Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)
Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.
Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.
Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.
W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.
Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.
Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.
Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!
Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.
Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.
Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.
Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.
Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….
Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof
Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.
Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.
Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.
Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.
Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.
W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.
W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.
Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.
Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.
Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.
Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.
2026.03.01-07 Zermatt, CH (narty podsumowanie)
Zermatt jest to potężny resort narciarki położony w południowej Szwajcarii na granicy z Włochami. Posiada dziesiątki wyciągów, setki kilometrów tras i praktycznie niezliczone obszary poza trasami po których oczywiście powinno się jeździć. Oczywiście wioska narciarska też jest niczego sobie z wieloma restauracjami, barami i atrakcjami turystycznymi.
Można wyróżnić trzy główne obszary: Rothorn, Gornergrat i Matterhorn. Do wszystkich tych obszarów można dojechać różnego rodzaju kolejekami prosto z Zermatt.
Rothorn - podziemna kolej
Gornergrat - górski pociąg
Matterhorn - kolej linowa lub gondola.
Pomiędzy tymi obszarami można się przemieszczać też górami. Nie ma potrzeby zjeżdżania na sam dół w celu zmiany rejonu. Zaoszczędza się tym sposobem wiele czasu i energii. Jak by to było komuś mało, to Zermatt jest też połączony wyciągami z Cervinia we Włoszech co znacznie zwiększa obszar. Przez ten cały tydzień nie udało mi się odwiedzić Włoch, tyle miałem „roboty” w Szwajcarii. Następnym razem, może….
Ogólnie to wszystkie dni nie wiele się różniły od siebie. Po śniadaniu na narty, potem spotkanie gdzieś Ilonki w górach, zjazd na dół około godziny 17, odpoczynek i do spania. Następnego dnia to samo, i tak przez tydzień.
Mieszkaliśmy w fajnym, w miarę nowootwartym hoteliku w pobliżu gondoli na Matterhorn. 5 minut na nogach i już byłem przy dolnej stacji kolejki. Blisko i wygodnie.
Pamiętam z moich wcześniejszych pobytów tutaj, że często były kolejki do wyciągów, zwłaszcza rano, do tych na dole. Teraz praktycznie cały czas bez kolejek jeździłem. Czasami może do pierwszego wyciągu stałem 5-10 minut a potem już wszystko płynnie leciało. Nie sądzę, że mniej ludzi tutaj przyjeżdża. A raczej statystki mówią, że z roku na rok jest ich więcej. Widać to po ciągle powstających nowych hotelach, pensjonatach. Do restauracji na lunch czy kolację jak się nie ma rezerwacji to ciężko się dostać, zwłaszcza wiekszą grupą. Więcej narciarzy a mniejsze kolejki. O co tu chodzi? Ja myślę, że powodów jest kilka.
Więcej wyciągów. Resort ciągle buduje nowe wyciągi i dokłada więcej terenów.
Krzesła na więcej ludzi. Czwórki zamieniają na szóstki, a szóstki na ósemki. Więcej ludzi wyjedzie w góry w tym samym czasie.
Szybsze wyciągi. W Zermatt już nie ma ani jednego starego, wolnego wyciągu. Wszystkie zamienili na szybkie, wieloosobowe krzesła, albo gondole. Gondole też tak szybko jeżdżą, że na dole to trzeba się szybko uwijać żeby wsiąść. Jak będziesz stał i czekał na swoją kolejkę to nigdy się nie doczekasz. Lokalni wsiadają odrazu. Jak jesteś większą grupą to zapomnij, że uda wam się jechać razem w górę.
Szybkie wyciągi też mają wadę. Krótko się jedzie, a co za tym idzie, mniej czasu na odpoczynek na wyciągu. A powiem wam, że dobrze jest tak usiąść wygodnie w słoneczku na krzesełku, obserwować piękne góry i tak jechać z 15 minut i prowadzić rozmowę z jakimś lokalnym.
Słoneczną pogodę miałem codziennie. Każdego dnia było 100% słońca (poza szczytem w pierwszy dzień), idealnie na opalanie się na wyciągach, knajpach, czy koło knajp….
Pewnie mniej ludzi też jest na trasach i wyciągach bo z tego co zauważyłem coraz mniej ludzi jeździ tak non-stop od otwarcia do zamknięcia. Wychodzą później, po paru zjazdach trzeba sobie przerwę na kawkę zrobić a już o 11:30 jak tylko otwierają knajpy to już jest kolejka do wejścia. Przejeżdżałem akurat koło jednej o 11:28 to widziałem co się dzieje. Kolejka się już ustawiała żeby jak najlepszy stolik zająć.
Oczywiście prawie każdy ma rezerwację na lunch, który często trwa 1.5-2h albo i dłużej. Coraz częściej ludzie na wyciągach mówią w której restauracji mają rezerwację na lunch a nie jaką właśnie trasą zjechali. Lunch często trwa dłużej niż kolacja, zwłaszcza jak jest słoneczna pogoda. Pyszne jedzenie, dobre wina, muzyka na żywo, super widoki… czego trzeba więcej
Po południu znowu tyle jest knajp koło tras z głośną muzyką, że dużo narciarzy już tam „odpoczywa” a nie dalej jeździ.
Pewnie dlatego nie ma kolejek do wyciągów.
Tak jak wspomniałem, miałem cały czas słoneczną pogodę. Niestety to nie było idealne dla śniegu. Przez ten tydzień nic śniegu nie spadło. Nie miałem dobrego puchu. Na szczęście przed moim przyjazdem trochę tu sypnęło, wiec 100% było otwarte, niestety na trasach, zwłaszcza tych stromych było twardo.
Im wyżej tym było lepiej bo nie było dodatnich temperatur w ciągu dnia i nic się nie topiło. Nie było lodu.
Jechałem raz z przewodnikiem to mi trochę poopowiadał, gdzie tu można w miarę bezpiecznie jeździć wyżej w górach poza trasami. Powiedział, że jest niski stopień zagrożenia lawinowego (2) i mają około 3 metrów śniegu na lodowcach, więc większość szczelin jest przykrytych odpowiednią ilością śniegu. Można się bawić poza trasami. Tak też robiłem. Jak tylko byłem w rejonach Matterhorn to oczywiście wynajdywałem lepszy śnieg z dala od tras. Ale nie za daleko, tak żeby jeszcze w miarę bezpiecznie było.
Na jednym z wyciągów lokalny pan w wieku 60+, urodzony i mieszkający w Zermatt całe życie powiedział mi niestety smutną informację.
Ma wnuka co ma 6 lat, który już dobrze jeździ na nartach. Jego wnuk prawdopodobnie jest już ostatnim pokoleniem które może jeszcze jeździć w Alpach po lodowcach. Za 20-30 lat Alpy już nie będą takie same. Lodowce bardzo szybko się kurczą i zmniejszają swoją objętość. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Wkrótce już nie będzie całorocznych nart w Alpach. Szkoda…
Chyba w żadnym resorcie narciarskim nie spotkałem tylu rowerzystów przyjeżdżający na narty. Pod każdym dolnym wyciągiem jest dosyć spory parking na rowery. Pewnie dlatego, że w Zermatt nie można mieć samochodu. Jak nie mieszkasz blisko wyciągów to albo musisz iść na nogach, albo darmowym autobusem, albo rowerem. Wybór należy do ciebie.
Z alpejskich ciekawostek to trzeba opisać zjawisko kurzu z Afryki. Po raz pierwszy to widziałem na własne oczy. Ponoć pył z Sahary przy odpowiednim wietrze z południa może się przemieszczać tysiące kilometrów i docierać aż do Alp. Jest to widoczne gołym okiem jako takie zamglenie, słaba przejrzystość powietrza. Niestety osiadając na śniegu w wyższych partiach gór ma negatywny wpływ na pokrywę śnieżną. Śnieg już nie jest taki super biały tylko zmienia kolor na taki bardziej żółtawy albo nawet brązowawy. Powoduje to, że promienie słoneczne są w mniejszym stopniu odbijane od śniegu a bardziej wchłaniane i śnieg szybciej topnieje. Na szczęście trwało to tylko przez dwa dni.
Dzień leciał za dniem. Rano ja miałem intensywne narty w różnych częściach tego resortu, a Ilonka dzielnie wyszukiwała nowych szlaków. W godzinach popołudniowych wynajdywałem ją i wspólnie spędzaliśmy lunch. Czy to z plecaka czy w jakieś knajpie w górach.
Po lunchu Ilonka schodziła w dół, a ja z reguły w góry na parę jeszcze zjazdów i zachód słońca. Górne wyciągi tutaj są czynne długo więc można było jeszcze pojeździć.
Z górnych partii gór tak gdzieś o 16:30 ski patron wygania narciarzy w dół. Natomiast tak gdzieś od 2200 metrów w dół, tam gdzie zaczynają się wszystkie knajpy to już chyba są inne zasady. Za bardzo tutaj już nikogo chyba nie obchodzi czy jeździsz później na nartach czy nie. Koło każdej knajpy jest napis o której jest ostatnie sprawdzenie trasy i potem jedziesz na własną odpowiedzialność.
Często, już na dole w Zermatt widać i bardzo dobrze słychać „narciarzy” jak wracają z gór. Gdzieś tak w godzinach 19-20, jak zamykają bary w górach to oni muszą zjechać na dół, do Zermatt i szukać dalszych rozrywek. Już bardziej bezpiecznie bo na dole.
Każdy narciarz ma pewnie jakieś swoje ulubione miejsce, punkt, trasę w każdym resorcie. Ja mam dwa w Zermatt. Jedno to moja ulubiona ławeczka, gdzie często siadałem, odpoczywałem i podziwiałem piękny Matterhorn.
Drugie odkryłem na tym wyjeździe. Jest to ławeczka (oczywiście, że ławeczka) na samym szczycie Hohtalli (3286m.) Na Hohtalli wychodzi tylko jeden wyciąg i jest to kolej linowa. Ze względu na trudny zjazd z góry rejon tego szczytu polecany jest tylko dla wprawnych narciarzy. Najłatwiejsza trasa z góry to wąska, stroma i często oblodzona czerwona trasa z dużymi przepaściami.
Większość ludzi jak wysiądzie z kolejki to szybko leci żeby zapiąć narty i przed tłumem zjechać. Natomiast na szczycie jak się skręci w prawo, tam gdzie jest informacja o lawinach i otwartych terenach to jest takie cudowne miejsce gdzie można usiąść i podziwiać chyba najładniejszą panoramę rejonu. Od Monte Rosa aż po Matterhorn.
Tydzień zleciał i niestety znowu trzeba wracać do głośnej i wielkiej metropolii. A w górach jak się odjechało od głównych tras to była taka cisza, że aż w uszach piszczało. Ale to pewnie od wysokości.
Lubię narty w Europie. Są inne niż w Stanach. Nie koniecznie lepsze czy gorsze, po prostu inne. W Europie wpierw powstały górskie miejscowości, a potem resorty. W Stanach odwrotnie. Powstał resort i miasteczko zaraz po nim. W Europie tak jakoś wszyscy w tych resortach żyją nartami, to się widzi na każdym kroku. Prawie każdy jeździ i opowiada o tym. Jest to styl życia, sposób na wolność, odskocznia od problemów codzienności. W Stanach jeszcze nie, jeszcze pewnie trochę czasu upłynie zanim ludzie zaczną traktować narty jako sposób na życie, a nie jako weekendowy wypad za miasto. Chociaż to się zmienia. Coraz więcej ludzi się wyprowadza do resortów, przynajmniej na sezon. Znajduje tam pracę, mieszkanie, poznaje znajomych o podobnych zainteresowaniach. Starają się przynajmniej 50+ dni w sezonie jeździć na nartach, interesować się tym sportem/hobby/ sposobem na życie.
Pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie to mieliśmy wspaniały tydzień w raju, tydzień o którym na pewno będziemy długo pamiętać i opowiadać. Kto wie, może tu znowu szybko wrócimy sprawdzić co nowego dobudowali lub zmienili.
Jak narazie to mamy jeszcze jeden duży wyjazd na narty. Za parę tygodni lecimy szukać wiosny w naszym ulubionym stanie, czyli Kolorado. Wiosenne narty są piękne. Cieplutko, wszystko otwarte, jasno do godziny 20, muzyka na żywo, zimne piwko…. Do usłyszenia!
2026.03.07 Zermatt, CH (dzień 7)
Wakacje dobiegają końca ale przed nami kolejny piekny i pogodny dzień. Tym razem pod tytułem “magnum jest dobre na dwie osoby pod warunkiem, że jedna nie pije”.
Zanim jednak dojdziemy do wina i ludzi którzy na lunch podczas nart zamawiają butelki za $500 to trzeba się trochę poruszać. Dlatego Darek ruszył na narty a ja na hike.
Darek polecił mi sprawdzić Schweigmatte. No tak, takiej “wioski” jeszcze nie zaliczyłam. Wioska jest bardzo blisko Furi ale znów znalazłam nową trasę, żeby tu wyjść. To jest piękne w Zermatt, że ciągle można nowe trasy mieć.
Spacerek fajny ale taki dość podstawowy. Darek dał mi zadanie znalezienia fajnej restauracji na pożegnalny lunch. Skoro na mam głos decydujący i skoro ma być specjalnie to tylko Zum See.
Zum See to osada założona w 1540 roku tak jak i inne domki w osadach w tych górach słynie z drewnianych domków. Domy zbudowane są z drewna modrzewiowego poczerniałego przez słońce. Obecnie osada słynie z restauracji o tej samej nazwy, która od 1984 roku jest prowadzona przez rodzinę Julen.
To co mi się najbardziej podoba w Zum See to fakt, że szlak dokładnie przechodzi między stolikami, centralnie przez restaurację.
Zum See jest w innej części góry więc miałam okazję jeszcze trochę pochodzić fajnie tak, że się dużo szlaków krzyżuje i można po górkach poskakać jak kózka.
Koło 14:30 doszłam do restuaracji Zum See i już nie było miejsca. Ops … można niby w środku usiąść i pewnie byśmy to zrobili jako ostateczność. Jakimś cudem udało mi się skołować stolik na dwie osoby, nie był w słońcu ale lepsze to niż nic. Bo na zewnątrz zdecydowanie lepszy klimat jest niż w środku.
Jedzonko było pyszne…nie dziwię się, że tyle klientów tu mają. Do tak pysznego jedzonka nie można nie zamówić winka…my jednak nie zamówiliśmy magnum, nadal rozsądek wziął górę i też nie wzięliśmy najdroższej butelki.
Podobno w Alpach jest taka tradycja/zabawa, że po sezonie narciarskim jak ludzie się spotykają to nie pytają się którą trasą zjechałeś czy ile dni na nartach byłeś. Tam jest ważne jaką butelkę zamówiłeś do lunchu i oczywiście ten kto najdroższą i największą to wygrywa. Dlatego tu butelki w rozmiarach magnum widać na co drugim stoliku. A my głupi amerykanie oceniamy sezon narciarski po ilości dni na nartach.
Po jedzonku dostaliśmy propozycje przeniesienia się do słońca. Oczywiście skorzystaliśmy. Słoneczko robi różnicę. W cieniu też było przyjemnie ale wygrzewać się w słońcu w takich warunkach to chyba nikt nie pogardzi.
Nie pogardziliśmy też kremówką. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć poza butelkami wina dużą blachę kremówki. Siedzieliśmy koło niej chwilę więc ślinka leciała. Dobra była….zdecydowanie idealne zakonczenie pysznego lunchu.
I tu pojawił się mały problem….taki fajny lunch a my przecież mamy rezerwację na kolację. No i co tu zrobić. Z jednej strony pojedliśmy i pewnie jakaś mała zakąska na noc by wystarczyła, ale to nasz pożegnalny wieczór. Jutro już niestety musimy wracać do Zurichu.
No nic…może jeszcze zgłodniejemy bo w domu glupio zakończyć tak wspaniałe wakacje. Żeby nabrać apetytu Darek pojechał na jeszcze jeden zjazd a ja zaczęłam szybko schodzić. Jak się szybko schodzi to szybciej się spala, nie?
Na kolacje poszliśmy do Spycher. Szczerze nie jest to miejsce do jakiego będę wracać. Jedzenie dobre, kelnerzy milo ale jakoś tak nie było wow. Było za to dużo ognia.
W Spycher słyną z mięs smażonych krótko ale z dużym płomieniem. Wtedy mięso ładnie zapieka aie z zewnątrz a w środku jest idealnie delikatne. Jest to też pokaz i pewnie większość ludzi przychodzi tu właśnie dla pokazu.
Po kolacji zrobiliśmy sobie ostatni spacer po mieście. Jutro Darek zamienia narty na buty i idziemy na szlak górski. Tym razem ja mu wynajde szlak.
2026.03.05 Zermatt, CH (dzień 5)
Dzisiejszy dzień jest pod tytułem “Darek nie lubi jeździć na nartach”. Hmmm…. trochę zaskoczyło mnie to jak po 5 dniach w tym raju spotkałam się z nim na lunch i z poważną twarzą oznajmił, że on nie lubi jeździć na nartach.
O co w tym stwierdzeniu chodzi Darek sam wytłumaczył we wcześniejszym wpisie. Natomiast jak to wpłynęło na nasz dzień…ano tak, że ciężko było się ruszyć ze Stafelalp bo nikomu nie chciało się iść na narty których się “nie lubi”.
A wam by się chciało ruszać z takiej miejscówki? Chyba też średnio.
Restauracja Stafelalp położona jest w dość odległej części resortu. Nie dojedzie się tu kolejką a też mało ludzi tu dojdzie bo trzeba znać tą miejscówkę. Darek wyczaił ją 11 lat temu i od tego czasu zawsze tu idziemy przynajmniej raz.
Do Stafel idzie się podobnie jak do Furi ale, że już tamtędy szłam to postanowiłam sobie urozmaicić wycieczkę i przeszłam na około przez wioskę Zmutt. Szczerze to chyba to był mój pierwszy raz tu. Jakoś nie kojarzyłam, żebym tu była wcześniej.
Wioska jak to wioska, parę domów na krzyż ale położona na uboczu, z dala od tras narciarskich z pięknymi widokami. Spotkałam trochę ludzi tu idących bo naprawdę fajny szlak ale wszyscy na nogach. Widać, że chodzą dla treningu i przyjemności.
Zmutt wygląda na wioskę która otwiera się tylko na lato i która oferuje szlaki w pobliskie góry. W zimie wygląda, że część ludzi tak jak ja wybiera tą trasą, żeby na około dojść do Furi. Zdziwiłam się jednak, jak spotkałam parę która stwierdziła, że szuka tu restauracji, bo od lat tu przychodzą i fajna knajpka jest. Nie wnikałam czy w lato czy zimę tu przychodzą ale restuaracji tu nie widać a nawet gorzej, widać tylko jakiś spalony budynek.
Ja musiałam iść dalej. Trasa niby oznaczona, ładnie odśnieżona ale znaków na Staffel nie ma. Zaczęłam się zastanawiać czy czegoś nie pomieszałam ale nawet nie. Po paru minutach zeszłam trochę na dół i mostkiem przeszłam na drugą stronę tamy.
Jak już zobaczyłam tamę a potem tunel to wiedziałam, że wszystko pod kontrolą. Tutaj szlak łączy się z drogą z Furii. Pomimo jednak połączenia szlaków to ludzi wcale nie przybyło.
Stafelalp położony jest na 2200 m więc trochę do góry musiałam się wspinać, zwłaszcza, że z wioski Zmutt trochę zeszłam na dół. Dodatkowo to do restuaracji idzie się troszkę na około. Jakoś zapomniałam, że nie jest ona przy samej drodze tylko pętelkami trzeba trochę na około do niej dojść. Od tamy pojawiały się jednak znaki więc mniej więcej wiedziałam ile mi zostało.
Tym razem Darek doszedł pierwszy i to ja mogłam złożyć zamówienie na zimny napój który czekał jak tylko doszłam do knajpy. Nie, nie było to piwo ani Aperol Spritz. Była to stara, dobra, poczciwa Coca-cola. Skoro w Europie pije się ją na obudzenie i dostanie kopa energii to też chciałam spróbować bo jakoś ten spacer mnie zmęczył. Chyba po 5 dniach ciągłego chodzenia organizm domagał się dnia relaksu…a tu nie ma łatwo, relaks to kolejne wyjście na 2,200 m.
Stafelalp położone jest w przepięknym miejscu a do tego miało zawsze przepyszne foundue. Tak więc jak zazwyczaj nie mówię Darkowi co ma zamawiać tak tym razem z góry założenie było, że będzie serowo…ja już widziałam oczami wyobraźni ten rozstopiony ser, butelkę rose i Matterhorn w tle…
Niestety…. Nie ma foundue…podobno trzy lata temu zmienił się właściciel i zmienił menu. No to rozczarowanie i trzeba się hamburgerem zadowolić. Dobrze, że rose przynajmniej mieli bo coca-cola fajna ale na dłuższą metę nie zdrowa.
Siedzielibyśmy dłużej ale bez foundue nie było sensu….. żartuję, choć trochę zawiedziona jestem, że prawie tydzień w Szwajcarii a tu nadal nie ma dobrego foundue czy racklette. Chyba do Francji trzeba pojechać.
Opuściliśmy knajpę ale nie opuściliśmy gór. Darek bardzo chciał odwiedzić “kurczaka”, Hennu Stall. Nazwa tak naprawdę oznacza kurnik ale dla nas zawsze będzie “kurczak”. “Kurczak” to dyskoteka/bar przy stoku. Uznany za wielu za najlepsze Apres Ski. 11 lat temu było tam super, 6 lat temu było ok….dlatego trochę obawiałam się iść tam teraz. Darek jednak bardzo chciał, żeby tradycji stała się zadość i namówił mnie na jedno piwko.
Akurat po drodze miałam schodząc ze Stafelalp więc na jedno zaglądnąć mogłam…no i się przekonałam, że ja to się cieszę, że mam 40 lat i cieszę się, że mi z tym dobrze. Kurczak to miejsce, żeby się wyszaleć. Młodzież tam szaleje, pije kolorowe drinki, albo szybkie shoots z kieliszków. Jest też grupa ludzi koło 50 lub starszych którzy chcą powspominać, odmłodzić się, pokazać światu, że jeszcze mogą. A ja właśnie tu doszłam do wniosku, że każda moja dekada życia miała swoje prawa i swój sposób imprezowania. Żadnej dekady nie żałuję, ale też do żadnej nie mam potrzeby wracać. Tu gdzie jestem jest idealnie.
Tak więc po jednym piwku wyszliśmy i jak przystało na 40+ siedliśmy na ławeczce na dole i patrzyliśmy jak zachodzi słońce.
Kolejny piekny dzień za nami. Aż ciężko uwierzyć, że mamy aż takie szczęście z pogodą. Oby tak dalej. Przed nami jeszcze 3 fajne dni w górach i trzy fajne szlaki. Bo tak jak pisałam, tutaj jest zdecydowanie gdzie chodzić.
2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)
Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.
W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.
Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.
W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.
Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.
Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.
W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.
Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.
Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.
Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.
Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?
Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.
Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?
Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.
Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.
Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.
Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.
Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.
Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.
Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.
Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.
Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.
Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.
Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.
Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.
Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.
Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.
2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)
Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.
Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.
Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.
Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.
W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.
Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.
Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.
Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.
Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.
Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.
Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.
Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.
W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.
Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.
Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?
Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.
2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)
Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.
Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…
Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.
Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.
W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.
W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.
Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.
Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.
Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.
Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.
Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.
Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.
Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.
Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.
Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.
Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.
Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…
2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)
Czy narty mogą się znudzić? Oczywiście że tak. Myślę, że tak po godzinie, góra dwie, zaczęło by mi się nudzić. No bo ile tak można wyjeżdżać wyciągiem na górę, i zjeżdżać w dół na nartach. I tak cały czas, góra - dół, góra - dół, góra dół…. nudne to, nie?
Już słyszę Wasze pytania. To po co on tam pojechał na tydzień na narty jak po godzinie mu się nudzą?
Ja nie do końca pojechałem na narty, ja pojechałem w góry. Uwielbiam przebywać w górach i miasteczkach górskich z fajnym klimatem. Ja bym całe życie mógł w nich spędzić. Lato, zima, każda pora roku jest inna i ciekawa. Chodzenie zimą po górach jest cudowne. Nie dziwię się Ilonce, że tak codziennie rano wychodzi w góry w różne rejony.
Duże góry jak Alpy czy Góry Skaliste są tak wielkie, że nie ma szans żeby na nogach te wielkie obszary zobaczyć i zwiedzić. Zimą z pomocą przychodzą narty i wyciągi. Potężna sieć szybkich wyciągów i setki kilometrów tras ułatwiają przemieszczanie się. Nie ma szans żeby człowiek za dzień przeszedł 50+ kilometrów górskimi szlakami i to jeszcze w zimie. Na nartach dla wprawnego narciarza nie ma z tym żadnego problemu.
Czyli sami widzicie, że narty nie muszą się nudzić pod warunkiem, że jest się w resortach które udostępniają zwiedzanie przepięknych gór, dolin, przełęczy, miasteczek… Nawet można przekraczać granice krajów w niektórych resortach. Jednym z takich resortów w których na pewno nie będę się nudził jest Zermatt w Szwajcarii.
Jak to Ilonka wcześniej pisała, jest to taki raj na ziemi. Jak by nie było to pewnie muszę się z nią zgodzić, bo to już jest mój szósty przyjazd do tego raju (czwarty zimą). Dlaczego aż tyle razy tutaj? Bo jest tutaj po prostu pięknie!
Miasteczko Zermatt położone jest na wysokości 1,620 metrów. Otaczają go czterotysięczniki z najbardziej rozpoznawalną górą świata, czyli Matterhorn. Na nartach można zjeżdżać z prawie 4,000 metrów, co daje ponad 2,000 metrów w pionie. Jest to też najwyżej położony resort narciarski w Europie, co pozawala mieć gwarancję dobrego śniegu i możliwość jeżdżenia przez 365 dni w roku.
System wyciągów jest co roku ulepszany. Dodawane są nowe, wymieniane stare, można łatwiej dostawać się w nowe rejony. Średnio przyjeżdżam tutaj co pięć lat i za każdym razem jak biorę mapę resortu to jest wow! Ile nowych rzeczy pobudowali, tras, wyciągów, atrakcji.
Ja wiem, że nam o wiele łatwiej jest się dostać do Colorado, Utah czy Montany, ale kurcze jest coś w tym Zermatt. Jak się tutaj wysiądzie z tego zatłoczonego pociągu po 17 godzinach podróży to aż się chce głęboko odetchnąć parę razy i powiedzieć JESTEM. Melduję się w raju!
2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)
Paradise…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.
Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.
Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.
Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.
Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.
Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.
Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.
Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.
Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.
Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.
Podróż w 2020 roku
Podróż w 2026 roku - robimy postępy.
Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.
Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.
Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.
2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)
Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.
Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.
Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.
Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.
W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.
Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.
Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.
Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.
Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.
Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.
W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.
Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.
Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?
Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.
Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.
Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.
Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.
Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.
Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.
Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.
A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.
Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.
Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.
Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.
2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)
Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…
No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.
W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.
Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.
No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.
Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.
Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.
Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.
My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.
Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.
Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.
Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.
Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.
Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.
Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.
Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.
Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.
Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.
Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.
2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)
Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.
Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.
Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…
Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.
Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.
W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.
Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.
Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.
Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.
Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.
Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….
Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.
Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.
Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.
Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.
Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.
„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.
Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.
Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!
Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.
Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.
Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.
Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.
Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.
Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.
Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.
Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.
Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.
Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.
Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!
Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!
Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.
Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.
Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…
Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.
2025.11.29 Marsylia, FR & Monte Carlo, MC (dzień 2)
Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż (za wiele go nie mamy - tylko po plecaku), nie dbać o bilet (Ilonka wczoraj je kupowała przy trzeciej butelce wina - ciekawie gdzie zajedziemy) tylko patrzeć jak wszystko zostaje z tyłu…Wsiąść do pociągu….
Tak też było. Dostałem bilet SMS-em, nazwę dworca i prowadź. Dasz radę, Ilonka powiedziała. Pewnie, że dam! Pociąg do Monte Carlo mamy dopiero o godzinie 14, więc zanim do niego się załadujemy to by trzeba coś lokalnego pozwiedzać. Wpierw oczywiście klasyczne, tradycyjne, francuskie śniadanie.
Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer starym portem w kierunku bazyliki Notre-Dame de la Garde.
Szkoda, że nie mamy hotelu z kuchnią, bo tak świeżutkich rybek jak tutaj w starym porcie to ja dawno nie widziałem. Zapach może nie był idealny, ale tak jak z serami, im bardziej capi tym lepszy.
Bazylika znajduję się na dość sporym wzgórzu, z którego widoki na morze i miasto otoczone górami są wspaniałe. Niestety żeby tam dojść to trzeba trochę stromo do góry iść. Jakieś 30 minut.
Dobrze, że nie jesteśmy tutaj w lato bo pewnie jest tu przyjemnie „cieplutko” podchodzić do góry.
Bazylika znajduje się na najwyższym wzgórzu miasta i powstała gdzieś półtora wieku temu.
Kiedyś służyła też jako latarnia morska dla statków wpływających do portu w Marsylii. Aktualnie jest popularnym miejscem dla pielgrzymów.
Ze wzgórza bazyliki można zobaczyć wyspę If z zamkiem. XVI wieczny zamek był przez jakiś czas również więzieniem i to właśnie w nim Aleksander Dumas umieścił swojego bohatera w książce Hrabia Monte Cristo. A skoro to jest Ilonki ulubiona książka to nie mogło się obyć bez zdjęcia.
Troszkę pochodziliśmy wokół katedry, nasycili oczy widokami i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Oczywiście nie w linii prostej, tylko wymyśliłem parę placów po drodze. Zwiedzany, zwiedzamy….
Około południa wróciliśmy do hotelu po plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na nogach do niego mamy jakieś 30 minut, a pociąg dopiero o godzinie 14. Co tu robić? Jak to co, dokładnie to co lokalni robią. Do knajpy!
Było tak cieplutko, że jak bym miał to bym krótkie spodenki ubrał. Co tu musi być w lato? Nie chcę wiedzieć…. piwka by im brakło.
Dobrze schłodzeni ruszyliśmy uliczkami na dworzec. Marsylia jak każde większe miasta, ma dużo sklepów, parków, ludzi i czasami coś ciekawego się pojawia. Zaciekawiły mnie tramwaje. Długie, prawda?
Zdziwiło nas też, że dworzec główny jest położony na wzgórzu, do którego żeby wejść to trzeba nieźle schodów zaliczyć.
Nie ma non-stop pociągów z Marsylii do Monako, trzeba się przesiąść w Nicea. Ogólnie podróż bardzo krajoznawcza i widokowa. W miarę przestrzenne, czyste pociągi w ciszy z prędkością do 200km/h przemieszczają się wybrzeżem. Dużo tuneli, wiaduktów i zakrętów.
Przesiadka w Nicea była tylko paro minutowa, więc trzeba było szybko się uwijać. Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do głęboko, wkutego w skały podziemnego dworca w Monako.
Z dworca jest wiele wyjść. Oczywiście nie wiedząc którym mamy wyjść wzięliśmy windę i wyjechaliśmy na powierzchnię. Jak się później okazało to był błąd bo można było iść długim i płaskim podziemnym korytarzem i wyjść prosto w porcie.
Nam się to nie udało i setkami schodów i stromymi ulicami zaczęliśmy schodzić w dół.
Pierwsze wrażenie Monako? Wielo - poziomowe miasto! Ilość tuneli, stromych ulic, przeplatanych chodnikami i stromymi schodami to jakaś masakra.
My oczywiście nie śpimy w Monte Carlo, nawet nie śpimy w Monako. Śpimy po drugiej stronie granicznej ulicy, czyli we Francji. Dlaczego nie śpimy w Monako? Bo ceny głupie. Można oszczędzić setki Euro śpiąc 15-20 minut od centrum, czyli od Monte Carlo. A za zaoszczędzoną kasę można się nieźle zabawić.
Przyjemny hotelik Marriott nad samym portem spełnił nasze oczekiwania. Oczywiście dostaliśmy lepszy pokój i z lepszym widokiem - prosto na port i te ich wspaniałe jachty. Jedynym minusem był słaby bar w hotelu. Coś tam było, ale jak na Marriott to słabo, mogliby się lepiej postarać.
Oczywiście nie planujemy spędzić wieczoru w hotelowym barze, więc zostawiliśmy plecaki, ubraliśmy troszkę lepsze ubrania i ruszyliśmy na nocne podboje Monte Carlo.
A po co nam lepsze ubrania? Przecież my chodzimy w podkoszulkach całe nasze podróżnicze życie. Tutaj ponoć, żeby wejść wieczorem w lepsze miejsca to trzeba się „odwalić”.
My mamy tylko po plecaku, więc moje „garnitury” się nie załapały na ten wyjazd. Ale “jeansiki” i polówka z fajną bluzą sportową powinna wystarczyć. A jak nie to ich problem.
Zaraz koło naszego hotelu - po drugiej stronie ulicy (już w Monako) jest stadion piłkarski Louis II. Akurat odbywał się ligowy mecz (Monako-Paryż). Monako wygrało 1-0. Ilość ludzi i policji była ogromna. Ale na szczęście w ciągu kilku minut odeszliśmy dalej i już było normalnie.
20 minutowy spacerek po Monako dobrze nam zrobił i dotarliśmy do „bram” Monte Carlo.
Tutaj się wszystko zaczęło. Znacznie więcej ludzi, jaśniej, lepsze samochody i oczywiście ciekawsze knajpy i hotele. Nie wspominając o jachtach oczywiście…
Podeszliśmy w pobliże tego ich słynnego kasyna. Na placu przed kasynem oczywiście stały egzotyczne samochody, leciała świąteczna muzyka, a wszystko było pięknie udekorowane.
Była gdzieś godzina 20, więc do kasyna nie wchodziliśmy. Po godzinie 19 żeby wejść do środka to musisz być już naprawdę dobrze ubrany. Widzieliśmy ludzi którzy tam wchodzą, a my w naszych sportowych bluzach nie mamy szans. Postanowiliśmy, że wrócimy tu w ciągu dnia.
Poszwendaliśmy się wokół i zaczęliśmy myśleć co tu zrobić z tak pięknie zaczynającym się wieczorem. Jedno jest pewne, musimy coś zjeść. Jesteśmy tylko o wczesnym lekkim, francuskim śniadaniu, paru piwkach i orzeszkach.
Ciekawe czy można połączyć kolację z fajną, klimatyczną knajpą. Tak, tutaj można - Buddha Bar!
Popatrzyliśmy po sobie, po naszych ubraniach, sprawdziliśmy na internecie jaki jest wymóg żeby tam wejść i powiedzieliśmy - raz się żyje, może się uda.
Każdy z nas ma swoje, inne przeżycia związane z Buddha Barem w Paryżu. Trzeba sprawdzić co tutaj jest grane. Nie mieliśmy daleko, wejście jest w tym samym budynku co kasyno, tylko z drugiej strony. W pobliżu Fairmont hotel.
Podeszliśmy pod wejście. Pod wejście to za dużo powiedziane. Już na placu stało dwóch ładnie ubranych ochroniarzy, miało czarne taśmy rozciągnięte i robiło wstępną selekcję. No nic, zobaczymy czy się uda. Na pewniaka ruszyłem do nich, przywitałem się podaniem dłoni i powiedziałem że byśmy coś zjedli i się napili. Zmierzyli nas wzrokiem i ładnie po angielsku powiedzieli, że oni tutaj mają dress-code (trzeba się odwalić). Ja na to, że wiem, rozumiem i że mamy czarne polówki i że lubimy ich sushi. Po krótkiej rozmowie pozwolili nam wejść, tylko powiedzieli, że trzeba te bluzy ściągnąć i być w koszulach. Udało się! Jesteśmy w środku!
Buddha bar słynie z lekkiej, nastrojowej muzyki, dobrego sushi i wystroju. Muzyka jest fajna (przynajmniej dla nas) w ciągu dnia i wieczoru. W nocy jest zupełnie inaczej, o czym się później przekonaliśmy.
Posadzili nas w części barowo - lounge i podali menu. Na górze, jest część restauracyjna, ale chyba nie byliśmy odpowiednio ubrani, bo nawet nam jej nie zaoferowali. A po drugie my lubimy klimaty barowe.
Siedzieliśmy na wygodnych sofach, zaraz koło Buddy, słuchali dobrze dobranej muzyki i zamawiali drinki.
Niedaleko nas były schody na górę, na restaurację. Można było się napatrzeć, co teraz jest na topie w modzie w Europie. Króciutkie świecące sukieneczki i dobrze skrojone ciemne marynarki.
Zamówiliśmy trochę rolek, jakieś rybne taco i oczywiście dobrą, lokalną butelkę białego wina z południowej Francji.
Winko pyszne, jedzenie dobre. Nie zamawialiśmy sushi ani sashimi, bo mieli chore ceny. Rolki mieli dobre, ale myślę, że lepsze jedliśmy. Natomiast klimat i atmosfera była idealna. Można było się napatrzeć i nasłuchać gdzie bogatsza część Monte Carlo się bawi, i jak się bawi.
Myślę, że gdzieś tak po godzinie 22 muzyka zaczęła się zmieniać. Z delikatnej, nastrojowej, dobrej do jedzenia i gadania na bardziej klubową. Głośniej i szybciej. Im później tym jeszcze głośniej.
Naliczyliśmy 3 DJs co na dwóch stanowiskach rozkręcali imprezę.
Pojawiło się też coraz więcej podświetlanych, przeźroczystych pojemników na lód. Fajnie oświetlały stolik, ale ich głównym zadaniem było schładzanie Szampanów. A szczególnie szampana Cristal, którego to logo było na każdym pojemniku. Cena? Jedyne €700!
Gdzieś tak po północy DJs zrobili z Buddha Bar klub nocny. Było za głośno, my już za starzy na takie imprezy. Wyszliśmy na zewnątrz. W końcu była cisza i przyjemnie chłodno.
Uściskiem dłoni pożegnałem się ze znajomą mi już ochroną i podziękowałem, że mogliśmy doświadczyć unikatowych wrażeń w Monte Carlo. Mamy zaproszenie na następny raz.
Spacerkiem, już pustymi ulicami Monako wróciliśmy do naszego hotelu we Francji. Mecz się już dawno skończył, więc było bardzo spokojnie i pusto. Jutro zwiedzamy mniej rozrywkowe części tego cudownego wybrzeża.
2025.11.28 Marsylia, FR (dzień 1)
Nasza Marsylia zaczęła się nieźle. Najpierw usłyszeliśmy w samolocie zapiąć pasy lądujemy a za chwilę “pas jest zamknięty nie lądujemy”. I odlecieliśmy głębiej w morze Środziemne do Afryki. Hmmm…w Morocco zamiast Monaco to ja nie chcę być. W pierwszym byłam już w drugim jeszcze nie ale zakładam, że jest różnica.
Na szczęście pas startowy był zamknięty tylko na 10-15 min na jakąś inspekcję i udało się wylądować o czasie. Nam tam opóźnienia nie przeszkadzały bo i tak nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli hotel tak wcześnie rano.
Marsylia przywitała nas zimnem. Kapitan w samolocie mówił coś o 1C, telefon pokazywał 4C ale odczuwalne 2C. Wow…tak więc pierwsze co zrobiliśmy to ubraliśmy jeansy i kurtki. Po 15C w NY, jakiś 15h w zamkniętych pomieszczeniach z kontrolowaną temperaturą to uderzenie zimna było nam potrzebne, odrazu nas obudziło.
A gdzie te palmy, słoneczne plaże i gorące klimaty południa? Chyba spóźniliśmy się o jakiś miesiąc. No nic zawsze lepiej jak jest chłodno niż za ciepło.
Podjechaliśmy pod hotel ale niestety pokoju nie dostaliśmy. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Postanowiliśmy odwiedzić Palais Longchamp.
Palais Longchamp to pomnik otwarty z okazji otwarcia kanału Marsylii który doprowadził wodę do miasta. Wybudowany w XIX wieku swoją nazwę wziął od “dużych pól” po francusku Longchamp. Nie mylić ze słynnym producentem torebek i innych wyrobów skórzanych.
Aktualnie znajduje się tam muzeum i park. Park podobno jest jeden z piękniejszych ale pewnie na wiosnę bo teraz jakoś park nie powalał ale to właśnie tam znaleźliśmy pierwszą palmę na tym wyjeździe.
Spacerek i chłód nas obudził i jakoś do południa dotrzymaliśmy. Przyszła pora na lunch. Wybraliśmy knajpkę La Mercerie. Wybór bardzo dobry potwierdzony nie tylko dobrym jedzeniem ale też ilością lokalnych ludzi. Prawie sami lokalni a turystów bardzo mało. Przy takim obłożeniu lokalnymi byłam w bardzo pozytywnym szoku, że mówią tak ładnie po angielsku.
Wino i pyszne jedzenie nas uśpiło. W sumie na nogach byliśmy już jakieś 24h i poza małą drzemką w samolocie co nawet drzemką nie można nazwać nie spaliśmy w ogóle. Poszliśmy do hotelu z nadzieją, że pokój był i na szczęście był. W końcu łóżeczko.
Jak padliśmy tak obudziliśmy się 3h później. Już ciemno było. Ale miasta mają swój urok nocą, zwłaszcza miasta udekorowane świątecznie.
Marsylia co prawda dopiero dekoruje i jeszcze nie ma tak dużo świateł. Ciekawe kiedy Europa wymyśli, że Amerykanie (20% dochodu turystyki europejskiej jest z USA) mają wolne na święto dziękczynienia i fajnie by było jakby wszystkie markety świąteczne były już w pełni dekoracji i oferty.
Podchodziliśmy trochę po miasteczku ale dość dużo knajpek i restauracji niestety było zamkniętych na sezon. Na kolacje wybraliśmy najstarszą knajpę w mieście (1860 Le Palais). Ogolnie jedzenie pychota ale jakoś tak jasno tam było…brakowało nam takiego klimatu do posiedzenia.
Zjedliśmy, wypiliśmy a deser wzięliśmy na wynos. Jakoś nie mogliśmy przejść koło Macaroons obojętnie. Nie ma to jak zjedzenie paru na ulicy po pysznej kolacji.
Klimat znaleźliśmy dopiero w La Caravelle. Autentyczny bar który witał żeglarzy z Maryslii ciągle od 1920 roku.
Klimatyczny bar na pietrze. Mieli siedzenia przy barze ale my jednak wybraliśmy stolik. Jakoś w Europie niestety nie ma kultury siedzenia przy barze i poznawania nowych ludzi. Stolik był też lepszą opcją bo mieliśmy widok na zespół. Fajnie było posłuchać muzyki na żywo w jakimś lokalnym barze przy lokalnym winku.
Miksowali kawałki francuskie i angielskie (wiadomo pod turystów). Choć może i nie koniecznie bo nadal najwięcej się francuskiego słyszało wśród gości knajpy. Chyba dużo Francuzów teraz podróżuje lokalnie, na weekend sobie wyskakują.
Nam wieczór minął bardzo miło ale jak przestali grać to już postanowiliśmy wrócić do hotelu. Trzeba się wyspać bo jutro kolejny intensywny dzień.
2025.11.27-28 Marsylia, FR (dzień 0)
8 rano czasu europejskiego na nasz 2 w nocy a my siedzimy w małym samolociku w pierwszym rzędzie. Przemiły steward podchodzi do nas ze zrozumieniem na twarzy…wiem, że ciężko się lata tak wcześnie rano. Ano ciężko…
Przyniósł nam kawkę na obudzenie i zaczął wypytywać jak długo będziemy w Marsylli i jakie plany mamy. Po naszej odpowiedzi zadał dodatkowe pytanie. A czemu w takim razie nie lecicie prosto do Nicei. Bardzo dobre pytanie. A odpowiedź…jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Bilety do Marsylii były znaczenie tańsze
Pomału nasze Europejskie wyjazdy na święto dziękczynienia stają się tradycją. No bo jak tu nie skorzystać z kilku dni wolnego. Do tego skoro do Afryki lecieliśmy zwykłą klasą ekonomy i się przemęczyliśmy 14h w ciasnocie to odbijemy sobie w Monako. Udało mi się znaleźć fajną cenę więc 14h może lecieliśmy w niewygodach ale za to 7h polecimy jak królowie…no może nie do końca bo jednak nadal bilety były tanie więc i samolot stary. Coś za coś.
Ale najważniejsze, że indyka na obiad zjemy i dobrym winkiem popijemy.
Darek pogadal z AI (Gemini) dowiedział się wszystkiego i wyszło że o 11 am musimy opuścić dom żeby na lotnisku mieć wystarczająco czasu aby odwiedzić Delta One lounge (tak ten wypasiony o którym pisaliśmy we wrześniu), pójść, wypić i zdążyć na terminal 1 żeby złapać samolot AirFrance do Paryża. Niestety pomimo, że AirFrance z Deltą są mocno połączeni to terminala jednego nie mają i trzeba kombinować bo lounge Delta vs. AirFrance różni się bardzo….oj bardzo…. poczuliśmy to na własnej skórze.
Gdybyśmy nie musieli zmieniać terminalów to pewnie byśmy się spóźnili na samolot bo tak dobrze się siedziało ale kierownik wycieczki (Daruś) przejął się swoją funkcją i pilnował że trzeba opuścić DeltaOne Lounge 2:45pm (tak powiedział Gemini). Śmiechy śmiechami ale warto przechodzić dwa razy skanowanie bagażu i zmianę terminala bo drinek w DeltaOne smakuje tysiąc razy lepiej niż Heineken w zwykłym lounge. Nie mówiąc o jedzeniu i deserach…
Ta Darmowa restauracja w DeltaOne lounge pobija wszystko. Można liczyć na tradycyjny obiad z okazji święta dziękczynienia albo na przepysznego steaka jak się jest mało za tradycją. Do tego przemiła obsługa i w ogóle człowiek nie czuje się jak na lotnisku. To jest trochę niebezpieczne bo siedzi się tak fajnie, że można by było siedzieć ale trzeba w drogę.
Ok, czas lecieć. Lot przeleciał jak to lot. Trochę filmów, trochę gadania i trochę spania. Jak wylądowaliśmy w Paryżu to w spać się nawet nie chciało ale w sumie u nas to nawet północy nie było. Dwie godziny przesiadki, jakiś croissant z czekoladą, kawka i znów do samolotu. I tak właśnie poznaliśmy stewarda który nie mógł zrozumieć dlaczego lecimy do Marsylii a nie do Nicei. My też nie rozumiemy…ale może wkrótce się przekonamy.
2025.09.18-22 Polska & Kopenhaga, DK
Od gór do morza. Tak ciągnie się Polska i tak ciągną się nasze wakacje. Byliśmy na Łysej Polanie, przejeżdżaliśmy przez środek (Łódź) i byliśmy nad morzem w Kołobrzegu. Więc jakby na to nie patrzeć to zwiedziliśmy całą Polskę. I pomimo, że tu się urodziliśmy i wychowaliśmy to nadal są miejsca które odkrywamy.
Lubię jak dojeżdżamy do Bornego Sulinowa. Droga tam jest długa, i chce się jak najdłużej zostać na autostradzie, ale jak się już z niej zjedzie, to pojawiają się łąki, pola, jeziora i drzewa… nic więcej. Nie ma miast, nie ma blokowisk, biurowców, jest tylko przestrzeń i bardzo ładne zachody słońca.
W Bornym spędzamy co roku parę dni. Chodzimy po lesie, zbieramy grzyby jak są a czasem nawet uda się zrobić ognisko.
Nigdy nie byliśmy grzybiarzami ale lubimy je jeść, lubimy chodzić po lesie i tylko jeśli jest ktoś z nami, kto potrafi zweryfikować czy to co znajdziemy jest jadalne to od razu robi się dzień pełen frajdy na świeżym powietrzu.
W deszczowe dni zbiera się grzyby, w ciepłe dni zbiera się drzewo na ognisko. Mieszkanie przy lesie ma swoje plusy… W tym roku nie mieliśmy za dobrego sezonu ogniskowego. Na biwak pojechaliśmy tylko raz ale po pierwszej nocy już nam powiedzieli, że więcej ognisk nie można robić bo jest za sucho… buu… Na szczęście mogliśmy to nadrobić i Darek miał ognisko jakie mu się marzyło. Długie, duże, z wędzonym boczkiem i przepyszną kiełbasą a do tego oczywiście piwko Połczyn. Najlepsze piwo na świecie!
Połczyn odkryliśmy kilka lat temu. Lubimy próbować lokalne browary, piwo przemysłowe nie jest naszym pierwszym wyborem jeśli mamy opcję spróbować coś lokalnego. No i takim oto sposobem odkryliśmy Połczyn i już nic nie jest takie samo.
Będąc na północy Polski staramy się też odwiedzać miasta nad Bałtykiem. Tym razem padło na Kołobrzeg.
W dzieciństwie nie pamiętam dużo wakacji nad morzem. Oboje z Darkiem byliśmy bardziej wychowani w górach a ja dodatkowo w Warszawie w której spędzałam prawie każde wakacje. Z tych nielicznych pobytów nad morzem pamiętamy jednak parawany, piasek który “gryzie” i lody włoskie albo watę cukrową.
Parawany do dziś są nawet w połowie września dużo ludzi wyszło na plażę się poopalać i skorzystać z ostatnich słonecznych dni. My do wody nie wchodziliśmy bo standardowo nawet strojów kąpielowych ze sobą nie mamy, ale palce zostały zanurzone.
Zarówno w Kołobrzegu jak i w Zakopanym jestem zniesmaczona ilością sklepików z badziewiem. Jeździmy trochę po świecie. Chodzimy w miejsca gdzie i rodziny z dziećmi przyjeżdżają ale nigdzie na świecie nie widziałam aż tylu budek ze śmiesznymi zabawkami. Jakoś w ogóle się to nie komponuje a dodatkowo psuje cały nastrój miasta. Dużo lepiej by było porobić knajpki gdzie można usiąść na piwko… no ale tak, w Polsce z tym ciężko bo każdy autem, a kasę lepiej wyciąga się od dzieci niż od dorosłych. Dobrze, że my nie mamy dzieci i zamiast wydawać majątek na Pokemony możemy odejść trochę dalej i zjeść dobrą rybkę.
Urozmaicony czas na pomorzu w cudownym towarzystwie minął szybko. Niestety nasze wakacje dobiegają końca. Szczerze to już trochę tęskni mi się za domem. Nie wiem czy mogłabym kiedyś pojechać na dłużej niż 2tygodnie. Pewnie wtedy całkiem inaczej człowiek wszystko planuje, mniej intensywnie, więcej domowych dni. Zanim jednak dolecieliśmy z Polski do Stanów mieliśmy jeszcze jedną noc w Kopenhadze.
Niestety Kopenhaga przywitała nas deszczem. Tak więc nici z naszego chodzenia po mieście szlakiem Hansa Christiana Andersena i zobaczenia Syrenki. Udało mi się tylko wyciągnąć Darka do zamku Rosenborg. W środku nie zwiedzaliśmy bo już było zamknięte ale z zewnątrz, zamek i ogrody prezentowały się bardzo fajnie.
Deszcz nas zagonił do restauracji The Olive Kitchen & Bar, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację. Bardzo dobra restauracja choć nie miała lokalnego vibe. 90% amerykańskich turystów którzy chcieli płacić kartami Amex… dlaczego w Europie ich tak nie lubią? Kiedyś za Amex płaciło się dużą prowizję, ale to już było. Teraz jak naprawdę chcą amerykańską kasę od turystów to powinni zacząć ją przyjmować.
Z Europą i Kopenhagą pożegnaliśmy się w lokalnym barze, nie było jednak klimatu więc wróciliśmy do hotelu. Europa nie jest przystosowana dla samotnych ludzi. W Stanach możesz iść sam do baru czy restauracji, usiąść przy barze i zawsze kogoś ciekawego możne spotkać albo przynajmniej pogadać i pośmiać się z barmanem. Darmowa terapia jak nic. W Europie… głównie każdy siada przy stoliku we własnej grupie. Ale to nic, my zawsze zagadamy jak nie barmana to do kelnera i rozkręcimy jakoś tą imprezę.
2025.09.10-14 Zakopane, PL
Podczas każdego pobytu w Polsce staramy się wyskoczyć na parę dni w góry. Nie ukrywam, że lubimy góry i potrafimy się tam zrelaksować i odpocząć. Zakopane i Tatry są taką naszą często wybieraną destynacją.
Różnie ludzie mówią o Zakopanym. Że za duża komercja, że przeludnione, za drogie… Oczywiście jest w tym dużo prawdy. My na szczęście znamy już te rejony i wiemy jak się poruszać i jak unikać przeludnionych miejsc. Przynajmniej w większości przypadków.
Ludzie jadą do Zakopanego w różnych celach. Na zakupy, na imprezy, dla dobrego jedzenia, dla zdjęcia na social media, no i pewnie niektórzy dla gór i hików. Każdy ma swoje powody. My też je mamy. Czas w Zakopanem spędzamy z najbliższą rodziną na górskich szlakach a wieczorami w karczmach przy dobrym jedzeniu i góralskiej muzyce. Przez cztery dni pobytu w Zakopanym nawet nie udało nam się iść do miasta i do tych ich słynnych Krupówek. Po prostu nie mieliśmy czasu ani ochoty.
Często mieszkamy w domkach „kablowskich”. Tym razem postanowiliśmy to zmienić i zamieszkać w pensjonacie „Green Deer”. Jest to nowy dom góralski zaraz przy Dolinie Białego. Z dala od głośnego Zakopanego, tuż obok szlaku „Pod Reglami” no i oczywiście z widokiem na Giewont. Na ten szczyt na pewno się nie wybieramy (za dużo ludzi), więc przynajmniej z balkonu go sobie pooglądamy.
Mamy parę planów na te cztery dni, ale zobaczymy ile z nich się uda zrealizować, bo pogoda ma być taka 50/50. Trochę słońca, a trochę deszczu. W pierwszy dzień było pochmurno i tak lekko mżyło, więc nie zapuszczaliśmy się wysoko w góry. Dolina Strążyska, Droga nad Reglami, Sarnia Skała, Kalatówki.
Nienajlepsza pogoda ma też swoje uroki. Taki tajemniczy i niedostępny klimat z brakiem ludzi. Na całej trasie może spotkaliśmy z 20-25 osób. Tak to można chodzić.
W jeden z dni mieliśmy zamiar odwiedzić Tatry Zachodnie, a dokładnie Dolinę Kościeliską z Halą Ornak i wyjść na Ciemniak. Niestety pogoda była taka sobie i każdy poszedł w swoim kierunku. Ilonka w rejon Kalatówek i Hali Kondratowej a ja troszkę odszukiwałem stare zakątki Kuźnic i jak pogoda się poprawiła to wyruszyłem w górę szlakiem w kierunku Kasprowego. Dzisiaj było więcej ludzi niż wczoraj, ale dalej ok. Co parę minut spotykałem kogoś na szlaku. Na Kasprowy nie wyszedłem bo miałem późny start, ale trochę nad Myślenickie Turnie udało się wyjść. Przyjemnie tak się wałęsać po Tatrach bez pośpiechu.
Na koniec nam wszystkim udało się spotkać w Leśniczówce w Kuźnicach. Ciekawe miejsce na przekąszenie czegoś po pobycie w górach. Polecam to miejsce zwłaszcza jak jest ładna pogoda. Można zejść ze szlaku i w zaciszy nad strumykiem usiąść i ugasić pragnienie czymś chłodnym.
Niektórzy mówią, że pobyt w Tatrach nie jest do końca zaliczony jak się nie odwiedzi rejonu Morskiego Oka. W tej części Tatr byliśmy wiele razy, bo naprawdę jest pięknie. Tak i tym razem postanowiliśmy tam spędzić jeden dzień, zwłaszcza, że mieliśmy piękną pogodę.
Ilość ludzi i samochodów jaka była na parkingu i na drodze do Morskiego Oka to jakaś masakra. Widać, że w Tatry, a zwłaszcza w popularne rejony dalej przyjeżdża ogromna ilość ludzi. Zwłaszcza przy świetnej pogodzie.
Na szczęście myśmy nie szli aż do Morskiego Oka, ani do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nasz plan na dzisiaj to odwiedzenie bardziej spokojnego miejsca w tym rejonie. Mowa tu o schronisku w Dolinie Roztoki.
Malowniczo położone w zacisznej dolinie z pięknymi widokami, dobrymi naleśnikami i chłodnym piwkiem. A co najważniejsze? Bez tłumów! Taka cisza i spokój. Wiadomo nie jest tak popularne jak Morskie Oko, więc i ludzi też brak.
W bufecie bez kolejki można zamówić produkty, z łatwością znaleźć stolik w środku lub na zewnątrz, i jeszcze porozmawiać z załogą. Bardzo polecam!
W drodze powrotnej do miasta jeszcze odwiedziliśmy nowo powstałe platformy widokowe Sky Walk.
Mieliśmy mieszane uczucia jeśli chodzi o ten cały kompleks. Pomysł dobry, zwłaszcza dla ludzi co nie chodzą po Tatrach, a chcą mieć wspaniałe widoki gór.
Serpentynami wychodzi się dosyć wysoko, ponad drzewa. Przy dobrej pogodzie widok na Tatry jest piękny, podany jak na dłoni.
Na szczycie jest parę atrakcji dla odważnych. Chodzenie po szkle, siatce, zjeżdżalnie w dół…. Spacer po siatce chyba nam się najbardziej spodobał.
Oczywiście nic nie jest w Zakopanym za darmo. Sky Walk też nie. Moim zdaniem to „trochę” za dużo za to chcieli. Normalny bilet to aż 69 złotych plus 20 za parking. Słono sobie górale liczą. Raz można iść i zobaczyć i poczuć się jak ptak lecący nad drzewami.
Pisałem, że jeździmy do Zakopanego żeby też coś dobrego zjeść. Zgadza się, można tu coś dobrego znaleźć, zwłaszcza jak się lubi mięsko.
Zaraz koło naszego pensjonatu jest Karczma Biały Potok. Ilonka sprawdziła i powiedziała, że mają dobre opinie i można się przejść na kolacje. Dobry wybór.
Zamówiliśmy wiele potraw i każdy był zadowolony z wyboru. Ja poszedłem w golonkę. Wielka i pyszna była!
Często w karczmach jest głośna, góralska muzyka na żywo. Tutaj oczywiście też tak było. Na szczęście karczma jest duża i można dalej od zespołu usiąść, albo poprosić stolik na piętrze, gdzie jest znacznie ciszej i można swobodnie pogadać.
Drugą karczmę którą polecam to Bąkowo Zohylina Wyźnio. Taki sam, tradycyjny góralski wystrój i klimat. Tutaj jest znacznie głośniej, więc jak ktoś szuka kolacji w ciszy to nie tutaj.
Obsługa poleciła steak. Mówili, że przepyszny. Rzeczywiście taki był. Podawany na rozgrzanym kamieniu z całymi ziemniaczkami, surówkę i paroma sosami! Prawie już dorównuje tym słynnym leżakowanym tygodniami wołowiną w solach przy blisko zero Celsjusza.
Ilonka zamówiła żeberka ze świnki i mówiła, że palce można lizać. Reszta grupy też była zadowolona z ich potraw. Polecamy.
Na koniec oczywiście podszedł do mnie kelner i mówi, że nas pamięta z poprzedniego roku. Hmmm… ciekawe dlaczego. Sprawdzimy czy jak pójdziemy za rok to też będzie nas pamiętał.
Niestety wracaliśmy w niedzielę z Zakopanego, więc korki na drogach były. Zwłaszcza do Nowego Targu gdzie dalej niestety droga jest dwukierunkowa. Później już jakoś leciało, ale mimo to i tak nam powrót zajął ponad dwie godziny.
Zakopane - do następnego razu!
2025.09.06 Kopenhaga, DK
Tym razem do Polski lecimy przez Kopenhagę. A skoro nigdy nie byliśmy w tym mieście ani w tym kraju to postanowiliśmy spędzić noc i zobaczyć co Kopenhaga ma do zaoferowania.
Dużo Amerykanów jak tylko mówiliśmy, że lecimy do Kopenhagi reagowało zdaniem “Kopenhaga jest super, moje ulubione miasto w Europie”. Interesujące. Nie spodziewałam się nagatywnych opinii ale żeby od razu ulubione, najlepsze. Hmmm…oczekiwania zdecydowanie są wysokie.
Zanim jednak wyruszyliśmy na miasto i słynne śledziki to przespaliśmy się z 3h. Po całej nocy w samolocie z takim sobie snem, łóżeczko w hotelu było naszym najlepszym przyjacielem. Hotel w takich sytuacjach rezerwuję na dwa dni tak, że jak tylko przyjechaliśmy to pokój był już gotowy.
Mieszkamy na obrzeżach miasta bo zależało nam żeby było blisko lotniska ale na szczęście jest bardzo fajne połączenie metrem z centrum miasta więc w niecałe 15 min znaleźliśmy się w centrum. Pierwsze wrażenie…Europa…
Co to znaczy? Specificzna architektura, kocie łby muszą być, rowery zdecydowanie, zwłaszcza na północy, no i knajpki z ogródkami na zewnątrz.
My co prawda pierwsze piwo wypiliśmy bardziej w piwnicy niż ogródku ale to też dość europejskie, że wchodząc do knajpy trzeba uważać, żeby się nie uderzyć w głowę.
Dania i Kopenhaga słynie z trzech rzeczy. Carlsberga, śledzi i Hansa Christiana Andersena. Jeden nam się znudził, drugi nie żyje a za trzecim się trochę stęskniliśmy. Wiecie co jest co?
Tak, za śledziem się stęskniliśmy. Zwłaszcza za dobrym. Carlsberg jest lekkim piwem i czasem go pijemy ale my wolimy pełniejsze piwa. Dlatego piwem nas nie powalili, śledziem natomiast bardzo. Skandynawia podobnie jak polska słynie ze śledzi. Śledzie zyskały na popularności lata temu, tak z tysiac lat temu. Wtedy bowiem w basenie morza Bałtyckiego wchodziło chrześcijaństwo. A jak chrześcijaństwo to i post a jak post to i ryby….i takim oto sposobem wzrosła popularność śledzia którego w północnych wodach jest pod dostatkiem. Kraje skandynawskie nawet prowadziły wojny o dostęp do morza właśnie po to aby kontrolować połów tak wartościowego towaru.
Takie pyszne śledzie można znaleźć w Husmann’s Vinstue. Bardzo fajna knajpka tylko z jakiejś przyczyny czynna tylko w porze lunchu. Menu mieli pyszne, może nie do końca duże porcje na kolacje ale przecież nie każdy chce się objadać na noc.
Knajpka Husmann's Vinstue działa od 1888 roku więc myślę, że przez ponad 100 ogarnęli te śledzie…ale pomimo, że mają ich z 10 rodzajów to mięsko też bylo bardzo dobre. Ogólnie bardzo fajna atmosfera, pyszne jedzonko a i piwko też nie najgorsze.
Poranny (bo u nas to tak dość rano było) głód złagodzony więc mogliśmy iść w miasto. Bez planu, gdzie nas poniosą nogi. Miałam jakieś tam punkty na mapie ale ogólnie to nie było presji je odchaczać. Pogoda dopisywała więc fajnie się spacerowało. Aż doszliśmy do wolnego miasta Christiana.
Christiana to wolne miasto na terenie Kopenhagi. W sumie to ciężko nazwać miastem a bardziej dzielnicą. Kiedyś tu były wojskowe baraki ale w latach 70-tych opuszczkne baraki przejeli hippisi. A że chcieli mieć wolność, swobodę i święty spokój od narzucanych norm to ustanowili się wolnym miastem. Teraz to bardziej dzielnica pelna pubów, koncertów i pchli market.
Przejście całego terenu nie zajęło nam długo ale jakoś nie przyciągnęło nas na tyle żeby usiąść. Przyciągnęły nas za to drożdżówki. Po angielsku drożdżówka to danish a Danish to duńskie…no więc nie ma to jak spróbować Danish apple danish…
Cukiernia dobra choć dla kogoś kto wyrósł na polskich drożdżówkach dość podobny smak…. może bardziej bogate w owoce są te Duńskie.
Dania największy kraj Europy jak wliczymy Grenlandię ale nawet poza Grenlandią, Dania ma ciekawe położenie. 70% leży na półwyspie Jutlandzkim a pozostałe 30% to 406 wysp z czego 79 jest zamieszkanych. Stolica Dani, Kopenhaga też jest położona na wyspie (Zelandia) więc co za tym idzie jest otoczona wodami które tworzą kanały i dodają miastu uroku.
Dzielnica Nyhavn jest właśnie taką klimatyczną częścią Kopenhagi położoną nad wodą. W sobotnie popołudnie zdecydowanie tętniła życiem. Jednak ilość rowerów i ludzi troszkę nas odstraszyła. Chyba najbardziej nam te rowery dokuczały. Ogólnie super, że ludzie poruszają się rowerami a nie samochodami, ale oczy trzeba mieć wokół głowy, żeby coś w ciebie nie wjechało. A jak się jest rozkojarzonym turystom to jest z tym czasem trudno. Ale daliśmy radę. Pochodziliśmy po dzielnicy, niestety nigdzie nie usiedliśmy bo wszędzie to głównie restauracje a my tak tylko chcieliśmy na piwko przykucnąć. Dopiero parę przecznic dalej znaleźliśmy ochłodę w knajpce z ogródkiem piwnym.
Na mieście spędziliśmy kilka godzin i zrobiliśmy piękne kółeczko. Ściemniało się więc na kolację przyszedł czas. Na dzisiejszy wieczór wybrałam Det Lille Apotek ristorante czyli małego farmaceutę. Nazwa restauracji odzwierciedla pierwsze zastosowanie tego lokalu jakim była apteka. W 1720 roku w miejscu tym otwarta została restauracja i do dzisiaj serwuje “lekarstwa” tylko może w innej postaci. Podobno do słynnych gości należał H.C. Andersen, ciekawe czy siedział przy tym samym stoliku co my.
Jedzonko było pyszne. Czasem boję się tych “najstarszych” restauracji, że to taka pułapka turystyczna ale na szczęście w tym przypadku pułapką to nie było. Jedzenie i atmosfera było super.
Jakoś Kopenhaga nie wciągnęła nas i po kolacji wróciliśmy grzecznie do hotelu… ale nie do pokoju. Na szczęście nasz hotel ma bar i to na ostatnim piętrze więc dzień zakończyliśmy przy czymś na trawienie w bardzo przyjemnym i zamerykanizowanym barze.
Dlaczego zamerykanizowany? Bo można było usiąść przy barze. To nie jest popularna opcja w Europie… chyba Europa nie nastawia się na dużo samotnych ludzi. Bo bar jest przecież idealny żeby poznać ciekawych ludzi.
2025.09.05 Kopenhaga, DK
Przyszedł czas na coroczny wylot do Polski. Niestety nie jest to łatwe zadanie dla rodzinnego agenta podróży czyli dla mnie. Dlaczego….a dlatego, że Kraków jest lotniskiem z najgorszymi połączeniami międzynarodowymi. Do tego my musimy lecieć na południe Polski (Kraków) a wylatywać z północy… do tego wszystkiego musimy lecieć Delta, a Darek jeszcze bardzo chciał mieć doświadczenie z Delta One Lounge czyli musieliśmy wylecieć z JFK ale dokładnie z terminala 4. I to wszystko musiało się zmieścić w rozsądnej cenie poniżej $1500 na osobę…nie realne, nie?
A jednak….jak się chce znajdzie się sposób jak nie…znajdzie się wymówkę.
Dziś wszystko chodziło o DeltaOne lounge. Delta doszła do wniosku, że musi zrobić coś specjalnego dla ludzi lecących pierwszą klasą. Tak więc na największych lotniskach jak JFK, LAX itp stworzyła osobne lounge (salony) dla elity. My przy użyciu punktów, certyfikatów i innych sztuczek kupiliśmy bilet do Europy na pierwszą klasę, powrót już nie pierwszą. Do tego lecimy z terminala 4 więc spodziewamy się bardzo płynnego doświadczenia. A żeby to wszystko zmieściło się w naszym budżecie to musieliśmy wylecieć w piątek, do Kopenhagi i przenocować tu, ale też pozwiedzać.
Doświadczenie jest super… trzeba przyznać że poznaliśmy kolejny poziom podróży. Uber przywiózł nas na lotnisko i ok 10 min zajęło nam od wejścia na lotnisko do pierwszego drinka. Nieźle nie? Najpierw przywitał nas pan który odprowadził nas do check-in stanowiska, spytał się czy potrzebujemy pomocy z bagażami a jak powiedzieliśmy, że damy radę to nadal szedł z nami rozmawiając o Kopenhadze. Potem nas odprawił i pożyczył szczęśliwego lotu.
Po odprawie, jest specjalna bramka gdzie tylko ludzie z DeltaOne mogą przejść tak więc kolejka….zero…no może jedna osoba była przed nami. Potem dalej bez ludzi, ładnie boczkiem można przejść do lounge….a tu wielkie wow…
DeltaOne to nie jest zwykły lounge to jest cały nowy poziom gościnności. Przemili ludzie mówiący gdzie co jest, pizza prosto z pieca, piwa które nie są masową produkcją ale przede wszystkim restauracja…restauracja gdzie przy pysznym winku można zjeść przepyszną rybkę albo steaka i to wszystko za darmo…
Niestety skoro lecimy w piątek a nie jak pierwotnie planowaliśmy we wtorek to ja musiałam pracować. Lunch przepyszny w restauracji zjadłam a potem to już tylko halo halo.
Darek zwiedzał lounge i próbował deserów. Ja niestety (albo aż) znalazłam tylko bar soków, spróbowałam paru i poświęciłam się pracy.
Lounge fajny, wygodny, dobre jedzenie i lepszy wybór alkoholi niż w normalnym lounge. Moje serce jednak wygrali zdrowymi sokami i restauracją, która zdecydowanie nastraja na świętowanie i robi z podróży przyjemność a nie niedogodność. Tak się fajnie siedziało, że o mało nie spóźniliśmy się na samolot. Wchodziliśmy ostatni i pani zwróciła uwagę, że nas już wywoływali…ops…. znów wchodziliśmy jako grupa 9 (na osiem możliwych).
Teraz tylko jeszcze 7.5h i będziemy w Europie. Samolot trafił nam się starszy więc troszkę brakowało prywatności ale jak to się mówi “darowanemu koniowi nie patrzy się w usta”. Ten brak prywatności niestety niektórym pasażerom bardziej przeszkadzał i upominali Darka, że za głośno gada…no tak ale jak dziecko płacze to nikogo nie upominają. I gdzie tu sprawiedliwość.
Zastanawiacie się czemu Darek z takim zainteresowaniem pije kawe Starbucks…hmm…w Stanach nigdy nie wiadomo co jest w kubeczku a kubek na kawę nie zawsze oznacza, że jest tam kawa. Dopowiem tylko, że dużo tej “kawy” panie roznosiły po pokładzie.
Czemu kawa? Jak samolot jest na ziemi to teoretycznie nie można podawać alkoholu wysoko procentowego…ale od każdej zasady są wyjatki i tak właśnie każdy miał kubeczek na kawę a w nim lód i coś do lodu….whiskey, likier kawowy czy co kto lubi.
Lot jakoś minął. Do snu ululało nas porto które podali do deseru. Ogólnie wybór win i jedzenie nie był najgorszy. Małe rzeczy jak szklanka, prawdziwe sztućce czy dobry posiłek są konieczne aby podróż nie była udręką.
Udało nam się trochę zasnąć i około 5:30 rano obudził nas wschód słońca gdzieś nad morzem Północnym. Teraz tylko wylądowanie, pozbieranie bagaży i do hotelu wyspać się. Pokój podobno już na nas czeka. W NY jest północ więc drzemka jest wskazana.
2024.12.02-03 Watykan & Rzym, IT (dzień 4-5)
Czterdziesty pierwszy kraj do mojej kolekcji… kolega kiedyś powiedział mi, że jego plan to mieć na swoim koncie co najmniej tyle odwiedzonych krajów co ma lat. Było na styk, już prawie myślałam, że spadnę i ilość krajów na moim rachunku będzie poniżej mojego wieku… ale się udało. Watykan, najmniejsze państwo świata ale pewnie jedno z najbogatszych, jak nie najbogatsze.
Czy zwykły człowiek może odwiedzić Watykan? To zależy jak na to się spojrzy. Teoretycznie na Plac Świętego Piotra może wejść każdy a wg. mapy to już jest Watykan, więc tak można być jedną nogą w dwóch krajach jednocześnie. Są teorie i ludzie którzy jednak uważają, że plac Świętego Piotra nie należy do Watykanu i jest jeszcze częścią Rzymu. Przeświadczenie to wynika z faktu, że Watykan jest ogrodzony murami i jest bardzo mocno strzeżony przez Gwardię Szwajcarską.
My tylko zwykli turyści, żadnych specjalnych przepustek nie mamy więc papieża nie odwiedzimy, ale mury przejdziemy… pierwsze w planie mieliśmy zwiedzanie muzeum Watykańskiego zakończonego wizytą w Kaplicy Sykstyńskiej. Po muzeach planowaliśmy na spokojnie odwiedzić Bazylikę Świętego Piotra. Pod Watykan zajechaliśmy jednak dość wcześnie i podeszliśmy pod Bazylikę przed muzeum.
Skoro byliśmy za wcześnie to podeszliśmy na Plac Św. Piotra wcześniej, i dobrze. Jak zobaczyliśmy kolejkę do Bazyliki to się przestraszyliśmy. Masakra… kilka godzin stania jak nic. Wejście jest za darmo więc nie można robić rezerwacji, kupować biletów itp. Było wejście boczne “na modlitwę” i już myślałam z niego skorzystać ale jednak chęć zobaczenia wszystkiego bardziej mnie pociągała. Co w takiej sytuacji? Szybko wyciągnęłam telefon i zaczęłam szukać czy możemy się dopisać do jakiejś wycieczki z przewodnikiem na dziś. Założenie było, że przewodnik chyba nie musi stać w tych kolejkach, na pewno mają jakieś boczne wejście… udało się, wykupiłam szybko wycieczkę na popołudnie więc nadzieja, że wejdziemy była.
Ja naprawdę nie wyobrażam sobie co tu się dzieje w lato. Czy ludzie naprawdę stoją na tym placu, w słońcu, skwarze i upale po kilka godzin? Nie dziwię się, że muszą zamykać atrakcje skoro napływ turystów jest tak duży, że wszędzie trzeba czekać w kolejkach.
My kolejki mieliśmy w PRLu więc teraz unikamy ich jak możemy. Albo mamy bilety na specjalne godziny albo po prostu olewamy atrakcję. Fajnie jest być w wielu miejscach ale nie za wszelką cenę. Bilety na konkretną godzinę mieliśmy do Muzeum Watykańskich więc na placu dużo czasu nie spędziliśmy.
Watykan jest bogaty, nie da się ukryć. Przez lata kościół gromadził dzieła sztuki, ich biblioteka ma prace Galileusza i innych światowych naukowców. Ogólnie to część rzeczy zabrali w trakcie przeróżnych procesów o herezje, część powstała na ich zlecenie, i pewnie było jeszcze wiele innych dróg do stworzenia takiej kolekcji. W muzeum Watykańskim wystawiona jest tylko część. Nam na muzeum średnio zależało, ale muzeum trzeba przejść aby dojść do Kaplicy Sykstyńskiej która nas najbardziej interesowała.
Mieliśmy audiobook i nawet fajnie opowiadali. W pierwszej sali (Egipt) słuchaliśmy dość uważnie. Tak nas zainteresowały mumie, piramidy i hieroglify, że nawet zachciało nam się pojechać do Egiptu. Musimy tylko poczekać, aż tamten rejon świata się trochę uspokoi politycznie.
Potem było już tego wszystkiego za dużo. Niesamowita ilość rzeźb, obrazów i innych arcydzieł. Wszystko fajnie opowiadane ale było tego za dużo, żeby zapamiętać. Podziwialiśmy więc z daleka przechodząc z sali do sali. Sam wystrój no i sufity przyciągały już uwagę i krzyczały swoim przepychem.
Sala a właściwie korytarz map przykuł naszą uwagę. Mapy różnych rejonów Włoch były wymalowane w bardzo dużym formacie na ścianach. No tak wtedy nie mieli map rozkładanych, papierowych czy Google Maps. Żeby cesarz czy król wiedział co ma pod swoim władaniem musiał mieć mapy namalowane ze szczegółami ukształtowania terenu.
Po sali map przyszła pora na polski akcent i mogliśmy podziwiać obraz pędzla Jana Matejki przedstawiający Jana Sobieskiego pod Wiedniem. Obraz olbrzym… trzeba przyznać, że Matejko małych obrazów nie malował.
My w muzeum spędziliśmy około 2h a wiele miejsc pomijaliśmy, myślę, że koneser sztuki może tam spędzić dzień jak nie dwa. Udało nam się w końcu dojść do Kaplicy Sykstyńskiej. Niestety tam nie wolno robić zdjęć. Zainteresowanych zachęcam do poszukania zdjęć w Internecie bo można znaleźć ich całkiem sporo. My niestety zdjęcia nie mamy, ale wrażenia jednak zostały. Co mnie zaskoczyło to brak mebli, prawie w ogóle nie ma tam ław do siedzenia, ołtarz to tylko (albo aż) dzieło Michała Anioła, Sąd Ostateczny. Cała dekoracja to malowidła na ścianach, niby skromnie ale z przepychem bo malowidła są niesamowite, pełne szczegółów i kunsztu pracy.
To właśnie w Kaplicy Sykstyńskiej odbywa się konklawe. To tutaj kardynałowie z całego świata debatują i wybierają następną głowę Kościoła. Zasady mówią, że po każdym głosowaniu, kartki są palone i dodawane są proszki które sprawiają, że dym jest biały albo czarny. Jak biały to znaczy, że papież jest wybrany, jak czarny to znaczy, że narada dalej trwa. Intrygowało mnie gdzie oni to palą i jakoś nie mogłam znaleźć… może było gdzieś w koncie przykryte.
Uff… nachodziliśmy się po tym muzeum aż przerwy nam się zachciało. Dobrze, że niedaleko Watykanu jest bardzo przyjemna niemiecka knajpka. Nie mogliśmy jednak długo siedzieć bo mieliśmy kolejną wycieczkę, tym razem do Bazyliki ale spóźnić się nie chcieliśmy bo jak już tu jesteśmy to dobrze by było wejść do środka.
Idąc do umówionego miejsca musieliśmy znów przejść plan Św. Piotra. Tym razem kolejka była mniejsza ale my nadal mieliśmy nadzieję na szybkie wejście, bo przecież z przewodnikiem. Niestety… nadzieja matką głupich. Jak się okazało, przewodnicy (może nie wszyscy ale nasz na pewno) też muszą stać w tych kolejkach. Na szczęście udało nam się, że po pierwsze kolejka nie była najgorsza a po drugie Pani fajnie opowiadała i jakoś te 20 minut w kolejce zleciało.
Zwiedzanie Bazyliki zaczęliśmy od drzwi… drzwi których za rok już nie będzie. Co 25 lat w Watykanie są uroczystości zwane Jubileuszem. Wcześniej były co 50 lat ale stwierdzono, że to za rzadko więc teraz mamy co 25 lat… Drzwi mają symboliczne znaczenie. Znajdują są one w 4 największych kościołach w Rzymie i z początkiem roku są niszczone. Każdy chrześcijanin który przejdzie przez wszystkie 4 drzwi w roku Jubileuszu zostaje odkupiony ze wszystkich grzechów. Dlatego cały Rzym jest w remoncie… szykują się na zjazd wszystkich grzeszników.
Drzwi póki co są zamknięte więc do głównej nawy poszliśmy przez podziemia. Można wejść do Bazyliki głównym wejściem ale nasza przewodniczka stwierdziła, że lepiej będzie zacząć od podziemi gdzie pochowani są papieże aby skończyć na najważniejszym grobie Jana Pawła Drugiego. Jan Paweł Drugi, uznany jako święty jest pochowany na górze w głównej części kościoła.
Bazylika Świętego Piotra jest największym kościołem na świecie. Ma powierzchnię ponad 15tys metrów kwadratowych i zbudowana jest na grobie Świętego Piotra. Do samego grobu Św. Piotra nie można się dostać ale wg. tradycji każda następna głowa kościoła jest pochowana właśnie tu w podziemiach.
Papież należy do kościoła i dlatego jest tu pochowany ale bogactwo jego rodziny decyduje jak bardzo zdobiony jest sarkofag. Ci bogatsi mieli grobowce zakończone swoją płaskorzeźbą naturalnych rozmiarów. Gest ten miał sprawić, że ciało jest bliżej Boga po śmierci. Inni mieli skromniejsze sarkofagi. Jak na przykład Jan Paweł I. Jest to papież który najbardziej walczył z korupcją i kościele i próbował wyprostować finanse i skandale kościoła. Nie do końca mu się to udało i dlatego później Karol Wojtyła przyjął jego imię aby kontynuować walkę z korupcją. Też pewnie nie do końca się mu to udało choć jako główną zasługę przypisuje mu się powiększenie kościoła. Za jego bowiem panowania najwięcej ludzi wstąpiło do Kościoła i przyjęło wiarę katolicką.
Nie zatrzymywaliśmy się przy każdym grobie papieża. Nasza pani przewodnik wybrała czterech według niej najbardziej zasługujących na wspomnienie. Po wizycie w podziemiach ruszyliśmy do wnętrza bazyliki. Wyszliśmy bocznym wejściem z podziemi i od razu doznaliśmy szoku. Potężne było pierwsze słowo jakie przyszło mi na myśl. Przepych też jest ale nie rażący. Wiadomo, złoto, marmury, alabastry to drogie materiały wykorzystane do budowy i dekoracji ale przy tak ogromnej powierzchni nie razi to w oczy a bardziej wzbudza podziw, że przetrwało to setki lat.
Czy przewodnik jest potrzebny, tak… pomimo, że ilość informacji nas przerosła i nie byliśmy w stanie wszystkiego zapamiętać to pomogło nam zwrócić uwagę na szczegóły i naprawdę podziwiać to nie tylko święte miejsce ale przede wszystkim dzieło architektoniczne.
Nie sądzę czy kiedykolwiek widziałam piękniejszą Bazylikę. Ale z drugiej strony jak najładniejsze nie byłaby w Watykanie to coś by było nie tak. Nie dość, że “siedziba główna” zawsze jest najbardziej reprezentacyjna to Włochy i Watykan mieli dostęp do bardzo najzdolniejszych artystów jak Michał Anioł, Bernini i wielu innych.
W Bazylice jest też słynna rzeźba Michała Anioła, Pieta. Przedstawia ona Matkę Boską trzymającą w rękach Jezusa ściągniętego z krzyża. Piet jest klika na świecie ale właśnie ta Watykańska jest podobno najsłynniejsza. Koncept Piety (czyli Matki Boskiej trzymającej Jezusa) był popularny już wcześniej ale Michał Anioł przez wykonanie idealnej wersji i prowadzeniu paru zmian w spojrzeniu sprawił, że jego wersja stała się najsłynniejsza.
W Rzymie i Watykanie zdecydowanie dużo się nauczyliśmy. Skoro już napełniliśmy nasze mózgi wiedzą to przyszła kolej aby napełnić nasze brzuchy. W Bazylice mogliśmy spędzić jeszcze trochę czasu na własną rękę ale pani przewodnik tak ładnie nam wszystko opisała, że byliśmy gotowi przetrawić tą porcję wiedzy przy jakimś winku i makaronie.
Ostatnia kolacja na tym wyjeździe. Tym razem postawiłam na sieć restauracji Tonnarello, lokalizację San Pietro. Miałam nadzieję na domową kuchnię gdzie włosi krzyczą Mama Mia!!! Niestety albo byliśmy za wcześnie albo w zbyt turystycznej dzielnicy po pomimo, że jedzenie było dobre to klimatu nam troszkę brakowało.
Objedliśmy się ale nie chcieliśmy kończyć jeszcze przygody z Rzymem. Wróciliśmy spacerkiem w naszą część miasta. Powłóczyliśmy się po mieście, żeby spalić troszkę kalorii i wylądowaliśmy w dobrze znanej nam restauracji z pierwszego dnia…
Darek miał ochotę popróbować włoskie wina. Ja zdecydowanie wolałam wino na trawienie niż zapychać się piwem. Tak więc skoro, Rimessa Roscioli miało bardzo fajną kartę win postanowiliśmy odwiedzić ich ponownie. Naszego kelnera dziś nie było, ale był inny, równie zabawny i fajny. Oczywiście, najpierw dali nam stolik tylko na godzinę ale potem jak zamawialiśmy wina bez etykiet (bo stare) i kelner doceniał, Darka wiedzę o winach to nikt nas już nie popędzał tylko podawali coraz to nowe rzeczy do spróbowania.
Wino bez przedniej etykiety było z 1999 roku. Przynajmniej z tyłu miało etykietę więc wiedzieliśmy co pijemy. Tak nam zasmakowało, że stwierdziliśmy, że jedno byśmy wzięli do NY. Wzięliśmy… tylko drugie już nie miało żadnej etykiety. Pan pokazywał nam podobieństwa, trochę jak w Foro Romano, widzicie tą linię… to jest pozostałość po tym napisie… hmmm… uwierzyliśmy mu. Wino daliśmy w prezencie ale osobie która na pewno wyczuje czy jest stare i dobre. Może nawet się podzieli i sami będziemy mogli przypomnieć sobie ten smak, ta starą skórę.
Jutro już wyjeżdżamy. Ostatnimi rzeczami na naszej liście było Cannelloni i Gelato. Czyli rurka z kremem i lody. O dziesiątej w nocy przynajmniej nie ma kolejek do cukierni więc przechodząc koło jednej skusiliśmy się na coś słodkiego! Było pyszne… ale po winie z 1999 roku chyba wszystko lepiej smakuje.
Plan na jutro? Pobudka, śniadanie, taksówka i niestety fajny weekend europejski dobiega końca. Ten wyjazd sprawił, że mam najwyższy status w Delcie… dlatego zapowiada się wygodna podróż powrotna bo udało nam się dostać upgrade do pierwszej klasy. Miejmy tylko nadzieję, że wszystko będzie bez opóźnień.
PS. podróż minęła bez przygód choć samolot był trochę stary więc i pierwsza klasa nie taka fajna. Ale jak to się mówi, darowanemu koniowi nie patrzy się w gębę…