Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 75
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.01.09-10 Joshua Tree NP, CA (dzień 8-9)
Długo rozważaliśmy co możemy zrobić po konferencji. Oczywiście mogliśmy wrócić do domu…ale po co? W czwartek Las Vegas zaczynało pustoszeć a ludzie wracali do swoich domów. Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy więc wcale nie spieszyło nam się z powrotem do NY i postanowiliśmy wykorzystać weekend w tych ciepłych rejonach.
Piękne parki i góry niestety mają dużo śniegu bo w Kalifornii tak sypie, że aż zamknęli jeden resert (Mammoth Lakes) bo za dużo mają śniegu i mogą być lawiny. Szukaliśmy więc czegoś co możemy odwiedzić w jeden dzień i oddalonego od Vegas max 5h. Padło na Joshua Tree Park Narodowy.
Ciężko się tu wybrać żeby tylko zobaczyć ten park więc teraz była idealna okazja. Dlatego wylądowaliśmy w Palm Desert. Stąd do parku jest nie cała godzina. No chyba, że się wymyśli coś po drodze.
Zaczęliśmy od śniadania. W Vegas niby było dobre jedzonko ale jakoś tak zawsze w biegu. Tym razem też się trochę śpieszymy ale nie aż tak żeby nie zawitać do tradycyjnego amerykańskiego dineru na jajka i kawę bez limitu. W takim słoneczku, spodniach na góry, bluzie dresowej i w otoczeniu palm odrazu wszystko lepiej smakuje. Choć zdradzę wam, że się okazało, że Darek nie lubi palm….kaktusy jak najbardziej ale palmy średnio. Nawet po 15 latach małżeństwa można się coś o sobie nauczyć.
Zarówno Palm Springs, jak i Palm Desert od dekad słyną jako luksusowe enklawy bogatych i sławnych osób. Potocznie rejon ten nazywany jest pustynnym placem zabaw dla elit z LA. Popularność tego rejonu wynika z zasady dwóch godzin. Teraz może nie bo korki są dużo większe ale dawniej gwiazdy filmu miały w kontrakcie, że muszą być maksymalnie 2h od studia filmowego na wypadek jak trzeba coś dograć. Palm Desert/Springs jest idealnie położone na tej granicy 2h jazdy od Hollywood.
W czasach złotej ery Hollywood przypadającej na lata 20-30 XX wieku Palm Springs stało się ulubionym miejscem ucieczki dla „śmietanki” z LA i swoje rezydencje mieli tu m.in. Frank Sinatra, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Cary Grant, Elizabeth Taylor oraz Lucille Ball.
Nie dziwne więc, że parę tych domów znalazło się w mojej książce 1001 budowli. W końcu jakby na to nie patrzeć to ikony stylu modern, zaprojektowane przez słynnych architektów specjalnie dla gwiazd. Nawet 100 lat później region ten wciąż postrzegany jest jako symbol luksusu, przyciągający nową generację celebrytów, bogatych emerytów oraz zamożnych pracowników zdalnych.
Ja zawsze miałam problemy z rozróżnieniem Palm Springs od Palm Desert…więc mała ściągawka.
Palm Springs: słynie z historycznych posiadłości w dzielnicach takich jak Old Las Palmas czy The Movie Colony, gdzie domy wciąż należą do osób z branży filmowej i mediów np. Leonardo DiCaprio posiada tam rezydencję.
Palm Desert: jest uznawane za nieco bardziej ekskluzywne pod kątem nowoczesnego luksusu i zakupów. Znajduje się tam ulica El Paseo, nazywana „Rodeo Drive pustyni”, przy której mieszczą się butiki najdroższych marek. Coś jak 5th ave w NY.
Nie ważne które Palm… ważne że nadal jest tam luksusowo a rejon pomimo niewyobrażalnie wysokich temperatur w lato ewaluował z sezonowego kurortu w całoroczne centrum luksusowego stylu życia, zachowując swój unikalny charakter „Hollywoodzkiej oazy” na pustyni.
Tylko jaki to luksus jak w lato nie możesz wyjść z domu bo jest 50C a drony sprawdzają czy masz wodę w basenie i jak masz to płacisz duże mandaty…no może nie wszystkich te mandaty dotyczą.
Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do parku. Darek znalazł parę punktów i małych szlaków. Nie planujemy dziś długich hików ale kilka godzin w parku planujemy spędzić więc, żeby jak najwięcej zobaczyć za dnia nie można za bardzo leniuchować.
Do parku wjechaliśmy od strony zachodniej (West Entrance Station) i przejechaliśmy cały park wyjeżdżając po drugiej stronie (Cottonwood Spring). Fajnie, że można przejechać cały park wzdłuż i nie trzeba się wracać albo za dużo kręcić. Amerykanie lubią tak ustawiać parki żeby punkty widokowe czy ciekawe szlaki były w zadłuż drogi. Płynniej wtedy ruch samochodów się odbywa i nie ma aż takich korków. Bo w lato w parkach narodowych w Stanach są mega korki. My jak zwykle wybraliśmy mało popularny okres więc ludzi było trochę ale tak idealnie. Nie przeszkadzali nam nawet tak bardzo a i na parkingach można było od razu znaleźć miejsce.
Już od samego wjazdu przywitały nas drzewa Joshua (po polsku drzewa Jozuego). Wiadomo, jak sama nazwa parku mówi powinno tu być dużo tych drzew, no i nie da się zaprzeczyć, że było ich dużo. Dlaczego jednak tu powstał park? Drzewa te bowiem występują w innych miejscach w Stanach.
Park powstał w miejscu gdzie spotykają się dwa odmienne ekosystemy pustynne: Mojave i Kolorado, tworząc unikalną mozaikę krajobrazów i form życia. Drzewa przeważają w krajobrazie ale też jest tu dużo kaktusów, formacji skalnych a wszystko to tworzy surowy, pustynny krajobraz który jest pięknym rajem dla górołazów, wspinaczy skalnych i miłośników biwaków.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Ukrytej Doliny (Hidden Valley) i nie wiem czy dlatego, że było to pierwsze miejsce gdzie się zagłębiliśmy w park czy na każdym robi takie wrażenie ale uważam, że był to najładniejszy szlak w parku.
Dolina ta naprawdę była ukryta i dopiero w roku 1936 nie wiele miesięcy przed stworzeniem tu parku narodowego Bill Keys wysadził kamienie które blokowały dolinę od świata zewnętrznego. Skoro nie było tam cywilizacji to fauna i flora były bardzo dobrze zachowane. Oczywiście szybko przyciągnęło to rolników którzy szukali trawy dla zwierząt ale na szczęście szybko powstał tu park i do dziś możemy podziwiać piękne tereny nie zniszczone przez człowieka.
W tych rejonach z opadami i trawami nie jest łatwo więc nie dziwne, że farmerzy we wczesnych latach XX wieku szukali trawy gdzie mogli i dynamitem rozwalali skały. Ale często znajdowali drzewa Joshua zamiast połaci trawy. Joshua Tree wygląda jak kaktus, jest ostry jak kaktus ale nazywa się drzewem.
Drzewo Joshua należy do rodziny agawowatych. Głównie dlatego, że ma inną budowę i wzrost od kaktusów. Kaktusy mają ciernie, a Joshua pomimo, że sztywne i ostre to jednak liście które rosną w pęczkach na końcach gałęzi. Kaktusy magazynują wodę w mięsistych łodygach kiedy Joshua ma zdrewniały pień bardziej przypominający palmę czyli drzewo. Kaktusy zazwyczaj rosną jako pojedyncze kolumny natomiast Joshua Tree się rozgałęzia jak dobre, zdrowe drzewo.
Kaktusy można też spotkać na niższych wysokościach, głównie do 1000 m n.p.m, ta granica jest idealna dla Joshua Tree które pojawiają się dopiero między 900 a 1800 m n.p.m.
Park Joshua Tree położony jest na idealnej wysokości dla Joshua Tree. Większość parku położona jest pomiędzy 1000 - 1400 m n.p.m. Można wyjść wyżej i najwyższa góra ma tu 1700 m n.p.m ale my sobie ją odpuściliśmy. Woleliśmy więcej pooglądać parku niż iść na 3h hike, zwłaszcza, że dość mocno tu wiało. Niech was nie zmyli pustynny klimat. Kurtki puchowe były potrzebne bo temperatury były koło 5C a do tego od czasu do czasu dość mocno zawiało.
O ile wjechaliśmy do parku od strony pustyni Mojave (wyżej położonej) o tyle park opuszczaliśmy od strony pustyni Kolorado (niżej położonej) dlatego im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu z tego pięknego parku o tyle krajobraz się zaczął zmieniać. Szczególnie jeśli chodzi o florę. Joshua Tree zostały zastąpione kaktusami.
Przeogromnej ilości kaktusów. Jak tylko wysokość spadła do około 1000 m n.p.m, to pojawił się ogród kaktusowy. Oczywiście musieliśmy w niego wejść i nie zwracając uwagi na kaktusy przyczepiające się do naszych butów pstrykaliśmy zdjęcia jak opętani.
Ja najbardziej byłam w szoku, że kaktusy zrzucały te małe kulki z kolcami prawie jak drzewa liście na jesień. Było tego pełno ale musiało to upaść naturalnie przez wiatr czy inne czynniki, ludziom trudno jest wziąć taką kulkę do ręki i zerwać bo kolce jak to kolce ostre są.
Można godzinami chodzić wśród tych kaktusów ale krajobraz nie bardzo się zmienia więc po jakiś 30 minutach stwierdziliśmy, że pora wracać. W końcu przed nami jeszcze trochę drogi bo wyjeżdżamy z parku po drugiej stronie i musimy jeszcze dojechać z powrotem do Palm Desert.
Z każdym kilometrem ubywało nam wysokości. Nasze auto miało dość podstawowe wyposażenie ale to co miało to wskaźnik wysokości. Fajnie było jechać i obserwować jak z ponad 4tys feet (1300 m) spadliśmy do 3tys ft (940 m) a potem jeszcze dalej jechaliśmy na dół.
Aż nagle wjechaliśmy w okolice miasteczek i na wyświetlaczu pojawiło się -70 ft (-22 m). Pierwsza reakcja Darka była, że pewnie się coś zepsuło dopóki nie zobaczyliśmy oficjalnego znaku, że wjeżdżamy do miasteczka Coachella. Miasteczka które ma 45tys mieszkańców i położone jest w depresji. Interesujące… nie sądziłam, że poza Doliną Śmierci depresje jeszcze gdzieś są tak łatwo dostępne. No to jak depresja to pewnie i wodopój. Postanowiliśmy spróbować lokalnego browaru, Indio Brewing. Rzeczywiście pyszne piwko mają w tej depresji.
Kalifornia jest piękna ale ma jeden mały minus. Wszędzie trzeba samochodem. Nie ważne czy jesteś w dużym mieście jak Los Angeles, San Diego czy San Francisco, czy w małym jak Palm Desert to komunikacji miejskiej za dobrej nie ma. Dlatego na kolację trzeba najlepiej jechać Uberem. Niestety dlatego, że nie bardzo sprzyja to zwiedzaniu miasta jeśli podjeżdżasz pod same drzwi restauracji.
No więc i my podjechaliśmy prosto z hotelu do restauracji, zamówiliśmy steaka, winko, potem drugie, potem deser i z powrotem Ubera. Oczywiście wszystko zajęło nam trochę godzin bo fajnie się gadało z barmanami w Ruth Chris. Ruth Chris to sieć restauracji i kiedyś często do niej chodziliśmy w NY ale zawsze siadaliśmy przy barze. Bo przy barze jest wesoło i można coś się od lokalnych ludzi dowiedzieć. W NY już jej niestety nie ma więc czasem jak mamy okazję to wracamy do Ruth Chris w naszych podróżach, żeby zjeść nie tylko dobrą krówkę ale też ich przepyszny sernik!
Ale się objedliśmy. Dopadła nas tak zwana “food coma”. Nie wiem czy w Polsce jest takie określenie ale w Stanach bardzo popularne jest określenie “food coma” czyli śpiączka jedzeniowa. Oznacza to że tak się człowiek najadł, że energia mu spada i tylko do spania się nadaje. To właśnie my byliśmy po tej ogromnej kolacji.
Ale to i dobrze, że szybko poszliśmy spać bo rano trzeba było wstawać. Kolejne 4h do Las Vegas, tym razem już prosto na lotnisko i pora wracać do domku.
Ten tydzień był zdecydowanie za intensywny jak na rozpoczęcie roku. W sumie to sama nie wiem czy rok się już zaczął czy bardziej na rozpędzie lepiej jest ten tydzień policzyć do starego roku. Na szczęście lot minął nam spokojnie i bez problemów wróciliśmy do głośnego Nowego Jorku… hmmm…. a w pokoju hotelowym w Bellagio było tak cicho i spokojnie.
2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)
Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.
Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.
Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.
A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.
Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?
Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.
Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.
Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.
Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.
Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.
Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.
Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.
I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.
A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.
Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.
2026.01.05-07 Las Vegas, NV (dzień 4-6)
Czy Las Vegas aktualnie doświadcza recesji? Niestety tak. Dużo czynników ma na to wpływ. Przez ostatnie dziesięciolecia to miasto non-stop dynamicznie się rozwijało. Przyciągało turystów, hazardzistów, gwiazdy sportu i rozrywki, biznesy z całego świata. Konferencje na kilkadziesiąt tysięcy ludzi są tutaj organizowane. Potężna ilość ludzi przeprowadzała się do Vegas żeby tu zamieszkać na stałe. Miasto praktycznie co dekadę podwajało swoją populację. W 1960 roku miało 64,000 mieszkańców, aktualnie metro Las Vegas ma 2.4 miliona mieszkańców.
Oprócz tego, dziesiątki milionów turystów rocznie odwiedza to jakże unikatowe miejsce na Ziemi. Przyjeżdżają tu w różnych celach. Niektórzy oczywiście spróbować szczęścia w ponad 180 kasynach jakie znajdują się tutaj. Część na własne oczy chce zobaczyć co się naprawdę tutaj dzieje. Inna grupa pragnie zjeść pyszną kolację znanego szefa kuchni, zabawić się w odlotowym klubie nocnym, posłuchać koncertu na żywo.
Vegas stało się też centrum sportów. Formuła F1 jest rozgrywana w listopadzie, wybudowali stadiony na wszelakiego rodzaju mecze. Organizmowi Super Bowl w 2024, w tym roku planowane są mecze mistrzost świata w piłkę nożną.
Nasuwa się pytanie. To dlaczego przy tak dynamicznym rozwoju miasta i takich potężnych pieniądzach Las Vegas przeżywa recesję?
Pewnie problemów jest kilka. Mimo, że w poprzednim roku LV odwiedziło 40 milionów ludzi to i tak jest to spadek do poprzednich lat.
Dzisiejsza młodzież szuka innej rozrywki niż tylko kasyna i zabawa.
Dużo ludzi gra w domu, na telefonie w różnego rodzaju hazard. Nie trzeba latać, wynajmować hotelu. Wszystko można robić w komforcie własnego domu.
Bardzo dużo Kanadyjczyków odwiedzało to miasto uciekając od kanadyjskiej zimy. Niestety aktualnie jest trend, że Kanadyjczycy nie lubią Stanów. Ciekawe dlaczego, nie?
Ogólnie żyjemy w czasach, w których za bardzo nie wiadomo co będzie jutro. Ludzie wydają mniej pieniędzy na rozrywkę. Więcej oszczędzają. Dalej tutaj przyjeżdżają, ale na krócej i wydają mniej kasy.
Ceny w Las Vegas poszybowały do góry okropnie. W niektórych częściach gospodarki dwukrotnie za ostatnie 5 lat. Hotele, restauracje, parkingi, domy…. wszystko tutaj jest bardzo drogie.
Przestępczość bardzo wzrosła. W centrum miasta tego aż tak bardzo nie widać, ale jak się odejdzie dalej od atrakcji turystycznych to niestety tak. Przekonałem się o tym na własne oczy.
Vegas znajduje się w samym centrum wspaniałych parków i terenów południowo-zachodnich Stanów. Ludzie tu przylatują (tanie samoloty) wypożyczają samochód (też tanie) i jadą w parki. Nie zostawiając w mieście ani centa.
W ciągu najbliższych dni Vegas nie zobaczy żadnego spowolnienia. Przynajmniej centrum miasta. Przyleciało tutaj 140 tysięcy ludzi na konferencję CES, plus wiele ludzi takich jak ja, towarzyszy podróży. Większość hoteli, restauracji, barów pękała w szwach od przepełnienia. Dużo nawet było zamykane na prywatne imprezy. Vegas się cieszy!
Jak, kiedy i po co to wszystko się tutaj zaczęło?
Dawno, dawno temu… no w sumie nie tak dawno bo w 1905 roku. Kolej torowa z Los Angeles w Kalifornii do Salt Lake City w stanie Utah potrzebowała jakiegoś przystanku, gdzieś pośrodku. I tak w środku niczego, w samym centrum pustyń powstała przystań.
W sumie to nie do końca powstała. Coś już tutaj wcześniej istniało, Mormońska osada, ranczo.
Nazwa Las Vegas oznacza po hiszpańsku „łąki”. Jeszcze przed Mormonami, hiszpański podróżnik i badacz znalazł tutaj wodę na pustyni i stworzył oazę.
Czy było tutaj coś jeszcze wcześniej? Pewnie tak. Na pewno jacyś Indianie na Mustangach przejeżdżali tędy wiele razy.
A kiedy z tych ranch powstało miasto? A no troszkę póżniej. W latach 1930-tych rząd Stanów Zjednoczonych wpadł na wspaniały pomysł że wybuduje największą tamę na świecie. Tak powstała Hoover Dam na rzece Colorado, która przepływa niedaleko. Tama była potrzebna do regulacji nieobliczanej górskiej rzeki, nawadniania lokalnych upraw i dawała energię 5 stanom. Przy budowie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, którzy potrzebowali gdzieś mieszkać, zjeść, zabawić się. W ten oto sposób miasto Las Vegas szybko się rozrastało. Jeszcze jak im zalegalizowali hazard to już nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Kasyna powstawały jak grzyby po deszczu.
Posiadali tanią energię, więc jak na tamte czasy to Las Vegas był najbardziej oświetlonym miastem. Aktualnie dużo tych starych neonów można oglądać w muzeum neonów, które znajduje się na obrzeżach miasta.
Polecam je odwiedzić jak już jest ciemno. Można było pochodzić po tym złomowisku/cmentarzysku zużytych ale wciąż jeszcze działających neonów i wyobrażać sobie jak Vegas wyglądało kilkadziesiąt lat temu.
Byłem w Las Vegas 7-8 razy. Pierwszy raz był gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych to jeszcze przez mgłę pamietam część z tych neonów oświetlających The Strip.
Tym razem jest to zdecydowanie mój najdłuższy pobyt w tym mieście, 7 dni. Ale nie jest źle, mam plan na zwiedzanie. Pierwsze 3 dni spędziłem w północnym Vegas, a teraz kolejne 4 to będę centralnie w samym sercu tego królestwa hazardu. Z małymi wyskokami na obrzeża.
Rano z reguły pracowałem z hotelu, a potem wyruszałem w nieznane. Głównie byłem na The Strip, ale też starałem się zapuszczać w dalsze rejony z dala od turystów. W ciągu dnia było ok, ale w nocy to pewnie bym się bał tam chodzić. W tych małych motelikach to ja spałem jak bywałem tu 20 lat temu. Teraz to wszystko jest zabite dechami.
Hotele i kasyna w centrum były w miarę oblężone przez ludzi, natomiast dalej od głównej części miasta to świeciły pustkami.
Udało mi się nawet parę razy wejść w miejsca gdzie czas się zatrzymał. Nawet stare maszyny do gier z lat 80-tych można było znaleźć. I jeszcze działały.
Mimo, że ponoć recesja dotknęła to miasto to dalej widać, że są inwestycje i Vegas się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie hotele/kasyna. Hard Rock buduje olbrzymie kasyno/hotel w kształcie gitary. Ma być ukończone gdzieś w połowie 2027. 3,600 pokoi, olbrzymie kasyno, wiele basenów, restauracji, atrakcji…
Jak to mówią, najwięcej informacji dostaniesz od barmanów albo kierowców taksówek. Tutaj też jest podobnie. Kierowcy mówili mi, że niestety hotele/kasyna zwalniają ludzi. I co robią bezrobotni? Idą na kierowców Uber albo Lift. Przy zmniejszającej się ilości turystów zapotrzebowanie na taxi też jest mniejsze, a tu więcej samochodów się pojawia, co oczywiście zmniejsza częstotliwość kursów. Mało tego, firmy wprowadzają autonomiczne taxi, które są jeszcze dodatkowym gwoździem do trumny dla biednych taksówkarzy.
Super tak się chodziło po tej olbrzymiej metropolii. Jest styczeń, cieplutko, palmy dookoła, często nawet bluzy nie potrzebowałem. Jak się chodzenie znudziło, to Vegas ma setki barów w których można usiąść, się ochłodzić i zagadać z lokalnymi.
Ilonka często kończyła spotkania wieczorami. W tym czasie starałem się wracać w nasze rejony, żeby wspólnie gdzieś spędzić wieczór i wyjść na kolację.
Nie jest to łatwe zadanie bo dużo restauracji w czasie CES jest albo w całości wynajęta, albo ciężko bez rezerwacji się dostać. Jest na to sposób. Trzeba wejść do kasyna, pochodzić po nim trochę i gdzieś w głębi są fajne restauracje, niewidoczne z ulicy, które z reguły mają wolne miejsca.
Oczywiście siedzenie w restauracji przy barze jest obowiązkowe. Tam się wszystko dzieje, tam można się wiele dowiedzieć, pogadać z kimś i dostać znacznie lepszy serwis niż gdzieś przy stoliku gdzie rzadko ktoś zagląda.
A i ceny są lepsze, zwłaszcza jak jest wesoło. Często dolewają wina za darmo, coś tam dadzą do spróbowania, coś tam „zapomną” policzyć… i tak jakoś leci…
Cztery dni szybko przeleciały. Uważam, że udało mi się jak nigdy poznać Las Vegas. Myślę, że na ten wyjazd wystarczy zwiedzania tej zatłoczonej metropolii, trzeba wyruszyć na odludzia, do Kalifornii. Ilonka wypadła super na CES i „obawiam” się, że za rok też tu będzie musiała przybyć. Pewnie ja też przylecę sprawdzić jak idzie budowa największej gitary na świecie, czy Flamingi dalej pozują do zdjęć turystom i oczywiście odwiedzić parę fajnych barów na obrzeżach…
2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)
Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!
Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.
Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.
Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.
A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.
Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami
Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.
Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.
W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.
Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.
Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.
O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.
Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.
Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.
Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.
Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.
Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.
Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.
Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.
Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.
Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.
Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!
A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:
„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”
Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…
Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.
Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….
Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto
Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.
Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!
2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)
Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!
Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.
Mowa tu o Spring Mountains.
Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.
Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.
Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…
Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.
Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.
Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.
A gdzie my w ogóle idziemy?
Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.
Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.
Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.
Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.
Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.
Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.
Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.
W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…
Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.
Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.
Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.
Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!
Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!
W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.
Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.
Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.
Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.
Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!
Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!
2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)
Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…
Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.
Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.
Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.
Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.
Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.
Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.
Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.
Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.
Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.
Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!
Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.
Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.
Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.
Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.
Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.
Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.
Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.
Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.
Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.
Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.
Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.
Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.
W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.
Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.
2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)
Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.
Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.
Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.
Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.
W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.
Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.
Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.
Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.
Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.
Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.
W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.
Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.
Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?
Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.
Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.
Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.
Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.
Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.
Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.
Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.
A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.
Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.
Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.
Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.
2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)
Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…
No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.
W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.
Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.
No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.
Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.
Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.
Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.
My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.
Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.
Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.
Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.
Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.
Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.
Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.
Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.
Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.
Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.
Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.
2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)
Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.
Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.
Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…
Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.
Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.
W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.
Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.
Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.
Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.
Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.
Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….
Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.
Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.
Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.
Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.
Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.
„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.
Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.
Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!
Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.
Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.
Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.
Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.
Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.
Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.
Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.
Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.
Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.
Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.
Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!
Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!
Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.
Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.
Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…
Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.
2025.11.29 Marsylia, FR & Monte Carlo, MC (dzień 2)
Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż (za wiele go nie mamy - tylko po plecaku), nie dbać o bilet (Ilonka wczoraj je kupowała przy trzeciej butelce wina - ciekawie gdzie zajedziemy) tylko patrzeć jak wszystko zostaje z tyłu…Wsiąść do pociągu….
Tak też było. Dostałem bilet SMS-em, nazwę dworca i prowadź. Dasz radę, Ilonka powiedziała. Pewnie, że dam! Pociąg do Monte Carlo mamy dopiero o godzinie 14, więc zanim do niego się załadujemy to by trzeba coś lokalnego pozwiedzać. Wpierw oczywiście klasyczne, tradycyjne, francuskie śniadanie.
Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer starym portem w kierunku bazyliki Notre-Dame de la Garde.
Szkoda, że nie mamy hotelu z kuchnią, bo tak świeżutkich rybek jak tutaj w starym porcie to ja dawno nie widziałem. Zapach może nie był idealny, ale tak jak z serami, im bardziej capi tym lepszy.
Bazylika znajduję się na dość sporym wzgórzu, z którego widoki na morze i miasto otoczone górami są wspaniałe. Niestety żeby tam dojść to trzeba trochę stromo do góry iść. Jakieś 30 minut.
Dobrze, że nie jesteśmy tutaj w lato bo pewnie jest tu przyjemnie „cieplutko” podchodzić do góry.
Bazylika znajduje się na najwyższym wzgórzu miasta i powstała gdzieś półtora wieku temu.
Kiedyś służyła też jako latarnia morska dla statków wpływających do portu w Marsylii. Aktualnie jest popularnym miejscem dla pielgrzymów.
Ze wzgórza bazyliki można zobaczyć wyspę If z zamkiem. XVI wieczny zamek był przez jakiś czas również więzieniem i to właśnie w nim Aleksander Dumas umieścił swojego bohatera w książce Hrabia Monte Cristo. A skoro to jest Ilonki ulubiona książka to nie mogło się obyć bez zdjęcia.
Troszkę pochodziliśmy wokół katedry, nasycili oczy widokami i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Oczywiście nie w linii prostej, tylko wymyśliłem parę placów po drodze. Zwiedzany, zwiedzamy….
Około południa wróciliśmy do hotelu po plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na nogach do niego mamy jakieś 30 minut, a pociąg dopiero o godzinie 14. Co tu robić? Jak to co, dokładnie to co lokalni robią. Do knajpy!
Było tak cieplutko, że jak bym miał to bym krótkie spodenki ubrał. Co tu musi być w lato? Nie chcę wiedzieć…. piwka by im brakło.
Dobrze schłodzeni ruszyliśmy uliczkami na dworzec. Marsylia jak każde większe miasta, ma dużo sklepów, parków, ludzi i czasami coś ciekawego się pojawia. Zaciekawiły mnie tramwaje. Długie, prawda?
Zdziwiło nas też, że dworzec główny jest położony na wzgórzu, do którego żeby wejść to trzeba nieźle schodów zaliczyć.
Nie ma non-stop pociągów z Marsylii do Monako, trzeba się przesiąść w Nicea. Ogólnie podróż bardzo krajoznawcza i widokowa. W miarę przestrzenne, czyste pociągi w ciszy z prędkością do 200km/h przemieszczają się wybrzeżem. Dużo tuneli, wiaduktów i zakrętów.
Przesiadka w Nicea była tylko paro minutowa, więc trzeba było szybko się uwijać. Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do głęboko, wkutego w skały podziemnego dworca w Monako.
Z dworca jest wiele wyjść. Oczywiście nie wiedząc którym mamy wyjść wzięliśmy windę i wyjechaliśmy na powierzchnię. Jak się później okazało to był błąd bo można było iść długim i płaskim podziemnym korytarzem i wyjść prosto w porcie.
Nam się to nie udało i setkami schodów i stromymi ulicami zaczęliśmy schodzić w dół.
Pierwsze wrażenie Monako? Wielo - poziomowe miasto! Ilość tuneli, stromych ulic, przeplatanych chodnikami i stromymi schodami to jakaś masakra.
My oczywiście nie śpimy w Monte Carlo, nawet nie śpimy w Monako. Śpimy po drugiej stronie granicznej ulicy, czyli we Francji. Dlaczego nie śpimy w Monako? Bo ceny głupie. Można oszczędzić setki Euro śpiąc 15-20 minut od centrum, czyli od Monte Carlo. A za zaoszczędzoną kasę można się nieźle zabawić.
Przyjemny hotelik Marriott nad samym portem spełnił nasze oczekiwania. Oczywiście dostaliśmy lepszy pokój i z lepszym widokiem - prosto na port i te ich wspaniałe jachty. Jedynym minusem był słaby bar w hotelu. Coś tam było, ale jak na Marriott to słabo, mogliby się lepiej postarać.
Oczywiście nie planujemy spędzić wieczoru w hotelowym barze, więc zostawiliśmy plecaki, ubraliśmy troszkę lepsze ubrania i ruszyliśmy na nocne podboje Monte Carlo.
A po co nam lepsze ubrania? Przecież my chodzimy w podkoszulkach całe nasze podróżnicze życie. Tutaj ponoć, żeby wejść wieczorem w lepsze miejsca to trzeba się „odwalić”.
My mamy tylko po plecaku, więc moje „garnitury” się nie załapały na ten wyjazd. Ale “jeansiki” i polówka z fajną bluzą sportową powinna wystarczyć. A jak nie to ich problem.
Zaraz koło naszego hotelu - po drugiej stronie ulicy (już w Monako) jest stadion piłkarski Louis II. Akurat odbywał się ligowy mecz (Monako-Paryż). Monako wygrało 1-0. Ilość ludzi i policji była ogromna. Ale na szczęście w ciągu kilku minut odeszliśmy dalej i już było normalnie.
20 minutowy spacerek po Monako dobrze nam zrobił i dotarliśmy do „bram” Monte Carlo.
Tutaj się wszystko zaczęło. Znacznie więcej ludzi, jaśniej, lepsze samochody i oczywiście ciekawsze knajpy i hotele. Nie wspominając o jachtach oczywiście…
Podeszliśmy w pobliże tego ich słynnego kasyna. Na placu przed kasynem oczywiście stały egzotyczne samochody, leciała świąteczna muzyka, a wszystko było pięknie udekorowane.
Była gdzieś godzina 20, więc do kasyna nie wchodziliśmy. Po godzinie 19 żeby wejść do środka to musisz być już naprawdę dobrze ubrany. Widzieliśmy ludzi którzy tam wchodzą, a my w naszych sportowych bluzach nie mamy szans. Postanowiliśmy, że wrócimy tu w ciągu dnia.
Poszwendaliśmy się wokół i zaczęliśmy myśleć co tu zrobić z tak pięknie zaczynającym się wieczorem. Jedno jest pewne, musimy coś zjeść. Jesteśmy tylko o wczesnym lekkim, francuskim śniadaniu, paru piwkach i orzeszkach.
Ciekawe czy można połączyć kolację z fajną, klimatyczną knajpą. Tak, tutaj można - Buddha Bar!
Popatrzyliśmy po sobie, po naszych ubraniach, sprawdziliśmy na internecie jaki jest wymóg żeby tam wejść i powiedzieliśmy - raz się żyje, może się uda.
Każdy z nas ma swoje, inne przeżycia związane z Buddha Barem w Paryżu. Trzeba sprawdzić co tutaj jest grane. Nie mieliśmy daleko, wejście jest w tym samym budynku co kasyno, tylko z drugiej strony. W pobliżu Fairmont hotel.
Podeszliśmy pod wejście. Pod wejście to za dużo powiedziane. Już na placu stało dwóch ładnie ubranych ochroniarzy, miało czarne taśmy rozciągnięte i robiło wstępną selekcję. No nic, zobaczymy czy się uda. Na pewniaka ruszyłem do nich, przywitałem się podaniem dłoni i powiedziałem że byśmy coś zjedli i się napili. Zmierzyli nas wzrokiem i ładnie po angielsku powiedzieli, że oni tutaj mają dress-code (trzeba się odwalić). Ja na to, że wiem, rozumiem i że mamy czarne polówki i że lubimy ich sushi. Po krótkiej rozmowie pozwolili nam wejść, tylko powiedzieli, że trzeba te bluzy ściągnąć i być w koszulach. Udało się! Jesteśmy w środku!
Buddha bar słynie z lekkiej, nastrojowej muzyki, dobrego sushi i wystroju. Muzyka jest fajna (przynajmniej dla nas) w ciągu dnia i wieczoru. W nocy jest zupełnie inaczej, o czym się później przekonaliśmy.
Posadzili nas w części barowo - lounge i podali menu. Na górze, jest część restauracyjna, ale chyba nie byliśmy odpowiednio ubrani, bo nawet nam jej nie zaoferowali. A po drugie my lubimy klimaty barowe.
Siedzieliśmy na wygodnych sofach, zaraz koło Buddy, słuchali dobrze dobranej muzyki i zamawiali drinki.
Niedaleko nas były schody na górę, na restaurację. Można było się napatrzeć, co teraz jest na topie w modzie w Europie. Króciutkie świecące sukieneczki i dobrze skrojone ciemne marynarki.
Zamówiliśmy trochę rolek, jakieś rybne taco i oczywiście dobrą, lokalną butelkę białego wina z południowej Francji.
Winko pyszne, jedzenie dobre. Nie zamawialiśmy sushi ani sashimi, bo mieli chore ceny. Rolki mieli dobre, ale myślę, że lepsze jedliśmy. Natomiast klimat i atmosfera była idealna. Można było się napatrzeć i nasłuchać gdzie bogatsza część Monte Carlo się bawi, i jak się bawi.
Myślę, że gdzieś tak po godzinie 22 muzyka zaczęła się zmieniać. Z delikatnej, nastrojowej, dobrej do jedzenia i gadania na bardziej klubową. Głośniej i szybciej. Im później tym jeszcze głośniej.
Naliczyliśmy 3 DJs co na dwóch stanowiskach rozkręcali imprezę.
Pojawiło się też coraz więcej podświetlanych, przeźroczystych pojemników na lód. Fajnie oświetlały stolik, ale ich głównym zadaniem było schładzanie Szampanów. A szczególnie szampana Cristal, którego to logo było na każdym pojemniku. Cena? Jedyne €700!
Gdzieś tak po północy DJs zrobili z Buddha Bar klub nocny. Było za głośno, my już za starzy na takie imprezy. Wyszliśmy na zewnątrz. W końcu była cisza i przyjemnie chłodno.
Uściskiem dłoni pożegnałem się ze znajomą mi już ochroną i podziękowałem, że mogliśmy doświadczyć unikatowych wrażeń w Monte Carlo. Mamy zaproszenie na następny raz.
Spacerkiem, już pustymi ulicami Monako wróciliśmy do naszego hotelu we Francji. Mecz się już dawno skończył, więc było bardzo spokojnie i pusto. Jutro zwiedzamy mniej rozrywkowe części tego cudownego wybrzeża.
2025.11.28 Marsylia, FR (dzień 1)
Nasza Marsylia zaczęła się nieźle. Najpierw usłyszeliśmy w samolocie zapiąć pasy lądujemy a za chwilę “pas jest zamknięty nie lądujemy”. I odlecieliśmy głębiej w morze Środziemne do Afryki. Hmmm…w Morocco zamiast Monaco to ja nie chcę być. W pierwszym byłam już w drugim jeszcze nie ale zakładam, że jest różnica.
Na szczęście pas startowy był zamknięty tylko na 10-15 min na jakąś inspekcję i udało się wylądować o czasie. Nam tam opóźnienia nie przeszkadzały bo i tak nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli hotel tak wcześnie rano.
Marsylia przywitała nas zimnem. Kapitan w samolocie mówił coś o 1C, telefon pokazywał 4C ale odczuwalne 2C. Wow…tak więc pierwsze co zrobiliśmy to ubraliśmy jeansy i kurtki. Po 15C w NY, jakiś 15h w zamkniętych pomieszczeniach z kontrolowaną temperaturą to uderzenie zimna było nam potrzebne, odrazu nas obudziło.
A gdzie te palmy, słoneczne plaże i gorące klimaty południa? Chyba spóźniliśmy się o jakiś miesiąc. No nic zawsze lepiej jak jest chłodno niż za ciepło.
Podjechaliśmy pod hotel ale niestety pokoju nie dostaliśmy. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Postanowiliśmy odwiedzić Palais Longchamp.
Palais Longchamp to pomnik otwarty z okazji otwarcia kanału Marsylii który doprowadził wodę do miasta. Wybudowany w XIX wieku swoją nazwę wziął od “dużych pól” po francusku Longchamp. Nie mylić ze słynnym producentem torebek i innych wyrobów skórzanych.
Aktualnie znajduje się tam muzeum i park. Park podobno jest jeden z piękniejszych ale pewnie na wiosnę bo teraz jakoś park nie powalał ale to właśnie tam znaleźliśmy pierwszą palmę na tym wyjeździe.
Spacerek i chłód nas obudził i jakoś do południa dotrzymaliśmy. Przyszła pora na lunch. Wybraliśmy knajpkę La Mercerie. Wybór bardzo dobry potwierdzony nie tylko dobrym jedzeniem ale też ilością lokalnych ludzi. Prawie sami lokalni a turystów bardzo mało. Przy takim obłożeniu lokalnymi byłam w bardzo pozytywnym szoku, że mówią tak ładnie po angielsku.
Wino i pyszne jedzenie nas uśpiło. W sumie na nogach byliśmy już jakieś 24h i poza małą drzemką w samolocie co nawet drzemką nie można nazwać nie spaliśmy w ogóle. Poszliśmy do hotelu z nadzieją, że pokój był i na szczęście był. W końcu łóżeczko.
Jak padliśmy tak obudziliśmy się 3h później. Już ciemno było. Ale miasta mają swój urok nocą, zwłaszcza miasta udekorowane świątecznie.
Marsylia co prawda dopiero dekoruje i jeszcze nie ma tak dużo świateł. Ciekawe kiedy Europa wymyśli, że Amerykanie (20% dochodu turystyki europejskiej jest z USA) mają wolne na święto dziękczynienia i fajnie by było jakby wszystkie markety świąteczne były już w pełni dekoracji i oferty.
Podchodziliśmy trochę po miasteczku ale dość dużo knajpek i restauracji niestety było zamkniętych na sezon. Na kolacje wybraliśmy najstarszą knajpę w mieście (1860 Le Palais). Ogolnie jedzenie pychota ale jakoś tak jasno tam było…brakowało nam takiego klimatu do posiedzenia.
Zjedliśmy, wypiliśmy a deser wzięliśmy na wynos. Jakoś nie mogliśmy przejść koło Macaroons obojętnie. Nie ma to jak zjedzenie paru na ulicy po pysznej kolacji.
Klimat znaleźliśmy dopiero w La Caravelle. Autentyczny bar który witał żeglarzy z Maryslii ciągle od 1920 roku.
Klimatyczny bar na pietrze. Mieli siedzenia przy barze ale my jednak wybraliśmy stolik. Jakoś w Europie niestety nie ma kultury siedzenia przy barze i poznawania nowych ludzi. Stolik był też lepszą opcją bo mieliśmy widok na zespół. Fajnie było posłuchać muzyki na żywo w jakimś lokalnym barze przy lokalnym winku.
Miksowali kawałki francuskie i angielskie (wiadomo pod turystów). Choć może i nie koniecznie bo nadal najwięcej się francuskiego słyszało wśród gości knajpy. Chyba dużo Francuzów teraz podróżuje lokalnie, na weekend sobie wyskakują.
Nam wieczór minął bardzo miło ale jak przestali grać to już postanowiliśmy wrócić do hotelu. Trzeba się wyspać bo jutro kolejny intensywny dzień.
2025.11.27-28 Marsylia, FR (dzień 0)
8 rano czasu europejskiego na nasz 2 w nocy a my siedzimy w małym samolociku w pierwszym rzędzie. Przemiły steward podchodzi do nas ze zrozumieniem na twarzy…wiem, że ciężko się lata tak wcześnie rano. Ano ciężko…
Przyniósł nam kawkę na obudzenie i zaczął wypytywać jak długo będziemy w Marsylli i jakie plany mamy. Po naszej odpowiedzi zadał dodatkowe pytanie. A czemu w takim razie nie lecicie prosto do Nicei. Bardzo dobre pytanie. A odpowiedź…jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Bilety do Marsylii były znaczenie tańsze
Pomału nasze Europejskie wyjazdy na święto dziękczynienia stają się tradycją. No bo jak tu nie skorzystać z kilku dni wolnego. Do tego skoro do Afryki lecieliśmy zwykłą klasą ekonomy i się przemęczyliśmy 14h w ciasnocie to odbijemy sobie w Monako. Udało mi się znaleźć fajną cenę więc 14h może lecieliśmy w niewygodach ale za to 7h polecimy jak królowie…no może nie do końca bo jednak nadal bilety były tanie więc i samolot stary. Coś za coś.
Ale najważniejsze, że indyka na obiad zjemy i dobrym winkiem popijemy.
Darek pogadal z AI (Gemini) dowiedział się wszystkiego i wyszło że o 11 am musimy opuścić dom żeby na lotnisku mieć wystarczająco czasu aby odwiedzić Delta One lounge (tak ten wypasiony o którym pisaliśmy we wrześniu), pójść, wypić i zdążyć na terminal 1 żeby złapać samolot AirFrance do Paryża. Niestety pomimo, że AirFrance z Deltą są mocno połączeni to terminala jednego nie mają i trzeba kombinować bo lounge Delta vs. AirFrance różni się bardzo….oj bardzo…. poczuliśmy to na własnej skórze.
Gdybyśmy nie musieli zmieniać terminalów to pewnie byśmy się spóźnili na samolot bo tak dobrze się siedziało ale kierownik wycieczki (Daruś) przejął się swoją funkcją i pilnował że trzeba opuścić DeltaOne Lounge 2:45pm (tak powiedział Gemini). Śmiechy śmiechami ale warto przechodzić dwa razy skanowanie bagażu i zmianę terminala bo drinek w DeltaOne smakuje tysiąc razy lepiej niż Heineken w zwykłym lounge. Nie mówiąc o jedzeniu i deserach…
Ta Darmowa restauracja w DeltaOne lounge pobija wszystko. Można liczyć na tradycyjny obiad z okazji święta dziękczynienia albo na przepysznego steaka jak się jest mało za tradycją. Do tego przemiła obsługa i w ogóle człowiek nie czuje się jak na lotnisku. To jest trochę niebezpieczne bo siedzi się tak fajnie, że można by było siedzieć ale trzeba w drogę.
Ok, czas lecieć. Lot przeleciał jak to lot. Trochę filmów, trochę gadania i trochę spania. Jak wylądowaliśmy w Paryżu to w spać się nawet nie chciało ale w sumie u nas to nawet północy nie było. Dwie godziny przesiadki, jakiś croissant z czekoladą, kawka i znów do samolotu. I tak właśnie poznaliśmy stewarda który nie mógł zrozumieć dlaczego lecimy do Marsylii a nie do Nicei. My też nie rozumiemy…ale może wkrótce się przekonamy.
2025.11.08-09 Savannah, GA & Congaree NP, SC
Czasem fajnie jest wrócić do miejsca gdzie się już było, innym razem człowiek może się rozczarować. Od czterech lat piałam pochwały na temat Savannah, miasteczka w stanie Georgia. Naprawdę miasteczko zrobiło na mnie wielkie wrażenie. Takie portowo-fabryczne, mające ponad 200 lat miasteczko z dużą ilością dobrych restauracji. Czego chcieć więcej? Może tylko jeszcze muzyki na żywo.
Darek nigdy nie był ani w Georgia ani w Savannah więc jak tylko przyszła okazja to bez zastanowienia kupiliśmy bilety.
Docelowo lecimy do naszych przyjaciół do Charlotte ale ponieważ do Charlotte bilety są dość drogie to lecimy do Savannah, tam spędzamy noc i wypożyczonym samochodem jedziemy do Charlotte.
W Stanach rząd jest zamknięty. Niestety pajacyki w DC się nie mogą dogadać co do budżetu kraju i wiele rzeczy nie działa tak jak powinno. Ogólnie jakoś tego nie odczuliśmy ale parę dni temu powiedzieli, że linie lotnicze muszą zredukować loty o 10%. Mieliśmy nadzieję, że nie padnie na nas i na szczęście się udało. Bez opóźnień dotarliśmy do Savannah w samo południe.
Savannah położona jest nad samą rzeką (Savannah River) i może nie byłoby w tym nic dziwnego ale właśnie tu rzeka wchodzi do oceanu i dzięki temu Savannah stała się trzecim co do wielkości portem w USA. O Savannie pisałam parę lat temu kiedy to spędziłam tam więcej czasu i miałam możliwość się trochę wyedukować.
Teraz tą wiedzę próbowałam przekazać Darkowi, ale chyba z marnym skutkiem. Jednak zawód przewodnika jest z jakiejś przyczyny. Żeby jednak wprowadzić Darka w klimat XVIII portu zabrałam go prosto z hotelu na deptak wzdłuż rzeki.
W zależności od każdego wyobraźni można uznać, że to jakieś stare opuszczone, nie wyremontowane budynki. Ale można też sobie wyobrazić jak w XVIII wieku toczył się tu handel, życie i wszystkie z tym zwiazane przyjemności.
Ja osobiście lubię sobie wyobrażać ten gwar uliczny, to picie w tawernach i targowanie się o każdy produkt.
Im dalej od rzeki tym bardziej bogate miasto. Druga część miasta to parki, rezydencje magnatów od bawełny no i oczywiście restauracje.
Głodni to my nie byliśmy jeszcze więc na początku wzięłam Darka po starych śmieciach.
Cztery lata temu bardzo spodobał mi się bar na dachu JW Marriott’a. My mieszkamy w zwykłym Marriocie więc mały spacerek był konieczny ale też zalecany. Niestety jak szybko tam weszliśmy tak szybko wyszliśmy. Jakoś nie było klimatu w ogóle. Jakby czekali i przygotowywali się do jakiejś większej imprezy z DJ.
Druga miejscówka też zapamiętana z zeszłego razu zaskoczyła mnie pozytywnie. Browar “Service” nie tylko miał bardzo smaczne piwko, miłą obsługę ale też muzykę na żywo. Ta muzyką dostali plusa. Siedzieliśmy dopóki grała muzyka. Na szczęście tak długo nie grała i wyszliśmy z baru o własnych siłach.
Dwie kolejne miejscówki były polecone cztery lata temu przez przewodników ale nie załapały się na odwiedzenie przez nas. Pierwsza to Dom Piratów (Pirates’ House). Pirates’ House wygląda jak jakaś rudera do której lepiej nie wchodzić. Ale rudera całkiem dobrze się trzyma bo ma już prawie 300 lat. Aktualnie restauracja powstała w najstarszym domu w stanie Georgia. Herb House (Dom Ziół) wybudowany został w 1734. Ogólnie historia Sawanny sięga lat 1733 kiedy to pierwsi kolonizatorzy przybyli w te rejony. Początkowo był to dom ale w 1753 roku został on przerobiony na zajazd gdzie zmęczeni żeglarze i piraci mogli odpocząć przy czymś z procentami. To tutaj właśnie wymieniane były historie żeglarzy którzy podróżowali przez Singapur, Bombaj czy Londyn. Musiało się tu dziać. Podobno do dziś jest tunel z domu (a dokładnie piwniczki z rumem) do rzeki gdzie wynoszono do statków tych co już nie mogli dojść o własnych siłach.
W książce “Wyspa Skarbów” Robert Louis Stevenson też wspominał Pirates’ House.
“Tis said, old Captain Flint, who originally buried the famous treasure on Treasure Island, died at the Pirates’ House in an upstairs room.”
Podobno do dziś niektórzy twierdzą, że widują ducha kapitana Flint’a. Bo duchów w Savannah jest dużo. Podobno jest to najbardziej nawiedzone miasto w Stanach na pewno a czy na świecie to nie wiadomo.
Niestety dziś Dom Piratów nie wywarł na nas wrażenia. Piraci zostali zastąpieni panienkami świętującymi wieczory panieńskie, a dobry rum z piwniczki został zastąpiony Heinekenem w butelce. I właśnie w tym momencie poczułam trochę rozczarowanie. Może z każdym miastem jest tak, że trzeba dopasować plan do wieku i ekipy? W Nowym Orleanie mamy podobnie, pierwszy raz był dla małolatów, drugi dla poważniejszych ludzi którzy przy whiskey słuchają Jazz’u… Tak więc poszukiwaniu czegoś dla bardziej “dojrzałych ludzi” w Savannah, poszliśmy do Olde Pink House.
Kolejny stary dom… XVIII-wieczny budynek pierwotnie był domem Jamesa Habershama Jr, bogatego plantatora bawełny. No bo tutaj całe bogactwo i tragedia ma w tle bawełnę. Wybudowany w 1771 roku dom początkowo miał białe ściany ale z czasem cegły zaczęły “krwawić” przez tynk, nadając mu charakterystyczny różowy odcień. I stąd nazwa Stary Różowy Dom. W swojej długiej historii dom pełnił różne funkcje – był rezydencją, siedzibą banku, a dziś mieści elegancką restaurację i tawernę.
Kolacja była wyśmienita. Co prawda rezerwację trzeba robić tak z miesięcznym wyprzedzeniem ale warto. Po kolacji zeszliśmy na dół do Tawerny. Tam to dopiero był klimacik. Zdecydowanie polecam zjeść kolację na górze, w otoczeniu starych portretów przy i kominku przy którym siedzieli magnaci XVIII wieku. Natomiast po kolacji jak najbardziej trzeba odwiedzić bar w podziemiach.
Oczywiście siedliśmy przy barze i poznaliśmy jakiś innych turystów, którzy jednak nie mieli szczęścia i obiad musieli jeść na dole. Jedzenie to samo ale klimat jednak inny. Taverna ma klimat relaksu przy drinku i cygarze (jak można było palić - teraz na szczęście nie można). A czas umilała nam muzyka na żywo. Fajne pianinko i solistka z zabójczym głosem. Czego chcieć więcej? No może jeszcze tylko Manhattan z dobrym whiskey!
Na szczęście bary tu zamykają dość wcześnie bo koło północy. Niby barman polecił nam jakieś inne miejscówki ale nie powaliły nas tak więc grzecznie wróciliśmy do hotelu. I dobrze bo rano trzeba jechać do Karoliny Północnej odwiedzić naszych przyjaciół.
Dopiero wyjeżdżając poza Sawannę można zobaczyć te ogromne plantacje bawełny. Teraz to pewnie cząstka tylko została ale w XVIII-XIX wieku to tu musiało się dziać. Droga do Charlote to około 4h. Skoro już jesteśmy w tych rejonach i pasuje gdzieś tak w połowie drogi rozprostować nogi to postanowiliśmy odwiedzić Park Narodowy Congaree.
Tylko Amerykanie potrafią z lasu i mokradeł zrobić park narodowy. Jakoś mnie ten park nie powalił. Fajny żeby się przejść rozprostować nogi, powdychać świeżego powietrza. Ale żeby jechać tu parę godzin to nie bardzo. Podobno można tu na kajakach pływać i może to być fajniejsza atrakcja. My tylko obeszliśmy deptakiem i po rozprostowaniu nóg wróciliśmy do samochodu. Nasi przyjaciele już na nas czekali i wreszcie wieczorem przy ognisku i przepysznej kolacji mogliśmy nadrobić stracony czas. Teraz jak się wszyscy porozjeżdżali to jest co nadrabiać - długie Polaków rozmowy do rana.
2025.09.18-22 Polska & Kopenhaga, DK
Od gór do morza. Tak ciągnie się Polska i tak ciągną się nasze wakacje. Byliśmy na Łysej Polanie, przejeżdżaliśmy przez środek (Łódź) i byliśmy nad morzem w Kołobrzegu. Więc jakby na to nie patrzeć to zwiedziliśmy całą Polskę. I pomimo, że tu się urodziliśmy i wychowaliśmy to nadal są miejsca które odkrywamy.
Lubię jak dojeżdżamy do Bornego Sulinowa. Droga tam jest długa, i chce się jak najdłużej zostać na autostradzie, ale jak się już z niej zjedzie, to pojawiają się łąki, pola, jeziora i drzewa… nic więcej. Nie ma miast, nie ma blokowisk, biurowców, jest tylko przestrzeń i bardzo ładne zachody słońca.
W Bornym spędzamy co roku parę dni. Chodzimy po lesie, zbieramy grzyby jak są a czasem nawet uda się zrobić ognisko.
Nigdy nie byliśmy grzybiarzami ale lubimy je jeść, lubimy chodzić po lesie i tylko jeśli jest ktoś z nami, kto potrafi zweryfikować czy to co znajdziemy jest jadalne to od razu robi się dzień pełen frajdy na świeżym powietrzu.
W deszczowe dni zbiera się grzyby, w ciepłe dni zbiera się drzewo na ognisko. Mieszkanie przy lesie ma swoje plusy… W tym roku nie mieliśmy za dobrego sezonu ogniskowego. Na biwak pojechaliśmy tylko raz ale po pierwszej nocy już nam powiedzieli, że więcej ognisk nie można robić bo jest za sucho… buu… Na szczęście mogliśmy to nadrobić i Darek miał ognisko jakie mu się marzyło. Długie, duże, z wędzonym boczkiem i przepyszną kiełbasą a do tego oczywiście piwko Połczyn. Najlepsze piwo na świecie!
Połczyn odkryliśmy kilka lat temu. Lubimy próbować lokalne browary, piwo przemysłowe nie jest naszym pierwszym wyborem jeśli mamy opcję spróbować coś lokalnego. No i takim oto sposobem odkryliśmy Połczyn i już nic nie jest takie samo.
Będąc na północy Polski staramy się też odwiedzać miasta nad Bałtykiem. Tym razem padło na Kołobrzeg.
W dzieciństwie nie pamiętam dużo wakacji nad morzem. Oboje z Darkiem byliśmy bardziej wychowani w górach a ja dodatkowo w Warszawie w której spędzałam prawie każde wakacje. Z tych nielicznych pobytów nad morzem pamiętamy jednak parawany, piasek który “gryzie” i lody włoskie albo watę cukrową.
Parawany do dziś są nawet w połowie września dużo ludzi wyszło na plażę się poopalać i skorzystać z ostatnich słonecznych dni. My do wody nie wchodziliśmy bo standardowo nawet strojów kąpielowych ze sobą nie mamy, ale palce zostały zanurzone.
Zarówno w Kołobrzegu jak i w Zakopanym jestem zniesmaczona ilością sklepików z badziewiem. Jeździmy trochę po świecie. Chodzimy w miejsca gdzie i rodziny z dziećmi przyjeżdżają ale nigdzie na świecie nie widziałam aż tylu budek ze śmiesznymi zabawkami. Jakoś w ogóle się to nie komponuje a dodatkowo psuje cały nastrój miasta. Dużo lepiej by było porobić knajpki gdzie można usiąść na piwko… no ale tak, w Polsce z tym ciężko bo każdy autem, a kasę lepiej wyciąga się od dzieci niż od dorosłych. Dobrze, że my nie mamy dzieci i zamiast wydawać majątek na Pokemony możemy odejść trochę dalej i zjeść dobrą rybkę.
Urozmaicony czas na pomorzu w cudownym towarzystwie minął szybko. Niestety nasze wakacje dobiegają końca. Szczerze to już trochę tęskni mi się za domem. Nie wiem czy mogłabym kiedyś pojechać na dłużej niż 2tygodnie. Pewnie wtedy całkiem inaczej człowiek wszystko planuje, mniej intensywnie, więcej domowych dni. Zanim jednak dolecieliśmy z Polski do Stanów mieliśmy jeszcze jedną noc w Kopenhadze.
Niestety Kopenhaga przywitała nas deszczem. Tak więc nici z naszego chodzenia po mieście szlakiem Hansa Christiana Andersena i zobaczenia Syrenki. Udało mi się tylko wyciągnąć Darka do zamku Rosenborg. W środku nie zwiedzaliśmy bo już było zamknięte ale z zewnątrz, zamek i ogrody prezentowały się bardzo fajnie.
Deszcz nas zagonił do restauracji The Olive Kitchen & Bar, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację. Bardzo dobra restauracja choć nie miała lokalnego vibe. 90% amerykańskich turystów którzy chcieli płacić kartami Amex… dlaczego w Europie ich tak nie lubią? Kiedyś za Amex płaciło się dużą prowizję, ale to już było. Teraz jak naprawdę chcą amerykańską kasę od turystów to powinni zacząć ją przyjmować.
Z Europą i Kopenhagą pożegnaliśmy się w lokalnym barze, nie było jednak klimatu więc wróciliśmy do hotelu. Europa nie jest przystosowana dla samotnych ludzi. W Stanach możesz iść sam do baru czy restauracji, usiąść przy barze i zawsze kogoś ciekawego możne spotkać albo przynajmniej pogadać i pośmiać się z barmanem. Darmowa terapia jak nic. W Europie… głównie każdy siada przy stoliku we własnej grupie. Ale to nic, my zawsze zagadamy jak nie barmana to do kelnera i rozkręcimy jakoś tą imprezę.
2025.09.10-14 Zakopane, PL
Podczas każdego pobytu w Polsce staramy się wyskoczyć na parę dni w góry. Nie ukrywam, że lubimy góry i potrafimy się tam zrelaksować i odpocząć. Zakopane i Tatry są taką naszą często wybieraną destynacją.
Różnie ludzie mówią o Zakopanym. Że za duża komercja, że przeludnione, za drogie… Oczywiście jest w tym dużo prawdy. My na szczęście znamy już te rejony i wiemy jak się poruszać i jak unikać przeludnionych miejsc. Przynajmniej w większości przypadków.
Ludzie jadą do Zakopanego w różnych celach. Na zakupy, na imprezy, dla dobrego jedzenia, dla zdjęcia na social media, no i pewnie niektórzy dla gór i hików. Każdy ma swoje powody. My też je mamy. Czas w Zakopanem spędzamy z najbliższą rodziną na górskich szlakach a wieczorami w karczmach przy dobrym jedzeniu i góralskiej muzyce. Przez cztery dni pobytu w Zakopanym nawet nie udało nam się iść do miasta i do tych ich słynnych Krupówek. Po prostu nie mieliśmy czasu ani ochoty.
Często mieszkamy w domkach „kablowskich”. Tym razem postanowiliśmy to zmienić i zamieszkać w pensjonacie „Green Deer”. Jest to nowy dom góralski zaraz przy Dolinie Białego. Z dala od głośnego Zakopanego, tuż obok szlaku „Pod Reglami” no i oczywiście z widokiem na Giewont. Na ten szczyt na pewno się nie wybieramy (za dużo ludzi), więc przynajmniej z balkonu go sobie pooglądamy.
Mamy parę planów na te cztery dni, ale zobaczymy ile z nich się uda zrealizować, bo pogoda ma być taka 50/50. Trochę słońca, a trochę deszczu. W pierwszy dzień było pochmurno i tak lekko mżyło, więc nie zapuszczaliśmy się wysoko w góry. Dolina Strążyska, Droga nad Reglami, Sarnia Skała, Kalatówki.
Nienajlepsza pogoda ma też swoje uroki. Taki tajemniczy i niedostępny klimat z brakiem ludzi. Na całej trasie może spotkaliśmy z 20-25 osób. Tak to można chodzić.
W jeden z dni mieliśmy zamiar odwiedzić Tatry Zachodnie, a dokładnie Dolinę Kościeliską z Halą Ornak i wyjść na Ciemniak. Niestety pogoda była taka sobie i każdy poszedł w swoim kierunku. Ilonka w rejon Kalatówek i Hali Kondratowej a ja troszkę odszukiwałem stare zakątki Kuźnic i jak pogoda się poprawiła to wyruszyłem w górę szlakiem w kierunku Kasprowego. Dzisiaj było więcej ludzi niż wczoraj, ale dalej ok. Co parę minut spotykałem kogoś na szlaku. Na Kasprowy nie wyszedłem bo miałem późny start, ale trochę nad Myślenickie Turnie udało się wyjść. Przyjemnie tak się wałęsać po Tatrach bez pośpiechu.
Na koniec nam wszystkim udało się spotkać w Leśniczówce w Kuźnicach. Ciekawe miejsce na przekąszenie czegoś po pobycie w górach. Polecam to miejsce zwłaszcza jak jest ładna pogoda. Można zejść ze szlaku i w zaciszy nad strumykiem usiąść i ugasić pragnienie czymś chłodnym.
Niektórzy mówią, że pobyt w Tatrach nie jest do końca zaliczony jak się nie odwiedzi rejonu Morskiego Oka. W tej części Tatr byliśmy wiele razy, bo naprawdę jest pięknie. Tak i tym razem postanowiliśmy tam spędzić jeden dzień, zwłaszcza, że mieliśmy piękną pogodę.
Ilość ludzi i samochodów jaka była na parkingu i na drodze do Morskiego Oka to jakaś masakra. Widać, że w Tatry, a zwłaszcza w popularne rejony dalej przyjeżdża ogromna ilość ludzi. Zwłaszcza przy świetnej pogodzie.
Na szczęście myśmy nie szli aż do Morskiego Oka, ani do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nasz plan na dzisiaj to odwiedzenie bardziej spokojnego miejsca w tym rejonie. Mowa tu o schronisku w Dolinie Roztoki.
Malowniczo położone w zacisznej dolinie z pięknymi widokami, dobrymi naleśnikami i chłodnym piwkiem. A co najważniejsze? Bez tłumów! Taka cisza i spokój. Wiadomo nie jest tak popularne jak Morskie Oko, więc i ludzi też brak.
W bufecie bez kolejki można zamówić produkty, z łatwością znaleźć stolik w środku lub na zewnątrz, i jeszcze porozmawiać z załogą. Bardzo polecam!
W drodze powrotnej do miasta jeszcze odwiedziliśmy nowo powstałe platformy widokowe Sky Walk.
Mieliśmy mieszane uczucia jeśli chodzi o ten cały kompleks. Pomysł dobry, zwłaszcza dla ludzi co nie chodzą po Tatrach, a chcą mieć wspaniałe widoki gór.
Serpentynami wychodzi się dosyć wysoko, ponad drzewa. Przy dobrej pogodzie widok na Tatry jest piękny, podany jak na dłoni.
Na szczycie jest parę atrakcji dla odważnych. Chodzenie po szkle, siatce, zjeżdżalnie w dół…. Spacer po siatce chyba nam się najbardziej spodobał.
Oczywiście nic nie jest w Zakopanym za darmo. Sky Walk też nie. Moim zdaniem to „trochę” za dużo za to chcieli. Normalny bilet to aż 69 złotych plus 20 za parking. Słono sobie górale liczą. Raz można iść i zobaczyć i poczuć się jak ptak lecący nad drzewami.
Pisałem, że jeździmy do Zakopanego żeby też coś dobrego zjeść. Zgadza się, można tu coś dobrego znaleźć, zwłaszcza jak się lubi mięsko.
Zaraz koło naszego pensjonatu jest Karczma Biały Potok. Ilonka sprawdziła i powiedziała, że mają dobre opinie i można się przejść na kolacje. Dobry wybór.
Zamówiliśmy wiele potraw i każdy był zadowolony z wyboru. Ja poszedłem w golonkę. Wielka i pyszna była!
Często w karczmach jest głośna, góralska muzyka na żywo. Tutaj oczywiście też tak było. Na szczęście karczma jest duża i można dalej od zespołu usiąść, albo poprosić stolik na piętrze, gdzie jest znacznie ciszej i można swobodnie pogadać.
Drugą karczmę którą polecam to Bąkowo Zohylina Wyźnio. Taki sam, tradycyjny góralski wystrój i klimat. Tutaj jest znacznie głośniej, więc jak ktoś szuka kolacji w ciszy to nie tutaj.
Obsługa poleciła steak. Mówili, że przepyszny. Rzeczywiście taki był. Podawany na rozgrzanym kamieniu z całymi ziemniaczkami, surówkę i paroma sosami! Prawie już dorównuje tym słynnym leżakowanym tygodniami wołowiną w solach przy blisko zero Celsjusza.
Ilonka zamówiła żeberka ze świnki i mówiła, że palce można lizać. Reszta grupy też była zadowolona z ich potraw. Polecamy.
Na koniec oczywiście podszedł do mnie kelner i mówi, że nas pamięta z poprzedniego roku. Hmmm… ciekawe dlaczego. Sprawdzimy czy jak pójdziemy za rok to też będzie nas pamiętał.
Niestety wracaliśmy w niedzielę z Zakopanego, więc korki na drogach były. Zwłaszcza do Nowego Targu gdzie dalej niestety droga jest dwukierunkowa. Później już jakoś leciało, ale mimo to i tak nam powrót zajął ponad dwie godziny.
Zakopane - do następnego razu!
2025.09.06 Kopenhaga, DK
Tym razem do Polski lecimy przez Kopenhagę. A skoro nigdy nie byliśmy w tym mieście ani w tym kraju to postanowiliśmy spędzić noc i zobaczyć co Kopenhaga ma do zaoferowania.
Dużo Amerykanów jak tylko mówiliśmy, że lecimy do Kopenhagi reagowało zdaniem “Kopenhaga jest super, moje ulubione miasto w Europie”. Interesujące. Nie spodziewałam się nagatywnych opinii ale żeby od razu ulubione, najlepsze. Hmmm…oczekiwania zdecydowanie są wysokie.
Zanim jednak wyruszyliśmy na miasto i słynne śledziki to przespaliśmy się z 3h. Po całej nocy w samolocie z takim sobie snem, łóżeczko w hotelu było naszym najlepszym przyjacielem. Hotel w takich sytuacjach rezerwuję na dwa dni tak, że jak tylko przyjechaliśmy to pokój był już gotowy.
Mieszkamy na obrzeżach miasta bo zależało nam żeby było blisko lotniska ale na szczęście jest bardzo fajne połączenie metrem z centrum miasta więc w niecałe 15 min znaleźliśmy się w centrum. Pierwsze wrażenie…Europa…
Co to znaczy? Specificzna architektura, kocie łby muszą być, rowery zdecydowanie, zwłaszcza na północy, no i knajpki z ogródkami na zewnątrz.
My co prawda pierwsze piwo wypiliśmy bardziej w piwnicy niż ogródku ale to też dość europejskie, że wchodząc do knajpy trzeba uważać, żeby się nie uderzyć w głowę.
Dania i Kopenhaga słynie z trzech rzeczy. Carlsberga, śledzi i Hansa Christiana Andersena. Jeden nam się znudził, drugi nie żyje a za trzecim się trochę stęskniliśmy. Wiecie co jest co?
Tak, za śledziem się stęskniliśmy. Zwłaszcza za dobrym. Carlsberg jest lekkim piwem i czasem go pijemy ale my wolimy pełniejsze piwa. Dlatego piwem nas nie powalili, śledziem natomiast bardzo. Skandynawia podobnie jak polska słynie ze śledzi. Śledzie zyskały na popularności lata temu, tak z tysiac lat temu. Wtedy bowiem w basenie morza Bałtyckiego wchodziło chrześcijaństwo. A jak chrześcijaństwo to i post a jak post to i ryby….i takim oto sposobem wzrosła popularność śledzia którego w północnych wodach jest pod dostatkiem. Kraje skandynawskie nawet prowadziły wojny o dostęp do morza właśnie po to aby kontrolować połów tak wartościowego towaru.
Takie pyszne śledzie można znaleźć w Husmann’s Vinstue. Bardzo fajna knajpka tylko z jakiejś przyczyny czynna tylko w porze lunchu. Menu mieli pyszne, może nie do końca duże porcje na kolacje ale przecież nie każdy chce się objadać na noc.
Knajpka Husmann's Vinstue działa od 1888 roku więc myślę, że przez ponad 100 ogarnęli te śledzie…ale pomimo, że mają ich z 10 rodzajów to mięsko też bylo bardzo dobre. Ogólnie bardzo fajna atmosfera, pyszne jedzonko a i piwko też nie najgorsze.
Poranny (bo u nas to tak dość rano było) głód złagodzony więc mogliśmy iść w miasto. Bez planu, gdzie nas poniosą nogi. Miałam jakieś tam punkty na mapie ale ogólnie to nie było presji je odchaczać. Pogoda dopisywała więc fajnie się spacerowało. Aż doszliśmy do wolnego miasta Christiana.
Christiana to wolne miasto na terenie Kopenhagi. W sumie to ciężko nazwać miastem a bardziej dzielnicą. Kiedyś tu były wojskowe baraki ale w latach 70-tych opuszczkne baraki przejeli hippisi. A że chcieli mieć wolność, swobodę i święty spokój od narzucanych norm to ustanowili się wolnym miastem. Teraz to bardziej dzielnica pelna pubów, koncertów i pchli market.
Przejście całego terenu nie zajęło nam długo ale jakoś nie przyciągnęło nas na tyle żeby usiąść. Przyciągnęły nas za to drożdżówki. Po angielsku drożdżówka to danish a Danish to duńskie…no więc nie ma to jak spróbować Danish apple danish…
Cukiernia dobra choć dla kogoś kto wyrósł na polskich drożdżówkach dość podobny smak…. może bardziej bogate w owoce są te Duńskie.
Dania największy kraj Europy jak wliczymy Grenlandię ale nawet poza Grenlandią, Dania ma ciekawe położenie. 70% leży na półwyspie Jutlandzkim a pozostałe 30% to 406 wysp z czego 79 jest zamieszkanych. Stolica Dani, Kopenhaga też jest położona na wyspie (Zelandia) więc co za tym idzie jest otoczona wodami które tworzą kanały i dodają miastu uroku.
Dzielnica Nyhavn jest właśnie taką klimatyczną częścią Kopenhagi położoną nad wodą. W sobotnie popołudnie zdecydowanie tętniła życiem. Jednak ilość rowerów i ludzi troszkę nas odstraszyła. Chyba najbardziej nam te rowery dokuczały. Ogólnie super, że ludzie poruszają się rowerami a nie samochodami, ale oczy trzeba mieć wokół głowy, żeby coś w ciebie nie wjechało. A jak się jest rozkojarzonym turystom to jest z tym czasem trudno. Ale daliśmy radę. Pochodziliśmy po dzielnicy, niestety nigdzie nie usiedliśmy bo wszędzie to głównie restauracje a my tak tylko chcieliśmy na piwko przykucnąć. Dopiero parę przecznic dalej znaleźliśmy ochłodę w knajpce z ogródkiem piwnym.
Na mieście spędziliśmy kilka godzin i zrobiliśmy piękne kółeczko. Ściemniało się więc na kolację przyszedł czas. Na dzisiejszy wieczór wybrałam Det Lille Apotek ristorante czyli małego farmaceutę. Nazwa restauracji odzwierciedla pierwsze zastosowanie tego lokalu jakim była apteka. W 1720 roku w miejscu tym otwarta została restauracja i do dzisiaj serwuje “lekarstwa” tylko może w innej postaci. Podobno do słynnych gości należał H.C. Andersen, ciekawe czy siedział przy tym samym stoliku co my.
Jedzonko było pyszne. Czasem boję się tych “najstarszych” restauracji, że to taka pułapka turystyczna ale na szczęście w tym przypadku pułapką to nie było. Jedzenie i atmosfera było super.
Jakoś Kopenhaga nie wciągnęła nas i po kolacji wróciliśmy grzecznie do hotelu… ale nie do pokoju. Na szczęście nasz hotel ma bar i to na ostatnim piętrze więc dzień zakończyliśmy przy czymś na trawienie w bardzo przyjemnym i zamerykanizowanym barze.
Dlaczego zamerykanizowany? Bo można było usiąść przy barze. To nie jest popularna opcja w Europie… chyba Europa nie nastawia się na dużo samotnych ludzi. Bo bar jest przecież idealny żeby poznać ciekawych ludzi.
2025.09.05 Kopenhaga, DK
Przyszedł czas na coroczny wylot do Polski. Niestety nie jest to łatwe zadanie dla rodzinnego agenta podróży czyli dla mnie. Dlaczego….a dlatego, że Kraków jest lotniskiem z najgorszymi połączeniami międzynarodowymi. Do tego my musimy lecieć na południe Polski (Kraków) a wylatywać z północy… do tego wszystkiego musimy lecieć Delta, a Darek jeszcze bardzo chciał mieć doświadczenie z Delta One Lounge czyli musieliśmy wylecieć z JFK ale dokładnie z terminala 4. I to wszystko musiało się zmieścić w rozsądnej cenie poniżej $1500 na osobę…nie realne, nie?
A jednak….jak się chce znajdzie się sposób jak nie…znajdzie się wymówkę.
Dziś wszystko chodziło o DeltaOne lounge. Delta doszła do wniosku, że musi zrobić coś specjalnego dla ludzi lecących pierwszą klasą. Tak więc na największych lotniskach jak JFK, LAX itp stworzyła osobne lounge (salony) dla elity. My przy użyciu punktów, certyfikatów i innych sztuczek kupiliśmy bilet do Europy na pierwszą klasę, powrót już nie pierwszą. Do tego lecimy z terminala 4 więc spodziewamy się bardzo płynnego doświadczenia. A żeby to wszystko zmieściło się w naszym budżecie to musieliśmy wylecieć w piątek, do Kopenhagi i przenocować tu, ale też pozwiedzać.
Doświadczenie jest super… trzeba przyznać że poznaliśmy kolejny poziom podróży. Uber przywiózł nas na lotnisko i ok 10 min zajęło nam od wejścia na lotnisko do pierwszego drinka. Nieźle nie? Najpierw przywitał nas pan który odprowadził nas do check-in stanowiska, spytał się czy potrzebujemy pomocy z bagażami a jak powiedzieliśmy, że damy radę to nadal szedł z nami rozmawiając o Kopenhadze. Potem nas odprawił i pożyczył szczęśliwego lotu.
Po odprawie, jest specjalna bramka gdzie tylko ludzie z DeltaOne mogą przejść tak więc kolejka….zero…no może jedna osoba była przed nami. Potem dalej bez ludzi, ładnie boczkiem można przejść do lounge….a tu wielkie wow…
DeltaOne to nie jest zwykły lounge to jest cały nowy poziom gościnności. Przemili ludzie mówiący gdzie co jest, pizza prosto z pieca, piwa które nie są masową produkcją ale przede wszystkim restauracja…restauracja gdzie przy pysznym winku można zjeść przepyszną rybkę albo steaka i to wszystko za darmo…
Niestety skoro lecimy w piątek a nie jak pierwotnie planowaliśmy we wtorek to ja musiałam pracować. Lunch przepyszny w restauracji zjadłam a potem to już tylko halo halo.
Darek zwiedzał lounge i próbował deserów. Ja niestety (albo aż) znalazłam tylko bar soków, spróbowałam paru i poświęciłam się pracy.
Lounge fajny, wygodny, dobre jedzenie i lepszy wybór alkoholi niż w normalnym lounge. Moje serce jednak wygrali zdrowymi sokami i restauracją, która zdecydowanie nastraja na świętowanie i robi z podróży przyjemność a nie niedogodność. Tak się fajnie siedziało, że o mało nie spóźniliśmy się na samolot. Wchodziliśmy ostatni i pani zwróciła uwagę, że nas już wywoływali…ops…. znów wchodziliśmy jako grupa 9 (na osiem możliwych).
Teraz tylko jeszcze 7.5h i będziemy w Europie. Samolot trafił nam się starszy więc troszkę brakowało prywatności ale jak to się mówi “darowanemu koniowi nie patrzy się w usta”. Ten brak prywatności niestety niektórym pasażerom bardziej przeszkadzał i upominali Darka, że za głośno gada…no tak ale jak dziecko płacze to nikogo nie upominają. I gdzie tu sprawiedliwość.
Zastanawiacie się czemu Darek z takim zainteresowaniem pije kawe Starbucks…hmm…w Stanach nigdy nie wiadomo co jest w kubeczku a kubek na kawę nie zawsze oznacza, że jest tam kawa. Dopowiem tylko, że dużo tej “kawy” panie roznosiły po pokładzie.
Czemu kawa? Jak samolot jest na ziemi to teoretycznie nie można podawać alkoholu wysoko procentowego…ale od każdej zasady są wyjatki i tak właśnie każdy miał kubeczek na kawę a w nim lód i coś do lodu….whiskey, likier kawowy czy co kto lubi.
Lot jakoś minął. Do snu ululało nas porto które podali do deseru. Ogólnie wybór win i jedzenie nie był najgorszy. Małe rzeczy jak szklanka, prawdziwe sztućce czy dobry posiłek są konieczne aby podróż nie była udręką.
Udało nam się trochę zasnąć i około 5:30 rano obudził nas wschód słońca gdzieś nad morzem Północnym. Teraz tylko wylądowanie, pozbieranie bagaży i do hotelu wyspać się. Pokój podobno już na nas czeka. W NY jest północ więc drzemka jest wskazana.
2025.08.21-22 Mt. Washington, NH
Lato już prawie się kończy, a my dalej nie wyciągnęliśmy naszego namiotu z szafy. Wstyd, prawda? Kiedyś to się jeździło 6-8 weekendów w sezonie na biwaczki, a teraz nawet na jeden się ciężko wybrać.
Szybciutko trzeba ten błąd naprawić i gdzieś wyskoczyć na kamping.
Mimo, że to już koniec sierpnia, to wciąż upały mogą być, więc trzeba wyjechać bardziej na północ w górki żeby uniknąć smażenia się na słońcu. Wybór padł na Franconia Notch w stanie NH. Mimo, że jedzie się tam z 6-7h to kiedyś w miarę regularnie tam wyjeżdżaliśmy. Teraz jakoś bliżej mamy do CO niż do NH. No i dobrze, bo lepsze góry.
Nowe pokolenie nam rośnie, wiec trzeba ich wyszkolić na zawodowych kampowiczów. Zapakowaliśmy się w dwa samochody i wyruszyliśmy na 4 dni do NH. Jest ku temu też okazja, bo jeden z dzieciaków ma dokładnie piąte urodziny w ten weekend! Uwielbia pociągi, więc wyjazd na szczyt Mt. Washington pociągiem wydaje się być najlepszym prezentem.
Droga jak to droga, zawsze za długa. Zajechaliśmy na camping gdzieś o 7 wieczorem. Akurat żeby się rozbić za widoku i zrobić coś do jedzenia. Dzisiaj nie można za długo siedzieć, bo niestety pobudka o 5 rano. Ja z Ilonką nie jedziemy pociągiem na szczyt góry. My wychodzimy na nogach, a tam się idzie parę godzin.
Noc krótka i zimna. W sumie dobrze się śpi w takich temperaturach, ale niestety co chwilę słychać było ciężarówki na pobliskiej autostradzie. My z NYC więc przyzwyczajeni do hałasu, ale chyba nie takiego. Pamiętam, że wcześniej jak tu jeździliśmy to nie było takiego ruchu samochodów ciężarowych. Ale zawsze tu bywaliśmy w weekendy (mniejszy ruch ciężarówek). Teraz jest czwartek, więc pewnie transport samochodowy jest wysoki. No nic, weekend idzie to na pewno się lepiej wyśpimy.
Zbieranie się na hike o 5 rano po ciemku na kampingu nie należy do łatwych i przyjemnych. Nawet do łazienki jest kawałek. Nie powinno też się chodzić po kampingu jak jest ciemno ze względu na misie. Trzeba było uważnie oświetlać pobliski teren. Na szczęście około 5:45 zaczęło się rozwidniać.
Plecaki spakowane, śniadanie zjedzone, buty na hike znalezione… można wyruszać. Po około 45 minutach dojechaliśmy na parking gdzie zaczyna się nasz szlak.
Na szczyt Mt. Washington idzie się gdzieś 4 godziny. Chcemy być na szczycie najpóźniej w południe, bo wtedy wyjeżdża pociąg z jubilatem. Już jest prawie ósma rano, więc za wiele nie mieliśmy czasu. Po batonie energetycznym do plecaka i w drogę.
Szlak jest podzielony na trzy sekcje. Pierwsza łatwa, lasem koło strumyka lekko do góry. Druga bardzo stroma, wpierw lasem a potem po skałach aż do schroniska Lakes of the Clouds. Trzecia na szczyt, powyżej górnej granicy lasów, średnie nachylenie, cały czas skalna ścieżka, nic trudnego przy dobrej pogodzie.
Mimo, że piątek to w miarę trochę ludzi szło. Mówiąc trochę to mam na myśli spotykanie ludzi co 10-15 minut w obu kierunkach. Część ludzi śpi w schronisku i rano się przemieszcza w inne rejony gór dlatego o tej rannej porze już schodzą. Słonecznie, jakieś +10C, idealnie na hike.
Po około godzinie, czyli gdzieś w rejonach 9 rano przeszliśmy strumyk i łatwa część szlaku dobiegła końca. Teraz zaczęły się schody. W dosłownym słowa tego znaczeniu.
Stromo do góry dobrze przygotowanym szlakiem. Nic trudnego tylko nogi trzeba było wyżej podnosić. Oczywiście prędkość nam spadła, ale dalej szliśmy zgodnie z planem.
Pomału zaczęliśmy wychodzić z lasu. Leśna ścieżka zmieniała się w chodzenie po skałkach, ale za to widoki były lepsze.
Dalej nic trudnego, ręce tylko czasami były potrzebne. Pamiętam jak kiedyś tutaj szedłem w mgle i podczas dużego wiatru. Ciężko było. Zwłaszcza w znajdywaniu szlaku. Dzisiaj w porównaniu do tamtych warunków to jak spacerek w parku.
Około 10:30 dotrwaliśmy do schroniska Lakes of the Clouds. Schronisko prawie puste o tej porze. Ci co w nim spali już wyszli w góry, a nowi jeszcze nie dotarli. Parę lat temu jak robiliśmy wiele szczytów to też tutaj spaliśmy. Fajnie położone wysoko w górach nad lasami. Super klimacik.
Nie mieliśmy za dużo czasu na odpoczynek w schronisku bo jubilat właśnie już wsiada do pociągu, a za 45 minut ma wysiąść na szczycie Mt. Washington.
Parę minut przed 11 wyszliśmy ze schroniska. Piszą, że idzie się gdzieś 1:15-1:30 na szczyt. Powiedziałem Ilonce, że jak będzie troszkę szybciej nóżkami przebierać do będziemy na czas.
Szło się super. Trochę słońce dokuczało, ale wiatr był intensywniejszy niż na dole i idealnie nas ochładzał.
Szczyt było widać już od schroniska, ale za bardzo nie chciał się przybliżać. Jednak w górach, zwłaszcza ponad lasami gdzie wszystko widać, są duże odległości.
Szczyt Mt Washington (6,288 stóp,1,917 metrów) osiągnęliśmy o 12:05. Idealnie na przywitanie jubilata i na dmuchanie świeczki. Sto lat, sto lat….!!!
Posiedzieliśmy na szczycie jakieś 30 minut, pogadali, odpoczęli i na szczęście udało nam się zdobyć bilet i wrócić na dół tym samym pociągiem co reszta ekipy. Nie musieliśmy schodzić, tylko wygodnie usiąść i w ciągu 45 minut zjechaliśmy na dół.
Po drodze przewodnik opowiadał nam lokalne ciekawostki a także jak to wszystko tutaj się zaczęło. Kolej zębata na szczyt Mt. Washington powstała w 1869 roku i była to pierwsza tego typu kolej zębata na świecie. Na początku kolej była napędzana parowozami. Aktualnie w użyciu są lokomotywy biodieselowe, ale też można się przejechać odresturowanym parowozem.
Wróciliśmy na kamping a tu zła wiadomość. Bardzo zła! Nie można palić ognisk bo jest susza!
Co?!?!?! Tak jakoś zareagowaliśmy.
Rozmawialiśmy z park ranger i niestety to prawda. Ponoć od dwóch miesięcy nie mają żadnych dużych opadów i wszystko wyschło. Ogniska sprawiają duże zagrożenie dla pożarów lasów i straż pożarna zabroniła ich palenia.
Było to tak zła wiadomość, że nie wiedzieliśmy co dalej robić. Zastanawialiśmy się jaką dobrą chwilę i wszyscy podjęliśmy decyzję, że kamping bez ogniska to nie kamping. Nic tu po nas.
Na kolejne dwie noce pojechaliśmy do hotelu. Koniec!
2025.07.20 Quandary Peak, CO (dzień 3)
Po wczorajszym hiku w rejonach resortu narciarskiego A-Basin zaostrzył nam się apetyt na coś większego, wyższego. Trzeba w końcu zacząć zdobywać te słynne czternasto-tysięczniki w stanie Colorado!
Colorado posiada 58 szczytów powyżej 14,000 stóp (4,267m.). W sumie to jeszcze żadnego z nich nie zdobyliśmy. Kiedyś tam na jeden wyjechałem samochodem, ale przecież to się nie liczy.
Teoretycznie na wszystkie można wyjść, w praktyce to jest jednak trochę inaczej. Część z nich jest bardzo trudna i bez specjalistycznego sprzętu do wspinaczki i solidnych umiejętności nie polecam prób zdobycia tych szczytów.
Jako nasz pierwszy 14,000 wybraliśmy Quandary, 14,271 stóp (4,350m.). Dwa główne powody za tym stały: łatwość zdobycia i bliskość od naszego hotelu. Jest to jeden z łatwiejszych szczytów i proponują go początkującym wysokogórskim górołazom. Dalej jednym z głównych utrudnień jest brak tlenu, ale o tym później.
Tak gdzieś od połowy czerwca pokrywa śniegu znika albo jest na tyle mała, że bez raków można się wspinać.
Proponowany start jest gdzieś o 6 rano lub wcześniej. Zalecają tak wczesny start żeby nie być na szczycie po godzinie 12 w południe. Powód? Burze. W lato mogą tu występować burze z częstymi wyładowaniami. Raczej nie chcesz znajdować się na najwyższym szczycie w okolicy podczas wyładowań atmosferycznych.
Nie udało nam się wyjść o 6 (lubimy spać), ale już o 7 rano na parkingu ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy przed siebie. Dobrze, że zrobiłem rezerwację na parking bo inaczej nie ma szans zaparkować samochód. Jest limit miejsc i koniec. Wszystkie tereny wokół są prywatne i wszędzie jest zakaz parkowania, a policja non-stop jeździ i patroluje. Rok temu nie mieliśmy rezerwacji i nam się nie udało zaparkować, a jeździliśmy chyba z godzinę. Parkowanie gdzieś daleko już nie ma sensu bo niestety dokłada się wiele kilometrów do hiku.
Idealna, słoneczna pogoda, bezwietrznie i jakieś 8C. Znajdujemy się na wysokości 10,900ft (3,322m). W ciągu 5km musimy się podnieść o 3,400 stóp (1,000m.). Nie są to jakieś trudne numery, ale trzeba pamiętać, że powyżej 10,000 stóp każde kolejne 1,000 stóp to inny świat jeśli chodzi o poziom tlenu. A czy wiecie, że ilość tlenu w atmosferze jest zawsze taka sama, nie ma znaczenia wysokość i wynosi 21%. Różnica jest w ciśnieniu, im wyżej tym ciśnienie jest mniejsze, a co za tym idzie, zmniejsza się ilość cząsteczek tlenu w naszym oddechu. Czyli nie dość, że wykonuje się ciężką robotę w postaci wspinaczki do góry to jeszcze zapłata organizmowi za to jest mniejsza. Musi przynajmniej dwa razy więcej pracować, żeby dostarczyć nam wystarczającej energii na dalsze posuwanie się do przodu.
Szlak nie jest techniczny i nie potrzebujesz żadnego sprzętu poza dobrymi butami do trekingu, nakryciem głowy i kremu z wysokim filtrem.
Początek trasy idzie przez piękny i gęsty las iglasty, który daje znakomity cień zwłaszcza jak się wraca w godzinach popołudniowych. Lekko do góry, ale nie za stromo. Tak w sam raz żeby nabierać wysokości.
Tutaj już można było wyróżnić ludzi ze wschodniej i zachodniej części Ameryki. Ludzie tak jak my, ze wschodnich, nizinnych Stanów szli powoli i często odpoczywali. Zachodnie, czyli wysokogórskie stany szły do przodu jak burza, na tzw. lewym migaczu! My tak byliśmy gdzieś pośrodku. Dalej byliśmy wyprzedzani przez lokalnych, ale mijaliśmy grupy ze wschodu. Często pytałem się skąd są, to mówili że Nowy York, Boston, Północna Karolina, Texas, Floryda…
Szlak był zatłoczony (jak na szlaki w Stanach, które są z reguły puste). Dawno nie szedłem w Stanach tak pełnym szlakiem i to w obu kierunkach. Tak, niektórzy dalej chcą wyjść na szczyt na wschód słońca i już wracają o tej porze. Może nie było tak pełno jak w Tatrach w lato, ale pewnie już blisko.
Gdzieś po godzinie marszu doszliśmy do górnej granicy lasu, czyli do 11, 700ft (3,560m.) Jak tylko wyszliśmy z lasu to od razu słońce zaatakowało nas pustynnymi, wysokogórskimi promieniami. Bluzy już nie były potrzebne, natomiast krem na słońce i kapelusz jak najbardziej.
Wyjście z lasu wiąże się oczywiście z przepięknymi widokami, im wyżej tym ładniej.
Gdzieś tak od 12,000 stóp (3,650m) zaczęliśmy odczuwać wysokość, czyli mniejszą ilość tlenu w powietrzu. Na tej wysokości cząsteczek tlenu we wdychanym powietrzu jest aż o 40% mniejsza niż nad poziomem morza? Do tego też stopień nachylenia trasy się podniósł, co nie ułatwiało roboty. Musieliśmy zygzakami wyjść na grań. Szliśmy wolniej, ale dalej do przodu.
O 9:30 osiągnęliśmy grań. Wysokość jakieś 13,000 stóp (4,000m). Piękne widoki po obu stronach, lekki wiatr i zmęczenie. Idealne miejsce na odpoczynek, doładowanie kalorii i rozmowy z powracającymi o warunkach panujących wyżej.
Mieliśmy jakieś 2/3 drogi i wysokości za sobą. „Najlepsze” dalej przed nami. Obliczyliśmy, że jak chcemy zdobyć szczyt przed południem to musimy iść szybciej. Postanowiliśmy się rozdzielić. Ilonka pójdzie swoim, trochę wolniejszym tempem i zobaczy dokąd dojdzie, a ja dalej postaram się zdobyć szczyt!
O 9:45 ruszyliśmy granią w kierunku szczytu. Każdy swoim tempem.
Początek był łatwy, prawie po płaskim. Niestety przyjemności szybko się skończyły i zaczęły się schody, w dosłownym słowa tego znaczeniu.
Ostatni odcinek idzie granią stromo do góry po skałach i piargach. Nie aż tak stromo, że napęd na cztery trzeba włączać, ale trzeba patrzeć gdzie stawiać kroki.
Szło się wolno, głęboko i często oddychając. Nawet lokalni zwolnili tempo i „podziwiali widoki”. Nikt nic nie mówił, każdy starał się stawiać krok za krokiem. Była różnica między nami, idącymi w ciszy i skupieniu do góry, a głośnymi i zadowolonymi górołazami wracającymi w dół.
Miałem częsty kontakt z Ilonką. Co jakiś czas pisaliśmy sobie nasze wysokości i położenie. Na początku jeszcze mieliśmy wzrokowy kontakt między sobą, ale później niestety odległość między nami się powiększała i go straciliśmy.
Myślę, że około godziny 11 osiągnąłem magiczną linię 14,000 stóp (4,267m.). Stąd już łatwym szlakiem lekko pod górkę i w ciągu 15 minut stanąłem na szczycie Quandary, 14,271 stóp (4,350m.)
Ogólnie wspinanie się powyżej 13,000 stóp nie należało do łatwych ale myślałem, że będzie gorzej. Ustaliłem sobie tempo z jakim w miarę komfortowo posuwałem się do przodu. Częste i głębokie oddechy pozwalały na w miarę płynne uzupełnianie tlenu i jakoś się szło.
Na szczycie było trochę ludzi, jakieś 20-30 osób. Pogoda wciąż była super, nie zanosiło się na burze. Wiało trochę, ale dalej można było usiąść i odpocząć.
Porobiłem obowiązkowe zdjęcia, schowałem się w zawietrznej części szczytu, usiadłem, znalazłem kanapkę w plecaku i odpoczywałem.
Ilonka mi napisała, że jest w okolicach 13,500 (4,115m.), ale nie planuje dalej się wspinać. To jest jej szczyt. Nie ma siły iść dalej. Tutaj odpocznie, posili się i zacznie schodzić w dół.
Posiedziałem gdzieś z 45 minut i około południa ubrałem buty, mocno je zawiązałem na długie schodzenie i ruszyłem w dół.
Szło się dobrze, nawet bardzo dobrze, bo z każdym krokiem przybywało tlenu. Dalej spotykałem nierozważnych górołazów którzy o tej porze wspinali się do góry. Ich decyzja. Nie dało za bardzo się z nimi rozmawiać, bo wyglądali jakby się wspinali na jakiś czternastotysięcznik. Zasapani, spoceni i wpatrzeni w każdy krok.
Idąc w dół w końcu mogłem się rozglądać za zwierzyną. Miałem czas i energię, nigdzie się nie spieszyłem. Widziałem kozy górskie, świstaki, jelenie…..
Niedźwiedzi tu nie ma. Za wysoko dla nich, nie ma tu jedzenia. One wolą niższe, leśne tereny.
Nie chciało nam się schodzić osobno więc Ilonka poczekała na mnie koło górnej granicy lasów czyli gdzieś na 12,000 stóp
Teraz razem to praktycznie zbiegliśmy na parking po bardzo łatwej górskiej ścieżce.
Zaczynało lekko kropić. Mimo, że nie było jeszcze słychać wyładowań atmosferycznych to współczuje ludziom którzy teraz są na szczycie, albo gorzej, dalej się na niego wspinają. Tak, dalej mijaliśmy ludzi, którzy szli w górę! Jest to bardzo niebezpieczne. A po drugie schodzenie po mokrych skałach nie należy do przyjemności.
Parking osiągnęliśmy około godziny 14. Niestety nie mamy żadnej lodówki turystycznej w samochodzie, więc nie mieliśmy żadnych dobrych chłodnych napojów. Na szczęście 15-20 minut samochodem w dół i już byliśmy w Breckenridge. Tam jest nasz ulubiony bar BoLD.
Lubimy to miejsce. Co jesteśmy w Breckenridge to staramy się ich odwiedzać i wspomagać lokalnych. Dobre jedzenie, fajne i świeże lane piwka i ceny super. Zwłaszcza jak na resor narciarski. Maja tam też pyszne tacos. Porcja lunchowa a najesz się na cały dzień.
Wróciliśmy do naszego Ski Tip Lodge i w cieniu nad jeziorkiem odpoczywaliśmy i rozprostowaliśmy zmęczone nogi. Tak najedliśmy się w Breckenridge, że dalej nie byliśmy głodni, więc zrezygnowaliśmy z pysznego ale za to dużego obiadu w lodge i poszliśmy na piwo i coś małego do miasteczka Keystone.
Była niedziela wieczorem, więc miasteczko się wyludniało po weekendzie. Artyści pakowali swoje stragany i wracali do rzeczywistości. Usiedliśmy na tarasie w jednej z knajpek i przy czymś chłodnym obserwowaliśmy ich powolne ruchy. Robiło się chłodno, więc przyjemnie się siedziało i wspominało krótki ale zarazem intensywny weekend z przygodami. Jutro niestety powrót do dalej dobrze nagrzanego Nowego Jorku. Krótki lot, więc jakoś zleci, a wspomnienia zostaną na długo.
Po powrocie trzeba będzie szukać kolejnych ciekawych i wyzywających czternastotysięczników w Kolorado. Jeszcze “parę” zostało nam do zdobycia…..
2025.07.19 Keystone, CO (dzień 2)
Ten wyjazd mamy typowo górski. Cztery dni dwa szlaki. Wczoraj nam się nie udało nic wcisnąć a w poniedziałek też mamy coś do załatwienia w Denver więc niestety nie uda się 4 dni - 4 hiki ale i tak nie narzekamy. Darek znalazł piękne szlaki a w końcu liczy się jakoś a nie ilość.
Dzisiejszy szlak mieliśmy bliżej hotelu więc mogliśmy zacząć od śniadania hotelowego. Podobnie jak kolacja przywiązują tu wagę do świeżości i na szczęście nie było bufetu z wyleżałym jedzeniem i papierowymi jajkami tylko świeżo przygotowany omlet. Do tego sama jadania też całkiem przyjemna. Bardzo domowy klimat.
Zapowiadał się przepiękny dzień. Rano było troszkę chłodno ale na szlaku już szybko się rozbieraliśmy bo słoneczko wyszło i też w ruchu to człowiekowi ciepło. Na dziś mieliśmy szlak Lenawee który już kiedyś próbowaliśmy zrobić. Cztery lata temu niestety przeszkodził nam śnieg. Zasypał trasę i ciężko było iść jak non-stop człowiek się zapadał. Teraz jak patrzę na te zdjęcia to mam wrażenie, że chyba zgubiliśmy trasę.
Dziś śniegu nie spodziewaliśmy się, no może gdzieś w cieniu jakieś resztki zachowane. Na szczytach gór czasem widać z oddali śnieg ale po opisach ludzi wygląda, że nasz szlak jest dość popularny i wszystko zostało wydeptane i rozstopione. No tak, połowa lipca to chyba najwyższa pora, żeby już śnieg się roztopił.
Szlak jest bardzo popularny ale niestety przez rowerzystów. Na parkingu były tylko trzy inne samochody i dobrze bo parking mały więc jakby nam się nie udało zaparkować to musielibyśmy zostawić samochód niżej i mieć wtedy więcej do pokonania. Cały czas byliśmy wdzięczni za to miejsce parkingowe. Ale wracając do rowerzystów. Bardzo popularne jest robienie tej trasy rowerami. Wyjeżdżają rowerami używając tras narciarskich resortu A-Basin a potem zjeżdżają naszym szlakiem do Montezumy.
Ja tam nie wiem jak można po takich skałach jeździć rowerem ale pewnie dlatego ja nie jeżdżę tylko chodzę. Może spotkaliśmy około 10 rowerzystów. To jeszcze było dopuszczalne choć usuwanie im się ciągle z drogi było troszkę wkurzające, ale też była okazja żeby wyregulować oddech. Bo szlak może i łatwy to pod górę równo szedł.
Dobrze nam się szło. Wiedziałam, że dziś mamy wyjść na 12,500 ft (3,810 m). Koło 11-12 tys stóp wysokości spodziewałam się, że pewnie troszkę zwolnię ale zakładając, że szlak będzie stopniowo szedł do góry to nie przewidywałam większych trudności.
Trzeba po prostu znaleźć swoje tępo i równomiernie iść do góry krok za krokiem, metr za metrem. Zanim wyszliśmy z lasu zrobiliśmy sobie przerwę na czekoladę i orzeszka ale to w sumie była nasza jedyna przerwa przed szczytem.
Mniej więcej w połowie wysokości las się skończył i weszliśmy w kosodrzewinę. Wtedy pokazały się piękne widoki które dodatkowo motywowały, żeby iść dalej, wyżej. Bo przecież z każdym krokiem było piękniej.
Tak, tam gdzieś na przełęcz szliśmy. Na szczęście w górach wszystko zawsze wydaje się dalej i wyżej dopóki się nie wyjdzie. I nie pomyśli “oh wow… to ja tak daleko zaszłam?”.
Tu już trochę wiało ale nie jakoś mocno a wiaterek był nawet miły bo słońce troszkę przyświecało. Im bliżej przełęczy tym bardziej wiatr wygrywał, że słońcem i jak ludzie schodzili to widzieliśmy, że są trochę bardziej ubrani niż my.
Szlak szedł bokiem grani i był piękny widok na dolinę. Zakochałam się w tej dolince. Zdjęcia tego nie oddają ale ta przestrzeń, połączenie zieleni, białego śniegu gdzieś w oddali i czarnych/szarych skał to jest to coś co lubię najbardziej.
Tutaj też zaczęły się pojawiać zwierzątka. Spodziewaliśmy się kozic górskich ale niestety widzieliśmy tylko ich futro zwiewane przez wiatr i spadające na krzaki kosodrzewiny. Samej kozicy nie spotkaliśmy. Natomiast były świstaki. Pozytywne zaskoczenie bo jakoś bardziej mi się kojarzyły ze stanem Washington i Kalifornia a nie z Kolorado ale fajnie, że tu też są.
Na ten wyjazd nie brałam aparatu bo chciałam się skupić na wyjściu na szczyty a nie na dźwiganiu sprzętu więc zdjęcia świstaka nie mam ale i tak był daleko. To nie to co w Parku Narodowym North Cascades, gdzie świstaki latały nam między nogami.
Dokładnie w południe doszliśmy na przełęcz a co za tym idzie doszliśmy do granicy resortu narciarskiego. My wychodziliśmy od strony Montezumy gdzie można jechać na nartach tylko na dziko. Natomiast z drugiej strony jest cały resort A-Basin i wyciągami można wyjechać w to samo miejsce gdzie my doszliśmy. Teraz oczywiście nie ma nart ale za to trasy są używane przez wspomnianych rowerzystów i innych górołazów.
Wyjście na górę zajęło nam 3h. Całkiem dobry czas jak ludzi nie zaaklimatyzowanych na duże wysokości. Jutro wychodzimy wyżej więc zobaczymy jak nam pójdzie ale z dzisiejszego wyniku prędkości i samopoczucia byliśmy zadowoleni.
Na górze zrobiliśmy sobie większą przerwę na mini lunch, odpoczynek i zwykłe podziwianie gór. Bo przecież dla tych widoków człowiek się wspina, czyż nie?
Infrastruktura resortu jest zamknięta na sezon ale na szczęście ławeczki na tarasach zostawili więc mogliśmy sobie wygodnie usiąść. Kiedyś tu już byłam. Bardzo dawno temu, jakieś 13-14 lat temu. Wtedy w zimie wyjechałam wyciągiem do połowy i wychodziłam trasami narciarskimi. To były piękne czasy kiedy było mniej restrykcji i można było wszędzie chodzić bo było dużo mniej ludzi którzy to robili. Teraz na szlakach jest dużo więcej ludzi ale na szczęście nadal nie są to Tatry gdzie idą sznury ludzi.
Przerwa nam zeszła. Fajnie się siedziało i tylko jak słońce zachodziło za chmury robiło się chłodnawo. Pewnie było koło 10C (65F). Dla nas idealnie. Nie rozumiem dlaczego ludzie w lato lecą/jadą w rejony gdzie jest 35-40C jak tak może być pięknie, że w środku lata trzeba ubrać bluzę dresową.
Po około godzinnej przerwie ruszyliśmy na dół. Zejście na dół to sama przyjemność. Z górki na pazurki. Pierwsza część to fajna szeroka trasa z którą w miarę szybko się pokonuje bo nie ma żadnych skał, korzeni itp. Potem troszkę ich się pojawia ale ogólnie to cała trasa była bardzo dobrze przygotowana, no w końcu na rowerach tędy jeżdżą.
Schodząc w dół rowery było troszkę bardziej niebezpieczne bo się ich nie widziało ale na szczęście tylko dwa nas minęły. Było już koło 1-2 popołudniu to już rowerzyści zjechali. Oni mają szybsze tempo ale też pewnie wcześniej wyjechali, żeby zdążyć przed upałami. Bo im niżej się schodziło tym bardziej czuło się, że jest lato.
Im niżej się schodzi tym coraz więcej tlenu się dostaje więc i zastrzyk energii jest. Schodząc w dół nie robiliśmy przerwy. Jakoś tak dobrze się szło to po co się zatrzymywać. No chyba, że na minutę, żeby ostatni raz zapisać w pamięci te piękne widoki.
Wychodząc na górę mówiliśmy, że fajnie się będzie schodzić bo część szlaku jest w lesie to będzie chłodno. Nie wiem jak to się jednak stało ale schodząc w dół ten las wcale taki gęsty się nie okazał i jednak troszkę ciepło dawało się we znaki.
Około 14:30 zeszliśmy na parking. Czyli cały szlak zajął nam 5.5h. Całkiem nieźle jak na 2200 ft różnicy wzniesień i prawie 7 mil szlaku. Średnia wg. All Trails to 4h 15 min. My szliśmy 4h 30 min czyli wg. średniej. Może te częste przyloty do Kolorado jednak nam pomagają i wysokość jest nam coraz mniej straszna. Zobaczymy jutro na 14tys…
Póki co cieszyliśmy się z dzisiejszego dnia. O jutrze będziemy myśleć jutro. Piękny szlak dziś mieliśmy, cudowną pogodę i niesamowite widoki. Z parkingu do hotelu mieliśmy nie całe 15 min więc zapakowaliśmy się i dopiero nad jeziorkiem w hotelu ściągnęliśmy buty i przy piwku odpoczywaliśmy. Trochę ludzi się zeszło na apres… czyli drinka po godzinach. Wszyscy ładnie ubrani a my w zakurzonych spodniach po hiku. No cóż, my tu mieszkamy więc mamy swoje prawa. Ale grzecznie usunęliśmy się w bok i siedliśmy najbardziej w cieniu i najbardziej w lesie, żeby nie straszyć gości restauracji.
Po wczorajszej wtopie z winem stwierdziliśmy, że dziś zjemy w miasteczku Dillon. Jest ono bardzo blisko Keystone a ma więcej restauracji i sklepy. I tak musieliśmy jechać tam do sklepu bo jutro nie załapiemy się na śniadanie w hotelu. Musimy wyjechać z hotelu koło 6 rano a śniadania są dopiero od 6:30am. Tak więc pojechaliśmy do miasteczka po jakiś chleb i coś do chleba, żeby sobie zrobić kanapki w pokoju zanim uderzymy w góry.
Skoro już byliśmy w miasteczku to postanowiliśmy odwiedzić Browar Dam. Parę razy rzucił mi się w oko ale jakoś nigdy nie mieliśmy okazji tam zajechać. Piwo mają dość dobre ale jedzenie… typowe amerykańskie, barowe. Tanie, zapychające ale nie powalające. Niestety kanapka ze steak nie powaliła. Niestety pomimo, że rejon resortów w Kolorado staje się popularny to nad restauracjami muszą popracować. Już wiem czemu u nas w hotelu do restauracji zjeżdża tyle ludzi. Bo nie wiele mają tu konkurencji jeśli chodzi o dobre a nie barowe jedzenie.
Oczywiście po aktywnym dniu i z perspektywą, że jutro trzeba wstać koło 4-5 rano nie siedzieliśmy dziś długo. Nawet kominka nie odwiedziliśmy tylko grzecznie do pokoju, do spania bo na jutro potrzeba dużo sił.