniu marzną w długich kolejkach, a jak przychodzi marzec to już chowają narty do szafy. Nie rozumiem ich, przecież wiosna jest najlepsza na narty!

Pojechaliśmy na tydzień. Tak jak pisałem, na tym wyjeździe szkolimy nowe pokolenie. Im wcześniej zaczną tym będą lepszymi narciarzami. Dzieciaki trochę były w szkółce, trochę z nami jeździły.

To i to jest im potrzebne. Profesjonalni instruktorzy nauczą ich teorii i praktyki, a my później to sprawdzimy i doszlifujemy. Przepisy też nie pozwalają instruktorom zabierać dzieci na „ciekawsze” tereny gdzie oni mają tam największą frajdę. Nas przepisy nie dotyczą, więc większość czasu spędziliśmy w lasach, gdzie mieli najwięcej radości.

Ogólnie mieliśmy dobrą, wiosenną pogodę. Rano chłodno na minusie, a koło południa się super rozcieplało i można było na zewnątrz odpoczywać i coś przegryź.

Czasami sypnęło świeżym puszkiem co niestety sprawiało dzieciakom trochę trudności w pokonywaniu głębszego śniegu czy muld. Ale nawet całkiem dobie sobie radziły. Przynajmniej wywrotki na miększym terenie nie były bolesne.

W ostatni dzień dostałem wielki prezent od natury w postaci dużych opadów śniegu. Już dzień wcześniej zaczęło się chmurzyć i potem ostro sypać wiele godzin.

Nastawiłem budzik wcześnie rano i jak tylko zadzwonił to wyglądnąłem przez okno. Dalej pięknie sypało! Przy takich warunkach nie ma czasu na dobre i długie śniadanie. Trzeba coś szybko przekąsić i na narty.

Na przystanku spotkałem sąsiada który mówi, że on tylko jeździ na nartach jak są bardzo dobre warunki. Dzisiaj ponoć się takie zapowiadają. Autobus był pełniejszy niż zazwyczaj. Dwa przystanki dalej już nie było miejsc siedzących.

O 8:25 przyjechaliśmy do miasteczka, a o 8:30 już byłem przy wyciągach. Ponoć dzisiaj otworzyli dolne wyciągi o 10 minut wcześniej żeby rozładować kolejkę, która aż sięgała do miasteczka. Dobrze, że tak zrobili, bo o 8:30 już nie było dużo ludzi. Podczas 10-minutowego jechania gondolą mogłem się dużo praktycznych rzeczy dowiedzieć od lokalnego. Gdzie jeździć, żeby jak najwięcej wykorzystać puch a jak najmniej stać w kolejkach. Jak lokalny powiedział: dzisiaj jest POWDER DAY (dzień puchu), jest dużo ludzi, dużo śniegu i dużo terenów rano jest zamknięte. Solidny plan to podstawa, żeby nie stać w kolejkach a robić pierwsze ślady.

Im wyżej gondola jechała tym bardziej sypało. Jak wysiedliśmy to górne Vail przywitała nas wspaniała zimą i napisem że tutaj dzisiaj nic nie jest ubijane i życzą nam miłej zabawy w PUCHU!

Poszedłem za poradą lokalnego i wziąłem wyciąg krzesełkowy jeszcze wyżej, aż na przełęcz. Ludzi było trochę, ale większość zjeżdżała z powrotem do głównej bazy. Według instrukcji pojechałem w przeciwnym kierunku gdzie praktycznie nie było nikogo.

Tutaj zaczęła się bajka! Wielkie, szerokie stoki praktycznie tylko dla mnie i paru innych wtajemniczonych narciarzy. Śniegu było dużo i oczywiście bardzo mało narciarzy, więc pierwsze ślady często można było robić.

Nie dość, że dużo śniegu znajdowało się na ziemi to oczywiście ostro sypało. Tak to można jeździć! Często słyszałem różnego rodzaju okrzyki radości wydawane przez zadowolonych narciarzy. Nawet nie trzeba było wjeżdżać w lasy żeby znaleźć puch. Puch znajdował ciebie. Był wszędzie!

Lokalny mówił, że około 10-10:30 mogą powoli otwierać bowle i inne wspaniałe tereny w tylnej części resortu. Oczywiście, że tam się udałem.
Znowu wyjechałem na przełęcz, ale niestety dalej taśmy blokujące wjazd do tylnej części resortu były rozwinięte co oznaczało, że wszystko tam jest zamknięte.

Natomiast widziałem, że wyciągi tam już działają (rozgrzewają je) i spora grupka ski patrolu już stoi przy taśmach. To jest dobry znak. Podjechałem do nich z zapytaniem jakie plany mają na te cudowne tereny. Powiedzieli, że właśnie widoczność się trochę poprawia i dostali zielone światło na ich otwarcie. Jeszcze muszą poczekać parę minut aż będzie wystarczająca ilość patrolu na otwarcie tylnych terenów. Oczywiście, że poczekałem z nimi.

Otworzyli Bowle!. Uzbierała się nawet spora grupka takich szczęściarzy jak ja , więc nam powiedzieli żebyśmy uważali i pożyczyli udanych zjazdów. Powiedzieli, że dzisiaj tu jeszcze nic nie było patrolowane, ani ubijane, i że widoczność może się w każdej chwili pogorszyć, a o zabłądzenie tutaj łatwo. Tereny tutaj mają 11km szerokości. Tak, 11 kilometrów!

Wjechałem w te obszerne tereny. Z reguły jest tutaj szeroka, ubita droga. Teraz tylko wąska ścieżka zrobiona przez patrol. Która i tak za chwilę przestała istnieć, bo każdy pojechał sobie w swoim kierunku. Ja też skręciłem w prawo w dół i zacząłem z wielką radością uprawiać białe szaleństwo w pięknym puchu.

Było cudnie. Piękne tereny, brak ludzi i dużo śniegu. Czego narciarz chce od życia więcej. Zjechałem dwa razy. Zaczęło się więcej ludzi pojawiać, więc postanowiłem dalej wyszukiwać pustych terenów. Pojechałem do Mongolia Bowl.

Tutaj już nawet śladów patrolu nie było. Zero ludzi i tylko piękny dziewiczy, nieubity śnieg.
Wyciąg niestety nie działał, ale w sumie to nie było znaczenia. Trochę znam ten rejon i wiem jak się tutaj poruszać.

Następne jakieś 10 minut było odlotowe. Nietknięte rejony w pięknym puchu i cudownym terenie. Nie za stromo, nie za płasko - tak w sam raz!
Niestety ze względu że wyciąg nie działał to koniec tego rejonu musiałem jechać po płaskim. Nie było to łatwe w tym głębokim śniegu, ale w tak pięknych rejonach nie zważa się na trudności.

Wróciłem tu jeszcze raz później, ale już niestety było trochę ludzi i śnieg lekko rozjeżdżony. Dalej super, ale nie tak jak koło południa.

Ostatni rejon jaki odwiedziłem w ten dzień to Blue Sky Basin. Idealne na zakończenie dnia.

Co prawda ludzi tu już było sporo, ale nadal można było znaleźć nierozjeżdżone tereny.

Wystarczy trochę odjechać od wyciągów czy głównych tras i już można się świetnie bawić. Widoczność się znacznie poprawiła, więc bezpieczniej można było zapuszczać się w głębsze rejony bez obawy o pobłądzenie.

Był to już niestety mój ostatni dzień na nartach na tym wyjeździe (i pewnie w sezonie) więc oczywiście mimo wielkiego zmęczenia jeździłem do samego końca. Odpoczynek dopiero miałem w naszym ulubionym barze „U Niemca” (Pepi’s) gdzie Ilonka już oczywiście trzymała miejsce przy barze.

Fajnej się siedziało i opowiadało przygody całego dnia, ale za długo nie można było siedzieć, bo na dzisiaj na pożegnanie mieliśmy w planie kolację w słynnym hotelu Sonnenalp. Większość wieczorów albo gotowaliśmy w domu, albo jadaliśmy w barach, więc na koniec można było poszaleć.

Warto było! Restauracja w stylu szwajcarskim z pysznym jedzeniem i dobrymi winkami. Oj siedzieliśmy tam dobrą „chwilkę” wspominając cały ten wspaniały wyjazd i planując oczywiście następne. Raclette na środku stołu opiekał mięska , warzywa i sery, Sommelier ciągle donosił nowe, coraz to ciekawsze wina, a nam się buzie nie zamykały od opowieści i śmiechu …..

Niestety był to już mój ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. Ja wiem, że resorty będą jeszcze czynne spokojnie miesiąc czy dwa, ale niestety jakoś czasu nie ma, a poza tym trzeba się przygotowywać do większej wyprawy w drugiej połowie maja.

Zdrówko!

Nie wiem też kiedy następny raz odwiedzę Vail. Na następne parę sezonów postanowiłem zmienić mój bilet narciarski z Epic na Ikon. Vail niestety nie jest na Ikon, więc trzeba pożegnać się z tymi pięknymi górami na jakiś czas. Natomiast na Ikon też jest „parę” ciekawych górek. Big Sky, Jackson Hole, A Basin, Alta…. nie wspominając już oczywiście o Europie, Ameryce Południowej czy Japonii.

Do następnego!

Read More
Canada Darek Canada Darek

2025.03.02-07 Whistler, CA (dzień 2-7)

Whistler, największy resort narciarski na kontynencie amerykańskim był odwiedzony przeze mnie trzy razy. Ostatni raz było to 7 lat temu, więc już się wystarczająco za nim stęskniłem. A jest za czym!

Praktycznie nielimitowana ilość i jakość terenów, dobry system wyciągów, cudowne widoki i wioska narciarska w alpejskim stylu gdzie każdy znajdzie coś dla siebie. Zwłaszcza po ostatnim wyjeździe do Utah gdzie trzeba było szukać miejsca na après-ski i na rozrabianie.

Whistler jest tak wielkie, że przez tydzień zaawansowany narciarz będzie miał co robić. Dwie oddzielne góry, trzy wioski narciarskie, niezliczona ilość otwartych terenów, lasów i dużo obszarów, że trzeba pomyśleć jak tu zjechać spokojnie zadowoli nawet wybrednych narciarzy.

Początkujący narciarze niech sobie pozjeżdżają na innych górkach i przyjadą tutaj jak już będą mogli w pełni wykorzystać ten ogrom.

Czy Whistler ma wady? Pewnie, że ma. Kto ich nie ma….

Jedną z nich jest położenie. Wydawało by się, że jest położone idealnie, tak? W przepięknym górzystym terenie Brytyjskiej Kolumbii, nie za wysoko (nie ma problemu z aklimatyzacją), blisko oceanu (dużo śniegu), z dala od wielkich miast (mniej ludzi), niska granica lasu (otwarte tereny)…..

Czy to są wady czy zalety? Zależy jak na to patrzeć.

Po pierwsze położenie. Whistler jest nisko położone. Zaledwie 650 metrów n.p.m. Jest to plus jeśli chodzi o aklimatyzację, ale niestety minus jeśli chodzi o pogodę. W wiosce często pada deszcz albo sypie ciężki i mokry śnieg. Wiadomo, dużo terenów znajduje się znacznie wyżej (2,000m) gdzie jest piękna zima, ale żeby się tam dostać to nieraz można zmoknąć.

Śnieg też nie jest idealny. Dzięki sąsiadującemu obok Oceanu Spokojnemu tutaj dużo sypie. Jakieś 8-10 metrów w sezonie. Śnieg nie jest taki lekki, suchy i puszysty jak np. w Kolorado czy Utah, gdzie góry są otoczone pustyniami. Tutaj często puch jest ciężki i mokry co utrudnia zabawy na nieubijanych trasach.

Whistler został kupiony przez resort narciarski Vail. Co za tym idzie? Ściągnął dużo narciarzy którzy tak jak ja, mają sezonowy bilet do Vail. Dzięki temu jeździsz za darmo w Whistler. Co za tym idzie, dużo ludzi, czyli oczywiście kolejki do wyciągów i na trasach. Na „szczęście” nie mieliśmy puszystych dni, więc nie było tłumów.

Wystarczy tego narzekania. Przecież narciarstwo nie ma żadnych wad, prawda?

Przyjechaliśmy tu na tydzień z naszymi dobrymi znajomymi ze Stanów. Miejmy nadzieję, że warunki i pogoda nam dopisze. Z pogodą bywało różnie. Od deszczu na dole do wspaniałego słoneczka wyżej. Od gęstej mgły do intensywnych opadów śniegu

Jeśli chodzi o wiatr to raczej mieliśmy szczęście. Ogólnie to nie wiało. A może tutaj ostro zawiewać. Przy większym wietrze dla bezpieczeństwa wszystkie górne wyciągi są zamykane i wszyscy muszą jeździć na dole i w tłoku.

Co do jakości śniegu to nie mieliśmy 100% szczęścia. Praktycznie prawie wszystko było otwarte, ale tereny niestety nie były pokryte fajną i grubą warstwą puchu. Przed naszym przyjazdem padał tutaj deszcz. Niestety linia zamarzania była dość wysoko. Prawie w rejonach szczytów. Większość terenów zostało pokryte warstwą mokrego śniegu, która potem zamarzła.

Powstała sporej grubości twarda skorupa, która utrudniała zakręcanie, zwłaszcza na stromych odcinkach. Na trasach ratraki wykonały kawał dobrej roboty i to wszystko zmieliły, natomiast większość terenu jest poza trasami a tam było mniej ciekawie. Bo przecież nie jedziesz w takie góry żeby cały czas po trasach jeździć.

W lasach było troszkę lepiej. Widocznie drzewa ochroniły śnieg przed opadami deszczu. Nadal było twardo, ale znośnie.

Gdzieś w połowie tygodnia przyszedł śnieg. Nie za wiele, jakieś 10cm puszku. Znacznie to poprawiło warunki. Odrazu więcej ludzi pojawiło się w górach. Zwłaszcza lokalnych, spragnionych lepszych warunków. Nie było tak źle i dalej bez większych kolejek można było jeździć.

Przy takich ogromnych terenach ludzie się szybko rozjeżdżają i prawie ich nie widać. Dwa wielkie rejony są popularne w takie dni. Harmony i Symphony.

Potężne doliny z praktycznie niograniczonymi terenami. W wyższych partiach trochę stromiej i skaliście, niżej płaściej i szeroko, a na dole wspaniałe lasy. Można tutaj spędzić cały dzień i się nie nudzić.

Oczywiście są możliwości podchodzenia wyżej i wyszukiwania dodatkowych terenów do unikatowych zjazdów. A dla naprawdę doświadczonych i wiedzących co nieco o zimowych górskich podróżach można wyjść z resortu i udać się w nieznane. Ilość śladów na śniegu pokazuje, że takich śmiałków jest trochę. Musisz być naprawdę świetnie przygotowany i idealnie znać teren. Zimowe podróżowanie po lodowcach nie należy do łatwych i bezpiecznych.

Resort składa się z dwóch gór: Whistler Mountain i Blackcomb i przypomina literę „V”

Połączone są w dwóch miejscach. Na dole mają wspólne bazy i wysoko w górach kolejkę linową Peak2Peak.

Ta kolejka to niezły wyczyn inżynieryjny. Została zbudowana w 2008. Długość to prawie 5km, odcinek bez podpór wynosi 3km. Prędkość to 7m/s, co pozwala pokonać cały odcinek w 12 minut. W najwyższym etapie przejazdu znajdujesz się prawie pół kilometra nad ziemią.

Niektórzy narciarze preferują Whistler a inni Blackcomb. Ja nie mam preferencji. Lubię tam gdzie jest lepszy śnieg i wszystko otwarte. Tu i tu można świetnie pojeździć. Kiedyś to trzeba było zjeżdżać na sam dół żeby zmienić góry. To trwało jakąś godzinę. Teraz kolejką w kilkanaście minut można to zrobić. Można sobie wygodnie usiąść i wykorzystać ten czas na odpoczynek, posiłek czy uzupełnienie płynów.

Tak jak pisałem wcześniej góra Whistler posiada świetne tereny jak Harmony czy Symphony. Blackcomb też ma super rejony jak 7th Heaven czy Blackcomb Glacier.

Wielkie obszary z nielimitowanymi możliwościami. Niestety nie wykorzystaliśmy pełnego potencjału tych rejonów. Na 7th Heaven było za mało śniegu i za twardo. Nie było za wiele przyjemności zjeżdżać zmarzniętymi stromymi ścianami.

Na Blackcomb Glacier jest większy problem. Lodowiec się zmniejsza i niestety ten rejon może być już zamknięty na stałe. Żeby tam się dostać trzeba wyjechać orczykiem który niestety jest zamknięty. Lodowiec się skurczył i powstały wielkie szczeliny, które są za duże i niebezpieczne.

Część ludzi podchodzi do góry (jakieś 45 minut) i zjeżdża z drugiej strony lodowca. Nawet myśleliśmy o tym, ale po rozmowie z patrolem zrezygnowaliśmy z pomysłu. Mówił, że spacerek do góry jest ok ale zjazd z drugiej strony nie jest taki idealny jak był lata temu (siedem lat temu tam jeździłem). Lodowiec się skurczył i wyjście na niego już nie jest takie łatwe. Po drugie jest mało śniegu i jest gruba skorupa co niestety nie daje dużo przyjemności z jazdy. Miejmy nadzieję, że za parę lat jak znowu odwiedzę te rejony będzie znacznie lepiej ze śniegiem.

Oczywiście jest wiele innych terenów, które staraliśmy się często odwiedzać. Przy złej pogodzie czy nie najlepszej widoczności polecam rejon Crystal Ridge. Wiele długich niebieskich tras do carvingu, czy czarnych do lepszej zabawy jak ci jest zimno.

Tak jak pisałem wcześniej, jest tu gdzie jeździć. Dobry narciarz na pewno przez tydzień nie będzie się nudził. Warunkiem idealnej zabawy jest niestety dobra i śnieżna zima. Mieliśmy ok zimę, ale mógł by być lepszy śnieg. Miejmy nadzieję, że następnym razem spadnie jakiś metr śniegu i będzie super zabawa.

Oczywiście ostry śnieg zaczął sypać w dniu wyjazdu. Sypało ostro, nawet na dole sypał śnieg a nie padał deszcz. W ciągu 48 godzin spadło go 1.20 metra! Szkoda, że musieliśmy wyjeżdżać bo zapowiadały się cudowne warunki.

Ponoć kolejki do wyciągów robiły się strasznie długie. Ludzie pisali, że nawet i godzinę stali żeby wyjechać w góry. Czyli dużo śniegu też nie dobrze. Ach ci narciarze, ciężko im dogodzić…

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2025.01.17-19 Park City & Salt Lake City, UT (3)

W Park City byłam drugi raz w życiu i muszę przyznać że tym razem zaskoczyło mnie pozytywnie, głównie jeśli chodzi o szlaki i parki dla nie narciarzy.

Większość dni pracowałam bo pomimo nie limitowanego urlopu trzeba znać granice rozsądku i wiedzieć gdzie jest limit. Jednak praca wg wschodnich godzin, będąc na zachodzie jest super i można już o 2-3 popołudniu cieszyć się górskim klimatem.

Ze szczytów zrobiłam Quarry Peak. Bardzo fajny szlak. Spacerek na jakieś 2-2.5h ale do góry z pięknymi widokami na resort. Poza okolicznymi szczytami jest tu dużo parków i tras dla narciarzy biegowych. Jest też park który powstał po przerobieniu byłej trakcji kolejowej. Park City bowiem jest kolejnym miastem powstałym w gorączce złota. A jak gorączka złota to i kolej musi być. Tak, że się nie nudziłam i robiłam kilometry, rzadko idąc ulicą czy chodnikiem.

Samo miasteczko Park City mnie nie powaliło. Tak jak Darek pisał przez te ich prawa odnośnie alkoholu nie ma za bardzo fajnych knajpek, bo albo nastawiają się na picie i wtedy mają beznadziejne jedzenie, albo nastawiają się na jedzenie ale to mają już stoły jak w jakiś stołówkach. Jest parę bardzo fancy restauracji ale niestety nie ma nic pośrodku. Takiego średnio drogiego z fajnym klimatem.

Tak więc klimat postanowiliśmy znaleźć w Salt Lake City. Z Park City do SLC jest 30-45 min. Rzut beretem jak to się mówi. W Sobotę musieliśmy opuścić nasze mieszkanko dość wcześnie, a że Darka pas na narty nie działał w sobotę (MLK Day) to postanowiliśmy spędzić czas razem i pozwiedzać okolicę.

W okolicy Park City jest destylarnia whiskey, High West. Bardzo lubimy ich wyroby. Jest to whiskey która nauczyła mnie pić ten rodzaj alkoholu. Postanowiliśmy więc odwiedzić ich główną siedzibę i zobaczyć jak produkują ten złoty trunek.

Destylarnia położona jest na ranczo i z parkingu trzeba pokonać kawałek do góry. Na szczęście są małe autobusiki co wywożą ludzi do góry i nie ma korków na tej wąskiej krętej drodze.

Darek ma trochę produktów High West w sklepie ale nie wszystkie bo nie wszystkie można kupić poza Utah. Destylarnia ma też bardzo dobre jedzenie więc lunch z whiskey był bardzo dobrym pomysłem. I właśnie takie miejsca lubimy najbardziej, pyszne jedzenie i picie ale bez tak zwanych białych obrusów.

Mi najbardziej smakował Prisoners Share ale co się dziwić….podobno jedno z top 3 w ich kolekcji.

Po lunchu pozwiedzaliśmy trochę okolicę. Widok mają super, to im trzeba przyznać.

W słoneczku było super ciepło więc nawet nie chciało się wracać, natomiast z cienia człowiek od razu uciekał do słoneczka. Pochodziliśmy troszkę po okolicy i postanowiliśmy wracać. Chcieliśmy jeszcze troszkę pozwiedzać Salt Lake City.

Salt Lake City leży u podnóża gór i ogólnie jest dość przyjemnym miastem. Ostatni raz byliśmy tam w 2018 roku. Wtedy ja zwiedzałam trochę miasto i dokarmiałam bezdomnych. Natomiast Darek dolatywał trochę później. Tym razem Darek chciał się przejść, może nie do końca dokarmiać bezdomnych ale zobaczyć trochę miasto. Ja też w sumie byłam ciekawa jak bardzo się zmieniło.

Hotel mamy w centrum więc mogliśmy spokojnie odstawić auto i zrobić sobie kółeczko po mieście. Podeszliśmy pod ich słynną katedrę ale była cała zagrodzona i w remoncie więc poszliśmy dalej aż doszliśmy do potężnego budynku z napisem Union Pacific Railroad. Coś z tym Union Pacific mam… i zaczęłam obfotografowywać budynek na całego.

Dopiero po paru minutach olśniło mnie, że to jest przecież hotel i to sieci Marriott. Jak Darek usłyszał, że hotel i że Marriott to stwierdził, że na pewno mają tam bar i na pewno chcemy się ogrzać.

No i było wszytko… dworzec główny przerobili na recepcję hotelu z barem. Pokoje hotelowe znajdują się w dobudowanej części ale oczywiście są połączone z recepcją. Milionowy koncept ale bardzo fajny. Niestety miliony te muszą się zwrócić więc i noc w hotelu do tanich nie należy. Dlatego my tu nie śpimy.

Po zagrzaniu się ruszyliśmy dalej w kierunku graffiti. W sumie to graffiti było tylko takim punktem żeby jakoś wyznaczyć naszą trasę spacerową. W Salt Lake City nie bardzo jest co zwiedzać ale jest to przyjemne miasto, zresztą które miasto nie jest przyjemne jak się z chodnika widzi górki.

Bezdomnych też niestety trochę mają. Już za pierwszym razem zapadli oni mi w pamięć a teraz tylko utrwalili się. Na szczęście skupiają się w swoich grupkach i parkach i tak jak my nie chcemy być zaczepani tak samo oni. Widać też że SLC się rozrasta bo powstają nowe mieszkalne osiedla, browary i restauracje.

Odwiedziliśmy browar Level Crossing, pyszne piwko mają, ale nie siedzieliśmy długo bo się ściemniało a my głodni się robiliśmy. Kolejne cudowne wakacje postanowiliśmy zakończyć dobrym amerykańskim stekiem… Niestety musiały być sieciówki jak Ruth Chriss czy Capital Grill. Postawiliśmy na Capital i był to pyszny wybór.

Na szczęście do restauracji nie mieliśmy daleko bo mrozik był. Jakby nie patrzeć to zima jest. Może śniegu nie widać ale temperatury dość niskie są. Pod hotelem mamy lodowisko ale my jednak woleliśmy oglądać ludzików z okien ciepłego hotelu.

I to już koniec… w niedzielę dość rano mieliśmy samolot do NY. Tak rano, że śniadanie musieliśmy jeść na lotnisku a nie w hotelu… dobrze, że są lounge… Lot minął na szczęście spokojnie i bez opóźnień.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2025.01.12-17 Park City, UT (2)

Poniedziałek, z reguły nie jest to najlepszy dzień tygodnia. Chyba, że się jest na tygodniowych wakacjach i właśnie się wyrusza w nieznane tereny w góry.

Dzisiaj i parę następnych dni postanowiłem spędzić w Canyons. Jest to sąsiedni resort połączony wyciągami.

Z Park City wystarczy wziąć dwa wyciągi, następnie przesiąść się do gondoli i już się wysiada w Canyons. Coś jak w alpejskich resortach. Podróżujesz górami z wioski do wioski.

Canyons jest bardziej rozłożyste niż Park City. Posiada 5 szczytów i wiele ciekawych terenów. Oczywiście poza terenami większość narciarzy przyciągają tu inne rzeczy. Domy! Tak, wypasione chaty, które aż podchodzą pod szczyty.

Niewiele jest takich miejsc w Stanach, gdzie luksusowe domy położone są aż w tak pięknych i niedostępnych terenach. A zarazem normalny człowiek może koło nich przejeżdżać na nartach. Znajdują się wysoko w górach z prywatnymi trasami narciarskimi prowadzącymi do tych rezydencji.

Osiedle posiada 274 domów. Wszystkie są ogromne z wieloma sypialniami, łazienkami i ogromnymi tarasami. Ponoć najtańszy kosztuje 10 milionów dolarów. Większość właścicieli to są potężne korporacje, chociaż znajdują się też bogaci prywatni właściciele jak Taylor Swift, Demi Moore, Larry King, Michael Jordan….

Najgorsze jest to, że większość tych domów jest pusta. Jadąc tymi trasami czy wyciągami można je obserwować i „zaglądać” do ogródka. Ciemne, puste, zasypane śniegiem i brak samochodów pod domem. Przykre, że tak piękne rezydencje stoją puste, ale pewnie ci miliarderzy mają wiele takich domów po świecie i w każdym muszą chwile pomieszkać. Chociaż i tak większość czasu pewnie spędzają w hotelach.

Oczywiście nie przyjechałem tu oglądać domy, a wyjeździć się na nartach. Prawie wszystko jest otwarte, więc bez kolejek można się świetnie bawić.

Canyons jest tak duże, że potrzebujesz z godzinę żeby się przedostać z jednego końca do drugiego. Oczywiście zajmuje to znacznie więcej, bo po drodze znajdujesz tyle ciekawych terenów, że chcesz nimi zjechać i je pozwiedzać. Czasami “niestety” trzeba też podejść kawałeczek.

Dobrze jest mieć plan jakie rejony i w które dni odwiedzać żeby te ogromne połacie gór ciekawie zwiedzić, z zarazem się nie powtarzać.

Plan planem a i tak czasami się wjedzie w jakiś rejon i tak jest pięknie, że trzeba tu więcej czasu spędzić i paroma innymi trasami zjechać. Ale na szczęście nic nie robimy tu na wyścigi tylko dla przyjemności, więc plany można modyfikować w ciągu dnia.

Tak też robiłem. Jak coś było bardzo interesujące to zostawałem w tym rejonie i lepiej go zwiedzałem. Albo po prostu robiłem sobie dłuższą przerwę na lunch i wygrzewałem się w słonecznym Utah.

Większość dni miałem słoneczną pogodę i bez wiatru. W związku z tym wszystkie przerwy robiłem w górach na świeżym powietrzu z pięknymi widokami. Znacznie to preferuje niż zatłoczone bazy z drogim jedzeniem i piciem. Wszystko co potrzebuję mam w plecaku.

Après ski to inna sprawa. W górach w styczniu jak tylko zajdzie słońce to robi się zimno i dalsze przebywanie na zewnątrz już nie sprawia tyle przyjemności. Ale Ilonka zawsze coś fajnego wyszukiwała na ogrzanie się. Można było się czasami przyjemnie zasiedzieć.

Chociaż powiem Wam, że w stanie Utah to nie jest takie proste. Mają tutaj trochę zacofane przepisy. Jak się nie udało nigdzie w bazie spotkać to przy kominku w naszym mieszkaniu też było przyjemnie.

Raz udało mi się zostać dłużej w górach. Wyciągi zamykają o godzinie 16. Na styk wyjechałem na górę i ponownie zjechałem około 16:10. Zapytałem czy mnie jeszcze wpuszczą. Gostek co obsługuje wyciąg już mnie chyba trochę znał i mnie jeszcze puścił. Fajnie tak było wyjechać na górę gdzie już nie było nikogo, tylko ski patrol.

Puściutkimi trasami zjazd należał do bardzo przyjemnych i dołożył „wisienkę na torcie” na zakończenie dnia.

Przez ten tydzień z reguły do południa jeździłem w Park City a później przenosiłem się do Canyons. Tak, żeby sobie urozmaicać dni. W sumie jest ponad 300 tras, więc i tak przez tydzień się tego nie zwiedzi.

Pod koniec tygodnia już 100% tras i terenów było otwarte. Zabawa na całego! Aż się nie chce wracać do domu.

Niestety tydzień szybko zleciał i trzeba nartki spakować do pokrowca i wracać. Miejmy nadzieję, że nie na długo. Zima dopiero się rozkręca i już mamy parę ciekawych planów wyjazdowych.

Jak narazie spędzimy jeszcze sobotę w Salt Lake City i okolicach. Wylot mamy dopiero w niedzielę, a jak to lokalni mówią, w weekend się nie jeździ na nartach.

Co myślę o Nartach w Utah? Blisko lotniska, góry wspaniałe (prawie jak Colorado), śnieg bardzo dobry, brakuje im dobrych après ski. Niestety stanowe przepisy kontrolowane przez Mormonów nie pozwalają barom i klimatycznym restauracją się rozwijać. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni i Utah w tym dogonią inne Stany czy Alpy.

Jak na razie w Park City to narciarz musi wyszukiwać fajne bary a nie bary jego….

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2025.01.11 Park City, UT (1)

Rozpoczęcie tego sezonu narciarskiego zaczęło się znowu z lekkim opóźnieniem bo dopiero w pierwszej połowie stycznia. Ale tak to już jest, że z początkiem sezonu (listopad/grudzień) jakoś nie ma czasu wyskoczyć w górki. Zresztą w grudniu nie ma jeszcze dobrego śniegu a i ceny są chore.

Liczy się oczywiście jakość a nie ilość, więc na nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie wybraliśmy Park City w stanie Utah.

Byliśmy tu 6 lat temu i mieliśmy wielkie szczęście do pogody. Sypało ostro, do tego stopnia, że za bardzo nie wiedziałem jak jeździć w tak głębokim puchu. Miejmy nadzieję, że w tym sezonie Utah też nas przywita tym ich słynnym puchem.

Park City należy do wielkiej amerykańskiej korporacji zwanej Vail. Ta oto firma kupiła wiele resortów w Stanach i w Kanadzie. Takich jak Whistler, Breckenridge, Keystone, Stowe…. Wypuściła bilety sezonowe zwane Epic Pass na których prawie bez ograniczeń możesz jeździć w ich 42 resortach. Wliczając resorty w Alpach, Japonii i Australii. Ogólnie fajnie, nie? Prawie. Co duże to nie koniecznie najlepsze. Nie do końca chyba to ogarniają i niektóre resorty czasami się buntują. W tym roku oczywiście padło na Park City!

Pracownicy resortu zaraz po świętach Bożego Narodzenia rozpoczęli strajk, który trwał aż dwa tygodnie. Domagali się lepszego wynagrodzenia i lepszych warunków pracy. Vail szybko zaczął ściągać pracowników z innych resortów żeby łatać dziury. Nie do końca im się to udało i w okresie świąteczno-noworocznym niewiele wyciągów i tras było czynnych co powodowało gigantyczne kolejki i bardzo wkurzonych narciarzy.

Na szczęście parę dni przed naszym przyjazdem związki zawodowe dogadały się z Vail i strajk się skończył. Miejmy nadzieję, że wszystko zdążą otworzyć zanim przyjedziemy. A mają co robić bo Park City posiada 40 wyciągów i 350 tras. Do tego dostali 3 stopy (metr) śniegu w ciągu ostatniego tygodnia!

W piątek wieczorem wylądowaliśmy w Salt Lake City. Nie jechaliśmy już w góry bo nie było sensu. O wiele taniej jest się przespać koło lotniska niż w resortach narciarskich.

Park City jest oddalony zaledwie 30 minut samochodem od Salt Lake City. Także w sobotę po lokalnym śniadaniu w Eggs in the City (jajka w mieście) wypożyczyliśmy samochód i wyruszyliśmy w góry.

Około 11 rano byliśmy już na miejscu. Do naszego mieszkania nie mogliśmy się jeszcze dostać więc poszliśmy prosto w góry. Ja na narty, a Ilonka na hiki.

Pierwszy dzień na tygodniowych wakacjach trzeba trochę delikatniej i ostrożniej. Zwłaszcza jak to jest pierwszy dzień w sezonie. Trzeba nogi przygotować do wysiłku i się zaaklimatyzować z wysokością.

Jak na sobotę to nie było dużo ludzi. Praktycznie bez większych kolejek można było jeździć. Widocznie dużo ludzi z obawy o strajk zrezygnowało z wyjazdu tutaj. Lepiej dla mnie.

Większość szczytów dalej była zamknięta. Patrol mówił, że jeszcze potrzebują parę dni żeby wszystko otworzyć. Dużo śniegu spadło i jest wysoki stopień zagrożenia lawinowego. Cały czas było słychać jak wysadzają lawiny. W sumie to nie ma znaczenia, bo i tak w pierwszy dzień nie planuje wybierać się na same szczyty.

Pogoda była różna. Od słońca do intensywnych opadów śniegu. Było zimno. Coś jak w styczniu wysoko w górach. Natomiast jak tylko wychodziło słońce to od razu robiło się ciepło. Do tego stopnia, że nawet lunch można było jeść na zewnątrz.

Park City połączony jest wyciągami z Canyons, co tworzy największy resort narciarski w Stanach. Postanowiłem, że Canyons zacznę zwiedzać od poniedziałku. Sobotę i Niedzielę spędzę w Park City.

Pierwsze dwa dni spędziłem w Park City, nie zapuszczałem się w większe i bardziej rozległe Canyons. Jest tu wystarczająco tras i terenów na zaaklimatyzowanie się. Zawsze można zjechać do miasta i odpocząć.

Jak zwykle na wyciągach można spotkać ciekawych lokalnych zagorzałych narciarzy. Na jednym z nich lokalny mówi, że ostatnio spotkał grupę ludzi. Zainteresowały go naszywki na ich kurtkach z napisem 100+. Mówi, że to dopiero grudzień a oni już mają 100+ dni na nartach w tym sezonie. Gdzie to zrobiliście, zapytał ich?

Odpowiedzieli mu, że w tym wypadku to nie chodzi o dni ale o lata. Cała trójka ma powyżej 100 lat. 102, 102 i 101!

Wow. Szacun na maxa odpowiedział!

Jak można dożyć takiego wieku i jeszcze dalej jeździć na nartach, zapytał?

Cztery rzeczy, odpowiedzieli:

Dobry sen,

Dobra żona,

Dobre wino,

I dużo nart!

Zgadza się! Zjechałem prosto do baru, żeby podtrzymywać cztery najważniejsze narciarskie obietnice. Dobra żona już tam oczywiście czekała.

W Utah nia ma za wiele opcji barowych. Jakoś te ich lokalne i stanowe alkoholowe przepisy są zacofane na maxa. Ale Ilonka oczywiście coś tam znalazła i już dobrze się siedziało. Jak tylko wszedłem do baru to znowu zaczęło sypać na maxa. Dobrze, że już byłem w środku.

Jutro, też będę w Park City, a od poniedziałku wyruszam na podbój Canyons. W Park City otworzyli wyciąg na samą górę, więc było co robić w niedzielę.

Read More
USA - Colorado Ilona USA - Colorado Ilona

2024.04.08-09 Breckenridge, CO (dzień 3-4)

W Breckenridge i chyba ogólnie w Kolorado czuję się trochę jak w domu. Zresztą pewnie macie już to wrażenie po ilości wpisów jakie mamy z tego stanu a zwłaszcza z Denver i rejonu gór/resortów narciarskich.

Ponieważ pojechaliśmy większą grupą i dużo ludzi było w Breckenridge po raz pierwszy to naturalnie przypadła mi rola przewodnika. Nadal są miejsca które odkryłam dopiero na tym wyjeździe ale czasem warto się zgubić, żeby odkryć coś fajnego.

W niedzielę wzięłam ekipę gondolą do bazy narciarskiej Peak 8. Jest to baza położona troszkę wyżej niż miasteczko i można dostać się tam kolejką linową z miasteczka, za darmo.

Z Peak 8 są super widoki ale to co mnie zainteresowało to było pod kolejką zanim wyjechaliśmy na górę…

Pod gondolą były ślady, i byli ludzie. Okazał się, że tak zwane Nordic Trails (czyli trasy na narty biegowe i rakiety) znajdują się na zboczu góry i nad nimi przejeżdża kolejka. Aż się zdziwiłam, że widzę je pierwszy raz bo kolejkę już parę razy brałam. Ale pewnie wtedy bardziej podziwiałam widoki niż patrzyłam na dół. Teraz wypatrując zwierzaków znalazłam ludzi…

Nie dziwota, że zwierząt nie wypatrzyłam. Zwierzęta do baru poszły a ludzie do lasów. No tak natura troszkę wariuje i zwierzęta ciągną tam gdzie jest jedzenie, nawet jeśli jest przetworzone, ludzkie i nie zdrowe dla nich. Ale jest łatwo dostępne. Ten zając na szczęście nie przyszedł objadać się frytkami. Był ze swoim właścicielem, który hoduje zające. I tak właściciel zamiast psa przyszedł na piwo z zającem. Można i tak…

Ale wracając do tras… teren pod kolejką jest terenem chronionym ze względu na zwierzęta i ptaki. Nazywa się on Cucumber Gulch Wildlife Preserve. Jak tylko wyczaiłam, że jest tam sieć tras po których można się włóczyć to plan na poniedziałek już był. I tak w ostatni pełny dzień w tym górskim raju część ekipy poszła odkrywać te nowe tereny. Zwierząt nadal nie spotkaliśmy, ludzi też nie wiele ale spacerek był bardzo przyjemny.

Rakiet ani raków nawet nie potrzebowaliśmy. Czasem troszkę się zapadałyśmy ale nie dużo. Trasy były podzielone na te dla nart biegowych i zwykłych łazików. Nasze trasy szły lasem, były węższe i przyjemniejsze. Dość dobre oznaczenia i mapa ściągnięta na telefon bez problemu pokazały nam jak mamy iść. Plan (zrealizowany) był dojść do 2 stacji kolejki (Peak 7) i stamtąd już drogą dojść do destynacji jaką znów jest Peak 8. Peak 8 to trochę takie nasze miejsce spotkań. Narciarze mają łatwy dojazd a do tego można posiedzieć na zewnątrz w słoneczku i podziwiać góry.

Oczywiście jeśli to słoneczko jest… co nie do końca było dziś gwarantowane. I nie chodzi tu o złą pogodę ani o zachmurzenie. Był to jeden z tych nie licznych dni kiedy można zaobserwować zaćmienie słońca.

Zaćmienie słońca nie jest czymś bardzo unikatowym. Tak naprawdę zaćmienie słońca jest raz, dwa razy w roku. Unikatowość polega, żeby akurat być w miejscu w którym jest zaćmienie. Oczywiście w Stanach robią z tego wielkie szaleństwo, festiwale “Solar Eclipse”, a ludzie podróżują masowo to rejonów przez które zaćmienie będzie przechodzić. To moje chyba drugie czy trzecie zaćmienie… jak widzicie nie przywiązujemy do tego większej uwagi… no chyba, że akurat popatrzymy w niebo i zobaczymy, że pół słońca nie ma.

Denver nie było na trajektorii całkowitego zaćmienia więc musieliśmy się zadowolić częściowym. Ale raban się zrobił, ludzie wymieniali się okularami i ogólnie krzyki WOW przekrzykiwały wszystko inne.

Aaa to jak już mówimy o panikujących ludziach to wspomnę o trzęsieniu ziemi… no mieliśmy jedno w NY. Kalifornia powie, że co to było… i w sumie ma rację. Tak było to dziwne uczucie, był to pierwszy raz kiedy świadomie zdałam sobie sprawę, że właśnie jest trzęsienie ziemi. Trochę się potrzęsło, potem ja się trochę trzęsłam bardziej z szoku niż czegokolwiek innego ale ogólnie obyło się bez zniszczeń czy strat. Natomiast, Nowojorczycy oczywiście zrobili z tego tragedię. No bo, że niby koniec świata, trzęsienie ziemi, zaćmienie słońca i jeszcze cykady nas czekają. Na koniec świata jeszcze musimy trochę poczekać więc póki co cieszmy się przygodami i każdym dniem.

Zaćmienie minęło i można było wrócić do kontynuacji dnia. Nie ma to jak przepyszny lunch na 3000 metrów (9950 ft). My lubimy mieć swój własny lunch ale na tym wyjeździe po raz pierwszy do zestawu lunchowego dołączył kręciołek. Czyli taki śmieszny nożyk co sprawia, że ser nie tylko ładnie wygląda (jak różyczka) ale też super smakuje. Rozpływa się jak masełko.

Po lunchu się rozeszliśmy. Chłopaki w swoją stronę, dziewczyny w swoją. To już nasz ostatni dzień w tych pięknych górkach. Wszyscy zgodnie polubili BolD. To chyba nazywa się gastro bar… miejsce niby barowe ale z bardzo dobrym jedzeniem. Tak więc zarządzona została zbiórka na Happy Hours. Każdy doszedł w swoim tempie. Jedni spragnieni byli tam już przed czwartą, inni ledwo idąc przez zakwasy doszli troszkę później. Ale najważniejsze, że każdy miał uśmiech na twarzy i opalone twarze. Bo słoneczko towarzyszyło nam cały czas (no poza sobotą).

We wtorek przyszedł czas pożegnań. Darek oczywiście nie omieszkał pójść na narty. Syn naszych przyjaciół też dołączył do grupy zatwardziałych narciarzy i nie chciał zmarnować ostatniego dnia w tak pięknych górach. Nawet początkujący narciarze widzą różnicę między pięknymi i słonecznymi górami na zachodnim wybrzeżu a wschodem.

Mi w zadaniu przypadło pakowanie ale i tak udało mi się zrobić ponad 10tys kroków. W końcu noszenie walizek tam i z powrotem to też ćwiczenie. Żartuję nie było tak źle. Pudełeczko zostało rozdysponowane po wszystkich ludziach więc nie mieliśmy dużo do pakowania.

Droga na lotnisko minęła super. Zero korków, śnieżyc itp. Samolot o dziwo też o czasie i to jeszcze przyspieszył bo miał dobre wiatry. Myślę że to zasługa części naszej ekipy co wracała z nami do NY. Nasz talizman szczęścia. Bo tak szybkich i bezproblemowych samolotów to dawno nie mieliśmy. Super by było jakby tak już zostało i szczęście i wiatry nam sprzyjały.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2024.04.07-08 Breckenridge, CO (dzień 2-3)

Po sobotniej zimie, od niedzieli wróciła wiosna.

Jeszcze w niedzielę rano trochę wiało, ale to już było nic w porównaniu do soboty.

Do południa w niedzielę patrol jeszcze nie wpuszczał na szczyty. Wiatr i intensywne opady śniegu spowodowały wysokie zagrożenie lawinowe i musieli trochę pospuszczać lawin żeby bezpiecznie można było się bawić w najwyższych partiach.

Ale nie było tak źle. Niżej też było dużo puchu. Zwłaszcza w lasach, w które wiatr intensywnie całą noc wpychał śnieg.

Koło południa patrol otworzył wszystko! 5 szczytów otwartych! Prawie 200 tras, dużo terenów, słonecznie, mało ludzi…. co za raj.

Temperatura nadal była ujemna. Dzięki temu śnieg był idealny. Nie mokry ani nie zlodowaciały jak to czasami bywa na wiosnę.

Czasami na bardzo stromych i zmuldzonych odcinkach były wielkie zlodowaciałe muldy. Oczywiście między nimi był głęboki nieubity śnieg. Za bardzo nie wiem jak w takich warunkach jeździć. Nie uczyli tego w szkole życia.

Nie można jak po puchu, bo są zlodowaciałe muldy. Nie da się jak po muldach, bo jest głęboki śnieg między nimi. Zjechanie prosto na krechę też nie wchodzi w rachubę, bo jest za strono. Z reguły omijałem tego typu odcinki. Niestety czasami się pojawiały i nie dało się je ominąć. Trzeba było ostrożnie i pomału nimi zjechać.

Dużo czasu spędziłem w krańcowych częściach resortu. Szczyt 10 i 6. Często te rejony są zamknięte. Wymagana jest dobra zima z dużymi opadami śniegu. Nie za dużo bo znowu będzie zagrożenie lawinowe i zamkną.

Teraz wszystko było otwarte. Wielkie przestrzenie, bez ludzi i bez wiatru z wystarczającą ilością śniegu na fajną zabawę.

Była nas większa grupa, więc często spotykaliśmy się w różnych częściach resortu. A to na piwko, czy coś przegryź, czy nawet razem zjechać parę razy.

Poniedziałek i wtorek to już było naprawdę ciepło. Na górze jeszcze zimowe ubranie było potrzebne, ale w niższych partiach w słoneczku można było się opalać.

W niedzielę i poniedziałek były organizowane zawody dla dzieci i młodzieży. Freeride po ciekawych terenach staje się to coraz bardziej popularne i modne. Już się nie zjeżdża po trasach, organizatorzy wybierają niezalesione tereny wysoko w górach. Wywożą tam zawodników i każą jechać w dół. Im stromiej i więcej skał tym ciekawiej. Czas z jakim zjeżdżasz nie ma większego znaczenia. Bardziej liczy się którędy jedziesz i jak jedziesz. Im więcej skoków i obrotów tym wyższe miejsce na podium.  Często na start trzeba się dostać na nogach z najwyższych wyciągów. Ważniejsze zawody (te z większym budżetem) mają helikoptery do wywożenia zawodników i całego sprzętu.

Za bardzo nie  miałem „czasu” na branie udziału w tych zawodach, więc wybierałem spokojniejsze dolinki.

Natomiast na wyciągach można było spotkać organizatorów i trenerów tych zawodów. Ciekawe opowieści się słyszy.
Jak np. 12-to letnie dzieci są już szybsze i odważniejsze od dorosłych trenerów. Dzieci nie boją się niczego i dalej myślą, że nie mają kości tylko całe ich ciało jest z gumy zrobione. Nic się nie połamie. Ach ta młodzież….

Ja parę kości mam więc spokojniej, ale też w ciekawych terenach się bawiłem. Słoneczko, może -3C w górnych partiach, lekki wiaterek, dużo śniegu…. ach co za raj!

Końcem sezonu można ciekawych ludzi spotkać na wyciągach. Nie takich jak ja co nie lubią nart i tylko 20 dni w sezonie jeżdżą. Spotkałem np. narciarkę z Nowej Zelandii co przyjechała na narty na 6 miesięcy! Nie ma stałego pobytu w Stanach, więc nie mogła tu jeździć pół roku. Pierwsze 3 miesiące spędziła na nartach w Kanadzie (tam też jest gdzie jeździć) a kolejne 3 miesiące w Kolorado. To się nazywa zamiłowanie do sportów zimowych. A ja nawet nie mogę należeć do klubu 100+!

Był z nami kolego co jeździ na desce. Dobrze mu to wychodzi, więc trzeba było mu pokazać ciekawe zakamarki Breckenridge.

A że dobrze jeździ to można było w górnych partiach wyszukiwać interesujące rejony i próbować nimi zjechać.

Czasami się dobrze jechało, a czasami wpakowaliśmy się w ciężkie rejony i trzeba było się ochłodzić i dać nogom parę minut przerwy.

No bo kto by przypuszczał, że piękna, mało rozjeżdżona polana zakończy się stromym leśnym urwiskiem.  Teraz już wiemy dlaczego tak mało było na niej śladów.

Breck ma dwie główne i dwie pomocnicze bazy na dole. Nienarciarska część ekipy z reguły tam docierała w popołudniowych godzinach na wspólny zasłużone odpoczynek. 

Później każdy udawał się w swoim kierunku. Narciarze do góry a inni w dół. Popołudniami z reguły już łatwiej i wolniej się jeździ. Nogi zmęczone, śnieg nie taki dobry, gorsza widoczność, więc i o kontuzje łatwiej.

Mimo, że jest kwiecień to dalej zima panuje w górach w Kolorado. Resorty przedłużają datę zamknięcia. Już jest mowa o czerwcu a może i dalej. Rekord chyba jest gdzieś na połowę sierpnia!

Fajnie tak, nie? Przerwa w nartach na 3 miesiące i od października znowu można zaczynać.
Ja niestety na tym wyjeździe będę kończył mój sezon. A szkoda, bo jeszcze  spokojnie z 2-3 miesiące można by pojeździć. Widocznie nie kocham nart tak jak niektórzy prawdziwi narciarze.
Koniec nart na ten sezon!
Do następnego….

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2024.04.06 Breckenridge, CO (dzień 1)

Trzeba jakoś ciekawie zakończyć ten sezon narciarski. Cały marzec nie byłem nigdzie na nartach, ale niestety tak jakoś dziwnie się to wszystko poukładało. Nie jest tak źle i w planie mamy spędzić 4 dni na nartach w Breckenridge w stanie Kolorado.

W kwietniu z reguły są wiosenne narty. Ciepło, słoneczko, miękki śnieg i dużo chłodnych napojów. Niestety (albo na szczęście) zima w tym roku się przeciąga i wszędzie dalej są intensywne opady śniegu. Nawet u nas, na wschodzie w górach dalej ostro sypie i resorty przedłużają zakończenie sezonu. Chyba w tym roku ocieplanie klimatu zaspało, przynajmniej w Stanach.

Dalej niestety nie mieszkamy w Denver, więc lotnisko LGA w NYC trzeba było odwiedzić w sobotę super wcześnie rano. Ale jak się chce w sobotę już jeździć na nartach to trzeba się poświęcić.
Nie jest źle, lotnisko mamy 12 minut od domu.

LGA należy do nowoczesnych lotnisk (mieli wielki remont przez ostatnie parę lat) w związku z tym z reguły wszystko idzie logicznie i sprawnie i już o 7 rano byliśmy w samolocie. Niewiele później nad chmurami śniadanko i za chwilę śniliśmy o pięknych zaśnieżonych górach skalistych.

Lecąc na zachód goni się czas. W naszym przypadku nadrabiamy dwie godziny, a do tego kapitan powiedział, że ma pomyślne wiatry i nadrobił dodatkową godzinkę. Tym o to sposobem parę minut po 9 rano wylądowaliśmy już w Denver. Tak powinno być zawsze. Niestety nie jest. Czasami nic nie idzie z planem i aż się nie chce latać. Widać, ze tym razem mieliśmy pozytywne moce na pokładzie i wszystko szło sprawnie. Tak, trochę większa grupa leciała z nami.

Ilonka zajęła się bagażami, a ja samochodem. Tu znowu wszystko się zgrało i niewiele później wznosiliśmy się autostradą 70 w góry.

Dzisiaj niestety nie ma wiosny w Kolorado tylko pełnia zimy z potężnym wiatrem. W wyższych partiach gór śniegu zaczęło przybywać, nawet na drodze. W związku tym wszystkie ciężarówki musiało założyć łańcuchy na koła, co oczywiście spowodowało korki.

Na szczęście nie było tak żle i już koło południa byliśmy w Breckenridge. 

Tak jak przypuszczałem, dzisiejsze nartki nie należały do idealnych. Potężny wiatr, opady śniegu i chmury. Wszystkie górne wyciągi były zamknięte.

Oczywiście nie odbierajcie mnie źle. Dalej było fajnie, tylko ciekawiej. Poza górnymi partiami resortu wszystko było czynne.

Pogoda wygoniła dużo ludzi do barów, więc mimo tego, że była sobota to można było bez kolejek jeździć non-stop.

Ale chciało mi się jeździć. Paru lokalnych podpowiedziało mi gdzie w taką pogodę najlepiej jeździć żeby uchronić się od wiatru. Bardziej zalesione i północna stoki były najlepszą opcją.

Ogólnie było ok. Widoczność nie była najlepsza, ale za to śnieg był super. Coraz więcej go przybywało i można było w kwietniu w puszku czasami się bawić. Pod warunkiem, że wiatr nie zwiał wszystkiego.

Na jednym z wyciągów spotkałem ładnie opalonego gościa. Myślałem, że pewnie z Miami jest. Jak się okazało jeździł tu wczoraj i dzień wcześniej. Było zupełnie inaczej, tak wiosennie. 15-20C, słonecznie i bez wiatru!

Miejmy nadzieję, że wiosna tutaj wróci w najbliższych dniach.

Jeździłem do samego końca. Gdzieś o 16:15 zjechałem na sam dół i zacząłem szukać reszty ekipy.

Większość ich znalazłem w naszym ulubionym barze BoLd. Z reguły w kwietniu après ski odbywa się na zewnątrz w słoneczku i przy fajnej muzyce. Tym razem pogoda wygoniła wszystkich do środka.

Na ten wyjazd miało nas pojechać 12 osób. Niestety życie płata ludziom różne figle i pojechało tylko 7 ludzi. Dodatkowo była to też urodzinowa niespodzianka, więc było bardzo wesoło i smacznie.

Po kolacji spacer zaśnieżonymi uliczkami Breckenridge był bardzo wskazany. Mimo mrozu i wiatru każdy potrzebował przetrawić posiłek i dalej się aklimatyzować z wysokością. 

Aklimatyzację zakończyliśmy w naszym hotelu obserwując z okna co tam się wyprawia. Potężny wiatr z dużą ilością opadu śniegu!
Miejmy nadzieję, że do jutra się wypogodzi i będzie można w pięknym puszku ze szczytów uprawiać białe szaleństwo.
Przecież jest wiosna, nie?

Read More
USA - Nowy Jork Ilona USA - Nowy Jork Ilona

2024.02.24-25 Catamount, NY

Po wakacjach w cudownym Vail przyszła kolej na lokalny wyjazd na granicę stanu Nowy Jork i Massachusetts. Normalnie Darek opisuje dni narciarskie ale tym razem chyba więcej do opowiadania jest z perspektywy osoby która przesiedziała cały czas w barze.

Catamount to mały resort narciarski który jest uwielbiany przez rodziny z dziećmi. Ludzie którzy mają rodziny często mieszkają na obrzeżach NYC więc mają stosunkowo blisko resorty jak Catamount. Resort ten ma też zwolenników wśród ludzi którzy traktują to jak siłownię i zamiast iść do dusznej siłowni wolą podjechać na parę zjazdów i spędzić dzień na świeżym powietrzu.

No więc pierwsze co uderza w oczy to ilość ludzi z czapeczkami, koszulkami z dużych resortów narciarskich w Kolorado czy Kalifornii. Pomyślisz ale czemu oni tu są? Pewnie z tego samego powodu co i my. Żeby spędzić czas rodzinnie, podszkolić dzieciaki jazdy na nartach albo po prostu zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie wszyscy jednak z tego powietrza korzystają. Część ludzi jak ja siedziała w tak zwanej świetlicy komputerowej. W Catamount są dwie sale gdzie można usiąść i odpocząć, albo popracować. Jedna ma muzykę na żywo, bar i jest zdecydowanie nastawiona na przerwę. Druga jest cichsza, bez baru ale za to uwielbiana przez ludzi z laptopami. No tak dzieciaki na narty z jednym rodzicem a drugi musi zarabiać, żeby ktoś się mógł bawić. U nas było podobnie przy czym mnie akurat podatki dojechały i musiałam przygotować dużo dokumentów do rozliczenia.

Na szczęście szybko się uwinęłam i zanim chłopaki zjechali na drugą przerwę to przeniosłam się do tej bardziej imprezowej części… a tam były ciekawe wynalazki.

Zacznijmy od jedzenia. Ja rozumiem, że na nartach spala się kalorie i, że było południe więc czas coś przekąsić. My też mieliśmy swoje kabanosy, serki i Delicje. Ale byli ludzie którzy nas pobili… całe pojemniki, garczki i termosy przytachali z jedzeniem i piciem. Zaznaczę, że tu można kupić jedzenie i picie. Niby własne lepsze… ale żeby aż takie termosy dźwigać. Interesujące…

No nic różne są kultury i ciężko zrozumieć niektórych. Jak na przykład kolejną parę która siedziała przez ok godzinę… godzinę przy mnie choć oni już byli jak przyszłam. Siedzieli na przeciwko siebie, pomiędzy nimi pusty plastikowy kubek, na głowie kask i całe przygotowanie żeby iść na narty ale oni siedzieli… jak w jakimś transie bo nawet nie rozmawiali ze sobą. To nam trochę przeszkadzało bo akurat chłopaki przyjechały na drugą przerwę i chcieliśmy usiąść przy stoliku a tu wszystkie zajęte. Jak jesteście ciekawi to tak… w końcu poszli na te narty ale zajęło im to naprawdę długo, żeby się zebrać.

Jak już przechwyciliśmy stolik to mogliśmy zagrać w karty (Go Fish), zjeść kabanosa i pogadać o dniu na nartach. Pogoda dopisywała więc chłopaki się nawet wyjeździli. Jak na jeden dzień to resort jest fajny. Chłopaki po lunchu poszli na ostatnie zjazdy a ja przesiadłam się do baru… akurat leciał hokey. Zaczęłam oglądać bo stwierdziłam, że w sumie to ciekawa gra. Wywijać na tych łyżwach, trafić w taką małą bramkę z bramkarzem ubranym tak, że podwaja swoją objętość to nie jest łatwo. No i tak już moje zaciekawienie tym sportem wzrastało aż się zaczęli bić. Ale tak dość mocno, a sędzia nic tylko patrzy. Dopiero jak się położyli na łopatki to sędzia ich rozdzielił i wyprosił z boiska…. hmmm. …. jakoś nie kojarzyłam, że hokej połączyli z boksem i teraz masz dwie konkurencje sportowe w jednym.

Moje zauroczeniem hokejem było szybkie, prawie tak szybkie jak chłopaków druga połowa dnia. Niestety słoneczko zachodziło i robiło się dość zimno więc około 3 pm zjechali do bazy na pożegnalne piwko i rozjechaliśmy się każdy w swoim kierunku. My z Darkiem postanowiliśmy zostać w okolicy i wynajęliśmy sobie hotel w miasteczku Hudson.

Hotel The Wick (którego zdjęcia nie udało nam się zrobić) należy do sieci Marriotta i dlatego go wybraliśmy. Dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się, że hotel znajduje się w budynku starej fabryki świeczek i mydeł. Lubię jak zaadoptują stare fabryki czy inne budynki na biura, hotele czy apartamenty. Google jest w tym mistrzem i prawie wszystkie jego biurowce to albo stary terminal kolejowy (St. John’s Terminal) albo fabryka ciastek (Chelsea Market). Tym razem nie Google a Marriott przejął fabrykę i zrobił bardzo fajny hotel. Dostaliśmy nawet upgrade do większego pokoju więc mieliśmy apartament na jakieś 50 metrów kwadratowych z super wysokimi sufitami.

Niestety potężne okna, duży metraż i wysokie sufity nie były przez nas chwalone jak się obudziliśmy na drugi dzień ale to za chwilę. Póki co cieszyliśmy się, że mamy fajny hotelik i poszliśmy zwiedzać miasteczko. Miałam parę restauracji na uwadze ale niestety te fajniejsze były pełne. Jednak trochę turystów się tu zjechało. A nie dziwię się. Hudson to bardzo urocze, małe miasteczko blisko gór. Może nie jest centralnie w górach położone ale do Catamount jest jakieś 20 min i podobnie w góry Catskills. My poszliśmy do restauracji która była 3 na mojej liście i się okazała ok. Pewnie dlatego też dostaliśmy stolik bez problemu. Co ten internet robi ze światem. Ale nie ma co narzekać, jedzenie było dobre.

Po kolacji spacer jest wskazany więc przez jakieś łąki poszliśmy w kierunku jakiś baraków gdzie miał być browar… no i był. Siedliśmy przy barze w części dla turystów jak się potem okazało. Bar był długi i bliżej drzwi wybitnie siedzieli turyści którzy się bali wejść dalej (tak jak my) a dalej w głąb sali lokalni rozrabiali i wraz z barmanami bawili się w DJ-ów. Ale dobrze im to wychodziło bo akurat puszczali nasze standardy z lat 80-90s.

Nie siedzieliśmy długo bo i zmęczenie nas dopadało i chcieliśmy się wyspać po ciężkim tygodniu pracy i przygotować na hike na drugi dzień. Wróciliśmy do hotelu i jakoś tak było zimno… ale stwierdziliśmy, że ustawimy grzanie na więcej i się zagrzeje.. no właśnie ale 50 metrów kwadratowych z mega wysokimi sufitami łatwo się nie grzeje. Zadziałała zasada, że najlepiej śpi się w chłodzie więc my noc przespaliśmy, ale jak się obudziliśmy rano ze zgrzytaniem zębów i zobaczyliśmy, że na termostacie jest tylko 13C to bardzo szybko się ubieraliśmy i lecieliśmy na ciepłą kawę.

Niestety okazało się, że hotel miał awarię ogrzewania. Nie jest to najfajniejsza rzecz w środku zimy. Nie tylko nasz pokój złożył skargę i na szczęście się zreflektowali i dali nam zniżkę. Powinni w ogóle dać pokój za darmo no ale cóż… może zarobią na lepsze ogrzewanie.

Zimno wygoniło nas z hotelu do samochodu i dalej na szlak w góry. Na dziś wybraliśmy Overlook Mountain. Podobno fajny spacerek w lesie, taki na 3-4 godzinki z widokami. Można tam podobno też spotkać resztki samolotu który kiedyś się tu rozbił i ruiny hotelu. Brzmiało super więc wpisaliśmy w GPS destynację i ruszyliśmy z kopyta…

Jechaliśmy do góry i jechaliśmy aż się nie zorientowaliśmy kiedy dojechaliśmy w Himalaje. A mówią, że na wschodzie nie ma wysokich gór.

Wg. Google zaraz na przeciwko szlaku jest Tybetańsko-Buddyjska księgarnia. Mi to wygląda na trochę więcej niż tylko księgarnię. Pewnie jest to cały kompleks a księgarnia to tylko mały dodatek i jedyna rzecz dostępna dla zwykłych ludzi z ulicy.

My na Tybet jeszcze siły nie mamy więc skromnie ruszyliśmy w kierunku szlaku na górę o miłej nazwie Overlook (Widok). Wzięliśmy ze sobą raczki bo wyczytaliśmy, że mogą być połacie lodu. I tak w sumie było od samego początku. Śnieg i lód na przemian z ziemią a potem już tylko śnieg i lód. Widać od razu gdzie słońce przyświeca a gdzie nie.

Szło się bardzo przyjemnie. Trasa dość szeroka delikatnie wspinała się do góry. Pewnie to była stara droga do hotelu. Na trasie mijaliśmy nawet trochę ludzi. Nie dziwne, słoneczny dzień zachęca aby wyjść na spacer przed obiadkiem.

Wraku samolotu niestety nie znaleźliśmy ale hotel jak najbardziej był na naszej trasie.

W początkach XIX wieku rejon Catskill był bardzo popularny wśród arystokracji. Piękne widoki na rzekę Hudson, lasy, górki i chłodniejszy klimat zachęcały arystokrację do spędzania tu letnich miesięcy. Napływ turystów, jak to zazwyczaj bywa, przyciągnął inwestorów i tak w 1833 powstał tu hotelik. W 1871 rozbudowano go i powstał hotel z 300 pokojami. Niestety cztery lata później spłonął w pożarze. W 1878 ponownie go odbudowano. Dość duża konkurencja jednak sprawiła, że hotel przeszedł w ręce innego właściciela który postanowił go przebudować. W 1917 roku Morris Newgold przebudował hotel i niestety historia się znów powtórzyła i po czterech latach znów się spalił. W trzeciej próbie odbudowy Morris użył więcej betonu/cementu aby zredukować prawdopodobieństwo pożaru. Dodał on również stadninę koni i osobny domek dla siebie i rodziny. Niestety ze względu na brak budżetu hotel nigdy nie został ukończony. Ruiny hotelu teraz po mały przejmują drzewa i rośliny a górołazy mogą tylko uruchomić wyobraźnię i przenieść się do początków XX wieku kiedy to miejsce tętniło życiem.

Hotel znajduje się mniej więcej w 3/4 szlaku do szczytu. Na szczycie jest wieża pożarowa która nie wiem w którym roku była wybudowana ale jak w XIX wieku to za bardzo nie uchroniła hotelu przed spaleniem. Ze szczytu widoków za bardzo nie ma bo jest zadrzewiony ale wyjście na wieżę pozwala podziwiać połoniny Catskill.

Zejście nie zajęło nam długo. W sumie cały szlak tam i z powrotem zajął nam nie całe 3h. Ale fajnie tak było rozprostować kości i dotlenić się. Zanim wjechaliśmy na autostradę, wiedząc, że pewnie czekają nas korki postanowiliśmy zjeść lunch w miasteczku Woodstock.

My w Woodstock byliśmy paręnaście lat temu więc teraz nie chodziliśmy po miasteczku ale tak, to jest to słynne miasteczko od festiwalu muzycznego z 1969 roku. Co prawda sam festival był na farmie w Bethel, oddalonej 69 mil od Woodstock to nazwa Woodstock przyjęła się, i każdy ma tylko jedno skojarzenie.

Przy takiej historii nie pozostaje im nic innego jak rozwijać muzykę i utrzymywać muzyczny klimat miasteczka. Kiedyś były tam porozstawiane gitary, teraz gitar nie widzieliśmy ale widać, że muzyka nadal gra tu w duszy każdego i brunch zjedliśmy przy miłej muzyce na żywo.

Pearl Moon to restauracja którą polecamy w Woodstock. Fajne jedzonko, muzyczka i ogólnie miła atmosfera. Najedzeni byliśmy gotowi na korki w kierunku NYC których się spodziewaliśmy. Nie było nawet tak źle i koło czwartej byliśmy już na Manhattanie oddając auto.

Rzadko widuje się ludzi z nartami w metrze. Ale Darek lubi być ten pierwszy więc po oddaniu auta jak każdy Nowojorczyk poszliśmy na metro i w 30 minut później byliśmy już na bez śnieżnej Astorii. Zapomnieliśmy już, że małe miasteczka na wschodnim wybrzeżu też mają swój klimat i historię. Tak więc to był miły weekend, żeby sobie przypomnieć, że na własnym podwórku też może być fajnie, inaczej ale fajnie.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2024.02.12-16 Vail, CO

Czy różnią się dni na nartach jak się jest tydzień w resorcie?

Nie narciarz powie, że raczej nie. Rano wstajesz idziesz na narty, wyjeżdżasz wyciągiem w górę i zjeżdżasz w dół na nartach. I tak cały dzień, cały tydzień. Nudne, nie?

Narciarz powie, że tak, każdy zjazd, każdy dzień jest inny.

Ja powiem, że raczej tak. W malutkim resorcie gdzie jest tylko parę wyciągów i parę tras to pewnie przez tydzień bym się nudził. W resortach z kilkudziesięcioma wyciągami, kilkuset trasami i praktycznie nielimitowaną przestrzenią ciężko się nudzić.

Do tego dochodzą zmiany pogody, różny śnieg i teren, odkrywanie nowych miejsc, ciekawi ludzie na krzesełkach…. jest tego trochę.

Nie będę opisywał każdego dnia, bo to raczej nie ma sensu. Pewnie by brakło miejsca w internecie.

Vail należy do drogich resortów, a nawet do bardzo drogich. Na szczęście nie jest tak źle jak się dobrze wszystko zaplanuje.

Cena biletu na wyciągi na dzień kosztuje prawie $300. Dużo, nie? Bardzo dużo bym powiedział. Na szczęście Vail jest na moim Epic bilecie który kosztuje $800 na cały sezon (pół roku +) i też działa na wiele innych wielkich resortów na 4 kontynentach.

Ceny za noclegi w Vail spokojnie dochodzą do $1,000 za noc. Na szczęście Vail jest duże i można spać dalej od centrum znacznie taniej.

Parkingi też są drogie. Spokojnie z $50 na dzień. Ale po co jechać samochodem na narty jak spod naszego mieszkania co 15 minut jedzie autobus i w 12 minut dowozi cię do centrum. Wszystkie autobusy w Vail są za darmo.

Vail posiada trzy dolne bazy. Lions Head, Vail Village and Golden Peak. Nasz autobus z East Vail przyjeżdża do Vail Village, wiec z reguły tam rozpoczynaliśmy nasz narciarki dzień.

Jak to zwykle w górach pogoda jest nieprzewidywalna, więc trzeba było być przygotowanym na wszystkie możliwości. Mieliśmy ciepłe prawie wiosenne dni, a także wiatry, chmury, śnieżyce…

Śnieg też był różny jak to w wielkich resortach.

Od idealnie ubitych tras, przez muldy, gdzieniegdzie puch, głębszy w lasach, do niestety zbitego śniegu na dole w głównej części resortu.

Tak jak pisałem, Vail jest ogromny, wiec staraliśmy się nie jechać dwa razy tą samą trasą w ciągu jednego dnia. Wiadomo, każdy ma swoje ulubione trasy, więc następnego dnia trzeba było raz nią zjechać. W Back Bowls praktycznie nie ma tras, więc tam nie było tego problemu.

Przerwy na lunch zależały od pogody albo od rejonu w którym się znajdowaliśmy. Była to albo kanapeczka na śniegu, albo grillowana przez nas kiełbaska na jednym ze szczytów, albo bardziej cywilizowana przerwa gdzieś na dole w knajpie z nienarciarską częścią grupy.

W Vail poza paroma na dole dla dzieci wszystkie wyciągi są ekspresowe. Ogólnie to dobrze, nie? Prawie. Nie ma za bardzo kiedy odpoczywać. Na wolnych wyciągach to się siedzi po 10 minut i nogi odpoczywają. Tutaj w ciągu paru minut znowu jesteś na górze i znowu trzeba jechać w dół.

Dlatego, po lunchu to raczej staraliśmy się łatwiejszymi trasami zjeżdżać, żeby na następny dzień coś tej siły zostało.

Vail ma fajne, takie europejskie miasteczko. Dużo sklepów, barów, kafejek, restauracji.

Dlatego grzechem by było tak po nartach wsiąść do autobusu i pojechać do nas na wioskę czyli East Vail.

Après ski czyli piwko po nartach obowiązkowe. Wydawałoby się, że to proste jak jest tutaj tyle barów. Niestety nie takie proste. Ilość ludzi którzy chcą piwka po nartach jest tak duża, że bez rezerwacji jest ciężko. Chyba, że chcesz stać gdzieś w kącie w głośnym i zatłoczonym barze.

Na szczęście Ilonka albo robiła rezerwacje, albo już wcześniej była w barze i trzymała miejsca.

Tym to sposobem można było odpocząć, napić się chłodnego, lokalnego i podzielić się wrażeniami z minionego dnia.

Vail może też się poszczycić wspaniałymi restauracjami. Prawie na każdym rogu jest jakaś fajna knajpeczka.

Niestety rezerwacje do nich są wymagane, najlepiej z paro-tygodniowym wyprzedzeniem. Im lepsza restauracja tym wcześniej trzeba robić rezerwacje. Szefowie kuchni prześcigają się z pomysłami żeby przyciągnąć klientów.

Jedzenie oczywiście jest pyszne i ładnie podane. Z reguły są to lokalne dania z pastwisk czy rzek i jezior. Przoduje jagnięcina, steaki czy rybki z górskich potoków. Serwis na najwyższym poziomie i interesujące menu.

Oczywiście żeby docenić taki poziom restauracji trzeba czasami na kolację zjeść kiełbaskę upieczoną w kominku, czy żeberka odchodzące od kostek. Też pyszne!

Tak jak pisałem w poprzednich wpisach, dawno nie byłem na tygodniowych nartach w Vail. Wiadomo, jest tyle resortów, że ciężko jest wybrać ten jeden i ciągle do niego jeździć. Ale powiem szczerze, że Vail dla mnie jest w samej czołówce najlepszych resortów w Północnej Ameryce.

Jeśli bym musiał wybrać 3 najlepsze resorty to pewnie Vail, Big Sky i Whistler znalazły by się na mojej liście.

Przez cały tydzień nie mieliśmy jakiś większych opadów śniegu. Wiadomo, coś tam sypało od czasu do czasu, ale nic wielkiego.

5-10cm spadało, ale nie jakieś wielkie opady.

Oczywiście wieczorem, w dzień przed wyjazdem zaczęło sypać.  I to nawet ostro sypać.

Co godzinę sprawdzaliśmy stan dróg do Denver. Cały czas były przejezdne, ale śniegu na nich przybywało. Pługi non stop jeździły i próbowały utrzymywać główną drogę przejezdną. Nawet im się to udawało.

Normalnie mieliśmy wyjechać o 8 rano na lotnisko, ale wiedzieliśmy, że droga będzie ciężka i wyjechaliśmy o 6 rano. Oczywiście śnieg fajnie sobie sypał.

Żeby wydostać się z Vail trzeba autostradą 70 wyjechać na przełęcz Vail, na wysokość 10,662 stóp (3,250m).. Potem zjechać w dół, gdzie znajduje się kolejnych parę resortów. Następnie wyjechać jeszcze wyżej na kolejną przełęcz i potem już cały czas z górki przez 50 mil (80km) aż do Denver.

Jak tylko wjechaliśmy na autostradę to już widzieliśmy, że nie będzie łatwo. Wszystkie ciężarówki miały obowiązkowo zakładać łańcuchy. Bardzo dobrze, bo one są największym zagrożeniem. Zaczną się ślizgać pod górę i zablokują całą drogę.

Śnieg ostro sypał. Było ciemno i pusto. Mieliśmy prawie nowy samochód z napędem na 4 koła. Przejechane niecałe 1000 mil, więc opony jeszcze miały dobry bieżnik i przyczepność.

Pomału do przodu, kilometr po kilometrze posuwaliśmy się w stronę Denver. Gdzieś tak w połowie podjazdu na przełęcz dogoniliśmy pługi.

Pługi jechały wolno! Jakieś 25 mil na godzinę (40 km/h). Może i wolno, ale lepiej wolniej niż wcale.

Dzięki nim droga była dalej przejezdna. Oni mają też system blokowania przed idiotami. Jadą koło siebie i nie ma możliwości ich wyprzedzić. Wiadomo, nikt nie chce jechać przed pługiem w śnieżycy, ale zdarzają się piraci drogowi.  Niektórzy myślą, że jak mają wielkie samochody SUV to już mogą wszystko na drodze. Prawa fizyki ich niestety dotyczą i potem wpadają w poślizg i blokują całą autostradę.

Wyjechaliśmy na przełęcz. Zaczęło się rozwidniać. Niestety na przełęczy jest też zmiana hrabstwa. Wyjechaliśmy z Eagle i wjechaliśmy do Summit. Niestety pługi zawróciły. Inne hrabstwo, inne pieniądze. Coś jak drogi rejonowe w Polsce. Tu są dziury a za chwilę ich nie ma.

Nie czekaliśmy na pługi z hrabstwa Summit tylko pomału ruszyliśmy w dół. Z góry się trudniej zjeżdża niż do góry wyjeżdża. Droga hamowania jest znacznie dłuższa. Najlepiej nie hamować tylko z jednostajną prędkością zjeżdżać.

Spokojnie dojechaliśmy w rejony Silverthorne. Tutaj znajduje się wiele dużych resortów takich jak Breckenridge czy Copper. Zwiększyła się też ilość samochodów na drodze, ale dalej nie było korków. Nawet lepiej, bo droga była czarna mino -5C.

Wyjazd na kolejną przełęcz nie sprawił żadnego problemu. Potem tylko 80km w dół i już byliśmy w Denver. Samochód oddaliśmy i w końcu można było odpocząć.

Byliśmy prawie dwie godziny za wcześnie. Ale lepiej było wyjechać wcześniej niż później stać w potężnych korkach (jak miesiąc temu) i nie zdążyć na samolot.

Na szczęście na lotnisku jest fajny hotel Marriott Westin i podają dobre śniadania. My przecież prawie o głodzie jesteśmy. O 5 rano nikomu nie chciało się jeść.

W Denver na lotnisku jest wielki plac budowy. Cały port lotniczy jest rozbudowywany na maxa. Spodziewają się coraz więcej pasażerów. Nie dziwię się, pięknie jest w Kolorado.

Ogólnie to dobrze, ale okres budowy nie jest ciekawy. Jest wiele utrudnień i opóźnień. Mają zakończyć wszystko do końca 2025. Pożyjemy zobaczymy. Życzę in powodzenia!

Wiedząc o tym wyszliśmy wcześniej z hotelu i odstali swoje w kolejkach do odprawy. Wszystko przebiegło sprawnie (jak na wielką budowę) i już godzinę później siedzieliśmy w samolocie do Nowego Yorku.

Tym razem lot był bezproblemowy i 3h póżniej przywitał nas lekko zaśnieżony NYC.

Niestety będę miał przerwę od fajnych nartek aż do kwietnia. Takie życie. Ale jak wszystko się uda to może w lato nadrobię zaległości narciarskie.

✈️🌴🌵🌁❄️⛷🍷

Read More
USA - Colorado Ilona USA - Colorado Ilona

2024.02.14 Vail, CO

Darek zadał mi dziś pytanie czy wolę Vail czy Breckenridge jako miasteczko, czy destynację dla nie narciarzy. Większość przemawia za Vail i tylko do jednego mogę się przyczepić. W końcu nic nie jest idealne. Vail jest bardziej ekskluzywne niż Breckenridge, głównie jeśli chodzi o restauracje.

Są tu tanie miejscówki jak meksykańska restauracja czy bar irlandzki ale głównie to raczej lepsze restauracje z białymi obrusami i przepysznym ale nie za tanim jedzeniem. W Breckenridge mamy swoje miejscówki jak BoLD czy Gravity House które są lepsze niż zwykły bar z hamburgerem a jeszcze nie fancy, że człowiek musi się zastanawiać który widelec użyć.

Miasteczko jednak powinno się przede wszystkim oceniać po ilości rzeczy dla nie narciarzy. I tu zdecydowanie przoduje Vail. Po pierwsze ma autobusy które dowiozą cię na szlaki górskie, np. Bighorn Trailhead, Pitkin Trailhead etc. Większość tras zaczyna się w East Vail (wschodnie Vail), dokładnie tam gdzie mieszkamy.

Parę tych tras robiłam w 2012 i 2013 roku. Był to koniec marca więc i słoneczko dopisywało i śniegu nie było już tyle na trasach. Miałam też fajnych towarzyszy do wspinaczki, i motywowaliśmy się aby iść wyżej pomimo śniegu i śladów kuguarów. Tym razem w połowie lutego i po dość dużych opadach śniegu jakie były w weekend i w środę stwierdziłam, że nawet nie ma co się tam wybierać na szlak bez rakiet (które tym razem nie poleciały z nami).

Kroki i mile trzeba było jednak zrobić. Znalazłam super trasy które w zależności jak szybko i jak daleko się pójdzie mogą być dla początkujących piechurów jak i dla tych co idą na ilość i długość.

Gore Valley Trail przechodzi przez cały Vail. W lecie jest to trasa rowerowa która ciągnie się od miasteczka Minturn (rejon West Vail) do East Vail. Tam trasa łączy się z trasą Ten Mile Canyon, która przez Vail Pass (prawie 11tys ft wysokości) idzie przez Copper (inny resort narciarski) aż do Frisco. Jak jakimś cudem człowiek ma jeszcze siłę to z Frisco może pociągnąć do Breckenridge ale to już będzie spory wyczyn. Chyba nawet nie realny w jeden dzień na rowerze. Obszar tras rowerowych pokazuje jednak, że nie ważne w którym resorcie jesteś Copper, Vail czy Breckenridge to znajdziesz trasę do zimowych spacerów.

Gore Valley to nie tylko nazwa doliny w której położone jest Vail. Dawno temu była tu wioska która właśnie nazywała się Gore Valley. Niestety ciężkie warunki atmosferyczne zmusiły ludzi do przeniesienia się w inne rejony Kolorado. Tereny jednak nie pozostały zapomniane i w 1962 powstał tu resort narciarski.

W pierwszy dzień stwierdziłam, że przejdę się trasą Gore Vally trail na odcinku East Vail do centrum. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jak fajnie to zrobili. Na odcinku ok 4-5 mil (6-8km) zrobili szlaki dla łazików, nart biegowych i rowerów na grubych kołach tzw. fat tire. Każdy ma swój wydzielony szlak i tylko czasem szlaki się przecinają aby dalej iść w kierunku miasteczka. Spacer wg. Google zajmuje prawie 2h. Przy dobrym marszu 1.5h jest idealne. I ponad 10tys kroków zaliczone lekko.

W środę planowałam pójść w przeciwnych kierunku i dojść do trasy Ten Miles Canyon. Niestety pogoda się zmieniła i zaczął padać śnieg. Przy większych opadach śniegu nie było sensu wspinać się wyżej gdzie na pewno będzie coraz bardziej sypać z każdym metrem wysokości. Po raz kolejny wybrałam Gore Valley Trail ale tym razem poszłam dalej i odkryłam drugą trasę, Północną (North Recreational Trail). To był bardziej chodnik niż łąki ale też się super szło a licznik nabijał kilometry.

Nie zawsze trzeba zdobywać szczyty. Jeśli o mnie chodzi to samo spacerowanie w szybkim tempie na długie dystanse też jest przyjemne. Czasem słuchałam sobie książek, czasem ptaszków i natury, czasem podziwiam przyrodę a czasem wpadnę po kolana w śnieg i stracę całą energię na wygramolenie się z niego. Piękno gór nie jest tylko w najwyższych partiach i szczytach ale też w dolnych partiach w dolinach, strumykach itp.

A jak już człowiek się zmęczy to zawsze może wstąpić i ochłodzić się przy piwku w jakimś barze w miasteczku albo wsiąść do autobusy i przy kominku zagrzać się w domku.

Read More