Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)

Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.

Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.

Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku

“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”

Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.

W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.

Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.

Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.

Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.

Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.

Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.

Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.

Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.

Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…

Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.

Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.

No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.

I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?

Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.

Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.

Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.

Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.

Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)

Chyba nie ma nic lepszego dla narciarza jak wyjść przed hotel, zrobić klip, klip (dla niewtajemniczonych - zapiąć narty) i wsiąść na wyciąg. Bez dojeżdżania do resortu, parkowania, przebierania się, kupowania biletu….

A jeszcze jak ci dobre śniadanko przygotują, kawkę zaparzą i nie musisz wcześnie wstawać to już jest rewelacyjnie. Nie dziwię się, że moi klienci ze sklepu polecili mi to miejsce, jako jedno z tych co muszę odwiedzić. Oni tu co roku (z reguły częściej) przyjeżdżają.

No dobra, przecież na narty tu przyjechałem a nie objadać się non-stop. Do roboty, w góry!

W nocy były lekkie opady śniegu. Dla mnie nie były takie lekkie, ale lokalni mówili, że prawie nic nie spadło. Sypnęło 10cm puszku!

Wiem, jak tutaj sypie to metrami, a nie centymetrami. Ale każdy płatek się liczy w roku, w którym są wyjątkowo niskie opady.

Oczywiście bez żadnych kolejek wsiadłem na wyciąg i w góry! Obowiązkowo poranna rozgrzewka odbywała się na idealnie ubitych trasach. Sztruks wychodził im idealnie. Taki poranny zmrożony, narty lizać! W sumie w Alta mało ubijają stoków, oni uważają, że nie wolno ubijać puchu. Jak widzisz sztruks to sobie nim zjedź, bo nie wiadomo kiedy znowu na niego trafisz.

Posiadają tylko 5 wyciągów. Z każdego wyciągu może jedna czy dwie ubite trasy. Reszta, to tylko co natura dała. Wielkie tereny dla doświadczonych narciarzy.

Oczywiście na wyciągach dostajesz wiele porad od lokalnych. Oni używają wyciągów w celu przemieszczania się miedzy rejonami resortu. Tam już wyszukują ciekawych zjazdów, często do nich trzeba trochę podejść. To im nie przeszkadza, mówią, że to rozgrzewka przed ciekawymi terenami.

Czasami starałem się też podchodzić wyżej w nieznane tereny żeby coś nowego odkrywać. W większości przypadków się to opłacało. Mimo, że czasami podejście było meczące (zwłaszcza na wysokościach), to nagroda w postaci ciekawych stoków czekała.

Tak jak wspominałem wcześniej, mało mają ubijanych tras a duże przestrzenie gdzie nic nie robią. Jak śnieg nasypie to tak go zostawiają.

Z głównych tras jest tylko bramka informująca, że tam coś jest ciekawego. Często bardzo ciekawego. Tych bramek jest dużo, spokojnie z 20. Prawie wszystkie były otwarte. Zamykane są około godziny 15 żeby patrol za widoku miał czas jeszcze zjechać i sprawdzić czy ktoś z problemami nie został i nie potrzebuje pomocy.

Z ciekawostek to w Alta mają tylko 3 rodzaje trudności tras: zielona, niebieska i czarna. Z reguły w Stanach występuje skala pięcio-stopniowa: zielona, niebieska, czarna, podwójna czarna i EX (ekstremalny teren). Z początku myślałem, że tutaj po prostu nie mają bardzo trudnych zjazdów. Po pierwszej bramce szybko się przekonałem, że mają.

Po rozmowie z lokalnymi dowiedziałem się paru rzeczy. Zielonych bardzo mało mają, niebieskie to z reguły ubijane trasy o średnim stopniu nachylenia, a wszystko reszta to czarne. Oni nie rozróżniają trudności czarnych. Jak jesteś dobry to jedź na czarne, dasz radę!

Jest to chyba jeden z niewielu resortów gdzie jest tak mało szkółek narciarskich. Widziałem parę, ale bardzo niewiele. A jak już są to w większości na czarnych trasach i narciarze już naprawdę dobrze jeżdżą. Patrolu też jest mało. Praktycznie są niewidoczni. Często w resortach stoją i mówią żebyś zwolnił albo bardziej uważał. Tutaj ich nie ma i jakoś wszystko działa.

Pogodę miałem wyśmienitą. W pierwszy dzień było pochmurno, ale potem sypało. Następne trzy dni były idealne, słoneczne i bez wiatru. Brak kolejek do wyciągów i bardzo mało ludzi na trasach powodowało, że można było się wyjeździć na maxa. Cztery dni wystarczyły, żeby zwiedzić prawie cały resort i jeszcze powtarzać lepsze tereny.

W takich warunkach i pogodzie byłoby grzechem robić przerwy gdzieś w środku. W słoneczku i z pięknym widokiem wszystko smakuje lepie.

Czasami przejeżdżałem do sąsiedniego resortu Snowbird, który jest większy niż Alta, ma więcej ubijanych tras, a mniej wolnej przestrzeni. Też jest ok, przynajmniej można było trochę odpocząć na dobrze przygotowanych trasach.

W Snowbird mają nowoczesne wyciągi i większość z nich ma podpórki na nogi. Znacznie to polepsza komfort i odpoczynek. W Alta żaden wyciąg nie ma podpórek. Mało tego, niektóre nawet nie mają zamknięć i siedzisz tak, bez żadnego zabezpieczenia. Nawet jak mają zamknięcia to nikt ich nie używa. Lokalni uważają to za zbyteczną rzecz. Jedyny czas kiedy zamykają to jak jakieś małe dziecko siedzi na krzesełku.

Z górnych partii resortu Snowbird ciekawie widać oddalone o jakieś 20km rejony miasta Salt Lake City. W zimie w mieście często sypie śnieg, ale maksymalnie w sezonie spada może metr do półtora.

Uważam, że przez te cztery dni dobrze się wyjeździłem. Mimo, że Alta nie dostała potężnych ilości śniegu jakie z reguły dostaje to i tak te pare metrów pozwoliło mi wszędzie wjechać i prawie każdy teren zaliczyć.

Tutaj na wyciągach znacznie rzadziej spotykałem turystów takich jak ja. Większość narciarzy to lokalni którzy mieszkają gdzieś w okolicy. W porównaniu do innych resortów na zachodzie, gdzie ilość turystów jest znacznie większa, tutaj raczej jeżdżą lokalni. Może dlatego, że Alta jest w miarę mała i przyjeżdżać tu na tydzień nie ma sensu. Może jest to trudny resort i rodziny z dziećmi tutaj nie przyjeżdżają. Nie wiem… ale coś w tym jest. Może też brak hoteli, restauracji, barów, sklepów nie przyciąga. Zakaz snowboardów na pewno też nie pomaga. Plusem jest brak kolejek. Nawet w sobotę przy pięknej pogodzie, odrazu na wyciąg można wsiadać.

Są wyjątki. Siedząc na krzesełku zagadałem do gościa. Okazało się że przyjechał ze wschodu, tak jak ja, na cztery dni. Tylko, że on ze znacznie wiekszą grupą, 60 osób! Przyjeżdżają tutaj od 19 lat. Cały czas ta sama grupa i ten sam hotel. Mają jednak zasady - sami faceci, bez żon. Ostatnio to trochę u nich się zmieniło, bo większość z nich ma już rodziny i ich dzieci też chcą z nimi tu przyjeżdżać. Grupa się zgodziła na dzieci (nawet córki) ale muszą minimum być na studiach, nie młodsze. Oczywiście żony dalej nie mogą jeździć.

Mimo tak dużej grupy większość z nich jeździ osobno. Każdy ma różne umiejętności, możliwości, prędkości i upodobania. Spotykają się później w barze i na kolacji. Raczej nie jest możliwe żeby tak duża grupa jeździła razem.

Mimo, że mamy nawet ok bar w naszym hotelu to czasami szukaliśmy innych. Nawet barmanka w naszym barze nam poleciła bar u sąsiadów, w Peruvian Lodge.

10 minut na nogach i już byliśmy u sąsiadów. Znacznie mniejszy bar, ale z lepszą muzyką i klimatem.

Widać, że lokalni i pracownicy resortu tutaj odpoczywają po pracy. Dużo ludzi się zna i każdy z każdym się wita. Muzyka nie za głośna, można pogadać, dobre piwo w ok cenie… można siedzieć (lub stać jak nie ma miejsca). Znowu niestety wygoniła nas kolacja z baru. Na 19:30 mieliśmy rezerwację w naszym hotelu na ostatnią kolację na tym wyjeździe. Trzeba było wyjść na ten mróz i się przewietrzyć.

Jutro jeszcze cały dzień spędzamy w resorcie. Mamy autobus wieczorem a samolot prawie o północy. Zapowiada się wspaniała pogoda, więc na pewno oboje to wykorzystamy na maxa w górach.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.27-28 Alta, UT (dzień 0-1)

Czy ktoś, kiedykolwiek widział Ilonkę w resorcie all-inclusive? Pewnie nie. Ja nigdy! No może raz, dawno, dawno temu wysoko w Andach w Chile.

Rok temu prawie znowu mi się to udało jak lecieliśmy do Nairobi. Mieliśmy parę dni spędzić na Mauritius. Już wszystko było nagrane, zaplanowane, hotel all-inclusive zarezerwowany, kąpielówki kupione…. a tu klapa. Linie lotnicze Kenia Airways postanowiły, że pokrzyżują nam plany i nie będzie Mauritius.

Valle Nevado, Chile

No nic, poczekamy, zobaczymy. Niecały rok później znowu są plany. Nie piaszczyste, a górzyste resorty. Znowu wysoko w górach. Tym razem nie Andy a Góry Skaliste w stanie Utah. Planujemy spędzić nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie w Alta, UT.

Co z tym all-inclusive? Wyjaśniam.

Jest taki fajny resort w Utah, nazywa się Alta. Jakieś 20+ lat temu w nim byłem, tylko jeden dzień. Dlaczego jeden? Bo tam nie ma żadnych hoteli. Coś jak Arapaho Basin w stanie Kolorado. Świetne, wysoko w górach resorty z cudownymi terenami i dużymi opadami śniegu, ale bez hoteli, après ski czy restauracji.

Alta nie ma hoteli, ale ma parę schronisk, lodges w których możesz mieszkać. Nie jest to nic super, ale nie trzeba codziennie dojeżdżać z Salt Lake City czy z pobliskiego resortu Snowbird. Zwłaszcza, że występują tu częste i duże opady śniegu to droga jest ciągle zamykana ze względu na lawiny. Z resortu Snowbird możesz do Alty dojechać na nartach, ale to pewnie zajmuje jakiś czas. A po drugie, to po zamknięciu wyciągów w Alta zostają tam tylko narciarze co mieszkają w Alta. Tacy prawdziwi narciarze. Coś jak Meribel we Francji. Mam nadzieję, że ich spotkam w barach w tych schroniskach. Nie ma też tutaj żadnych sklepów ani restauracji, więc papusiasz to co ci ugotują. Jedzenie jest wliczone w cenę. Prawie jak all-inclusive, nie? No dobra, nie ma alkoholu wliczonego, ale ponoć mają ok ceny. Wkrótce się dowiemy.

Jak narazie, to mamy 60 minutowe opóźnienie z JFK. Nie przez opady śniegu jakie tu ostatnio wystąpiły, ale przez to, że samolot jest za lekki. Tak, za mało nas leci i muszą dorzucić worki z piaskiem. Słyszeliście o tym kiedyś? Ja nigdy. Parę razy się zdarzało, że samolot był za ciężki i trzeba było trochę bagażu czy ludzi usunąć. Ale za lekki? Nigdy! Wiem, nie mieliśmy czasu i nie wzięliśmy paru skrzynek wina ze sobą. Pewnie to jest przyczyną.

No nic, pewnie dużo ludzi się wystraszyło zimy jaka ostatnio nawiedziła Stany i odwołało loty. My lubimy zimno, śnieg i góry, więc siedzimy grzecznie w samolocie i staramy się umilać nam podróż.

Do Salt Lake City jest troszkę dalej niż do Denver. Jakąś godzinkę. Na szczęście miałem trochę zaległości z robotą, więc lot szybko i produktywnie minął. Obsługa w samolocie jak tylko widziała, że w szklaneczce robi się pusto, to szybko to naprawiała. Czasami Delta ogarnia serwis.

W Salt Lake City wylądowaliśmy około godziny 23.

Dzisiaj już nie jedziemy do Alta. Nawet nie ma jak tam w góry się dostać o tej porze. Śpimy w hotelu koło lotniska i jutro rano autobusem z napędem na 4 koła jedziemy do resortu.

W hotelu wszystko poszło sprawnie i następnego dnia o 8:45 rano przyjechał po nas van i ruszyliśmy w góry.

Byliśmy sami w samochodzie więc podczas 45 minutowe podróży dowiedzieliśmy się wiele o lokalnych górkach i warunkach jakie teraz tam panują. Kierowca nie miał dla nas najlepszych wiadomości. Mówił, że niestety jest bardzo sucho i mają mało śniegu.

Ale na szczęście wszystko jest otwarte i jest w miarę zimno, więc nic nie topnieje w ciągu dnia, a co za tym idzie nie ma lodu na trasach. Lokalni kochają puch, a że go nie ma to nie ma też kolejek do wyciągów. Same plusy, nie?

Około 9:30 podjechaliśmy pod nasz lodge, Goldminer’s Daughter. Ja już oczywiście byłem cały ubrany na narty, więc tylko zostawiłem bagaże i w końcu ruszyłem na narty. Koniec stycznia, pierwszy dzień, aż mi wstyd!

W Alta praktycznie nigdy nie jeździłem, więc dla mnie to tu wszystko takie nowe jest. Mają tylko 5 wyciągów, więc nie jest to jakieś wielkie do ogarnięcia.

Z czego ogólnie słynie Alta. Po pierwsze ze śniegu. Ilości i jakości. Sypie tu dużo, bardzo dużo! Średnie opady w sezonie to 14 metrów. Przez ostatnie dwa lata spadło tu ponad 20 metrów śniegu w każdym roku. Raj, nie? Niestety nie w tym roku. Jak narazie to słabo tu sypie. Tylko parę metrów dostali.

Nie tylko ilość, ale jakość się liczy. Utah śnieg jest bardzo puszysty o gęstości 7-8%. W przeliczeniu to jest 70-80kg/m3. Dla porównania w europejskich Alpach gęstość śniegu wynosi 25-30%. Czyli waga jest odpowiednio większa i wynosi 250-300kg/m3. Dlaczego aż takie różnice? Europa jest ciepła i mokra. Utah jest pustynna, czyli sucha i zimna. Znacznie łatwiej i lepiej poruszać się po lekkim i suchym puchu niż po ciężkim i mokrym.

W Alta jest też zakaz snowbordzistów.   Sami narciarze. Ja nie mam nic do snowboardów, ale tak, czasami jak jadą z góry na dół po stromej trasie bokiem i skrobią cały czas to aż chce się coś im powiedzieć. Chłopie, szanuj śnieg!

Alta jest połączona z sąsiednim resortem Snowbird. Ten sam bilet działa w obu resortach. Można w paru miejscach przejechać między nimi. W Snowbird już byłem parę razy. Jest znacznie większy niż Alta, też ma ciekawe tereny i wspaniały śnieg. Myślę, że przez te 4 dni dobrze zwiedzę Altę i pewnie parę razy wstąpię do Snowbird na parę zakrętów i piwko.

Pierwsze parę zjazdów zrobiłem na dolnych terenach. Trzeba nogi przyzwyczaić do nart i się zaaklimatyzować. Dolna stacja znajduje się dość wysoko na 2,600 metrów.

Później już było łatwiej i można było wyciągami na przełęcze wyjeżdżać. Tak jak kierowca mówił, jest mało ludzi bo warunki nie są idealne. Tak też było. Zero kolejek do wyciągów. Było twardo, ale bez lodu. Poza trasami można było znaleź lepszy śnieg ale nie za wiele. W lasach trochę lepiej, ale dalej nie fantastycznie.

Jeździłem gdzieś do godziny 13 i zjechałem do Ilonki na lunch. Oczywiście już miałem zarezerwowane najlepsze miejsce w naszym lodge, przy barze.

Piwka mieli dobre, natomiast hamburgera jadłem lepszego. Był ok, ale mogliby go lepiej zrobić. No nic, miejmy nadzieję, że na kolację nie będzie ta sama kuchnia.

Po przerwie wróciłem na narty. Nastąpiła potężna zmiana klimatu. Przed lunchem niebo było tylko zachmurzone, teraz na maxa sypało i wiało. Super, więcej śniegu trzeba! Chmury też się obniżyły i widoczność w górnych partiach spadła do paru metrów. Mimo nie najlepszych warunków jeździłem do końca. Trzeba jakoś ten pierwszy dzień w sezonie na maxa wykorzystać.

Alta jako Vintage resort posiada też trochę starych, dwuosobowych wyciągów bez zabezpieczeń na których podczas dużego wiatru jest wesoło.

Z ciekawostek to w Alta są mądrzy ludzie i nie otwierają wyciągów o 8 rano tylko o 9:15. Można się rano wyspać. Natomiast wyciągi są otwarte do 16:30 albo dłużej na wiosnę. W związku z tym jeździłem prawie do godziny 17 i ledwo co zdążyłem do naszego Saloon na happy hours.

Ilonka oczywiście już tu była i zajęła najlepsze miejsce przy kominku. Do baru na dole każdy może wejść. Natomiast tutaj, na drugim piętrze tylko goście tego resortu. Można wygodnie usiąść, coś za darmo przegryźć i schłodzić się jakimś napojem.

Jak zawsze w takich miejscach fajnie się siedziało, gadało i obserwowało jak na zewnątrz sypie śnieg i ratraki z nim walczą na jutro.

Z Saloon wygoniła nas kolacja. Mieliśmy rezerwację na godzinę 19. W naszym pobycie tutaj mamy wliczone śniadania i kolacje - prawie jak all-inclusive, nie?

Posiłki serwują w restauracji na najwyższym piętrze, czyli trzecim. Dostaliśmy fajny stolik przy oknie, więc podczas kolacji mogliśmy obserwować opady śniegu i liczyć te centymetry puszku na jutro.

Nawet mieli ok wybór jedzenia i win jak na taki mały hotel. Jest to restauracja tylko dla gości tego lodge, więc nie spodziewałem się niewiadomo czego, ale było dobrze urozmaicone i smaczne. Nawet desery też były smaczne.

Oboje byliśmy dobrze zmęczeni podróżą i dzisiajejszym dniem, więc niedługo po kolacji padliśmy spać. Trzeba nazbierać energii, jutro może być intensywny dzień w puchu

Read More

2026.01.09-10 Joshua Tree NP, CA (dzień 8-9)

Długo rozważaliśmy co możemy zrobić po konferencji. Oczywiście mogliśmy wrócić do domu…ale po co? W czwartek Las Vegas zaczynało pustoszeć a ludzie wracali do swoich domów. Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy więc wcale nie spieszyło nam się z powrotem do NY i postanowiliśmy wykorzystać weekend w tych ciepłych rejonach.

Piękne parki i góry niestety mają dużo śniegu bo w Kalifornii tak sypie, że aż zamknęli jeden resert (Mammoth Lakes) bo za dużo mają śniegu i mogą być lawiny. Szukaliśmy więc czegoś co możemy odwiedzić w jeden dzień i oddalonego od Vegas max 5h. Padło na Joshua Tree Park Narodowy.

Ciężko się tu wybrać żeby tylko zobaczyć ten park więc teraz była idealna okazja. Dlatego wylądowaliśmy w Palm Desert. Stąd do parku jest nie cała godzina. No chyba, że się wymyśli coś po drodze.

Zaczęliśmy od śniadania. W Vegas niby było dobre jedzonko ale jakoś tak zawsze w biegu. Tym razem też się trochę śpieszymy ale nie aż tak żeby nie zawitać do tradycyjnego amerykańskiego dineru na jajka i kawę bez limitu. W takim słoneczku, spodniach na góry, bluzie dresowej i w otoczeniu palm odrazu wszystko lepiej smakuje. Choć zdradzę wam, że się okazało, że Darek nie lubi palm….kaktusy jak najbardziej ale palmy średnio. Nawet po 15 latach małżeństwa można się coś o sobie nauczyć.

Zarówno Palm Springs, jak i Palm Desert od dekad słyną jako luksusowe enklawy bogatych i sławnych osób. Potocznie rejon ten nazywany jest pustynnym placem zabaw dla elit z LA. Popularność tego rejonu wynika z zasady dwóch godzin. Teraz może nie bo korki są dużo większe ale dawniej gwiazdy filmu miały w kontrakcie, że muszą być maksymalnie 2h od studia filmowego na wypadek jak trzeba coś dograć. Palm Desert/Springs jest idealnie położone na tej granicy 2h jazdy od Hollywood.

W czasach złotej ery Hollywood przypadającej na lata 20-30 XX wieku Palm Springs stało się ulubionym miejscem ucieczki dla „śmietanki” z LA i swoje rezydencje mieli tu m.in. Frank Sinatra, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Cary Grant, Elizabeth Taylor oraz Lucille Ball.

Nie dziwne więc, że parę tych domów znalazło się w mojej książce 1001 budowli. W końcu jakby na to nie patrzeć to ikony stylu modern, zaprojektowane przez słynnych architektów specjalnie dla gwiazd. Nawet 100 lat później region ten wciąż postrzegany jest jako symbol luksusu, przyciągający nową generację celebrytów, bogatych emerytów oraz zamożnych pracowników zdalnych.

Ja zawsze miałam problemy z rozróżnieniem Palm Springs od Palm Desert…więc mała ściągawka.

Palm Springs: słynie z historycznych posiadłości w dzielnicach takich jak Old Las Palmas czy The Movie Colony, gdzie domy wciąż należą do osób z branży filmowej i mediów np. Leonardo DiCaprio posiada tam rezydencję.

Palm Desert: jest uznawane za nieco bardziej ekskluzywne pod kątem nowoczesnego luksusu i zakupów. Znajduje się tam ulica El Paseo, nazywana „Rodeo Drive pustyni”, przy której mieszczą się butiki najdroższych marek. Coś jak 5th ave w NY.

Nie ważne które Palm… ważne że nadal jest tam luksusowo a rejon pomimo niewyobrażalnie wysokich temperatur w lato ewaluował z sezonowego kurortu w całoroczne centrum luksusowego stylu życia, zachowując swój unikalny charakter „Hollywoodzkiej oazy” na pustyni.

Tylko jaki to luksus jak w lato nie możesz wyjść z domu bo jest 50C a drony sprawdzają czy masz wodę w basenie i jak masz to płacisz duże mandaty…no może nie wszystkich te mandaty dotyczą.

Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do parku. Darek znalazł parę punktów i małych szlaków. Nie planujemy dziś długich hików ale kilka godzin w parku planujemy spędzić więc, żeby jak najwięcej zobaczyć za dnia nie można za bardzo leniuchować.

Do parku wjechaliśmy od strony zachodniej (West Entrance Station) i przejechaliśmy cały park wyjeżdżając po drugiej stronie (Cottonwood Spring). Fajnie, że można przejechać cały park wzdłuż i nie trzeba się wracać albo za dużo kręcić. Amerykanie lubią tak ustawiać parki żeby punkty widokowe czy ciekawe szlaki były w zadłuż drogi. Płynniej wtedy ruch samochodów się odbywa i nie ma aż takich korków. Bo w lato w parkach narodowych w Stanach są mega korki. My jak zwykle wybraliśmy mało popularny okres więc ludzi było trochę ale tak idealnie. Nie przeszkadzali nam nawet tak bardzo a i na parkingach można było od razu znaleźć miejsce.

Już od samego wjazdu przywitały nas drzewa Joshua (po polsku drzewa Jozuego). Wiadomo, jak sama nazwa parku mówi powinno tu być dużo tych drzew, no i nie da się zaprzeczyć, że było ich dużo. Dlaczego jednak tu powstał park? Drzewa te bowiem występują w innych miejscach w Stanach.

Park powstał w miejscu gdzie spotykają się dwa odmienne ekosystemy pustynne: Mojave i Kolorado, tworząc unikalną mozaikę krajobrazów i form życia. Drzewa przeważają w krajobrazie ale też jest tu dużo kaktusów, formacji skalnych a wszystko to tworzy surowy, pustynny krajobraz który jest pięknym rajem dla górołazów, wspinaczy skalnych i miłośników biwaków.

Zwiedzanie zaczęliśmy od Ukrytej Doliny (Hidden Valley) i nie wiem czy dlatego, że było to pierwsze miejsce gdzie się zagłębiliśmy w park czy na każdym robi takie wrażenie ale uważam, że był to najładniejszy szlak w parku.

Dolina ta naprawdę była ukryta i dopiero w roku 1936 nie wiele miesięcy przed stworzeniem tu parku narodowego Bill Keys wysadził kamienie które blokowały dolinę od świata zewnętrznego. Skoro nie było tam cywilizacji to fauna i flora były bardzo dobrze zachowane. Oczywiście szybko przyciągnęło to rolników którzy szukali trawy dla zwierząt ale na szczęście szybko powstał tu park i do dziś możemy podziwiać piękne tereny nie zniszczone przez człowieka.

W tych rejonach z opadami i trawami nie jest łatwo więc nie dziwne, że farmerzy we wczesnych latach XX wieku szukali trawy gdzie mogli i dynamitem rozwalali skały. Ale często znajdowali drzewa Joshua zamiast połaci trawy. Joshua Tree wygląda jak kaktus, jest ostry jak kaktus ale nazywa się drzewem.

Drzewo Joshua należy do rodziny agawowatych. Głównie dlatego, że ma inną budowę i wzrost od kaktusów. Kaktusy mają ciernie, a Joshua pomimo, że sztywne i ostre to jednak liście które rosną w pęczkach na końcach gałęzi. Kaktusy magazynują wodę w mięsistych łodygach kiedy Joshua ma zdrewniały pień bardziej przypominający palmę czyli drzewo. Kaktusy zazwyczaj rosną jako pojedyncze kolumny natomiast Joshua Tree się rozgałęzia jak dobre, zdrowe drzewo.

Kaktusy można też spotkać na niższych wysokościach, głównie do 1000 m n.p.m, ta granica jest idealna dla Joshua Tree które pojawiają się dopiero między 900 a 1800 m n.p.m.

Park Joshua Tree położony jest na idealnej wysokości dla Joshua Tree. Większość parku położona jest pomiędzy 1000 - 1400 m n.p.m. Można wyjść wyżej i najwyższa góra ma tu 1700 m n.p.m ale my sobie ją odpuściliśmy. Woleliśmy więcej pooglądać parku niż iść na 3h hike, zwłaszcza, że dość mocno tu wiało. Niech was nie zmyli pustynny klimat. Kurtki puchowe były potrzebne bo temperatury były koło 5C a do tego od czasu do czasu dość mocno zawiało.

O ile wjechaliśmy do parku od strony pustyni Mojave (wyżej położonej) o tyle park opuszczaliśmy od strony pustyni Kolorado (niżej położonej) dlatego im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu z tego pięknego parku o tyle krajobraz się zaczął zmieniać. Szczególnie jeśli chodzi o florę. Joshua Tree zostały zastąpione kaktusami.

Przeogromnej ilości kaktusów. Jak tylko wysokość spadła do około 1000 m n.p.m, to pojawił się ogród kaktusowy. Oczywiście musieliśmy w niego wejść i nie zwracając uwagi na kaktusy przyczepiające się do naszych butów pstrykaliśmy zdjęcia jak opętani.

Ja najbardziej byłam w szoku, że kaktusy zrzucały te małe kulki z kolcami prawie jak drzewa liście na jesień. Było tego pełno ale musiało to upaść naturalnie przez wiatr czy inne czynniki, ludziom trudno jest wziąć taką kulkę do ręki i zerwać bo kolce jak to kolce ostre są.

Można godzinami chodzić wśród tych kaktusów ale krajobraz nie bardzo się zmienia więc po jakiś 30 minutach stwierdziliśmy, że pora wracać. W końcu przed nami jeszcze trochę drogi bo wyjeżdżamy z parku po drugiej stronie i musimy jeszcze dojechać z powrotem do Palm Desert.

Z każdym kilometrem ubywało nam wysokości. Nasze auto miało dość podstawowe wyposażenie ale to co miało to wskaźnik wysokości. Fajnie było jechać i obserwować jak z ponad 4tys feet (1300 m) spadliśmy do 3tys ft (940 m) a potem jeszcze dalej jechaliśmy na dół.

Aż nagle wjechaliśmy w okolice miasteczek i na wyświetlaczu pojawiło się -70 ft (-22 m). Pierwsza reakcja Darka była, że pewnie się coś zepsuło dopóki nie zobaczyliśmy oficjalnego znaku, że wjeżdżamy do miasteczka Coachella. Miasteczka które ma 45tys mieszkańców i położone jest w depresji. Interesujące… nie sądziłam, że poza Doliną Śmierci depresje jeszcze gdzieś są tak łatwo dostępne. No to jak depresja to pewnie i wodopój. Postanowiliśmy spróbować lokalnego browaru, Indio Brewing. Rzeczywiście pyszne piwko mają w tej depresji.

Kalifornia jest piękna ale ma jeden mały minus. Wszędzie trzeba samochodem. Nie ważne czy jesteś w dużym mieście jak Los Angeles, San Diego czy San Francisco, czy w małym jak Palm Desert to komunikacji miejskiej za dobrej nie ma. Dlatego na kolację trzeba najlepiej jechać Uberem. Niestety dlatego, że nie bardzo sprzyja to zwiedzaniu miasta jeśli podjeżdżasz pod same drzwi restauracji.

No więc i my podjechaliśmy prosto z hotelu do restauracji, zamówiliśmy steaka, winko, potem drugie, potem deser i z powrotem Ubera. Oczywiście wszystko zajęło nam trochę godzin bo fajnie się gadało z barmanami w Ruth Chris. Ruth Chris to sieć restauracji i kiedyś często do niej chodziliśmy w NY ale zawsze siadaliśmy przy barze. Bo przy barze jest wesoło i można coś się od lokalnych ludzi dowiedzieć. W NY już jej niestety nie ma więc czasem jak mamy okazję to wracamy do Ruth Chris w naszych podróżach, żeby zjeść nie tylko dobrą krówkę ale też ich przepyszny sernik!

Ale się objedliśmy. Dopadła nas tak zwana “food coma”. Nie wiem czy w Polsce jest takie określenie ale w Stanach bardzo popularne jest określenie “food coma” czyli śpiączka jedzeniowa. Oznacza to że tak się człowiek najadł, że energia mu spada i tylko do spania się nadaje. To właśnie my byliśmy po tej ogromnej kolacji.

Ale to i dobrze, że szybko poszliśmy spać bo rano trzeba było wstawać. Kolejne 4h do Las Vegas, tym razem już prosto na lotnisko i pora wracać do domku.

Ten tydzień był zdecydowanie za intensywny jak na rozpoczęcie roku. W sumie to sama nie wiem czy rok się już zaczął czy bardziej na rozpędzie lepiej jest ten tydzień policzyć do starego roku. Na szczęście lot minął nam spokojnie i bez problemów wróciliśmy do głośnego Nowego Jorku… hmmm…. a w pokoju hotelowym w Bellagio było tak cicho i spokojnie.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)

Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.

Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.

Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.

A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.

Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?

Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.

Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.

Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.

Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.

Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.

Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.

Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.

I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.

A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.

Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.05-07 Las Vegas, NV (dzień 4-6)

Czy Las Vegas aktualnie doświadcza recesji? Niestety tak. Dużo czynników ma na to wpływ. Przez ostatnie dziesięciolecia to miasto non-stop dynamicznie się rozwijało. Przyciągało turystów, hazardzistów, gwiazdy sportu i rozrywki, biznesy z całego świata. Konferencje na kilkadziesiąt tysięcy ludzi są tutaj organizowane. Potężna ilość ludzi przeprowadzała się do Vegas żeby tu zamieszkać na stałe. Miasto praktycznie co dekadę podwajało swoją populację. W 1960 roku miało 64,000 mieszkańców, aktualnie metro Las Vegas ma 2.4 miliona mieszkańców.

Oprócz tego, dziesiątki milionów turystów rocznie odwiedza to jakże unikatowe miejsce na Ziemi. Przyjeżdżają tu w różnych celach. Niektórzy oczywiście spróbować szczęścia w ponad 180 kasynach jakie znajdują się tutaj. Część na własne oczy chce zobaczyć co się naprawdę tutaj dzieje. Inna grupa pragnie zjeść pyszną kolację znanego szefa kuchni, zabawić się w odlotowym klubie nocnym, posłuchać koncertu na żywo.

Vegas stało się też centrum sportów. Formuła F1 jest rozgrywana w listopadzie, wybudowali stadiony na wszelakiego rodzaju mecze. Organizmowi Super Bowl w 2024, w tym roku planowane są mecze mistrzost świata w piłkę nożną.

Nasuwa się pytanie. To dlaczego przy tak dynamicznym rozwoju miasta i takich potężnych pieniądzach Las Vegas przeżywa recesję?

Pewnie problemów jest kilka. Mimo, że w poprzednim roku LV odwiedziło 40 milionów ludzi to i tak jest to spadek do poprzednich lat.

Dzisiejsza młodzież szuka innej rozrywki niż tylko kasyna i zabawa.

Dużo ludzi gra w domu, na telefonie w różnego rodzaju hazard. Nie trzeba latać, wynajmować hotelu. Wszystko można robić w komforcie własnego domu.

Bardzo dużo Kanadyjczyków odwiedzało to miasto uciekając od kanadyjskiej zimy. Niestety aktualnie jest trend, że Kanadyjczycy nie lubią Stanów. Ciekawe dlaczego, nie?

Ogólnie żyjemy w czasach, w których za bardzo nie wiadomo co będzie jutro. Ludzie wydają mniej pieniędzy na rozrywkę. Więcej oszczędzają. Dalej tutaj przyjeżdżają, ale na krócej i wydają mniej kasy.

Ceny w Las Vegas poszybowały do góry okropnie. W niektórych częściach gospodarki dwukrotnie za ostatnie 5 lat. Hotele, restauracje, parkingi, domy…. wszystko tutaj jest bardzo drogie.

Przestępczość bardzo wzrosła. W centrum miasta tego aż tak bardzo nie widać, ale jak się odejdzie dalej od atrakcji turystycznych to niestety tak. Przekonałem się o tym na własne oczy.

Vegas znajduje się w samym centrum wspaniałych parków i terenów południowo-zachodnich Stanów. Ludzie tu przylatują (tanie samoloty) wypożyczają samochód (też tanie) i jadą w parki. Nie zostawiając w mieście ani centa.

W ciągu najbliższych dni Vegas nie zobaczy żadnego spowolnienia. Przynajmniej centrum miasta. Przyleciało tutaj 140 tysięcy ludzi na konferencję CES, plus wiele ludzi takich jak ja, towarzyszy podróży. Większość hoteli, restauracji, barów pękała w szwach od przepełnienia. Dużo nawet było zamykane na prywatne imprezy. Vegas się cieszy!

Jak, kiedy i po co to wszystko się tutaj zaczęło?

Dawno, dawno temu… no w sumie nie tak dawno bo w 1905 roku. Kolej torowa z Los Angeles w Kalifornii do Salt Lake City w stanie Utah potrzebowała jakiegoś przystanku, gdzieś pośrodku. I tak w środku niczego, w samym centrum pustyń powstała przystań.

W sumie to nie do końca powstała. Coś już tutaj wcześniej istniało, Mormońska osada, ranczo.

Nazwa Las Vegas oznacza po hiszpańsku „łąki”. Jeszcze przed Mormonami, hiszpański podróżnik i badacz znalazł tutaj wodę na pustyni i stworzył oazę.

Czy było tutaj coś jeszcze wcześniej? Pewnie tak. Na pewno jacyś Indianie na Mustangach przejeżdżali tędy wiele razy.

A kiedy z tych ranch powstało miasto? A no troszkę póżniej. W latach 1930-tych rząd Stanów Zjednoczonych wpadł na wspaniały pomysł że wybuduje największą tamę na świecie. Tak powstała Hoover Dam na rzece Colorado, która przepływa niedaleko. Tama była potrzebna do regulacji nieobliczanej górskiej rzeki, nawadniania lokalnych upraw i dawała energię 5 stanom. Przy budowie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, którzy potrzebowali gdzieś mieszkać, zjeść, zabawić się. W ten oto sposób miasto Las Vegas szybko się rozrastało. Jeszcze jak im zalegalizowali hazard to już nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Kasyna powstawały jak grzyby po deszczu.

Posiadali tanią energię, więc jak na tamte czasy to Las Vegas był najbardziej oświetlonym miastem. Aktualnie dużo tych starych neonów można oglądać w muzeum neonów, które znajduje się na obrzeżach miasta.

Polecam je odwiedzić jak już jest ciemno. Można było pochodzić po tym złomowisku/cmentarzysku zużytych ale wciąż jeszcze działających neonów i wyobrażać sobie jak Vegas wyglądało kilkadziesiąt lat temu.

Byłem w Las Vegas 7-8 razy. Pierwszy raz był gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych to jeszcze przez mgłę pamietam część z tych neonów oświetlających The Strip.

Tym razem jest to zdecydowanie mój najdłuższy pobyt w tym mieście, 7 dni. Ale nie jest źle, mam plan na zwiedzanie. Pierwsze 3 dni spędziłem w północnym Vegas, a teraz kolejne 4 to będę centralnie w samym sercu tego królestwa hazardu. Z małymi wyskokami na obrzeża.

Rano z reguły pracowałem z hotelu, a potem wyruszałem w nieznane. Głównie byłem na The Strip, ale też starałem się zapuszczać w dalsze rejony z dala od turystów. W ciągu dnia było ok, ale w nocy to pewnie bym się bał tam chodzić. W tych małych motelikach to ja spałem jak bywałem tu 20 lat temu. Teraz to wszystko jest zabite dechami.

Hotele i kasyna w centrum były w miarę oblężone przez ludzi, natomiast dalej od głównej części miasta to świeciły pustkami.

Udało mi się nawet parę razy wejść w miejsca gdzie czas się zatrzymał. Nawet stare maszyny do gier z lat 80-tych można było znaleźć. I jeszcze działały.

Mimo, że ponoć recesja dotknęła to miasto to dalej widać, że są inwestycje i Vegas się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie hotele/kasyna. Hard Rock buduje olbrzymie kasyno/hotel w kształcie gitary. Ma być ukończone gdzieś w połowie 2027. 3,600 pokoi, olbrzymie kasyno, wiele basenów, restauracji, atrakcji…

Jak to mówią, najwięcej informacji dostaniesz od barmanów albo kierowców taksówek. Tutaj też jest podobnie. Kierowcy mówili mi, że niestety hotele/kasyna zwalniają ludzi. I co robią bezrobotni? Idą na kierowców Uber albo Lift. Przy zmniejszającej się ilości turystów zapotrzebowanie na taxi też jest mniejsze, a tu więcej samochodów się pojawia, co oczywiście zmniejsza częstotliwość kursów. Mało tego, firmy wprowadzają autonomiczne taxi, które są jeszcze dodatkowym gwoździem do trumny dla biednych taksówkarzy.

Super tak się chodziło po tej olbrzymiej metropolii. Jest styczeń, cieplutko, palmy dookoła, często nawet bluzy nie potrzebowałem. Jak się chodzenie znudziło, to Vegas ma setki barów w których można usiąść, się ochłodzić i zagadać z lokalnymi.

Ilonka często kończyła spotkania wieczorami. W tym czasie starałem się wracać w nasze rejony, żeby wspólnie gdzieś spędzić wieczór i wyjść na kolację.

Nie jest to łatwe zadanie bo dużo restauracji w czasie CES jest albo w całości wynajęta, albo ciężko bez rezerwacji się dostać. Jest na to sposób. Trzeba wejść do kasyna, pochodzić po nim trochę i gdzieś w głębi są fajne restauracje, niewidoczne z ulicy, które z reguły mają wolne miejsca.

Oczywiście siedzenie w restauracji przy barze jest obowiązkowe. Tam się wszystko dzieje, tam można się wiele dowiedzieć, pogadać z kimś i dostać znacznie lepszy serwis niż gdzieś przy stoliku gdzie rzadko ktoś zagląda.

A i ceny są lepsze, zwłaszcza jak jest wesoło. Często dolewają wina za darmo, coś tam dadzą do spróbowania, coś tam „zapomną” policzyć… i tak jakoś leci…

Cztery dni szybko przeleciały. Uważam, że udało mi się jak nigdy poznać Las Vegas. Myślę, że na ten wyjazd wystarczy zwiedzania tej zatłoczonej metropolii, trzeba wyruszyć na odludzia, do Kalifornii. Ilonka wypadła super na CES i „obawiam” się, że za rok też tu będzie musiała przybyć. Pewnie ja też przylecę sprawdzić jak idzie budowa największej gitary na świecie, czy Flamingi dalej pozują do zdjęć turystom i oczywiście odwiedzić parę fajnych barów na obrzeżach…

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)

Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!

Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.

Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.

Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.

A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.

Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami

Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.

Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.

W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.

Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.

Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.

O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.

Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.

Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.

Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.

Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.

Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.

Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.

Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.

Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.

Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.

Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!

A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:

„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”

Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…

Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.

Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….

Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto

Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.

Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)

Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!

Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.

Mowa tu o Spring Mountains.

Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.

Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.

Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…

Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.

Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.

Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.

A gdzie my w ogóle idziemy?

Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.

Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.

Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.

Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.

Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.

Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.

Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.

W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…

Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.

Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.

Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.

Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!

Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!

W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.

Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.

Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.

Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.

Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!

Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)

Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…

Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.

Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.

Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.

Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.

Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.

Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.

Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.

Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.

Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.

Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!

Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.

Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.

Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.

Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.

Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.

Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.

Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.

Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.

Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.

Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.

Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.

Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.

W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.

Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2025.01.17-19 Park City & Salt Lake City, UT (3)

W Park City byłam drugi raz w życiu i muszę przyznać że tym razem zaskoczyło mnie pozytywnie, głównie jeśli chodzi o szlaki i parki dla nie narciarzy.

Większość dni pracowałam bo pomimo nie limitowanego urlopu trzeba znać granice rozsądku i wiedzieć gdzie jest limit. Jednak praca wg wschodnich godzin, będąc na zachodzie jest super i można już o 2-3 popołudniu cieszyć się górskim klimatem.

Ze szczytów zrobiłam Quarry Peak. Bardzo fajny szlak. Spacerek na jakieś 2-2.5h ale do góry z pięknymi widokami na resort. Poza okolicznymi szczytami jest tu dużo parków i tras dla narciarzy biegowych. Jest też park który powstał po przerobieniu byłej trakcji kolejowej. Park City bowiem jest kolejnym miastem powstałym w gorączce złota. A jak gorączka złota to i kolej musi być. Tak, że się nie nudziłam i robiłam kilometry, rzadko idąc ulicą czy chodnikiem.

Samo miasteczko Park City mnie nie powaliło. Tak jak Darek pisał przez te ich prawa odnośnie alkoholu nie ma za bardzo fajnych knajpek, bo albo nastawiają się na picie i wtedy mają beznadziejne jedzenie, albo nastawiają się na jedzenie ale to mają już stoły jak w jakiś stołówkach. Jest parę bardzo fancy restauracji ale niestety nie ma nic pośrodku. Takiego średnio drogiego z fajnym klimatem.

Tak więc klimat postanowiliśmy znaleźć w Salt Lake City. Z Park City do SLC jest 30-45 min. Rzut beretem jak to się mówi. W Sobotę musieliśmy opuścić nasze mieszkanko dość wcześnie, a że Darka pas na narty nie działał w sobotę (MLK Day) to postanowiliśmy spędzić czas razem i pozwiedzać okolicę.

W okolicy Park City jest destylarnia whiskey, High West. Bardzo lubimy ich wyroby. Jest to whiskey która nauczyła mnie pić ten rodzaj alkoholu. Postanowiliśmy więc odwiedzić ich główną siedzibę i zobaczyć jak produkują ten złoty trunek.

Destylarnia położona jest na ranczo i z parkingu trzeba pokonać kawałek do góry. Na szczęście są małe autobusiki co wywożą ludzi do góry i nie ma korków na tej wąskiej krętej drodze.

Darek ma trochę produktów High West w sklepie ale nie wszystkie bo nie wszystkie można kupić poza Utah. Destylarnia ma też bardzo dobre jedzenie więc lunch z whiskey był bardzo dobrym pomysłem. I właśnie takie miejsca lubimy najbardziej, pyszne jedzenie i picie ale bez tak zwanych białych obrusów.

Mi najbardziej smakował Prisoners Share ale co się dziwić….podobno jedno z top 3 w ich kolekcji.

Po lunchu pozwiedzaliśmy trochę okolicę. Widok mają super, to im trzeba przyznać.

W słoneczku było super ciepło więc nawet nie chciało się wracać, natomiast z cienia człowiek od razu uciekał do słoneczka. Pochodziliśmy troszkę po okolicy i postanowiliśmy wracać. Chcieliśmy jeszcze troszkę pozwiedzać Salt Lake City.

Salt Lake City leży u podnóża gór i ogólnie jest dość przyjemnym miastem. Ostatni raz byliśmy tam w 2018 roku. Wtedy ja zwiedzałam trochę miasto i dokarmiałam bezdomnych. Natomiast Darek dolatywał trochę później. Tym razem Darek chciał się przejść, może nie do końca dokarmiać bezdomnych ale zobaczyć trochę miasto. Ja też w sumie byłam ciekawa jak bardzo się zmieniło.

Hotel mamy w centrum więc mogliśmy spokojnie odstawić auto i zrobić sobie kółeczko po mieście. Podeszliśmy pod ich słynną katedrę ale była cała zagrodzona i w remoncie więc poszliśmy dalej aż doszliśmy do potężnego budynku z napisem Union Pacific Railroad. Coś z tym Union Pacific mam… i zaczęłam obfotografowywać budynek na całego.

Dopiero po paru minutach olśniło mnie, że to jest przecież hotel i to sieci Marriott. Jak Darek usłyszał, że hotel i że Marriott to stwierdził, że na pewno mają tam bar i na pewno chcemy się ogrzać.

No i było wszytko… dworzec główny przerobili na recepcję hotelu z barem. Pokoje hotelowe znajdują się w dobudowanej części ale oczywiście są połączone z recepcją. Milionowy koncept ale bardzo fajny. Niestety miliony te muszą się zwrócić więc i noc w hotelu do tanich nie należy. Dlatego my tu nie śpimy.

Po zagrzaniu się ruszyliśmy dalej w kierunku graffiti. W sumie to graffiti było tylko takim punktem żeby jakoś wyznaczyć naszą trasę spacerową. W Salt Lake City nie bardzo jest co zwiedzać ale jest to przyjemne miasto, zresztą które miasto nie jest przyjemne jak się z chodnika widzi górki.

Bezdomnych też niestety trochę mają. Już za pierwszym razem zapadli oni mi w pamięć a teraz tylko utrwalili się. Na szczęście skupiają się w swoich grupkach i parkach i tak jak my nie chcemy być zaczepani tak samo oni. Widać też że SLC się rozrasta bo powstają nowe mieszkalne osiedla, browary i restauracje.

Odwiedziliśmy browar Level Crossing, pyszne piwko mają, ale nie siedzieliśmy długo bo się ściemniało a my głodni się robiliśmy. Kolejne cudowne wakacje postanowiliśmy zakończyć dobrym amerykańskim stekiem… Niestety musiały być sieciówki jak Ruth Chriss czy Capital Grill. Postawiliśmy na Capital i był to pyszny wybór.

Na szczęście do restauracji nie mieliśmy daleko bo mrozik był. Jakby nie patrzeć to zima jest. Może śniegu nie widać ale temperatury dość niskie są. Pod hotelem mamy lodowisko ale my jednak woleliśmy oglądać ludzików z okien ciepłego hotelu.

I to już koniec… w niedzielę dość rano mieliśmy samolot do NY. Tak rano, że śniadanie musieliśmy jeść na lotnisku a nie w hotelu… dobrze, że są lounge… Lot minął na szczęście spokojnie i bez opóźnień.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2025.01.12-17 Park City, UT (2)

Poniedziałek, z reguły nie jest to najlepszy dzień tygodnia. Chyba, że się jest na tygodniowych wakacjach i właśnie się wyrusza w nieznane tereny w góry.

Dzisiaj i parę następnych dni postanowiłem spędzić w Canyons. Jest to sąsiedni resort połączony wyciągami.

Z Park City wystarczy wziąć dwa wyciągi, następnie przesiąść się do gondoli i już się wysiada w Canyons. Coś jak w alpejskich resortach. Podróżujesz górami z wioski do wioski.

Canyons jest bardziej rozłożyste niż Park City. Posiada 5 szczytów i wiele ciekawych terenów. Oczywiście poza terenami większość narciarzy przyciągają tu inne rzeczy. Domy! Tak, wypasione chaty, które aż podchodzą pod szczyty.

Niewiele jest takich miejsc w Stanach, gdzie luksusowe domy położone są aż w tak pięknych i niedostępnych terenach. A zarazem normalny człowiek może koło nich przejeżdżać na nartach. Znajdują się wysoko w górach z prywatnymi trasami narciarskimi prowadzącymi do tych rezydencji.

Osiedle posiada 274 domów. Wszystkie są ogromne z wieloma sypialniami, łazienkami i ogromnymi tarasami. Ponoć najtańszy kosztuje 10 milionów dolarów. Większość właścicieli to są potężne korporacje, chociaż znajdują się też bogaci prywatni właściciele jak Taylor Swift, Demi Moore, Larry King, Michael Jordan….

Najgorsze jest to, że większość tych domów jest pusta. Jadąc tymi trasami czy wyciągami można je obserwować i „zaglądać” do ogródka. Ciemne, puste, zasypane śniegiem i brak samochodów pod domem. Przykre, że tak piękne rezydencje stoją puste, ale pewnie ci miliarderzy mają wiele takich domów po świecie i w każdym muszą chwile pomieszkać. Chociaż i tak większość czasu pewnie spędzają w hotelach.

Oczywiście nie przyjechałem tu oglądać domy, a wyjeździć się na nartach. Prawie wszystko jest otwarte, więc bez kolejek można się świetnie bawić.

Canyons jest tak duże, że potrzebujesz z godzinę żeby się przedostać z jednego końca do drugiego. Oczywiście zajmuje to znacznie więcej, bo po drodze znajdujesz tyle ciekawych terenów, że chcesz nimi zjechać i je pozwiedzać. Czasami “niestety” trzeba też podejść kawałeczek.

Dobrze jest mieć plan jakie rejony i w które dni odwiedzać żeby te ogromne połacie gór ciekawie zwiedzić, z zarazem się nie powtarzać.

Plan planem a i tak czasami się wjedzie w jakiś rejon i tak jest pięknie, że trzeba tu więcej czasu spędzić i paroma innymi trasami zjechać. Ale na szczęście nic nie robimy tu na wyścigi tylko dla przyjemności, więc plany można modyfikować w ciągu dnia.

Tak też robiłem. Jak coś było bardzo interesujące to zostawałem w tym rejonie i lepiej go zwiedzałem. Albo po prostu robiłem sobie dłuższą przerwę na lunch i wygrzewałem się w słonecznym Utah.

Większość dni miałem słoneczną pogodę i bez wiatru. W związku z tym wszystkie przerwy robiłem w górach na świeżym powietrzu z pięknymi widokami. Znacznie to preferuje niż zatłoczone bazy z drogim jedzeniem i piciem. Wszystko co potrzebuję mam w plecaku.

Après ski to inna sprawa. W górach w styczniu jak tylko zajdzie słońce to robi się zimno i dalsze przebywanie na zewnątrz już nie sprawia tyle przyjemności. Ale Ilonka zawsze coś fajnego wyszukiwała na ogrzanie się. Można było się czasami przyjemnie zasiedzieć.

Chociaż powiem Wam, że w stanie Utah to nie jest takie proste. Mają tutaj trochę zacofane przepisy. Jak się nie udało nigdzie w bazie spotkać to przy kominku w naszym mieszkaniu też było przyjemnie.

Raz udało mi się zostać dłużej w górach. Wyciągi zamykają o godzinie 16. Na styk wyjechałem na górę i ponownie zjechałem około 16:10. Zapytałem czy mnie jeszcze wpuszczą. Gostek co obsługuje wyciąg już mnie chyba trochę znał i mnie jeszcze puścił. Fajnie tak było wyjechać na górę gdzie już nie było nikogo, tylko ski patrol.

Puściutkimi trasami zjazd należał do bardzo przyjemnych i dołożył „wisienkę na torcie” na zakończenie dnia.

Przez ten tydzień z reguły do południa jeździłem w Park City a później przenosiłem się do Canyons. Tak, żeby sobie urozmaicać dni. W sumie jest ponad 300 tras, więc i tak przez tydzień się tego nie zwiedzi.

Pod koniec tygodnia już 100% tras i terenów było otwarte. Zabawa na całego! Aż się nie chce wracać do domu.

Niestety tydzień szybko zleciał i trzeba nartki spakować do pokrowca i wracać. Miejmy nadzieję, że nie na długo. Zima dopiero się rozkręca i już mamy parę ciekawych planów wyjazdowych.

Jak narazie spędzimy jeszcze sobotę w Salt Lake City i okolicach. Wylot mamy dopiero w niedzielę, a jak to lokalni mówią, w weekend się nie jeździ na nartach.

Co myślę o Nartach w Utah? Blisko lotniska, góry wspaniałe (prawie jak Colorado), śnieg bardzo dobry, brakuje im dobrych après ski. Niestety stanowe przepisy kontrolowane przez Mormonów nie pozwalają barom i klimatycznym restauracją się rozwijać. Miejmy nadzieję, że to się wkrótce zmieni i Utah w tym dogonią inne Stany czy Alpy.

Jak na razie w Park City to narciarz musi wyszukiwać fajne bary a nie bary jego….

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2025.01.11 Park City, UT (1)

Rozpoczęcie tego sezonu narciarskiego zaczęło się znowu z lekkim opóźnieniem bo dopiero w pierwszej połowie stycznia. Ale tak to już jest, że z początkiem sezonu (listopad/grudzień) jakoś nie ma czasu wyskoczyć w górki. Zresztą w grudniu nie ma jeszcze dobrego śniegu a i ceny są chore.

Liczy się oczywiście jakość a nie ilość, więc na nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie wybraliśmy Park City w stanie Utah.

Byliśmy tu 6 lat temu i mieliśmy wielkie szczęście do pogody. Sypało ostro, do tego stopnia, że za bardzo nie wiedziałem jak jeździć w tak głębokim puchu. Miejmy nadzieję, że w tym sezonie Utah też nas przywita tym ich słynnym puchem.

Park City należy do wielkiej amerykańskiej korporacji zwanej Vail. Ta oto firma kupiła wiele resortów w Stanach i w Kanadzie. Takich jak Whistler, Breckenridge, Keystone, Stowe…. Wypuściła bilety sezonowe zwane Epic Pass na których prawie bez ograniczeń możesz jeździć w ich 42 resortach. Wliczając resorty w Alpach, Japonii i Australii. Ogólnie fajnie, nie? Prawie. Co duże to nie koniecznie najlepsze. Nie do końca chyba to ogarniają i niektóre resorty czasami się buntują. W tym roku oczywiście padło na Park City!

Pracownicy resortu zaraz po świętach Bożego Narodzenia rozpoczęli strajk, który trwał aż dwa tygodnie. Domagali się lepszego wynagrodzenia i lepszych warunków pracy. Vail szybko zaczął ściągać pracowników z innych resortów żeby łatać dziury. Nie do końca im się to udało i w okresie świąteczno-noworocznym niewiele wyciągów i tras było czynnych co powodowało gigantyczne kolejki i bardzo wkurzonych narciarzy.

Na szczęście parę dni przed naszym przyjazdem związki zawodowe dogadały się z Vail i strajk się skończył. Miejmy nadzieję, że wszystko zdążą otworzyć zanim przyjedziemy. A mają co robić bo Park City posiada 40 wyciągów i 350 tras. Do tego dostali 3 stopy (metr) śniegu w ciągu ostatniego tygodnia!

W piątek wieczorem wylądowaliśmy w Salt Lake City. Nie jechaliśmy już w góry bo nie było sensu. O wiele taniej jest się przespać koło lotniska niż w resortach narciarskich.

Park City jest oddalony zaledwie 30 minut samochodem od Salt Lake City. Także w sobotę po lokalnym śniadaniu w Eggs in the City (jajka w mieście) wypożyczyliśmy samochód i wyruszyliśmy w góry.

Około 11 rano byliśmy już na miejscu. Do naszego mieszkania nie mogliśmy się jeszcze dostać więc poszliśmy prosto w góry. Ja na narty, a Ilonka na hiki.

Pierwszy dzień na tygodniowych wakacjach trzeba trochę delikatniej i ostrożniej. Zwłaszcza jak to jest pierwszy dzień w sezonie. Trzeba nogi przygotować do wysiłku i się zaaklimatyzować z wysokością.

Jak na sobotę to nie było dużo ludzi. Praktycznie bez większych kolejek można było jeździć. Widocznie dużo ludzi z obawy o strajk zrezygnowało z wyjazdu tutaj. Lepiej dla mnie.

Większość szczytów dalej była zamknięta. Patrol mówił, że jeszcze potrzebują parę dni żeby wszystko otworzyć. Dużo śniegu spadło i jest wysoki stopień zagrożenia lawinowego. Cały czas było słychać jak wysadzają lawiny. W sumie to nie ma znaczenia, bo i tak w pierwszy dzień nie planuje wybierać się na same szczyty.

Pogoda była różna. Od słońca do intensywnych opadów śniegu. Było zimno. Coś jak w styczniu wysoko w górach. Natomiast jak tylko wychodziło słońce to od razu robiło się ciepło. Do tego stopnia, że nawet lunch można było jeść na zewnątrz.

Park City połączony jest wyciągami z Canyons, co tworzy największy resort narciarski w Stanach. Postanowiłem, że Canyons zacznę zwiedzać od poniedziałku. Sobotę i Niedzielę spędzę w Park City.

Pierwsze dwa dni spędziłem w Park City, nie zapuszczałem się w większe i bardziej rozległe Canyons. Jest tu wystarczająco tras i terenów na zaaklimatyzowanie się. Zawsze można zjechać do miasta i odpocząć.

Jak zwykle na wyciągach można spotkać ciekawych lokalnych zagorzałych narciarzy. Na jednym z nich lokalny mówi, że ostatnio spotkał grupę ludzi. Zainteresowały go naszywki na ich kurtkach z napisem 100+. Mówi, że to dopiero grudzień a oni już mają 100+ dni na nartach w tym sezonie. Gdzie to zrobiliście, zapytał ich?

Odpowiedzieli mu, że w tym wypadku to nie chodzi o dni ale o lata. Cała trójka ma powyżej 100 lat. 102, 102 i 101!

Wow. Szacun na maxa odpowiedział!

Jak można dożyć takiego wieku i jeszcze dalej jeździć na nartach, zapytał?

Cztery rzeczy, odpowiedzieli:

Dobry sen,

Dobra żona,

Dobre wino,

I dużo nart!

Zgadza się! Zjechałem prosto do baru, żeby podtrzymywać cztery najważniejsze narciarskie obietnice. Dobra żona już tam oczywiście czekała.

W Utah nia ma za wiele opcji barowych. Jakoś te ich lokalne i stanowe alkoholowe przepisy są zacofane na maxa. Ale Ilonka oczywiście coś tam znalazła i już dobrze się siedziało. Jak tylko wszedłem do baru to znowu zaczęło sypać na maxa. Dobrze, że już byłem w środku.

Jutro, też będę w Park City, a od poniedziałku wyruszam na podbój Canyons. W Park City otworzyli wyciąg na samą górę, więc było co robić w niedzielę.

Read More

2023.08.30 Houston, TX (dzień 0)

Houston mamy problem. Miałam nadzieję, że nie będę musiała użyć tego słynnego powiedzenia na blogu. Miałam nadzieję, że w blogu pojawi się to w troszkę innym kontekście. Nadzieję trzeba mieć ale podróżowanie jak i życie jest nie przewidywalne.

Słynne powiedzenie “Houston mamy problem” zostało pierwszy raz użyte przez załogę Apollo 13, w 1970 roku. Podobno prawdziwe brzmienie to “Okay, Houston…mamy tutaj problem”. Mass media uprościły to stwierdzenie i teraz każdy używa to częściej lub rzadziej ale zawsze w tym samym celu… mamy problem. Ironia, że nasze “Houston mamy problem” naprawdę tyczyło się Houston.

Pamiętacie naszą wycieczkę na Galapagos? Jak nie to zapraszamy na wcześniejsze wpisy na blogu. Galapagos był moją wycieczką urodzinową. Darek też ma okrągłe urodziny w tym roku więc i on mógł sobie wybrać destynację marzeń. Texas? Ale dlaczego, pomyślicie. Texas w środku lata gdzie temperatura codziennie przekracza barierę 100F (37.8C). Nie pasuje do nas, nie? Texas był jednak tylko pośrednim zakłóceniem. Miało być małą przerwą, stało się małą przeszkodą.

Darek wybrał na swoje urodziny krainę, którą oboje kochamy, ale która jest bardzo daleko. Nowa Zelandia, jeden z naszych top krajów na świecie. Tym razem lecą z nami buty narciarskie więc od razu się domyślacie, że będzie dużo śniegu, gór a wyjazd będzie inny niż typowe zwiedzanie Nowej Zelandii.

Zanim jednak będzie zimno, musi być ciepło i tak padło na przesiadkę w Texas. Air New Zealand, którym lecimy ma połączenie z NY, LA, San Francisco i Houston. Niestety non-stop z NY nie mial opcji SkyCouch (potem opiszę co to) więc musieliśmy się gdzieś przesiąść i padło na Houston.

Niestety Delta ostatnio ma same problemy. O ile dawniej mieliśmy może co dziesiąty lot z opóźnieniem tak teraz niestety jest to nagminne. Jak tylko zobaczyłam poniższy rysunek z demotywatorów to od razu pomyślałam o Delcie. Co tym razem? Tym razem odwołali nam samolot i nie przeżucili nas na nic innego. Tak więc do 2 w nocy siedziałam z Deltą na telefonie i udało im się przenieść nas na lot do Austin. Austin jest 3h samochodem od Houston więc autem musimy to nadrobić. Na szczęście mamy w Austin przyjaciół a oni byli tak mili, że odebrali nas z lotniska i zawieźli do Houston. Dziękujemy!

Co się stało? Nikt do końca nie wie. W piątek samolot, który miał przylecieć z Houston do NY został zawrócony w trakcie lotu i wylądował w Detroit. Czyli NY nie miało dla nas samolotu i skasowali całe połączenie. W momencie jak się dowiedziałam że jest lot skasowany to zaczęłam szukać innych linii lotniczych…niestety wszystkie loty do Houston zostały wykupione. Masakra … zero miejsc. Wtedy pomyśleliśmy o pobliskich lotniskach i Austin wydało się najlepszą opcją.

Z Deltą byłam na telefonie do 2 rano. Przynajmniej scones się upiekły. O4:30 rano już trzeba było wstawać na samolot. Nie zaczyna się dobrze. Nastepny sen za jakieś 34h. W samolotach pomimo, że mamy jakieś małe udogodnienia się na pewno nie wyśpimy. No ale cóż, kto powiedział, że latanie jest miłe i przyjemne. Tak nawet ja już dochodzę do wniosku, że nie lubię latać. Lubię być na miejscu, odkrywać nowe rejony świata ale nie latać.

Na szczęście samolot do Austin nie nawalił. Jakby tak było to chyba byśmy olali całą NZ i pojechali do Catskills na dwa tygodnie. Po śniadanku w samolocie padliśmy i obudziliśmy się dopiero na lądowanie. Udało się dolecieć do Texasu…postęp!

Do Austin chciałam polecieć i pozwiedzać ale nie jak jest ponad 100F (38C). Tak więc zwiedzanie trzeba było zrobić z auta i skupić się tylko na klimatyzowanych miejscach jak stodoła z najlepszym BBQ w mieście.

Pierwsze piwko zaliczone więc wakacje oficjalnie zaliczone. Fajnie było się spotkać z dawno niewidzianymi przyjaciółmi i posłuchać historii o Texasie. Bo Texas to stan ale umysłu!

Samolot do Auckland, NZ mieliśmy dopiero o 22 godzinie tak więc mieliśmy nie wiele ponad 12h przesiadki. Taka przesiadka jest wskazana, żeby zapomnieć o wcześniejszym samolocie. Pierwotnie mieliśmy wielkie plany, że zobaczymy muzeum i stację kosmiczną w Houston. Plan był zrobienia zdjęcia stacji kontroli i wtedy dopiero napisać “Houston mamy problem”. No nic, NASA będzie musiała poczekać na następny raz. Może i dobrze, bo zwiedzanie na szybkiego po 2h spania chyba nie byłoby najbardziej efektowne. W zamian za to udało nam się doładować troszkę baterie w samochodzie do Houston. Dobrze, że nie musieliśmy prowadzić.

W Houston chyba za wiele nie ma do zwiedzania. Samo miasto (a przynajmniej dzielnica gdzie zatrzymaliśmy się na kolację) dość przyjemna. Ale 109F (43C) zdecydowanie nie zachęcało do wysiadania z auta. Tak więc podjazd pod restaurację i kolacja…. a potem znów lotnisko i znów AC. Nie do końca przepadamy, za takim stylem życia, żeby tylko od AC do AC więc cieszyliśmy się, że uciekamy na południe… ale to dalsze południe, to zimne południe.

Na kolację wybraliśmy włoską restaurację La Griglia. Bardzo, bardzo miła obsługa i pyszne jedzenie. Przy takim upale jeść za bardzo się nie da więc ja delikatnie wybrałam tylko sałatkę. Natomiast Darek zaeksperymentował z dzikiem.

Był to trochę dziwny dzik bo nie był dziki… Nie smakował dziczyzną ale nie był to “nudny” smak wieprzowiny. Najważniejsze, że smakowało choć z godzę się z Darkiem jak na dzika to mięso nie zalatywało dziczyzną.

Jedzonko, wino, desery…. aż nie chciało się jechać na lotnisko. Ale po coś te buty narciarskie targamy ze sobą więc trzeba je w końcu wykorzystać. Przyjaciele odwieźli nas na lotnisko, pożegnaliśmy się z obietnicą, że wrócimy tu jak będzie chłodniej, no i ruszyliśmy przed siebie. Odprawa poszła szybko, lotnisko nie za wielkie ale na szczęście pasażerów też dużo nie było więc jakoś wszystko szło sprawnie. I przyszedł czas na dużego ptaka… Ogrom, 60 rzędów a w każdym rzędzie 10 miejsc, układ 3-4-3.

Jak wspominałam wyżej my mamy SkyCouch. Na 16h lot wiedzieliśmy, że chcemy coś więcej niż siedzenie w zwykłej klasie. Klasa business albo pierwsza byłaby najlepsza ale cena nie była zachęcająca. Tak więc do wyboru mieliśmy Premium albo SkyCouch. Stwierdziliśmy, że spróbujemy ten SkyCouch. Za dopłatą $500 w każdą stronę, mamy 3 siedzenia dla siebie. Wykupujemy jakby cały rząd. Do tego jest to specjalny rząd w którym podnóżek się tak rozkłada, że zamyka przerwę między fotelami i można się położyć.

Idealna opcja jak się podróżuje z dziećmi. Jeden rodzic jedno dziecko. Dla nas grubasów było troszkę ciasno ale i tak jak się wymienialiśmy to udawało nam się podreperować sen przez 2h i potem zmiana. Nadal uważamy, że SkyCouch jest troszkę lepszy od premium bo można wyprostować nogi.

“Załoga proszę przygotować samolot na lądowanie”. Najcudowniejsze słowa na tym wyjeździe. Darek czekał na nie od 48h, ja też się bardzo ucieszyłam, że w końcu koniec. Wiedzieliśmy, że jeszcze musimy odpowiadać na parę pytań czy nie przywozimy ze sobą żółwia albo błota na butach ale przynajmniej można robić to na stojąco poruszając się albo przynajmniej dreptać w miejscu.

I tak też było. Po wylądowaniu była najpierw odprawa paszportowa, mój nie przeszedł przez automat i troszkę czasu straciliśmy ale to nic…dzięki temu mam pieczątkę, a Darek nie. A pieczątka z Nowej Zelandii na wagę złota. Jak to się mówi, “ja nie zbieram rzeczy tylko pieczątki w paszporcie”. Po pieczątkach odebranie walizek a potem rozmowa z panią co mamy w walizkach i dlaczego. Czy mamy owoce, mięso, no i standardowo błoto. Na pytanie czy mamy sprzęt górski odpowiedzieliśmy grzecznie, że tak, mamy buty, kijki no i buty narciarskie. Pani się spytała czy buty używane ale my już wiedzieliśmy jakie będzie kolejne pytanie więc od razu dodaliśmy, że używane ale czyste, bo my zawsze myjemy buty po hiku.

Przeszło. Wyszliśmy na zewnątrz i tu od razu udeżył nas chłod. Aż ubraliśmy kurtki puchowe. Była 6 rano, ciemno, mgliście i chłodno. Było jakieś 5-8 C. Po tych wszystkich upałach cudo. Zawołaliśmy ubera i już o 7 rano byliśmy w hotelu.

Śpimy w lokalnym hotelu DeBretts w centrum Auckland. Od razu zrobiłam rezerwację od niedzieli (pomimo, że u nas już poniedziałek) bo chciałam mieć gwarancję, że pokój będzie na nas czekał jak tylko się pojawimy. I tak też się stało! Yupiii…. w końcu łóżeczko.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.01.27-28 Palisades Tahoe, CA & Reno, NV (dzień 7-8)

Dziś żegnamy się z Palisades Tahoe, Alpine Meadow, polami golfowymi i resortem nad Squaw Creek. Ze względu na ceny hoteli (podwójne) i dużo ludzi w górach w weekend zdecydowaliśmy się wracać do Reno w piątek. Ja cały tydzień pracowałam. Pobudki o 5 rano nie należały do najprzyjemniejszych ale za to kończenie pracy o drugiej popołudniu, piękne widoki i spacerki w słońcu rekompensowały wszystko.

W Palisades Tahoe nie można niestety chodzić trasami narciarskimi. Nasz hotel za to położony był zaraz przy polach golfowych. W dużej ilości resortów, pola golfowe na zimę przekształcają w tak zwane nordic trails czyli trasy na narty biegowe i rakiety. Ja nie miałam ani tego ani tego ale dobre buty wystarczyły i można było troszkę kilometrów zrobić. Zejście wszystkich tras to około 4-5 mil (7-8km). Szału nie ma ale zawsze to przyjemnie pochodzić w słoneczku i popatrzyć na górki.

Raz wybrałam się też tunelami śnieżnymi do sklepu spożywczego. Niestety w wiosce jak i naszym resorcie sklepy spożywcze są dość drogie. Tak więc pewnego dnia wzięłam plecak na barki i ruszyłam 30 minut w każdą stronę. Najpierw szło się super bo odśnieżyli chodnik. Do tego tak odśnieżyli, że porobiły się tunele... trochę śniegu tu im nasypało a podobno ma sypać jeszcze więcej.

Jak już wspominałam wczesne wstawanie nie jest idealne ale pozatym jest więcej plusów niż minusów. Pracowanie z pokoju hotelowego czy z recepcji która ma piękny widok pobija mojego widoku z biura. Widok z biura nie jest najgorszy ale nie tak piękny jak tu.

Dziś zrobiłam sobie tylko pół dnia pracy. Piątki zawsze są luźne a mi było żal siedzieć przed kompem w tak piękny dzień. Tak więc ja żegnałam się z polami golfowymi, robiąc ostatnie okrążenia szybkim krokiem. Darek żegnał się z nartami a potem oboje żegnaliśmy się z miasteczkiem i naszym hotelowym barem.

Barmani namawiali na jeszcze jedno piwko ale niestety nasz kierowca już pisał, że do nas jedzie. Z Reno do Palisades Tahoe przyjechaliśmy Uberem ale spowrotem wynajeliśmy już transfer. Cena podobna a przynajmniej mieliśmy pewność, że przyjedzie o określonej godzinie. Jak się potem dowiedzieliśmy to kierwcy z Reno niestety nie mogą odbierać ludzi w Kalifornii. Reno jest w Nevadzie a Palisades Tahoe w Kaliforni. Dlatego często na aplikacji uber pojawiało nam się, że nie ma aut w pobliżu.

Palisades Tahoe jest małym miasteczkiem, 5 restauracji, parę sklepików z ciuchami i sprzętem narciarskim. Mają jednak wszystko co potrzeba więc w sumie bez auta można się tu obejść. Położenie naszego hotelu też było super bo prosto z windy wychodziło się pod wyciąg. Ogólnie Palisades Tahoe bardzo lubimy. To już nasz chyba trzeci raz (Darka pewnie z piąty) ale chętnie tu wracamy.

Piątek nie jest popularnym dniem na powroty z resortu. Dlatego udało nam się i pomimo, że przyjechał po nas busik to byliśmy sami. Dzięki temu nie tylko szybko zajechaliśmy pod hotel, bez zbędnych przystanków to jeszcze kierowca się rozgadał o Nevadzie i poopowiadał parę ciekawostek.

Kierowca w wieku około 27-30 lat cały życie spędził w Reno. Lubi tu mieszkać choć nie wiele świata zna poza okolicą Lake Tahoe. Ale z drugiej strony jak się ma takie góry i piękne jezioro w okolicy to nie trzeba wiele wyjeźdżać. W każdym razie jak wszyscy wiemy Nevada ma legalny hazard. Zarówno Las Vegas jak i Reno są właśnie położone w tym stanie. Reno jest bardziej na północ, ma chłodniejszy klimat i jest zdecydowanie mniejsze i mniej tandetne.

Nasz kierowca pracował przez lata jako ochroniaż w kasynach. Mówi, że jeśli naprawdę ktoś chce wygrać to nigdy na automatach tylko poker jest najelpszą grą. Od dawna wiemy, że maszyny są zaprogramowane, żebyś za często nie wygrywał więc nawet ich nie próbójemy. Poker natomiast to człowiek gra człowieka. Karty są ważne ale często dobry blef czy wyprowadzenie innego gracza z równowagi zwiększają sznase na wygraną.

Oczywiście tam gdzie nerwy, hazard i alkohol to również wiele bijatyk i niepotrzebnych awantur. Jedno stwierdzenie mi się spodobało. „Wystarczy sekunda, żeby człowieka nastrój się zmienił na złe.” I jest to niebezpieczne bo właśnie w tej sekundzie ludzie robią głupie rzeczy. Wystrczy sekunda, żeby stracić kontrolę nad grą, sekunda aby przegrać wszystko, sekunda aby emocje wzięły górę i zaczęła się awantura albo co gorsza nawet szczelanina. Bo oczywiście w Nevadzie broń jest legalna. W Nevadzie wszystko jest legalne... albo prawie wszystko.

Z ciekawostek to skoro prostytucja jest legalna to jest ona uznawana za zawód taki sam jak każdy inny. W związku z tym prostytutki albo jak to się teraz nazywa (sex-worker / pracownik seksualny) może ubiegać się o bezrobocie itp. Nie wiem na ile to jest prawda ale ostatnio wyczytałam w książce, że były przypadki, gdzie kobiety które długo nie mogły znaleźć pracy w normalnych zawodach (np. Sekretarka) były zmuszane do pracy seksualnej albo traciły bezrobocie. Nie wiele się o tym pisze ale z tego co wyczytałam to było to trochę temu i naszczęście rozsądek wygrał i nikt nie jest zmuszany (przynajmniej oficjalnie) a jak jest naprawdę to nigdy się nie dowiemy. Jak widać każdy kij zawsze ma dwa końce.

My w Reno chodziliśmy po kasynach tylko żeby zjeść dobrą kolację. Poza jednym dollarem symbolicznie włożonym do maszyny omijaliśmy stoły z pokerem, black jackiem itp. Po pierwsze nigdy nas do tego nie ciągnęło, po drugie w kasynach można palić więc nie fajnie było tam siedzieć w dymie z papierosów a po trzecie to smutny widok.... przeszliśmy ze dwa razy przez te sale kasyn i smutno się zrobiło patrząc na tych ludzi przegrywających ostatnie pieniądze. Ja tam w szybką kasę nie wieżę więc tym bardziej to smutny widok.

Kasyna za to mają dość dobre restaruacje. Głównie steakhouse bo przecież amerykanie kochają zjeść dobrą krówkę. W pierwszą noc poszliśmy do kasyna Atlantis do restauracji Bistro Napa. Knajpa była całkiem dobra ale stwierdziliśmy, że na ostatnią noc może spróbujemy coś nowego. Spytaliśmy się kierowcy co poleca a on polecił dwa kasyna (no jakby mogło być inaczej). Jedno to Peppermill a drugie to Grand Sierra Reosrt. Wybraliśmy Peppermill. My przez cały tydzień jedliśmy głównie hamburgery, steaki i inne ciężkie mięso więc tym razem mieliśmy ochotę na coś lżejszego. Na szczęście mieli też pysznego łososia i short ribs czyli tak zwane rosołowe... rosołowe w innym przygotowniu niż nasze typowe polskie ale bardzo dobre.. lepsze nawet bym powiedziała.

Za pierwszym i drugim razem spaliśmy w Reno w hotelu Aloft zaraz przy lotnisku. Nic specjalnego ale blisko lotniska i ma transfer na lotnisko więc spełnił nasze potrzeby. Niestety Aloft jest podstawowym hotelem, zwłaszcza jak jest przy lotnisku gdzie większość ludzi zatrzymuje się tylko na dzień czy dwa. Hotel średni ale śniadanie nawet nie było średnie. Jakieś odgrzewane w mikrofalówce jedzenie z Costco. Żeby było tanio i szybko. Dlatego nawet pomimo, że śniadanie mieliśmy w cenie stwierdziliśmy, że pójdziemy na naleśniki.

Chyba nigdy nie jadłam naleśników na śniadanie i to z jajecznicą. Ale muszę przyznać, że całkiem fajne wyszły. Pięc minut na nogach od hotelu, pomiędzy jakimiś sklepami i domami towarowymi jest mała przytulna knajpka, i o dziwo pełna ludzi. Zjedliśmy ze smakiem naleśniki i byliśmy przeszczęśliwi, że wreście koniec z papierowym jedzeniem. Jednak jak człowiek się przyzwyczai do domowej granoli, domowego chlebka i domowych obiadków to potem ciężko jeść cały tydzień w restauracjach i to takich sobie restauracjach. Bo w Palisades Tahoe restauracji może jest trochę ale głównie to bary, hamburgery, pizzeria itp.

Lotnisko w Reno jest super małe. Remontują je czyli planuja większy ruch ale póki co za wiele tu się nie dzieje. Szybko przeszliśmy wszystkie bramki... to znaczy ja szybko przeszłam. Darek musiał przechodzić dwa razy. Okazwało się, że tak się pakował, że zapomniał z podręcznego bagażu wyciągnąć scyzoryka. Tak więc musiał wyjść na zewnątrz, znależć pocztę i wysłąć scyzoryk do domu. Okazało się, że nie był pierwszy. Pan z TSA otworzył boczne drzwi, pokazał mu budę... buda była przygotowana do wysyłki zabronionych rzeczy. Trzeba było wypsiać karteczkę włącznie z podaniem karty kredytowej, wrzucić karteczkę i przedmiot do woreczka zamykanego i wszystko wrzucić do skrzynki. Podobno ma to do nas dojść do domu za tydzień albo dwa... hmmm... zobaczymy.

Niestety wszystko jest przed skanowaniem więc Darek musiał znów przechodzić bramki. Dobrze, że lotnisko jest małe, mało ludzi stąd lata a i my byliśmy wyjątkowo wcześnie przed odlotem.

Lot do Salt Lake City minął spokojnie, półtorej godziny przesiadki (akurat na jakiś lekki lunch) i znów do samolotu. Nie lubimy latać z przesiadkami ale z drugiej strony zaoszczędzliśmy dużo na transporcie drogowym. I czasu i pieniędzy. Nie musieliśmy jechać z SF do resortu jakieś 4-5h, nie musieliśmy wynajmować samochodu na tydzień tylko po to żeby stał na parkingu, no i nie musieliśmy płacić za parking. Bo o ile nasz hotel w górkach był super o tyle był za duży wypas i za wszystko trzeba było płacić. Na szczęście my to jakoś logicznie ogarnęliśmy i ominęło nas płacenie $50 za szafkę na narty, $65 za vallet parking (albo $35 za zwykły) czy $7 za butelkę 0.5L wody... i to wszystko na dzień. Można tu popłynąć z kasą... nie?

Salt Lake City pożegnało nas przepięknym zachodem słońca.

Te góry, otoczone śnieżnymi płaszczyznami, to odbijające się słońce i ten zachód przypominały mi bardziej Islandię niż Stany... nie pamiętam, żeby kiedyś był ładniejszych zachód słóńca z samolotu.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2022.01.24-26 Palisades Tahoe Alpine, CA (dzień 4-6)

Tak jak wcześniej pisałem, dwa dni z sześciu narciarskich postanowiłem spędzić w sąsiednim resorcie w Alpine Meadows.

Jest on mniejszy od Palisades ale wystarczająco duży i różnorodny żeby przez dwa dni tam się nie nudzić.

Z Palisades gondolą w 16 minut można dostać się do Alpine.

Z budową tej gondoli to też było ciekawie. Plany budowy były już chyba z 10 lat temu, ale niestety pomiędzy tymi resortami jest puszcza o nazwie Granite Chief. Jest to ścisły rezerwat przyrody nietknięty przez cywilizację.

Długo trwały rozmowy pomiędzy resortami a parkiem o zezwolenie na budowę. W końcu po wielu latach dogadali się na ścisłych warunkach. Warunków jest wiele, znam parę.

Wszystkie tymczasowe drogi jakie musieli wybudować do transportu słupów i kabli muszą być zniszczone, drzewa zasadzone i wszystko ma wrócić do stanu jaki był przed budową.

Ma nie być żadnego śladu po ciężkim sprzęcie który tam wjeżdżał.

Wszystkie maszyny musiały mieć limitowaną ilość głośnych dźwięków jakie podczas pracy wydają.

Jak była migracja zwierzyny to wszystkie prace musiały być przerwane. Czasami to trwało nawet i tygodnie.

Słupy musiały być tak skonstruowane żeby jak najmniej szpeciły krajobraz i jak najmniej były widoczne….. i pewnie jeszcze było wiele obostrzeń których nie znam.

Może i dobrze, że tak dbają o parki. W sumie Ameryka ma ich wiele i są naprawdę piękne. Mamy w planie je wszystkie odwiedzić, zwiedzić (a nie zaliczyć). Nawet te mało dostępne na w odludnej części Alaski.

Przejazd gondolą szybko zleciał. Zwłaszcza, że jechałem z pracownikiem resortu. Młody chłopaczek z Argentyny już tu drugi sezon pracuje i wie coś niecoś o lokalnych górkach. Dał mi parę rad gdzie jechać i jakie rejony są ciekawe.

Tak też się stało. Poszedłem za jego podpowiedziami i jak tylko wysiadłem z gondoli to wsiadłem na szybki wyciąg krzesełkowy Treeline.

Była młoda godzina, więc nie spiesząc się nigdzie zrobiłem sobie parę rozgrzewających zjazdów pod wyciągiem. Super ubite niebieskie trasy idealnie do tego się nadawały.

„Kolega” z gondoli proponował dwa rejony. Jeden z nich to tylne rejony resortu. Wielkie otwarte przestrzenie, mało ludzi i przepiękne widoki. Tak też zrobiłem póki mam jeszcze energię. Jest tam mało ubitych tras, więc większość jedzie się lasami a wyżej po otwartej nieubitej przestrzeni.

Ludzie mieli rację, widoki cudowne. Zwłaszcza na jezioro Tahoe.

Było tam zachęcających parę śladów w dół w las, ale niestety za mało znam ten rejon żeby się odważyć tam pojechać. Czekałem parę minut na jakiegoś lokalnego co można zna ten rejon, ale niestety nikt tu się nie pojawił.

Pojeździłem z tyłu jeszcze trochę. Czasami po trasach, a czasami głębiej zapuszczałem się w doliny. Tam było trochę ciężej, więc wkrótce przerwę na lunch musiałem sobie zrobić.

Dzisiaj mam cały plecak odpowiedniego prowiantu, więc uczta w słoneczku z widokiem na jeziorko była. Pyszne kanapeczki ze starą szyneczką (jakieś 2 lata), serek, oliwki i napoje…. no i oczywiście ciasteczka na deser!

Po przerwie wróciłem w główną część resortu i na niebieskich trasach uprawiałem karwing. Alpine słynie z tego. Na głównej części mają takie długie, dobrze przygotowane i szerokie trasy do szybkich zlotów w dół.

Drugim rejonem jaki został mi polecony to na prawo z wyciągu Summit Express. Wielkie obszary z urozmaiconym terenem. Można ponoć tam dzień spędzić i odkrywać nowe obszary.

Dla bardziej zaawansowanych polecane jest też podejście na lokalne wzgórza co pozwala na odkrywanie jeszcze większych obszarów i ciekawe zjazdy. Ponoć można też wjechać do słynnego parku Granite Chief, ale to pewnie już z przewodnikiem albo z lokalnym co bardzo dobrze zna te tereny.

Spędziłem w tym rejonie jakieś dwie godziny starając się zwiedzić jak najwięcej terenu.

Na mapie tego tak nie widać, ale dopiero na miejscu można zobaczyć jakie to są ogromne przestrzenie.

Około godziny 15 zjechałem na dół i zapakowałem się do gondoli którą wróciłem do mojego resortu. Do Palisades.

Zrobiłem parę zjazdów i dokładnie o godzinie 16 zamknęli wyciągi i w końcu można było przestać jeździć na nartach i odpocząć w wiosce. Ilonka też już tutaj dotarła i na miejsce odpoczynku wybraliśmy irlandzki pub, Auld Dubliner Tahoe. Ponoć mają najlepsze skrzydełka w całym Tahoe i duży wybór piw.

Piw rzeczywiście mają dużo a skrzydełka były dobre, ale nie wiem czy najlepsze w Tahoe. Trochę za bardzo pikantne jak dla mnie.

Dwa dni później znowu wróciłem do resortu Alpine. Już troszkę lepiej go znam, więc szybciej można było się przemieszczać

Pogodę też miałem idealną z dobrą widocznością, co się przełożyło na kolejny świetny dzień.

Odwiedzałem miejsca w których już byłem dwa dni temu, a także starałem się w miarę możliwości nowymi trasami zjeżdżać.

Dzisiaj nie brałem plecaka z lunchem, więc musiałem odwiedzić jakąś knajpkę w górach. Wybór padł na The Chalet.

Restauracja znajduje się gdzieś w połowie góry i ma dużo miejsc na zewnątrz, co w słoneczny dzień jak dzisiaj jest świetnym pomysłem.

Za bardzo nie lubię się objadać na nartach bo potem nie chce się jeździć. Tak też było dzisiaj. Kotlet z czerwoną kapustką był pyszny, więc najadłem się jak świnka.

Szkoda marnować pięknego dnia na siedzenie w knajpie. Zapiąłem narty i ruszyłem w dół.

Dwa łatwe i szybkie zjazdy i już wszystko wróciło do normy. Dzisiaj jeździłem w Alpine do końca. Pod koniec dnia wziąłem gondolę i wróciłem do Palisades.

Dzisiaj Ilonka nie przychodziła do miasteczka, bo postanowiliśmy zjeść kolację w naszym hotelu. Zrobiliśmy rezerwację w Six Peaks Grille.

Oczywiście jak to w resortach narciarskich był to Steak House. Nie mieli wielkiego wyboru w menu ale wystarczający żeby coś ciekawego znaleźć. Wybór padł na Tomahawk. Po całym dniu jeżdżenia trzeba konkretnie uzupełnić kalorie. Dobre było!

Dzień zakończyliśmy na małym spacerku po hotelu a potem na posiedzeniu przy jego wielkim kominku. W końcu trzeba zacząć bloga pisać i tak w ogóle obyć się z hotelem. Dobrze, że do pokoju nie mieliśmy daleko bo jakoś oboje nie mieliśmy już siły na dłuższe wędrówki.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2023.01.23-25 Palisades Tahoe, CA (dzień 3-5)

Zostało mi 5 pełnych dni narciarskich w tych przepięknych górach. Dzisiaj jest poniedziałek, wyjeżdżany dopiero w piątek o godzinie 18.

Resort w którym mieszkamy, Palisade został połączony za pomocą gondoli z innym resortem, z Alpine Meadows. Oczywiście oba są na moim bilecie i mam nielimitowany dostęp do wszystkich wyciągów przez cały rok. Nie wiem jak to im się opłaca, ale to już nie moja w tym głowa.

W Alpine Meadows nigdy nie jeździłem. Zawsze wybierałem większy resort czyli Palisade (dawniej zwany Squaw Valley). Tym razem oczywiście, że go odwiedzę. Lokalni na wyciągach mówią, że warto tam pojechać. Jest mniej ludzi i puch się dłużej utrzymuje. Są wielkie otwarte tereny i długie niebieskie dobrze ubite trasy do szybkiego karwingu.

16 minut gondolą i już można być w innym resorcie. A przecież z gondoli na pewno są piękne widoki. Tak jak pisałem, mam jeszcze 5 dni. 3 spędzę w Palisade a 2 w Alpine Meadows.

W Palisade już byłem parę razy i wiele terenów odkryłem. Wiele na pewno jeszcze jest do odkrycia, wiem mam co robić przez 3 dni.

Pogoda na cały tydzień zapowiada się dobra. Ma być słonecznie i bez opadów. Ogólnie to fajnie, tylko szkoda, że tak w środku tygodnia nie sypnie jakiś metr śniegu, żeby trochę w miękkim puszku się pobawić. Oczywiście ilość śniegu jest wystarczająca, ale kto by nie chciał czasami po kolana się zakopać. Jedyne co mówią, to, że mogą być silne wiatry i wtedy górne wyciągi będą zamykane.

Tak też było. W niektóre dni górne wyciągi były zamykane. To zależało w którym kierunku wiatr wiał. Jak w kierunku w którym jedzie wyciąg to dalej go trzymali otwarty, bo krzesełkami aż tak nie kołysało.

Poranki były najciekawsze. Zwłaszcza na wyciągu koło hotelu. Nikt tam prawie nie jeździł, więc poranne rozgrzewki po idealnym sztruksie to sama przyjemność.

Rozgrzany po paru zjazdach ruszałem dalej. Z reguły miałem plan na każdy dzień, ale zawsze mogłem skręcić tam gdzie mnie narty albo wzrok poniósł.

W tygodniu na wyciągach jest znacznie więcej samotnych lokalnych ludzi niż weekendowych rodzin. W związku z tym jest znacznie łatwiej uzyskać informacje o ciekawych terenach, które nie zawsze można zauważyć na mapie.

Cały rejon Eldorado jeszcze nigdy nie został przezemnie odwiedzony. Wjazdy do niego nie są przy głównych trasach, a z jakiś powodów patrol tych terenów nie poleca. Pewnie nie chce bo to jest wielki i trudny teren. Łatwo pobłądzić, telefony tam nie działają, a pewnie im się nie chce po nocy nikogo tam szukać.

Natomiast lokalny przy piwie na wyciągu wszystko ci ładnie opowie. Jak np. gdzie wjechać i w jaki rejon Eldorado się zapuszczać na początku. Póżniej jak lepiej poznasz teren to można powoli zapuszczać się głębiej. Ale ostrożnie. Bo można pobłądzić, a w śniegu po pas ciężko iść w lesie do góry i szukać wyciągu. No i oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno tam jechać jak jest słaba widoczność. Śnieżyca, mgła czy chmury. Wtedy o wypadek nie trudno. Można gdzieś wjechać i spaść albo wpaść do strumyka. Tak jak w górach, jak jesteś nierozważny to o wypadek nie trudno. Telefony tam nie działają.

Lokalny powiedział, że jak dobrze jeżdzę poza trasami to mogę spróbować tam wjechać przez bramkę #7 albo trasę Oregon trail.

Wjechałem obiema. Oregon trail bardziej mi się podobała. Wielkie, otwarte przestrzenie i bardzo mało ludzi, którzy ubiją ten dziewiczy śnieg. Brak dobrego oznaczenia przy wjeździe i wymagane podejście na początku na pewno wielu zniechęca.

Narty w takich resortach traktuje jak zwiedzanie gór. W zimie za pomocą wyciągów można o wiele szybciej się przemieszczać i odkrywać nowe tereny. Latem niestety człowiek znacznie wolniej się przemieszcza. A góry zimą są równie piękne.

Drugim takim ciekawym rejonem jest Granite Chief. Jak ten wyciąg jest czynny to wszyscy tam jadą. Wychodzi on wysoko w góry i jest bardzo odsłonięty. W związku z dużymi wiatrami często jest zamykany. Też jak jest słaba widoczność to go zamykają, bo nie chcą żeby ludzie pobłądzili. Znajduje się tam wiele rozległych terenów i zabłądzić łatwo.

Parę lat temu już w tym rejonie byłem, ale tylko mogłem zjechać południową stroną. Północna była zamknięta ze względu na zagrożenie lawinowe.

Teraz obie strony były otwarte. Było dużo śniegu, ale już nie sypało parę dni i patrol zabezpieczył teren (czytaj: pospuszczał trochę lawin).

Oczywiście też polecam ten rejon dla dobrych narciarzy którzy lubią odkrywać nowe tereny i nie straszne im jest czasami podchodzenie do góry.

Z ciekawszych terenów to mogę jeszcze polecić rejon szczytu Palisades. Zwłaszcza Sun Bowl. Wielkie i szerokie tereny z różnymi trudnościami.

Lubię powracać do resortów które już parę razy odwiedziłem i w miarę je znam. Nie muszę wtedy poznawać wszystkiego od nowa, a mogę się skoncentrować na odkrywaniu nowych terenów.

Resztę czasu spędzałem na odpoczynku na łatwiejszych trasach, robieniu zdjęć, albo na opalaniu się i podziwianiu widoków.

Po nartach zostawałem w wiosce. Ilonka dochodziła do mnie z naszego hotelu i już razem „zwiedzaliśmy” jej zakątki.

Palisades może nie ma wielkiego miasteczka jak Vail czy Zermatt ale wystarczająco duże, żeby się nie nudzić i „pobłądzić” w uliczkach

Widzę, że zachodnie Stany stają się bardziej europejskie, gdzie après ski jest wielkie i prawie każdy narciarz po intensywnym dniu na nartach ma ochotę wypić parę piwek, stojąc lub siedząc na zewnątrz w słoneczku i przytupywać w rytm muzyki w butach narciarskich.

Do hotelu nie mieliśmy daleko. Jakieś 20 minut spacerkiem po ubitych trasach spacerowych.

Przyjemnie tak się spacerowało po zmrożonym śniegu. W Kalifornii w ciągu dnia jest ciepło, ale jak tylko słońce zajdzie to momentalnie się ochładza. Zgrzyt pod butami nam o tym ciągle przypominał. Natomiast blask księżyca (i lampka na czole) oświetlała nam drogę.

Nasz hotel widać było z daleka. Posiada wiele oświetlonych choinek, które jak gwiazda polarna wyznaczały nam drogę do ciepłego schronienia.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2023.01.21-22 Palisades Tahoe, CA (dzień 1-2)

Jest już połowa stycznia a ja byłem tylko 3 dni na nartach. Coś tu chyba nie pasuje. Ale niestety, jest jak jest i trzeba zaległości szybko nadrabiać.

Ze śniegiem i pogodą na wschodzie jak zwykle kiepsko, więc nie pozostaje nic innego jak gdzieś polecieć. Jest sobota rano, a my oczywiście na lotnisku. Ilonka jak zwykle pracuje a ja planuje nartki.

Gdzie lecimy? A no lecimy na zachód. Dokładnie do Reno w stanie Nevada. Potem w godzinkę samochodem dostajemy się w rejony jeziora Tahoe i tam siedzimy w górach prawie tydzień. Świetny pomysł, nie?

Prawie. Oczywiście pojawiły się problemy. Delta nie lata do Reno z NYC. Musi być przesiadka. Nie jest to może duży problem, ale przedłuża lot o dwie godziny. My oczywiście musimy latać Deltą bo mamy super oferty. Nie wiem jak to Ilonka robi, ale w tym sezonie mamy w planie lecieć 4 razy na zachód na narty, a ja tylko płacę za jeden lot!

Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i podziwialiśmy cudowne widoki stanu Utah.

A to już przy samym lądowaniu w Salt Lake City

Szybki (nie koniecznie smaczny) lunch na lotnisku i dalej w drogę. Do Reno w stanie Nevada mamy tylko godzinny lot. Oczywiście samolot na maxa pełny, a połowa ludzi to narciarze wnoszący buty narciarskie na pokład. Bardzo dobry pomysł. No bo co zrobić jak linie lotnicze zgubią ci bagaże. Narty można wypożyczyć, a nie ma to jak swoje dopasowane buty. Zwłaszcza w tak dużych górach.

A dlaczego są aż tak pełne samoloty do Salt Lake City i Reno? Zima!!! I to nie byle jaka zima. Resorty narciarskie dostały tyle śniegu w ciągu ostatnich tygodni, że pobijały rekordy opadów. Jak się później dowiedziałem to resort narciarski Mammoth, CA w górach Sierra dostał tyle śniegu, że pobił tygodniowy rekord opadów na Ziemi. Nie wiem ile dokładnie tam spadło, ale ponoć sypało 7” (17 cm) na godzinę przez parę dni. To jest 168” (ponad 4 metry) na dobę!!!

Resort był zamknięty na parę dni bo nie można było do niego dojechać, a po drugie było tyle śniegu, że wyciągi były zasypane.

W Reno wylądowaliśmy po południu i poszliśmy prosto do hotelu na lotnisku. W góry dopiero jedziemy jutro, czyli w niedzielę.

Spanie w resortach narciarskich w weekend (piątek-niedziela) jest za drogie. Ceny za hotele są chore, a i ilość ludzi jaka jest na nartach sprawia, że to wszystko przestaje mieć sens. Lokalni nazywają to weekendowym zoo.   Lepiej przeczekać noc w Reno, iść na fajną kolację, a na narty pojechać jutro rano.

Tak też się stało. Ilonka znalazła fajną restauracje w kasynie Atlantic. Pyszne lokalne mięska.

Ja oczywiście zajadałem się jagnięciną z pobliskich gór stanu Kolorado, a Ilonka znalazła sobie jakąś ciekawą krówkę.

Ogólnie klasyka. A jeszcze jak do tego lał się Malbec z Argentyny to uczta na całość. Dobry pomysł żeby zostać w Reno noc i za zaoszczędzoną kasę zrobić sobie ucztę.

Po kolacji wróciliśmy na lotnisko, czyli do hotelu i padliśmy do łóżek po całym dniu.

Jutro wczesna powódka, bo przecież śnieg i narty czekają.

Reno położone jest blisko gór, praktycznie jest u ich podnóża. W niecałą godzinę samochodem można się dostać do wielu resortów położonych w rejonie wielkiego jeziora Tahoe.

Nie ma sensu wypożyczać samochodu w Reno. Za niecałą $100 Uber cię zawiezie w rejon Tahoe. Gdzie samochód 4x4 kosztuje z $500 na tydzień plus koszty parkingu w resorcie które mogą sięgać $40 za dobę. W górach nie potrzebujesz samochodu. Wszystko jest blisko i dostępne na nogach.

Tak też się stało. Lokalny przyjechał po nas i ruszyliśmy w góry. Nie muszę kierować, mogę siedzieć wygodnie z tyłu i podziwiać widoki. Do tego kierowca (urodzony w Reno) opowiada ciekawe historie.

Ponoć w Reno rzadko jest śnieg. Od 20 lat nie było, a w tym sezonie ostro sypnęło. Jak już tu, na dole, na pustyniach Nevady leży go sporo, to co będzie dalej, wyżej w górach.

Autostradą 80 powoli zaczęliśmy się wspinać do góry. Im wyżej tym śniegu przybywało i widoki stawały się ciekawsze. Gdzieś po 30 minutach dojechaliśmy do miasteczka Truckee. Tutaj dla nas podróż autostradą się zakończyła i wjechaliśmy w górską drogę 89. Jadąc dalej na zachód autostradą 80 za 3 godziny można zjechać w dół do Pacyfiku i do San Francisco.

Droga 89 serpentynami wiła się do góry. Za wiele nie było widać, bo cały czas szła lasem a poza tym paro metrowe zwały śniegu wszystko zasłaniały.

Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do resortu.

Ostatnie parę minut pokonaliśmy prawie w śnieżnych tunelach.

Nie wiem jak to się stało ale nie śpimy w hotelu Marriott. Gorzej, śpimy u ich konkurencji, Hyatt. Ponoć mamy tutaj jakieś punkty jak kiedyś jeszcze rezerwowaliśmy hotele na hotels.com.

Ogólnie nie narzekam. Hotel jest położony trochę z boku resortu ale ma swój prywatny wyciąg który wywozi cię w góry. Ma parę restauracji, no i oczywiście trochę barów. Jest też parę tras zjazdowych do tego hotelu. Tak jak pisałem wcześniej, do niczego nie potrzebujesz samochodu.

Do hotelu przyjechaliśmy około 10:30 rano. Pokój nie był jeszcze gotowy. Przygotowałem się na taką ewentualność i już tutaj przyjechałem ubrany w strój narciarski. Walizki oddaliśmy do przechowalni bagażu i wyszliśmy na zewnątrz.

Oczywiście kalifornijskie słońce nawet w styczniu nie pozwoli ci iść prosto na narty. Zanim dojdziesz do stoków to po drodze masz bar z „obowiązkowym” piwkiem. No bo jak tu nie usiąść w ciepłym słoneczku na jednego….

Piwko zaliczone można zabrać się do roboty. Ja na wyciąg a Ilonka na spacer po okolicy. Jest tu wiele tras na spacery, narty biegowe czy po prostu na szwendanie się po okolicy.

Jak przyjemnie jest usiąść na krzesełku i w ciszy przemieszczać się w górę. Wszystko pokryte jest grubą warstwą śniegu. Drzewa, słupy od wyciągu czy krzaki, całe przysypane śniegiem po którym biegają małe wiewiórki.

Wyjechałem pierwszym wyciągiem i ukazał się wspaniały widok wielkiego jeziora Tahoe.

Zdjęcie zrobione. Można rozpocząć narciarskie wakacje. Ruszyłem w dół. Dzisiaj mam zamiar delikatnie się rozgrzewać. Będę tu przez 6 dni, więc mam wiele czasu na ciekawe zabawy.

Po paru rozgrzewających zjazdach postanowiłem sprawdzić co się dzieje w lasach. Tutaj się przekonałem jaka ogromna ilość śniegu spadła.

Zapowiadają się wspaniałe zjazdy po lasach. Zwłaszcza, że 100% terenu jest otwarte.

Opuściłem rejon koło hotelu i udałem się w główną część resortu.

Była już niedziela popołudniu i ludzi w górach ubywało. Obawiałem się, że w głównej części resortu będzie jak w ulu, ale nawet nie było tak źle. Ponoć sobota i niedziela do południa są najgorsze. Lokalni nie jeżdżą w tym czasie bo mówią, że jest jak w zoo. Jak też staram się nie jeździć na nartach w te dni i używać je na przemieszczanie się.

Ilonka doszła do miasteczka, ja już trochę pojeździłem i oboje zgłodnieliśmy. Dzisiaj nie mam ze sobą lunchu ani plecaka, więc zjechałem na dół. W Palisades już byliśmy parę razy więc wiemy gdzie mają dobre hamburgery. Poszliśmy do Rocker.

Dobre jedzenie i duży wybór lokalnych piwek.

Oboje najedzeni dostaliśmy zastrzyk energii. Ja wróciłem w góry, a moja kochana żona…….. po piwo.

W resorcie nie kupisz nigdzie piwa, chyba, że w barze. Nie mamy samochodu, a do najbliższego sklepu jest 30 minut na nogach. Ilonka w tym śniegu ruszyła na poszukiwanie piwa, żebym miał na kolejne dni na nartach. Udało się! Zakupiła odpowiednie zapasy i dociążona z pełnym plecakiem wróciła do resortu. Co za poświęcenie…

Ja natomiast jeszcze pojeździłem z dwie godziny i około godziny 16 wróciłem w nasz rejon. Świetnie góry Sierra Nevada wyglądały przy zachodzącym słońcu.

Dzisiaj już nie opuszczaliśmy naszego hotelu. Postanowiliśmy w nim zjeść kolację i lepiej go poznać. Zwłaszcza, że dzisiaj jest chiński Nowy Rok (rok królika) i mają puszczać zimne ognie.

Mamy tutaj parę restauracji do wyboru. Dzisiaj zjedliśmy żeberka w Sandy’s Pub. Fajny klimat pubowy, a żeberka mogły być lepsze. No nic, mają duże menu i hamburgery wyglądały ciekawie. Zapewne ich jeszcze odwiedzimy.

Po paru dniach wróciliśmy. Tym razem na lunch. Był to dobry wybór. Hamburgery były pyszne, znacznie lepsze niż żeberka parę dni temu. Poza tym klimat dopisał. W ciepłym, kalifornijskim, styczniowym, górskim słoneczku wszystkie smakuje lepiej!

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.10.03-04 Las Vegas, NV (dzień 3-4)

Pierwszy raz spałam w rejonie Lake Las Vegas. Hotel Westin w którym się zatrzymaliśmy jest bardzo resortowy. To znaczy, że ma dwa baseny, pola golfowe, tarasy i dużo miejsca na relaks. Rano zarządziliśmy czas dla siebie. Część załogi chciała iść na basen, część wybrała klimatyzowany pokój a ja wybrałam spacer po okolicy. Nie była to najmądrzejsza decyzja przy 30C upale ale siedzenie w pokoju mnie nie interesowało a basen też jakoś niespecjalnie.

Nasz hotel otoczony jest polami golfowymi ale niestety tam nie można spacerować. Pewnie boją się, że ktoś dostanie piłeczką w głowę. Można natomiast przejść się przez osiedla domków do tzw. miasteczka. Ja to nazywam miasteczkiem ale tak naprawdę są tam dwie uliczki na krzyż. Jest tam natomiast troszkę knajpek i restauracji. Wszystko otoczone jest hotele Hilton. To właśnie do hotelu Hilton należy bardzo ciekawy mostek który łączy część turystyczną z mieszkalną.

Spacer zajął mi około godziny w dwie strony. Miasteczko było super wymarłe. Ja rozumiem, że poniedziałek i po sezonie ale chyba wszystkie restauracje otwierają dopiero na wieczór. Myślimy tu przyjść na kolację to się przekonamy.

Ja pospacerowałam, inni po odpoczywali i popołudniu już każdy był gotowy na wycieczkę. Dziś zaplanowaliśmy Valley of Fire (Dolina Ognia). Jest to pierwszy park stanowy w Newadzie, powstały w 1935 roku. Po zdjęciach w Internecie wygląda dość ciekawie a jest tylko godzinę jazdy od nas. Taka mini wersja i skumulowanie w jednym miejscu tego z czego słynne są duże parki narodowe jak Arches czy Cannyon Lands. Oczywiście obszar i wysokość formacji skalnych jest dużo mniejsza niż przepiękne parki narodowe ale i tak Valley of Fire jest bardzo ładna i ciekawa.

Przez park przechodzą dwie drogi, jedna w kierunku Słonia (Elephant Rock) a druga w kierunku Białych Kopuł (White Domes). My popełniliśmy mały błąd bo zakładając, że zobaczymy wszystko pojechaliśmy najpierw do Słonia. Niestety tak fajnie się chodzi po tym parku, że potem pod koniec brakło nam czasu. Wydaje mi się, że droga do White Domes ma lepsze punkty widokowe więc polecałabym zaliczyć najpierw tamtą część parku a Słonia zostawić sobie na koniec.

Do Valley of Fire można przejechać też przez Lake Mead. Niestety przejazd ten jest płatny $20 za samochodu. Lake Mead ma wiele do zaoferowania dla miłośników sportów wodnych i nie tylko dlatego jest tam opłata, bo ktoś musi dbać o to wszystko. Jak się jedzie z Vegas przez Lake Meadow to wtedy wjeżdża się właśnie od strony Elephant Rock.

Między centrum informacyjnym a skałą słonia jest dość ciekawa formacja zwana Siedem Sióstr (Seven Sisters). Mi osobiście się bardziej podobała niż Słoń, który pomimo, że jest ciekawym ułożeniem skał nie był jakimś wow.

Po słoniu zawróciliśmy pod informację, ale zanim skręciliśmy w drogę w kierunku Białych Kopuł, to postanowiliśmy zatrzymać się przy Cabins. Z początku zaintrygowała nas boczna droga idąca nie wiadomo gdzie. Stwierdziliśmy, że może fajna miejscówka na pobawienie się dronem. Dronem niestety za bardzo się nie pobawiliśmy bo jednak nie można ale po skałkach z chęcią poskakaliśmy.

W końcu przyszedł czas zobaczyć najładniejszą część parku. Drogą na północ w kierunku Białych Kopuł (White Domes) ciągnie się przez 2.7 mil (4.3 km), i na prawo i lewo można podziwiać widoki. Pokonanie tej drogi w kabriolecie było bardzo fajnym pomysłem. Mogliśmy pstrykać zdjęcia bez ograniczeń widokowych. Przepięknie. Jedna z piękniejszych dróg jakimi jechałam.

W parku Valley of Fire można iść na hiki paro minutowe albo paro godzinne. My wybraliśmy takie do max 2 mil. Na szczęście w parkach rzadko można zrealizować cały plan. Są miejsca które człowiek nie planuje odwiedzić czy zatrzymać się ale w rzeczywistości wyglądają tak pięknie, że aż żal się nie zatrzymać. Są miejsca gdzie chce się człowiek zatrzymać ale dopadnie go zmierzch i trzeba do parku wrócić w inny dzień.

Trasa White Domes ma tylko milę (1.6 km) . Myśleliśmy go zrobić w 30 minut ale jak tylko weszliśmy w skały i kaniony to wiedzieliśmy, że szybko stąd nie wyjdziemy i już pewnie nic nie zobaczymy, ale to nic. Spacerek White Domes jest jednym z lepszych tu i rzeczywiście na wyciągnięcie ręki ma się wszystko, wąskie kaniony, duże przestrzenie, skały wyglądające jak mózg czy fala... Wszystkim się podobało nie ważne, co już się na świecie widziało.

Dlaczego takie widoki nam się zawsze kojarzą z kosmosem? Bo to właśnie tu albo w podobnych miejscach kręcone są filmy. Czy nasze wyobrażenie o Marsie jest na podstawie filmów, czy jednak miejsca (jak Valley of Fire) są takim odzwierciedleniem Marsa na ziemi. Tego chyba nam nie będzie dane porównać. Jedno jest pewne Star Trek, The Strand, 1,000,000 Lat BC to tylko niektóre filmy kręcone w tym parku a miejscami nawet w rejonach White Domes.

Spacerując między skałami złapał nas zachód słońca. Zdążyliśmy na parking zajść jeszcze za zmierzchu ale wiedzieliśmy, że nic więcej już niestety nie zobaczymy. Rzeczywiście piękny park i polecam wszystkim, którzy przy małym wysiłku chcą zobaczyć co to znaczy poczuć się jak na marsie, zobaczyć czerwone skały i poznać lepiej krajobraz południa. Stany takie jak Utah, Arizona, Nevada słyną właśnie z niezwykłych formacji skalnych i kanionów.

Na kolację też już nie zdążyliśmy. Po pierwsze poniedziałek, po drugie poza sezonem. Sprawdziliśmy parę restauracji w tym miasteczku koło hotelu ale niestety wszystko albo zamknięte albo właśnie zamykali. Tak więc skończyło się na kolacji w hotelowej restauracji. Dzień był cudowny tak jak i cały wyjazd. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i jutro już czas wracać do domku.

O ile na zwiedzanie parku Valley of Fire wypożyczenie Mustanga było rewelacyjnym pomysłem o tyle na dojazd na lotnisko z walizkami na 4 osoby nie było już tak łatwo. Przypomnieliśmy sobie wszystkie historie o tym jak się w pięć osób maluchem jechało nad morze i stwierdziliśmy, że musi się dać - no i się udało. Polak jednak potrafi.

To co nie zmieściło się do bagażnika, po upychaliśmy na siedzenia, pod nogi, na kolana. Dobrze, że dach można złożyć to i walizka weszła… i nie uwierzycie ale nawet udało się potem złożyć dach. Takie małe autko a potrafi… prawie jak nasz poczciwy maluszek.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2022.10.02 Las Vegas, NV (dzień 2)

Jak szybko uciekaliście z Vegas?

Myśmy najszybciej jak tylko było można. Helikopterami!

Las Vegas jest unikatowy na skalę światową. Niektórzy mówią, że to jest większe Atlantic City. Nie zgadzam się z tą teorią. Atlantic upada, a Vegas rozrasta się na maxa. Ciągle powstają nowe kasyna, hotele, atrakcje, przybywa mieszkańców tego miasta grzechu!

Miasto to nie tylko kasyna i przegrywanie fortun. To też miejsce rozrywki i businessu. Każda gwiazda muzyki robiąc koncerty w Stanach musi mieć na swojej drodze Vegas. Też ogromna ilość biznesów tutaj się rozkręca. Coraz więcej widzi się ludzi w krawatach przy 40 stopniowym upale. Przecież tutaj jest potężna kasa, która prawie leży na ulicy.

Dla mnie Vegas ma jeden plus. Niektórzy mówią, że leży na środku wielkiej pustyni, w środku niczego. Ja uważam, że leży na środku pustyni, ale w centrum wszystkiego. W ciągu paru godzin samochodem można się dostać do wielu parków narodowych. Każdy przecież słyszał o Wielkim Kanionie, Dolinie Śmierci, Zion, Bryce….

Tak też zrobiliśmy. Następnego dnia uciekliśmy z Vegas helikopterami do Grand Canyon.

Kiedyś to już zrobiłem. Było to dawno temu, więc trzeba było odświeżyć pamięć.

Cała szóstka plus pilot zapakowaliśmy się do helikoptera EC-130 EcoStar i odlecieliśmy w nieznane.

Mamy lecieć 30 minut, wylądować na dnie kanionu, tam spędzić z 30 minut i wrócić do bazy. Ogólnie zapowiada się dwu-godzinna wycieczka.

Jak tylko wystartowaliśmy to zaczął padać deszcz. Na szczęście krótki i przelotny. Z ciekawostek muszę dodać, że helikopter nie ma wycieraczek. Ale przy 200 km/h woda idealnie się rozpływała na półokrągłej przedniej szybie.

Pewnie producent helikopterów idzie po kosztach i też nie dokłada zbędnej wagi do i tak już ciężkiego i drogiej maszyny. Koszt takiej zabawki do 2.5-3 milionów dolców.

W pierwszej kolejnoście polecieliśmy nad Hoover Dam. Jest to jedna z największych zapór na świecie. Ma w sobie tyle beton, że można by z niego zbudować szeroki na metr chodnik który by okrążył Ziemię po równiku.

Niestety są tak wielkie susze w Nevadzie i okolicznych stanach, że praca tej elektrowni jest zagrożona. Po prostu za mało wody na pracę turbin i na ich chłodzenie. Hydroelektrownia dostarcza energii do ponad miliona ludzi.

Niestety pogoda nie była ciekawa. Chmury i deszcz. Udaliśmy się w kierunku kanionu.

Nasz lot przebiegał w rejonie Lake  Mead. Miejsce odpoczynku mieszkańców Vegas i okolic.

Widać potężne susze. Tak niski poziom wód tego jeziora nigdy nie był rejestrowany.

Z góry to dopiero widać jakie tutaj są puste przestrzenie. Czasami tylko widać jakieś off-road ślady pojazdów przystosowanych na te tereny. Ludzie kupują różnego rodzaju ATV czy Jeep-o podobne zabawki i sprawdzają ich możliwości w tym terenie.

Grand Canyon jest już przed nami!

Helikopterami zwiedza się jego zachodnią część. W tym rejonie nie ma żadnych szlaków turystycznych. Pionowe, kilometrowe ściany uniemożliwiają bezpieczne zejście w dół.

Szlaki turystyczne znajdują się we wschodniej części kanionu, gdzie są słynne Północna i Południowa Krawędź. Perę razy udało nam się tamte rejony odwiedzić.

Jak masz odpowiedni pojazd to bezdrożami możesz podjechać pod zachodnie krawędzie tego wielkiego kanionu. Dalej niestety nie pójdziesz, jest za stromo.

Helikopter nadleciał nad krawędź i naszym oczom ukazała się brązowa rzeka Colorado.

Rzeka ma różne kolory. Czasami zielonkawa a czasami taką jaką widzicie, zamulona.

To zależy jakie glony aktualnie w niej się znajdują , albo jak duże opady były wyżej w górach i co woda wymywa po drodze

Powoli obniżaliśmy się w dół. Musieliśmy zlecieć dobry kilometr w dół.

Potem lecieliśmy nad rzeką parę minut, aż dolecieliśmy do lądowiska na polanie na dnie kanionu.

Delikatnie, bez żadnego wstrząsu nasz bardzo młody pilot (21 lat) wylądował. W sumie to było aż około 6 helikopterów.

Mieliśmy czasu około 30 minut na dole. Wszyscy rzuciki się na aparaty i na zdjęcia. Większość ludzi była pierwszy raz na dole Grand Canyon więc to jest zrozumiałe.

Niestety w tym miejscu nie można dojść do rzeki, natomiast można ją ładnie oglądać z płaskowyżu.

Temperatura była przyjemna jak na początek października. Jakieś 27-30C i lekki, suchy wiatr.

Każdy zrobił setki zdjęć i gdzieś po 20 minutach wrócił pod helikopter gdzie pan pilot przygotował nam przekąskę z szampanem.

Ja to bym z chęcią ubrał lepsze buty, wziął wodę i poszedł gdzieś na parę godzin. Ale niestety czas był ograniczony.

Po przekąsce wróciliśmy do helikoptera i ponownie unieśliśmy się w powietrze.

Powrót do bazy był inną trasą, więc z góry można było podziwiać nowe rejony kanionu i jego okolic.

Minęło 30 minut i około 15:30 bezpiecznie wylądowaliśmy w głównej bazie.

Część grupy udała się do naszego nowego hotelu z dala od miasta nad jeziorem Las Vegas, a my wróciliśmy do Vegas po samochód.

Jutro planujemy wyjazd w kaniony, więc jakiś pojazd by się przydał. Najlepiej taki z którego dobrze się robi zdjęcia i nagrywa.

Dołączyliśmy do reszty ekipy i w końcu można było odpocząć od Vegas.

Oczywiście mieszkaliśmy w Marriott hotelu, a dokładnie w sieci Westin. „Niestety” musimy sypiać w hotelach Marriott żeby mieć duże zniżki i dobre statusy.

Już dzisiaj nie opuszczaliśmy tego resortu. Tam też zjedliśmy kolację, a potem usiedliśmy na zewnątrz pod palmami koło kominka.

Nie było za gorąco ani za zimno. Tak w sam raz. Wygodnie na sofach każdy się rozłożył i wspominał dwa ostatnie dni.

Dużo się działo. Jutro kolejny dzień przygody. Valley of Fire (Dolina ognia)

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2022.10.01 Las Vegas, NV (dzień 1)

Surprise!!!! O tak dziś była jedna wielka niespodzianka!!!

Dzień rozpoczęliśmy leniwie. Nigdzie się nie spieszyliśmy choć niestety nie możemy powiedzieć, że się wyspaliśmy. Westin słynie z bardzo wygodnych materacy, i na to nie możemy narzekać, naprawdę są fajne. Natomiast akurat Westin w Las Vegas ma bardzo głośną klimatyzację. Za każdym razem jak się wiatrak włączał to było głośno i się budziliśmy. Niestety ciężko wyłączyć klimatyzację jak na zewnątrz jest 90F (32C) od samego rana. Tak więc pół wyspani poszliśmy na późne śniadanie.

Ależ się cieszyliśmy, że mieszkamy w hotelu o którym nikt nie słyszał. Tu nie ma kasyn, nie ma cudów na recepcji, nie ma sztucznego nieba wymalowanego na suficie czy cyrku na lobby. Tutaj jest po prostu hotel. Słyszeliśmy, że w Ceasars nie dość, że śniadanie kosztuje $70 to jeszcze czekasz w kolejce ok. 2h. My śniadanie mieliśmy za darmo a do tego nie czekaliśmy ani minuty na stolik. Co więcej…. dostaliśmy 8 kuponów na drinki do baru. Normalnie w Marriocie dostajemy kupony na dwa drinki powitalne (jeden na osobę). Tym razem pani wzięła z kupki kupony i wyszło, że dostaliśmy ich z 8.

Nie bardzo mogliśmy chodzić po Vegas bo nie chcieliśmy się natknąć na solenizantkę. Bo przecież tak blisko była. Cały czas widzieliśmy naszych przyjaciół na Google Maps i tylko czekaliśmy aż reszta ekipy doleci i będziemy mogli zaskoczyć solenizantkę gdzieś na ulicach Vegas.

Vegas trochę znamy, byliśmy tu już ze dwa czy trzy razy. Na pewno jest to miejsce które trzeba odwiedzić ale nam nie zależało na zwiedzaniu więc zamiast wychodzić na upalne ulice zdecydowaliśmy się schładzać przy piwku w hotelowym barze. A mogliśmy się schładzać bo kuponów trochę mieliśmy. Dobrze, że znajomi do nas dołączyli zanim się skończyły kupony bo ciężko by było.

Plan był prosty. Darek przebrany za wieśniaka ze Skawiny będzie siedział gdzieś na ulicy tak żeby solenizantka się o niego potknęła i go zauważyła. Ja z czajona za palmą miałam wszystko nagrywać… kiedy będzie wielkie surprise i otworzymy szampana to kolejna para przyjaciół przejdzie koło nas z głośnikiem z którego będzie leciała jakaś polska muzyka… plan super, nie? Dobry plan to podstawa… do chwili jak coś się nie zepsuje… no i się zepsuło.

Solenizantka wymyśliła sobie, że chce iść na basen. No pomysł super. Baseny w Ceasars Hotelu są wypasione i nie dziwię się, że w upalny dzień jak dziś wybór padł na ochładzanie się nad basenem. Problem jest tylko taki, że my nie śpimy w Ceasars a co za tym idzie nie mamy kluczy i na basen nie wejdziemy. Trzeba było się trochę nakombinować ale się udało.

Niespodzianka była niesamowita. Śmiech, szok i łzy szczęścia przeważały. Dobra robota wszyscy - z niespodziankami zawsze jest tak, że ciężko jest je uchować w tajemnicy. Myślę jednak, że każdy spisał się na medal i udało się wszystko utrzymać w tajemnicy. W końcu można było przejść do normalnego planu wycieczki.

Po wypiciu urodzinowego szampana nad basenem pognaliśmy na kolację. W Vegas masz przeróżne restauracje. Są tu restauracje sławnych szefów kuchni, kuchnia z każdego zakątka a do tego topowe restauracje mają niesamowicie zaprojektowane wnętrza. My postawiliśmy na kuchnię Azjatycką i poszliśmy do Mott 32. Darka marzeniem zawsze było spróbować General Tso Chicken w fancy chińskiej restauracji. No i marzenie się spełniło.

Dobre było ale czy lepsze od naszego lokalnego chińczyka pod domem? Chyba nie - choć na plus było, że było mniej tłuste i pewnie kurczaka też lepszego dali. Mott 32 znajduje się w hotelu Venecian. Tam wszystko jest w jakimś hotelu. Hotele w Vegas zajmują hektary powierzchni i mają wszystko. Tak, że nawet nie trzeba wychodzić z hotelu. Gorzej jak trzeba się dostać z jednego hotelu do drugiego. Naszym następnym przystankiem było Colosseum w Caesars Palace. Początkowo myśleliśmy podjechać Uberem ale po 15 minutach czekania na auto stwierdziliśmy, że idziemy na nogach.

To jest problem w Vegas. Wszystko jest jedno na drugim więc taksówki stoją w korkach, albo czekają na wjazd pod hotel i ciężko jest zaplanować coś do minuty. Teoretycznie można chodzić na nogach i szczerze, polecam tą opcję. Ja na szczęście miałam wygodne sportowe buty to mogłam śmigać na nogach. W szpilkach niestety trzeba czekać na Ubery.

Na koncert się troszkę spóźniliśmy ale i tak udało się załapać na bardzo fajny show. Rod Steward wywijał na scenie jakby miał 20 lat i śpiewał wszystkie przeboje. Niektórzy krytykują koncerty w Vegas. Mówią, że gwiazdy tam jadą jak już im się kończy kasa i potrzebują dorobić. Wg. mnie rezydencja w Vegas to nie głupia sprawa. Nie dość, że artysta ma zagwarantowane koncerty to nie musi się cięgle przemieszczać i przez ok. 3 miesięcy może sobie pomieszkać w Vegas. Dla turystów z kolei jest to możliwość zobaczenia i usłyszenia swojego ulubionego wokalisty.

Koncert podobał nam się bardzo. Rod Stewart nie tylko oddał hołd Ukrainie ale też Zelenskiemu. No i niestety do mixu doszła jeszcze królowa Elżbieta. Dzieje się oj dzieje na tym świecie.

Uff…dzień pełen atrakcji. Jutro już opuszczamy Vegas więc chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Tak więc po koncercie powłóczyliśmy się jeszcze po Stripie. Skoczyliśmy na hamburgery do In-n-Out’a, odwiedziliśmy Flamingi, które niestety poszły już spać i dzień zakończyliśmy wystrzałowo przy fontannach Bellagio.

Przy fontannach spotkaliśmy panią które widziała już setki tych pokazów. W sumie to nie spytaliśmy się czy jest turystką czy lokalna, która lubi show. W każdym razie wiedziała dużo o pokazach i stwierdziła, że ten był jeden z lepszych. Nie dość, że Frank Sinatra grał w tle to jeszcze pokaz był dość długi i fontanny wysoko wyskakiwały. Nam pokaz się bardzo podobał ale za małe mamy doświadczenie z Bellagio więc ciężko porównywać. Ale na pewno show warty oglądnięcia.

Po prawie nie przespanej nocy i dniu pełnym wrażeń wszyscy rozeszli się do swoich hoteli. Jutro ciąg dalszy przygód.

Read More