2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.

Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.

Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.

Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.

W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.

Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.

Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.

Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.

Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.

Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.

Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.

Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.

W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.

Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.

Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?

Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.

Next
Next

2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)