Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)
Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.
Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.
Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku
“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”
Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.
W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.
Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.
Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.
Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.
Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.
Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.
Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.
Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.
Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…
Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.
Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.
No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.
I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?
Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.
Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.
Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.
Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.
Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.
2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)
Chyba nie ma nic lepszego dla narciarza jak wyjść przed hotel, zrobić klip, klip (dla niewtajemniczonych - zapiąć narty) i wsiąść na wyciąg. Bez dojeżdżania do resortu, parkowania, przebierania się, kupowania biletu….
A jeszcze jak ci dobre śniadanko przygotują, kawkę zaparzą i nie musisz wcześnie wstawać to już jest rewelacyjnie. Nie dziwię się, że moi klienci ze sklepu polecili mi to miejsce, jako jedno z tych co muszę odwiedzić. Oni tu co roku (z reguły częściej) przyjeżdżają.
No dobra, przecież na narty tu przyjechałem a nie objadać się non-stop. Do roboty, w góry!
W nocy były lekkie opady śniegu. Dla mnie nie były takie lekkie, ale lokalni mówili, że prawie nic nie spadło. Sypnęło 10cm puszku!
Wiem, jak tutaj sypie to metrami, a nie centymetrami. Ale każdy płatek się liczy w roku, w którym są wyjątkowo niskie opady.
Oczywiście bez żadnych kolejek wsiadłem na wyciąg i w góry! Obowiązkowo poranna rozgrzewka odbywała się na idealnie ubitych trasach. Sztruks wychodził im idealnie. Taki poranny zmrożony, narty lizać! W sumie w Alta mało ubijają stoków, oni uważają, że nie wolno ubijać puchu. Jak widzisz sztruks to sobie nim zjedź, bo nie wiadomo kiedy znowu na niego trafisz.
Posiadają tylko 5 wyciągów. Z każdego wyciągu może jedna czy dwie ubite trasy. Reszta, to tylko co natura dała. Wielkie tereny dla doświadczonych narciarzy.
Oczywiście na wyciągach dostajesz wiele porad od lokalnych. Oni używają wyciągów w celu przemieszczania się miedzy rejonami resortu. Tam już wyszukują ciekawych zjazdów, często do nich trzeba trochę podejść. To im nie przeszkadza, mówią, że to rozgrzewka przed ciekawymi terenami.
Czasami starałem się też podchodzić wyżej w nieznane tereny żeby coś nowego odkrywać. W większości przypadków się to opłacało. Mimo, że czasami podejście było meczące (zwłaszcza na wysokościach), to nagroda w postaci ciekawych stoków czekała.
Tak jak wspominałem wcześniej, mało mają ubijanych tras a duże przestrzenie gdzie nic nie robią. Jak śnieg nasypie to tak go zostawiają.
Z głównych tras jest tylko bramka informująca, że tam coś jest ciekawego. Często bardzo ciekawego. Tych bramek jest dużo, spokojnie z 20. Prawie wszystkie były otwarte. Zamykane są około godziny 15 żeby patrol za widoku miał czas jeszcze zjechać i sprawdzić czy ktoś z problemami nie został i nie potrzebuje pomocy.
Z ciekawostek to w Alta mają tylko 3 rodzaje trudności tras: zielona, niebieska i czarna. Z reguły w Stanach występuje skala pięcio-stopniowa: zielona, niebieska, czarna, podwójna czarna i EX (ekstremalny teren). Z początku myślałem, że tutaj po prostu nie mają bardzo trudnych zjazdów. Po pierwszej bramce szybko się przekonałem, że mają.
Po rozmowie z lokalnymi dowiedziałem się paru rzeczy. Zielonych bardzo mało mają, niebieskie to z reguły ubijane trasy o średnim stopniu nachylenia, a wszystko reszta to czarne. Oni nie rozróżniają trudności czarnych. Jak jesteś dobry to jedź na czarne, dasz radę!
Jest to chyba jeden z niewielu resortów gdzie jest tak mało szkółek narciarskich. Widziałem parę, ale bardzo niewiele. A jak już są to w większości na czarnych trasach i narciarze już naprawdę dobrze jeżdżą. Patrolu też jest mało. Praktycznie są niewidoczni. Często w resortach stoją i mówią żebyś zwolnił albo bardziej uważał. Tutaj ich nie ma i jakoś wszystko działa.
Pogodę miałem wyśmienitą. W pierwszy dzień było pochmurno, ale potem sypało. Następne trzy dni były idealne, słoneczne i bez wiatru. Brak kolejek do wyciągów i bardzo mało ludzi na trasach powodowało, że można było się wyjeździć na maxa. Cztery dni wystarczyły, żeby zwiedzić prawie cały resort i jeszcze powtarzać lepsze tereny.
W takich warunkach i pogodzie byłoby grzechem robić przerwy gdzieś w środku. W słoneczku i z pięknym widokiem wszystko smakuje lepie.
Czasami przejeżdżałem do sąsiedniego resortu Snowbird, który jest większy niż Alta, ma więcej ubijanych tras, a mniej wolnej przestrzeni. Też jest ok, przynajmniej można było trochę odpocząć na dobrze przygotowanych trasach.
W Snowbird mają nowoczesne wyciągi i większość z nich ma podpórki na nogi. Znacznie to polepsza komfort i odpoczynek. W Alta żaden wyciąg nie ma podpórek. Mało tego, niektóre nawet nie mają zamknięć i siedzisz tak, bez żadnego zabezpieczenia. Nawet jak mają zamknięcia to nikt ich nie używa. Lokalni uważają to za zbyteczną rzecz. Jedyny czas kiedy zamykają to jak jakieś małe dziecko siedzi na krzesełku.
Z górnych partii resortu Snowbird ciekawie widać oddalone o jakieś 20km rejony miasta Salt Lake City. W zimie w mieście często sypie śnieg, ale maksymalnie w sezonie spada może metr do półtora.
Uważam, że przez te cztery dni dobrze się wyjeździłem. Mimo, że Alta nie dostała potężnych ilości śniegu jakie z reguły dostaje to i tak te pare metrów pozwoliło mi wszędzie wjechać i prawie każdy teren zaliczyć.
Tutaj na wyciągach znacznie rzadziej spotykałem turystów takich jak ja. Większość narciarzy to lokalni którzy mieszkają gdzieś w okolicy. W porównaniu do innych resortów na zachodzie, gdzie ilość turystów jest znacznie większa, tutaj raczej jeżdżą lokalni. Może dlatego, że Alta jest w miarę mała i przyjeżdżać tu na tydzień nie ma sensu. Może jest to trudny resort i rodziny z dziećmi tutaj nie przyjeżdżają. Nie wiem… ale coś w tym jest. Może też brak hoteli, restauracji, barów, sklepów nie przyciąga. Zakaz snowboardów na pewno też nie pomaga. Plusem jest brak kolejek. Nawet w sobotę przy pięknej pogodzie, odrazu na wyciąg można wsiadać.
Są wyjątki. Siedząc na krzesełku zagadałem do gościa. Okazało się że przyjechał ze wschodu, tak jak ja, na cztery dni. Tylko, że on ze znacznie wiekszą grupą, 60 osób! Przyjeżdżają tutaj od 19 lat. Cały czas ta sama grupa i ten sam hotel. Mają jednak zasady - sami faceci, bez żon. Ostatnio to trochę u nich się zmieniło, bo większość z nich ma już rodziny i ich dzieci też chcą z nimi tu przyjeżdżać. Grupa się zgodziła na dzieci (nawet córki) ale muszą minimum być na studiach, nie młodsze. Oczywiście żony dalej nie mogą jeździć.
Mimo tak dużej grupy większość z nich jeździ osobno. Każdy ma różne umiejętności, możliwości, prędkości i upodobania. Spotykają się później w barze i na kolacji. Raczej nie jest możliwe żeby tak duża grupa jeździła razem.
Mimo, że mamy nawet ok bar w naszym hotelu to czasami szukaliśmy innych. Nawet barmanka w naszym barze nam poleciła bar u sąsiadów, w Peruvian Lodge.
10 minut na nogach i już byliśmy u sąsiadów. Znacznie mniejszy bar, ale z lepszą muzyką i klimatem.
Widać, że lokalni i pracownicy resortu tutaj odpoczywają po pracy. Dużo ludzi się zna i każdy z każdym się wita. Muzyka nie za głośna, można pogadać, dobre piwo w ok cenie… można siedzieć (lub stać jak nie ma miejsca). Znowu niestety wygoniła nas kolacja z baru. Na 19:30 mieliśmy rezerwację w naszym hotelu na ostatnią kolację na tym wyjeździe. Trzeba było wyjść na ten mróz i się przewietrzyć.
Jutro jeszcze cały dzień spędzamy w resorcie. Mamy autobus wieczorem a samolot prawie o północy. Zapowiada się wspaniała pogoda, więc na pewno oboje to wykorzystamy na maxa w górach.
2026.01.27-28 Alta, UT (dzień 0-1)
Czy ktoś, kiedykolwiek widział Ilonkę w resorcie all-inclusive? Pewnie nie. Ja nigdy! No może raz, dawno, dawno temu wysoko w Andach w Chile.
Rok temu prawie znowu mi się to udało jak lecieliśmy do Nairobi. Mieliśmy parę dni spędzić na Mauritius. Już wszystko było nagrane, zaplanowane, hotel all-inclusive zarezerwowany, kąpielówki kupione…. a tu klapa. Linie lotnicze Kenia Airways postanowiły, że pokrzyżują nam plany i nie będzie Mauritius.
Valle Nevado, Chile
No nic, poczekamy, zobaczymy. Niecały rok później znowu są plany. Nie piaszczyste, a górzyste resorty. Znowu wysoko w górach. Tym razem nie Andy a Góry Skaliste w stanie Utah. Planujemy spędzić nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie w Alta, UT.
Co z tym all-inclusive? Wyjaśniam.
Jest taki fajny resort w Utah, nazywa się Alta. Jakieś 20+ lat temu w nim byłem, tylko jeden dzień. Dlaczego jeden? Bo tam nie ma żadnych hoteli. Coś jak Arapaho Basin w stanie Kolorado. Świetne, wysoko w górach resorty z cudownymi terenami i dużymi opadami śniegu, ale bez hoteli, après ski czy restauracji.
Alta nie ma hoteli, ale ma parę schronisk, lodges w których możesz mieszkać. Nie jest to nic super, ale nie trzeba codziennie dojeżdżać z Salt Lake City czy z pobliskiego resortu Snowbird. Zwłaszcza, że występują tu częste i duże opady śniegu to droga jest ciągle zamykana ze względu na lawiny. Z resortu Snowbird możesz do Alty dojechać na nartach, ale to pewnie zajmuje jakiś czas. A po drugie, to po zamknięciu wyciągów w Alta zostają tam tylko narciarze co mieszkają w Alta. Tacy prawdziwi narciarze. Coś jak Meribel we Francji. Mam nadzieję, że ich spotkam w barach w tych schroniskach. Nie ma też tutaj żadnych sklepów ani restauracji, więc papusiasz to co ci ugotują. Jedzenie jest wliczone w cenę. Prawie jak all-inclusive, nie? No dobra, nie ma alkoholu wliczonego, ale ponoć mają ok ceny. Wkrótce się dowiemy.
Jak narazie, to mamy 60 minutowe opóźnienie z JFK. Nie przez opady śniegu jakie tu ostatnio wystąpiły, ale przez to, że samolot jest za lekki. Tak, za mało nas leci i muszą dorzucić worki z piaskiem. Słyszeliście o tym kiedyś? Ja nigdy. Parę razy się zdarzało, że samolot był za ciężki i trzeba było trochę bagażu czy ludzi usunąć. Ale za lekki? Nigdy! Wiem, nie mieliśmy czasu i nie wzięliśmy paru skrzynek wina ze sobą. Pewnie to jest przyczyną.
No nic, pewnie dużo ludzi się wystraszyło zimy jaka ostatnio nawiedziła Stany i odwołało loty. My lubimy zimno, śnieg i góry, więc siedzimy grzecznie w samolocie i staramy się umilać nam podróż.
Do Salt Lake City jest troszkę dalej niż do Denver. Jakąś godzinkę. Na szczęście miałem trochę zaległości z robotą, więc lot szybko i produktywnie minął. Obsługa w samolocie jak tylko widziała, że w szklaneczce robi się pusto, to szybko to naprawiała. Czasami Delta ogarnia serwis.
W Salt Lake City wylądowaliśmy około godziny 23.
Dzisiaj już nie jedziemy do Alta. Nawet nie ma jak tam w góry się dostać o tej porze. Śpimy w hotelu koło lotniska i jutro rano autobusem z napędem na 4 koła jedziemy do resortu.
W hotelu wszystko poszło sprawnie i następnego dnia o 8:45 rano przyjechał po nas van i ruszyliśmy w góry.
Byliśmy sami w samochodzie więc podczas 45 minutowe podróży dowiedzieliśmy się wiele o lokalnych górkach i warunkach jakie teraz tam panują. Kierowca nie miał dla nas najlepszych wiadomości. Mówił, że niestety jest bardzo sucho i mają mało śniegu.
Ale na szczęście wszystko jest otwarte i jest w miarę zimno, więc nic nie topnieje w ciągu dnia, a co za tym idzie nie ma lodu na trasach. Lokalni kochają puch, a że go nie ma to nie ma też kolejek do wyciągów. Same plusy, nie?
Około 9:30 podjechaliśmy pod nasz lodge, Goldminer’s Daughter. Ja już oczywiście byłem cały ubrany na narty, więc tylko zostawiłem bagaże i w końcu ruszyłem na narty. Koniec stycznia, pierwszy dzień, aż mi wstyd!
W Alta praktycznie nigdy nie jeździłem, więc dla mnie to tu wszystko takie nowe jest. Mają tylko 5 wyciągów, więc nie jest to jakieś wielkie do ogarnięcia.
Z czego ogólnie słynie Alta. Po pierwsze ze śniegu. Ilości i jakości. Sypie tu dużo, bardzo dużo! Średnie opady w sezonie to 14 metrów. Przez ostatnie dwa lata spadło tu ponad 20 metrów śniegu w każdym roku. Raj, nie? Niestety nie w tym roku. Jak narazie to słabo tu sypie. Tylko parę metrów dostali.
Nie tylko ilość, ale jakość się liczy. Utah śnieg jest bardzo puszysty o gęstości 7-8%. W przeliczeniu to jest 70-80kg/m3. Dla porównania w europejskich Alpach gęstość śniegu wynosi 25-30%. Czyli waga jest odpowiednio większa i wynosi 250-300kg/m3. Dlaczego aż takie różnice? Europa jest ciepła i mokra. Utah jest pustynna, czyli sucha i zimna. Znacznie łatwiej i lepiej poruszać się po lekkim i suchym puchu niż po ciężkim i mokrym.
W Alta jest też zakaz snowbordzistów. Sami narciarze. Ja nie mam nic do snowboardów, ale tak, czasami jak jadą z góry na dół po stromej trasie bokiem i skrobią cały czas to aż chce się coś im powiedzieć. Chłopie, szanuj śnieg!
Alta jest połączona z sąsiednim resortem Snowbird. Ten sam bilet działa w obu resortach. Można w paru miejscach przejechać między nimi. W Snowbird już byłem parę razy. Jest znacznie większy niż Alta, też ma ciekawe tereny i wspaniały śnieg. Myślę, że przez te 4 dni dobrze zwiedzę Altę i pewnie parę razy wstąpię do Snowbird na parę zakrętów i piwko.
Pierwsze parę zjazdów zrobiłem na dolnych terenach. Trzeba nogi przyzwyczaić do nart i się zaaklimatyzować. Dolna stacja znajduje się dość wysoko na 2,600 metrów.
Później już było łatwiej i można było wyciągami na przełęcze wyjeżdżać. Tak jak kierowca mówił, jest mało ludzi bo warunki nie są idealne. Tak też było. Zero kolejek do wyciągów. Było twardo, ale bez lodu. Poza trasami można było znaleź lepszy śnieg ale nie za wiele. W lasach trochę lepiej, ale dalej nie fantastycznie.
Jeździłem gdzieś do godziny 13 i zjechałem do Ilonki na lunch. Oczywiście już miałem zarezerwowane najlepsze miejsce w naszym lodge, przy barze.
Piwka mieli dobre, natomiast hamburgera jadłem lepszego. Był ok, ale mogliby go lepiej zrobić. No nic, miejmy nadzieję, że na kolację nie będzie ta sama kuchnia.
Po przerwie wróciłem na narty. Nastąpiła potężna zmiana klimatu. Przed lunchem niebo było tylko zachmurzone, teraz na maxa sypało i wiało. Super, więcej śniegu trzeba! Chmury też się obniżyły i widoczność w górnych partiach spadła do paru metrów. Mimo nie najlepszych warunków jeździłem do końca. Trzeba jakoś ten pierwszy dzień w sezonie na maxa wykorzystać.
Alta jako Vintage resort posiada też trochę starych, dwuosobowych wyciągów bez zabezpieczeń na których podczas dużego wiatru jest wesoło.
Z ciekawostek to w Alta są mądrzy ludzie i nie otwierają wyciągów o 8 rano tylko o 9:15. Można się rano wyspać. Natomiast wyciągi są otwarte do 16:30 albo dłużej na wiosnę. W związku z tym jeździłem prawie do godziny 17 i ledwo co zdążyłem do naszego Saloon na happy hours.
Ilonka oczywiście już tu była i zajęła najlepsze miejsce przy kominku. Do baru na dole każdy może wejść. Natomiast tutaj, na drugim piętrze tylko goście tego resortu. Można wygodnie usiąść, coś za darmo przegryźć i schłodzić się jakimś napojem.
Jak zawsze w takich miejscach fajnie się siedziało, gadało i obserwowało jak na zewnątrz sypie śnieg i ratraki z nim walczą na jutro.
Z Saloon wygoniła nas kolacja. Mieliśmy rezerwację na godzinę 19. W naszym pobycie tutaj mamy wliczone śniadania i kolacje - prawie jak all-inclusive, nie?
Posiłki serwują w restauracji na najwyższym piętrze, czyli trzecim. Dostaliśmy fajny stolik przy oknie, więc podczas kolacji mogliśmy obserwować opady śniegu i liczyć te centymetry puszku na jutro.
Nawet mieli ok wybór jedzenia i win jak na taki mały hotel. Jest to restauracja tylko dla gości tego lodge, więc nie spodziewałem się niewiadomo czego, ale było dobrze urozmaicone i smaczne. Nawet desery też były smaczne.
Oboje byliśmy dobrze zmęczeni podróżą i dzisiajejszym dniem, więc niedługo po kolacji padliśmy spać. Trzeba nazbierać energii, jutro może być intensywny dzień w puchu
2026.01.09-10 Joshua Tree NP, CA (dzień 8-9)
Długo rozważaliśmy co możemy zrobić po konferencji. Oczywiście mogliśmy wrócić do domu…ale po co? W czwartek Las Vegas zaczynało pustoszeć a ludzie wracali do swoich domów. Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy więc wcale nie spieszyło nam się z powrotem do NY i postanowiliśmy wykorzystać weekend w tych ciepłych rejonach.
Piękne parki i góry niestety mają dużo śniegu bo w Kalifornii tak sypie, że aż zamknęli jeden resert (Mammoth Lakes) bo za dużo mają śniegu i mogą być lawiny. Szukaliśmy więc czegoś co możemy odwiedzić w jeden dzień i oddalonego od Vegas max 5h. Padło na Joshua Tree Park Narodowy.
Ciężko się tu wybrać żeby tylko zobaczyć ten park więc teraz była idealna okazja. Dlatego wylądowaliśmy w Palm Desert. Stąd do parku jest nie cała godzina. No chyba, że się wymyśli coś po drodze.
Zaczęliśmy od śniadania. W Vegas niby było dobre jedzonko ale jakoś tak zawsze w biegu. Tym razem też się trochę śpieszymy ale nie aż tak żeby nie zawitać do tradycyjnego amerykańskiego dineru na jajka i kawę bez limitu. W takim słoneczku, spodniach na góry, bluzie dresowej i w otoczeniu palm odrazu wszystko lepiej smakuje. Choć zdradzę wam, że się okazało, że Darek nie lubi palm….kaktusy jak najbardziej ale palmy średnio. Nawet po 15 latach małżeństwa można się coś o sobie nauczyć.
Zarówno Palm Springs, jak i Palm Desert od dekad słyną jako luksusowe enklawy bogatych i sławnych osób. Potocznie rejon ten nazywany jest pustynnym placem zabaw dla elit z LA. Popularność tego rejonu wynika z zasady dwóch godzin. Teraz może nie bo korki są dużo większe ale dawniej gwiazdy filmu miały w kontrakcie, że muszą być maksymalnie 2h od studia filmowego na wypadek jak trzeba coś dograć. Palm Desert/Springs jest idealnie położone na tej granicy 2h jazdy od Hollywood.
W czasach złotej ery Hollywood przypadającej na lata 20-30 XX wieku Palm Springs stało się ulubionym miejscem ucieczki dla „śmietanki” z LA i swoje rezydencje mieli tu m.in. Frank Sinatra, Marilyn Monroe, Elvis Presley, Cary Grant, Elizabeth Taylor oraz Lucille Ball.
Nie dziwne więc, że parę tych domów znalazło się w mojej książce 1001 budowli. W końcu jakby na to nie patrzeć to ikony stylu modern, zaprojektowane przez słynnych architektów specjalnie dla gwiazd. Nawet 100 lat później region ten wciąż postrzegany jest jako symbol luksusu, przyciągający nową generację celebrytów, bogatych emerytów oraz zamożnych pracowników zdalnych.
Ja zawsze miałam problemy z rozróżnieniem Palm Springs od Palm Desert…więc mała ściągawka.
Palm Springs: słynie z historycznych posiadłości w dzielnicach takich jak Old Las Palmas czy The Movie Colony, gdzie domy wciąż należą do osób z branży filmowej i mediów np. Leonardo DiCaprio posiada tam rezydencję.
Palm Desert: jest uznawane za nieco bardziej ekskluzywne pod kątem nowoczesnego luksusu i zakupów. Znajduje się tam ulica El Paseo, nazywana „Rodeo Drive pustyni”, przy której mieszczą się butiki najdroższych marek. Coś jak 5th ave w NY.
Nie ważne które Palm… ważne że nadal jest tam luksusowo a rejon pomimo niewyobrażalnie wysokich temperatur w lato ewaluował z sezonowego kurortu w całoroczne centrum luksusowego stylu życia, zachowując swój unikalny charakter „Hollywoodzkiej oazy” na pustyni.
Tylko jaki to luksus jak w lato nie możesz wyjść z domu bo jest 50C a drony sprawdzają czy masz wodę w basenie i jak masz to płacisz duże mandaty…no może nie wszystkich te mandaty dotyczą.
Po śniadaniu ruszyliśmy prosto do parku. Darek znalazł parę punktów i małych szlaków. Nie planujemy dziś długich hików ale kilka godzin w parku planujemy spędzić więc, żeby jak najwięcej zobaczyć za dnia nie można za bardzo leniuchować.
Do parku wjechaliśmy od strony zachodniej (West Entrance Station) i przejechaliśmy cały park wyjeżdżając po drugiej stronie (Cottonwood Spring). Fajnie, że można przejechać cały park wzdłuż i nie trzeba się wracać albo za dużo kręcić. Amerykanie lubią tak ustawiać parki żeby punkty widokowe czy ciekawe szlaki były w zadłuż drogi. Płynniej wtedy ruch samochodów się odbywa i nie ma aż takich korków. Bo w lato w parkach narodowych w Stanach są mega korki. My jak zwykle wybraliśmy mało popularny okres więc ludzi było trochę ale tak idealnie. Nie przeszkadzali nam nawet tak bardzo a i na parkingach można było od razu znaleźć miejsce.
Już od samego wjazdu przywitały nas drzewa Joshua (po polsku drzewa Jozuego). Wiadomo, jak sama nazwa parku mówi powinno tu być dużo tych drzew, no i nie da się zaprzeczyć, że było ich dużo. Dlaczego jednak tu powstał park? Drzewa te bowiem występują w innych miejscach w Stanach.
Park powstał w miejscu gdzie spotykają się dwa odmienne ekosystemy pustynne: Mojave i Kolorado, tworząc unikalną mozaikę krajobrazów i form życia. Drzewa przeważają w krajobrazie ale też jest tu dużo kaktusów, formacji skalnych a wszystko to tworzy surowy, pustynny krajobraz który jest pięknym rajem dla górołazów, wspinaczy skalnych i miłośników biwaków.
Zwiedzanie zaczęliśmy od Ukrytej Doliny (Hidden Valley) i nie wiem czy dlatego, że było to pierwsze miejsce gdzie się zagłębiliśmy w park czy na każdym robi takie wrażenie ale uważam, że był to najładniejszy szlak w parku.
Dolina ta naprawdę była ukryta i dopiero w roku 1936 nie wiele miesięcy przed stworzeniem tu parku narodowego Bill Keys wysadził kamienie które blokowały dolinę od świata zewnętrznego. Skoro nie było tam cywilizacji to fauna i flora były bardzo dobrze zachowane. Oczywiście szybko przyciągnęło to rolników którzy szukali trawy dla zwierząt ale na szczęście szybko powstał tu park i do dziś możemy podziwiać piękne tereny nie zniszczone przez człowieka.
W tych rejonach z opadami i trawami nie jest łatwo więc nie dziwne, że farmerzy we wczesnych latach XX wieku szukali trawy gdzie mogli i dynamitem rozwalali skały. Ale często znajdowali drzewa Joshua zamiast połaci trawy. Joshua Tree wygląda jak kaktus, jest ostry jak kaktus ale nazywa się drzewem.
Drzewo Joshua należy do rodziny agawowatych. Głównie dlatego, że ma inną budowę i wzrost od kaktusów. Kaktusy mają ciernie, a Joshua pomimo, że sztywne i ostre to jednak liście które rosną w pęczkach na końcach gałęzi. Kaktusy magazynują wodę w mięsistych łodygach kiedy Joshua ma zdrewniały pień bardziej przypominający palmę czyli drzewo. Kaktusy zazwyczaj rosną jako pojedyncze kolumny natomiast Joshua Tree się rozgałęzia jak dobre, zdrowe drzewo.
Kaktusy można też spotkać na niższych wysokościach, głównie do 1000 m n.p.m, ta granica jest idealna dla Joshua Tree które pojawiają się dopiero między 900 a 1800 m n.p.m.
Park Joshua Tree położony jest na idealnej wysokości dla Joshua Tree. Większość parku położona jest pomiędzy 1000 - 1400 m n.p.m. Można wyjść wyżej i najwyższa góra ma tu 1700 m n.p.m ale my sobie ją odpuściliśmy. Woleliśmy więcej pooglądać parku niż iść na 3h hike, zwłaszcza, że dość mocno tu wiało. Niech was nie zmyli pustynny klimat. Kurtki puchowe były potrzebne bo temperatury były koło 5C a do tego od czasu do czasu dość mocno zawiało.
O ile wjechaliśmy do parku od strony pustyni Mojave (wyżej położonej) o tyle park opuszczaliśmy od strony pustyni Kolorado (niżej położonej) dlatego im bardziej zbliżaliśmy się do wyjazdu z tego pięknego parku o tyle krajobraz się zaczął zmieniać. Szczególnie jeśli chodzi o florę. Joshua Tree zostały zastąpione kaktusami.
Przeogromnej ilości kaktusów. Jak tylko wysokość spadła do około 1000 m n.p.m, to pojawił się ogród kaktusowy. Oczywiście musieliśmy w niego wejść i nie zwracając uwagi na kaktusy przyczepiające się do naszych butów pstrykaliśmy zdjęcia jak opętani.
Ja najbardziej byłam w szoku, że kaktusy zrzucały te małe kulki z kolcami prawie jak drzewa liście na jesień. Było tego pełno ale musiało to upaść naturalnie przez wiatr czy inne czynniki, ludziom trudno jest wziąć taką kulkę do ręki i zerwać bo kolce jak to kolce ostre są.
Można godzinami chodzić wśród tych kaktusów ale krajobraz nie bardzo się zmienia więc po jakiś 30 minutach stwierdziliśmy, że pora wracać. W końcu przed nami jeszcze trochę drogi bo wyjeżdżamy z parku po drugiej stronie i musimy jeszcze dojechać z powrotem do Palm Desert.
Z każdym kilometrem ubywało nam wysokości. Nasze auto miało dość podstawowe wyposażenie ale to co miało to wskaźnik wysokości. Fajnie było jechać i obserwować jak z ponad 4tys feet (1300 m) spadliśmy do 3tys ft (940 m) a potem jeszcze dalej jechaliśmy na dół.
Aż nagle wjechaliśmy w okolice miasteczek i na wyświetlaczu pojawiło się -70 ft (-22 m). Pierwsza reakcja Darka była, że pewnie się coś zepsuło dopóki nie zobaczyliśmy oficjalnego znaku, że wjeżdżamy do miasteczka Coachella. Miasteczka które ma 45tys mieszkańców i położone jest w depresji. Interesujące… nie sądziłam, że poza Doliną Śmierci depresje jeszcze gdzieś są tak łatwo dostępne. No to jak depresja to pewnie i wodopój. Postanowiliśmy spróbować lokalnego browaru, Indio Brewing. Rzeczywiście pyszne piwko mają w tej depresji.
Kalifornia jest piękna ale ma jeden mały minus. Wszędzie trzeba samochodem. Nie ważne czy jesteś w dużym mieście jak Los Angeles, San Diego czy San Francisco, czy w małym jak Palm Desert to komunikacji miejskiej za dobrej nie ma. Dlatego na kolację trzeba najlepiej jechać Uberem. Niestety dlatego, że nie bardzo sprzyja to zwiedzaniu miasta jeśli podjeżdżasz pod same drzwi restauracji.
No więc i my podjechaliśmy prosto z hotelu do restauracji, zamówiliśmy steaka, winko, potem drugie, potem deser i z powrotem Ubera. Oczywiście wszystko zajęło nam trochę godzin bo fajnie się gadało z barmanami w Ruth Chris. Ruth Chris to sieć restauracji i kiedyś często do niej chodziliśmy w NY ale zawsze siadaliśmy przy barze. Bo przy barze jest wesoło i można coś się od lokalnych ludzi dowiedzieć. W NY już jej niestety nie ma więc czasem jak mamy okazję to wracamy do Ruth Chris w naszych podróżach, żeby zjeść nie tylko dobrą krówkę ale też ich przepyszny sernik!
Ale się objedliśmy. Dopadła nas tak zwana “food coma”. Nie wiem czy w Polsce jest takie określenie ale w Stanach bardzo popularne jest określenie “food coma” czyli śpiączka jedzeniowa. Oznacza to że tak się człowiek najadł, że energia mu spada i tylko do spania się nadaje. To właśnie my byliśmy po tej ogromnej kolacji.
Ale to i dobrze, że szybko poszliśmy spać bo rano trzeba było wstawać. Kolejne 4h do Las Vegas, tym razem już prosto na lotnisko i pora wracać do domku.
Ten tydzień był zdecydowanie za intensywny jak na rozpoczęcie roku. W sumie to sama nie wiem czy rok się już zaczął czy bardziej na rozpędzie lepiej jest ten tydzień policzyć do starego roku. Na szczęście lot minął nam spokojnie i bez problemów wróciliśmy do głośnego Nowego Jorku… hmmm…. a w pokoju hotelowym w Bellagio było tak cicho i spokojnie.
2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)
Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.
Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.
Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.
A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.
Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?
Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.
Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.
Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.
Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.
Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.
Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.
Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.
I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.
A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.
Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.
2026.01.05-07 Las Vegas, NV (dzień 4-6)
Czy Las Vegas aktualnie doświadcza recesji? Niestety tak. Dużo czynników ma na to wpływ. Przez ostatnie dziesięciolecia to miasto non-stop dynamicznie się rozwijało. Przyciągało turystów, hazardzistów, gwiazdy sportu i rozrywki, biznesy z całego świata. Konferencje na kilkadziesiąt tysięcy ludzi są tutaj organizowane. Potężna ilość ludzi przeprowadzała się do Vegas żeby tu zamieszkać na stałe. Miasto praktycznie co dekadę podwajało swoją populację. W 1960 roku miało 64,000 mieszkańców, aktualnie metro Las Vegas ma 2.4 miliona mieszkańców.
Oprócz tego, dziesiątki milionów turystów rocznie odwiedza to jakże unikatowe miejsce na Ziemi. Przyjeżdżają tu w różnych celach. Niektórzy oczywiście spróbować szczęścia w ponad 180 kasynach jakie znajdują się tutaj. Część na własne oczy chce zobaczyć co się naprawdę tutaj dzieje. Inna grupa pragnie zjeść pyszną kolację znanego szefa kuchni, zabawić się w odlotowym klubie nocnym, posłuchać koncertu na żywo.
Vegas stało się też centrum sportów. Formuła F1 jest rozgrywana w listopadzie, wybudowali stadiony na wszelakiego rodzaju mecze. Organizmowi Super Bowl w 2024, w tym roku planowane są mecze mistrzost świata w piłkę nożną.
Nasuwa się pytanie. To dlaczego przy tak dynamicznym rozwoju miasta i takich potężnych pieniądzach Las Vegas przeżywa recesję?
Pewnie problemów jest kilka. Mimo, że w poprzednim roku LV odwiedziło 40 milionów ludzi to i tak jest to spadek do poprzednich lat.
Dzisiejsza młodzież szuka innej rozrywki niż tylko kasyna i zabawa.
Dużo ludzi gra w domu, na telefonie w różnego rodzaju hazard. Nie trzeba latać, wynajmować hotelu. Wszystko można robić w komforcie własnego domu.
Bardzo dużo Kanadyjczyków odwiedzało to miasto uciekając od kanadyjskiej zimy. Niestety aktualnie jest trend, że Kanadyjczycy nie lubią Stanów. Ciekawe dlaczego, nie?
Ogólnie żyjemy w czasach, w których za bardzo nie wiadomo co będzie jutro. Ludzie wydają mniej pieniędzy na rozrywkę. Więcej oszczędzają. Dalej tutaj przyjeżdżają, ale na krócej i wydają mniej kasy.
Ceny w Las Vegas poszybowały do góry okropnie. W niektórych częściach gospodarki dwukrotnie za ostatnie 5 lat. Hotele, restauracje, parkingi, domy…. wszystko tutaj jest bardzo drogie.
Przestępczość bardzo wzrosła. W centrum miasta tego aż tak bardzo nie widać, ale jak się odejdzie dalej od atrakcji turystycznych to niestety tak. Przekonałem się o tym na własne oczy.
Vegas znajduje się w samym centrum wspaniałych parków i terenów południowo-zachodnich Stanów. Ludzie tu przylatują (tanie samoloty) wypożyczają samochód (też tanie) i jadą w parki. Nie zostawiając w mieście ani centa.
W ciągu najbliższych dni Vegas nie zobaczy żadnego spowolnienia. Przynajmniej centrum miasta. Przyleciało tutaj 140 tysięcy ludzi na konferencję CES, plus wiele ludzi takich jak ja, towarzyszy podróży. Większość hoteli, restauracji, barów pękała w szwach od przepełnienia. Dużo nawet było zamykane na prywatne imprezy. Vegas się cieszy!
Jak, kiedy i po co to wszystko się tutaj zaczęło?
Dawno, dawno temu… no w sumie nie tak dawno bo w 1905 roku. Kolej torowa z Los Angeles w Kalifornii do Salt Lake City w stanie Utah potrzebowała jakiegoś przystanku, gdzieś pośrodku. I tak w środku niczego, w samym centrum pustyń powstała przystań.
W sumie to nie do końca powstała. Coś już tutaj wcześniej istniało, Mormońska osada, ranczo.
Nazwa Las Vegas oznacza po hiszpańsku „łąki”. Jeszcze przed Mormonami, hiszpański podróżnik i badacz znalazł tutaj wodę na pustyni i stworzył oazę.
Czy było tutaj coś jeszcze wcześniej? Pewnie tak. Na pewno jacyś Indianie na Mustangach przejeżdżali tędy wiele razy.
A kiedy z tych ranch powstało miasto? A no troszkę póżniej. W latach 1930-tych rząd Stanów Zjednoczonych wpadł na wspaniały pomysł że wybuduje największą tamę na świecie. Tak powstała Hoover Dam na rzece Colorado, która przepływa niedaleko. Tama była potrzebna do regulacji nieobliczanej górskiej rzeki, nawadniania lokalnych upraw i dawała energię 5 stanom. Przy budowie pracowało ponad 20 tysięcy ludzi, którzy potrzebowali gdzieś mieszkać, zjeść, zabawić się. W ten oto sposób miasto Las Vegas szybko się rozrastało. Jeszcze jak im zalegalizowali hazard to już nikt nie chciał stąd wyjeżdżać. Kasyna powstawały jak grzyby po deszczu.
Posiadali tanią energię, więc jak na tamte czasy to Las Vegas był najbardziej oświetlonym miastem. Aktualnie dużo tych starych neonów można oglądać w muzeum neonów, które znajduje się na obrzeżach miasta.
Polecam je odwiedzić jak już jest ciemno. Można było pochodzić po tym złomowisku/cmentarzysku zużytych ale wciąż jeszcze działających neonów i wyobrażać sobie jak Vegas wyglądało kilkadziesiąt lat temu.
Byłem w Las Vegas 7-8 razy. Pierwszy raz był gdzieś pod koniec lat dziewięćdziesiątych to jeszcze przez mgłę pamietam część z tych neonów oświetlających The Strip.
Tym razem jest to zdecydowanie mój najdłuższy pobyt w tym mieście, 7 dni. Ale nie jest źle, mam plan na zwiedzanie. Pierwsze 3 dni spędziłem w północnym Vegas, a teraz kolejne 4 to będę centralnie w samym sercu tego królestwa hazardu. Z małymi wyskokami na obrzeża.
Rano z reguły pracowałem z hotelu, a potem wyruszałem w nieznane. Głównie byłem na The Strip, ale też starałem się zapuszczać w dalsze rejony z dala od turystów. W ciągu dnia było ok, ale w nocy to pewnie bym się bał tam chodzić. W tych małych motelikach to ja spałem jak bywałem tu 20 lat temu. Teraz to wszystko jest zabite dechami.
Hotele i kasyna w centrum były w miarę oblężone przez ludzi, natomiast dalej od głównej części miasta to świeciły pustkami.
Udało mi się nawet parę razy wejść w miejsca gdzie czas się zatrzymał. Nawet stare maszyny do gier z lat 80-tych można było znaleźć. I jeszcze działały.
Mimo, że ponoć recesja dotknęła to miasto to dalej widać, że są inwestycje i Vegas się rozbudowuje. Powstają nowe, wielkie hotele/kasyna. Hard Rock buduje olbrzymie kasyno/hotel w kształcie gitary. Ma być ukończone gdzieś w połowie 2027. 3,600 pokoi, olbrzymie kasyno, wiele basenów, restauracji, atrakcji…
Jak to mówią, najwięcej informacji dostaniesz od barmanów albo kierowców taksówek. Tutaj też jest podobnie. Kierowcy mówili mi, że niestety hotele/kasyna zwalniają ludzi. I co robią bezrobotni? Idą na kierowców Uber albo Lift. Przy zmniejszającej się ilości turystów zapotrzebowanie na taxi też jest mniejsze, a tu więcej samochodów się pojawia, co oczywiście zmniejsza częstotliwość kursów. Mało tego, firmy wprowadzają autonomiczne taxi, które są jeszcze dodatkowym gwoździem do trumny dla biednych taksówkarzy.
Super tak się chodziło po tej olbrzymiej metropolii. Jest styczeń, cieplutko, palmy dookoła, często nawet bluzy nie potrzebowałem. Jak się chodzenie znudziło, to Vegas ma setki barów w których można usiąść, się ochłodzić i zagadać z lokalnymi.
Ilonka często kończyła spotkania wieczorami. W tym czasie starałem się wracać w nasze rejony, żeby wspólnie gdzieś spędzić wieczór i wyjść na kolację.
Nie jest to łatwe zadanie bo dużo restauracji w czasie CES jest albo w całości wynajęta, albo ciężko bez rezerwacji się dostać. Jest na to sposób. Trzeba wejść do kasyna, pochodzić po nim trochę i gdzieś w głębi są fajne restauracje, niewidoczne z ulicy, które z reguły mają wolne miejsca.
Oczywiście siedzenie w restauracji przy barze jest obowiązkowe. Tam się wszystko dzieje, tam można się wiele dowiedzieć, pogadać z kimś i dostać znacznie lepszy serwis niż gdzieś przy stoliku gdzie rzadko ktoś zagląda.
A i ceny są lepsze, zwłaszcza jak jest wesoło. Często dolewają wina za darmo, coś tam dadzą do spróbowania, coś tam „zapomną” policzyć… i tak jakoś leci…
Cztery dni szybko przeleciały. Uważam, że udało mi się jak nigdy poznać Las Vegas. Myślę, że na ten wyjazd wystarczy zwiedzania tej zatłoczonej metropolii, trzeba wyruszyć na odludzia, do Kalifornii. Ilonka wypadła super na CES i „obawiam” się, że za rok też tu będzie musiała przybyć. Pewnie ja też przylecę sprawdzić jak idzie budowa największej gitary na świecie, czy Flamingi dalej pozują do zdjęć turystom i oczywiście odwiedzić parę fajnych barów na obrzeżach…
2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)
Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!
Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.
Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.
Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.
A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.
Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami
Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.
Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.
W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.
Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.
Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.
O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.
Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.
Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.
Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.
Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.
Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.
Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.
Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.
Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.
Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.
Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!
A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:
„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”
Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…
Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.
Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….
Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto
Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.
Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!
2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)
Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!
Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.
Mowa tu o Spring Mountains.
Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.
Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.
Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…
Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.
Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.
Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.
A gdzie my w ogóle idziemy?
Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.
Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.
Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.
Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.
Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.
Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.
Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.
W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…
Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.
Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.
Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.
Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!
Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!
W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.
Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.
Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.
Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.
Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!
Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!
2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)
Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…
Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.
Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.
Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.
Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.
Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.
Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.
Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.
Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.
Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.
Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!
Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.
Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.
Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.
Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.
Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.
Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.
Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.
Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.
Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.
Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.
Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.
Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.
W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.
Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.