Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

Destynacje
Rok po roku
Autor
Włochy Darek Włochy Darek

2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)

W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.

Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.

Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.

To po co tu przyjechaliśmy?

Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!

Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.

Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.

Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.

Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.

Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.

Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.

Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.

Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.

Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.

Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.

Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.

Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.

Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.

W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.

Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.

Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.

Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.

Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.

Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.

Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.

Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.

Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.

Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..

Read More
Włochy Ilona Włochy Ilona

2026.08.13 Cortina, IT (dzień 2)

Problemy Amerykanów w Europie… Jak spakować to wszystko do tego małego samochodzika. Tak, cooler też z nami przyleciał. Wszystko można nadać.

Na szczęście to nie nasze pierwsze rodeo. W Europie trzeba brać małe auta, zwłaszcza jak chce się odwiedzać małe górskie miasteczka. A pakowanie….zawsze się jakoś upcha. Nawet udało się tak upchać, że jeszcze na zakupy mogliśmy pojechać i dokupić parę zgrzewek wody.

Link do video: https://youtu.be/dZVLUR0e9e4?is=ZF4lKj__ZllOgAmZ


Italiano na całego, Mini Copoper, Italian disco w głośnikach i autostrady…chciałam napisać że super drogie ale nawet nie było tak źle. Z Mediolanu przez obwodnicę Wenecji do Cortiny zapłaciliśmy tylko 30 EUR. Jechaliśmy autostradą prawie 300km i powiem szczerze, że bałam się jaki rachunek nam na koniec wystawią.

Autostradą fajnie się jechało. Nawet zaskoczna byłam jak mało aut było na drodze. Były momenty gdzie trzeba było zwolnić ale ogólnie to nie było źle. Zresztą sami widzicie. Po amerykańskich korkach na pięcio pasmowych autostradach to aż miła odmiana.

Za to jak wjechaliśmy w górskie drogi to już żadne z nas nie narzekało, że samochód jest mały. Cieszyliśmy się, że bez problemu możemy jechać jak lokalni a nie turyści co wynajęli za duże auta.

Korki były ale na szczęście w przeciwnym do naszego kierunku. Chyba ludzie pokończyli szlaki i wracali do swoich hoteli. My po mimo, że śpimy w najsłynniejszym miasteczku Dolomitów to też będziemy musieli podjeżdżać na szlaki, ale może jakoś się uda bez korków. Jutro się przekonamy.

Cortina jest słynna bo w tym roku była tu olimpiada zimowa. Wspólnie z Mediolanem. Czyli ci wszyscy zawodnicy i inni organizatorzy tędy jeździli. Może dlatego niektóre drogi i części autostrady wyglądały na dość nowe.

Dolomity są też słynne z narciarstwa choć Darek jak zobaczył ich mapy resortów to stwierdził, że nie musi tu przyjeżdżać. Krótkie wyciągi i jakoś to takie rozbite na miasteczka. Wesoło tu musi być z korkami w zimie.

Jadąc tu boję się, że całe wakacje będą zepsute przez ilość tłumów ale wierzę, że Darek wykorzystał swoje super moce i znalazł szlaki które są mniej popularne ale ładniejsze. Bo jak internet poleca szlak to pierwsze 3 trzeba skreślić i zacząć szukać głębiej. A w Dolomitach to chyba trzeba skreślić pierwsze 10 i dopiero szukać dalej. Bo pierwsze 10 będą oblegane przez turystów a niekoniecznie będą najładniejsze. Bo na najładniejsze szlaki trzeba wejść dalej w góry.

Dolomity są chyba rejonem najbardziej popularnym na Instagramie. Niestety media społecznościowe zepsuły podróżowanie bo ludzie wystawiają zdjęcie i potem każdy chce tam iść ale nie zdaje sobie sprawy, że podobnie można zjeść w restauracji obok albo żeby zrobić to mega zdjęcie trzeba się wspinać kilka godzin. Ja czasem sobie nanoszę na mapkę punkty które widzę na Insta ale zawsze je weryfikuję jak już wiem, że tam pojadę. W przypadku Dolomitów nawet nie mówiłam Darkowi co mam na mapie bo wiem, że cokolwiek on znajdzie będzie tysiąc razy lepsze niż Instagram.

W Cortinie śpimy w hotelu Lajadira. Nie było łatwo znaleźć w Dolomitach noclegu. Albo ceny masakra, albo recenzje takie sobie. Zobaczmy co ten hotel nam zaoferuje ale na pierwszy rzut oka wygląda całkiem fajnie.

Jutro musimy wcześnie wstać. Śniadanie zamówiliśmy na 5 rano więc dziś nie chodziliśmy nigdzie tylko zjedliśmy kolację w hotelu. Było bardzo smacznie i z bardzo wesołą załogą, która na koniec poczęstowała nas Limoncello. Najbardziej jednak wygrały pierogi z burakami. Wg. standardów Włochów jako pierwsze danie je się makarony. Makarony to może za dużo i ciężko ale pierogi z burakami wpadły mi w oko, i rzeczywiście pychota. Zwlaszcza ten mak którym są posypane dopełnia smaku.

Cortina jest dość rozłożystym miasteczkiem jeśli chodzi o standardy miasteczek górskich i pójście do restauracji może zająć nawet z 30-45 min. Pomimo, że spacer przed i po kolacji jest wskazany to dziś postawiliśmy na efektywność i oszczędność czasu. Jutro pora poznać tę górki i zobaczyć co mają do zaoferowania.

Read More
Włochy Ilona Włochy Ilona

2026.08.12 Mediolan, IT (dzień 1)

Latanie jednak może być przyjemne. Jak to się mówi, jak nie lubisz latać to znaczy, że jeszcze nie poleciałeś liniami które ci się spodobały. Emirates wygrywa…wygrywa wszystkie konkursy. Ale najbardziej super miękka pidżamę, normalne drotowe ręczniki do jednorazowego użycia w toalecie, pyszne jedzenie i wino, bar na pokładzie i przestronne siedzenia ale przede wszystkim cisza. Nigdy nie leciałam tak cichym samolotem, ale sciany miał grube. Tak grube, że zdjęć się nie dało robić ale to nic, najważniejsze, że była cisza.

W żadnym samolocie aż tak się nie wyspałam. Na śniadanie musieli mnie obudzić bo spałam mocnym snem. I wiecie co? To śniadanie to nie było jakieś papierowe…byly to normalne jajka które sprawiły, że aż do kolacji nie byliśmy głodni.

Lot minął nam szybciutko. Mieliśmy późny wylot i w związku z tym późne lądowanie. W Mediolanie byliśmy dopiero w południe. W mieście/hotelu jednak dopiero 1.5h później. Lotnisko w Mediolanie jest położone dość daleko. Jakieś 45min samochodem od centrum. Jednak trochę nam zeszło aby odebrać bagaże i znaleźć Ubera. Znaleźć gdzie się zatrzymują Ubery nie było łatwo ale jakoś go wypatrzyliśmy wg. mapki i mogliśmy wygodnie usiąść w Merolu. Woleliśmy Uber’a niż taksówkę z postoju bo jakoś nie ufamy jeździe na licznik, wolimy znać cenę z góry no i dobrze bo Uber też ma dużo fajniejsze auta i z klimą.

Niestety pokoju jeszcze nie mieliśmy. Tym razem nie śpimy w Marriocie tylko jakimś butikowym hoteliku. I znów stwierdziliśmy, że może i lepiej? Mniejszy hotel a nie duża sieciówka to się bardziej starają. Woda, ciasteczka, inne napoje za darmo w lobby, lodówka w pokoju też wypełniona za darmo napojami a do tego jeszcze darmowy buffet a lunch i kolacje. Fajnie tak, że ziemna woda pod ręką bo tu trzeba pić dużo. Jest zdecydowanie za gorąco no ale kto jedzie do Włoch czy południowej Europy w lato….chyba nikt normalny.

To co my właściwie robimy w środku lata w upalnych Włoszech? Darek obiecał, że kiedyś będzie chłodno…. kiedyś czyli jutro jedziemy w góry, Dolomity i ma być średnio 10C chłodniej. Miejmy nadzieję. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy od razu po samolocie więc jedną noc spędzimy w Mediolanie ale już wiemy, że za dużo nie pochodzimy. Czekając na pokój wyszliśmy z hotelu tylko przejść się parę minut ale nie dało się i wstąpiliśmy do lokalnego baru. Lokalnego bo każdy tu każdego znał i wstępował na 5-10 min na szybkie espeesso i ruszał dalej. Tylko my jacyś śmieszni turyści zamówiliśmy piwko.

O 15 godzinie w końcu dostaliśmy pokój i padliśmy. Emiraty emiratami, samolot wygodny ale jednak łóżko to łóżko. Jak padliśmy to dopiero obudziliśmy się na kolacje.

Na kolację wybraliśmy Cantine Milano które słynie z wyboru win. Koncept restauracji jest, że najpierw wybiera się wino a potem jedzenie. Trochę przeciwnie do tego co robimy normalnie gdzie wino dopasowuje się do jedzenia. Dlatego po raz pierwszy zaczęliśmy od studiowania 50 stronnicowej listy win a potem zdecydowaliśmy, że do pysznego Cab+Merlot z Lombardii potrzebne jest jakieś fajne mięsko.

Małe porcje nie? Zwłaszcza jak na Amerykanów… Nam akurat bardzo spasowały bo jakoś dalej nie byliśmy super głodni. Ale porcje są takie bo Włosi traktują makaron jak my zupę. U nich zamawia się najpierw przystawkę, potem makaron i dopiero na główne jakieś mięsko czy rybkę. My przeskoczyliśmy odrazu do glownego dania ale za to mieliśmy miejsce na deser.

Darek obiecał, że codziennie będzie jadł tiramisu. Ciekawe czy plan zrealizuje. Restauracja była fajna ale jednak troszkę za słabą mieli klimę. Najpierw myślałam że dlatego, że pewnie dopiero włączyli jak otwierali wieczorem ale niestety im więcej ludzi przybywało tym cieplej się robiło. No tak potwierdza się, że do Europy nie lata się w lipcu bo nawet o 10 wieczór jak wyszliśmy to było trochę ponad 30C.

Co ogólnie myślimy o Mediolanie. Ja lubię to miasto. Byliśmy tu kiedyś w 2014 roku (https://www.idmtravels.com/blog/2014-mediolan-4) i wtedy zwiedzaliśmy katedrę, którą uwielbiam i inne atrakcje. Teraz pomimo, że do katedry mamy około 15-20 min na nogach nie poszliśmy tam. Restauracja była w innej części miasta, bardziej biznesowej. Spodobało mi się, że Mediolan ma dużo parków i naprawdę starają się go “za lesić”. Nawet budynki mieszkalne na balkonach mają drzewa.

Trochę nas zdziwiło jak bardzo opuszczone i zamknięte jest to miasto. Mieszkania i biznesy mają pozamykane rolety, knajpki pozamykane nawet wieczorami. Chyba rzeczywiście są duże wakacje we Włoszech i wszyscy wyjechali w góry.

My też wyjeżdżamy jutro. Darek spędził dużo nocy planując szlaki i wiem, że zrobił to tak dobrze, że uciekniemy przed tymi tłumami. Póki co wracamy do chłodnego pokoiku i mamy nadzieję, że jet-lag nas nie dołapie.

Read More
Włochy Darek Włochy Darek

2026.08.11 Mediolan & Dolomity, IT (dzień 0)

Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?

Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.

Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.

5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.

Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.

Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.

Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.

W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.

Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.

W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.

Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.

Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.

Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.

Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!

Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.

Wiecie co jadłem? Hamburgera!

Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.

Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.

Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…

Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.

Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.

Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.

Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….

Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.

Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….

Read More
Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)

Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.

Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.

Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.

W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.

Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.

Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.

Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!

Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.

Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.

Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.

Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.

Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….

Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof

Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.

Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.

Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.

Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.

Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.

W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.

W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.

Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.

Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.

Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.

Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.

Read More
Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.01-07 Zermatt, CH (narty podsumowanie)

Zermatt jest to potężny resort narciarki położony w południowej Szwajcarii na granicy z Włochami. Posiada dziesiątki wyciągów, setki kilometrów tras i praktycznie niezliczone obszary poza trasami po których oczywiście powinno się jeździć. Oczywiście wioska narciarska też jest niczego sobie z wieloma restauracjami, barami i atrakcjami turystycznymi.

Można wyróżnić trzy główne obszary: Rothorn, Gornergrat i Matterhorn. Do wszystkich tych obszarów można dojechać różnego rodzaju kolejekami prosto z Zermatt.

Rothorn - podziemna kolej

Gornergrat - górski pociąg

Matterhorn - kolej linowa lub gondola.

Pomiędzy tymi obszarami można się przemieszczać też górami. Nie ma potrzeby zjeżdżania na sam dół w celu zmiany rejonu. Zaoszczędza się tym sposobem wiele czasu i energii. Jak by to było komuś mało, to Zermatt jest też połączony wyciągami z Cervinia we Włoszech co znacznie zwiększa obszar. Przez ten cały tydzień nie udało mi się odwiedzić Włoch, tyle miałem „roboty” w Szwajcarii. Następnym razem, może….

Ogólnie to wszystkie dni nie wiele się różniły od siebie. Po śniadaniu na narty, potem spotkanie gdzieś Ilonki w górach, zjazd na dół około godziny 17, odpoczynek i do spania. Następnego dnia to samo, i tak przez tydzień.

Mieszkaliśmy w fajnym, w miarę nowootwartym hoteliku w pobliżu gondoli na Matterhorn. 5 minut na nogach i już byłem przy dolnej stacji kolejki. Blisko i wygodnie.

Pamiętam z moich wcześniejszych pobytów tutaj, że często były kolejki do wyciągów, zwłaszcza rano, do tych na dole. Teraz praktycznie cały czas bez kolejek jeździłem. Czasami może do pierwszego wyciągu stałem 5-10 minut a potem już wszystko płynnie leciało. Nie sądzę, że mniej ludzi tutaj przyjeżdża. A raczej statystki mówią, że z roku na rok jest ich więcej. Widać to po ciągle powstających nowych hotelach, pensjonatach. Do restauracji na lunch czy kolację jak się nie ma rezerwacji to ciężko się dostać, zwłaszcza wiekszą grupą. Więcej narciarzy a mniejsze kolejki. O co tu chodzi? Ja myślę, że powodów jest kilka.

Więcej wyciągów. Resort ciągle buduje nowe wyciągi i dokłada więcej terenów.

Krzesła na więcej ludzi. Czwórki zamieniają na szóstki, a szóstki na ósemki. Więcej ludzi wyjedzie w góry w tym samym czasie.

Szybsze wyciągi. W Zermatt już nie ma ani jednego starego, wolnego wyciągu. Wszystkie zamienili na szybkie, wieloosobowe krzesła, albo gondole. Gondole też tak szybko jeżdżą, że na dole to trzeba się szybko uwijać żeby wsiąść. Jak będziesz stał i czekał na swoją kolejkę to nigdy się nie doczekasz. Lokalni wsiadają odrazu. Jak jesteś większą grupą to zapomnij, że uda wam się jechać razem w górę.

Szybkie wyciągi też mają wadę. Krótko się jedzie, a co za tym idzie, mniej czasu na odpoczynek na wyciągu. A powiem wam, że dobrze jest tak usiąść wygodnie w słoneczku na krzesełku, obserwować piękne góry i tak jechać z 15 minut i prowadzić rozmowę z jakimś lokalnym.

Słoneczną pogodę miałem codziennie. Każdego dnia było 100% słońca (poza szczytem w pierwszy dzień), idealnie na opalanie się na wyciągach, knajpach, czy koło knajp….

Pewnie mniej ludzi też jest na trasach i wyciągach bo z tego co zauważyłem coraz mniej ludzi jeździ tak non-stop od otwarcia do zamknięcia. Wychodzą później, po paru zjazdach trzeba sobie przerwę na kawkę zrobić a już o 11:30 jak tylko otwierają knajpy to już jest kolejka do wejścia. Przejeżdżałem akurat koło jednej o 11:28 to widziałem co się dzieje. Kolejka się już ustawiała żeby jak najlepszy stolik zająć.

Oczywiście prawie każdy ma rezerwację na lunch, który często trwa 1.5-2h albo i dłużej. Coraz częściej ludzie na wyciągach mówią w której restauracji mają rezerwację na lunch a nie jaką właśnie trasą zjechali. Lunch często trwa dłużej niż kolacja, zwłaszcza jak jest słoneczna pogoda. Pyszne jedzenie, dobre wina, muzyka na żywo, super widoki… czego trzeba więcej

Po południu znowu tyle jest knajp koło tras z głośną muzyką, że dużo narciarzy już tam „odpoczywa” a nie dalej jeździ.

Pewnie dlatego nie ma kolejek do wyciągów.

Tak jak wspomniałem, miałem cały czas słoneczną pogodę. Niestety to nie było idealne dla śniegu. Przez ten tydzień nic śniegu nie spadło. Nie miałem dobrego puchu. Na szczęście przed moim przyjazdem trochę tu sypnęło, wiec 100% było otwarte, niestety na trasach, zwłaszcza tych stromych było twardo.

Im wyżej tym było lepiej bo nie było dodatnich temperatur w ciągu dnia i nic się nie topiło. Nie było lodu.

Jechałem raz z przewodnikiem to mi trochę poopowiadał, gdzie tu można w miarę bezpiecznie jeździć wyżej w górach poza trasami. Powiedział, że jest niski stopień zagrożenia lawinowego (2) i mają około 3 metrów śniegu na lodowcach, więc większość szczelin jest przykrytych odpowiednią ilością śniegu. Można się bawić poza trasami. Tak też robiłem. Jak tylko byłem w rejonach Matterhorn to oczywiście wynajdywałem lepszy śnieg z dala od tras. Ale nie za daleko, tak żeby jeszcze w miarę bezpiecznie było.

Na jednym z wyciągów lokalny pan w wieku 60+, urodzony i mieszkający w Zermatt całe życie powiedział mi niestety smutną informację.

Ma wnuka co ma 6 lat, który już dobrze jeździ na nartach. Jego wnuk prawdopodobnie jest już ostatnim pokoleniem które może jeszcze jeździć w Alpach po lodowcach. Za 20-30 lat Alpy już nie będą takie same. Lodowce bardzo szybko się kurczą i zmniejszają swoją objętość. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Wkrótce już nie będzie całorocznych nart w Alpach. Szkoda…

Chyba w żadnym resorcie narciarskim nie spotkałem tylu rowerzystów przyjeżdżający na narty. Pod każdym dolnym wyciągiem jest dosyć spory parking na rowery. Pewnie dlatego, że w Zermatt nie można mieć samochodu. Jak nie mieszkasz blisko wyciągów to albo musisz iść na nogach, albo darmowym autobusem, albo rowerem. Wybór należy do ciebie.

Z alpejskich ciekawostek to trzeba opisać zjawisko kurzu z Afryki. Po raz pierwszy to widziałem na własne oczy. Ponoć pył z Sahary przy odpowiednim wietrze z południa może się przemieszczać tysiące kilometrów i docierać aż do Alp. Jest to widoczne gołym okiem jako takie zamglenie, słaba przejrzystość powietrza. Niestety osiadając na śniegu w wyższych partiach gór ma negatywny wpływ na pokrywę śnieżną. Śnieg już nie jest taki super biały tylko zmienia kolor na taki bardziej żółtawy albo nawet brązowawy. Powoduje to, że promienie słoneczne są w mniejszym stopniu odbijane od śniegu a bardziej wchłaniane i śnieg szybciej topnieje. Na szczęście trwało to tylko przez dwa dni.

Dzień leciał za dniem. Rano ja miałem intensywne narty w różnych częściach tego resortu, a Ilonka dzielnie wyszukiwała nowych szlaków. W godzinach popołudniowych wynajdywałem ją i wspólnie spędzaliśmy lunch. Czy to z plecaka czy w jakieś knajpie w górach.

Po lunchu Ilonka schodziła w dół, a ja z reguły w góry na parę jeszcze zjazdów i zachód słońca. Górne wyciągi tutaj są czynne długo więc można było jeszcze pojeździć.

Z górnych partii gór tak gdzieś o 16:30 ski patron wygania narciarzy w dół. Natomiast tak gdzieś od 2200 metrów w dół, tam gdzie zaczynają się wszystkie knajpy to już chyba są inne zasady. Za bardzo tutaj już nikogo chyba nie obchodzi czy jeździsz później na nartach czy nie. Koło każdej knajpy jest napis o której jest ostatnie sprawdzenie trasy i potem jedziesz na własną odpowiedzialność.

Często, już na dole w Zermatt widać i bardzo dobrze słychać „narciarzy” jak wracają z gór. Gdzieś tak w godzinach 19-20, jak zamykają bary w górach to oni muszą zjechać na dół, do Zermatt i szukać dalszych rozrywek. Już bardziej bezpiecznie bo na dole.

Każdy narciarz ma pewnie jakieś swoje ulubione miejsce, punkt, trasę w każdym resorcie. Ja mam dwa w Zermatt. Jedno to moja ulubiona ławeczka, gdzie często siadałem, odpoczywałem i podziwiałem piękny Matterhorn.

Drugie odkryłem na tym wyjeździe. Jest to ławeczka (oczywiście, że ławeczka) na samym szczycie Hohtalli (3286m.) Na Hohtalli wychodzi tylko jeden wyciąg i jest to kolej linowa. Ze względu na trudny zjazd z góry rejon tego szczytu polecany jest tylko dla wprawnych narciarzy. Najłatwiejsza trasa z góry to wąska, stroma i często oblodzona czerwona trasa z dużymi przepaściami.

Większość ludzi jak wysiądzie z kolejki to szybko leci żeby zapiąć narty i przed tłumem zjechać. Natomiast na szczycie jak się skręci w prawo, tam gdzie jest informacja o lawinach i otwartych terenach to jest takie cudowne miejsce gdzie można usiąść i podziwiać chyba najładniejszą panoramę rejonu. Od Monte Rosa aż po Matterhorn.

Tydzień zleciał i niestety znowu trzeba wracać do głośnej i wielkiej metropolii. A w górach jak się odjechało od głównych tras to była taka cisza, że aż w uszach piszczało. Ale to pewnie od wysokości.

Lubię narty w Europie. Są inne niż w Stanach. Nie koniecznie lepsze czy gorsze, po prostu inne. W Europie wpierw powstały górskie miejscowości, a potem resorty. W Stanach odwrotnie. Powstał resort i miasteczko zaraz po nim. W Europie tak jakoś wszyscy w tych resortach żyją nartami, to się widzi na każdym kroku. Prawie każdy jeździ i opowiada o tym. Jest to styl życia, sposób na wolność, odskocznia od problemów codzienności. W Stanach jeszcze nie, jeszcze pewnie trochę czasu upłynie zanim ludzie zaczną traktować narty jako sposób na życie, a nie jako weekendowy wypad za miasto. Chociaż to się zmienia. Coraz więcej ludzi się wyprowadza do resortów, przynajmniej na sezon. Znajduje tam pracę, mieszkanie, poznaje znajomych o podobnych zainteresowaniach. Starają się przynajmniej 50+ dni w sezonie jeździć na nartach, interesować się tym sportem/hobby/ sposobem na życie.

Pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie to mieliśmy wspaniały tydzień w raju, tydzień o którym na pewno będziemy długo pamiętać i opowiadać. Kto wie, może tu znowu szybko wrócimy sprawdzić co nowego dobudowali lub zmienili.

Jak narazie to mamy jeszcze jeden duży wyjazd na narty. Za parę tygodni lecimy szukać wiosny w naszym ulubionym stanie, czyli Kolorado. Wiosenne narty są piękne. Cieplutko, wszystko otwarte, jasno do godziny 20, muzyka na żywo, zimne piwko…. Do usłyszenia!

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.07 Zermatt, CH (dzień 7)

Wakacje dobiegają końca ale przed nami kolejny piekny i pogodny dzień. Tym razem pod tytułem “magnum jest dobre na dwie osoby pod warunkiem, że jedna nie pije”.

Zanim jednak dojdziemy do wina i ludzi którzy na lunch podczas nart zamawiają butelki za $500 to trzeba się trochę poruszać. Dlatego Darek ruszył na narty a ja na hike.

Darek polecił mi sprawdzić Schweigmatte. No tak, takiej “wioski” jeszcze nie zaliczyłam. Wioska jest bardzo blisko Furi ale znów znalazłam nową trasę, żeby tu wyjść. To jest piękne w Zermatt, że ciągle można nowe trasy mieć.

Spacerek fajny ale taki dość podstawowy. Darek dał mi zadanie znalezienia fajnej restauracji na pożegnalny lunch. Skoro na mam głos decydujący i skoro ma być specjalnie to tylko Zum See.

Zum See to osada założona w 1540 roku tak jak i inne domki w osadach w tych górach słynie z drewnianych domków. Domy zbudowane są z drewna modrzewiowego poczerniałego przez słońce. Obecnie osada słynie z restauracji o tej samej nazwy, która od 1984 roku jest prowadzona przez rodzinę Julen.

To co mi się najbardziej podoba w Zum See to fakt, że szlak dokładnie przechodzi między stolikami, centralnie przez restaurację.

Zum See jest w innej części góry więc miałam okazję jeszcze trochę pochodzić fajnie tak, że się dużo szlaków krzyżuje i można po górkach poskakać jak kózka.

Koło 14:30 doszłam do restuaracji Zum See i już nie było miejsca. Ops … można niby w środku usiąść i pewnie byśmy to zrobili jako ostateczność. Jakimś cudem udało mi się skołować stolik na dwie osoby, nie był w słońcu ale lepsze to niż nic. Bo na zewnątrz zdecydowanie lepszy klimat jest niż w środku.

Jedzonko było pyszne…nie dziwię się, że tyle klientów tu mają. Do tak pysznego jedzonka nie można nie zamówić winka…my jednak nie zamówiliśmy magnum, nadal rozsądek wziął górę i też nie wzięliśmy najdroższej butelki.

Podobno w Alpach jest taka tradycja/zabawa, że po sezonie narciarskim jak ludzie się spotykają to nie pytają się którą trasą zjechałeś czy ile dni na nartach byłeś. Tam jest ważne jaką butelkę zamówiłeś do lunchu i oczywiście ten kto najdroższą i największą to wygrywa. Dlatego tu butelki w rozmiarach magnum widać na co drugim stoliku. A my głupi amerykanie oceniamy sezon narciarski po ilości dni na nartach.

Po jedzonku dostaliśmy propozycje przeniesienia się do słońca. Oczywiście skorzystaliśmy. Słoneczko robi różnicę. W cieniu też było przyjemnie ale wygrzewać się w słońcu w takich warunkach to chyba nikt nie pogardzi.

Nie pogardziliśmy też kremówką. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć poza butelkami wina dużą blachę kremówki. Siedzieliśmy koło niej chwilę więc ślinka leciała. Dobra była….zdecydowanie idealne zakonczenie pysznego lunchu.

I tu pojawił się mały problem….taki fajny lunch a my przecież mamy rezerwację na kolację. No i co tu zrobić. Z jednej strony pojedliśmy i pewnie jakaś mała zakąska na noc by wystarczyła, ale to nasz pożegnalny wieczór. Jutro już niestety musimy wracać do Zurichu.

No nic…może jeszcze zgłodniejemy bo w domu glupio zakończyć tak wspaniałe wakacje. Żeby nabrać apetytu Darek pojechał na jeszcze jeden zjazd a ja zaczęłam szybko schodzić. Jak się szybko schodzi to szybciej się spala, nie?

Na kolacje poszliśmy do Spycher. Szczerze nie jest to miejsce do jakiego będę wracać. Jedzenie dobre, kelnerzy milo ale jakoś tak nie było wow. Było za to dużo ognia.

W Spycher słyną z mięs smażonych krótko ale z dużym płomieniem. Wtedy mięso ładnie zapieka aie z zewnątrz a w środku jest idealnie delikatne. Jest to też pokaz i pewnie większość ludzi przychodzi tu właśnie dla pokazu.

Po kolacji zrobiliśmy sobie ostatni spacer po mieście. Jutro Darek zamienia narty na buty i idziemy na szlak górski. Tym razem ja mu wynajde szlak.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.05 Zermatt, CH (dzień 5)

Dzisiejszy dzień jest pod tytułem “Darek nie lubi jeździć na nartach”. Hmmm…. trochę zaskoczyło mnie to jak po 5 dniach w tym raju spotkałam się z nim na lunch i z poważną twarzą oznajmił, że on nie lubi jeździć na nartach.

O co w tym stwierdzeniu chodzi Darek sam wytłumaczył we wcześniejszym wpisie. Natomiast jak to wpłynęło na nasz dzień…ano tak, że ciężko było się ruszyć ze Stafelalp bo nikomu nie chciało się iść na narty których się “nie lubi”.

A wam by się chciało ruszać z takiej miejscówki? Chyba też średnio.

Restauracja Stafelalp położona jest w dość odległej części resortu. Nie dojedzie się tu kolejką a też mało ludzi tu dojdzie bo trzeba znać tą miejscówkę. Darek wyczaił ją 11 lat temu i od tego czasu zawsze tu idziemy przynajmniej raz.

Do Stafel idzie się podobnie jak do Furi ale, że już tamtędy szłam to postanowiłam sobie urozmaicić wycieczkę i przeszłam na około przez wioskę Zmutt. Szczerze to chyba to był mój pierwszy raz tu. Jakoś nie kojarzyłam, żebym tu była wcześniej.

Wioska jak to wioska, parę domów na krzyż ale położona na uboczu, z dala od tras narciarskich z pięknymi widokami. Spotkałam trochę ludzi tu idących bo naprawdę fajny szlak ale wszyscy na nogach. Widać, że chodzą dla treningu i przyjemności.

Zmutt wygląda na wioskę która otwiera się tylko na lato i która oferuje szlaki w pobliskie góry. W zimie wygląda, że część ludzi tak jak ja wybiera tą trasą, żeby na około dojść do Furi. Zdziwiłam się jednak, jak spotkałam parę która stwierdziła, że szuka tu restauracji, bo od lat tu przychodzą i fajna knajpka jest. Nie wnikałam czy w lato czy zimę tu przychodzą ale restuaracji tu nie widać a nawet gorzej, widać tylko jakiś spalony budynek.

Ja musiałam iść dalej. Trasa niby oznaczona, ładnie odśnieżona ale znaków na Staffel nie ma. Zaczęłam się zastanawiać czy czegoś nie pomieszałam ale nawet nie. Po paru minutach zeszłam trochę na dół i mostkiem przeszłam na drugą stronę tamy.

Jak już zobaczyłam tamę a potem tunel to wiedziałam, że wszystko pod kontrolą. Tutaj szlak łączy się z drogą z Furii. Pomimo jednak połączenia szlaków to ludzi wcale nie przybyło.

Stafelalp położony jest na 2200 m więc trochę do góry musiałam się wspinać, zwłaszcza, że z wioski Zmutt trochę zeszłam na dół. Dodatkowo to do restuaracji idzie się troszkę na około. Jakoś zapomniałam, że nie jest ona przy samej drodze tylko pętelkami trzeba trochę na około do niej dojść. Od tamy pojawiały się jednak znaki więc mniej więcej wiedziałam ile mi zostało.

Tym razem Darek doszedł pierwszy i to ja mogłam złożyć zamówienie na zimny napój który czekał jak tylko doszłam do knajpy. Nie, nie było to piwo ani Aperol Spritz. Była to stara, dobra, poczciwa Coca-cola. Skoro w Europie pije się ją na obudzenie i dostanie kopa energii to też chciałam spróbować bo jakoś ten spacer mnie zmęczył. Chyba po 5 dniach ciągłego chodzenia organizm domagał się dnia relaksu…a tu nie ma łatwo, relaks to kolejne wyjście na 2,200 m.

Stafelalp położone jest w przepięknym miejscu a do tego miało zawsze przepyszne foundue. Tak więc jak zazwyczaj nie mówię Darkowi co ma zamawiać tak tym razem z góry założenie było, że będzie serowo…ja już widziałam oczami wyobraźni ten rozstopiony ser, butelkę rose i Matterhorn w tle…

Niestety…. Nie ma foundue…podobno trzy lata temu zmienił się właściciel i zmienił menu. No to rozczarowanie i trzeba się hamburgerem zadowolić. Dobrze, że rose przynajmniej mieli bo coca-cola fajna ale na dłuższą metę nie zdrowa.

Siedzielibyśmy dłużej ale bez foundue nie było sensu….. żartuję, choć trochę zawiedziona jestem, że prawie tydzień w Szwajcarii a tu nadal nie ma dobrego foundue czy racklette. Chyba do Francji trzeba pojechać.

Opuściliśmy knajpę ale nie opuściliśmy gór. Darek bardzo chciał odwiedzić “kurczaka”, Hennu Stall. Nazwa tak naprawdę oznacza kurnik ale dla nas zawsze będzie “kurczak”. “Kurczak” to dyskoteka/bar przy stoku. Uznany za wielu za najlepsze Apres Ski. 11 lat temu było tam super, 6 lat temu było ok….dlatego trochę obawiałam się iść tam teraz. Darek jednak bardzo chciał, żeby tradycji stała się zadość i namówił mnie na jedno piwko.

Akurat po drodze miałam schodząc ze Stafelalp więc na jedno zaglądnąć mogłam…no i się przekonałam, że ja to się cieszę, że mam 40 lat i cieszę się, że mi z tym dobrze. Kurczak to miejsce, żeby się wyszaleć. Młodzież tam szaleje, pije kolorowe drinki, albo szybkie shoots z kieliszków. Jest też grupa ludzi koło 50 lub starszych którzy chcą powspominać, odmłodzić się, pokazać światu, że jeszcze mogą. A ja właśnie tu doszłam do wniosku, że każda moja dekada życia miała swoje prawa i swój sposób imprezowania. Żadnej dekady nie żałuję, ale też do żadnej nie mam potrzeby wracać. Tu gdzie jestem jest idealnie.

Tak więc po jednym piwku wyszliśmy i jak przystało na 40+ siedliśmy na ławeczce na dole i patrzyliśmy jak zachodzi słońce.

Kolejny piekny dzień za nami. Aż ciężko uwierzyć, że mamy aż takie szczęście z pogodą. Oby tak dalej. Przed nami jeszcze 3 fajne dni w górach i trzy fajne szlaki. Bo tak jak pisałam, tutaj jest zdecydowanie gdzie chodzić.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)

Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.

W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.

Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.

W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.

Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.

Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.

W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.

Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.

Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.

Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.

Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?

Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.

Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?

Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.

Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.

Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.

Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.

Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.

Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.

Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.

Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.

Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.

Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.

Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.

Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.

Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.

Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.

Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.

Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.

Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.

W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.

Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.

Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.

Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.

Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.

Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.

Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.

Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.

W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.

Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.

Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?

Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)

Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.

Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…

Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.

Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.

W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.

W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.

Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.

Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.

Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.

Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.

Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.

Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.

Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.

Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.

Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.

Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.

Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…

Read More
Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)

Czy narty mogą się znudzić? Oczywiście że tak. Myślę, że tak po godzinie, góra dwie, zaczęło by mi się nudzić. No bo ile tak można wyjeżdżać wyciągiem na górę, i zjeżdżać w dół na nartach. I tak cały czas, góra - dół, góra - dół, góra dół…. nudne to, nie?

Już słyszę Wasze pytania. To po co on tam pojechał na tydzień na narty jak po godzinie mu się nudzą?

Ja nie do końca pojechałem na narty, ja pojechałem w góry. Uwielbiam przebywać w górach i miasteczkach górskich z fajnym klimatem. Ja bym całe życie mógł w nich spędzić. Lato, zima, każda pora roku jest inna i ciekawa. Chodzenie zimą po górach jest cudowne. Nie dziwię się Ilonce, że tak codziennie rano wychodzi w góry w różne rejony.

Duże góry jak Alpy czy Góry Skaliste są tak wielkie, że nie ma szans żeby na nogach te wielkie obszary zobaczyć i zwiedzić. Zimą z pomocą przychodzą narty i wyciągi. Potężna sieć szybkich wyciągów i setki kilometrów tras ułatwiają przemieszczanie się. Nie ma szans żeby człowiek za dzień przeszedł 50+ kilometrów górskimi szlakami i to jeszcze w zimie. Na nartach dla wprawnego narciarza nie ma z tym żadnego problemu.

Czyli sami widzicie, że narty nie muszą się nudzić pod warunkiem, że jest się w resortach które udostępniają zwiedzanie przepięknych gór, dolin, przełęczy, miasteczek… Nawet można przekraczać granice krajów w niektórych resortach. Jednym z takich resortów w których na pewno nie będę się nudził jest Zermatt w Szwajcarii.

Jak to Ilonka wcześniej pisała, jest to taki raj na ziemi. Jak by nie było to pewnie muszę się z nią zgodzić, bo to już jest mój szósty przyjazd do tego raju (czwarty zimą). Dlaczego aż tyle razy tutaj? Bo jest tutaj po prostu pięknie!

Miasteczko Zermatt położone jest na wysokości 1,620 metrów. Otaczają go czterotysięczniki z najbardziej rozpoznawalną górą świata, czyli Matterhorn. Na nartach można zjeżdżać z prawie 4,000 metrów, co daje ponad 2,000 metrów w pionie. Jest to też najwyżej położony resort narciarski w Europie, co pozawala mieć gwarancję dobrego śniegu i możliwość jeżdżenia przez 365 dni w roku.

System wyciągów jest co roku ulepszany. Dodawane są nowe, wymieniane stare, można łatwiej dostawać się w nowe rejony. Średnio przyjeżdżam tutaj co pięć lat i za każdym razem jak biorę mapę resortu to jest wow! Ile nowych rzeczy pobudowali, tras, wyciągów, atrakcji.

Ja wiem, że nam o wiele łatwiej jest się dostać do Colorado, Utah czy Montany, ale kurcze jest coś w tym Zermatt. Jak się tutaj wysiądzie z tego zatłoczonego pociągu po 17 godzinach podróży to aż się chce głęboko odetchnąć parę razy i powiedzieć JESTEM. Melduję się w raju!

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)

Paradise…żeby dostać się do raju trzeba przejść przez czyściec. Nasz czyściec to 1h w taksowce, 8h w samolocie, ponad 3h w pociagu i ostatnie 15 min w śmiesznym samochodziku na prąd.

Gdzie jest raj? Raj to oczywiście górki i to takie gdzie Darek ma super nartki, ja mam piękne szlaki a razem mamy przepyszne restauracje. Gdzie tak jest? W Zermatt w Szwajcarii. Nasz raj na ziemi.

Darka to jest 6 wyjazd do Zermatt, mój trzeci. Tak sobie ostatnio myślałam, że poza wschodnim wybrzeżem i Kolorado to w żadnym resorcie nie byłam więcej niż dwa razy. Przy tym wyjeździe Zermatt wyjdzie na prowadzenie. Ostatnio byliśmy tu w 2020 roku, i uciekaliśmy jednymi z ostatnich samolotów zanim zamknęli podróże i wprowadzili kwarantanny. Kto by pomyślał, że to już 6 lat od słynnej pandemii.

Po sześciu latach wróciliśmy do naszego raju. Głównie dlatego, że chciało mi się chodzenia po górach. Jakoś ostatnio w pracy tak dużo wszystkiego, że potrzebowałam wakacje. Ale takie leniwe wakacje. Leniwe wakacje dla mnie nadal oznaczają robienie 20-30tys kroków ale lenistwo polega na tym, że nie muszę zmieniać hotelu co dwa dni, nie musimy jeździć samochodem i poprostu każdy z nas wychodzi przed siebie kiedy chce.

Dostanie się do Zermatt nie jest łatwe dlatego śmieję się, że musieliśmy przejść przez czyściec czyli spędzić 17h w podróży. Najpierw standardowo taksówka na lotnisko, potem 7h lotu ale wiadomo, że nic nie startuje na czas więc opóźnienie 1h musiało być, potem pociąg jeden, drugi aż w końcu taksówka lokalna do hotelu. Powiem szczerze, że wcale nie miałam ochoty na tą podróż bo kto by miał spędzać tyle czasu na niewygodnych fotelach, ale nagroda jaka czekała mnie na końcu była warta niewygody.

Samolot był opóźniony o godzinę bo musieli nam zrobić “deicing”. Co? Jak to usłyszeliśmy to zaczęliśmy się śmiać bo przecież w NY jest wiosna, 8C więc jakie odlodowacanie. Niestety 10C jest magiczną liczbą w lotnictwie i dopiero powyżej 10C deicing nie jest wymagany. Między 0 a 10C zależy od innych czynników pogodowych jak ciśnienie czy wilgotność. Widać, że nam warunki nie pomagały i musieliśmy stracić godzinę żeby wyjechać na jakieś obrzeża lotniska, zostać popsikanym wodą z chemikaliami i wrócić na pas startowy. Z tym deicing też jest śmiesznie bo czekają na ostatnią chwilę bo działa on podobno tylko 10-20 min. Ale przecież w NY kolejka do startu jest co najmniej 30 min. Nie rozumiem…to co rozumiem to, że przez opóźnienie prawie spóźniliśmy się na pociąg.

Do Zermatt najlepiej jechać pociągiem. Wynajęcie auta się nie opłaca bo do samego Zermatt i tak sie nie dojedzie autem. Tylko do Tasch mozna. Potem zostaje tylko kolej i dociera się do odcietego od cywilizacji miasteczka Zermatt. Przez Tasch przejeżdżają pociągi na które się wprzesiada w Visp jak się jedzie z lotniska. Pociąg z Zurich do Visp jest wygodny o ile się jakoś go ogarnie. Po pierwsze to warto dopłacić do pierwszej klasy bo jest tu mniej ludzi i przez to jakoś można te walizki upchać. Szwajcarzy w ogóle nie są przygotowani na podróżników z bagażem. Miejsce na walizki jest małe i przez to ludzie blokują przejścia bo gdzieś muszą dać te walizki. Po drugie trzeba zarezerwować sobie miejsce. Kupienie biletu wcale nie gwarantuje miejsca siedzącego. Tak więc masakra. My zrobiliśmy rezerwację na dwa pociągi bo pierwszy mieliśmy godzinę po planowym wylądowaniu. Znając życie i JFK nie oczekiwaliśmy przylotu na czas. Ale na wszelki wypadek…jakby się udało to zarezerwowaliśmy miejsca bo kosztują tylko 5CHF od osoby. Mieliśmy też rezerwację na następny pociąg ale on jest 2h później. Tak więc jak tylko wysiedliśmy z samolotu to pognaliśmy po bagaże i w kierunku pociągu z nadzieją, że zdążymy.

Udało nam się zdążyć tylko i wyłącznie dlatego, że mamy Europejskie paszporty i mogliśmy szybko przez automat przejść a nie czekać w kolejce do celnika i spowiadać się po co właściwie my tu jesteśmy, po drugie nawet bagaże w miarę szybko wyjechały i po trzecie Darek ogarnął odbieranie nart lepiej niż oni na lotnisku. Narty zawsze wychodzą na inna taśmę. W Denver gdzie spodziewają się setek nart jest fajna karuzela przygotowana na to. W Szwajcarii nart się chyba nie spodziewają bo mają taką małą taśmę, że jak dali 5-7 nart to już się wszystko zakorkowało i nie pójdą nowe. Dopiero Darek zaczął ściągać narty tych amerykanów co gadali z celnikiem i dostał się do swoich. Ehhh… Szwajcaria, ty się musisz nauczyć, że Amerykanie cię lubią a Amerykanie cały dorobek z sobą wezmą nie ważne czy do auta czy do samolotu.

Ufff….fajnie było usiąść w pociagu. Po nocy w samolocie, bez kawy byliśmy trochę padnięci więc nie do końca ogarnęliśmy siedzenia. Siedliśmy na miejscach 42 i 43 zamiast 142 i 143. Jak zobaczyłam że numerki sa dwu cyfrowe to stwierdziłam, że pewnie 1 oznacza pierwsza klasę. Po około godzinie w pociągu doszło do nas, że przecież to jest dwu poziomowy pociąg i numerki trzycyfrowe są na górnym poziomie. Kolejna masakra. Ludzie którzy rezerwują miejsca zazwyczaj mają walizki więc czemu nie dadzą ich na dolny poziom tylko każą im dźwigać te walizki po schodach. Nasze miejsca i tak ktoś zajął więc wszystko dobrze się skończyło.

Najgorszy jednak odcinek jest z Visp do Zermatt. Tutaj nie można zrobić rezerwacji, a pociąg trzeba zmienić i wszyscy z trzech wagonów pierwszej klasy próbują się zmieścić w jednym wagonie. Oczywiście, miejsca na walizki jest jeszcze mniej bo wagon jest panoramiczny, po drugie oczywiscie nie ma stojaków na narty bo po co…przecież na pewno nikt nie ma nart do Zarmatt. Ehh…. Ten pociąg trwa 1h. My byliśmy jedni z pierwszych to jakoś udało nam się wsiąść. Tak jak mówiłam podróż tu nie jest łatwa ale z każdym rokiem lepiej nam to wychodzi.

Podróż w 2020 roku

Podróż w 2026 roku - robimy postępy.

Ostatni etap to taksówka do hotelu. Po Zermatt nie mogą jeździć normalne samochody. Są takie małe elektryczne. Normalnie w Zermatt wszędzie można dojść na nogach ale z bagażami to tak średnio wygodnie. Jak się śpi blisko dworca to nie ma problemu, my tym razem śpimy bliżej wyciągów więc musieliśmy poczekać ale na szczęście szybko transporyz hotelu przyjechał i ok 4 popołudniu mogliśmy w końcu wyprostować plecy na łóżku. Ale ulga. Trochę się przestraszyliśmy jak do pokoju prowadzili nas tunelami ale potem z balkonu szybko zrozumieliśmy o co chodzi bo się okazało, że na niezłej skarpie mamy pokój.

Byliśmy głodni, śpiący, zmęczeni ale szczęśliwi. W Zermatt mamy swoją małą tradycję. W pierwszy dzień zawsze idziemy do pubu Brown Cow na Stinky Burger (śmierdzący hamburger). Śmierdzący bo zamiast zwykłego sera bez smaku dają najlepsze śmierdzące sery szwajcarskie.

Nie chodziliśmy dużo po mieście. Byliśmy padnięci więc hamburgerem i piwkiem zakończyliśmy długą podróż i oficjalnie rozpoczęliśmy wakacje.

Read More
Włochy Ilona Włochy Ilona

2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)

Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.

Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.

Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.

Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.

W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.

Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.

Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.

Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.

Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.

Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.

W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.

Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.

Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?

Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.

Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.

Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.

Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.

Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.

Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.

Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.

A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.

Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.

Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.

Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.

Read More
Monako, Francja Ilona Monako, Francja Ilona

2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)

Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…

No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.

W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.

Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.

No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.

Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.

Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.

Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.

My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.

Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.

Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.

Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.

Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.

Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.

Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.

Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.

Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.

Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.

Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.

Read More
Monako Darek Monako Darek

2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)

Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.

Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.

Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…

Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.

Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.

W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.

Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.

Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.

Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.

Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.

Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….

Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.

Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.

Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.

Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.

Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.

„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.

Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.

Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!

Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.

Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.

Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.

Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.

Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.

Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.

Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.

Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.

Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.

Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.

Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!

Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!

Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.

Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.

Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…

Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.

Read More
Francja, Monako Darek Francja, Monako Darek

2025.11.29 Marsylia, FR & Monte Carlo, MC (dzień 2)

Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż (za wiele go nie mamy - tylko po plecaku), nie dbać o bilet (Ilonka wczoraj je kupowała przy trzeciej butelce wina - ciekawie gdzie zajedziemy) tylko patrzeć jak wszystko zostaje z tyłu…Wsiąść do pociągu….

Tak też było. Dostałem bilet SMS-em, nazwę dworca i prowadź. Dasz radę, Ilonka powiedziała. Pewnie, że dam! Pociąg do Monte Carlo mamy dopiero o godzinie 14, więc zanim do niego się załadujemy to by trzeba coś lokalnego pozwiedzać. Wpierw oczywiście klasyczne, tradycyjne, francuskie śniadanie.

Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer starym portem w kierunku bazyliki Notre-Dame de la Garde.

Szkoda, że nie mamy hotelu z kuchnią, bo tak świeżutkich rybek jak tutaj w starym porcie to ja dawno nie widziałem. Zapach może nie był idealny, ale tak jak z serami, im bardziej capi tym lepszy.

Bazylika znajduję się na dość sporym wzgórzu, z którego widoki na morze i miasto otoczone górami są wspaniałe. Niestety żeby tam dojść to trzeba trochę stromo do góry iść. Jakieś 30 minut.

Dobrze, że nie jesteśmy tutaj w lato bo pewnie jest tu przyjemnie „cieplutko” podchodzić do góry.

Bazylika znajduje się na najwyższym wzgórzu miasta i powstała gdzieś półtora wieku temu.

Kiedyś służyła też jako latarnia morska dla statków wpływających do portu w Marsylii. Aktualnie jest popularnym miejscem dla pielgrzymów.

Ze wzgórza bazyliki można zobaczyć wyspę If z zamkiem. XVI wieczny zamek był przez jakiś czas również więzieniem i to właśnie w nim Aleksander Dumas umieścił swojego bohatera w książce Hrabia Monte Cristo. A skoro to jest Ilonki ulubiona książka to nie mogło się obyć bez zdjęcia.

Troszkę pochodziliśmy wokół katedry, nasycili oczy widokami i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Oczywiście nie w linii prostej, tylko wymyśliłem parę placów po drodze. Zwiedzany, zwiedzamy….

Około południa wróciliśmy do hotelu po plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na nogach do niego mamy jakieś 30 minut, a pociąg dopiero o godzinie 14. Co tu robić? Jak to co, dokładnie to co lokalni robią. Do knajpy!

Było tak cieplutko, że jak bym miał to bym krótkie spodenki ubrał. Co tu musi być w lato? Nie chcę wiedzieć…. piwka by im brakło.

Dobrze schłodzeni ruszyliśmy uliczkami na dworzec. Marsylia jak każde większe miasta, ma dużo sklepów, parków, ludzi i czasami coś ciekawego się pojawia. Zaciekawiły mnie tramwaje. Długie, prawda?

Zdziwiło nas też, że dworzec główny jest położony na wzgórzu, do którego żeby wejść to trzeba nieźle schodów zaliczyć.

Nie ma non-stop pociągów z Marsylii do Monako, trzeba się przesiąść w Nicea. Ogólnie podróż bardzo krajoznawcza i widokowa. W miarę przestrzenne, czyste pociągi w ciszy z prędkością do 200km/h przemieszczają się wybrzeżem. Dużo tuneli, wiaduktów i zakrętów.

Przesiadka w Nicea była tylko paro minutowa, więc trzeba było szybko się uwijać. Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do głęboko, wkutego w skały podziemnego dworca w Monako.

Z dworca jest wiele wyjść. Oczywiście nie wiedząc którym mamy wyjść wzięliśmy windę i wyjechaliśmy na powierzchnię. Jak się później okazało to był błąd bo można było iść długim i płaskim podziemnym korytarzem i wyjść prosto w porcie.

Nam się to nie udało i setkami schodów i stromymi ulicami zaczęliśmy schodzić w dół.

Pierwsze wrażenie Monako? Wielo - poziomowe miasto! Ilość tuneli, stromych ulic, przeplatanych chodnikami i stromymi schodami to jakaś masakra.

My oczywiście nie śpimy w Monte Carlo, nawet nie śpimy w Monako. Śpimy po drugiej stronie granicznej ulicy, czyli we Francji. Dlaczego nie śpimy w Monako? Bo ceny głupie. Można oszczędzić setki Euro śpiąc 15-20 minut od centrum, czyli od Monte Carlo. A za zaoszczędzoną kasę można się nieźle zabawić.

Przyjemny hotelik Marriott nad samym portem spełnił nasze oczekiwania. Oczywiście dostaliśmy lepszy pokój i z  lepszym widokiem - prosto na port i te ich wspaniałe jachty. Jedynym minusem był słaby bar w hotelu. Coś tam było, ale jak na Marriott to słabo, mogliby się lepiej postarać.

Oczywiście nie planujemy spędzić wieczoru w hotelowym barze, więc zostawiliśmy plecaki, ubraliśmy troszkę lepsze ubrania i ruszyliśmy na nocne podboje Monte Carlo.

A po co nam lepsze ubrania? Przecież my chodzimy w podkoszulkach całe nasze podróżnicze życie. Tutaj ponoć, żeby wejść wieczorem w lepsze miejsca to trzeba się „odwalić”.

My mamy tylko po plecaku, więc moje „garnitury” się nie załapały na ten wyjazd. Ale “jeansiki” i polówka z fajną bluzą sportową powinna wystarczyć. A jak nie to ich problem.

Zaraz koło naszego hotelu - po drugiej stronie ulicy (już w Monako) jest stadion piłkarski Louis II. Akurat odbywał się ligowy mecz (Monako-Paryż). Monako wygrało 1-0. Ilość ludzi i policji była ogromna. Ale na szczęście w ciągu kilku minut odeszliśmy dalej i już było normalnie.

20 minutowy spacerek po Monako dobrze nam zrobił i dotarliśmy do „bram” Monte Carlo.

Tutaj się wszystko zaczęło. Znacznie więcej ludzi, jaśniej, lepsze samochody i oczywiście ciekawsze knajpy i hotele. Nie wspominając o jachtach oczywiście…

Podeszliśmy w pobliże tego ich słynnego kasyna. Na placu przed kasynem oczywiście stały egzotyczne samochody, leciała świąteczna muzyka, a wszystko było pięknie udekorowane.

Była gdzieś godzina 20, więc do kasyna nie wchodziliśmy. Po godzinie 19 żeby wejść do środka to musisz być już naprawdę dobrze ubrany. Widzieliśmy ludzi którzy tam wchodzą, a my w naszych sportowych bluzach nie mamy szans. Postanowiliśmy, że wrócimy tu w ciągu dnia.

Poszwendaliśmy się wokół i zaczęliśmy myśleć co tu zrobić z tak pięknie zaczynającym się wieczorem. Jedno jest pewne, musimy coś zjeść. Jesteśmy tylko o wczesnym lekkim, francuskim śniadaniu, paru piwkach i orzeszkach.

Ciekawe czy można połączyć kolację z fajną, klimatyczną knajpą. Tak, tutaj można - Buddha Bar!

Popatrzyliśmy po sobie, po naszych ubraniach, sprawdziliśmy na internecie jaki jest wymóg żeby tam wejść i powiedzieliśmy - raz się żyje, może się uda.

Każdy z nas ma swoje, inne przeżycia związane z Buddha Barem w Paryżu. Trzeba sprawdzić co tutaj jest grane. Nie mieliśmy daleko, wejście jest w tym samym budynku co kasyno, tylko z drugiej strony. W pobliżu Fairmont hotel.

Podeszliśmy pod wejście. Pod wejście to za dużo powiedziane. Już na placu stało dwóch ładnie ubranych ochroniarzy, miało czarne taśmy rozciągnięte i robiło wstępną selekcję. No nic, zobaczymy czy się uda. Na pewniaka ruszyłem do nich, przywitałem się podaniem dłoni i powiedziałem że byśmy coś zjedli i się napili. Zmierzyli nas wzrokiem i ładnie po angielsku powiedzieli, że oni tutaj mają dress-code (trzeba się odwalić). Ja na to, że wiem, rozumiem i że mamy czarne polówki i że lubimy ich sushi. Po krótkiej rozmowie pozwolili nam wejść, tylko powiedzieli, że trzeba te bluzy ściągnąć i być w koszulach. Udało się! Jesteśmy w środku!

Buddha bar słynie z lekkiej, nastrojowej muzyki, dobrego sushi i wystroju. Muzyka jest fajna (przynajmniej dla nas) w ciągu dnia i wieczoru. W nocy jest zupełnie inaczej, o czym się później przekonaliśmy.

Posadzili nas w części barowo - lounge i podali menu. Na górze, jest część restauracyjna, ale chyba nie byliśmy odpowiednio ubrani, bo nawet nam jej nie zaoferowali. A po drugie my lubimy klimaty barowe.

Siedzieliśmy na wygodnych sofach, zaraz koło Buddy, słuchali dobrze dobranej muzyki i zamawiali drinki.

Niedaleko nas były schody na górę, na restaurację. Można było się napatrzeć, co teraz jest na topie w modzie w Europie. Króciutkie świecące sukieneczki i dobrze skrojone ciemne marynarki.

Zamówiliśmy trochę rolek, jakieś rybne taco i oczywiście dobrą, lokalną butelkę białego wina z południowej Francji.

Winko pyszne, jedzenie dobre. Nie zamawialiśmy sushi ani sashimi, bo mieli chore ceny. Rolki mieli dobre, ale myślę, że lepsze jedliśmy. Natomiast klimat i atmosfera była idealna. Można było się napatrzeć i nasłuchać gdzie bogatsza część Monte Carlo się bawi, i jak się bawi.

Myślę, że gdzieś tak po godzinie 22 muzyka zaczęła się zmieniać. Z delikatnej, nastrojowej, dobrej do jedzenia i gadania na bardziej klubową. Głośniej i szybciej. Im później tym jeszcze głośniej.

Naliczyliśmy 3 DJs co na dwóch stanowiskach rozkręcali imprezę.

Pojawiło się też coraz więcej podświetlanych, przeźroczystych pojemników na lód. Fajnie oświetlały stolik, ale ich głównym zadaniem było schładzanie Szampanów. A szczególnie szampana Cristal, którego to logo było na każdym pojemniku. Cena? Jedyne €700!

Gdzieś tak po północy DJs zrobili z Buddha Bar klub nocny. Było za głośno, my już za starzy na takie imprezy. Wyszliśmy na zewnątrz. W końcu była cisza i przyjemnie chłodno.

Uściskiem dłoni pożegnałem się ze znajomą mi już ochroną i podziękowałem, że mogliśmy doświadczyć unikatowych wrażeń w Monte Carlo. Mamy zaproszenie na następny raz.

Spacerkiem, już pustymi ulicami Monako wróciliśmy do naszego hotelu we Francji. Mecz się już dawno skończył, więc było bardzo spokojnie i pusto. Jutro zwiedzamy mniej rozrywkowe części tego cudownego wybrzeża.

Read More
Francja Ilona Francja Ilona

2025.11.28 Marsylia, FR (dzień 1)

Nasza Marsylia zaczęła się nieźle. Najpierw usłyszeliśmy w samolocie zapiąć pasy lądujemy a za chwilę “pas jest zamknięty nie lądujemy”. I odlecieliśmy głębiej w morze Środziemne do Afryki. Hmmm…w Morocco zamiast Monaco to ja nie chcę być. W pierwszym byłam już w drugim jeszcze nie ale zakładam, że jest różnica.

Na szczęście pas startowy był zamknięty tylko na 10-15 min na jakąś inspekcję i udało się wylądować o czasie. Nam tam opóźnienia nie przeszkadzały bo i tak nie spodziewaliśmy się, że będziemy mieli hotel tak wcześnie rano.

Marsylia przywitała nas zimnem. Kapitan w samolocie mówił coś o 1C, telefon pokazywał 4C ale odczuwalne 2C. Wow…tak więc pierwsze co zrobiliśmy to ubraliśmy jeansy i kurtki. Po 15C w NY, jakiś 15h w zamkniętych pomieszczeniach z kontrolowaną temperaturą to uderzenie zimna było nam potrzebne, odrazu nas obudziło.

A gdzie te palmy, słoneczne plaże i gorące klimaty południa? Chyba spóźniliśmy się o jakiś miesiąc. No nic zawsze lepiej jak jest chłodno niż za ciepło.

Podjechaliśmy pod hotel ale niestety pokoju nie dostaliśmy. Zostawiliśmy bagaże i ruszyliśmy na miasto. Postanowiliśmy odwiedzić Palais Longchamp.

Palais Longchamp to pomnik otwarty z okazji otwarcia kanału Marsylii który doprowadził wodę do miasta. Wybudowany w XIX wieku swoją nazwę wziął od “dużych pól” po francusku Longchamp. Nie mylić ze słynnym producentem torebek i innych wyrobów skórzanych.

Aktualnie znajduje się tam muzeum i park. Park podobno jest jeden z piękniejszych ale pewnie na wiosnę bo teraz jakoś park nie powalał ale to właśnie tam znaleźliśmy pierwszą palmę na tym wyjeździe.

Spacerek i chłód nas obudził i jakoś do południa dotrzymaliśmy. Przyszła pora na lunch. Wybraliśmy knajpkę La Mercerie. Wybór bardzo dobry potwierdzony nie tylko dobrym jedzeniem ale też ilością lokalnych ludzi. Prawie sami lokalni a turystów bardzo mało. Przy takim obłożeniu lokalnymi byłam w bardzo pozytywnym szoku, że mówią tak ładnie po angielsku.

Wino i pyszne jedzenie nas uśpiło. W sumie na nogach byliśmy już jakieś 24h i poza małą drzemką w samolocie co nawet drzemką nie można nazwać nie spaliśmy w ogóle. Poszliśmy do hotelu z nadzieją, że pokój był i na szczęście był. W końcu łóżeczko.

Jak padliśmy tak obudziliśmy się 3h później. Już ciemno było. Ale miasta mają swój urok nocą, zwłaszcza miasta udekorowane świątecznie.

Marsylia co prawda dopiero dekoruje i jeszcze nie ma tak dużo świateł. Ciekawe kiedy Europa wymyśli, że Amerykanie (20% dochodu turystyki europejskiej jest z USA) mają wolne na święto dziękczynienia i fajnie by było jakby wszystkie markety świąteczne były już w pełni dekoracji i oferty.

Podchodziliśmy trochę po miasteczku ale dość dużo knajpek i restauracji niestety było zamkniętych na sezon. Na kolacje wybraliśmy najstarszą knajpę w mieście (1860 Le Palais). Ogolnie jedzenie pychota ale jakoś tak jasno tam było…brakowało nam takiego klimatu do posiedzenia.

Zjedliśmy, wypiliśmy a deser wzięliśmy na wynos. Jakoś nie mogliśmy przejść koło Macaroons obojętnie. Nie ma to jak zjedzenie paru na ulicy po pysznej kolacji.

Klimat znaleźliśmy dopiero w La Caravelle. Autentyczny bar który witał żeglarzy z Maryslii ciągle od 1920 roku.

Klimatyczny bar na pietrze. Mieli siedzenia przy barze ale my jednak wybraliśmy stolik. Jakoś w Europie niestety nie ma kultury siedzenia przy barze i poznawania nowych ludzi. Stolik był też lepszą opcją bo mieliśmy widok na zespół. Fajnie było posłuchać muzyki na żywo w jakimś lokalnym barze przy lokalnym winku.

Miksowali kawałki francuskie i angielskie (wiadomo pod turystów). Choć może i nie koniecznie bo nadal najwięcej się francuskiego słyszało wśród gości knajpy. Chyba dużo Francuzów teraz podróżuje lokalnie, na weekend sobie wyskakują.

Nam wieczór minął bardzo miło ale jak przestali grać to już postanowiliśmy wrócić do hotelu. Trzeba się wyspać bo jutro kolejny intensywny dzień.

Read More
Francja Ilona Francja Ilona

2025.11.27-28 Marsylia, FR (dzień 0)

8 rano czasu europejskiego na nasz 2 w nocy a my siedzimy w małym samolociku w pierwszym rzędzie. Przemiły steward podchodzi do nas ze zrozumieniem na twarzy…wiem, że ciężko się lata tak wcześnie rano. Ano ciężko…

Przyniósł nam kawkę na obudzenie i zaczął wypytywać jak długo będziemy w Marsylli i jakie plany mamy. Po naszej odpowiedzi zadał dodatkowe pytanie. A czemu w takim razie nie lecicie prosto do Nicei. Bardzo dobre pytanie. A odpowiedź…jak nie wiadomo o co chodzi to chodzi o kasę. Bilety do Marsylii były znaczenie tańsze

Pomału nasze Europejskie wyjazdy na święto dziękczynienia stają się tradycją. No bo jak tu nie skorzystać z kilku dni wolnego. Do tego skoro do Afryki lecieliśmy zwykłą klasą ekonomy i się przemęczyliśmy 14h w ciasnocie to odbijemy sobie w Monako. Udało mi się znaleźć fajną cenę więc 14h może lecieliśmy w niewygodach ale za to 7h polecimy jak królowie…no może nie do końca bo jednak nadal bilety były tanie więc i samolot stary. Coś za coś.

Ale najważniejsze, że indyka na obiad zjemy i dobrym winkiem popijemy.

Darek pogadal z AI (Gemini) dowiedział się wszystkiego i wyszło że o 11 am musimy opuścić dom żeby na lotnisku mieć wystarczająco czasu aby odwiedzić Delta One lounge (tak ten wypasiony o którym pisaliśmy we wrześniu), pójść, wypić i zdążyć na terminal 1 żeby złapać samolot AirFrance do Paryża. Niestety pomimo, że AirFrance z Deltą są mocno połączeni to terminala jednego nie mają i trzeba kombinować bo lounge Delta vs. AirFrance różni się bardzo….oj bardzo…. poczuliśmy to na własnej skórze.

Gdybyśmy nie musieli zmieniać terminalów to pewnie byśmy się spóźnili na samolot bo tak dobrze się siedziało ale kierownik wycieczki (Daruś) przejął się swoją funkcją i pilnował że trzeba opuścić DeltaOne Lounge 2:45pm (tak powiedział Gemini). Śmiechy śmiechami ale warto przechodzić dwa razy skanowanie bagażu i zmianę terminala bo drinek w DeltaOne smakuje tysiąc razy lepiej niż Heineken w zwykłym lounge. Nie mówiąc o jedzeniu i deserach…

Ta Darmowa restauracja w DeltaOne lounge pobija wszystko. Można liczyć na tradycyjny obiad z okazji święta dziękczynienia albo na przepysznego steaka jak się jest mało za tradycją. Do tego przemiła obsługa i w ogóle człowiek nie czuje się jak na lotnisku. To jest trochę niebezpieczne bo siedzi się tak fajnie, że można by było siedzieć ale trzeba w drogę.

Ok, czas lecieć. Lot przeleciał jak to lot. Trochę filmów, trochę gadania i trochę spania. Jak wylądowaliśmy w Paryżu to w spać się nawet nie chciało ale w sumie u nas to nawet północy nie było. Dwie godziny przesiadki, jakiś croissant z czekoladą, kawka i znów do samolotu. I tak właśnie poznaliśmy stewarda który nie mógł zrozumieć dlaczego lecimy do Marsylii a nie do Nicei. My też nie rozumiemy…ale może wkrótce się przekonamy.

Read More
Polska, Dania Ilona Polska, Dania Ilona

2025.09.18-22 Polska & Kopenhaga, DK

Od gór do morza. Tak ciągnie się Polska i tak ciągną się nasze wakacje. Byliśmy na Łysej Polanie, przejeżdżaliśmy przez środek (Łódź) i byliśmy nad morzem w Kołobrzegu. Więc jakby na to nie patrzeć to zwiedziliśmy całą Polskę. I pomimo, że tu się urodziliśmy i wychowaliśmy to nadal są miejsca które odkrywamy.

Lubię jak dojeżdżamy do Bornego Sulinowa. Droga tam jest długa, i chce się jak najdłużej zostać na autostradzie, ale jak się już z niej zjedzie, to pojawiają się łąki, pola, jeziora i drzewa… nic więcej. Nie ma miast, nie ma blokowisk, biurowców, jest tylko przestrzeń i bardzo ładne zachody słońca.

W Bornym spędzamy co roku parę dni. Chodzimy po lesie, zbieramy grzyby jak są a czasem nawet uda się zrobić ognisko.

Nigdy nie byliśmy grzybiarzami ale lubimy je jeść, lubimy chodzić po lesie i tylko jeśli jest ktoś z nami, kto potrafi zweryfikować czy to co znajdziemy jest jadalne to od razu robi się dzień pełen frajdy na świeżym powietrzu.

W deszczowe dni zbiera się grzyby, w ciepłe dni zbiera się drzewo na ognisko. Mieszkanie przy lesie ma swoje plusy… W tym roku nie mieliśmy za dobrego sezonu ogniskowego. Na biwak pojechaliśmy tylko raz ale po pierwszej nocy już nam powiedzieli, że więcej ognisk nie można robić bo jest za sucho… buu… Na szczęście mogliśmy to nadrobić i Darek miał ognisko jakie mu się marzyło. Długie, duże, z wędzonym boczkiem i przepyszną kiełbasą a do tego oczywiście piwko Połczyn. Najlepsze piwo na świecie!

Połczyn odkryliśmy kilka lat temu. Lubimy próbować lokalne browary, piwo przemysłowe nie jest naszym pierwszym wyborem jeśli mamy opcję spróbować coś lokalnego. No i takim oto sposobem odkryliśmy Połczyn i już nic nie jest takie samo.

Będąc na północy Polski staramy się też odwiedzać miasta nad Bałtykiem. Tym razem padło na Kołobrzeg.

W dzieciństwie nie pamiętam dużo wakacji nad morzem. Oboje z Darkiem byliśmy bardziej wychowani w górach a ja dodatkowo w Warszawie w której spędzałam prawie każde wakacje. Z tych nielicznych pobytów nad morzem pamiętamy jednak parawany, piasek który “gryzie” i lody włoskie albo watę cukrową.

Parawany do dziś są nawet w połowie września dużo ludzi wyszło na plażę się poopalać i skorzystać z ostatnich słonecznych dni. My do wody nie wchodziliśmy bo standardowo nawet strojów kąpielowych ze sobą nie mamy, ale palce zostały zanurzone.

Zarówno w Kołobrzegu jak i w Zakopanym jestem zniesmaczona ilością sklepików z badziewiem. Jeździmy trochę po świecie. Chodzimy w miejsca gdzie i rodziny z dziećmi przyjeżdżają ale nigdzie na świecie nie widziałam aż tylu budek ze śmiesznymi zabawkami. Jakoś w ogóle się to nie komponuje a dodatkowo psuje cały nastrój miasta. Dużo lepiej by było porobić knajpki gdzie można usiąść na piwko… no ale tak, w Polsce z tym ciężko bo każdy autem, a kasę lepiej wyciąga się od dzieci niż od dorosłych. Dobrze, że my nie mamy dzieci i zamiast wydawać majątek na Pokemony możemy odejść trochę dalej i zjeść dobrą rybkę.

Urozmaicony czas na pomorzu w cudownym towarzystwie minął szybko. Niestety nasze wakacje dobiegają końca. Szczerze to już trochę tęskni mi się za domem. Nie wiem czy mogłabym kiedyś pojechać na dłużej niż 2tygodnie. Pewnie wtedy całkiem inaczej człowiek wszystko planuje, mniej intensywnie, więcej domowych dni. Zanim jednak dolecieliśmy z Polski do Stanów mieliśmy jeszcze jedną noc w Kopenhadze.

Niestety Kopenhaga przywitała nas deszczem. Tak więc nici z naszego chodzenia po mieście szlakiem Hansa Christiana Andersena i zobaczenia Syrenki. Udało mi się tylko wyciągnąć Darka do zamku Rosenborg. W środku nie zwiedzaliśmy bo już było zamknięte ale z zewnątrz, zamek i ogrody prezentowały się bardzo fajnie.

Deszcz nas zagonił do restauracji The Olive Kitchen & Bar, gdzie postanowiliśmy zjeść kolację. Bardzo dobra restauracja choć nie miała lokalnego vibe. 90% amerykańskich turystów którzy chcieli płacić kartami Amex… dlaczego w Europie ich tak nie lubią? Kiedyś za Amex płaciło się dużą prowizję, ale to już było. Teraz jak naprawdę chcą amerykańską kasę od turystów to powinni zacząć ją przyjmować.

Z Europą i Kopenhagą pożegnaliśmy się w lokalnym barze, nie było jednak klimatu więc wróciliśmy do hotelu. Europa nie jest przystosowana dla samotnych ludzi. W Stanach możesz iść sam do baru czy restauracji, usiąść przy barze i zawsze kogoś ciekawego możne spotkać albo przynajmniej pogadać i pośmiać się z barmanem. Darmowa terapia jak nic. W Europie… głównie każdy siada przy stoliku we własnej grupie. Ale to nic, my zawsze zagadamy jak nie barmana to do kelnera i rozkręcimy jakoś tą imprezę.

Read More