Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)

Czy narty mogą się znudzić? Oczywiście że tak. Myślę, że tak po godzinie, góra dwie, zaczęło by mi się nudzić. No bo ile tak można wyjeżdżać wyciągiem na górę, i zjeżdżać w dół na nartach. I tak cały czas, góra - dół, góra - dół, góra dół…. nudne to, nie?

Już słyszę Wasze pytania. To po co on tam pojechał na tydzień na narty jak po godzinie mu się nudzą?

Ja nie do końca pojechałem na narty, ja pojechałem w góry. Uwielbiam przebywać w górach i miasteczkach górskich z fajnym klimatem. Ja bym całe życie mógł w nich spędzić. Lato, zima, każda pora roku jest inna i ciekawa. Chodzenie zimą po górach jest cudowne. Nie dziwię się Ilonce, że tak codziennie rano wychodzi w góry w różne rejony.

Duże góry jak Alpy czy Góry Skaliste są tak wielkie, że nie ma szans żeby na nogach te wielkie obszary zobaczyć i zwiedzić. Zimą z pomocą przychodzą narty i wyciągi. Potężna sieć szybkich wyciągów i setki kilometrów tras ułatwiają przemieszczanie się. Nie ma szans żeby człowiek za dzień przeszedł 50+ kilometrów górskimi szlakami i to jeszcze w zimie. Na nartach dla wprawnego narciarza nie ma z tym żadnego problemu.

Czyli sami widzicie, że narty nie muszą się nudzić pod warunkiem, że jest się w resortach które udostępniają zwiedzanie przepięknych gór, dolin, przełęczy, miasteczek… Nawet można przekraczać granice krajów w niektórych resortach. Jednym z takich resortów w których na pewno nie będę się nudził jest Zermatt w Szwajcarii.

Jak to Ilonka wcześniej pisała, jest to taki raj na ziemi. Jak by nie było to pewnie muszę się z nią zgodzić, bo to już jest mój szósty przyjazd do tego raju (czwarty zimą). Dlaczego aż tyle razy tutaj? Bo jest tutaj po prostu pięknie!

Miasteczko Zermatt położone jest na wysokości 1,620 metrów. Otaczają go czterotysięczniki z najbardziej rozpoznawalną górą świata, czyli Matterhorn. Na nartach można zjeżdżać z prawie 4,000 metrów, co daje ponad 2,000 metrów w pionie. Jest to też najwyżej położony resort narciarski w Europie, co pozawala mieć gwarancję dobrego śniegu i możliwość jeżdżenia przez 365 dni w roku.

System wyciągów jest co roku ulepszany. Dodawane są nowe, wymieniane stare, można łatwiej dostawać się w nowe rejony. Średnio przyjeżdżam tutaj co pięć lat i za każdym razem jak biorę mapę resortu to jest wow! Ile nowych rzeczy pobudowali, tras, wyciągów, atrakcji.

Ja wiem, że nam o wiele łatwiej jest się dostać do Colorado, Utah czy Montany, ale kurcze jest coś w tym Zermatt. Jak się tutaj wysiądzie z tego zatłoczonego pociągu po 17 godzinach podróży to aż się chce głęboko odetchnąć parę razy i powiedzieć JESTEM. Melduję się w raju!

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)

Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.

W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.

Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.

W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.

Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.

Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.

W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.

Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.

Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.

Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.

Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?

Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.

Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?

Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.

Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.

Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.

Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.

Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.

Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.

Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.

Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.

Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.

Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.

Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.

Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.

Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.

Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.

Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.

Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.

Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.

W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.

Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.

Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.

Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.

Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.

Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.

Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.

Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.

W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.

Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.

Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?

Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)

Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.

Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…

Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.

Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.

W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.

W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.

Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.

Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.

Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.

Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.

Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.

Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.

Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.

Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.

Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.

Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.

Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)

Paradise…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.

Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.

Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.

Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.

Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.

Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.

Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.

Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.

Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.

Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.

Podróż w 2020 roku

Podróż w 2026 roku - robimy postępy.

Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.

Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.

Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2026.02.14-17 Killington, VT

Nie zawsze jest czas i kasa żeby polecieć na narty gdzieś dalej, w jakieś super tereny. Czasami trzeba gdzieś lokalnie wyskoczyć. Tak do pięciu godzin samochodem, żeby kierowanie aż tak bardzo się nie znudziło.

Killington w stanie VT, idealnie wpasował się w nasze parametry i oczekiwania. Jest na naszym sezonowym bilecie, w miarę duży, dobre tereny jak na wschód Stanów i dostali dużo śniegu. Nie zostało nam nic innego jak znaleźć jakiś samochód i wyruszyć na północ.

Na szczęście już nie muszę jechać na lotniska czy Manhattan żeby wypożyczyć samochód. Wypożyczalnie powstają jak grzyby po deszczu. Nawet moja ulubiona wypożyczalnia Sixt się otworzyła w pobliżu na Long Island City. Posiadanie samochodu w NYC już zupełnie nie ma sensu, chyba, że naprawdę wyjeżdża się w każdy weekend. Taniej jest wypożyczać nowy samochód niż utrzymywać swój.

15 minut na nogach i już dotarłem do wypożyczalni na Long Island City. Ale ta dzielnica się zmieniła. Kiedyś były tu jakieś magazyny i fabryki, a teraz kilkudziesięcio piętrowe apartamentowce. Dzielnica ta została na maksa opanowana przez azjatyckich mieszkańców.

Chciałem jeszcze dzisiaj trochę na nartach pojeździć, więc bez żadnego przystanku w 4:15 zajechaliśmy na nasz ulubiony parking Bear Mountain w Killington.

Nie było nas tu parę lat, więc byliśmy spragnieni informacji co i jak się tutaj zmieniło. Ja prosto z samochodu poszedłem na wyciąg, a Ilonka prosto do baru sprawdzić czy nasze barmanki jeszcze tu pracują.

Miałem tylko dzisiaj parę godzin na narty, więc nie zapuszczałem się w głębiej w resort. Rejony Bear Mountain i szczyt Killington w zupełności mi wystarczyły na zapoznanie się z warunkami.

Na pierwszym krzesełku udało mi się jechać ze ski patrol to od razu zdał mi relację co tu się wydarzyło przez ostatnie pięć lat.

Przebudowali parę wyciągów na szybsze i większe. Dwa nowe schroniska w końcu ukończyli. Zrobili parę narciarskich tuneli w celu poprawy bezpieczeństwa na stokach. Budują nową wioskę narciarską w rejonach Bear Mountain… widzę, że największy resort narciarski na wschodzie dalej się rozwija.

W tym roku resorty na wschodzie dostały nawet sporo śniegu, w związku z tym 100% terenów jest otwarte. Mam na to prawie 4 dni, więc na pewno postaram się odwiedzić większość rejonów i powspominać sobie stare czasy jak tu się kiedyś śmigało.

Z tym śniegiem na początku sezonu (Grudzień) to było dziwnie. Zasypało resorty na wschodzie, a zachód prawie nic nie dostawał. Wiadomo teraz to się zmieniło i mimo, że w Killington dalej fajnie sypie to zachód już mierzy opady śniegu w metrach. Nawet niektóre resorty zamykają na parę dni żeby „odśnieżyć”.

Jest to długi, świąteczny weekend. Spodziewałem, się dużo ludzi i tak też niestety było. Kolejki do wyciągów były spore, zwłaszcza do tych głównych wyciągów na dole. Im dalej od parkingów i wyżej to już bywało znacznie lepiej.

Była nas ośmio-osobowa grupa narciarzy, więc było co robić w górach. Jeździliśmy różnie i wszędzie. Od płaskich na dole, lasami, aż do ciekawszych odcinków wyżej w górach. Czasami wszyscy razem, a czasami sam sobie gdzieś wyskoczyłem w jakieś rejony.

Tak jak pisałem, wszystko było otwarte, można było w ciemno bez mapy się poruszać. Zawsze gdzieś tam się wyjedzie. Śniegu było wystarczająco. Zresztą ja na szczęście mapy tutaj nie potrzebuje. Coś tam w głowie jeszcze zostało.

Z tym śniegiem to jest dziwnie na wschodzie. Mimo, że dostali prawie rekordowe ilości to dalej go robią. Sypią tym biednym narciarzom prosto w oczy. Wiem, że dopóki jest zimno to trzeba robić żeby wystarczyło do maja/czerwca, ale dlaczego w ciągu dnia. W nocy jest chłodniej, spokojniej, nikomu nie przeszkadza… Już zapomniałem jak to czasami może być uciążliwe.

Oczywiście najmłodsze pokolenie jeździło non-stop i uwielbiają jeździć po lasach. Z jednej strony jest to dobre dla nich bo wyrabiają sobie umiejętności szybkiego reagowania i zakręcania. Szybko się też nauczyli, że drzewa się nie ruszają i są twarde. Nie są twoimi kolegami i rosną w najmniej oczekiwanym miejscu, a gałęzie potrafią bić po głowie.

W niektóre dni dzieciaki miały szkółkę narciarską. Jak instruktor zobaczył jak jeżdżą to ich wziął na sam szczyt i zjeżdżali po czarnych. Super! Ja myślę, że jeszcze 2-3 sezony i uczniowie przerosną mistrzów. Wtedy oni nas będą zabierać w szczyty i pokazywać gdzie jest „ciekawie”!

Niestety jak to na nartach, czas za szybko leci. Cztery dni przeleciały jak zwykły weekend i niestety trzeba było wracać. Bardzo pozytywnie Killington nas przywitał po latach. Widać, że resort się rozwija i inwestuje pieniądze w rozbudowę. Jak tylko zima będzie ok na wschodzie to myślę, że będziemy go częściej niż raz na 5 lat odwiedzać. Wiadomo, gór wyższych nie zbudują, ale te 150+ tras na parę dni wystarczy. A jak jest dobra zima to i lasy też są piękne. Nowe pokolenie na 100% wyszuka dla nas ciekawe odcinki leśne na których na pewno nie będziemy się nudzić.

Jak na razie to my im wyszukujemy miejsca gdzie po nartach można odpocząć i uzupełnić kalorie. Trzeba pokazać gdzie kiedyś miło spędzało się wieczory i nawiązywało nowe znajomości. Dobre bary, restauracje istnieją tam już ponad 30 lat i kto wie ile jeszcze będą urozmaicać czas zmęczonym i głodnym narciarzom.

Nie tylko resorty się rozbudowują. W stanie Vermont powstają nowe sklepy, browary, restauracje, miasteczka się rozrastają…. Widać, że po pandemii część ludzi jak nie chce to nie musi już mieszkać w większych miastach. Może w zaciszu zielonych gór też miło spędzać czas. Jak ma możliwości pracy zdalnej i lubi takie klimaty to dlaczego nie. Zarabiając dobre, korporacyjne pieniądze można napędzać gospodarkę mniejszych górskich miasteczek z dala od wielkich metropolii. A przecież na wyciągu czy w gondoli bardzo dobrze się pracuje. Coś na ten temat wiem.

Widać to też po restauracjach jakie zaczynają powstawać wzdłuż drogi z VT do NY. Już nie musi się jadać w McDonaldach czy pizzeriach. Istnieje możliwość naprawdę cywilizowaną kolację znaleźć po drodze gdzie przy smacznym kotlecie i dobrym winku można sobie zrobić przerwę od kierowania. odpocząć, zrelaksować się, i powspominać miłe parę dni jakie właśnie się spędziło w lokalnych górkach.

Miejmy nadzieję, że dobre zimy wrócą na wschód i częściej będziemy odwiedzać te rejony. Vermont stawiaj na turystykę, rozwijaj się, bo to chyba jedyny sposób żeby to nowe pokolenie wyciągać z domów, sprzed ekranów, wyciągnąć z dużych miast. Przynajmniej na chwilę….

Niestety wróciliśmy późno do NYC. Ale to nic, nie przejmujemy się tym, bo mieliśmy ciekawe parę dni z rodziną i przyjaciółmi. Wkrótce czekają nas znacznie większe narty i górki, znacznie dalej niż VT. Już się nie możemy doczekać…..

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)

Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.

Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.

Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku

“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”

Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.

W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.

Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.

Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.

Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.

Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.

Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.

Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.

Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.

Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…

Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.

Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.

No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.

I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?

Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.

Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.

Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.

Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.

Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)

Chyba nie ma nic lepszego dla narciarza jak wyjść przed hotel, zrobić klip, klip (dla niewtajemniczonych - zapiąć narty) i wsiąść na wyciąg. Bez dojeżdżania do resortu, parkowania, przebierania się, kupowania biletu….

A jeszcze jak ci dobre śniadanko przygotują, kawkę zaparzą i nie musisz wcześnie wstawać to już jest rewelacyjnie. Nie dziwię się, że moi klienci ze sklepu polecili mi to miejsce, jako jedno z tych co muszę odwiedzić. Oni tu co roku (z reguły częściej) przyjeżdżają.

No dobra, przecież na narty tu przyjechałem a nie objadać się non-stop. Do roboty, w góry!

W nocy były lekkie opady śniegu. Dla mnie nie były takie lekkie, ale lokalni mówili, że prawie nic nie spadło. Sypnęło 10cm puszku!

Wiem, jak tutaj sypie to metrami, a nie centymetrami. Ale każdy płatek się liczy w roku, w którym są wyjątkowo niskie opady.

Oczywiście bez żadnych kolejek wsiadłem na wyciąg i w góry! Obowiązkowo poranna rozgrzewka odbywała się na idealnie ubitych trasach. Sztruks wychodził im idealnie. Taki poranny zmrożony, narty lizać! W sumie w Alta mało ubijają stoków, oni uważają, że nie wolno ubijać puchu. Jak widzisz sztruks to sobie nim zjedź, bo nie wiadomo kiedy znowu na niego trafisz.

Posiadają tylko 5 wyciągów. Z każdego wyciągu może jedna czy dwie ubite trasy. Reszta, to tylko co natura dała. Wielkie tereny dla doświadczonych narciarzy.

Oczywiście na wyciągach dostajesz wiele porad od lokalnych. Oni używają wyciągów w celu przemieszczania się miedzy rejonami resortu. Tam już wyszukują ciekawych zjazdów, często do nich trzeba trochę podejść. To im nie przeszkadza, mówią, że to rozgrzewka przed ciekawymi terenami.

Czasami starałem się też podchodzić wyżej w nieznane tereny żeby coś nowego odkrywać. W większości przypadków się to opłacało. Mimo, że czasami podejście było meczące (zwłaszcza na wysokościach), to nagroda w postaci ciekawych stoków czekała.

Tak jak wspominałem wcześniej, mało mają ubijanych tras a duże przestrzenie gdzie nic nie robią. Jak śnieg nasypie to tak go zostawiają.

Z głównych tras jest tylko bramka informująca, że tam coś jest ciekawego. Często bardzo ciekawego. Tych bramek jest dużo, spokojnie z 20. Prawie wszystkie były otwarte. Zamykane są około godziny 15 żeby patrol za widoku miał czas jeszcze zjechać i sprawdzić czy ktoś z problemami nie został i nie potrzebuje pomocy.

Z ciekawostek to w Alta mają tylko 3 rodzaje trudności tras: zielona, niebieska i czarna. Z reguły w Stanach występuje skala pięcio-stopniowa: zielona, niebieska, czarna, podwójna czarna i EX (ekstremalny teren). Z początku myślałem, że tutaj po prostu nie mają bardzo trudnych zjazdów. Po pierwszej bramce szybko się przekonałem, że mają.

Po rozmowie z lokalnymi dowiedziałem się paru rzeczy. Zielonych bardzo mało mają, niebieskie to z reguły ubijane trasy o średnim stopniu nachylenia, a wszystko reszta to czarne. Oni nie rozróżniają trudności czarnych. Jak jesteś dobry to jedź na czarne, dasz radę!

Jest to chyba jeden z niewielu resortów gdzie jest tak mało szkółek narciarskich. Widziałem parę, ale bardzo niewiele. A jak już są to w większości na czarnych trasach i narciarze już naprawdę dobrze jeżdżą. Patrolu też jest mało. Praktycznie są niewidoczni. Często w resortach stoją i mówią żebyś zwolnił albo bardziej uważał. Tutaj ich nie ma i jakoś wszystko działa.

Pogodę miałem wyśmienitą. W pierwszy dzień było pochmurno, ale potem sypało. Następne trzy dni były idealne, słoneczne i bez wiatru. Brak kolejek do wyciągów i bardzo mało ludzi na trasach powodowało, że można było się wyjeździć na maxa. Cztery dni wystarczyły, żeby zwiedzić prawie cały resort i jeszcze powtarzać lepsze tereny.

W takich warunkach i pogodzie byłoby grzechem robić przerwy gdzieś w środku. W słoneczku i z pięknym widokiem wszystko smakuje lepie.

Czasami przejeżdżałem do sąsiedniego resortu Snowbird, który jest większy niż Alta, ma więcej ubijanych tras, a mniej wolnej przestrzeni. Też jest ok, przynajmniej można było trochę odpocząć na dobrze przygotowanych trasach.

W Snowbird mają nowoczesne wyciągi i większość z nich ma podpórki na nogi. Znacznie to polepsza komfort i odpoczynek. W Alta żaden wyciąg nie ma podpórek. Mało tego, niektóre nawet nie mają zamknięć i siedzisz tak, bez żadnego zabezpieczenia. Nawet jak mają zamknięcia to nikt ich nie używa. Lokalni uważają to za zbyteczną rzecz. Jedyny czas kiedy zamykają to jak jakieś małe dziecko siedzi na krzesełku.

Z górnych partii resortu Snowbird ciekawie widać oddalone o jakieś 20km rejony miasta Salt Lake City. W zimie w mieście często sypie śnieg, ale maksymalnie w sezonie spada może metr do półtora.

Uważam, że przez te cztery dni dobrze się wyjeździłem. Mimo, że Alta nie dostała potężnych ilości śniegu jakie z reguły dostaje to i tak te pare metrów pozwoliło mi wszędzie wjechać i prawie każdy teren zaliczyć.

Tutaj na wyciągach znacznie rzadziej spotykałem turystów takich jak ja. Większość narciarzy to lokalni którzy mieszkają gdzieś w okolicy. W porównaniu do innych resortów na zachodzie, gdzie ilość turystów jest znacznie większa, tutaj raczej jeżdżą lokalni. Może dlatego, że Alta jest w miarę mała i przyjeżdżać tu na tydzień nie ma sensu. Może jest to trudny resort i rodziny z dziećmi tutaj nie przyjeżdżają. Nie wiem… ale coś w tym jest. Może też brak hoteli, restauracji, barów, sklepów nie przyciąga. Zakaz snowboardów na pewno też nie pomaga. Plusem jest brak kolejek. Nawet w sobotę przy pięknej pogodzie, odrazu na wyciąg można wsiadać.

Są wyjątki. Siedząc na krzesełku zagadałem do gościa. Okazało się że przyjechał ze wschodu, tak jak ja, na cztery dni. Tylko, że on ze znacznie wiekszą grupą, 60 osób! Przyjeżdżają tutaj od 19 lat. Cały czas ta sama grupa i ten sam hotel. Mają jednak zasady - sami faceci, bez żon. Ostatnio to trochę u nich się zmieniło, bo większość z nich ma już rodziny i ich dzieci też chcą z nimi tu przyjeżdżać. Grupa się zgodziła na dzieci (nawet córki) ale muszą minimum być na studiach, nie młodsze. Oczywiście żony dalej nie mogą jeździć.

Mimo tak dużej grupy większość z nich jeździ osobno. Każdy ma różne umiejętności, możliwości, prędkości i upodobania. Spotykają się później w barze i na kolacji. Raczej nie jest możliwe żeby tak duża grupa jeździła razem.

Mimo, że mamy nawet ok bar w naszym hotelu to czasami szukaliśmy innych. Nawet barmanka w naszym barze nam poleciła bar u sąsiadów, w Peruvian Lodge.

10 minut na nogach i już byliśmy u sąsiadów. Znacznie mniejszy bar, ale z lepszą muzyką i klimatem.

Widać, że lokalni i pracownicy resortu tutaj odpoczywają po pracy. Dużo ludzi się zna i każdy z każdym się wita. Muzyka nie za głośna, można pogadać, dobre piwo w ok cenie… można siedzieć (lub stać jak nie ma miejsca). Znowu niestety wygoniła nas kolacja z baru. Na 19:30 mieliśmy rezerwację w naszym hotelu na ostatnią kolację na tym wyjeździe. Trzeba było wyjść na ten mróz i się przewietrzyć.

Jutro jeszcze cały dzień spędzamy w resorcie. Mamy autobus wieczorem a samolot prawie o północy. Zapowiada się wspaniała pogoda, więc na pewno oboje to wykorzystamy na maxa w górach.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.27-28 Alta, UT (dzień 0-1)

Czy ktoś, kiedykolwiek widział Ilonkę w resorcie all-inclusive? Pewnie nie. Ja nigdy! No może raz, dawno, dawno temu wysoko w Andach w Chile.

Rok temu prawie znowu mi się to udało jak lecieliśmy do Nairobi. Mieliśmy parę dni spędzić na Mauritius. Już wszystko było nagrane, zaplanowane, hotel all-inclusive zarezerwowany, kąpielówki kupione…. a tu klapa. Linie lotnicze Kenia Airways postanowiły, że pokrzyżują nam plany i nie będzie Mauritius.

Valle Nevado, Chile

No nic, poczekamy, zobaczymy. Niecały rok później znowu są plany. Nie piaszczyste, a górzyste resorty. Znowu wysoko w górach. Tym razem nie Andy a Góry Skaliste w stanie Utah. Planujemy spędzić nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie w Alta, UT.

Co z tym all-inclusive? Wyjaśniam.

Jest taki fajny resort w Utah, nazywa się Alta. Jakieś 20+ lat temu w nim byłem, tylko jeden dzień. Dlaczego jeden? Bo tam nie ma żadnych hoteli. Coś jak Arapaho Basin w stanie Kolorado. Świetne, wysoko w górach resorty z cudownymi terenami i dużymi opadami śniegu, ale bez hoteli, après ski czy restauracji.

Alta nie ma hoteli, ale ma parę schronisk, lodges w których możesz mieszkać. Nie jest to nic super, ale nie trzeba codziennie dojeżdżać z Salt Lake City czy z pobliskiego resortu Snowbird. Zwłaszcza, że występują tu częste i duże opady śniegu to droga jest ciągle zamykana ze względu na lawiny. Z resortu Snowbird możesz do Alty dojechać na nartach, ale to pewnie zajmuje jakiś czas. A po drugie, to po zamknięciu wyciągów w Alta zostają tam tylko narciarze co mieszkają w Alta. Tacy prawdziwi narciarze. Coś jak Meribel we Francji. Mam nadzieję, że ich spotkam w barach w tych schroniskach. Nie ma też tutaj żadnych sklepów ani restauracji, więc papusiasz to co ci ugotują. Jedzenie jest wliczone w cenę. Prawie jak all-inclusive, nie? No dobra, nie ma alkoholu wliczonego, ale ponoć mają ok ceny. Wkrótce się dowiemy.

Jak narazie, to mamy 60 minutowe opóźnienie z JFK. Nie przez opady śniegu jakie tu ostatnio wystąpiły, ale przez to, że samolot jest za lekki. Tak, za mało nas leci i muszą dorzucić worki z piaskiem. Słyszeliście o tym kiedyś? Ja nigdy. Parę razy się zdarzało, że samolot był za ciężki i trzeba było trochę bagażu czy ludzi usunąć. Ale za lekki? Nigdy! Wiem, nie mieliśmy czasu i nie wzięliśmy paru skrzynek wina ze sobą. Pewnie to jest przyczyną.

No nic, pewnie dużo ludzi się wystraszyło zimy jaka ostatnio nawiedziła Stany i odwołało loty. My lubimy zimno, śnieg i góry, więc siedzimy grzecznie w samolocie i staramy się umilać nam podróż.

Do Salt Lake City jest troszkę dalej niż do Denver. Jakąś godzinkę. Na szczęście miałem trochę zaległości z robotą, więc lot szybko i produktywnie minął. Obsługa w samolocie jak tylko widziała, że w szklaneczce robi się pusto, to szybko to naprawiała. Czasami Delta ogarnia serwis.

W Salt Lake City wylądowaliśmy około godziny 23.

Dzisiaj już nie jedziemy do Alta. Nawet nie ma jak tam w góry się dostać o tej porze. Śpimy w hotelu koło lotniska i jutro rano autobusem z napędem na 4 koła jedziemy do resortu.

W hotelu wszystko poszło sprawnie i następnego dnia o 8:45 rano przyjechał po nas van i ruszyliśmy w góry.

Byliśmy sami w samochodzie więc podczas 45 minutowe podróży dowiedzieliśmy się wiele o lokalnych górkach i warunkach jakie teraz tam panują. Kierowca nie miał dla nas najlepszych wiadomości. Mówił, że niestety jest bardzo sucho i mają mało śniegu.

Ale na szczęście wszystko jest otwarte i jest w miarę zimno, więc nic nie topnieje w ciągu dnia, a co za tym idzie nie ma lodu na trasach. Lokalni kochają puch, a że go nie ma to nie ma też kolejek do wyciągów. Same plusy, nie?

Około 9:30 podjechaliśmy pod nasz lodge, Goldminer’s Daughter. Ja już oczywiście byłem cały ubrany na narty, więc tylko zostawiłem bagaże i w końcu ruszyłem na narty. Koniec stycznia, pierwszy dzień, aż mi wstyd!

W Alta praktycznie nigdy nie jeździłem, więc dla mnie to tu wszystko takie nowe jest. Mają tylko 5 wyciągów, więc nie jest to jakieś wielkie do ogarnięcia.

Z czego ogólnie słynie Alta. Po pierwsze ze śniegu. Ilości i jakości. Sypie tu dużo, bardzo dużo! Średnie opady w sezonie to 14 metrów. Przez ostatnie dwa lata spadło tu ponad 20 metrów śniegu w każdym roku. Raj, nie? Niestety nie w tym roku. Jak narazie to słabo tu sypie. Tylko parę metrów dostali.

Nie tylko ilość, ale jakość się liczy. Utah śnieg jest bardzo puszysty o gęstości 7-8%. W przeliczeniu to jest 70-80kg/m3. Dla porównania w europejskich Alpach gęstość śniegu wynosi 25-30%. Czyli waga jest odpowiednio większa i wynosi 250-300kg/m3. Dlaczego aż takie różnice? Europa jest ciepła i mokra. Utah jest pustynna, czyli sucha i zimna. Znacznie łatwiej i lepiej poruszać się po lekkim i suchym puchu niż po ciężkim i mokrym.

W Alta jest też zakaz snowbordzistów.   Sami narciarze. Ja nie mam nic do snowboardów, ale tak, czasami jak jadą z góry na dół po stromej trasie bokiem i skrobią cały czas to aż chce się coś im powiedzieć. Chłopie, szanuj śnieg!

Alta jest połączona z sąsiednim resortem Snowbird. Ten sam bilet działa w obu resortach. Można w paru miejscach przejechać między nimi. W Snowbird już byłem parę razy. Jest znacznie większy niż Alta, też ma ciekawe tereny i wspaniały śnieg. Myślę, że przez te 4 dni dobrze zwiedzę Altę i pewnie parę razy wstąpię do Snowbird na parę zakrętów i piwko.

Pierwsze parę zjazdów zrobiłem na dolnych terenach. Trzeba nogi przyzwyczaić do nart i się zaaklimatyzować. Dolna stacja znajduje się dość wysoko na 2,600 metrów.

Później już było łatwiej i można było wyciągami na przełęcze wyjeżdżać. Tak jak kierowca mówił, jest mało ludzi bo warunki nie są idealne. Tak też było. Zero kolejek do wyciągów. Było twardo, ale bez lodu. Poza trasami można było znaleź lepszy śnieg ale nie za wiele. W lasach trochę lepiej, ale dalej nie fantastycznie.

Jeździłem gdzieś do godziny 13 i zjechałem do Ilonki na lunch. Oczywiście już miałem zarezerwowane najlepsze miejsce w naszym lodge, przy barze.

Piwka mieli dobre, natomiast hamburgera jadłem lepszego. Był ok, ale mogliby go lepiej zrobić. No nic, miejmy nadzieję, że na kolację nie będzie ta sama kuchnia.

Po przerwie wróciłem na narty. Nastąpiła potężna zmiana klimatu. Przed lunchem niebo było tylko zachmurzone, teraz na maxa sypało i wiało. Super, więcej śniegu trzeba! Chmury też się obniżyły i widoczność w górnych partiach spadła do paru metrów. Mimo nie najlepszych warunków jeździłem do końca. Trzeba jakoś ten pierwszy dzień w sezonie na maxa wykorzystać.

Alta jako Vintage resort posiada też trochę starych, dwuosobowych wyciągów bez zabezpieczeń na których podczas dużego wiatru jest wesoło.

Z ciekawostek to w Alta są mądrzy ludzie i nie otwierają wyciągów o 8 rano tylko o 9:15. Można się rano wyspać. Natomiast wyciągi są otwarte do 16:30 albo dłużej na wiosnę. W związku z tym jeździłem prawie do godziny 17 i ledwo co zdążyłem do naszego Saloon na happy hours.

Ilonka oczywiście już tu była i zajęła najlepsze miejsce przy kominku. Do baru na dole każdy może wejść. Natomiast tutaj, na drugim piętrze tylko goście tego resortu. Można wygodnie usiąść, coś za darmo przegryźć i schłodzić się jakimś napojem.

Jak zawsze w takich miejscach fajnie się siedziało, gadało i obserwowało jak na zewnątrz sypie śnieg i ratraki z nim walczą na jutro.

Z Saloon wygoniła nas kolacja. Mieliśmy rezerwację na godzinę 19. W naszym pobycie tutaj mamy wliczone śniadania i kolacje - prawie jak all-inclusive, nie?

Posiłki serwują w restauracji na najwyższym piętrze, czyli trzecim. Dostaliśmy fajny stolik przy oknie, więc podczas kolacji mogliśmy obserwować opady śniegu i liczyć te centymetry puszku na jutro.

Nawet mieli ok wybór jedzenia i win jak na taki mały hotel. Jest to restauracja tylko dla gości tego lodge, więc nie spodziewałem się niewiadomo czego, ale było dobrze urozmaicone i smaczne. Nawet desery też były smaczne.

Oboje byliśmy dobrze zmęczeni podróżą i dzisiajejszym dniem, więc niedługo po kolacji padliśmy spać. Trzeba nazbierać energii, jutro może być intensywny dzień w puchu

Read More

2026.01.09-10 Joshua Tree NP, CA (dzień 8-9)

Długo rozważaliśmy co możemy zrobić po konferencji. Oczywiście mogliśmy wrócić do domu…ale po co? W czwartek Las Vegas zaczynało pustoszeć a ludzie wracali do swoich domów. Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy więc wcale nie spieszyło nam się z powrotem do NY i postanowiliśmy wykorzystać weekend w tych ciepłych rejonach.

Piękne parki i góry niestety mają dużo śniegu bo w Kalifornii tak sypie, że aż zamknęli jeden resert (Mammoth Lakes) bo za dużo mają śniegu i mogą być lawiny. Szukaliśmy więc czegoś co możemy odwiedzić w jeden dzień i oddalonego od Vegas max 5h. Padło na Joshua Tree Park Narodowy.

Ciężko się tu wybrać żeby tylko zobaczyć ten park więc teraz była idealna okazja. Dlatego wylądowaliśmy w Palm Desert. Stąd do parku jest nie cała godzina. No chyba, że się wymyśli coś po drodze.

Zaczęliśmy od śniadania. W Vegas niby było dobre jedzonko ale jakoś tak zawsze w biegu. Tym razem też się trochę śpieszymy ale nie aż tak żeby nie zawitać do tradycyjnego amerykańskiego dineru na jajka i kawę bez limitu. W takim słoneczku, spodniach na góry, bluzie dresowej i w otoczeniu palm odrazu wszystko lepiej smakuje. Choć zdradzę wam, że się okazało, że Darek nie lubi palm….kaktusy jak najbardziej ale palmy średnio. Nawet po 15 latach małżeństwa można się coś o sobie nauczyć.

Zarówno Palm Springs, jak i Palm Desert od dekad słyną jako luksusowe enklawy bogatych i sławnych osób. Potocznie rejon ten nazywany jest pustynnym placem zabaw dla elit z LA. Popularność tego rejonu wynika z zasady dwóch godzin. Teraz może nie bo korki są dużo większe ale dawniej gwiazdy filmu miały w kontrakcie, że muszą być maksymalnie 2h od studia filmowego na wypadek jak trzeba coś dograć. Palm Desert/Springs jest idealnie położone na tej granicy 2h jazdy od Hollywood.

W czasach złotej ery Hollywood przypadającej na lata 20-30 XX wieku Palm Springs stało się ulubionym miejscem ucieczki dla „śmietanki” z LA i swoje rezydencje mieli tu m.in. Frank Sinatra, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Cary Grant, Elizabeth Taylor oraz Lucille Ball.

Nie dziwne więc, że parę tych domów znalazło się w mojej książce 1001 budowli. W końcu jakby na to nie patrzeć to ikony stylu modern, zaprojektowane przez słynnych architektów specjalnie dla gwiazd. Nawet 100 lat później region ten wciąż postrzegany jest jako symbol luksusu, przyciągający nową generację celebrytów, bogatych emerytów oraz zamożnych pracowników zdalnych.

Ja zawsze miałam problemy z rozróżnieniem Palm Springs od Palm Desert…więc mała ściągawka.

Palm Springs: słynie z historycznych posiadłości w dzielnicach takich jak Old Las Palmas czy The Movie Colony, gdzie domy wciąż należą do osób z branży filmowej i mediów np. Leonardo DiCaprio posiada tam rezydencję.

Palm Desert: jest uznawane za nieco bardziej ekskluzywne pod kątem nowoczesnego luksusu i zakupów. Znajduje się tam ulica El Paseo, nazywana „Rodeo Drive pustyni”, przy której mieszczą się butiki najdroższych marek. Coś jak 5th ave w NY.

Nie ważne które Palm… ważne że nadal jest tam luksusowo a rejon pomimo niewyobrażalnie wysokich temperatur w lato ewaluował z sezonowego kurortu w całoroczne centrum luksusowego stylu życia, zachowując swój unikalny charakter „Hollywoodzkiej oazy” na pustyni.

Tylko jaki to luksus jak w lato nie możesz wyjść z domu bo jest 50C a drony sprawdzają czy masz wodę w basenie i jak masz to płacisz duże mandaty…no może nie wszystkich te mandaty dotyczą.

Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do parku. Darek znalazł parę punktów i małych szlaków. Nie planujemy dziś długich hików ale kilka godzin w parku planujemy spędzić więc, żeby jak najwięcej zobaczyć za dnia nie można za bardzo leniuchować.

Do parku wjechaliśmy od strony zachodniej (West Entrance Station) i przejechaliśmy cały park wyjeżdżając po drugiej stronie (Cottonwood Spring). Fajnie, że można przejechać cały park wzdłuż i nie trzeba się wracać albo za dużo kręcić. Amerykanie lubią tak ustawiać parki żeby punkty widokowe czy ciekawe szlaki były w zadłuż drogi. Płynniej wtedy ruch samochodów się odbywa i nie ma aż takich korków. Bo w lato w parkach narodowych w Stanach są mega korki. My jak zwykle wybraliśmy mało popularny okres więc ludzi było trochę ale tak idealnie. Nie przeszkadzali nam nawet tak bardzo a i na parkingach można było od razu znaleźć miejsce.

Już od samego wjazdu przywitały nas drzewa Joshua (po polsku drzewa Jozuego). Wiadomo, jak sama nazwa parku mówi powinno tu być dużo tych drzew, no i nie da się zaprzeczyć, że było ich dużo. Dlaczego jednak tu powstał park? Drzewa te bowiem występują w innych miejscach w Stanach.

Park powstał w miejscu gdzie spotykają się dwa odmienne ekosystemy pustynne: Mojave i Kolorado, tworząc unikalną mozaikę krajobrazów i form życia. Drzewa przeważają w krajobrazie ale też jest tu dużo kaktusów, formacji skalnych a wszystko to tworzy surowy, pustynny krajobraz który jest pięknym rajem dla górołazów, wspinaczy skalnych i miłośników biwaków.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Ukrytej Doliny (Hidden Valley) i nie wiem czy dlatego, że było to pierwsze miejsce gdzie się zagłębiliśmy w park czy na każdym robi takie wrażenie ale uważam, że był to najładniejszy szlak w parku.

Dolina ta naprawdę była ukryta i dopiero w roku 1936 nie wiele miesięcy przed stworzeniem tu parku narodowego Bill Keys wysadził kamienie które blokowały dolinę od świata zewnętrznego. Skoro nie było tam cywilizacji to fauna i flora były bardzo dobrze zachowane. Oczywiście szybko przyciągnęło to rolników którzy szukali trawy dla zwierząt ale na szczęście szybko powstał tu park i do dziś możemy podziwiać piękne tereny nie zniszczone przez człowieka.

W tych rejonach z opadami i trawami nie jest łatwo więc nie dziwne, że farmerzy we wczesnych latach XX wieku szukali trawy gdzie mogli i dynamitem rozwalali skały. Ale często znajdowali drzewa Joshua zamiast połaci trawy. Joshua Tree wygląda jak kaktus, jest ostry jak kaktus ale nazywa się drzewem.

Drzewo Joshua należy do rodziny agawowatych. Głównie dlatego, że ma inną budowę i wzrost od kaktusów. Kaktusy mają ciernie, a Joshua pomimo, że sztywne i ostre to jednak liście które rosną w pęczkach na końcach gałęzi. Kaktusy magazynują wodę w mięsistych łodygach kiedy Joshua ma zdrewniały pień bardziej przypominający palmę czyli drzewo. Kaktusy zazwyczaj rosną jako pojedyncze kolumny natomiast Joshua Tree się rozgałęzia jak dobre, zdrowe drzewo.

Kaktusy można też spotkać na niższych wysokościach, głównie do 1000 m n.p.m, ta granica jest idealna dla Joshua Tree które pojawiają się dopiero między 900 a 1800 m n.p.m.

Park Joshua Tree położony jest na idealnej wysokości dla Joshua Tree. Większość parku położona jest pomiędzy 1000 - 1400 m n.p.m. Można wyjść wyżej i najwyższa góra ma tu 1700 m n.p.m ale my sobie ją odpuściliśmy. Woleliśmy więcej pooglądać parku niż iść na 3h hike, zwłaszcza, że dość mocno tu wiało. Niech was nie zmyli pustynny klimat. Kurtki puchowe były potrzebne bo temperatury były koło 5C a do tego od czasu do czasu dość mocno zawiało.

O ile wjechaliśmy do parku od strony pustyni Mojave (wyżej położonej) o tyle park opuszczaliśmy od strony pustyni Kolorado (niżej położonej) dlatego im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu z tego pięknego parku o tyle krajobraz się zaczął zmieniać. Szczególnie jeśli chodzi o florę. Joshua Tree zostały zastąpione kaktusami.

Przeogromnej ilości kaktusów. Jak tylko wysokość spadła do około 1000 m n.p.m, to pojawił się ogród kaktusowy. Oczywiście musieliśmy w niego wejść i nie zwracając uwagi na kaktusy przyczepiające się do naszych butów pstrykaliśmy zdjęcia jak opętani.

Ja najbardziej byłam w szoku, że kaktusy zrzucały te małe kulki z kolcami prawie jak drzewa liście na jesień. Było tego pełno ale musiało to upaść naturalnie przez wiatr czy inne czynniki, ludziom trudno jest wziąć taką kulkę do ręki i zerwać bo kolce jak to kolce ostre są.

Można godzinami chodzić wśród tych kaktusów ale krajobraz nie bardzo się zmienia więc po jakiś 30 minutach stwierdziliśmy, że pora wracać. W końcu przed nami jeszcze trochę drogi bo wyjeżdżamy z parku po drugiej stronie i musimy jeszcze dojechać z powrotem do Palm Desert.

Z każdym kilometrem ubywało nam wysokości. Nasze auto miało dość podstawowe wyposażenie ale to co miało to wskaźnik wysokości. Fajnie było jechać i obserwować jak z ponad 4tys feet (1300 m) spadliśmy do 3tys ft (940 m) a potem jeszcze dalej jechaliśmy na dół.

Aż nagle wjechaliśmy w okolice miasteczek i na wyświetlaczu pojawiło się -70 ft (-22 m). Pierwsza reakcja Darka była, że pewnie się coś zepsuło dopóki nie zobaczyliśmy oficjalnego znaku, że wjeżdżamy do miasteczka Coachella. Miasteczka które ma 45tys mieszkańców i położone jest w depresji. Interesujące… nie sądziłam, że poza Doliną Śmierci depresje jeszcze gdzieś są tak łatwo dostępne. No to jak depresja to pewnie i wodopój. Postanowiliśmy spróbować lokalnego browaru, Indio Brewing. Rzeczywiście pyszne piwko mają w tej depresji.

Kalifornia jest piękna ale ma jeden mały minus. Wszędzie trzeba samochodem. Nie ważne czy jesteś w dużym mieście jak Los Angeles, San Diego czy San Francisco, czy w małym jak Palm Desert to komunikacji miejskiej za dobrej nie ma. Dlatego na kolację trzeba najlepiej jechać Uberem. Niestety dlatego, że nie bardzo sprzyja to zwiedzaniu miasta jeśli podjeżdżasz pod same drzwi restauracji.

No więc i my podjechaliśmy prosto z hotelu do restauracji, zamówiliśmy steaka, winko, potem drugie, potem deser i z powrotem Ubera. Oczywiście wszystko zajęło nam trochę godzin bo fajnie się gadało z barmanami w Ruth Chris. Ruth Chris to sieć restauracji i kiedyś często do niej chodziliśmy w NY ale zawsze siadaliśmy przy barze. Bo przy barze jest wesoło i można coś się od lokalnych ludzi dowiedzieć. W NY już jej niestety nie ma więc czasem jak mamy okazję to wracamy do Ruth Chris w naszych podróżach, żeby zjeść nie tylko dobrą krówkę ale też ich przepyszny sernik!

Ale się objedliśmy. Dopadła nas tak zwana “food coma”. Nie wiem czy w Polsce jest takie określenie ale w Stanach bardzo popularne jest określenie “food coma” czyli śpiączka jedzeniowa. Oznacza to że tak się człowiek najadł, że energia mu spada i tylko do spania się nadaje. To właśnie my byliśmy po tej ogromnej kolacji.

Ale to i dobrze, że szybko poszliśmy spać bo rano trzeba było wstawać. Kolejne 4h do Las Vegas, tym razem już prosto na lotnisko i pora wracać do domku.

Ten tydzień był zdecydowanie za intensywny jak na rozpoczęcie roku. W sumie to sama nie wiem czy rok się już zaczął czy bardziej na rozpędzie lepiej jest ten tydzień policzyć do starego roku. Na szczęście lot minął nam spokojnie i bez problemów wróciliśmy do głośnego Nowego Jorku… hmmm…. a w pokoju hotelowym w Bellagio było tak cicho i spokojnie.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)

Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.

Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.

Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.

A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.

Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?

Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.

Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.

Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.

Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.

Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.

Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.

Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.

I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.

A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.

Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.05-07 Las Vegas, NV (dzień 4-6)

Czy Las Vegas aktualnie doświadcza recesji? Niestety tak. Dużo czynników ma na to wpływ. Przez ostatnie dziesięciolecia to miasto non-stop dynamicznie się rozwijało. Przyciągało turystów, hazardzistów, gwiazdy sportu i rozrywki, biznesy z całego świata. Konferencje na kilkadziesiąt tysięcy ludzi są tutaj organizowane. Potężna ilość ludzi przeprowadzała się do Vegas żeby tu zamieszkać na stałe. Miasto praktycznie co dekadę podwajało swoją populację. W 1960 roku miało 64,000 mieszkańców, aktualnie metro Las Vegas ma 2.4 miliona mieszkańców.

Oprócz tego, dziesiątki milionów turystów rocznie odwiedza to jakże unikatowe miejsce na Ziemi. Przyjeżdżają tu w różnych celach. Niektórzy oczywiście spróbować szczęścia w ponad 180 kasynach jakie znajdują się tutaj. Część na własne oczy chce zobaczyć co się naprawdę tutaj dzieje. Inna grupa pragnie zjeść pyszną kolację znanego szefa kuchni, zabawić się w odlotowym klubie nocnym, posłuchać koncertu na żywo.

Vegas stało się też centrum sportów. Formuła F1 jest rozgrywana w listopadzie, wybudowali stadiony na wszelakiego rodzaju mecze. Organizmowi Super Bowl w 2024, w tym roku planowane są mecze mistrzost świata w piłkę nożną.

Nasuwa się pytanie. To dlaczego przy tak dynamicznym rozwoju miasta i takich potężnych pieniądzach Las Vegas przeżywa recesję?

Pewnie problemów jest kilka. Mimo, że w poprzednim roku LV odwiedziło 40 milionów ludzi to i tak jest to spadek do poprzednich lat.

Dzisiejsza młodzież szuka innej rozrywki niż tylko kasyna i zabawa.

Dużo ludzi gra w domu, na telefonie w różnego rodzaju hazard. Nie trzeba latać, wynajmować hotelu. Wszystko można robić w komforcie własnego domu.

Bardzo dużo Kanadyjczyków odwiedzało to miasto uciekając od kanadyjskiej zimy. Niestety aktualnie jest trend, że Kanadyjczycy nie lubią Stanów. Ciekawe dlaczego, nie?

Ogólnie żyjemy w czasach, w których za bardzo nie wiadomo co będzie jutro. Ludzie wydają mniej pieniędzy na rozrywkę. Więcej oszczędzają. Dalej tutaj przyjeżdżają, ale na krócej i wydają mniej kasy.

Ceny w Las Vegas poszybowały do góry okropnie. W niektórych częściach gospodarki dwukrotnie za ostatnie 5 lat. Hotele, restauracje, parkingi, domy…. wszystko tutaj jest bardzo drogie.

Przestępczość bardzo wzrosła. W centrum miasta tego aż tak bardzo nie widać, ale jak się odejdzie dalej od atrakcji turystycznych to niestety tak. Przekonałem się o tym na własne oczy.

Vegas znajduje się w samym centrum wspaniałych parków i terenów południowo-zachodnich Stanów. Ludzie tu przylatują (tanie samoloty) wypożyczają samochód (też tanie) i jadą w parki. Nie zostawiając w mieście ani centa.

W ciągu najbliższych dni Vegas nie zobaczy żadnego spowolnienia. Przynajmniej centrum miasta. Przyleciało tutaj 140 tysięcy ludzi na konferencję CES, plus wiele ludzi takich jak ja, towarzyszy podróży. Większość hoteli, restauracji, barów pękała w szwach od przepełnienia. Dużo nawet było zamykane na prywatne imprezy. Vegas się cieszy!

Jak, kiedy i po co to wszystko się tutaj zaczęło?

Dawno, dawno temu… no w sumie nie tak dawno bo w 1905 roku. Kolej torowa z Los Angeles w Kalifornii do Salt Lake City w stanie Utah potrzebowała jakiegoś przystanku, gdzieś pośrodku. I tak w środku niczego, w samym centrum pustyń powstała przystań.

W sumie to nie do końca powstała. Coś już tutaj wcześniej istniało, Mormońska osada, ranczo.

Nazwa Las Vegas oznacza po hiszpańsku „łąki”. Jeszcze przed Mormonami, hiszpański podróżnik i badacz znalazł tutaj wodę na pustyni i stworzył oazę.

Czy było tutaj coś jeszcze wcześniej? Pewnie tak. Na pewno jacyś Indianie na Mustangach przejeżdżali tędy wiele razy.

A kiedy z tych ranch powstało miasto? A no troszkę póżniej. W latach 1930-tych rząd Stanów Zjednoczonych wpadł na wspaniały pomysł że wybuduje największą tamę na świecie. Tak powstała Hoover Dam na rzece Colorado, która przepływa niedaleko. Tama była potrzebna do regulacji nieobliczanej górskiej rzeki, nawadniania lokalnych upraw i dawała energię 5 stanom. Przy budowie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, którzy potrzebowali gdzieś mieszkać, zjeść, zabawić się. W ten oto sposób miasto Las Vegas szybko się rozrastało. Jeszcze jak im zalegalizowali hazard to już nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Kasyna powstawały jak grzyby po deszczu.

Posiadali tanią energię, więc jak na tamte czasy to Las Vegas był najbardziej oświetlonym miastem. Aktualnie dużo tych starych neonów można oglądać w muzeum neonów, które znajduje się na obrzeżach miasta.

Polecam je odwiedzić jak już jest ciemno. Można było pochodzić po tym złomowisku/cmentarzysku zużytych ale wciąż jeszcze działających neonów i wyobrażać sobie jak Vegas wyglądało kilkadziesiąt lat temu.

Byłem w Las Vegas 7-8 razy. Pierwszy raz był gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych to jeszcze przez mgłę pamietam część z tych neonów oświetlających The Strip.

Tym razem jest to zdecydowanie mój najdłuższy pobyt w tym mieście, 7 dni. Ale nie jest źle, mam plan na zwiedzanie. Pierwsze 3 dni spędziłem w północnym Vegas, a teraz kolejne 4 to będę centralnie w samym sercu tego królestwa hazardu. Z małymi wyskokami na obrzeża.

Rano z reguły pracowałem z hotelu, a potem wyruszałem w nieznane. Głównie byłem na The Strip, ale też starałem się zapuszczać w dalsze rejony z dala od turystów. W ciągu dnia było ok, ale w nocy to pewnie bym się bał tam chodzić. W tych małych motelikach to ja spałem jak bywałem tu 20 lat temu. Teraz to wszystko jest zabite dechami.

Hotele i kasyna w centrum były w miarę oblężone przez ludzi, natomiast dalej od głównej części miasta to świeciły pustkami.

Udało mi się nawet parę razy wejść w miejsca gdzie czas się zatrzymał. Nawet stare maszyny do gier z lat 80-tych można było znaleźć. I jeszcze działały.

Mimo, że ponoć recesja dotknęła to miasto to dalej widać, że są inwestycje i Vegas się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie hotele/kasyna. Hard Rock buduje olbrzymie kasyno/hotel w kształcie gitary. Ma być ukończone gdzieś w połowie 2027. 3,600 pokoi, olbrzymie kasyno, wiele basenów, restauracji, atrakcji…

Jak to mówią, najwięcej informacji dostaniesz od barmanów albo kierowców taksówek. Tutaj też jest podobnie. Kierowcy mówili mi, że niestety hotele/kasyna zwalniają ludzi. I co robią bezrobotni? Idą na kierowców Uber albo Lift. Przy zmniejszającej się ilości turystów zapotrzebowanie na taxi też jest mniejsze, a tu więcej samochodów się pojawia, co oczywiście zmniejsza częstotliwość kursów. Mało tego, firmy wprowadzają autonomiczne taxi, które są jeszcze dodatkowym gwoździem do trumny dla biednych taksówkarzy.

Super tak się chodziło po tej olbrzymiej metropolii. Jest styczeń, cieplutko, palmy dookoła, często nawet bluzy nie potrzebowałem. Jak się chodzenie znudziło, to Vegas ma setki barów w których można usiąść, się ochłodzić i zagadać z lokalnymi.

Ilonka często kończyła spotkania wieczorami. W tym czasie starałem się wracać w nasze rejony, żeby wspólnie gdzieś spędzić wieczór i wyjść na kolację.

Nie jest to łatwe zadanie bo dużo restauracji w czasie CES jest albo w całości wynajęta, albo ciężko bez rezerwacji się dostać. Jest na to sposób. Trzeba wejść do kasyna, pochodzić po nim trochę i gdzieś w głębi są fajne restauracje, niewidoczne z ulicy, które z reguły mają wolne miejsca.

Oczywiście siedzenie w restauracji przy barze jest obowiązkowe. Tam się wszystko dzieje, tam można się wiele dowiedzieć, pogadać z kimś i dostać znacznie lepszy serwis niż gdzieś przy stoliku gdzie rzadko ktoś zagląda.

A i ceny są lepsze, zwłaszcza jak jest wesoło. Często dolewają wina za darmo, coś tam dadzą do spróbowania, coś tam „zapomną” policzyć… i tak jakoś leci…

Cztery dni szybko przeleciały. Uważam, że udało mi się jak nigdy poznać Las Vegas. Myślę, że na ten wyjazd wystarczy zwiedzania tej zatłoczonej metropolii, trzeba wyruszyć na odludzia, do Kalifornii. Ilonka wypadła super na CES i „obawiam” się, że za rok też tu będzie musiała przybyć. Pewnie ja też przylecę sprawdzić jak idzie budowa największej gitary na świecie, czy Flamingi dalej pozują do zdjęć turystom i oczywiście odwiedzić parę fajnych barów na obrzeżach…

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)

Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!

Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.

Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.

Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.

A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.

Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami

Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.

Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.

W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.

Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.

Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.

O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.

Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.

Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.

Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.

Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.

Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.

Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.

Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.

Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.

Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.

Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!

A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:

„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”

Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…

Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.

Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….

Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto

Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.

Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)

Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!

Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.

Mowa tu o Spring Mountains.

Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.

Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.

Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…

Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.

Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.

Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.

A gdzie my w ogóle idziemy?

Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.

Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.

Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.

Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.

Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.

Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.

Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.

W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…

Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.

Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.

Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.

Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!

Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!

W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.

Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.

Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.

Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.

Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!

Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)

Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…

Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.

Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.

Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.

Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.

Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.

Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.

Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.

Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.

Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.

Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!

Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.

Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.

Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.

Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.

Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.

Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.

Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.

Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.

Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.

Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.

Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.

Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.

W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.

Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.

Read More
Włochy Ilona Włochy Ilona

2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)

Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.

Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.

Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.

Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.

W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.

Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.

Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.

Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.

Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.

Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.

W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.

Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.

Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?

Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.

Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.

Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.

Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.

Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.

Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.

Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.

A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.

Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.

Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.

Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.

Read More
Monako, Francja Ilona Monako, Francja Ilona

2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)

Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…

No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.

W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.

Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.

No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.

Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.

Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.

Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.

My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.

Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.

Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.

Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.

Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.

Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.

Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.

Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.

Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.

Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.

Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.

Read More
Monako Darek Monako Darek

2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)

Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.

Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.

Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…

Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.

Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.

W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.

Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.

Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.

Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.

Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.

Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….

Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.

Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.

Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.

Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.

Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.

„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.

Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.

Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!

Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.

Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.

Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.

Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.

Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.

Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.

Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.

Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.

Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.

Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.

Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!

Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!

Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.

Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.

Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…

Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.

Read More
Francja, Monako Darek Francja, Monako Darek

2025.11.29 Marsylia, FR & Monte Carlo, MC (dzień 2)

Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż (za wiele go nie mamy - tylko po plecaku), nie dbać o bilet (Ilonka wczoraj je kupowała przy trzeciej butelce wina - ciekawie gdzie zajedziemy) tylko patrzeć jak wszystko zostaje z tyłu…Wsiąść do pociągu….

Tak też było. Dostałem bilet SMS-em, nazwę dworca i prowadź. Dasz radę, Ilonka powiedziała. Pewnie, że dam! Pociąg do Monte Carlo mamy dopiero o godzinie 14, więc zanim do niego się załadujemy to by trzeba coś lokalnego pozwiedzać. Wpierw oczywiście klasyczne, tradycyjne, francuskie śniadanie.

Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer starym portem w kierunku bazyliki Notre-Dame de la Garde.

Szkoda, że nie mamy hotelu z kuchnią, bo tak świeżutkich rybek jak tutaj w starym porcie to ja dawno nie widziałem. Zapach może nie był idealny, ale tak jak z serami, im bardziej capi tym lepszy.

Bazylika znajduję się na dość sporym wzgórzu, z którego widoki na morze i miasto otoczone górami są wspaniałe. Niestety żeby tam dojść to trzeba trochę stromo do góry iść. Jakieś 30 minut.

Dobrze, że nie jesteśmy tutaj w lato bo pewnie jest tu przyjemnie „cieplutko” podchodzić do góry.

Bazylika znajduje się na najwyższym wzgórzu miasta i powstała gdzieś półtora wieku temu.

Kiedyś służyła też jako latarnia morska dla statków wpływających do portu w Marsylii. Aktualnie jest popularnym miejscem dla pielgrzymów.

Ze wzgórza bazyliki można zobaczyć wyspę If z zamkiem. XVI wieczny zamek był przez jakiś czas również więzieniem i to właśnie w nim Aleksander Dumas umieścił swojego bohatera w książce Hrabia Monte Cristo. A skoro to jest Ilonki ulubiona książka to nie mogło się obyć bez zdjęcia.

Troszkę pochodziliśmy wokół katedry, nasycili oczy widokami i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Oczywiście nie w linii prostej, tylko wymyśliłem parę placów po drodze. Zwiedzany, zwiedzamy….

Około południa wróciliśmy do hotelu po plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na nogach do niego mamy jakieś 30 minut, a pociąg dopiero o godzinie 14. Co tu robić? Jak to co, dokładnie to co lokalni robią. Do knajpy!

Było tak cieplutko, że jak bym miał to bym krótkie spodenki ubrał. Co tu musi być w lato? Nie chcę wiedzieć…. piwka by im brakło.

Dobrze schłodzeni ruszyliśmy uliczkami na dworzec. Marsylia jak każde większe miasta, ma dużo sklepów, parków, ludzi i czasami coś ciekawego się pojawia. Zaciekawiły mnie tramwaje. Długie, prawda?

Zdziwiło nas też, że dworzec główny jest położony na wzgórzu, do którego żeby wejść to trzeba nieźle schodów zaliczyć.

Nie ma non-stop pociągów z Marsylii do Monako, trzeba się przesiąść w Nicea. Ogólnie podróż bardzo krajoznawcza i widokowa. W miarę przestrzenne, czyste pociągi w ciszy z prędkością do 200km/h przemieszczają się wybrzeżem. Dużo tuneli, wiaduktów i zakrętów.

Przesiadka w Nicea była tylko paro minutowa, więc trzeba było szybko się uwijać. Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do głęboko, wkutego w skały podziemnego dworca w Monako.

Z dworca jest wiele wyjść. Oczywiście nie wiedząc którym mamy wyjść wzięliśmy windę i wyjechaliśmy na powierzchnię. Jak się później okazało to był błąd bo można było iść długim i płaskim podziemnym korytarzem i wyjść prosto w porcie.

Nam się to nie udało i setkami schodów i stromymi ulicami zaczęliśmy schodzić w dół.

Pierwsze wrażenie Monako? Wielo - poziomowe miasto! Ilość tuneli, stromych ulic, przeplatanych chodnikami i stromymi schodami to jakaś masakra.

My oczywiście nie śpimy w Monte Carlo, nawet nie śpimy w Monako. Śpimy po drugiej stronie granicznej ulicy, czyli we Francji. Dlaczego nie śpimy w Monako? Bo ceny głupie. Można oszczędzić setki Euro śpiąc 15-20 minut od centrum, czyli od Monte Carlo. A za zaoszczędzoną kasę można się nieźle zabawić.

Przyjemny hotelik Marriott nad samym portem spełnił nasze oczekiwania. Oczywiście dostaliśmy lepszy pokój i z  lepszym widokiem - prosto na port i te ich wspaniałe jachty. Jedynym minusem był słaby bar w hotelu. Coś tam było, ale jak na Marriott to słabo, mogliby się lepiej postarać.

Oczywiście nie planujemy spędzić wieczoru w hotelowym barze, więc zostawiliśmy plecaki, ubraliśmy troszkę lepsze ubrania i ruszyliśmy na nocne podboje Monte Carlo.

A po co nam lepsze ubrania? Przecież my chodzimy w podkoszulkach całe nasze podróżnicze życie. Tutaj ponoć, żeby wejść wieczorem w lepsze miejsca to trzeba się „odwalić”.

My mamy tylko po plecaku, więc moje „garnitury” się nie załapały na ten wyjazd. Ale “jeansiki” i polówka z fajną bluzą sportową powinna wystarczyć. A jak nie to ich problem.

Zaraz koło naszego hotelu - po drugiej stronie ulicy (już w Monako) jest stadion piłkarski Louis II. Akurat odbywał się ligowy mecz (Monako-Paryż). Monako wygrało 1-0. Ilość ludzi i policji była ogromna. Ale na szczęście w ciągu kilku minut odeszliśmy dalej i już było normalnie.

20 minutowy spacerek po Monako dobrze nam zrobił i dotarliśmy do „bram” Monte Carlo.

Tutaj się wszystko zaczęło. Znacznie więcej ludzi, jaśniej, lepsze samochody i oczywiście ciekawsze knajpy i hotele. Nie wspominając o jachtach oczywiście…

Podeszliśmy w pobliże tego ich słynnego kasyna. Na placu przed kasynem oczywiście stały egzotyczne samochody, leciała świąteczna muzyka, a wszystko było pięknie udekorowane.

Była gdzieś godzina 20, więc do kasyna nie wchodziliśmy. Po godzinie 19 żeby wejść do środka to musisz być już naprawdę dobrze ubrany. Widzieliśmy ludzi którzy tam wchodzą, a my w naszych sportowych bluzach nie mamy szans. Postanowiliśmy, że wrócimy tu w ciągu dnia.

Poszwendaliśmy się wokół i zaczęliśmy myśleć co tu zrobić z tak pięknie zaczynającym się wieczorem. Jedno jest pewne, musimy coś zjeść. Jesteśmy tylko o wczesnym lekkim, francuskim śniadaniu, paru piwkach i orzeszkach.

Ciekawe czy można połączyć kolację z fajną, klimatyczną knajpą. Tak, tutaj można - Buddha Bar!

Popatrzyliśmy po sobie, po naszych ubraniach, sprawdziliśmy na internecie jaki jest wymóg żeby tam wejść i powiedzieliśmy - raz się żyje, może się uda.

Każdy z nas ma swoje, inne przeżycia związane z Buddha Barem w Paryżu. Trzeba sprawdzić co tutaj jest grane. Nie mieliśmy daleko, wejście jest w tym samym budynku co kasyno, tylko z drugiej strony. W pobliżu Fairmont hotel.

Podeszliśmy pod wejście. Pod wejście to za dużo powiedziane. Już na placu stało dwóch ładnie ubranych ochroniarzy, miało czarne taśmy rozciągnięte i robiło wstępną selekcję. No nic, zobaczymy czy się uda. Na pewniaka ruszyłem do nich, przywitałem się podaniem dłoni i powiedziałem że byśmy coś zjedli i się napili. Zmierzyli nas wzrokiem i ładnie po angielsku powiedzieli, że oni tutaj mają dress-code (trzeba się odwalić). Ja na to, że wiem, rozumiem i że mamy czarne polówki i że lubimy ich sushi. Po krótkiej rozmowie pozwolili nam wejść, tylko powiedzieli, że trzeba te bluzy ściągnąć i być w koszulach. Udało się! Jesteśmy w środku!

Buddha bar słynie z lekkiej, nastrojowej muzyki, dobrego sushi i wystroju. Muzyka jest fajna (przynajmniej dla nas) w ciągu dnia i wieczoru. W nocy jest zupełnie inaczej, o czym się później przekonaliśmy.

Posadzili nas w części barowo - lounge i podali menu. Na górze, jest część restauracyjna, ale chyba nie byliśmy odpowiednio ubrani, bo nawet nam jej nie zaoferowali. A po drugie my lubimy klimaty barowe.

Siedzieliśmy na wygodnych sofach, zaraz koło Buddy, słuchali dobrze dobranej muzyki i zamawiali drinki.

Niedaleko nas były schody na górę, na restaurację. Można było się napatrzeć, co teraz jest na topie w modzie w Europie. Króciutkie świecące sukieneczki i dobrze skrojone ciemne marynarki.

Zamówiliśmy trochę rolek, jakieś rybne taco i oczywiście dobrą, lokalną butelkę białego wina z południowej Francji.

Winko pyszne, jedzenie dobre. Nie zamawialiśmy sushi ani sashimi, bo mieli chore ceny. Rolki mieli dobre, ale myślę, że lepsze jedliśmy. Natomiast klimat i atmosfera była idealna. Można było się napatrzeć i nasłuchać gdzie bogatsza część Monte Carlo się bawi, i jak się bawi.

Myślę, że gdzieś tak po godzinie 22 muzyka zaczęła się zmieniać. Z delikatnej, nastrojowej, dobrej do jedzenia i gadania na bardziej klubową. Głośniej i szybciej. Im później tym jeszcze głośniej.

Naliczyliśmy 3 DJs co na dwóch stanowiskach rozkręcali imprezę.

Pojawiło się też coraz więcej podświetlanych, przeźroczystych pojemników na lód. Fajnie oświetlały stolik, ale ich głównym zadaniem było schładzanie Szampanów. A szczególnie szampana Cristal, którego to logo było na każdym pojemniku. Cena? Jedyne €700!

Gdzieś tak po północy DJs zrobili z Buddha Bar klub nocny. Było za głośno, my już za starzy na takie imprezy. Wyszliśmy na zewnątrz. W końcu była cisza i przyjemnie chłodno.

Uściskiem dłoni pożegnałem się ze znajomą mi już ochroną i podziękowałem, że mogliśmy doświadczyć unikatowych wrażeń w Monte Carlo. Mamy zaproszenie na następny raz.

Spacerkiem, już pustymi ulicami Monako wróciliśmy do naszego hotelu we Francji. Mecz się już dawno skończył, więc było bardzo spokojnie i pusto. Jutro zwiedzamy mniej rozrywkowe części tego cudownego wybrzeża.

Read More
Francja Ilona Francja Ilona

2025.11.28 Marsylia, FR (dzień 1)

Nasza Marsylia zaczęła się nieźle. Najpierw usłyszeliśmy w samolocie zapiąć pasy lądujemy a za chwilę “pas jest zamknięty nie lądujemy”. I odlecieliśmy głębiej w morze Środziemne do Afryki. Hmmm…w Morocco zamiast Monaco to ja nie chcę być. W pierwszym byłam już w drugim jeszcze nie ale zakładam, że jest różnica.

Na szczęście pas startowy był zamknięty tylko na 10-15 min na jakąś inspekcję i udało się wylądować o czasie. Nam tam opóźnienia nie przeszkadzały bo i tak nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli hotel tak wcześnie rano.

Marsylia przywitała nas zimnem. Kapitan w samolocie mówił coś o 1C, telefon pokazywał 4C ale odczuwalne 2C. Wow…tak więc pierwsze co zrobiliśmy to ubraliśmy jeansy i kurtki. Po 15C w NY, jakiś 15h w zamkniętych pomieszczeniach z kontrolowaną temperaturą to uderzenie zimna było nam potrzebne, odrazu nas obudziło.

A gdzie te palmy, słoneczne plaże i gorące klimaty południa? Chyba spóźniliśmy się o jakiś miesiąc. No nic zawsze lepiej jak jest chłodno niż za ciepło.

Podjechaliśmy pod hotel ale niestety pokoju nie dostaliśmy. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Postanowiliśmy odwiedzić Palais Longchamp.

Palais Longchamp to pomnik otwarty z okazji otwarcia kanału Marsylii który doprowadził wodę do miasta. Wybudowany w XIX wieku swoją nazwę wziął od “dużych pól” po francusku Longchamp. Nie mylić ze słynnym producentem torebek i innych wyrobów skórzanych.

Aktualnie znajduje się tam muzeum i park. Park podobno jest jeden z piękniejszych ale pewnie na wiosnę bo teraz jakoś park nie powalał ale to właśnie tam znaleźliśmy pierwszą palmę na tym wyjeździe.

Spacerek i chłód nas obudził i jakoś do południa dotrzymaliśmy. Przyszła pora na lunch. Wybraliśmy knajpkę La Mercerie. Wybór bardzo dobry potwierdzony nie tylko dobrym jedzeniem ale też ilością lokalnych ludzi. Prawie sami lokalni a turystów bardzo mało. Przy takim obłożeniu lokalnymi byłam w bardzo pozytywnym szoku, że mówią tak ładnie po angielsku.

Wino i pyszne jedzenie nas uśpiło. W sumie na nogach byliśmy już jakieś 24h i poza małą drzemką w samolocie co nawet drzemką nie można nazwać nie spaliśmy w ogóle. Poszliśmy do hotelu z nadzieją, że pokój był i na szczęście był. W końcu łóżeczko.

Jak padliśmy tak obudziliśmy się 3h później. Już ciemno było. Ale miasta mają swój urok nocą, zwłaszcza miasta udekorowane świątecznie.

Marsylia co prawda dopiero dekoruje i jeszcze nie ma tak dużo świateł. Ciekawe kiedy Europa wymyśli, że Amerykanie (20% dochodu turystyki europejskiej jest z USA) mają wolne na święto dziękczynienia i fajnie by było jakby wszystkie markety świąteczne były już w pełni dekoracji i oferty.

Podchodziliśmy trochę po miasteczku ale dość dużo knajpek i restauracji niestety było zamkniętych na sezon. Na kolacje wybraliśmy najstarszą knajpę w mieście (1860 Le Palais). Ogolnie jedzenie pychota ale jakoś tak jasno tam było…brakowało nam takiego klimatu do posiedzenia.

Zjedliśmy, wypiliśmy a deser wzięliśmy na wynos. Jakoś nie mogliśmy przejść koło Macaroons obojętnie. Nie ma to jak zjedzenie paru na ulicy po pysznej kolacji.

Klimat znaleźliśmy dopiero w La Caravelle. Autentyczny bar który witał żeglarzy z Maryslii ciągle od 1920 roku.

Klimatyczny bar na pietrze. Mieli siedzenia przy barze ale my jednak wybraliśmy stolik. Jakoś w Europie niestety nie ma kultury siedzenia przy barze i poznawania nowych ludzi. Stolik był też lepszą opcją bo mieliśmy widok na zespół. Fajnie było posłuchać muzyki na żywo w jakimś lokalnym barze przy lokalnym winku.

Miksowali kawałki francuskie i angielskie (wiadomo pod turystów). Choć może i nie koniecznie bo nadal najwięcej się francuskiego słyszało wśród gości knajpy. Chyba dużo Francuzów teraz podróżuje lokalnie, na weekend sobie wyskakują.

Nam wieczór minął bardzo miło ale jak przestali grać to już postanowiliśmy wrócić do hotelu. Trzeba się wyspać bo jutro kolejny intensywny dzień.

Read More