2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)
Paradises…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.
Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.
Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.
Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.
Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.
Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.
Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.
Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.
Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.
Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.
Podróż w 2020 roku
Podróż w 2026 roku - robimy postępy.
Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.
Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.
Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.