Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 22
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)
Czy narty mogą się znudzić? Oczywiście że tak. Myślę, że tak po godzinie, góra dwie, zaczęło by mi się nudzić. No bo ile tak można wyjeżdżać wyciągiem na górę, i zjeżdżać w dół na nartach. I tak cały czas, góra - dół, góra - dół, góra dół…. nudne to, nie?
Już słyszę Wasze pytania. To po co on tam pojechał na tydzień na narty jak po godzinie mu się nudzą?
Ja nie do końca pojechałem na narty, ja pojechałem w góry. Uwielbiam przebywać w górach i miasteczkach górskich z fajnym klimatem. Ja bym całe życie mógł w nich spędzić. Lato, zima, każda pora roku jest inna i ciekawa. Chodzenie zimą po górach jest cudowne. Nie dziwię się Ilonce, że tak codziennie rano wychodzi w góry w różne rejony.
Duże góry jak Alpy czy Góry Skaliste są tak wielkie, że nie ma szans żeby na nogach te wielkie obszary zobaczyć i zwiedzić. Zimą z pomocą przychodzą narty i wyciągi. Potężna sieć szybkich wyciągów i setki kilometrów tras ułatwiają przemieszczanie się. Nie ma szans żeby człowiek za dzień przeszedł 50+ kilometrów górskimi szlakami i to jeszcze w zimie. Na nartach dla wprawnego narciarza nie ma z tym żadnego problemu.
Czyli sami widzicie, że narty nie muszą się nudzić pod warunkiem, że jest się w resortach które udostępniają zwiedzanie przepięknych gór, dolin, przełęczy, miasteczek… Nawet można przekraczać granice krajów w niektórych resortach. Jednym z takich resortów w których na pewno nie będę się nudził jest Zermatt w Szwajcarii.
Jak to Ilonka wcześniej pisała, jest to taki raj na ziemi. Jak by nie było to pewnie muszę się z nią zgodzić, bo to już jest mój szósty przyjazd do tego raju (czwarty zimą). Dlaczego aż tyle razy tutaj? Bo jest tutaj po prostu pięknie!
Miasteczko Zermatt położone jest na wysokości 1,620 metrów. Otaczają go czterotysięczniki z najbardziej rozpoznawalną górą świata, czyli Matterhorn. Na nartach można zjeżdżać z prawie 4,000 metrów, co daje ponad 2,000 metrów w pionie. Jest to też najwyżej położony resort narciarski w Europie, co pozawala mieć gwarancję dobrego śniegu i możliwość jeżdżenia przez 365 dni w roku.
System wyciągów jest co roku ulepszany. Dodawane są nowe, wymieniane stare, można łatwiej dostawać się w nowe rejony. Średnio przyjeżdżam tutaj co pięć lat i za każdym razem jak biorę mapę resortu to jest wow! Ile nowych rzeczy pobudowali, tras, wyciągów, atrakcji.
Ja wiem, że nam o wiele łatwiej jest się dostać do Colorado, Utah czy Montany, ale kurcze jest coś w tym Zermatt. Jak się tutaj wysiądzie z tego zatłoczonego pociągu po 17 godzinach podróży to aż się chce głęboko odetchnąć parę razy i powiedzieć JESTEM. Melduję się w raju!
2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)
Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.
W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.
Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.
W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.
Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.
Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.
W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.
Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.
Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.
Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.
Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?
Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.
Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?
Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.
Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.
Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.
Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.
Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.
Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.
Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.
Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.
Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.
Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.
Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.
Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.
Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.
Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.
2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)
Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.
Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.
Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.
Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.
W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.
Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.
Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.
Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.
Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.
Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.
Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.
Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.
W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.
Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.
Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?
Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.
2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)
Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.
Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…
Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.
Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.
W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.
W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.
Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.
Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.
Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.
Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.
Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.
Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.
Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.
Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.
Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.
Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.
Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…
2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)
Paradise…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.
Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.
Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.
Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.
Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.
Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.
Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.
Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.
Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.
Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.
Podróż w 2020 roku
Podróż w 2026 roku - robimy postępy.
Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.
Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.
Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.
2023.03.10-12 Chamonix, FR & Genewa, CH (dzień 7-9)
Z Chamonix, Francją, pięknymi górami, nartami a przede wszystkim wspaniałym czasem z rodzicami żegnaliśmy się w sumie dwa razy… a może nawet trzy. Tak więc ten wpis będzie cały o pożegnaniach a co się z tym wiąże będzie dużo jedzenia i jeszcze więcej wina!
Alpy żegnały nas śniegiem. W piątek od samego rana równomiernie z nieba spadał świeży puch. Widok był kojący i można było tak patrzyć się godzinami w ten hipnotyzujący śnieg. Świat jednak jest lepszy jak się go podziwia z zewnątrz niż przez okna balkonu więc narciarze ruszyli na stoki a my do miasteczka. Był to ostatni dzień więc bardziej skupiliśmy się na ostatnich zakupach pamiątek niż zwiedzeniu. Największą jednak atrakcją piątku (poza śniegiem) była kolacja. I to od niej dziś zacznę… w chodzeniu po sklepach nie ma przecież nic interesującego.
Dziś się podzieliliśmy. Część ekipy wybrała Aux Dix Vins, restauracja wyglądała super i podobno najlepsza w Argentiere ale niestety nie mieli miejsca na dużą grupę. A szkoda bo specjały kuchni Savoy wyglądały ciekawie. My na spontanie poszliśmy do Le Monchu, przechodziliśmy fajnie wyglądało więc siedliśmy… no i 3 godziny później, i pięć butelek wina później dalej siedzieliśmy. Przekichane z tymi pociągami. Jeżdżą co godzinę i jak nie wycyrkujesz żeby skończyć butelkę wina to czekasz na następny i tak w kółko, aż w końcu nie masz wyjścia i musisz się zebrać bo ostatni pociąg odjeżdża.
Le Monchu ma w swojej karcie raclette. Takie prawdziwe raclette gdzie podają pół sera (albo ćwiartkę) uwielbiam. Tak naprawdę to wolę jak podają pół ale tylko w jednym miejscu tak dostaliśmy. Może jak się jest większą grupą to można dostać pół koła sera ale na dwie osoby to rzeczywiście troszkę szkoda. Tak więc ja od razu wiedziałam co zamawiać. Darek nie miał wyjścia bo raclette jest na dwie osoby. To co nas jednak zaskoczyło to forma w jakiej to podali.
Tym razem nie była to maszynka wkładana do kontaktu ale żeliwny kosz z rozgrzanymi węgielkami. Cudo… pomysł genialny! Po pierwsze oryginalne, po drugie można wziąć na biwak, ognisko itp. Jak gdzieś takie zobaczę to chyba sobie kupię.
Jak widać ser poszedł cały. Ogólnie wszystkim smakowało jedzenie bardzo. Mieli różne przysmaki, zupę cebulową, żeberka, rybki, przeróżne mięsko itp. Każdy znajdzie coś dla siebie. Troszkę żałowałam, że nie znaleźliśmy tego miejsca wcześniej bo naprawdę fajny klimat. Tak więc jak ktoś będzie w okolicy to polecamy. Z ciekawostek spotkaliśmy tam też Polaka z Greenpointu. Chłopaczek w wieku ok. 25 lat przyjechał sobie na narty. On dopiero zaczynał przygodę - szczęściarz. Tyle śniegu mu nasypało, że na pewno będzie mieć nie zapomniane wrażenia.
Wraz z upływającymi godzinami i butelkami wina mieliśmy coraz to lepszego kolegę w naszym kelnerze. Okazało się, że pochodzi z Brazylii i przyjechał tu na sezon dorobić. Tylko raz był na nartach ale ogólnie mu się bardzo tu podoba. I od razu się wyjaśniło, jakim cudem on tak dobrze po angielsku mówi. Kolega taki się z niego zrobił, że deser przyszedł z całą otoczką właściwą dla solenizanta.
Na deser zamówiliśmy gruszkę w winie. Nie był to pierwszy raz jak to jadłam ale totalnie zapomniałam o tej potrawie. Gruszka, troszkę podgotowana bo bardzo mięciutka jest wrzucona do ciepłego wina (grzańca). Jakież to proste… a jakie dobre!
Żeby strawić takie ilości sera i ogólnie jedzenia trzeba było żołądkowi pomóc. Dlatego wino było konieczne. We Francji i ogólnie w Europie mają plus bo w restauracjach wino jest w bardzo przystępnej cenie. Już za 35-40 EUR można wyrwać naprawdę fajną butelkę, gdzie w stanach pewnie trzeba by wydać co najmniej $100. Super siedziało się, gadało, wspominało ale jak trzeba było się zebrać na ostatni pociąg to świat wydawał się troszkę rozmazany.
Na drugi dzień (sobota) wracaliśmy już do Genewy. Żeby nie spieszyć się na samolot bo nigdy nie wiesz jaka będzie droga to ostatnią noc postanowiliśmy spędzić w Genewie. Nigdy tam nie byliśmy więc fajnie było zobaczyć coś nowego.
W górach zima na całego, na granicy Francusko-Szwajcarskiej małe korki więc dobrze, że nigdzie się nie spieszyliśmy. Nie było, źle i droga zajęła nam ok. 1.5h ale sam fakt, że nikt nie musi się stresować pomaga. Granic niby nie ma w Europie (tzn. pomiędzy krajami Schengen) ale jak przejeżdża się granicę między Szwajcarią i Francją to jest zwolnienie i straż graniczna obserwuje. Czasem kogoś może wziąć na bok i go prześwietlić jeśli coś im się nie podoba. Ale ogólnie samochód po samochodzie idzie w miarę szybko.
W Genewie śpimy w Marriocie przy lotnisku. Nowiutki hotel. Aż pachnie nowością. Po naszym apartamencie w Chamonix, gdzie w rogach widać było gdzie nie gdzie pajęczyny to Marriott był miłą odskocznią. Poza małą sytuacją, że z Darkiem zablokowaliśmy drzwi do pokoju (niechcący) i nie mogliśmy wejść to nie traciliśmy wiele czasu w hotelu. Od razu chcieliśmy wszyscy ruszyć na miasto. Niestety zamykając drzwi do pokoju jakoś tak nie fortunnie to zrobiliśmy, że blokada od środka się aktywowała i nie mogliśmy otworzyć drzwi. Nie był to pierwszy incydent bo Pani na recepcji dokładnie wiedziała o co chodzi i po jakiś 30 minutach udało się to naprawić i znów wejść do pokoju. Hmmm… chyba ktoś coś nie do końca przetestował.
Genewa słynie z pięknego położenia (jezioro i góry), z fontanny na jeziorze, zegarków, banków i ogólnie bardzo drogich sklepów. To co mnie najbardziej zaskoczyło to brak sklepów z pamiątkami. Chodziliśmy po starym mieście, po różnych uliczkach, wokół jeziora i spotkaliśmy tylko dwa sklepy z pamiątkami. Jeden to budka koło jeziora a drugi to bardziej sklep spożywczy co sprzedawał też magnesy i inne suweniry.
Strasznie mi się to spodobało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo sklepy z pamiątkami zakrywają prawdziwe oblicze miasta. A tutaj było dużo sklepów z bardzo drogimi produktami albo jakimiś małymi sklepikami z wyrobami lokalnych artystów. Do tego miasto miało klimat miasta a nie centrum turystycznego. Naprawdę dobra robota Genewa! Myślę że na takim zegarku Patek zarobią tu więcej niż na jakiś śmiesznych magnesach.
Drugie co mnie zaskoczyło to knajpki. Najpierw poszliśmy do restauracji na lunch. Restauracja jak to restauracja, dobra była, pyszne rybki, ostrygi i inne mięsne potrawy. Ale potem chodząc trochę więcej zachciało nam się kawy. Nie bardzo widzieliśmy gdzie wejść ale na placu na starym mieście była knajpa obok knajpy. Tak więc weszliśmy do pierwszej lepszej. Dużo ludzi siedziało na zewnątrz i pili równego rodzaju napoje. W środku jednak wyglądało to trochę jak bar ze stolikami i taboretami. Sceptycznie do tego podeszłam ale przerwa była wskazana więc zgarnęłam taboret i zamówiłam cappuccino. Cudów nie oczekiwałam a tu… wow… kawa przepyszna, super podana a do tego jeszcze można było zamówić szarlotkę albo ciastko czekoladowe. I to nie byle jakie ciacho. Takie babcinej roboty.
Po takiej kawie i ciachu ruszyliśmy na miasto i kolejna niespodzianka. Genewa ma wzgórza prawie jak San Francisco. Chodziliśmy góra dół, zaglądając przez okna do małych sklepików gdzie można było podglądnąć warsztat pracy zegarmistrza, małą galerię sztuki czy sklepik z lokalnymi wyrobami. Takie spokojne, przyjemne miasteczko.
I tak nam minął ostatni dzień na włóczeniu się po Genewskich ulicach. Nie dziwię się, że miasto to jest lubiane przez sławnych ludzi. Ja wiem o Tina Turner która tam mieszka ale podejrzewam, że jest ich więcej. Szwajcaria ceni sobie prywatność a Genewa wygląda na idealne miejsce aby ukryć się przed wścibskimi ludźmi.
Po obfitym lunch i dużym ciastku nie myśleliśmy nawet o kolacji. Dlatego postanowiliśmy wziąć Ubera i usiąść przy drinku w hotelu. A jak ktoś zgłodnieje to zawsze można coś tam zamówić.
W niedzielę wracaliśmy. Mieliśmy dzienny lot więc większość spędziliśmy na pracy, czytaniu itp. Na szczęście w samolotach jest już wi-fi więc można się troszkę przygotować na nadchodzący tydzień pracy. I wylądowaliśmy w “cudownym” Nowym Jorku. I jednego nie rozumiem… przechodzimy granice w różnych krajach, w Europie jako obywatele, w Azji, Ameryce Południowej jako obcokrajowcy. I nigdzie nie ma takich kolejek jak w NY. A lądujemy na naprawdę dużych lotniskach jak Paryż, Frankfurt, Singapur, Doha, Tokyo itp. Wjeżdżamy do własnego kraju i nadal musimy odstać około 45-1h w kolejce żeby ktoś sprawdził nasz paszport. Masakra… Ciekawe jak wygląda immigration w Denver…
No i kto daje narty na karuzelę z bagażami. JFK jest zdecydowanie jedyne w swoim rodzaju…
2020.02.29-03.01 Zermatt & Zurich, Szwajcaria (dzień 8-9)
Wszystko co dobre kiedyś się kończy. W Zermatt było cudownie, piękne górki, nie taka znów mała wioska, świeże powietrze i mało aut. Tak, raj na ziemi. Niestety aby miasteczko to zachowało swój klimat nie można wprowadzać tam aut. No i super. Do Zermatt można dostać się tylko pociągiem.
Czy na pewno tak super? Przez 7 dni było super, natomiast dzień przyjazdu i wyjazdu nie należy do najbardziej relaksujących dni. Tym razem, trochę obeznani z kolejami mieliśmy plan - nie zawodny plan. Po pierwsze zarezerwowaliśmy miejsca w pociągu. Uda się - tym razem będziemy siedzieć. Po drugie zrobiliśmy sobie więcej czasu na przesiadkę i wzieliśmy wcześniejszy pociąg z Zermatt do Visp.
To było dobre posunięcie. Pociąg nie był oblegany, znalazło się miejsce siedzące i miejsce na bagaże. Udało też się być wcześniej w Visp więc mieliśmy czas na obczajenie gdzie powinniśmy stać, żeby wsiąść do wagonu number pięć. Obserwacja innych pociągów, rozmowa z panem z informacji i mamy miejsce gdzie powinien zatrzymać się wagon numer pięć.
Niestety, znów Szwajcaria to nie Japonia i niestety nie ma jasno tego rozpisanego na platformie czy na wyświetlaczu. Trzeba tylko ufać panu, który mówi - to gdzieś tu będzie. No dobra - czekamy. Zbliża się godzina odjazdu naszego pociągu do Zurichu a pociągu jak nie ma tak nie było - czyli nie podstawią wcześniej. W między czasie przyjechał następny pociąg z Zermatt i jak dowaliło ludzi to już na peronie nie było fajnie i przestronnie. No nic - my podobno stoimy w dobrym miejscu.
W końcu doczekaliśmy się na pociąg. Wjechał, numerków wagonów nie można za bardzo zobaczyć bo takie małe więc liczymy. No przecież od chyba rozsądne, że pierwszy wagon jest zaraz za lokomotywą - ups….no nie jest. Wg liczenia przy nas zatrzymał się wagon 8, no to w nogi i lecimy do przodu. A tu numery w górę idą no to zawrót i w drugą stronę. Ufff…..udało się, znaleźliśmy wagon, znaleźliśmy siedzenia ułożyliśmy bagaże. Nie ma ławo ale uff….dobrze, że przynajmniej miejsca mamy.
Teraz tylko jeszcze z 3h jazdy i podziwiania widoków - podziwiania jak podziwiania. Nam się trafiło okno zamalowane graffiti więc podziwiać mogliśmy tylko filmy i seriale na Netflixie, własne zmęczone twarze albo studiować etykietki piwa. Udało się, dojechaliśmy na lotnisko. Zarezerwowaliśmy hotel zaraz na lotnisku - dosłownie na lotnisku. Stwierdziliśmy, że z bagażami (a trochę ich było) bez sensu się tłuc taksówkami czy podmiejskimi pociągami. Lepiej wziąć hotel na lotnisku. Zostawić bagaże w pokoju i ruszyć na miasto. To było bardzo dobre posunięcie.
Raddison Blu jest jedynym hotelem który jest rzeczywiście na lotnisku i wózkiem na bagaże z dworca można wjechać do pokoju i jutro można wziąć ten sam wózek prosto pod check-in Delty. Idealne rozwiązanie.
Podróżowanie w czasach coronovirusa - mam nadzieję, że kiedyś będziemy się z tego śmiać. Niestety słynna bakteria COVID-19 dotarła też do Europy. W Poniedziałek wykryli pierwsze przypadki we Włoszech. Pięć dni później już wszyscy o tym mówią. Nie widać jednak, żadnych zaoszczeń ale na wszelki wypadek kupiliśmy sobie sok ze świeżo wyciskanego imbiru. Nie wiem czy to pomoże ale nigdy nie zaszkodzi - lepiej, żeby organizm był odporny. Nie wiadomo jakie cholerstwo złapiemy w tych pociągach i samolotach, które łączą Milan z Zurichem.
Lotnisku jak to lotnisku jest na uboczu. Można wsiąść pociąg do centrum miasta i już po 20 minutach być na dworcu głównym w Zurychu. Cena taka sobie - 6 CHF od osoby ale taksówka na 5 osób i tak by więcej wyszła. Pociągiem bez bagażu to aż marzenie podróżować.
Dobrze, że coś mnie tknęło, że jest nas większa grupa i pasuje zarezerwować miejsce w restauracji. Niestety w dzisiejszych czasach, wszędzie jest tyle ludzi w restauracjach, że bez rezerwacji ani rusz. Wybór padł na Zeughausekeller.
Muszę się pochwalić, że wybór znakomity. Duża sala, jak w tradycyjnej niemieckiej pijalni piwa. W menu jest tutaj ważone piwo i przysmaki kuchni Europejskiej. Dużo mięsa pod różnymi postaciami. Ludzie na około mlaskali a my nie mogliśmy się zdecydować co zamówić.
Ja postawiłam na Kalbsgeschnetzeltes nach Zurcher Art. Tak to jest nazwa potrawy. Podobno koniecznie trzeba ją zjeść jak się jest w Zurichu. Jest to podsmażana polędwica w sosie z kremowym z białego wina i pieczarkami. No to lecimy. Darek wybrał bardziej tradycyjną opcję i poszła golonka. Pychota!
Jak już przynieśli to przez parę minut nikt nic nie mówił tylko zajadał, aż się uszy trzęsły - takie to dobre. Sama knajpa też bardzo sympatyczna. Zeughaus (w tłumaczeniu zbrojownia) powstał w 1487 roku - nawet przed tym jak Kolumb odkrył Amerykę. Jak sama nazwa mówi, składowało się tu dużo broni ale ponieważ w latach średniowiecznych w Szwajcarii było więcej wojen niż pokoju to nie wiele z tej broni zostało. Od 1926 roku "zbrojownia" przerobiona jest na pokojowe miejsce spotkań a broń jest tylko nieodzowną dekoracją.
Fajnie by było tu jeszcze kiedyś wrócić - może w maju?
Po kolacji, obowiązkowy spacerek po mieście. Zurych położony jest nad rzeką Limmat, która wpływa do jeziora Zuryskiego. Tak więc spacerek nad wodą po tak pysznej kolacji był super. Miasteczka Europejskie mają swój urok, zwłaszcza takie małe uliczki, kostka brukowa na chodnikach i te małe kafejki i bary.
Niestety zaczęło padać więc wskoczyliśmy do pobliskiego baru irlandzkiego. A tu akcja. Przed barem pełno policji, trawką na ulicy śmierdzi i trzech wyrostków pod ścianą stoi. WOW - widzę, że porządek musi być. No nic - my nic nie legalnego nie mamy więc grzecznie na drinka wchodzimy a tu nagle kolega stanął jak wryty. Patrzymy o co chodzi a tu nad wejściem napis:
“Unter 18 Jahren kein Zutritt”
Co tam, że mamy małoletniego z nami - udaliśmy, że na językach się nie znamy, napisu nie rozumiemy i takim oto sposobem zaraz na oczach policji złamaliśmy zakaz. Zawsze lepiej prosić o wybaczenie niż pozwolenie. Grzeczni jednak byliśmy więc nikt się na nie czepiał.
Niestety rozlało się na maksa więc nie pozostało nam nic innego tylko dobiec na dworzec główny. Dobiegliśmy, ale przemoczeni na maksa, dobrze - jak nas będzie kichać po Szwajcarii to przynajmniej będziemy wiedzieć, że to z przemoczenia a nie jakiś COVID-19.
Na szczęście się nie przeziębiliśmy i na lotnisku nie kichaliśmy. Nie bardzo chcieliśmy być odłączeni od grupy i iść na jakieś badania czy kwarantannę. Wiadomo jak trzeba to trzeba ale lepiej unikać tłumów i się nie rzucać w oczy psikając czy kaszląc. W ramach unikania ludzi zaszyliśmy się w lounge na lotnisku i przeczekaliśmy aż przyszła godzina zapakowania się na pokład.
Lecieliśmy tą samą klasą co do Zurichu więc już wiedzieliśmy czego mogliśmy się spodziewać. Zastanawialiśmy się tylko czy załoga będzie w maskach i jakie będą nastroje ale ogólnie spoko. Wszystko przebiegało jakby nigdy nic i jak już myśleliśmy, że nic nas nie zaskoczy to jednak jak Darek dostał menu co serwują w samolocie to aż przecierał oczy z niedowierzania.
Na obiad jedna z opcji był tatar z łososia i steak. Z tatarem to różnie bywa i trzeba uważać ale i tak Darek się odważył. Na szczęście nic mu nie zaszkodziło i mógł się delektować daniem głównym czyli steak'iem.
No no Delta....muszę przyznać, że tym razem się popisałaś i dostałaś plusika.
Lot przeleciał nam spokojnie. Nie było, żadnych problemów, nic nie sprawdzali na JFK i ogólnie to wygląda, że nikt się niczym nie przejmuje. No ale cóż, kiedyś ta epidemia przyjdzie do Stanów - miejmy tylko nadzieję, że to nie my ją przywieziemy.
2020.02.28 Zermatt, Szwajcaria (dzień 7)
Niestety dotarliśmy do naszego ostatniego dnia na nartach w Zermatt. Wszystko co dobre szybko się kończy. Lubię tą wioskę i ten resort. Mam do niej sentyment i po części znam jej zakamarki, góry już też trochę ogarniam i wiem gdzie są ciekawe tereny. Oczywiście daleko mi do lokalnego, co zna każdy kamień, ale wiele razy udzielałem narciarzom porad i informacji gdzie jechać. W Zermatt byłem już parę razy i wiem gdzie są ciekawe tereny warte odwiedzenia i zjechania.
W końcu Zermatt dostał dużo śniegu i dzisiaj można było wiele z tych ciekawych rejonów odwiedzić.
Jak zwykle pociąg o ósmej rano nie wziął narciarzy. Znowu coś im nie pasowało. Już nie wiem czy to za dużo śniegu, czy wiatr, czy lawiny, czy po prostu ich lenistwo..... Coś było. Na szczęście o 8:30 już wszyscy siedzieliśmy grzecznie i jechaliśmy do góry.
Dzisiaj nie jechaliśmy do samej góry (Gornergrat), wysiedliśmy na Rifferlberg. Postanowiliśmy udać się od razu w Matterhorn Glacier Paradise. Z Rifferlberg w parę minut można zjechać do Furi i gondolą dojechać w tamten rejon.
W związku z tym, że w ciągu ostatnich dni ostro tutaj posypało i dzisiaj zapowiadała się słoneczna pogoda grzechem by było jechać po ubitych trasach, jak wszędzie wokół był dziewiczy puch. Tak jak wspomniałem, znam już troszkę ten rejon, więc ciekawym wąwozem dojechaliśmy do Furi gdzie zapakowaliśmy się w długą gondolę, która prowadzi aż do Trockener Steg.
Ciekawa jest ta gondola. Ma 6 przystanków i wywozi narciarzy z Zermatt aż na lodowiec, na wysokość 3000 metrów. Tutaj „małe” rozczarowanie. Wyciągi dalej w góry nie chodzą. Znaczy się gondole jadą, ale nie biorą narciarzy, bo trasy są nie ubite. Naprawdę?!? Pomyślałem. Jestem w Szwajcarii, gdzie większość ludzi umie jeździć na nartach i dalej mają z tym problem. Krzesełka nie jadą bo jest zbyt mocny wiatr, a orczyki to już sam nie wiem dlaczego nie jadą. Na szczęście znam ten rejon i mogłem coś fajnego wymyślić.
Jadąc do góry gondolą obserwowałem teren i wiedziałem gdzie będzie fajnie. Z Trockener Steg aż do Schwarzsee jest piękny otwarty teren i aż się prosi żeby nim zjechać. Wiadomo, mimo, że spadło pewnie ponad pół metra śniegu przez ostatnie 3 dni to dalej jest go za mało jak na Zermatt. Dalej dużo skał wystaje i trzeba uważać, ale już można zrobić ciekawe linie.
Super się jechało, tak to można się bawić. Znowu wzięliśmy tą samą gondolę na górę. Dalej w tym rejonie „rozgrzewali” wyciągi i nie można było na nie wsiadać. Pojechaliśmy w dół w inny rejon, w las.
Znajdują się tutaj dosyć strome zalesione tereny mało uczęszczane przez turystów. Można tu spotkać przewodników, którzy zabierają swoich klientów w te rejony, a także lokalnych co wiedzą gdzie jest dużo śniegu.
Wyżej w górach mocny wiatr zwiewa śnieg, który opada i zostaje w lesie. Powoduje to wspaniałe warunki do głębokiego szusowania po ciekawym terenie.
Rejon ten jest tak duży i tak mało odwiedzany przez narciarzy, że Zermatt postanowił to zmienić. Wybudował tu nowy wyciąg żeby przyciągnąć ich w te tereny. Nowiutkie 6-osobowe zamykane krzesła upiększają teraz teren wokół Matterhornu.
Resort Zermatt ma aplikacje na telefon, która mówi ci które wyciągi są otwarte, a które nie. Sprawdziliśmy i dowiedzieliśmy się, że krzesełka na lodowcu są już czynne. Wzięliśmy gondolę i wyjechaliśmy ponownie na lodowiec. Oczywiście dalej w góry gondola nie chodziła ze względu na duży wiatr, ale ludzi bez nart zabierała.
Kolejka nawet nie była zbyt duża i już po paru minutach jechaliśmy w górę, na granicę z Włochami. Wyciąg jechał na zwolnionych obrotach ze względu na duży wiatr panujący w wyższych partiach gór.
Z tymi wiatrami i wyciągami to mi coś tu nie gra. Ja rozumiem, że w wyższych partiach gór często są mocne wiatry. Często wyciągi są zamykane bo wieje. To dlaczego są budowane kolejne kolejki linowe, które nie są odporne na wiatr, zamiast wagoniki na dwóch linach którym wiatr nie przeszkadza. Tak jak w Kalifornii czy we Francji. Większość czasu jak tu jesteśmy to wszystkie górne wyciągi były zamknięte ze względu na wiatr. I tak ponoć mamy szczęście, bo przez poprzednie dwa tygodnie górne wyciągi w ogóle nie chodziły ze względu na wiatr. Po drugiej stronie jest Cervinia, gdzie jeszcze jest gorzej. Prawie cały czas jak tu jesteśmy w większości była zamknięta.
Na przełęczy trochę wiało, ale już 200 metrów niżej było prawie bezwietrznie.
Szerokie, łatwe, ubite tereny. Było miękko i bez lodu. Idealne na szybki carving. Dobry odpoczynek dla nóg i ochłoda.
Była już gdzieś godzina 13. Ilonka napisała, że już dużo zeszła góry i znalazła dobrą knajpkę na lunch. Myśmy w sumie też byli głodni, więc dwa razy nie trzeba było nas namawiać. Na dobry lunch trzeba sobie zapracować. Z lodowca wzięliśmy czarną trasę 62 do Furi. Była wąska, stroma i twarda. Nic specjalnego. Z Furi gondolę na Riffelberg i tam polanami w dół i już prawie byliśmy.
Górskie restauracje w Zermatt (i reszcie Alp) to coś wspaniałego. Wspaniałe i pyszne jedzenie zaraz przy trasach. W porównaniu do Stanów to bajka. Tutaj to dostaniesz jakiegoś mrożonego hamburgera a w Zermatt to wszystko co chcesz.
Szwajcarska kuchnia, tak jak i niemiecka nastawiona jest na mięso pod różnymi postaciami. Od tradycyjnych kiełbasek, poprzez wieprzowinę, wątróbki z różnych zwierzaków, do dziczyzny. Raj dla mnie. Do tego dobre wina albo innego rodzaju napoje. Aż się chce „stracić” godzinę narciarską i usiąść w słoneczku.
Jak zwykle pierwsze parę minut zeszło nam na rozmowach co i gdzie robiliśmy.
"Darek śmigał na nartach i odkrywał po części znane tereny a ja łaziłam po górkach i odkrywałam totalnie nowe terenu. Jak dwa dni temu schodziliśmy z Darkiem z Furii to zobaczyłam znak na Riffelalp. Pomyślałam wtedy, że tego rejonu jeszcze nie znam i trzeba by się tam przejść.
Z początku trasa idzie jak do Furii a potem koło kurczaka. Dopiero w wiosce Blatten odbija się w lewo i schodzi do doliny. WOW - tu mnie jeszcze nie było. I nawet nie zdawałam sobie sprawy, że w tych rejonach jest jakiś szlak. Zeszłam do doliny i zaczęło się wspinanie na górkę.
Prawie w ogóle nie było na tym szlaku ludzi. Niby jakieś ślady były, ale człowieka spotykałam tak raz na pół godziny. Muszę przyznać, że bardzo interesujący szlak. Po nie całej godzinie doszłam do Ritti. Kolejna wioska, kolejna restauracja i w sumie tyle. Poza jednym domkiem przerobionym na restaurację to nie bardzo jest tu cokolwiek innego. Tak więc załapałam oddech i dalej do góry.
Z tego miejsca miałam około godziny do Riffelalp. Nadal było pod górę ale już mniej stromo. Wcześniej wspinałam się zig-zakami. Teraz trasa na górołazów zaczynała się miejscami pokrywać albo przecinać trasy narciarskie więc i nachylenie zmalało.
W Riffelalp wyszłam prosto na knajpę w sumie mi się od razu spodobała ale ponieważ miałam jeszcze czas to postanowiłam iść dalej. Zwłaszcza, że nadal były znaki, że do przystanku kolejki jest jeszcze 15 min.
Weszłam w jakiś las i szłam przed siebie. Nie do końca jestem przekonana, że to była trasa ale szłam po w miarę wydeptanym więc było ok.
Szłam tak, zastanawiałam się gdzie wyjdę, słyszałam jakieś głosy nad sobą ale jakby powyżej mojego szlaku i dreptałam przed siebie....coś być musi do cholery za zakrętem....
A za zakrętem high-way. Szeroka droga, lampki, prawie odśnieżone. Normalnie cywilizacja. Okazało się, że wyszłam na drogę która łączy przystanek kolejki Gornergrat z hotelem w Riffelalp. Kolejka, hotel, restauracje, kościółek i nawet plac zabaw...nieźle. Ale musi być fajnie tak mieszkać w sercu gór.
Po obczajeniu okolicy doszłam do wniosku, że pierwsza restauracja (Chämi-Hitta Bergrestaurant Zermatt) była najlepsza i zeszłam do niej. Tym razem trasami narciarskimi dla odmiany.
Zajęłam stolik, oczywiście z widokiem na Matterhorn i oczywiście dymiący Matterhorn. Przy ładnej pogodzie często można zauważyć jak silny wiatr zdmuchuje śnieg i jak tworzą się chmury wokół Matterhorn'a. Jest to fascynujący widok. Jakby naprawdę dymił."
Po przepysznej uczcie (poleciała sarnina) bardzo nam się nie chciało wstawać od stołu. Był to nas ostatni dzień na nartach, więc nie mieliśmy za wiele do wyboru. Zapiąć narty i ruszyć w dół.
Następnie wyjechaliśmy gondolą do Riffelberg i potem dalej krzesłami prawie aż do Gornergrat. Nie było kolejek do wyciągów ani ludzi na trasach, więc szybkie karwingowanie było w modzie.
Na naszej liście 10 najlepszych après ski barów w Zermatt był też Iglu bar. Jest to hotel, bar, restauracja cała zrobiona z lodu i położona wysoko w górach (prawie 3000 metrów).
Obowiązkowo musieliśmy tam zajechać na góralską herbatkę. Fajna muzyka, ciekawy klimat, no i dobra herbatka. Nie wiem czy bym tam chciał spać w nocy (ponoć mają łóżka z ciepłymi śpiworami), ale herbatkę z przepięknymi widokami można było wypić.
Była już godzina 16, pomału trzeba było się zbierać z gór i jechać na dół do Ilonki, która już trzymała stolik w „kurczaku”.
Wzięliśmy po raz ostatni na tym wyjeździe wyciąg na górę i potem ruszyliśmy w dół. Ostatni zjazd chcieliśmy wykorzystać na maksa, ale też wiedzieliśmy, że nasze nogi są już bardzo zmęczone. Mimo wszystko udało się znaleźć ciekawe ale łatwe odcinki i koło godziny 17 zameldowaliśmy się w kurczaku.
Ilonka już opisywała to miejsce wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Jedno co tylko chcę dodać to, że jak kiedyś będziecie zimą w Zermatt to postarajcie się tutaj wstąpić na „jednego”. Hennu Stall wygrał jeden z pięciu najlepszych narciarskich barów w Europie. Polecam.
W fajnym miejscu czas szybko leci, tak więc gdzieś koło godziny 20 wyszliśmy na zewnątrz w poszukiwaniu nart.
Nie jest to takie proste, bo o tej porze wszystkie wyglądają podobnie. Na szczęście wiedząc o tym problemie nasz sprzęt stał wbity w śnieg w bezpiecznej odległości od reszty ludzi. Teraz został nam tylko paro minutowy zjazd po ciemku do Zermatt i już byliśmy w domu.
Może nie do końca w domu, bo na kolację wstąpiliśmy pożegnać się do najlepszej hamburgerowni w mieście (Brown Cow). A potem jeszcze musiał być obowiązkowy spacer po mieście na trawienie, oczywiście w wygodnych butach narciarskich.
Kupiłem sobie fajne podkładki pod buty narciarskie. Jest lekki problem z ich zakładaniem, ale jak już się uda to siedzą ba bucie i się nie niszczy podeszwy jak się chodzi. A także buty są znacznie mniej śliskie na lodzie czy śniegu.
2020.02.27 Zermatt, Szwajcaria (dzień 6)
Wczoraj w końcu przyszedł śnieg. Nie były to jakieś wielkie opady, ale w tak słabą zimę każdy centymetr się liczy. Jeździliśmy gdzie się dało, albo gdzie było można. Silny wiatr „pozamykał” większość górnych wyciągów.
W nocy też sypało, więc dzisiaj śniegu było jeszcze więcej w górach. Ponoć spadło go ponad 30cm i dalej sypie. Nie tracąc ani minuty wszyscy byliśmy już przed ósmą rano na stacji żeby wsiąść do pierwszego pociągu. Niestety nie udało się. Pierwszy pociąg nie bierze narciarzy. Drugi, o 8:30 raczej też nie. Dostali trochę śniegu i muszą „odśnieżyć” trasy.
Trochę to jest dla mnie nie zrozumiałe. Ja wiem, że jeżdżenie po nie ubitych trasach nie jest łatwe i wymaga pewnych umiejętności. Nie ma śniegu to niedobrze, za dużo śniegu też źle.
Parę tygodni temu byliśmy na nartach w Squaw Valley w Kalifornii i też w nocy spadło dużo śniegu. Rano żadna trasa nie była ubita, a wyciągi jakoś ruszyły. Przy wejściu na wyciąg postawili dużą tablicę informującą, że w górach są trudne warunki i trasy są tylko dla zaawansowanych narciarzy. Jak się chce to się da.
W Zermatt jakoś tego nie ogarnęli i drugi pociąg też nie brał narciarzy, natomiast ludzie bez nart mogli jechać. Lekko sfrustrowani poszliśmy na inny wyciąg. Wzięliśmy podziemną kolejkę i wyjechaliśmy na Sunnegga.
Tutaj też trasy nie były „przygotowane” dla narciarzy więc jedyną opcją jaką mieliśmy to zjechać na dół do Zermatt. Trasa nie była zła. Mało ludzi nią jeszcze dzisiaj jechało. Na rozgrzewkę zlecieliśmy na sam dół i tą samą kolejką wyjechaliśmy do Sunnegga ponownie.
Wyciągi w górę dalej były pozamykane. Ski patrol powiedział, że za 15-20 minut powinni zacząć wszystko otwierać. Nie chciało nam się znów zjeżdżać na sam dół i stać w kolejce, postanowiliśmy iść na ciacho i dobrą herbatkę.
Ciastko z jabłkami i herbatka ze specjalnym Jagertee poprawiła nam humory. Jeszcze więcej uśmiechu dostaliśmy po informacji, że wyciągi w góry zaczynają otwierać. Wyszliśmy na zewnątrz i po znalezieniu nart (były już przysypane) załadowaliśmy się na wyciąg.
Było zimno, jakieś -10 do -15C i lekki wiatr. Widoczność nie najlepsza i brak kontrastu. Gondolą wyjechaliśmy do Blauherd (2571 metrów). Tu już była fajna zima i dużo śniegu. Praktycznie byliśmy jedni z pierwszych narciarzy którzy tutaj wyjechali. Pierwszy zjazd był szybki i po trasach. Nie chcieliśmy stracić możliwości zjechania świeżo ubitymi trasami.
Natomiast drugi już nie był taki łatwy. Pojechaliśmy poza trasy.
W końcu poczułem się jak w Alpach. Dużo głębokiego śniegu, prawie brak śladów i możliwości jechania gdzie się podoba. Ten zjazd trwał znacznie dłużej niż pierwszy, ale w końcu można było dobrze zmęczyć nogi.
Na dole dowiedzieliśmy się, że na pociąg wpuszczają już narciarzy. Długo nie czekając wzięliśmy wyciąg do Breitboden (2514m). Stąd łatwą czerwoną trasą dojechaliśmy do stacji Riffelalp (2211m).
Pociąg był pełny, ale można było wsiąść. Chyba puścili na górę wszystkie pociągi jakie mieli, bo jechał jeden za drugim. Do Gornergrat mieliśmy jakieś 20 minut. Ponoć im wyżej tym więcej śniegu sypało. Widać było to po odśnieżarce jaką później mijaliśmy.
Pod szczytem „trochę” śniegu spadło. Pług rotacyjny miał tutaj dzisiaj trochę roboty.
Wyjechaliśmy na Gornergrat (3089m). Ostro tu wiało i była słaba widoczność. Śniegu było dużo, ale za bardzo nie można było wyjechać z tras, ani szybko zlatywać ubitymi. Ciężko było to robić w chmurach.
Pojeździliśmy tutaj aż do lunchu, na który zjechaliśmy do Grunsee (2300m). Uwielbiam to ich europejskie jedzenie w górach. Pyszne i szybko podane.
Warunki w górach zaczęły się poprawiać. Chmury się podniosły, wiatr zelżał i widoczność była znacznie lepsza. Postanowiliśmy pojechać na drugą stronę resortu i tam spróbować zjechać ciekawymi trasami.
Wychodzimy z restauracji, a tu miła niespodzianka. Nie było nas może 45 minut, a narty pokryła paro centymetrowa warstwa puszku. Tak to lubię. Zapiołem narty i ruszyłem w dół. Zjechaliśmy do Furi i stamtąd wzięliśmy gondolę do Schwarzsee (2583m).
Byłem tutaj dwa dni temu jak szedłem z Ilonką na hike. Idąc po górach zapamiętałem ciekawe miejsca gdzie można zjechać. Udało mi się trafić.
Ale było super. Tak jak by tutaj więcej śniegu nasypało. Stromo i w głębokim puchu, to lubię.
Jeździliśmy tutaj do końca dnia, aż wyciągi zamkną. Było tak fajnie i tak puchowo, że już nawet nie chcieliśmy szukać innych miejsc.
Na dodatek widoczność się poprawiła i już na 100% można było używać tych wspaniałych alpejskich terenów.
Jeździliśmy do ostatniego krzesełka. Około 17 zjechaliśmy na dół. Byliśmy za bardzo zmęczeni, żeby szukać jakiś fajnych knajp po nartach. Wróciliśmy do hotelu. Jutro zapowiada się jeden z lepszych dni na naszym wyjeździe. Słońce i dużo śniegu. Miejmy nadzieję, że to się sprawdzi i odwiedzimy najdalsze zakamarki tego wspaniałego resortu.
2020.02.26 Zermatt, Szwajcaria (dzień 5)
Dziś będzie troszkę o miasteczku Zermatt. Górki są piękne i można o nich pisać non-stop ale miasteczko Zermatt ma swoją historię, często zapomnianą albo nie docenianą.
Nazwa Zermatt wzięła się od niemieckiego słowa Zur Matte (na polanie). Zanim jednak język niemiecki stał się stałym elementem tego rejonu, osadnicy z doliny Aosty nazywali to miasto Praborno. Znaczenie jest to samo - “na polanie”, tylko język inny.
Zermatt rzeczywiście znajduje się na polanie u samego podnóża góry Matterhorn. To właśnie dzięki tej słynnej górze miasto to przeobraziło się z typowej rolniczej wioski w destynację turystyczną. Góra Matterhorn bowiem od dawna kusiła i przyciągała wędrowców. Ale dopiero w 1865 roku została ona po raz pierwszy zdobyta.
Przed XIX wiekiem Zermatt był jednak wioską rolniczą. Tłumaczy to dlaczego dużo domków jest położonych na stokach górskich. Stoki te były dość żyzne i ludzie budowali domy i spichlerze blisko pól uprawnych aby łatwiej zbierać plony.
Również w mieście Zermatt zachowało się parę domków z tamtego okresu. Wybudowane między XV a XVIII wiekiem spichlerze przetrwały do dziś i aktualnie składają się na część miasta zwaną Starym Zermattem. Rozciągają się one wzdłuż ulicy Hinterdorf (tylna wieś).
W dzielnicę tą trafiliśmy trochę przypadkiem. To znaczy widzieliśmy, że jakieś domki stare są w Zermatt ale jakoś nie wgłębialiśmy się w ich historię. Dopiero jak Darek zarządził, że dziś po nartach spotykamy się w barze Harry’s to natknęłam się na historię starego Zermatt.
W 1902 roku dziadek Harry’ego wybudował kurnik. Był to bowiem budynek, w którym głównie przechowywano kury i sporadycznie mieszkano. Lata później (dokładnie 112 lat później) miejscówka została przerobiona przez Harry’ego na bar. Jest to jedna z bardziej popularnych apres-ski. Widać, że tu lubią imprezować w kurnikach.
Bar bardzo przyjemny a do tego ma bardzo dobre ceny na piwo. Nie dziwię się, że pomimo, że nie można dojechać do niego na nartach (no chyba, że się jest Darkiem) to nadal przyciąga tłum narciarzy. No bo kto odmówi piwa za 5 franków.
Darek dziś wszędzie dojechał na nartach, nasypało trochę śniegu i Zermatt stał się w końcu miastem w którym poruszać się można tylko na nogach albo nartach. Tak się gdzieś reklamują - Zermatt, jako miasto w którym nie ma spalinowych samochodów reklamuje się, że wita cię cisza, świeże powietrze a wszędzie dostaniesz się na nartach lub nogach…. No i jest w tym dużo prawdy. Zwłaszcza w dni gdzie spadnie trochę śniegu.
Zanim dotarłam jednak do Harrys’a to poszwendałam się po zakamarkach starego miasta. Jest to coś unikatowego i zdecydowanie radość dla fotografa. Wreszcie coś starego, innego i unikatowego. Domki ciągną się między dwoma uliczkami i można wszędzie zaglądać i czasem nawet wyjść na drabinę. Zastanawiało mnie tylko dlaczego niektóre domki położone są jakby na palach ale doczytałam, że było to zabezpieczenie przed myszami. No tak, logiczne. Skoro trzymali tam zborze i inne plony to nikt nie chciał, żeby myszki zaglądnęły tam na ucztę.
Wyedukowana troszkę na temat historii o Zermatt spotkałam się z chłopakami w Harry’s Bar. Było wesoło, miło i można by tak siedzieć godzinami gdyby nie fakt, że dziś mamy w planie wypasioną kolację w knajpie która słynie z najlepszego raclette.
Czas zbierać się….nie jest jednak łatwo opuścić stare miasto. Jak się okazało Harry’s to nie jedyny bar w starym mieście. Idąc do hotelu Darek wypatrzył jeszcze jeden bar Z'alt Hischi. I sobie przypomniał, że jest on na jego liście. Ups…..oznacza to, że nie można przejść obojętnie. No więc weszliśmy - chyba nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę w co się pakujemy. Bar wyglądał ciekawie ale był stary jak ten budynek. Poczuć się można jak u babci w kuchni. Zdecydowanie ma swój klimat.
Kolega zamówił herbatę z rumem i tak się potoczyło, że każdy przytaknął, że to dobry pomysł i poleciały trzy herbatki. Tylko, że to bardziej był rum z herbata niż herbata z rumem. Pan zdecydowanie nie żałował rumu a włożona torebka herbaty była tam tylko po to, żeby zabarwić wodę i może dodać delikatny smak.
Herbatka była super ale po pierwsze druga taka by nas zcięła z nóg a po drugie uratował nas brak gotówki, bowiem nadal tam płaci się tylko gotówką. Czasem dobrze nie mieć przy sobie gotówki. Opuściliśmy bar z obietnicą, że jeszcze tu wrócimy. Troszkę jesteśmy ciekawi czy później rozkręca się tu jakaś impreza bo jak my byliśmy to było dość cicho i mało ludzi.
Odstawiliśmy narty do hotelu i po małej przerwie ruszyliśmy znów na miasto do restauracji Schaferstube. Jak już wspominałam to słynie ona ze słynnego raclette. My nadal pamiętając nieziemskie raclette we Francji, mieliśmy nadzieję dostać coś podobnego w Zermatt.
2016 - Meribel, Les 3 Vallees, France
Niestety pomimo, że mają tu podobną maszynkę to przynoszą raclette już ściągnięte na talerz. Było dobre ale nie ma tej otoczki, robienia wszystkiego samemu, nie można sera spalić/przypiec no i najważniejsze nie ma takiej frajdy. Dobrze, że przynajmniej fondue można nadal robić samemu... ciężko by było inaczej.
Ogólnie restauracja bardzo dobra. Mają jagnięcinę pod wieloma postaciami jak i mnóstwo serowych specjałów. Tak więc każdy znalazł coś dla siebie i wcinał, że aż mu się uszy trzęsły.
Darek oczywiście wybrał jagnięcinę. Ja się postanowiłam nie ograniczać i wzięłam raclette bez ograniczeń. Do tego na stole wylądowały hamburgery, foundue i włoskie wino. Mieszanka nieziemska ale w końcu raz się żyje. Trzeba cieszyć się, życiem zanim nas jakiś Coronavirus zje.
Było przepyszne! Po takim obżarstwie zostało nam tylko jedno do zrobienia - zrzucić kalorie poprzez taniec. Dobrze, że zaraz obok restauracji jest knajpa Papperla Pub gdzie mają muzykę na żywo i można tańczyć do nigdy nie zawodnych kawałków z lat 80-tych. Nie wiem jakim cudem znaleźliśmy jeszcze na to siłę, ale z godzinę jeszcze poskakaliśmy w rytm muzyki.
Jutro będą zakwasy - albo nie będą. Nie ma to większego znaczenia. Najważniejsze, że wszyscy się dobrze bawili i mieliśmy kolejny dzień pełen atrakcji i przygód.
2020.02.25 Zermatt, Szwajcaria (dzień 4)
Przerwa, po dwóch intensywnych dniach na nartach Darek stwierdził, że zrobi sobie przerwę. Przerwa jednak nie oznacza siedzenia w hotelu i spania… przerwa oznacza pobudkę o 6:30, śniadanie, nie ma czasu nie ma czasu i o 9 rano wskoczenie w gondole do Schwartzsee.
Tak, dziś Darek zrobił przerwę od nart ale nie od hiku. Wolny dzień też trzeba spędzić w górach tylko inny sport uprawiać.
Plan był dość ciekawy. Wyjechać kolejką w górę, zejść do doliny a potem iść doliną jak najdalej się da.
Schodziło się super choć ze względu na zdjęcia które pstrykaliśmy w koło, dość wolno. No ale sami przyznacie, że widoki niesamowite.
Nawet na tej wysokości, szlaki były bardzo dobrze oznaczone. Pomimo, że Darka ściągało na trasy narciarskie to musiał się mnie słuchać i chodzić za mną po trasach dla pieszych. Dziś bowiem byliśmy w moim królestwie.
Nie przeszkodziło mu to jednak wypatrzyć znaku do baru. Zanim jednak tam dojdziemy to minie trochę czasu bo hike najważniejszy. Po piwku ciężko by było sie zmobilizować na spacer.
Obeszliśmy Matterhorn prawie ze wszystkich stron. Czasem szliśmy blisko tras narciarskich a czasem wchodziliśmy w las i przez długi czas nikogo nie widywaliśmy.
Doszliśmy do Stafelalp. Knajpy, którą bardzo lubimy ze względu na fondue i super widok na Matterhorn. Tak jak jednak pisałam. To będzie później.
Obeszliśmy knajpę i poszliśmy w głąb doliny. Kawałek szliśmy drogą ale potem szlak zakręcił i tu już było nie odśnieżone.
Tutaj zaczął się prawdziwy, odludny hike. Nie było narciarzy, zapadaliśmy się co chwila bo śnieg był nie ubity.
Ale nie w takich śniegach się szło więc dawaliśmy radę. Potem tylko moje odciski powiedziały, że chyba to nie był najlepszy pomysł ale co tam….odciski się wyleczy i zostaną tylko zdjęcia i piękne wspomnienia.
Doszliśmy do miejsca gdzie bardzo ładnie widać lodowiec. Oczywiście tu musiała być przerwa. Siedzieliśmy przy piwku i dyskutowaliśmy o globalnym ociepleniu. I o tym jak za parę lat pewnie zniknie lodowiec z Matterhorn'a bo jest już dość skromny.
Już mieliśmy się zbierać kiedy na nartach biegowych podjechał do nas jakiś lokalny. Szkoda, że mówił mieszaną angielszczyzną bo ciekawa osobowość z niego. Podobno 6 razy wyszedł na Matterhorn. Też jego pierwsza reakcja, jak usłyszał, że jesteśmy z Polski świadczy, że kocha góry. Od razu wymienił naszych najlepszych himalaistów i podsumował, że Polacy są wyśmienitymi górołazami/himalaistami.
Porobiliśmy sobie nawzajem zdjęcia i ruszyliśmy w drogę powrotną. My na późny lunch a kolega pewnie do Bern bo stamtąd pochodzi.
Skoro byliśmy w tych rejonach to wybór restauracji był oczywisty. Stafelalp. Byliśmy tu pięć lat temu i jako powrót do przeszłości chcieliśmy znów tam wrócić. Niestety knajpa się spaliła dwa lata temu ale szybko ją odbudowali. Znów wszystko w drzewie ale mam nadzieję, że tym razem mają lepsze alarmy przeciwpożarowe, bo knajpa naprawdę super.
Tradycyjnie postawiliśmy na ziołowe fondue z winkiem. Było przepyszne. Objedliśmy się jak głupie świnki i wcale nam się nie chciało stąd wychodzić. Czekał nas jeszcze dość długi spacer powrotny. W Zermatt jest bardzo dużo poukrywanych restauracji w górach. Są one bardzo dobre - często nawet lepsze niż w mieście. Jest to plusem jak się jeździ na nartach albo idzie na długo w góry. Można zjeść pyszny obiadek a nie przepłacać za odgrzewanego w mikrofalówce hamburgera za $20 w Killington.
Wracaliśmy troszkę na około. Darkowi się tak podobały tutejsze szlaki, że wybrał trasę widokową. A przy trasie widokowej to i ławeczki są i polanki i dużo innych miejsc gdzie można odpocząć i podziwiać Matterhorn. Tak więc wcale nam się nie spieszyło do hotelu a wręcz przeciwnie, korzystaliśmy z każdej okazji, żeby podziwiać widoki.
Ściemniało się już jak wróciliśmy. Byliśmy dość zmęczeni i tak najedzeni serem, że nawet nie myśleliśmy o kolacji tylko prysznic i łóżeczko.
2020.02.24 Zermatt, Szwajcaria (dzień 3)
Dzisiaj ponoć ma być dzień z najlepszą pogodą w górach.
Co rozumiem mówiąc „najlepsza pogoda”? Dla mnie w skład najlepszej pogody wchodzą cztery rzeczy. Brak wiatru, słonecznie, -5C i dużo śniegu.
Pierwsze trzy się sprawdziły, ze śniegiem było gorzej. Lokalni mówili, że dawno nie pamiętali tak słabej zimy. Jak byłem tu pięć lat temu, to było znacznie więcej śniegu. Mogłem jeździć gdzie chciałem, a nie tylko po trasach.
Nie ma co narzekać, trzeba się cieszyć co się ma. Niestety dzisiaj nie mogłem jechać pierwszym pociągiem, bo wczoraj oddałem narty do ostrzenia i dopiero o 8 rano otwierali sklep. 25 minut później wziąłem następny pociąg i o 9 byłem już na Gornergrat.
Dzisiaj góry znacznie lepiej się prezentowały niż wczoraj. Nie było żadnej chmurki na niebie. Idealna widoczność.
Zjechaliśmy dwa razy na rozgrzewkę i ruszyliśmy w dół do Furi skąd gondolą wyjechaliśmy aż na 3000 metrów do Trockener Steg. Inaczej zwanym „Matterhorn Glacier Paradise”. Jest to miejsce z którego zaczyna (a raczej kończy) się lodowiec.
Narciarz tutaj ma wiele możliwości. Jechać dalej w góry, albo zjeżdżać w dół. Wiedząc, że jest słaba zima i mało śniegu na dole, postanowiliśmy dalej jechać w góry. Z tego miejsca jest wiele rodzajów wyciągów, które wychodzą w różne miejsca. Można wziąć kolej linową albo gondole na szczyt (prawie 4000 metrów). Albo krzesłami lub orczykami dalej posuwać się w głąb lodowca.
Na start wyciągiem krzesełkowym wyjechaliśmy na przełęcz gdzie już dobrze wiało, natomiast widoki zapierały dech w piersiach.
Tutaj już się fajnie jeździło. Na trasach był ubity, ale miękki śnieg, bez lodu i muld. Natomiast poza trasami dalej było twardo i nie sprawiało to żadnej frajdy z jazdy.
Jeździliśmy tutaj przez jakąś godzinę i w końcu postanowiliśmy zaatakować szczyt.
Nowiutką 20+ osobową gondolą w niecałe 10 minut podnieśliśmy się o 1000 metrów. Wyjechaliśmy na szczyt (3883 metrów).
Obowiązkowe zdjęcia alpejskiej panoramy i do roboty. W tym rejonie znajduje się parę orczyków. Zjechaliśmy sobie parę razy. Na tej wysokości śnieg był już super. Pewnie było go parę metrów i dlatego tutaj można jeździć na nartach cały rok.
Jednak na bardziej stromych odcinkach dalej było twardo i lodowato, co oznaczało, że zima w tym roku jest słaba. Nie wiadomo kiedy nam się przytrafi taka dobra pogoda, więc wykorzystaliśmy ją na maksa i zjechaliśmy na drugą stronę. Wjechaliśmy do Włoch.
Po włoskiej stronie warunki były porównywalne do szwajcarskich. Mało śniegu i twardo. Często lód się pojawiał. Parę razy próbowałem wyjechać poza trasy ale nie było sensu. Super twardo z wybojami.
Część załogi postanowiła wracać na stronę szwajcarską, a ja pojechałem na sam dół, aż do miasteczka Cervinia.
Pod koniec zjazdu było już cieplej i słoneczko zaczęło pomału roztapiać lód. W związku tym można się było zacząć troszkę bawić poza trasami. Niestety daleko było do raju jaki tu pamiętam sprzed paru lat.
Cervinie rozbudowali na maksa. Dużo nowych pensjonatów, hoteli i wyciągów. Za wiele nie miałem czasu żeby to schodzić, bo było już po godzinie 14, a ja jeszcze miałem trochę wyciągów do wzięcia żeby wrócić do Szwajcarii. Nie chciałem nocować we Włoszech.
O 15:30 wyjechałem na przełęcz. Znajomi już zjechali na dół do Ilonki, która już trzymała stolik w jednym z najlepszych barów w Zermatt. Nie spiesząc się, pomału zjeżdżałem na dół w promieniach zachodzącego słońca.
Zanim jednak zjechałem, musiałem jeszcze odwiedzić jedno miejsce. Słynną ławeczkę.
Jest to miejsce, z którym mam miłe wspomnienia. Usiadłem sobie, otworzyłem piwko i w ciszy patrzyłem na Matterhorn i całą dolinę, w którą jutro wraz z Ilonką mamy iść na „spacer”.
Około 4:30 zjechałem do Furi, skąd w ciągu paru minut dojechałem do słynnego Hennu Stall, gdzie Ilonka wraz z resztą załogi brała już czynny udział w après-ski.
"Chyba Darkowi się dziś naprawdę dobrze jeździło, bo tylko wysyłał smsy, że będzie coraz później. Dziś miałam w planie pochodzić po drugiej stronie gór. Bardziej w rejonach Matterhorn Glacier Paradise. Z Zermatt można dojść do Furi gdzie normalnie dojeżdża kolejka. Ja na tym wyjeździe olewam kolejki. Stwierdziłam, że przecież chodzi o trening i chodzenie po górkach a nie wożenie tyłka kolejkami. Oszczędność kasy też jest jakąś tam mobilizacją więc same plusy.
Te części górą są chyba bardziej popularne. Jest to bowiem rejon najbliższy słynnej górze Matterhorn, która pomimo, że jest widoczna z każdego miejsca w Zermatt, w tym rejonie widok jest zdecydowanie najlepszy.
Podejście jest fajne i łatwe. Delikatnie, serpentynami do góry. Do tego jeszcze jest mało śniegu więc dużo ludzi, starszych, z wózkami wybrało się na spacer.
Wyjście do Furii nie zajęło mi długo (może 1.5h) i miałam się tam spotkać z Darkiem koło pierwszej godziny. I tak mniej więcej doszłam pod wyciągi. Darkowi się jednak dobrze jeździło więc dał mi tylko znać, że będzie bliżej drugiej. Spoko, godzinkę w słoneczku można poczekać. Niestety z godzinki, zrobiły się dwie godzinki a potem trzy.... tak więc po godzinie opalania się na leżaku stwierdziłam, że czas się ruszyć i poszłam na dół w kierunku miasta.
Okazało się jednak, że reszta załogi już ma dość jeżdżenia i zawołali mnie przez walki-talki. Ja byłam w bardzo „niebezpiecznym” miejscu bo blisko baru zwanego kurczak. Kurczak, czyli Hennu Stall, jest wiejskim domkiem położonym zaraz przy trasie zjazdowej z Furii do Zermatt. Domek został przerobiony na bar/dyskotekę i jest najlepszym apres-ski jakie w życiu widzieliśmy.
Przychodzą tam wszyscy od 16 latków (tak w Europie można pić alkohol od 16 lat) po 60 latków. Około czwartej przychodzi DJ i rozkręca imprezę. Stare, nigdy nie zawodne kawałki z lat 80-tych sprawiają, że każdy tam tańczy. Chyba nie widziałam osoby, która by nie tańczyła albo przynajmniej bujała się w rytm muzyki.
My nie byliśmy gorsi. W butach narciarskich czy hikowych przetańczyliśmy parę godzin. Człowiek się zastanawia jak po całym dniu na nartach ma się jeszcze siłę na tańczenie. Ale ma się – muzyka porywa i nikt nie potrafi usiedzieć.
Około 7 godzinie impreza cichnie i ludzie przenoszą się w inne miejsca. My jutro idziemy na hike więc przenieśliśmy się grzecznie do pokoju i tylko jakiegoś McDonald's skołowaliśmy do piwka w hotelu."
2020.02.23 Zermatt, Szwajcaria (dzień 2)
Górki wzywają więc trzeba iść. Darka tak wołały, że przez balkon chciał wyskakiwać.
Zanim jednak pojedziemy na cały dzień w góry to trzeba zjeść pożywne śniadanko. Opcja hotelu ze śniadaniem jest super. Zwłaszcza jak jedzie większa grupa. Po pierwsze każdy może zjeść śniadanko kiedy chce a po drugie jest to oszczędność czasu…. no chyba, że wyczai się maszynę do wyciskania świeżych pomarańczy… przerobienie dwóch dużych pudeł może trochę zająć ale nie ma to jak świeże pomarańcze i dzienna porcja witaminy C.
Mieszkamy bardzo blisko pociągu Gornergrat. O ile pociąg wywozi ludzi w góry o tyle jego minusem jest, że jeździ co 20 minut. W związku z tym Darek nie miał wyboru i musiał zdążyć i złapać kurs o 8 rano.
"Pociąg na Gornergrat to świetna sprawa. Otwierają go już o 8 rano i za 30 minut wywozi narciarzy z 1600 metrów na 3000. O 8:30 otwierają wszystkie inne wyciągi, a ty już jesteś na samej górze i masz parę pierwszych zjazdów po super ubitych trasach, albo bo świeżym puchu. Niestety w Zermatt już dawno nie sypało i puchu nie ma. Miejmy nadzieję, że wkrótce spadnie."
Ja wyszłam z domu niedługo po Darku i prosto do góry. W Zermatt mają super oznaczone trasy dla pieszych. Dość często, nawet w mieście pojawiają się różowe znaki pokazujące odległość do różnych wiosek. Nazywam to wioskami, ponieważ w górach są duże skupiska domków i bardzo często mają one swoją nazwę.
Takie same tabliczki pojawiają się w górach tak że zabłądzić ciężko. Czasem tylko człowiek może mieć dylemat. Na lewo do baru czy na prawo w górki.
Ja wybrałam na prawo, prosto do góry. W planie miałam wyjść do Sunnegga na 2288 m (Zermatt jest na 1620 m.). Bardzo lubię tą trasę. Sunnegga ma bardzo ładny widok na Matterhorn. Trasa przewidziana jest na 3h 45 min ale mi udało się wyjść w 2h 30 min. Nieźle. Czyli nie jest tak najgorzej z moją kondycją.
Trasa jest przeznaczona dla pieszych. Choć zima w tym roku jest bardzo słaba to zdarzają się lodowate odcinki. Na szczęście trasę posypali żwirem i raki musiałam ubierać dopiero pod sam koniec jak weszłam w rejon szlaków narciarskich. Przez cały czas włóczykije mają swoją wydzieloną trasę i nie zawracają głowy narciarzom. Za to właśnie kocham Zermatt.
Ogólnie mało spotkałam ludzi ale pojawiali się co jakiś czas. Oczywiście miłe Guten Morgen! i Shöner Tag! i każdy idzie we własną stronę.
Trasa obchodziła górę więc przez większość czasu za towarzyszy miałam tylko wiewiórki. A sprytne to wiewiórki - kradły jedzenie ptakom z karmnika….przyłapane na gorącym uczynku.
W końcu doszłam do domków. Wioska nazywa się Findeln. Zaczynają tu się bary i restauracje a każda obowiązkowo ma taras z widokiem na Matterhorn.
Stąd do Sunnegga jest tylko 30 minut. Trasa przechodzi między domkami i znów dobrze przygotowana, że nawet raków nie potrzeba.
No i doszłam. W Sunnegga krzyżuje się trochę wyciągów. Byłam w miarę wcześnie więc udało mi się skombinować fajny stolik z widokiem na Matterhorn. Mam nadzieję, że nie wygonią mnie zanim chłopaki dojadą.
Udało się spotkać z chłopakami i zaczęły się opowieści…
"Myśmy cały poranek jeździli w rejonie Gornergrat. Idealne miejsce na zaaklimatyzowanie się z tym regionem górskim. Jest to nasz pierwszy dzień na nartach, więc nie chcieliśmy za bardzo przekraczać 3000 metrów. Oprócz tego jest tu wiele łatwych i średnio-trudnych tras, które cię idealnie wprowadzają w atmosferę górską.
Próbowałem parę razy wyjechać z tras, ale niestety zima jest za ciepła w tym roku. Nawet na 3000 metrów dalej jest ciepło i śnieg się topi. W nocy zamarza i powstaje lodowa skorupa. Miejmy nadzieję, że jak jutro wyjedziemy na 4000 metrów to będzie inna sytuacja.
Ilonka była w Sunnegga. Musieliśmy wziąść parę wyciągów żeby do niej dojechać. Na górze już ostro wiało, w dolinach dalej było spokojnie. Wiedzieliśmy natomiast, że idą duże wiatry. Włoska strona była już cała zamknięta i powoli górne wyciągi w Zermatt też zaczynali zamykać."
Super się siedziało i obserwowało jak Matterhorn dymi. Niestety trzeba się ruszyć do roboty i pozjeżdżać trochę. Rozstaliśmy się po prawie godzinnym lunchu i każdy poszedł/pojechał w swoją drogę. Schodząc na dół mijałam już dużo więcej górołazów. Niektórzy to byli ewenementy w płaszczykach i butach Channel.
Myślę, że część ludzi wyjechała kolejką, zobaczyła znak Zermatt 1h 45min i stwierdziła, że zejdzie. Dobrze, że trasa jest w miarę posypana to przynajmniej nie połamią sobie nóg. Spotkałam, też polaków. Na szczęście wstydu nie przynieśli i widać, że mierzyli siły na zamiary.
Darek już na lunchu miał dużą ochotę usiąść przy starych domkach. Miejsce fajne tylko, że szkoda robić przerwę 15 min po przerwie. Tak więc zdziwiłam się jak po 30 minutach od rozstania usłyszałam "Dziubdziuk, dziubdziuk….masz jakąś miejscówkę bo będziemy koło ciebie za około 5 min.
Od razu wtedy pomyślałam o ławeczce, którą mijałam po drodze. Ja ją już przeszłam ale zawróciłam. W końcu mówią "ruch to zdrowie". Spotkaliśmy się więc ponownie i znów słuchałam opowieści o trasach a najbardziej o wiatrach, przez które pozamykane są prawie wszystkie kolejki.
"Tak, zaczęli wszystko zamykać. Udało nam się wyjechać na Rothorn (3103m), ale tak wiało, że jak otworzyli drzwi od kolejki na górze ludzie mieli problemy z jej opuszczeniem. Wdmuchiwało ich do środka. Za chwilę tą kolejkę też zamknęli i za bardzo nie było gdzie jeździć. Próbowaliśmy wyciągów krzesełkowych, ale albo jechały super powoli, albo były do nich ogromne kolejki.
Lepiej było zjechać trochę niżej (gdzie mniej wiało) i usiąść na ławeczce w słoneczku i napić się zimnego piwa!"
Miejscówka była tak fajna, że można by siedzieć tam godzinami. Niestety wiatr dochodził już w mniejsze partie gór i robiło się chłodno. Chłopaki zapięły narty, ja już raków od tego momentu nie potrzebuję więc nic nie musiałam zapinać i każdy poszedł w swoją stronę.
Z góry zleciało się szybko. Śnieg i lód się roztopił i został tylko żwir i błotko. Tak, że szło się fajnie i szybko i już po godzinie byłam przy ulicach Zermatt. Tym razem Darek zajął się wyszukiwaniem knajp. Zrobił listę około 10 barów które trzeba odwiedzić. Oczywiście znalazł się na liście kurczak "Hennu Stall". Znalazło się też Cervo. Podobno kurczak dla starszych ludzi… hmm… chyba już podchodzimy pod starszych ludzi więc obczailiśmy tą knajpę. Znajduje się ona przy kolejce na Sunnegga. Z dolnej stacji kolejki trzeba wziąć windę na górę i jest się przed samą knajpą. Można tam też zjechać trasą Riedweg. Okazało się, że można tam też dojść na nogach i w sumie to koło niej przechodziłam jak szłam na górę. Tak więc cofnęłam się trochę i doszłam tam na nóżkach.
Cervo jest podobne do kurczaka. Jest większe. Ma bardziej fancy siedzenia, ma część restauracyjną, bar gdzie ludzie tańczą w butach narciarskich i górny poziom gdzie można usiąść na wyciągu posłuchać muzyki ale też poopowiadać wrażenia z dnia albo po prostu pogadać. Tak więc Darek zaczął swoje opowieści dziwnej treści…
"Nie takie znowu dziwne. Po przerwie jeszcze parę razy zjechaliśmy w górkach i trzeba było wracać na dół, bo już wyciągi zamykali. Z Sunnegga można zjechać podziemną kolejką do Zermatt, albo na nartach. Oczywiście wybraliśmy opcję łatwiejszą czyli narty.
Dla narciarzy, którzy nigdy nie jeździli w Alpach raczej nie wyobrażają sobie jakie tu są odległości. Kilometrami się jedzie, żeby zjechać na dół. A po drodze same pułapki. Koło tras narciarskich co chwilę jakaś knajpa czy bar z fajną muzyką, wygodnymi siedzeniami i super widokiem.
Wiedząc, że Ilonka już jest na dole, to na szczęście troszkę się spieszyliśmy. Tylko raz nas wciągnęło na piwko, ale to był ciepły, wiosenny las, a nie bar."
Słoneczko zachodziło i robiło się chłodno. Kolektywnie stwierdziliśmy, że trzeba zmienić lokalizację a potem kolektywnie doszliśmy do wniosku, że na kolacje to bez butów narciarskich więc ruszyliśmy do hotelu, szybkie przeorganizowanie się i znów w miasto na kolacje. Ja miałam ochotę na raclette. Grupa potwierdziła, że może być więc spacerkiem poszliśmy na drugi koniec miasta do restauracji zwanej Schäferstube. Pachniało serem na maksa. Niestety pytanie "czy mamy rezerwację" popsuło nam plany. Bez rezerwacji nie ma szans. Zwłaszcza grupa 5 osób. Zrobiliśmy więc rezerwację na środę ale dopiero 21:00 była wolna...chyba restauracja musi być dobra skoro jest tak oblegana.
Skończyliśmy więc u Włocha na pizzy z piece. Pizza tak pysznie wyglądała i smakowała, że jak zjedliśmy całą to sobie przypomnieliśmy, że przecież bloga piszemy i pasowałoby zdjęcie… no więc macie zdjęcie deseru.
Niestety - stety - kolacja była bardzo blisko baru Papperla Pub. Miejsce to znamy bardzo dobrze z naszego wcześniejszego pobytu bo było akurat pod naszym domkiem. Jest to miejsce dość sławne, ze względu na live music, które mają codziennie. Teoretycznie mają codziennie od 5-7 ale potem też od 10 do 11. Było przed 10 więc mieliśmy nadzieję, że się załapiemy ale pomału zamykali. Wystawili znak Exit i niby nikogo nie wyganiali ale o 10:30 jak nie było muzyki tak nie było.
Ostatnim przystankiem zanim się rozeszliśmy, każdy do swojego hotelu był Snowboat. Tutaj kelnerzy wygrali konkurs na najbardziej rozrywkowych kelnerów. Niedobitki nadal siedzieli w barze, czasem jakiś niedopity turysta się pojawił ale kelnerzy śpiewali piosenki ma całego (czasem udawali, że śpiewają). Było wesoło!
Nie można imprezować za długo bo jutro podobno ma być piękna pogoda w górach. Miejmy nadzieję, że wszystko będzie pootwierane. A póki co….dobranoc!
2020.02.22 Zermatt, Szwajcaria (dzień 1)
Oglądaliście "Pewnego razu w Hollywood" (Once upon time in Hollywood)? Jest tam scena w samolocie… w tamtych czasach to były samoloty. Dużo miejsca, wygodne fotele, tańczyć nawet można było, no i białe obrusy!
Jakie zaskoczenie pojawiło się na twarzy Darka kiedy Pani przyniosła mu jedzenie ale wcześniej na stoliku rozłożyła biały obrus.
Tak to można lecieć…. ceny biletów ekonomy tanieją. Już za $500-$600 można spokojnie polecieć do Europy. Czasem nawet taniej. Jeszcze jakieś 10 lat temu płaciło się koło tysiąca. Teraz za tysiąc można mieć lepszą klasę. Pojawia się tylko pytanie czy latać częściej i taniej czy lepiej i rzadziej? Nam już się nie chce latać na weekend do Europy więc wybieramy rzadziej a lepiej.
A właściwie to gdzie lecimy? Na nartki do Zermatt. Ostatni raz byliśmy tam 5 lat temu. Najwyższy czas wrócić do tego resortu.
Lecieliśmy Deltą i o ile klasa ekonomy jest dość ciasna na długie dystanse to premium już im lepiej wyszła. Podobno jest to nowa klasa na lotach międzynarodowych w Delcie i trzeba przyznać, że dobry pomysł.
Po samolocie przesiedliśmy się na pociąg. Tutaj klasa juz jest jak typowe bydło. Jak pięć lat temu narzekaliśmy na pociągi Szwajcarskie tak i teraz. Zacznijmy od biletów. Tak skomplikowali system biletów i wprowadzili jakieś karty zniżkowe, że się nie idzie w tym połapać. Jak już jakoś to zrozumieliśmy to się okazało, że na żadną zniżkę się nie kwalifikujemy i trzeba zapłacić $250 za osobę za bilet w dwie strony.
Chcieliśmy kupić bilety na internecie i zarezerwować sobie miejsca ale niestety coś nasze karty kredytowe nie przechodziły. Dziwni są. Skoro się nie da to się nie da i kupiliśmy bilety dopiero na dworcu w automacie….o rezerwacji siedzeń mogliśmy zapomnieć.
Nie rozumiem tego. Wiedzą, że ludzie podróżują z bagażami a miejsca na walizki jest jak na lekarstwo. Ludzie z nartami się przeciskają, upychają bagaże po kątach a korytarze i przejścia są tak ciasne, że dwie osoby się nie miną. Gdzie te słynne wspaniałe koleje szwajcarskie….
Do Zermatt można dojechać tylko pociągiem. Jest to miasto wolne od samochodów. Tylko małe elektryczne autka są dozwolone. Niestety nie ma bezpośredniego pociągu z Zurich do Zermatt i trzeba się przesiąść w Visp na lokalny pociąg. Tam też jest walka o miejsca choć mamy nadzieję, że skoro nie jedziemy tam rano to może nie będzie aż tyle narciarzy.
Ops….pomyliliśmy się. Niestety prawie cały ekspres z Zurich wpakował się do tego małego lokalnego pociągu. To co się działo to masakra. Ludzie się przepychali, lecieli przez peron z walizkami w górze. Dobrze, że okna się tu w pociągach otwierają tylko na szparkę bo by się działo to co w latach 70-80-tych w Polskich pociągach.
Jednym słowem masakra….znów siedzenie na podłodze i wspominanie jakie to fajne pociągi są w Japonii.
Akurat znajomi, którzy z nami pojechali byli niedawno w Japonii. Ich syn skomentował to krótko: czym się różni pociąg w Japonii od pociągu w Szwajcarii. W Japonii masz siedzenie!
Ufff…..udało się. Dotarliśmy. Dawno tak mi się nie chciało prysznica niż po tej podróży. Dobrze, że Szwajcaria jest czysta i można siedzieć na schodach w pociągach a nie jest to NY metro.
Śpimy w Arca Hotelu, blisko stacji kolejowej, na obrzeżach miasteczka ale i tak w sumie blisko wszędzie. Tak więc po prysznicu i drzemce ruszyliśmy na najlepsze hamburgery w mieście. Wg. nas są one w Brown Cow przy Bahnhofstrasse. Tak nam smakowały jak byliśmy tam ostatnim razem, że ich smak pamiętamy do dziś. Nie mogło się obejść bez Stinky hamburger (dla stinky person) i Swiss burger dla Swiss person - pierwsze to słowa Darka, drugie dopowiedział kelner. Nie zawiedliśmy się! Smak był taki jaki zapamiętaliśmy - wspomnienia wróciły!
Pomimo drzemki jet lag nas dopadł więc rozrabiania dziś nie będzie. Jutro ostro ruszamy w górki. Nie ma łatwo. Główna pogodynka powiedziała, że ładna pogoda będzie tylko do połowy wtorku - nie ma więc, że boli i pierwsze dni trzeba wykorzystać na maksa. Ciekawe czy nasza aklimatyzacja pozwoli nam rzeczywiście wykorzystać te góry na maksa.
2015.03.07 Zurich, Szwajcaria (dzień 7)
Będąc w Zermatt spotkaliśmy pewnego wieczoru parę Szwajcarów. Powiedzieliśmy im wtedy o naszych planach spędzenia jednej nocy w Zurichu i spytaliśmy się co myślą o tym mieście. Powiedzieli....”no wiecie...Zurich to Zurich...kolejne duże miasto.” Jak się potem okazało dziewczyna była z Lucerny więc dla niej tam jest najładniej.
Oczywiście planów nie zmieniliśmy i tak w sobotę rano po bardzo szybkim pakowaniu wyruszyliśmy z Zermatt pociągiem do Zurichu. Droga zajmuje ok.4h i w połowie w Visp trzeba się przesiąść z pociągu regionalnego na Intercity.
Pierwszy odcinek minął nam spokojnie. Natomiast drugi pociąg to była mała masakra. Sam pociąg był wygodny, czysty i nowoczesny...tak tego nie można zarzucić. Niestety był też dwu poziomowy...pomyślicie super....no właśnie nie do końca. Dwu poziomowy pociąg oznacza 2 razy więcej ludzi, co sprowadza się do większej ilości bagażu ale dwa poziomy mają mniej miejsca na bagaże. Tak więc był pogrom....wyznaczone miejsce na bagaże zostało bardzo szybko zajęte. Nad siedzeniami jest półeczka na której tylko położyć można jakąś małą torebkę. Tak więc bardzo duży minus. Dopiero w Bern wysiadło dużo ludzi i można było jakoś poukładać bagaże....wcześniej to leżały w przejściu i gdzie się tylko dało.
Nie mamy dużego doświadczenia z pociągami ale jednak japońskie nam bardziej zaplusowały. Na pewno mieliśmy mniej bagażu ale pamiętamy, że na półki nad siedzenia ludzie wkładali normalne duże walizki. Zdziwił nas też brak konduktora. W pierwszym pociągu sprawdzali nam bilety natomiast w drugim, który był IC i do tego długo dystansowy nie spotkaliśmy, żadnego konduktora. To aż dziwne bo jak ktoś ma szczęście to może przejechać pół Szwajcarii za darmo. Nie wiem tylko czy warto ryzykować i jakie są konsekwencje jeśli przyjdzie konduktor.
Takim sposobem po 4h podróży dotarliśmy do Zurichu. I tu przywitała nas wiosna (+15C). Zjechaliśmy 1tys metrów w dół i już pogoda znacznie cieplejsza. A wystarczy tylko wsiąść w pociąg i już za parę godzin jest się w zimowym klimacie otoczonym górami ze śniegiem i lodowcami. Na dzień dobry zaskoczyła nas ilość rowerów. Widać, że trend z Amsterdamu dotarł również tutaj.
Niestety robiąc rezerwację hotelu w Zurichu coś mi się pomieszało i okazało się, że hotel jest na uboczu. Dojazd taksówką zajął nam ok. 20 minut i wreszcie mogliśmy „pozbyć” się bagaży. Mieszkamy w Swissotel więc jak przystało na lepszej klasy hotel bagażami zajął się pan z obsługi – ale ulga. W tym momencie stwierdziliśmy, że nie ma to jak podróżować tylko z plecakami. Przynajmniej przemieszczanie się jest dużo łatwiejsze. Coś czuję, że następne wakacje będą z plecakami. Niestety hotel ten nie był najlepszy. Niby 4 gwiazdki, super SPA i infinity basen...ale jak się człowiek przyjrzy szczegółom to gdzie nie-gdzie mogli troszkę lepiej wysprzątać.
Po krótkiej drzemce w hotelu wyruszyliśmy zwiedzać Zurich. Osobiście wolę zwiedzać europejskie miasta nocą. Ładnie oświetlona architektura tylko dodaje uroku miastu i wszystko wydaje się być jeszcze piękniejsze. Pierwsze wrażenie jakie to miasto na nas wywarło było bardzo pozytywne. Może dlatego, że dziś jest sobota (choć myślę, że tak jest codziennie) otwartych było wiele knajpek, restauracji, kawiarenek itp. W przeciwieństwie do Berna w którym byłam parę dni wcześniej widać, że miasto żyje. Podobały mi się oczywiście stare kamieniczki jak i wąskie uliczki. Poszwendaliśmy się troszkę po mieście. Przeszliśmy ulicą Niederdorfstrasse i innymi uliczkami w okolicy. Potem przeszliśmy mostem Quaibrucke aby przejść się drugą stroną rzeki. Niestety ta strona wyglądała już na bardziej „biznesową” i nie było żadnych knajpek. Budynki też już przybierały charakter bardziej biurowców niż starych kamienic. Tak więc szybko wróciliśmy z powrotem w okolice ulicy Kirchgasse itp.
To że Szwajcaria jest droga wiedzieliśmy od początku ale ceny w restauracjach tu nas przestraszyły....za jakiegoś kurczaka trzeba było zapłacić tyle co za dobrego steaka w NY. Tak więc skończyliśmy na lokalnym kebabie – wolę nasze krakowskie. Tak więc pospacerowaliśmy jeszcze troszkę ale robiło się zimno i postanowiliśmy wracać do hotelu.
Ciężko powiedzieć, że zwiedziliśmy Zurich, który jest największym miastem w Szwajcarii. Widzieliśmy tylko parę uliczek i na pewno kiedyś tu wrócimy. Myślę, że przy następnej wycieczce w Szwajcarii, tym razem pewnie letniej znów będziemy lądować w tym pięknym mieście i zwiedzimy wtedy troszkę więcej.
Aby wrócić do hotelu musieliśmy wziąć pociąg z dworca głównego i tutaj Darek doznał szoku. Nie powiem ja też byłam zdziwiona. Widzieliśmy bardzo dużo ludzi w butach narciarskich z nartkami w rękach. Widać, że skoczyli sobie na nartki na jeden dzień. Nie ma to jak wziąć tramwaj spod domu potem pociąg i już się można pobawić w fajnych górkach. Troszkę lepszych niż te które my mamy 2h od domu.
Jutro czeka nas podróż powrotna. Udało nam się zrobić check-in więcej jest bardzo duża szansa, że polecimy. Ciekawe również czy nasze bagaże dotrą bo na przesiadkę mamy tylko 55 minut. Miejmy nadzieję, że tym razem AirBerlin nie nawali i jednak pracownicy niemieccy są lepsi od amerykańskich.
Wyjazd był super...dużo się działo, jak to bywa w Europie, świat troszkę inny ale bardziej nam bliski. Spędzenie tygodnia w resorcie w górach w którym nie ma samochodów (tylko meleksy), nie ma świateł, pieszy ma zawsze pierwszeństwo a narciarze jeżdżą szybciej niż samochody było na pewno bardzo relaksujące. Dla mnie ten resort wygrał i jest na pierwszym miejscu ze wszystkich jakie do tej pory odwiedziłam....dla Darka jest na pewno w pierwszej trójce bo bardzo ciężko jest porównywać resorty. I tym akcentem kończymy naszą przygodę ze Szwajcarią. Dlaczego świat jest tak piękny i w tak wiele miejsc warto wracać a człowiek ma tak mało czasu i mało pieniędzy....podróże są piękne a powrót z wakacji bardzo smutny.....
2015.03.06 Zermatt, Szwajcaria (dzień 6)
Ostatni dzień naszego pobytu w Zermatt był bardzo intensywny dlatego blog napisaliśmy dzień później. Dużo się działo od samego rana do późnych godzin nocnych. W końcu musieliśmy się jakoś pożegnać z Zermatt. Był to też dzień moich narciarskich rekordów w Zermatt:
Jechałem najszybciej, 97 km/h. Nie jest to mój rekord. Rok temu w Furano w Japonii jechałem ponad 100 km/h. Przez cały dzień zjechałem 10330 metrów (34,000 ft.), to chyba jest dużo, nie? Zjechałem 20 razy na łączna długość 70.4 km. W sumie wyciągi plus nartki wyszły 111.2 km. Zjechałem z 3887 metrów. Najwyżej na tym wyjeździe. Chciałem ubrać raki na buty narciarskie i wyjść do magicznych 4000 metrów i stamtąd zjechać, ale musiałbym przejść duże pole lodowcowe i dopiero się wspiąć na Breithorn (4164 m.).
Były ślady, dużo ludzi szło więc było bezpiecznie, ale jednak by to zajęło za dużo czasu.
Nogi się już przyzwyczaiły do nart, więc mogłem jeździć non-stop od rana aż do zamknięcia wyciągów. Zjechałem do kurczaka - Hennu Stall (jeden z lepszym barów na après ski) dopiero w okolicach 6 po południu.
Ale zacznijmy po kolei....
Rano razem z Ilonką wzieliśmy podziemną kolejkę do Sunnegga. Ja tam się bawiłem po idealnie przygotowanych trasach.
"W tym czasie ja uderzyłam na mały spacerek. Bardzo fajna trasa prowadzi z Zermatt do Sunnegga. Przewidziana jest na ok. 3h i podnosi się ponad 800 m. Niestety ja nie bardzo mialam czas wychodzić nią do góry bo chcialam jeszcze wyjechać na Klaine Matterhorn. Tak więc trasę pokonałam schodząc w dół. I może i lepiej bo przez dość długi kawałek szłam patrząc na Matterhorn.
Trasa przechodzi przez kilka małych wiosek. Zadziwiające, że ludzie nadal tam mieszkają. Dodaje to dużo uroku i super że domki takie przetrwały do dziś i w niektórych z nich otwarte są małe restauracje gdzie można zjeść ciacho jak u babci...i nie tylko.
Zejście zajęło mi ok. 1h bo trasa byla ładnie przygotowana i serpentynka szła cały czas w dół.
Zaskoczyło mnie bo trasa zeszła aż do kolejki na Matterhorn Glacier Paradise. Czyli nie tylko zeszłam w dół ale też przeszłam wzdłóż gór. Była to dla mnie super wiadomość bo i tak zaraz po hiku planowałam wyjechać kolejką na Glacier Paradise. Tak więc idealnie się złożyło."
Miałem idealnie przygotowane narty, więc zabawa była przednia. Super naostrzone i nasmarowane. Po około godzinie zabawy po ubitych trasach postanowiłem pojechać do Stockhorn (3405 m.), gdzie jeszcze nie byłem. Jedno z trudniejszych rejonów w Zermatt. Nie byłem tam jeszcze, bo albo było zamknięte, albo byłem za bardzo zmęczony.
Jadąc do kolejki na Hohtäilli (3206 m.) widziałem ciekawą akcję ratowniczą.
Jakiś narciarz miał pecha i się połamał. Normalnie przyjeżdżają ratownicy z noszami i go zwożą. Tutaj też przyjechał ratownik, ale w innym celu. Wezwał helikopter, który miał uczepione nosze jakieś 50 metrów pod spodem. Helikopter nie wylądował bo nie miał gdzie. Stroma ściana. Wisiał w powietrzu, a nosze byly na ziemi. Ratownik zapakował narciarza na nosze, zapiął pasami i tyle. Helikopter odleciał a narciarz miał wspaniały przelot jak ptak. Wylądował na polanie gdzie już drugi helikopter czekał i tam został zapakowany do środka i odlecial do szpitala. Ten pierwszy helikopter nawet nie lądował, tylko z noszami poleciał, pewnie po nastepnego klijenta. Ciekawe ile taki przelot kosztuje?
Wyjechałem na Hohtälli i rozczarowanie. Stockhorn jest zamknięte. Za duży wiatr jest w tamtym rejonie.
Szkoda, bo bardzo chciałem sobie tam parę razy zjechać. Mało ludzi tam jeździ więc trasy są cały czas idealne, mało rozjeżdżone.
Pojeździłem sobie w rejonie Gornergrat trochę po ubitych trasach a trochę po puszku.
Mam video z ubitej trasy. Z puchu nie mam bo się nie dało. Musiałem używać dwie ręce do lepszego balansu.
Po jakieś godzinie zabawy zjechałem do Furi i wziąłem gondole do Trockenner Steg gdzie już czekała na mnie Ilonka. Razem wyjechaliśmy na Klein Matterhorn i wzięliśmy windę na szczyt. Tak, tam nawet windę wybudowali na platformę obserwacyjną.
Była idealna pogoda, żadnej chmurki na niebie. Ze szczytu można było oglądać cztero tysięczniki szwajcarskie i włoskie a nawet widać było odległy Mont Blanc.
Ja pojechałem sobie dalej jeździć a Ilonka....
"A mi się spać chciało. Na tej wysokości to dość normalbe zwłaszcza jak się nie ma za dużo adrenaliny. Tak więc szybko wsiadłam do kolejki i zjechałam ale tym razem tylko do Furi. Z Furi już parę razy szłam na spacerki ale nadal interesował mnie jeden Furi-Zermat przez "wioske" Blatt. Kolejna wioska posiadająca parę domków i swoją nazwę.
Tuataj jest tyle tras, że niechcący wychodząc z Blatt poszłam nie tam gdzie pierwotnie zamierzałam i wylądowałam w Zum See. I tu zaskoczenie....schodzę z górki widzę jakieś domki, jak zwykle większość nich zabita deskami i nagle widzę stos nart...coraz więcej narciarzy przyjeżdża, parkuje swoje "konie" i idzie do baru...potem wypatrzyłam coś schowanego za domkami...wyglądało ze niezła impreza tam jest.
Szybko zleciałam na dół, poszłam do domku zostawić część rzeczy i ruszyłam do kurczaka gdzie miał czekać na mnie Darek. Tak więc na nóżkach podreptałam do góry."
Do końca dnia już jeździłem w tej części. Nie chciało mi się przemieszczać w inne rejony, a i tak było tu jeszcze wiele terenów które nie odkryłem. Był piątek, więc dlatego pewnie było już więcej ludzi. Prawie jak w weekend, czasami musiałem nawet stać do wyciągu parę minut. Zaskoczyła mnie duża ilość instruktorów narciarstwa. W poprzednich dniach prawie ich nie było. Pewnie na weekend przyjeżdżają ludziki z miast i chcą się nauczyć jeździć na nartkach. Też widziałem dużo ludzi co nie jeżdżą perfekt na nartach. Czyli Szwajcaria ma parę osób co się dopiero uczą jeździć, a ja myślałem, że tu każdy rodzi się z nartami. Zauważyłem, też różnice w ski patrolu na stokach. W Stanach jest tego pełno, tutaj bardzo rzadko można było ich spotkać.
O 5 wziąłem gondole na Trockenner Stag i piękną, czternasto kilometrową trasą przy zachodzącym słońcu zjechałem do Hennu Stall na najlepsze après ski w Zermatt, gdzie już czekała na mnie Ilonka.
Knajpa jak zwykle była pełna narciarzy i ludzi którzy przyszli z Zermatt na nogach. Idzie się około 15 minut. Jak zwykle była głośna dyskotekowa muzyka (lata 80 i 90), dużo piwa i shotów z nart, a także tańce na czym się dało.....
Mamy też krótki filmik z knajpy:
Po paru piwkach opuściliśmy to miejsce, ja zjechałem na nartach do Zermatt, a Ilonka zbiegła w rakach. Część towarzystwa była już nieźle pijana, a dalej tam się bawili Ciekawe jak oni sobie poradzili ze zjazdem na dół. W Stanach takie miejsce na pewno by nie pozwolili otworzyć ze względów bezpieczeństwa. Tam nie wolno wynieść piwa poza bar albo taras, a już nie mówię o chodzeniu po trasach narciarskich z piwem w ręce. Co kraj to obyczaj.....
Po zjechaniu do Zermatt okazało się, że już ostatni autobus pojechał, więc mieliśmy ładny, wieczorny spacerek do naszego hotelu. Oczywiście w butach narciarskich.
Tutaj oczywiście popełniłem błąd i zachowałem się jak nie lokalny. Poszedłem do hotelu i się przebrałem, jak rasowy turysta. Później w barach było widać kto jest prawdziwym narciarzem a kto jest tylko turystą. Była to nasza ostatnia, pożegnalna noc w Zermatt, więc trzeba ją było odpowiednio spędzić. Po dobrej kolacji w pizzerii Roma (polecamy, dobre włoskie pasty i pizze), postanowiliśmy pochodzić po miasteczku i zobaczyć gdzie są dobre imprezy.
Wylądowaliśmy w Hotel Post. Byliśmy tam już dwa dni temu, ale on ma 5 barów i 3 restauracje, więc chcieliśmy go odwiedzić. Był to dobry wybór. W jednym z jego barów o nazwie Pink trafiliśmy na live music typu jazz/soul. Fajna, relaksacyjna muzyka w dobrym wykonaniu.
Z tego co się dowiedzieliśmy jedna z lepszych imprez jest koło naszego hotelu w Papperla Pub. Byliśmy już tam parę razy, ale zawsze na zewnątrz, nigdy w środku.
Jeszcze raz utwierdziło nas w przekonaniu, że wybraliśmy dobry hotel w Zermatt. Nazywa się Amaryllis (Riedstrasse 62). Fajnie położony, w centrum miasteczka, blisko do wszystkiego, jak autobusu, barów, piekarni... Od głównej ulicy trzeba podejść do niego 200 metrów do góry. Na początku wydawało nam się to jakąś pomyłką, ale późnie wielką zaletą. Nie słychać już gwaru ulicy, a widoki z balkonu są cudowne.
Mieliśmy dwu pokojowy apartament z super wyposażoną kuchnią. Nowo wyremontowany, czysty, zadbany. Właściciele, szwajcarzy, bardzo mili, mówili trochę po angielsku, więc można się było dogadać. Na korytarzach były rodzinne zdjęcia, które pokazywały, że właściciel się nie obijał jak był młody. Zdobywał lokalne "pagórki", jak Matterhorn czy Monte Rosa. Na zewnątrz znajdowała się wędzarnia, pewnie w lato można tu coś ciekawego uwędzić. Ogólnie polecamy hotelik.
Wracając do wieczoru. Wylądowaliśmy w Papperla Pub. Od 10 wieczorem mieli tam live music. To nas zgubiło. Zespół tak fajnie grał, że nie można było o niczym innym myśleć tylko podejść pod scenę i się bawić.
Bawiliśmy się długo przy dobrej muzyce, z ciekawymi ludźmi, piwie Feldschlösschen..... brakowało jednego.... butów narciarskich na moich nogach. Tak, wielu ludzi dalej miało plastikowe buciki na nogach, mimo, że było już po północy...!!! Ach Szwajcarzy, wy to chyba musicie kochać nartki.
W tą noc troszkę żałowałem, że mam do hotelu 200 metrów pod górkę...
2015.03.05 Zermatt, Szwajcaria (dzień 5)
Czwartek, nasz przedostatni dzień w Zermatt. Standardowe, szybkie śniadanko w domu i do roboty. Górki czekają. Po dojechaniu do głównej bazy małe rozczarowanie. Większość wyciągów zamknięta. Wiatr.
Jeżdżenie w wysokich górach ma też jednak jakąś wadę. Pogoda. Czasami, jak dzisiaj, może nie współpracować z narciarzami. Potężny wiatr, który zamknął całą Cervinie i sparaliżował większość ciekawszych terenów w Zermatt. Było też zimno, na małym Matterhornie (gdzie wyjeżdża kolejka) było -24C i wiatr wiał z prędkością ponad 50 km/h. Temperatury nie są dużym problemem, przecież mam kurtkę. Natomiast, silny, porywisty wiatr, który będzie rozbijał krzesełka i gondole o słupy może stanowić "małe" zagrożenie.
Nie ma się co zamartwiać, tylko jechać w góry gdzie się da i tam się coś wymyśli. Wziąłem Matterhorn expres, ale tylko dojechałem jeden przystanek, do Furi. tam się przesiadłem na inną gondolę, która jechała bardzo powoli, ale do przodu. Wyjechałem na Trockener Steg (2939m.). Wszystko dalej było pozamykane. Wiadomo, dosyć dobrze wiało.
Plusem wiatru było to, że wygonił chmury z Monte Rosa i w końcu mogłem zobaczyć ten piękny szczyt, z którego wiatr zwiewał śnieg, tworząc chmurę śnieżną.
Ale tam, w rejonach szczytów musi wiać, że śnieg odlatywał na dziesiątki kilometrów. Dzisiaj, chyba żaden człowiek nie wspinał się na ten szczyt. Chociaż jest to najwyższa góra Szwajcarii (4634m.) to nie jest tak trudna i techniczna jak Matterhorn, który też troszkę "dymił". Matterhorn, jest bardziej stromy, więc o wiele mniej śniegu przykleja się do jego ścian.
Ze względu na wiatr i temperaturę, długo nie można się było przypatrywać temu zjawisku i trzeba było jechać na dół. Chciałem się rozgrzać, więc wybrałem trudny zjazd, poza trasami i po paru minutach już sobie rozpinałem kurteczkę.
Na dole, w Furi było już cieplutko.
W Zermatt widuje się ludzi, którzy ubiorem i sprzętem odbiegają od reszty towarzystwa. Mówię tu o uprzężach, czekanach, linach, beacon, plecakach z uchwytami na narty.......
Dzisiaj było ich jakoś więcej. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że górne wyciągi były zamknięte i mieli cały obszar dla siebie. Wyjeżdżali wyciągami najwyżej jak się dało i potem zapinali nartki do plecaka i sobie szli dalej na "spacerek". Fajnie im.......
W związku z zamknięciem górnych wyciągów postanowiłem wyszukiwać ciekawych tras w niższych partiach gór.
Zermatt jest potężne, więc trzeba uważać, żeby nie pobłądzić. GPS to jedna sprawa, ale trzeba też używać najważniejszego wyposażenia narciarza, czyli mózgu. Dobrze nie znam tych rejonów, więc starałem się jeździć po śladach lokalnych i jak one mnie wyprowadzały w ciekawe tereny to tam dopiero robiłem zloty w puchu.
Nie był to idealny puch. Trochę przewiany, więc był ciężki i musiały być częstsze przystanki. Jeżdżąc tak, odkryłem też ciekawy orczyk, schowany z tyłu za "malutkim" Matterhornem.
Fajnie bo było mało ludzi, nie wiało, i dużo ciekawych terenów.
Tak, jak pisałem, męcząca jest ta zabawa na tej wysokości i to jeszcze na orczyku nogi nie odpoczywają, więc po paru zjazdach znalazłem świetne miejsce na odpoczynek.
Idealnie, nie? Tak sobie siedziałem na ławeczce w słoneczku, popijałem piwko, jadłem kabanosy i wpatrywałem się w ten symbol szwajcarskich Alp. Mógłbym tak siedzieć godzinami, ale niestety nie mogłem bo w tym samym czasie Ilonka......
"Ja miałam w planie wyjechać na Matherhorn Glacier Paradise...niestety jak już Darek wspominał pogoda pokrzyżowała nam plany i zamknęli wyciągi na sam szczyt. Tak więc nici z podziwiania widoków ze szczytów. Jako plan awaryjny miałam odwiedzić Stafel.
Darek polecał, że jest tam fajna knajpka i piękny widok na Matterhorn. Bardziej ten widok mnie przyciągnął, niż ta restauracja. Tak więc jak Darek sobie szalał po puchu ja wybrałam się na hike z Furi do Stafel. Jest to jeden z łatwiejszych hików, choć na stronie oficjalnej Zermattu ma on status "średnio trudny". Pewnie dlatego, że trzeba się podnieść 449 m do góry a cała trasa ma 5km długości.
W te części Alp trasy są bardzo dobrze oznaczone i na czas zimowy często są to po prostu drogi serwisowe albo inne, szerokie, dobrze zadbane ścieżki. Pierwszą część trasy zrobiłam już w poniedziałek. Tak więc pierwsze 20 minut to był spacerek z lekkim podniesieniem do miejsca gdzie szlaki się rozgałęziają. Do miejsca gdzie parę dni temu idąc z mamą Darka my odbiłyśmy na prawo na Zermatt a teraz szłam prosto wzdłuż rzeki.
Tutaj trasa zaczęła się podnosić do góry i już do samej restauracji szło się powoli do góry. Mniej więcej w połowie drogi z Furi do Stafel znajduje się tama i elektrownia wodna. Oni wiedzą jak wykorzystać topniejący śnieg i do tego zabezpieczyć miasto przed powodziami w okresie roztopów. Po wielkości tamy można wnioskować, że troszkę wody tam przybywa.
Zaraz za tamą jest tunel, w którym jest rozgałęzienie i można wejść na samą tamę. Niestety dziś opcja ta była zamknięta. Jednak zaraz po wyjściu z tunelu moim oczom ukazało się niesamowite zjawisko. Woda i lód stworzyły coś na kształt wodospadu. Z jednej strony woda z gór spływała przygotowanym, betonowym korytem a z drugiej lód zrobił ściany lodowe które odbijały tą wodę....niesamowite co przyroda może zdziałać i jak takie rzeczy kryją się w najmniej spodziewanych miejscach.
Jak się okazało godzinę oni przewidują na dojście do miasteczka Stafel a nie do samej restauracji. Ciężko Stafel nazwać miasteczkiem czy wioską. Tam jest domów pięć na krzyż i pomimo, że widać, że domy są zamieszkane bo mają np. telewizję satelitarną to na sezon zimowy były całkiem wymarłe.
Po przejściu wioski zaczęłam się zastanawiać czy dobrze idę bo pomimo, że trasa nadal była ładnie wydeptana to znaki przestały pokazywać Stafel. W końcu po około 1h15 minutach zobaczyłam znak Restauracja StafelALP mówiący, że mam zakręcić w lewo...a potem znów w lewo...czyli zrobiłam małe kółeczko aby dojść do punktu docelowego. Ale trasa tak prowadziła i nie dziwię się bo mała przepaść wyrosła między rzeką a restauracją. Tak więc w końcu dotarłam do restauracji..
Trasę zdecydowanie polecam. Jest krótka, łatwa a widoki ma super. Wiadomo nadal nie jest to Glacier Paradise i ciężko to nazwać hikiem tylko małym spacerkiem ale zdecydowanie warta przejścia w jakiś lżejszy dzień"
Ta restauracja StafelAlp znajduje się jakieś 10 minut na nartach od mojej ławeczki, więc jak Ilonka powiedziała przez walkie-talkie, że jest około 10 minut od niej, zjechałem w dół ją przywitać.
Idealnie udało nam się to zsynchronizować w czasie i w tym samym momencie pojawiliśmy się na tarasie widokowym. Ilonka weszła w rakach, a ja w butach narciarskich.
Oczywiście taras był pełen ludzi, siedzieli, jedli, pili, opalali się......... Restauracja ma też miejsce w środku, ale oczywiście było puste. No bo kto by tam siedział jak jest tak pięknie na zewnątrz. Wiedziałem, że już więcej za bardzo nie będę dzisiaj jeździł, więc posiedzieliśmy tam sobie dłuższą chwilkę próbując lokalnej kuchni. Oczywiście ser fondue musiał być.
Wracaliśmy już Ilonki trasami. Było ciekawie, bo czasami musiałem jakimiś tunelami przechodzić....
.... a czasami po domkach sobie pojeździć.
Po około godzinie dotarliśmy do Furi, gdzie Ilonka zjechała gondolą a ja na nartach do Zermatt. Dzisiaj postanowiliśmy troszkę pomieszkać w naszym mieszkaniu, więc dzielnie omijając wszystkie bary pełne narciarzy wylądowaliśmy na naszym balkonie.
Miło się siedziało, podziwiało zachód słońca i wspominało kolejny wspaniały dzień w Zermatt. Który może na początku się nie zapowiadał rewelacyjnie, ale jak to mówią, co się źle zaczyna, dobrze się kończy.
Kolacja też był domowa. Trzeba w końcu próbować tych szwajcarskich serów z dobrym winkiem.
Jutro już będzie nasz ostatni dzień w górach. musimy go wykorzystać na maxa. Mamy ciekawe plany. Miejmy nadzieję, że pogoda nie pokrzyżuje nam planów.
Na koniec nie mogliśmy się oprzeć i musieliśmy zrobić zdjęcie Matterhornu nocą...zwłaszcza, że dziś niebo jest czyściutkie. Zapowiada się ładna pogoda na jutro. A teraz czas spać....tak jak poszedł spać Matterhorn.
2015.03.04 Berno, Szwajcaria (dzień 4)
Szwajcaria nie ma swojej własnej stolicy....tak też jestem tym mega zaskoczona ale taka jest prawda. Największe miasto to Zurich natomiast siedziba rządu to Berno. Można więc uznać Berno za stolicę choć formalnie podobno nigdzie prawnie nie jest ona ustalona.
Tak więc będąc po raz pierwszy w Szwajcarii nie mogłam nie odwiedzić tego miejsca. Zwłaszcza, że uwielbiam odwiedzać nowe miasta. Chyba mi to pozostało po delegacjach jakie miałam we wcześniejszej firmie. Uwielbiałam uczucie, kiedy przyjeżdżałam/przylatywałam do nowego miasta. Byłam sama i próbowałam się rozeznać gdzie jest co. Czasem służbowo wracałam do tych samych miast ale nadal było coś do odkrycia....coś lokalnego.
Tak więc ponieważ dziś w Zermatt pogoda była taka sobie postanowiłam wsiąść do pociągu byle jakiego (no może nie tak byle jakiego) i odwiedzić Brno.
Z Zermatt do Bern jedzie się 2,5h. Trzeba się przesiąść w Visp ale na szczęście pociągi są bardzo dobrze skoordynowane i na przesiadkę ma się nie więcej niż 10 minut. Do Visp jedzie Glacier Express który potem kontynuuje drogę aż do St Moritz. Cała długość trasy ma 291 km a podróż zajmuje 8h. Podobno jest to najbardziej widokowy, popularny pociąg w Szwajcarii. W sezonie letnim trzeba na niego robić rezerwację na przód bo chętnych jest wielu. Ja pokonałam tylko mały kawałek tym pociągiem. Widoki były fajne ale szczerze to wolę być wysoko w górkach i nie było dla mnie żadnego WOW....jeśli chcesz zobaczyć fajne górki oczywiście najlepiej na nie wyjść ale jeśli nie jesteś górołazem to akurat w Szwajcarii mają bardzo dużo kolejek na szczyty górskie skąd można podziwiać widoki. Drugi pociąg z Visp do Brna to już ekspres, który jechał większość w tunelach ale czasem i tak nie pokonał pociągu Frankfurt-Kolonia czy Japońskich Shinkansen'ów.
Berno słynie głównie ze swojego starego miasta, które jest w czołówce dziedzictwa UNESCO. W 1405 roku miasto, wówczas drewniane, spłonęło doszczętnie i zostało odbudowane. Tym razem do budowy użyli piaskowca.
Dworzec główny oczywiście jest zaraz przy starym mieście więc nie miałam problemu z trafieniem. Nie miałam, żadnego planu....miałam ochotę powłóczyć się z aparatem po mieście i zobaczyć czym mnie zaskoczy przez najbliższe 4h. i szczerze.....troszkę mnie rozczarowało
Zdecydowanie można nazwać to Europejskim miastem z dużą ilością kamienic i ulicami wybrukowanymi kocimi łbami. Kamienice przypominają jednak te z ul.Krakowskiej w Krakowie. To znaczy mają dużo arkad a samo wejście jest schowane. W przejściu pod Arkadami. Ma to swój urok ale niestety 95% lokali zostało zajętych przez sklepy z ciuchami albo zwykłe sklepy spożywcze. Brakowało mi małych klimatycznych kafejek gdzie można wstąpić na kawę i ciacho. Drugim minus dostali za ulice....teoretycznie ludzie chodzili po ulicach i nikt się nie czepiał ale tramwaje i taksówki nadal jeździły po tych ulicach. Jeździły wolno ale i tak trzeba było uważać. Myślę, że to i pogoda sprawiły, że brakowało ulicznych grajków.
Zaplusowali mi detalami....co jakiś czas na ulicy pojawia się mała fontanna która zawsze ma jakąś figurkę, to samo z kościołem czy innymi elementami dekoracyjnymi.
Bardzo ciężko mi opisać to miasto....mam jakiś taki niedosyt...może miasto było “uśpione” z powodu sezonu albo środka tygodnia, ale przecież w Krakowie czy Pradze ludzie są zawsze. Może nie jest to tak popularna destynacja turystyczna jak Wiedeń czy wspomniane wyżej miasta i dlatego tłum turystów nie zalewa miasta....pewnie to i dobrze. Zauważyłam również, że było stosunkowo mało sklepów z pamiątkami....chyba więcej było McDonalds niż sklepów z pamiątkami. Więc pewnie turystów tu za dużo nie mają. A'propo McDonalds....rzuciła mi się w oczy cena nowej kanapki...reklamowali jakąś tam nową kanapkę i zobaczyłam jej cenę....było 7.30 CHF...samej kanapki...WOW...ja wiedziałam, że w Europie McDonald wcale nie jest tani ale jakoś po pobycie w NY ta cena mnie zaskoczyła....może i dobrze, przynajmniej dlatego nie ma tak dużo grubych ludzi w Europie.
Poszwendałam się po mieście, zobaczyłam kościół i ratusz. Powinnam jeszcze zaglądnąć do lokalnego baru aby "zaliczyć" miasto ale jakoś żaden mnie nie zachęcił. Wiec wróciłam do Zermatt tą samą drogą.
2015.03.04 Zermatt, Szwajcaria (dzień 4)
Kolejny dzień na nartach. Niestety dzisiaj już zostałem sam w górach. Tata z mamą wrócili do Polski, a Ilonka pojechała pociągiem do Berna.
Postanowiłem cały dzień spędzić w rejonach Matterhorn (Matterhorn glacier paradise) i jak otworzą wyciągi na szczyty to zjechać do Włoch.
W Zermatt wybudowali ciekawą gondolę. Zaczyna się w Zermatt (1620m) i wyjeżdża aż do Trockener Steg (2939m), gdzie znajduje się lodowiec Theodul i wspaniałe tereny narciarskie. Gondola, jak gondola, nie miałaby nic w sobie specjalnego gdyby nie możliwości przesiadek. Ma aż sześć przystanków, gdzie można się przesiadać na inne wyciągi, iść do baru, albo po prostu wysiąść i zjechać na dół.
Ja, po sprawdzeniu, że wszystko w górach jest czynne postanowiłem jechać do końca, na lodowiec.
Jechałem jakieś 25 minut i pokonałem ponad 10 km. Myślałem, że jak wysiądę to już będzie słoneczna pogoda. Niestety, słońce się czasami przebijało przez potężne opady śniegu. Ale słabo to mu wychodziło.
Nie jest źle, przynajmniej będzie dużo puchu, tak sobie pomyślałem i zapakowałem się na chyba jeden z najdłuższych orczyków (T-bar) na świecie. GPS mi powiedział, że jechałem nim przez 4 kilometry, 15 minut i wyjechałem do góry 550 metrów.
Tylko 550 metrów, nie jest to dużo jak na taką odległość. Ale dobrze, że nie było stromo, bo im stromszy lodowiec tym jest bardziej spękany i narciarstwo na nim staje się niemożliwe.
Dalej niestety nie było słoneczka. Robiło się coraz jaśniej, ale dalej śnieg sypał.
Ale była zabawa. Cisza..... Jadąc na nartach nic nie słyszałem. Żadnego haratania nart o nic twardego. Klasyka. Tak bym mógł jeździć cały dzień. Czasami śnieg po kostki, a czasami po kolana, który przy większych prędkościach aż uderzał mnie pod szyje. Czasami wyjeżdżałem na stromsze odcinki, żeby się pobawić w puchu przy większych prędkościach. Oczywiście jechałem po śladach ludzi, bo nie miałem przewodnika i bałem się o szczeliny lodowcowe.
Obserwowałem lokalnych jak się bawią na ścianach w głębokim puchu. Bardzo płynnie im to szło. Więc ja za nimi, ale mi to już tak idealnie nie wychodziło. Wiadomo, zjechałem na dół, ale nie takim stylem, który by mnie zadowalał.
Oczywiście nie miałem nart na puch, ani też nie mam super nóg i nie jeżdżę 200 dni w roku na nartach. Aklimatyzacja (a raczej jej brak) też na pewno dorzuciły swoje dwa grosze.
Zawsze chciałem się super nauczyć jeździć w puchu. Niestety w Stanach na wschodnim wybrzeżu puchu jak na lekarstwo, więc nie ma gdzie praktykować.
Muld nie lubię, a ubity teren mam już dobrze opanowany, zresztą on się szybko nudzi i jest niebezpieczny. Za duże prędkości...!!!
Mam w planie w najbliższej przyszłości zrobić jakiś tygodniowy kurs jeżdżenia w puchu. Gdzieś w odludnej British Columbia tydzień z instruktorami był by wypasem. Czy ktoś też się chce nauczyć bawić w puchu?
Pogoda się popsuła i widoczność spadła prawie do zera.
Im wyżej tym większa szansa na słoneczko. Postanowiłem wyjechać najwyżej jak można, czyli na Klein Matterhorn (3883m). Najwyżej jak można wyjechać w Europie kolejką.
Niestety, tutaj też jeszcze dochodziły chmury. Przebijały się na przemian ze słońcem, ale to nie było to co bym chciał.
Lubię być w wysokich górach nad chmurami. Wszystko jest pokryte białym oceanem, a pojedyncze szczyty wystają jak wyspy.
Cóż, czas na Włochy....
Cervinia jest mniejsza niż Zermatt, ale też ciekawa. Dużo rożnego rodzaju terenu, wiele wyciągów, szerokie pola do zabawy. No i oczywiście widać Matterhorn z drugiej strony.
Zjechałem parę razy, ale musiałem się zbierać do Szwajcari bo wiatr się wzmagał i jak zamkną wyciągi na przełęcz to już nie wrócę. Będę musiał czekać do jutra. Główną kolejkę na przełęcz już wstrzymali ze względu na wiatr, więc "uciekłem" z Włoch krzesełkami. Musiałem wsiąść aż 5 wyciągów krzesełkowych, żeby wyjechać na przełęcz.
Uffff.... Udało się. Jestem znowu w domu. Pobawiłem się jeszcze trochę w puchu, trochę na trasach i postanowiłem zjeżdżać do Zermatt, do którego miałem jeszcze kawałek.
Przy zjeździe na dól zachodzące słoneczko ładnie oświetlało Matterhorn, więc oczywiście robiłem wiele przystanków na super fotki.
Wracam do naszego hotelu, a tu widzę moje nartki za zewnątrz, oparte o ścianę. Yupiiiiii.....!!!!! W końcu.... Airberlin jesteś najlepszy. Przywiozłeś mi nartki trzy dni później.
Poszedłem do wypożyczalni, oddałem im nartki, wziąłem rachunek, żeby go wysłać do Airberlin. Wyślę im też za nowy kombinezon. Ciekawe co zrobią...
Przy okazji zrobiłem sobie pełny serwis moich nart, bo chyba nie był robiony w tym sezonie.
W tym czasie Ilonka wróciła z Berna i poszwendaliśmy się po miasteczku.
Jak to zwykle bywa, swoim magnesem przyciągnęła nas knajpa Brown Cow Pub, który znajduje się w Hotel Post. W tym hotelu jest 5 barów i 3 restauracje, także jest w czym wybierać, ale nasz wybór i nasz hamburger był chyba najlepszy. Polecamy swiss burger z kiszoną kapustą.
Była idealna pogoda, gwieździste niebo, -11C.... Idealna, do wypicia dobrego winka na balkonie z pięknym widokiem.
Podsumowanie dzisiejszego dnia:
2015.03.03 Zermatt, Szwajcaria (dzień 3)
Dzisiejszy wpis będzie krótki, bo dzień był bardzo długi. Wczoraj wieczorem w barze lokalni polecili nam parę barów i dzisiaj odwiedziliśmy dwa z nich. Ponieważ jest to ostatni dzień moich rodziców w Zermatt, więc w barach było dobrze.
Ale od początku.....
Wczoraj (znaczy się już dzisiaj) poszliśmy spać koło drugiej rano z przyczyn czysto technicznych. O 6:30 obudziło nam mocne walenie do drzwi i krzyki, dlaczego jeszcze śpicie jak Matterhorn już wstał. Wylatujemy z Ilonką na balkon i zobaczyliśmy to co raczej utkwi nam w pamięci na długo, albo nawet na całe życie. Najsłynniejsza góra na świecie była oświetlona w promieniach wschodzącego słońca a reszta miasteczka jeszcze spała.
Jest to najbardziej fotografowana góra na świecie i wznosi się 3 kilometry (10,000 ft) nad Zermatt.
Dzień zapowiadał się wspaniale, więc po szybkim śniadaniu wraz z tatą wyruszyliśmy w góry. Ilonka z mamą postanowiły, że później wyjadą kolejką na Gornergrat. Dojechaliśmy do dolnej stacji kolejek i tu wspaniała wiadomość, dużo wyciągów jest otwartych. Wysoko w górach jest słonecznie i lekki wiaterek. Parę wyciągów na same szczyty dalej są nieczynne, ale prognozy przewidują, że później mają je otworzyć. Oczywiście lokalni też się dowiedzieli o wspaniałych warunkach i zrobiła się już duża kolejka do pierwszego wyciągu.
Tutaj zauważyłem kolejną różnicę między Europą a Stanami. Wczoraj tego nie widziałem, bo było mało ludzi. W Stanach wszystko jest uporządkowane, kolejki poukładane, wszyscy stoją czwórkami do wyciągów. Tutaj to tak jakby każde krzesełko było ostatnim. Ludzie pchają się na chama. Wjeżdżają na twoje narty, przepychają się i oczywiście nie ma nikogo z obsługi kto by to kontrolował. Dokładnie, nawet na orczykach (T-bar) nie ma nikogo. Sam, się obsługujesz, sam łapiesz orczyk i sam się w niego wpinasz. Tak samo przy gondolach, nie ma nikogo z obsługi. Ale co się dziwić, jak lokalne dzieci w szkołach na zajęciach W-F muszą jeździć po lodowcach.
Rozmawiałem z lokalnymi, tutaj każda minuta się liczy i nie ma czasu na następne krzesełko. Pytałem się lokalnego ile kosztuje pass na sezon a on się zaśmiał i powiedział, że tu nie ma passu na sezon, tylko jest na cały rok. Tutaj można jeździć na nartach 365 dni w roku. Po wyjechaniu na Trockener Steg ukazał nam się raj. Nazywa się to Matterhorn Glacier Paradise.
Tutaj bawiliśmy się jakoś dobrą godzinkę, było idealnie. Słonecznie, minus parę stopni, przepiękne trasy..... no jak w raju....!!! Chcieliśmy pojechać do Włoch i na mały Matterhorn, ale niestety wiatr był za mocny. Z drugiej strony dziewczyny jechały na Gornegrat i umówiliśmy się tam z nimi koło południa. Żeby tam dojechać to potrzebujesz przynajmniej godzinę jak dobrze jedziesz.
Troszkę pobawiliśmy się w puchu na off piste (poza trasami) i zaczęliśmy jechać w kierunku Gornergrat.
Po drodze dla ochłody, pobijaliśmy prędkości na ubitych trasach.
Znaleźliśmy fajną trasę, która okrąża Matterhorn i można go zobaczyć z drugiej strony (trasa 52). Ale tam było super. Cisza, spokój, nie ma nikogo..... i potężny Matterhorn który wyrasta ponad dwa kilometry nad tobą.
Po dojechaniu do Furi wzięliśmy gondole do Riffelber, a następnie pociąg do Gornergrat i około południa byliśmy już wszyscy razem. Tam jest przepięknie. Znajdujesz się w środku akcji. Lodowce okrążają ciebie z 3 stron i znajdujesz się w cieniu Monte Rosa, najwyższego szczytu Szwajcarii, 4634 m.
Po wypiciu piwka i paru pamiątkowych zdjęciach wzięliśmy się do roboty. Wyjechaliśmy na Hohtalli, gdzie znajdują się jedne z trudniejszych tras w Zermatt. Jechaliśmy paroma, ciekawe.......
Potem udaliśmy się na Rothorn. Dzisiaj było otwarte. Udało się. Super widoki na cały świat narciarstwa w Zermatt. Tam jest trochę południowych stoków, więc śnieg był trochę podtopiony (ciężki), ale dało się zjechać.
Była już 4 po południu, a my tylko po szybkim śniadaniu i paru piwkach, no ale dzisiaj był tak wspaniały dzień, że nie było czasu na tracenie go na jedzenie. Po godzinie wróciliśmy do Furi gdzie nawiązaliśmy kontakt a drugą połową naszej drużyny i za pomocą GPS zaczęliśmy szukać knajpki na apres ski, która wczoraj polecili nam lokalni. Knajpa znajduje się pomiędzy Furi a Zermatt. Nikt dokładnie nie wiedział gdzie jest. Ja z tatą z góry z wyciągu wcześniej ją wypatrzyłem, więc teraz łatwiej było nam tam trafić. A poza tym tłum ludzi świadczy, że to tam.
W tym samym czasie mama z Ilonką:
"Nasz dzisiejszy dzień minął pod tematem Gornegrat. Wyjechałyśmy kolejką na samą górę, pochodziłyśmy po platformach widokowych podziwiając widoki i spotkaliśmy się z chłopakami.
Kiedy po małej przerwie oni uderzyli z powrotem na trasy narciarskie my z mamą poszłyśmy do pociągu. Jednak tym razem nie wzięliśmy go prosto do Zermatt. Na blogach i innych portalach często polecali aby wysiąść na stacji Rotenboden i zejść sobie na dół do Riffelberg aby znów wziąć pociąg Gornegrat. Dla bardziej zaawansowanych można tą trasę zrobić w drugim kierunku. Na szczęście bilet na pociąg pozawala Ci wysiadać na każdej stacji tak więc można sobie robić przerwy na podziwianie widoków.
Trasa Rotenboden-Riffelberg jest trasą wyznaczoną tylko dla pieszych. Bardzo szeroka, miejscami stroma ale z pięknymi widokami. Bardzo ładnie prezentuje się Matherhorn a my cały czas byłyśmy otoczone pięknymi górami.
Po około godzinie dotarłyśmy do Riffelberg skąd wzięłyśmy pociąg na dół do Zematt. Już nam się troszkę przysypiało bo po pierwsze wysokość i niskie ciśnienie nas osłabiały a po drugie dość intensywne dni ostatnio mamy. Znalazłyśmy jeszcze jednak siłę aby wziąć autobus pod kolejkę do Furi i tym razem na nóżkach wyjść na górę do baru Hennu Stall w której mieliśmy się spotkać z chłopakami. Jedyna znana nam trasa była przez nartostrady. Tak więc zaopatrzone w raki i raczki ruszyłyśmy do góry. Było dość stromo a narciarze jeździli jak oszalali. Ale nie poddałyśmy się i doszłyśmy na górę. Idąc pod górę zobaczyliśmy łagodniejszą trasę obok, tylko dla pieszych. Którą planowałyśmy wziąć w drodze powrotnej. Mamusia powiedziała, że nie ma szans, że będzie schodziła na dół trasą narciarską więc się ucieszyła, że jednak jest inna opcja."
Tak więc dzięki walkie-talkie i GPS udało się. Znaleźliśmy Hennu Stall, miejsce gdzie lokalni spotykają się po nartach.
Super miejsce, pełne ludzi, głośnej muzyki i dobrej atmosfery. Wszyscy w butach narciarskich tańczący na podestach, stopniach i czym się dało. Spodobały nam się narty do picia shootów. Kilkanaście małych szklanek podawanych na jednej narcie, która miała otwory, żeby nie pospadały. Klasyka.....!!!
W Szwajcari do picia piwa i wina wystarczy 16 lat i nikt oczywiście nie sprawdza ID, widać, że tu nie mają prohibicji. Nawet te dzieci bardzo nie rozrabiały jak były pijane, przynajmniej myśmy tego nie widzieli.
Po paru piwach zjechaliśmy na dół do Zermatt. Dziewczyny zeszły w rakach.
Po zjechaniu na dół udaliśmy się do kolejnego apres ski baru i też było ciekawie. Oczywiście obowiązkowo jak wszyscy, w butach narciarskich.
Pożegnalny wieczór z rodzicami był w fajnej lokalnej restauracji przy pysznym jedzonku. Jutro rodzice wracają do Polski, a my jeszcze zostajemy na parę dni. Ilonka będzie pewnie zdobywać kolejna miejsca, a ja będę odkrywał ciekawe zakątki tych wspaniałych Alp.
Wracam do domu dalej żegnać się z rodzicami.
Dzisiejszy dzień uważamy za udany. Dobra pogoda i wiele wspaniałych zjazdów.
Z ciekawostek muszę dodać, że jak tu byłem kilkanaście lat temu, to się zastanawiałem, jak może whisky zamarznąć w zamrażalniku. Nigdy więcej tego nie doświadczyłem, aż znowu do przyjazdu tutaj. Znowu nam Jameson zamarzł. Nie zamarzł na kość, ale był gęsty jak miód. Co oni tu mają za lodówki.......?