Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 23
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.
2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!
2026.08.19 Ortisei, IT (dzień 8)
Dzisiaj w planie był szlak “na czas”. Mamy już dość dużą praktykę z obliczaniem ile nam zajmie szlak. Na przykład w Stanach to jest to zazwyczaj 1000 ft różnicy wysokości to godzina plus 2-mile długości to kolejna godzina. Czyli jak się wspinamy 3tys feet i szlak ma 10 mil to zajmie nam to z przerwami i zejściem ok. 8h. Na szczęście często wyrabiamy się przed tym czasem ale dawno nie zdarzyło nam się, żeby przekroczyć ten czas. W Stanach albo chodzimy po wysokich górach więc nasze tempo jest wolne ze względu na aklimatyzację, albo szlak jest jeden wielki burdel (Adirondacks) i schodzi na technicznym aspekcie szlaku.
W Alpach sytuacja wygląda inaczej. Szlaki są łatwe, aklimatyzacji nie trzeba a wysokości i odległości podane są w metrycznym systemie. Tak więc z początku ciężko nam było obliczać jak długo zajmie nam szlak. Potem nauczyliśmy się, że mniej więcej chodzimy o jakieś 10% szybciej niż pokazują znaki.
Jak już wspominałam dzisiejszy szlak był bardziej “na czas” bo Darek podczas planowania szlaków wyczytał, że najlepsze schronisko, z najlepszym jedzeniem, widokiem i całą otoczką to Emilio Comici. Jest to też jedno z niewielu schronisk gdzie można robić rezerwacje więc Darek nie zastanawiając się zrobił rezerwację na 12:30 i zarządził, że trzeba tam dojść na czas.
Jak trzeba to trzeba. Do schroniska można dojść w 30 minut ale oczywiście my chcemy pochodzić po górach więc wybraliśmy opcję na około i już o 6:30 rano zaparkowaliśmy naszą resorówkę na parkingu.
Jak na wczesny poranek to trochę ludzi już było. Nawet się zdziwiłam bo niektórzy to tak trochę na lekko, z pieskami itp. Doszłam do wniosku, że pewnie przy takim wyborze szlaków, każdy znajdzie coś dla siebie a lokalni to i tak pewnie obskoczą cały loop w parę godzin.
Szlak zaczyna się przy kolejce liniowej Sassolungo zwanej potocznie trumnami. No w sumie jak się człowiek przypatrzy tym wagonikom to rzeczywiście trochę trumnowato wygląda. Podobno 2 osoby się tam mieszczą. Jakoś jak patrzyłam na tą kolejkę to dostawałam klaustrofobii choć normalnie nie mam takiej przypadłości.
Dzisiaj tej śmiesznej kolejki nie musimy brać więc ruszyliśmy razem z innymi ludźmi do góry aby zrobić Sassolungo Group Loop. Przynajmniej tak założyłam, że większość robi to co my bo znając Darka znalazł najładniejszy szlak w tym rejonie więc na pewno każdy chce go zrobić.
Najpierw szło się bardzo szeroką trasą która też jest droga dla aut. Nie dziwi nas to bo te początkowe schroniska często mają dojazd dla samochodów. Dalsze schroniska to już muszą się bardziej nakombinować ale zazwyczaj jest tam jakiś wyciąg czy kolejka która pozwala dowieźć potrzebne rzeczy.
Potem szlak się trochę zwęził ale nadal był dość szeroki. Szliśmy podziwiając widoki aż nas wmurowało. Dlaczego tu jest kolejka…
Po doświadczeniach na Seceda, pomyślałam, że może znów trzeba płacić jakieś 5 EUR żeby sobie zrobić zdjęcie z jakimś widokiem. Potem pomyśleliśmy, że może opłata do parku choć w Dolomitach nigdy nie musieliśmy płacić za wejście do parku.
No nic… stwierdziłam, że podejdę i może się dowiem. W Zermatt zdarzały się kolejki do knajp ale to tak o 11 rano zaczynali. Tutaj było trochę po 7 rano. Rzeczywiście kolejka była do knajpy która jeszcze nie była otwarta. No ładnie knajpa wygląda, widok też ma nie najgorszy ale żeby tak wstawać o 6 rano, żeby tu dojść… ludzie są dziwni.
Dopiero jak przeszłam tych wszystkich Intstaludków (ludzi którzy żyją Instagramem) to wszystko mi się wyjaśniło… to chodzi o pączki… nic innego jak polskie poczciwe pączki.
Parę miesięcy temu jak powiedziałam przyjaciółce, że lecimy do Dolomitów to mi zaczęła podsyłać, różne posty z Instagrama na temat co zwiedzać, gdzie iść. Jeden z postów było o restauracji która sprzedaje pączki i do której ludzie idą na śniadanie. Ja nie poświęciłam wiele uwagi temu postowi i nawet nie mówiłam o nim Darkowi, żeby nie zakłócić jego planowania. Wygląda, że pączkownia jest w strategicznym miejscu i jest z początku jednego z najładniejszych szlaków w Dolomitach.
Jak się domyślacie nie dowiedzieliśmy się czy pączki są lepsze niż te od Syreny na Greenpoincie. Do kolejek to my mamy mega awersję, Instagram wolimy tworzyć niż śledzić a puste szlaki bardziej do nas przemawiały niż najpyszniej wyglądający pączek.
Bo szlak był pusty. Jak tylko minęliśmy knajpę to na szlaku przed nami została tylko jedna para, która po jakiś 30 minutach, siadła sobie na trawce z pięknym widokiem i wyciągnęła termos z herbatą czy kawą. Ciekawe czy pączki też mieli, pewnie kupione na dole w tej samej piekarni co dostarcza pączki tutaj. Ehhh… nie zrozumiem nigdy tych Instaludków.
Szlak był cudo. Wszystko co lubię najbardziej. Ładnie ubita trasa, góra dół więc wysiłek był ale taki umiarkowany, że nadal spokojnie można było podziwiać widoki. Szczerze. To jest chyba mój ulubiony szlak na tym wyjeździe. Wszystkie były piękne ale ten szedł tak zboczem góry kilometrami i można było podziwiać te przestrzenie.
Co jakiś czas mijaliśmy innych ludzi, może w sumie kolejne 3-4 pary. Ale po wielkości ich plecaków widać było, że spali w schronisku i po śniadaniu wyszli dalej w drogę. Bo schronisk tu jest mega dużo. To już nawet nie to, że góry są większe niż Tatry i dlatego jest tu więcej schronisk, to na pewno też, ale tutaj schroniska są co 500 m maksymalnie. A jak jest szansa, że biegnie tędy jakaś trasa narciarska to już w ogóle, schronisko, full restauracja i wszystko co zmęczony górołaz potrzebuje.
Minęliśmy po drodze około 2-3 schronisk a kto wie ile jeszcze jest tam pochowanych po górach. Szło się nam jednak rewelacyjnie w porannym słoneczku więc się nie zatrzymywaliśmy. Baliśmy się, że nas może wciągnąć a hike jednak chcieliśmy zrobić.
Przerwę zrobiliśmy sobie mniej więcej w połowie drogi. Schronisko Sasso Piatto wygląda super. W takim mogłabym spać. Duże, wygląda na nowe, z ogromną restauracją na dole. Nie byłam za bardzo chętna spać w schroniskach dlatego ten wyjazd mamy hotelowy ale jeśli jest więcej schronisk takich ja Sasso Piatto to mogę to rozważyć.
Pokoi co prawda nie widzieliśmy ale łazienki i restaurację mieli bardzo fajne. Zresztą z takim widokiem to wszystko od razu lepiej smakuje.
Tiramisu (to Darek) i ciepły sok z bzu (to ja) dały nam siłę i podniosły poziom cukru na dalszą wędrówkę. A szlak dalej był jeszcze ładniejszy. Choć może nie ładniejszy a inny. Bardziej zielony.
Tu już pojawiało się więcej ludzi, osłów, koni i innych dwu albo czworonożnych stworzeń. Widać też było zdecydowanie więcej szlaków w dolinie więc pewnie dlatego ludzie wychodzili z różnych dziwnych stron a nie koniecznie mijali nas. Nas nikt nie mijał bo wszyscy stali w kolejce po pączki.
Podobnie jak w pierwszej części szlaku były odcinki w dół albo do góry. Tutaj tylko te do góry już bardziej dawały w kość bo słońce było mocniejsze a też były dłuższe i stromsze.
W pewnym momencie skróciliśmy sobie szlak i nie poszliśmy tam gdzie reszta. Czy dobrze zrobiliśmy? Ja nadal uważam, że tak bo było wg. mnie więcej cienia i jednak troszkę mniej do góry. Pewnie nigdy się nie dowiemy która trasa była lepsza ale jest to kolejny dowód ile tu jest szlaków. W każde miejsce zawsze można dojść kilkoma szlakami a niektóre są w odstępie kilkudziesięciu metrów. Jedne po piargach, drugie bardziej lasem ale wszystkie prowadzą do jakiegoś schroniska.
I my też doszliśmy do schroniska. Choć schroniskiem to nie wiem czy bym to nazwała. Wg. mnie to po prostu bardzo fajna, i dobra restauracja.
Darek wyczarował taki stolik, że głowa mała a do tego jeszcze wyczarował przepyszne wino. Za to lubimy Europę. Tutaj gdzieś w środku gór, w bardzo rozsądnej cenie można zjeść przepyszne domowe jedzonko z dobrym winkiem a nie jakimiś pomyjami.
Tutaj ludzi były setki. Po pierwsze niedaleko dojeżdża wyciąg, po drugie do parkingu jest tylko 30 min a po trzecie restauracja ma swoją renomę. Tak więc część ludzi przy stolikach jak my a część na trawce robiła sobie pikniki. W zimie jest tu centrum tras narciarskich więc restauracja ma obrót cały rok i może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużego lokalu w tak strategicznym miejscu.
Ja to w sumie nie zazdrościłam ludziom co wzięli wyciąg. Bo wyciąg wyjeżdża trochę wyżej więc do knajpy zejść to nie problem ale objedzonym wspinać się na górę to tak trochę mało fajnie. Ja tam się cieszyłam, że my tylko z górki na pazurki na parking.
Zaczynanie dnia wcześnie ma swoje plusy bo o 13-14 jest się już po aktywności fizycznej, po lunchu i ma się jeszcze cały wieczór przed sobą. A tu jeszcze kolejna niespodzianka. Nie musimy jutro rano wstawać. Jutro mamy dzień przejazdowy i jedyny dzień gdzie Darek nie zaplanował żadnego szlaku. Wow - takiego luzu to dawno nie mieliśmy.
Odstawiliśmy naszą resorówkę pod hotel, odświeżyliśmy się i ruszyliśmy na “miasto”. Ciężko Ortiseri nazwać miastem ale ma jedną bardzo fajną uliczkę przy której znajdzie się coś dla każdego. Restauracje, bary, sklepy z drogimi ciuchami lub pamiątkami, kościółek czy nawet zajęcia dla dzieci z robienia karmników dla ptaków. Mi Ortiseri przypadło do gustu bo reprezentuje typową architekturę Tyrolu którą bardzo lubię, no i te górki gdzie nie spojrzysz.
Sklepy nas nie wciągnęły, bary w sumie też nie ale restauracja z regionalnymi daniami.
Restauracja Sotriffer, ma fajny starodawny wystrój i piękny widok na górki. Niestety jednak załoga potraktowała nas jak biedaków bo się nie wystroiliśmy w biżuterię i koszule. Powiedzieli, że stolik mamy tylko na dwie godziny, jakoś tak nie traktowali nas poważnie i trochę powolnie im szła ta obsługa. My już do tego przywykliśmy i dalej mówimy, że to oni stracili a nie my. Ale cóż dopiero jak przyszedł jakiś starszy pan (chyba szefunio) i zobaczył nasze puste kieliszki to ich pogonił ale wtedy to już było za późno bo już wyrobiliśmy sobie opinię, że pomimo, że jedzenie pychota to serwis mógłby być lepszy. Niestety Włosi też mają problemy z ludźmi do pracy w serwisie i coraz więcej spotykaliśmy emigrantów, którym brakuje europejskiej kultury.
Skoro nas nie zachęcili, żebyśmy u nich dłużej posiedzieli to stwierdziliśmy, że się jeszcze przejdziemy po okolicy i pożegnamy z tym miasteczkiem bo jutro znów w drogę. Tym razem do Pera. A tam to już zostanie nam tylko pizza albo kromki bo to jakaś malutka mieścina pośrodku niczego. Przygoda, przygoda, zobaczymy co kolejna miejscówka ma do zaoferowania.
2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)
Po dwóch wspaniałych dniach gdzie nasz budzik się nie wygłupiał i nie budził nas o nieludzkiej godzinie znowu nastały ciężkie czasy. Znowu trzeba było wstawać w środku nocy i udawać, że robimy to dla przyjemności.
Na dzisiejszy dzień wybraliśmy wyjście na szczyt Piz Boè (3,152m). Dolomity słynne są ze stromych ścian i nie do zdobycia szczytów, dlatego tutaj rzadko się zdobywa szczyty. Zwłaszcza takie powyżej 3,000 metrów. Z reguły ludzie chodzą od chatek (Rifugio) do chatek trawersami, piargami, albo przełęczami. Żeby zdobywać szczyty trzeba umieć się wspinać i mieć specjalistyczny sprzęt.
Dlatego w Dolomitach Włosi wymyśleli via ferrata, czyli po naszemu żelazna droga. Jest to ubezpieczony szlak turystyczny wyposażony w stalową linę asekuracyjną. Do tego w trudniejszych odcinkach dokładane są drabinki, klamry, stopnie, mostki… i inne niezbędne dodatki żeby ułatwić turyście zdobyć wymarzony cel.
Coś jak w Polskich Tatrach Orla Perć. Schodziłem ją wiele razy. Tam też są drabiny, łańcuchy klamry, ALE jest brak liny asekuracyjnej. Jeden błąd i…. niestety koniec.
My nie mamy uprzęży, kasków ani innych potrzebnych dodatków do pokonywania żelaznej drogi, dlatego wybraliśmy szczyt powyżej 3,000 metrów na który jeszcze można w miarę bezpiecznie wyjść bez specjalistycznego sprzętu. Pod szczytem mają trochę żelastwa wbitego w skały. Dojdziemy, zobaczymy.
Zanim jednak dojechaliśmy na parking to musieliśmy pokonać jakieś 45 minut górskimi drogami. Wyjechać z Ortisei (1.250m) na przełęcz Sella (2,218m), zjechać do 1,700m i tam wziąć inną drogę i wyjechać na przełęcz Passo Pordoi (2,240m). Jest tego trochę, a w dodatku wszystko to stromymi alpejskimi drogami.
Pustymi, suchymi drogami przy wschodzącym słońcu i idealnej widoczności to ta droga to bajka. W tej malutkiej „resorówce” jak to Ilonka określiła Mini Coopera, czułem się jak na gierkach komputerowych.
Lekki samochodzik z silnikiem turbo, szeroko rozstawionymi kołami, nisko profilowymi oponami i twardym, niskim zawieszeniem idealnie pasował do naszej porannej zabawy. W zakręty wcinał się idealnie i bez żadnych niepotrzebnych dźwięków i pisków. Za bardzo nie było jak oglądać tych pięknych gór wokół nas bo pełna koncentracja musiała być na drodze. Aż przypomniały mi się rajdy samochodowe sprzed wielu lat. Ilonka tylko narzekała, że ten samochód ma za mało uchwytów do trzymania i fotele źle wyprofilowane. Zgadza się, kabriolet ma mniej uchwytów niż zwykły samochód.
Około 6:45 wyjechaliśmy na przełęcz Pordoi, która przywitała nas przyjemnym letnim chłodem, jakieś 6-7C. Takie lato to rozumiem. Gdzie jest moja czapka?
Na przełęczy już było trochę ludzi, ale dalej można było znaleźć bezpłatny parking na szczycie. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.
Zdziwiła nas ilość ludzi o tej porannej porze. Naprawdę było ich sporo i większość niestety szła tym samym szlakiem co my. Na szczęście szlak jest szeroki, a prawie wszyscy tutaj to doświadczeni górołazy, więc nie było problemu z wzajemnym wymijaniem się.
Im wyżej tym ładniejsze widoki. Zwłaszcza na wyłaniający się masyw Marmolada z największym lodowcem Dolomitów o tej samej nazwie.
Niestety Dolomity tracą lodowce w przerażającym tempie! Został im tylko ten jeden! Wprawdzie jest jeszcze z 10-12 innych „lodowców” ale one są już tak małe (poniżej 0.5 km/2), że cieżko je nazwać aktywnymi lodowcami. Badacze przewidują, że Marmolada jeszcze będzie żyła jakieś 12-15 lat i zniknie na zawsze. Smutne to niestety. Jak ktoś chce się pożegnać z lodowcami w Dolomitach to lepiej niech się pospieszy. Umierają….🥲
A my w górę i w górę, coraz stromiej, chłodniej i z większym wiatrem, serpentynami po piargach.
O 9 rano wyszliśmy na przełęcz gdzie przywitało nas wspaniałe schronisko Forcella Pordoi.
Wiedzieliśmy, że za chwilę otworzą tutaj kolej linową i będzie dużo ludzi szło na szczyt, ale jednak postanowiliśmy zagrzać się ciepłą herbatką. Był to świetny pomysł. Zwłaszcza, że może było jakieś 5C! Zagrzaliśmy się, trochę odpoczęli i ruszyli dalej.
Do szczytu mamy jeszcze jakieś 1:15-1:30. Na początku po płaskim chodniku z księżycowymi widokami a potem stroma wspinaczka na sam szczyt.
Ludzi przybywało coraz to więcej. Część z nich, tak jak my wychodziła z samego dołu, a część wyjechała kolejką. Ale nic, jak narazie szeroka ścieżka to można iść. Wszyscy idą w tym samym kierunku i w miarę z tą samą prędkością.
Schody zaczęły się gdzieś w połowie. Pojawiły się liny metalowe, klamry i wąskie przejścia. Prędkość ludzi znacznie spadła. Po pierwszym takim odcinku Ilonka powiedziała, że dalej nie idzie. Dalej ma być jeszcze stromiej i znacznie dłuższe i niebezpieczne odcinki.
Ilonka wróciła do schroniska, a ja sam zaatakowałem szczyt. No może nie sam, bo trochę ludzi szło na szczyt. Czasami trzeba było poczekać minutę czy dwie, aż ludzie sobie poradzą z trudniejszymi odcinkami. Nawet im to szło i o 10:45 stanąłem na Piz Boè, 3,152 metry!
Na szczycie jest małe schronisko gdzie można się posilić i schłodzić. Zamówiłem piweczko, a że nie było gdzie usiąść to postanowiłem, że na szybkiego w koncie ugaszę pragnienie. Na zaproszenie do stolika nie musiałem długo czekać. Miła Czeszka, która też sączyła kufelek posunęła się troszkę i zrobiła mi miejsce. Przyjaciele piwa są wszędzie!
Trochę pogadaliśmy przy piwie. Ciekawa pani, chodzi po górach z synem. Jej mąż i drugi syn są aktualnie w Hiszpanii nad morzem na wakacjach. Oni nie lubią gór, a ona i jej pierwszy syn nie lubią plaży. Wakacje spędzają osobno. Też można, ważne żeby każdy był szczęśliwy.
Piwo się skończyło i każdy ruszył w swoją stronę. Postanowiłem z góry wracać innym szlakiem. Trochę na około, ale ponoć mają być inne widoki.
Tak taż było. Fajny szlak i nawet łatwiejszy niż ten co wychodziłem. Dalej były strome odcinki, ale łatwiejsze i krótsze.
Po drodze napotkałem nawet spore schronisko Boè. Wyglądało ciekawie, ale Ilonka czekała na mnie w innym schronisku na przełęczy więc nie wchodziłem. Następnym razem.
Dochodząc już do schroniska Forcella Pordoi napotkałem fajny widok. Jednak Włosi to mają pomysły. Z takim widokiem to można posiedzieć…
Ilonka już czekała przy stole w towarzystwie paru Włochów. Schronisko było pełne, więc walka o każde siedzenie była napięta. Na szczęście ludzie chodzący po górach to przyjazny naród i się lekko ścisnęli robiąc mi miejsce. Oczywiście podstawowy zestaw górołaza już czekał na mnie.
Ze schroniska Forcella Podori do górnej stacji kolejki linowej Sass Pordoi jest jakieś 15 minut łatwym szlakiem do góry. Myśmy oczywiście wybrali okrężną drogę i zajęło nam to jakieś 30 - 40 minut.
Ale widoczki były piękne i za bardzo nam się nie chciało zjeżdżać z gór.
Około 13:30 podeszliśmy pod kolejkę, a tu niespodzianka. Kończy się tutaj jeden ze szlaków via ferrata i akurat jakaś grupa dochodziła do końca. Można było chwilę ich pooglądać jak kończą swój wielki wysiłek.
Szybciutko kolejką zjechaliśmy na dół. A tu kolejna niespodzianka. Ilość ludzi i samochodów zaparkowanych wszędzie to jakaś masakra. Na szczęście nasz samochód stał na górze i nie musieliśmy iść parę serpentyn w dół do naszego Mini.
Powrotna droga nie była taka fajna jak poranna. Za dużo było samochodów, ludzi i nieprzewidzialnych kierowców na drogach. Przynajmniej można było oglądać widoczki.
Czy wy wiecie, że już minął nam tydzień a myśmy jeszcze pizzy nie jedli na tym wyjeździe. Dzisiaj postanowiliśmy ten błąd naprawić. Ilonka znalazła lokalną pizzerię w Ortisei, ja dobrałem lokalne winko Blauburgunder (Pinot Noir) z chłodnych rejonów Alto Adige i uczta była na całego.
Fajnie się siedziało, jadło, piło i pewnie można by się przyjemnie zasiedzieć, ale niestety nie wolno było. Jutro też duży dzień i długi, ciekawy hike. Pewnie znowu budzik będzie się wydzierał o nieludzkich godzinach.
2026.08.17 Ortisei, IT (dzień 6)
Kolejny dzień w pięknych górach, kolejny piękny szlak, i mamy nadzieję, że kolejny słoneczny dzień. Choć na dziś trochę deszczów zapowiadają kolo 14.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej góry ustawiły się dość ciekawie, ktoś zrobił zdjęcie i teraz wszyscy tam chcą być. Niestety Internet pozwala nam bardziej poznać piękne miejsca i każdy chce zrobić takie samo zdjęcie…albo prawie takie samo zdjęcie, bo przecież musi być selfie żeby pokazać światu, że tam się było.
Tak, my też czasem chcemy pamiątki z tych pięknych miejsc bo przecież nie bez powodu są one tak popularne. Zwłaszcza jak miejsce jest nam po drodze.
Góra ta nazywa się Seceda i ma wysokość 2,519 m (8,264 ft). Jest to bardzo popularne miejsce na narty w zimie albo hiki w lato. Szczególnie, że na górę można wyjechać kolejką linową.
Kolejki otwierają dopiero o 8:30 rano więc mogliśmy załapać się na śniadanie w hotelu. To luksus dla nas na tym wyjeździe. Byliśmy pierwsi na jadalni ale zaraz zebrała się cała sala. I oczywiście jacyś inni polacy się też załapali. Potem widzieliśmy ich w kolejce i chatkach na górze. Czyli teoria, że jesteśmy w popularnym miejscu się sprawdza.
Seceda, góra wyróżniająca się skosami i ostrymi krawędziami które łączą się z zielonymi pastwiskami jest bardzo rozpoznawalnym krajobrazem na świecie.
Można więc wyjechać kolejką linową zrobić zdjęcie skał i zjechać. Można też, co zrobiło dużo więcej ludzi, odwiedzić chatki górskie i zjeść szarlotkę z kawą albo lunch. Można też odejść dużo dalej, pozwiedzać rejon i “zagubić” się na szlakach…bo jest ich tu bardzo dużo i można naprawdę oddalić się od ludzi. Darek jak wysiadł z kolejki i zobaczył tą ilość szlaków to aż się za głowę złapał kiedy on to wszystko zejdzie.
Zaczęliśmy jak wszyscy czyli trasą zwaną Seceda View Trail. Trasa prowadzi cały czas zboczem góry z pięknym widokiem na te unikatowe skały i ogromne pastwisko z chatami góralskimi w dole.
Szliśmy za tłumem, czasem wyprzedzając ludzi jak za długo kręcili filmiki na Instagram. My też robiliśmy dużo zdjęć ale nie aż tyle żeby ruch blokować.
Szliśmy sobie tak w kierunku skał z nadzieją, że wyjdziemy wyżej a tu nagle zonk. Na środku trasy postawili bramkę jak w Nowojorskim metrze i jak nie zapłacisz 5 EUR to dalej nie pójdziesz. Masakra. Wszystko ustawione, przykładasz kartę, bramka się otwiera i kolejne 5 EUR wpływa komuś na konto. Podobno ma to pomóc Parkowi Narodowemu ale przecież już i tak płaciliśmy nie małe pieniądze za wyjazd tu. My ich olaliśmy bo nie lubimy płacić ekstra, żeby zdjęcie zrobić. Ale troche ludzi się na to pokusiło.
My olaliśmy ich zdjęcia i poszliśmy do Chatki Trolla na ciacho i kawę. Piękne zdjęcia jeszcze będziemy mieć i to za darmo bo Darek zaplanował całe kółeczko tu więc kilometrów i wysokości jeszcze trochę do zrobienia mamy.
W Chatce Trolla wszystko było ogromne. I szarlotka i pączki. Nawet nie chcę wiedzieć jakie tu porcje jedzeniowe podają. Szarlotka jest najpopularniejszym deserem w schroniskach. Robią ja trochę na styl rolady ale nie ważne jak są warstwy ułożone ważne, że jest pyszna. Darek skusił się natomiast na pączki. Jeszcze w NY jak już wiedzieliśmy, że lecimy w Dolomity przyjaciółka mi podsyłała różne posty na Instagramie. Jeden z nich był o ludziach co idą do schroniska tylko po pączki. Tamtej miejscówki nie zapisywałam bo nie lubię takiego naganiania ale jak zobaczyłam pączki w menu to zasugerowałam Darkowi i nawet nie musiałam go długo namawiać. Te paczki były inne, troszkę jak babeczka z marmoladą ale do kawy idealne.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w góry. Darek miał całą listę chatek i co w której jest najlepsze. Nie można jednak tyle jeść więc skupiliśmy się na widokach, wynajdywaniu szlaków bez ludzi i podążaliśmy w kierunku chatki dedykowanej na lunch.
Im dalej od kolejki tym mniej ludzi było, to zrozumiałe ale czasem, nie wiadomo skąd z jakiegoś bocznego szlaku wychodził ktoś z dużym plecakiem. Jednak ta sieć tras i schronisk jest kusząca jak ktoś chce przejść całe góry i to tanim kosztem.
Całe Dolomity są piękne ale w tym rejonie jakoś te płyty tektoniczne tak się powypychały, że tworzą się skośne, formacje skalne. Jak na przykład te powyżej. Na jedną z tych skał nawet prowadzi szlak i parę ludzi się tam wspinało.
Wyjść na czterech łapach nie jest źle, zejść też się da ale przepychanie się ludzi którzy próbowali swoich sił nie zachęcało nas więc poszliśmy dalej, jeszcze dalej od ludzi.
Za każdym razem jak widziałam szlak na Regensburger Hütte to ja chciałam skręcać bo podobno tam lunch mamy jeść a Darek wynajdywał jakiś szlak że jeszcze nie teraz, że następny skręcimy.
W pewnym momencie już w ogóle nie było ludzi i tylko jakieś sporadyczne pary mijaliśmy raz na 15-20 minut. Kolejny raz sprawdziła się zasada, że ludzie nie lubią długich szlaków i żeby naprawdę poczuć góry trzeba wejść między nie.
W końcu i mu skręciliśmy w kierunku naszego schroniska. Doszliśmy do momentu, że albo 30 min do schroniska, albo kilka godzin do następnego miejsca.
Schronisko które Darek wybrał na lunch nam wydawało się po środku niczego ale jednak było pełne. Jak podeszliśmy pod nie i zobaczyliśmy ilość różnych drogowskazów na różne szlaki to zrozumieliśmy, że po raz kolejny Dolomity udowodniły, że mają niesamowitą sieć szlaków. To nas chyba najbardziej zaskoczyło w tych górach. Coś jak Tatry tylko dwadzieścia razy większe.
Schronisko Regensburger Hütte słynie z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy w południowym Tyrolu i do Austrii mamy rzut beretem.
W schronisku już czuć było niemiecki klimat. Nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, bo kapucha, kluchy i schabowy były ale też w języku. Tutaj Ciao! Zamieniło się w Gruss i kelnerki mówiły po niemiecku.
Moja aplikacja mówiła, że deszcz znacznie się między 14 a 15. Darka, że między 16 a 17. Dwie godziny robi różnicę zwłaszcza że do kolejki mamy jakąś 1-1.5h. Darek oczywiście wierzył w bardziej optymistyczną wersję więc wcale nie spieszył się z opuszczeniem schroniska. Dopiero jak do środka weszło małe przedszkole to poganiał do wyjścia jak mało kto. Ja wiem, że ludzie z dziećmi też chcą mieć życie, chodzić po restauracjach, górach i latać lepszą klasą ale nie zdają sobie jednego. Oni są znieczyleni na krzyk dziecka, na piski i płacze. Dla nas to jest mega hałas którego unikamy za wszelką cenę. Ja to się zawsze zastanawiam jak to jest, że dzieci które mają lepszy słuch od nas piszczą i krzyczą głośniej niż my.
Ja wierzyłam w tą bardziej realistyczną prognozę i od razu w schronisku wskoczyłam w przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Wiem, trochę ciepło było ale przynajmniej jak 10 min od wyjścia ze schroniska zaczęło padać to ja mogłam iść dalej.
Do kolejki musieliśmy wyjść kawałek pod górę. Cały szlak był góra dół ale jednak w rezultacie zeszliśmy ok. 400-500 m. Teraz trzeba to było nadrobić i wyjść pod górę. Dobrze, że szlak był dobrze przygotowany to krok za krokiem się szło a chmury kłębiły się coraz wieksze.
Dużo ludzi nadal szło w przciwnym do naszego kierunku. W Dolomitach poza dużą siecią szlaków jest też duża sieć autobusowa i ogromna sieć wyciągów. Dzięki czemu można wyjechać naszą kolejką, zejść kilkaset metrów w dół i zjechać inna kolejką Col Raiser. Problem jest tylko taki, że zjeżdża się do innego miasteczka więc potem autobusami trzeba nadrobić.
My woleliśmy wyjść te 400-500 do góry, ale zjechać kolejką prosto pod nasz hotel. Zmarznięci, przemoczeni, zjechaliśmy na dół a tu piękne słoneczko. I dopiero wtedy się okazało, że ja sprawdzałam pogodę w górach a Darek w naszym miasteczku. Czyli stąd się wzięły te dwie godziny różnicy.
Jeszcze przed wyjazdem w góry umówiliśmy się z Darkiem, że jak zjemy duży lunch w górach to nie będzie kolacji. A jak nie będzie lunchu w górach to wtedy możemy iść na kolację. To idealnie się spisuje zwłaszcza, że my wstajemy 4-5 rano więc kolacja o 20 średnio nam pasuje. Po takim schabowym, z kapustą i szarlotką od Trolla zdecydowanie był to dzień gdzie tylko jabłko na kolację. Jutro kolejny hike i kolejna wczesna rano pobudka.
2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)
Dziś nie musieliśmy wstawać przed wschodem słońca, mogliśmy też zjeść śniadanie jak ludzie. To się nie będzie zdążać często na tym wyjeździe więc tym bardziej doceniamy śniadanie hotelowe i widok górek z balkonu.
Cortina była dla nas dość droga jeśli chodzi o noclegi więc śpimy tu najkrócej. Od początku chcieliśmy podzielić wyjazd na kilka miasteczek i w każdym spać około 3-4 nocy. Cortinę wybrał Darek, Ortisei do którego teraz jedziemy wybrałam ja a ostatnią miejscówkę podyktowały ceny hoteli.
Zapakowaliśmy naszą resorówkę i ruszyliśmy w góry. Spakowanie się nie było łatwyn zadaniem ale przy złożonym dachu jakoś udało nam się zmieścić nasz dobytek. Z Cortiny do Ortisei jest ok 2h jazdy ale nie można zmarnować całego dnia tylko na przejazd więc Darek oczywiście znalazł jakiś szlak.
Tym razem padło na Instagramową miejscówkę ale ponieważ limitują ilość ludzi których wpuszczają na górę to się zdecydowaliśmy tam pojechać.
Limitowanie ludzi polega na tym, że wjazd na drogę dojazdową jest płatny i tylko ograniczona ilość aut może wjechać o wyznaczonej godzinie. Wyjeżdża się dość wysoko na 2300 m. Z parkingu jest wiele tras ale Darek wybrał: Tre Cime di Lavaredo.
Ten wyjazd na górę jest unikatowy. Na dole stoi pan który się pyta czy mamy rezerwację. My mieliśmy na 10:30 i udało nam się idealnie dojechać na tą godzinę pod bramki. Bo jak pierwszy pan tylko się pyta i tu jeszcze można oszukać o tyle pare kilometrów dalej sa już bramki jak na autostradzie i przejazd jest możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu rejestracji. System rozpoznaje rejestrację i albo puszcza albo nie.
Jak tego wcześniej nie ogarniesz to trzeba iść z dołu a to pewnie tak z pół dnia. Dobrze, że Darek jako najlepszy planowacz wakacji ogarnął to idealnie i mogliśmy wyjechać na górę pod schronisko Auronzo. Jadąc się zastanawialiśmy jak to jest, że wpuszczają ludzi na specjalne godziny ale przecież każdy robi jakiś szlak więc to nie tak że po pół godzinie robi się miejsce na nowe auta. Dopiero jak dojechaliśmy i zobaczyliśmy te ogromne parkingi to zrozumieliśmy. Tutaj każdy może być 12h ale żeby się korki za bardzo nie robiły to wpuszczają ludzi partiami.
Wow ile na parkingu było ludzi. Ludkolandia na maksa. "Trzy szczyty Lavaredo" zdecydowanie należy do topowych atrakcji Dolomitów a do tego w miarę łatwy dostep sprawia, że tłumy są. Dobrze, że szlak jest szeroki i jakoś na spokojnie da się wyprzedzać.
Darek i jego awersja do ludzi sprawiła, że jak tylko znalazł ścieżkę w bok, do góry to odrazu kazał tam skręcać mówiąc, że to jest skrót o którym czytał na internecie.
Niestety skróty się pomyliły bo skały wyrosły na środku i niestety szlak nie prowadził na przełęcz a był tylko krótką odskocznią w bok. Nadrobiliśmy więc jakieś dodatkowe 100m do góry w słońcu i zeszliśmy na ten "highway" gdzie wszyscy dreptali.
Na tej odskoczni byliśmy sami więc przynajmniej skorzystaliśmy i porobiliśmy zdjęcia bez ludzi bo na tym szlaku nie jest to łatwe zadanie.
Prawdziwy skrót był trochę dalej ale był bardzo dobrze oznaczony więc wcale nie był tajemnicą a wręcz przeciwnie zachęcał ludzi którzy patrzą tylko na dystans czy czas a nie biorą pod uwagę trudności szlaku.
Udało się, wyszliśmy na przełęcz Forcella Lavaredo z pięknym widokiem na słynne trzy skały. Prawie jak Torres del Paine w Chile. Albo Monument Valley w USA. Albo po prostu unikatowe dla Dolomitów pionowe skały z trasami Via Ferrata.
Z przełęczy był piękny widok na dolinę i jej wszystkie szlaki. Darek oczywiście skakał jak chipmonk i chciał wszędzie iść zwłaszcza, że z oddali uśmiechało się do nas schronisko Antonio Locatelli.
Jak jednak zaczęliśmy to liczyć i kalkulować ile jeszcze mamy do następnego hotelu, do parkingu, i jutro znów nie można spać do południa to wybraliśmy trasę przez środek doliny do innej chatki górskiej, Lange Alm.
Myślę, że był to bardzo dobry wybór bo 80% ludzi, tych co nie zawróciła wcześniej szla do Antonio. Na naszym szlaku też się znalazło parę ufoludków z małymi pieskami którym się nogi trzęsły na każdej malutkiej skałce albo ludzi co zasłaniali całe twarze jak muzułmanki, żeby tylko się nie spalić. Masakra jak ludzie się wszystkiego boją.
Nasza decyzja, żeby wybrać chatkę Lange Alm okazało się trafione w dziesiątkę. Było trochę ludzi ale udało nam się zdobyć stolik na zewnątrz w cieniu z pięknym widokiem na górki. Czy może być coś lepszego niż zimne piwko w takiej otoczce po ok. 3h hiku.
Siedziało się super i by się tak posiedziało gdyby nie fakt, że kierowca nie mógł się delektować piwem tak bardzo jak ja. Ochłonęliśmy w cieniu i wróciliśmy na szlak w kierunku parkingu. Tu znów była ludkolandia. Człowiek na człowieku, nawet krowy odeszły na bok, żeby od nas uciec ale baca Darek jednak zboczył, żeby sobie z nimi pogadać.
Ze schroniska do parkingu mieliśmy około 30 min. Im bliżej parkingu tym oczywiście więcej ludzi ale znów był szeroki szlak i udało nam sie wymijać ludzi. Na wcześniejszych szlakach Darek zauważył, że to inni nas wymijają a nie na odwrót. Teraz mogę stwierdzić, że popularność szlaku można oceniać po tym ile ludzi nas wymieniło albo my innych. Na wcześniejszych szlakach ludzie mieli połowę naszego wieku i widać, że w górki chodzą co najmniej raz w tygodniu. Na dzisiejszym był cały przekrój.
Nasza resorówka grzecznie stała na parkingu pilnowana przez krowę. Nagrzana ma maksa ale nauczeni, że tu się używa tak zwanej górskiej klimatyzacji otworzyliśmy dach i odrazu zrobiło się chłodno. Baliśmy się jednak tak jechać cały czas bo mogłoby nam wywiać, rzeczy popakowane na tylnim siedzeniu. Tu nie ma miejsca na ładne pakowanie w walizki. Tu liczy się kreatywność w pakowaniu.
I dobrze, że pomysł jazdy z otwartym dachem nie został zrealizowany bo jak tylko wsiedliśmy do auta to zaczęło padać. No tak 15-16 godzina to godzina burz w górach. Ale teraz może padać. Szlak nam się udał z super pogodą. Dobrze, że nie poszliśmy do tego dalszego schroniska bo by nas złapało po drodze.
Jak już wspominałam dziś śpimy w Ortisei. Podobno miasteczko podobne do Zermatt. A przynajmniej jak się spytałam AI, żeby mi podał miasteczko w Dolomitach które najbardziej odpowiada vibe jakie ma Zermatt to podał właśnie Ortisei. Ocenimy już wkrótce.
Śpimy w Villa Angelino. Jest to taki podstawowy hotelik ale ma świetną lokalizację, zaraz przy głównej ulicy miasteczka. Tym razem jednak ja musiałam ogarnąć dodanie naszej rejestracji do systemu. Żeby dojechać do naszego hotelu trzeba przejechać paru ludzików i zrobić to wg. przepisów. A tak serio to trzeba przejechać strefę wolną od aut i tylko dla upoważnionych pojazdów. My podobno jesteśmy w systemie więc mandatu nie powinniśmy dostać i jechaliśmy jak królowie a przechodnie uciekali spod kółek.
Na tym wyjeździe mamy mało fancy restauracji bo nastawialiśmy się na jedzenie w schroniskach. Ale dziś był jeden z tych dni w których mogłam zrobić rezerwacje i mogliśmy zrobić sobie rocznicową kolację. Jutro wstajemy dopiero o 7 rano więc to normalnie rozpusta.
Ortisei przywitało nas miłym chłodem. Po upałach w Cortina, aż miło było usiąść na zewnątrz i zastanawiać się czy trzeba ubrać kurtkę.
Stube Vives zdecydowanie polecamy. Pyszniutkie jedzenie, podane z artystyczną nutą. Na przykład tatar z wołowiny podany z mini "kością" która była zrobiona z pure kalafiora na sposob panna cotta. Cudo nie? Połączenie różnych rzeczy aby wkomponować w całość.
Na główne poleciała przepyszna jagnięcina i dziczyzna z przepysznym winem z poludniowego Tyrolu. Chyba ta restauracja zaliczy się do tych co długo wspominamy i wypisujemy na listę do polecenia dalej.
Darek stwierdził, że mało się zna na winach z Tyrolu ale po rozmowie z Panem kelnerem wybrał lokalną, małą winiarnię Untermoser i ich wino Lagrein Reserva. Dla mnie pychota i idealnie dobrane do mieska. A na deser nic innego jak Tiramisu w kolejnej ciekawej odsłonie.
W trakcie kolacji troche padało ale udało nam się umknąć do hotelu jakoś między deszczem pod dachami. Ogólnie miasteczko nam się spodobało. Pewnie pomaga fakt, że spimy w centrum a nie jak w Cortina trochę ma obrzeżach miasta. Dużo mniejsze od Zermatt ale zapowiada się że ma swój urok.
Dziś też zaczęliśmy słyszeć więcej polskiego języka na ulicach i szlakach. Najpierw na parkingu przed wyjściem na szlak, potem siedząc w restauracji słyszeliśmy go trochę na ulicy. Dolomity są popularne wśród Polaków więc chyba wjechaliśmy w bardziej popularne rejony i jest ich tu więcej.
2026.08.15 Cortina, IT (dzień 4)
Darek spisał się na medal jak zawsze. Drugi szlak i drugi raz mało ludzi. Choć dziś jak przyjechaliśmy na parking to już było trochę samochodów. Ale większość tak 98% ludzi nie miała kijków ale miała kaski. No tak, jak się robi Via Ferrata czyli "żeliwna droga" to kijki są Ci w ogóle nie potrzebne a kask czasem się przyda.
My Via Ferrata nie będziemy robić. Ja niestety odpadam w przebiegach, Darek pewnie by zrobil nawet te średnio trudne ale na tym wyjeździe wybrał czas ze mną. Nadal jednak z zainteresowaniem patrzył jak hipki się wspinały po prawie pionowych ścianach szukając półek skalnych na których można odpocząć.
Dzisiejszy szlak (Tour of the Tofane) pomimo, że nie jest w kategorii Via Ferrata to jest w rejonie słynącym z takich tras. Czy to w czymś przeszkadza? W sumie to w niczym ale części szlaku były takie, że dla ludzi co robia Via Ferrata to pikuś, spacer w central parku a dla mnie? No był odcinek, który jak przeszłam to głęboko odetchnęłam.
Dolomity są skałami wapiennymi a co za tym idzie, dość łatwo się kruszą. Dlatego dużo szlaków to albo większe kamyczki, skałki albo piargi. Skałki i piargi jakoś się przejdzie ale gorzej jak sie trochę szlaku ukruszy i bedzie on dość wąski.
Do planowania szlaków używamy aplikacji na telefon, All Trails. Super baza szlaków ma całym świecie z komentarzami ludzi. Właśnie jeden z takich komentarzy polecił nam aby zamiast trasy 404 iść inną, troszkę niżej. Obawialiśmy się, że idąc niżej będziemy mieli gorsze widoki ale nawet nie było źle. Poranne słońce wstawało i widoki były cudo.
Niestety jest to kolejny dzień wakacji na którym wstajemy o 4 rano. Ale mi to odpoczynek powiecie. A ja wam odpowiem, że lepsze to niż nasz pierwotny plan gdzie mieliśmy iść od schroniska do schroniska, z Chamonix do Zermatt. Tam to dopiero bym się mało wysypiała w takich schroniskowych salach z innymi chrapiącymi ludzmi. My wybraliśmy bardziej luksusową wersję czyli śpimy w hotelach i mamy w miarę wygodne łóżko i zero kolejki do toalety.
Ale wracając do szlaku. Tym razem z hotelu mieliśmy ok 45 min na szlak ale nadal zdążyliśmy zacząć go o 6:30 rano. Tak wczesny start daje nam szansę skończenia przed popołudniową burzą i pokonania stromego oddcinka nie w słońcu.
Niestety dziś ta druga rzecz nam się nie udała. Dzisiejszy szlak idzie na około przez fajne górki i tereny. Jak sama nazwa mówi jest to tour. W związku z tym jest trochę góra dół góra. Zaczynamy z 2000 m i wychodzimy ok 300m żeby zejść 50-100m aby znów wyjść 100m ale to nie koniec. Po osiągnięciu pierwszego “szczytu” schodzimy ponownie na 2000m aby wspinać się na 2600m. W tym scenariuszu ostanie 600m już nie da się pokonać bez słońca.
Pierwszą część pokonaliśmy z przyjemnością. Był jeszcze poranny chłód, piękne widoki i stosunkowo mało ludzi. Może spotkaliśmy okolo 3-4 par.
Więcej ludzi było na ścianach i robili Via Ferrata. Słyszeliśmy ich głosy czasami i to nas zainteresowało, żeby popatrzeć do góry i zobaczyć jak te mrówki się poruszają.
W Dolomitach nie zdobywa się za bardzo szczytów. Szlaki są piękne i wyciskają z nas ostatnie poty ale zazwyczaj prowadzą na przełęcze. Piękno Dolomitów jest w szpiczastych, ostrych szczytach których w ogóle nie można zdobyć albo tylko Via Ferrata.
Tak więc my głównie obchodzimy szczyty i wspinamy się na przełęcze. Około 3h zajęło nam pokonanie pierwszego odcinka i znów znaleźliśmy się na wysokości parkingu (2000m). Niestety byliśmy po złej stronie góry i musieliśmy wspiąć się na przełęcz. Dobrze, że na przełęczy jest schronisko (Rifugio Giussani). Przynajmniej będzie okazja na podreperowanie sił.
Początek wyjścia na przełęcz był dość ostry z porobionymi skalnymi schodami czy linkami asekuracyjnymi. Na szczęście był w cieniu góry. Tak udało nam się pokonać jakieś 150 m. Ubywa, jedna czwarta za nami.
Natomiast pozostałe 3/4 szlaku do góry to była tak zwana wspinaczka na pieska. Czyli szliśmy od cienia do cienia, a dużo ich nie było, i jak tylko stawaliśmy w cieniu to jak dobre pieski, z językami na wierzchu oddychaliśmy i chliptaliśmy wodę.
Dobrze, że szlak był dość łatwy i można było skupić się na rytmicznym, krok za krokiem poruszaniem się do przodu. Widoki też pomagały bo zdecydowanie odciągały od myślenia o trudach a pozwalały skupić się na tym co piękne (widoki) i konieczne (iść do przodu). Ale czy właśnie nie o to chodzi w górach, żeby skupić się na tym co ważne a nie trudach i przeszkodach? Na koniec i tak pamięta się tylko to co dobre i piękne.
Krok po kroku od cienia do cienia pokonaliśmy te 600m i zobaczyliśmy schronisko. Jak to kolega mi powiedzial….”Ilonka nie dygaj, dasz radę, jeszcze tylko 8 hików.” No w tym słońcu to miałam parę razy zwątpienie czemu ja nie wybrałam Grenlandii na świętowanie naszej rocznicy tylko hikowy wyjazd w środku lata, we Włoszech. To już prawie jak detox bo wszystko się wypoci.
Jak tylko ujrzeliśmy schronisko to już same nogi pchały nas do przodu. Do zimnego piwka, ławeczki w cieniu i pysznego jedzonka.
Zimne piwko było, a cała reszta to tak sobie wyszła. Ławeczki w cieniu nie było tylko stolik w środku, a jedzenie…. średnie mieli wybór i część dań taka trochę śniadaniowa jak np moje parówki. Myślałam, że będzie to polska kiełbasa z grilla ale ten przysmak widać jeszcze nie dotarł do Tyrolu.
Schroniska we Włoszech mają kelnerów/kelnerki i dzięki temu nie można siedzieć przy stoliku na krzywy ryj. Dzięki temu jest miejsce dla ludzi którzy naprawdę chcą zjeść i wspomóc schronisko kupując u nich posiłek. Jak chcesz sobie zjeść własną kanapkę to zawsze jest jakaś trawka czy ławeczka w okolicy. Natomiast w środku tłumy są takie idealne. Nie jak w Polskich schroniskach gdzie ciężko szpilkę wsadzić. Pewnie przy złej pogodzie wyglada to inaczej ale mamy nadzieję, że się nie przekonamy.
Opuściliśmy schronisko i zaczęło się z górki na pazurki. Totalnie w dół, zygzakami aż ciężko było hamować miejscami. Oczywiście znalazły się wynalazki które stwierdziły, że na skróty zejdą ale wiecie co? Wcale szybciej nie byli.
Do zejścia mieliśmy te 600 m co się wspinaliśmy ale trasa była super. Po żwirze ale szeroka, w miare ok nachylona, tak to można schodzić i podziwiać widoki.
A widoki tu są niesamowite. Ogólnie to jest tu jakaś taka przestrzeń, że wszystko wydaje się tak daleko ale po godzinie schodzenia zdajesz sobie sprawę, że już tyle ubyło.
Zejście właśnie tyle nam zajęło, godzinkę. To co zastaliśmy na dole to przerosło nasze oczekiwania. Parking napakowany na maksa. Część ludzi na pewno przyjeżdża tu tylko aby zrobić sobie piknik na dole albo posiedzieć w schronisku na dole. My też zrobiliśmy sobie nasz własny piknik.
Zastanawialiśmy się tylko jak my wyjedziemy z tego parkingu. Prowadziła tu bowiem szutrowa górska droga która była wykorzystywana w czasie Pierwszej Wojny Światowej. Jak jechaliśmy rano to nie było problemu bo było bardzo mało samochodów a do tego wszystkie jechały do góry teraz to jest mix grotołazów co już kończą dzień i zjeżdżają na dół i śpiochów co dopiero po śniadaniu wymyślili co robić.
Na szczęście nie było źle i trafiliśmy w jakąś dziurę gdzie większość jechała w dół i tylko 2-3 niedobitki wybierały się w przeciwnym kierunku.
Plusem wczesnego wyjścia na szlak jest fakt, że przed kolacją można się rozerwać. Jutro już wyjeżdżamy z Cortiny a jeszcze nie byliśmy “na mieście”. Dziś stwierdziliśmy, że to nadrobimy.
Stety, niestety za dużo nie pozwiedzaliśmy. Doszliśmy do lokalnego baru przy drodze i weszliśmy, żeby schronić się przed deszczem. Niestety popołudniowe burze to prawda i koło 15-16 warto być już na dole pod dachem.
Dziś żegnamy się z naszym hostelem ale co gorsze żegnamy się też z pierogami z burakami. Takie coś jedliśmy pierwszego wieczoru i tak mi zapadlo w pamięć, że zarzadziłam, że wracamy na kolację do hotelu. Darek nie narzekał bo polubił załogę która miała takie samo poczucie humoru jak on.
Były pierogi, było pyszne mięsko (tatar z sarniny) i jeszcze lepsze winko. No i oczywiście Tiramisu. Choć Darek ocenił je tylko na 7 w skali 10. Tym o to sposobem 1/3 naszego wyjazdu dobiega końca. Wow ale ten czas leci jak się człowiek dobrze bawi.
2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)
W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.
Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.
Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.
To po co tu przyjechaliśmy?
Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!
Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.
Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.
Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.
Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.
Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.
Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.
Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.
Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.
Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.
Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.
Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.
Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.
Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.
W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.
Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.
Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.
Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.
Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.
Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.
Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.
Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.
Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.
Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..
2026.08.13 Cortina, IT (dzień 2)
Problemy Amerykanów w Europie… Jak spakować to wszystko do tego małego samochodzika. Tak, cooler też z nami przyleciał. Wszystko można nadać.
Na szczęście to nie nasze pierwsze rodeo. W Europie trzeba brać małe auta, zwłaszcza jak chce się odwiedzać małe górskie miasteczka. A pakowanie….zawsze się jakoś upcha. Nawet udało się tak upchać, że jeszcze na zakupy mogliśmy pojechać i dokupić parę zgrzewek wody.
Link do video: https://youtu.be/dZVLUR0e9e4?is=ZF4lKj__ZllOgAmZ
Italiano na całego, Mini Copoper, Italian disco w głośnikach i autostrady…chciałam napisać że super drogie ale nawet nie było tak źle. Z Mediolanu przez obwodnicę Wenecji do Cortiny zapłaciliśmy tylko 30 EUR. Jechaliśmy autostradą prawie 300km i powiem szczerze, że bałam się jaki rachunek nam na koniec wystawią.
Autostradą fajnie się jechało. Nawet zaskoczna byłam jak mało aut było na drodze. Były momenty gdzie trzeba było zwolnić ale ogólnie to nie było źle. Zresztą sami widzicie. Po amerykańskich korkach na pięcio pasmowych autostradach to aż miła odmiana.
Za to jak wjechaliśmy w górskie drogi to już żadne z nas nie narzekało, że samochód jest mały. Cieszyliśmy się, że bez problemu możemy jechać jak lokalni a nie turyści co wynajęli za duże auta.
Korki były ale na szczęście w przeciwnym do naszego kierunku. Chyba ludzie pokończyli szlaki i wracali do swoich hoteli. My po mimo, że śpimy w najsłynniejszym miasteczku Dolomitów to też będziemy musieli podjeżdżać na szlaki, ale może jakoś się uda bez korków. Jutro się przekonamy.
Cortina jest słynna bo w tym roku była tu olimpiada zimowa. Wspólnie z Mediolanem. Czyli ci wszyscy zawodnicy i inni organizatorzy tędy jeździli. Może dlatego niektóre drogi i części autostrady wyglądały na dość nowe.
Dolomity są też słynne z narciarstwa choć Darek jak zobaczył ich mapy resortów to stwierdził, że nie musi tu przyjeżdżać. Krótkie wyciągi i jakoś to takie rozbite na miasteczka. Wesoło tu musi być z korkami w zimie.
Jadąc tu boję się, że całe wakacje będą zepsute przez ilość tłumów ale wierzę, że Darek wykorzystał swoje super moce i znalazł szlaki które są mniej popularne ale ładniejsze. Bo jak internet poleca szlak to pierwsze 3 trzeba skreślić i zacząć szukać głębiej. A w Dolomitach to chyba trzeba skreślić pierwsze 10 i dopiero szukać dalej. Bo pierwsze 10 będą oblegane przez turystów a niekoniecznie będą najładniejsze. Bo na najładniejsze szlaki trzeba wejść dalej w góry.
Dolomity są chyba rejonem najbardziej popularnym na Instagramie. Niestety media społecznościowe zepsuły podróżowanie bo ludzie wystawiają zdjęcie i potem każdy chce tam iść ale nie zdaje sobie sprawy, że podobnie można zjeść w restauracji obok albo żeby zrobić to mega zdjęcie trzeba się wspinać kilka godzin. Ja czasem sobie nanoszę na mapkę punkty które widzę na Insta ale zawsze je weryfikuję jak już wiem, że tam pojadę. W przypadku Dolomitów nawet nie mówiłam Darkowi co mam na mapie bo wiem, że cokolwiek on znajdzie będzie tysiąc razy lepsze niż Instagram.
W Cortinie śpimy w hotelu Lajadira. Nie było łatwo znaleźć w Dolomitach noclegu. Albo ceny masakra, albo recenzje takie sobie. Zobaczmy co ten hotel nam zaoferuje ale na pierwszy rzut oka wygląda całkiem fajnie.
Jutro musimy wcześnie wstać. Śniadanie zamówiliśmy na 5 rano więc dziś nie chodziliśmy nigdzie tylko zjedliśmy kolację w hotelu. Było bardzo smacznie i z bardzo wesołą załogą, która na koniec poczęstowała nas Limoncello. Najbardziej jednak wygrały pierogi z burakami. Wg. standardów Włochów jako pierwsze danie je się makarony. Makarony to może za dużo i ciężko ale pierogi z burakami wpadły mi w oko, i rzeczywiście pychota. Zwlaszcza ten mak którym są posypane dopełnia smaku.
Cortina jest dość rozłożystym miasteczkiem jeśli chodzi o standardy miasteczek górskich i pójście do restauracji może zająć nawet z 30-45 min. Pomimo, że spacer przed i po kolacji jest wskazany to dziś postawiliśmy na efektywność i oszczędność czasu. Jutro pora poznać tę górki i zobaczyć co mają do zaoferowania.
2026.08.12 Mediolan, IT (dzień 1)
Latanie jednak może być przyjemne. Jak to się mówi, jak nie lubisz latać to znaczy, że jeszcze nie poleciałeś liniami które ci się spodobały. Emirates wygrywa…wygrywa wszystkie konkursy. Ale najbardziej super miękka pidżamę, normalne drotowe ręczniki do jednorazowego użycia w toalecie, pyszne jedzenie i wino, bar na pokładzie i przestronne siedzenia ale przede wszystkim cisza. Nigdy nie leciałam tak cichym samolotem, ale sciany miał grube. Tak grube, że zdjęć się nie dało robić ale to nic, najważniejsze, że była cisza.
W żadnym samolocie aż tak się nie wyspałam. Na śniadanie musieli mnie obudzić bo spałam mocnym snem. I wiecie co? To śniadanie to nie było jakieś papierowe…byly to normalne jajka które sprawiły, że aż do kolacji nie byliśmy głodni.
Lot minął nam szybciutko. Mieliśmy późny wylot i w związku z tym późne lądowanie. W Mediolanie byliśmy dopiero w południe. W mieście/hotelu jednak dopiero 1.5h później. Lotnisko w Mediolanie jest położone dość daleko. Jakieś 45min samochodem od centrum. Jednak trochę nam zeszło aby odebrać bagaże i znaleźć Ubera. Znaleźć gdzie się zatrzymują Ubery nie było łatwo ale jakoś go wypatrzyliśmy wg. mapki i mogliśmy wygodnie usiąść w Merolu. Woleliśmy Uber’a niż taksówkę z postoju bo jakoś nie ufamy jeździe na licznik, wolimy znać cenę z góry no i dobrze bo Uber też ma dużo fajniejsze auta i z klimą.
Niestety pokoju jeszcze nie mieliśmy. Tym razem nie śpimy w Marriocie tylko jakimś butikowym hoteliku. I znów stwierdziliśmy, że może i lepiej? Mniejszy hotel a nie duża sieciówka to się bardziej starają. Woda, ciasteczka, inne napoje za darmo w lobby, lodówka w pokoju też wypełniona za darmo napojami a do tego jeszcze darmowy buffet a lunch i kolacje. Fajnie tak, że ziemna woda pod ręką bo tu trzeba pić dużo. Jest zdecydowanie za gorąco no ale kto jedzie do Włoch czy południowej Europy w lato….chyba nikt normalny.
To co my właściwie robimy w środku lata w upalnych Włoszech? Darek obiecał, że kiedyś będzie chłodno…. kiedyś czyli jutro jedziemy w góry, Dolomity i ma być średnio 10C chłodniej. Miejmy nadzieję. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy od razu po samolocie więc jedną noc spędzimy w Mediolanie ale już wiemy, że za dużo nie pochodzimy. Czekając na pokój wyszliśmy z hotelu tylko przejść się parę minut ale nie dało się i wstąpiliśmy do lokalnego baru. Lokalnego bo każdy tu każdego znał i wstępował na 5-10 min na szybkie espeesso i ruszał dalej. Tylko my jacyś śmieszni turyści zamówiliśmy piwko.
O 15 godzinie w końcu dostaliśmy pokój i padliśmy. Emiraty emiratami, samolot wygodny ale jednak łóżko to łóżko. Jak padliśmy to dopiero obudziliśmy się na kolacje.
Na kolację wybraliśmy Cantine Milano które słynie z wyboru win. Koncept restauracji jest, że najpierw wybiera się wino a potem jedzenie. Trochę przeciwnie do tego co robimy normalnie gdzie wino dopasowuje się do jedzenia. Dlatego po raz pierwszy zaczęliśmy od studiowania 50 stronnicowej listy win a potem zdecydowaliśmy, że do pysznego Cab+Merlot z Lombardii potrzebne jest jakieś fajne mięsko.
Małe porcje nie? Zwłaszcza jak na Amerykanów… Nam akurat bardzo spasowały bo jakoś dalej nie byliśmy super głodni. Ale porcje są takie bo Włosi traktują makaron jak my zupę. U nich zamawia się najpierw przystawkę, potem makaron i dopiero na główne jakieś mięsko czy rybkę. My przeskoczyliśmy odrazu do glownego dania ale za to mieliśmy miejsce na deser.
Darek obiecał, że codziennie będzie jadł tiramisu. Ciekawe czy plan zrealizuje. Restauracja była fajna ale jednak troszkę za słabą mieli klimę. Najpierw myślałam że dlatego, że pewnie dopiero włączyli jak otwierali wieczorem ale niestety im więcej ludzi przybywało tym cieplej się robiło. No tak potwierdza się, że do Europy nie lata się w lipcu bo nawet o 10 wieczór jak wyszliśmy to było trochę ponad 30C.
Co ogólnie myślimy o Mediolanie. Ja lubię to miasto. Byliśmy tu kiedyś w 2014 roku (https://www.idmtravels.com/blog/2014-mediolan-4) i wtedy zwiedzaliśmy katedrę, którą uwielbiam i inne atrakcje. Teraz pomimo, że do katedry mamy około 15-20 min na nogach nie poszliśmy tam. Restauracja była w innej części miasta, bardziej biznesowej. Spodobało mi się, że Mediolan ma dużo parków i naprawdę starają się go “za lesić”. Nawet budynki mieszkalne na balkonach mają drzewa.
Trochę nas zdziwiło jak bardzo opuszczone i zamknięte jest to miasto. Mieszkania i biznesy mają pozamykane rolety, knajpki pozamykane nawet wieczorami. Chyba rzeczywiście są duże wakacje we Włoszech i wszyscy wyjechali w góry.
My też wyjeżdżamy jutro. Darek spędził dużo nocy planując szlaki i wiem, że zrobił to tak dobrze, że uciekniemy przed tymi tłumami. Póki co wracamy do chłodnego pokoiku i mamy nadzieję, że jet-lag nas nie dołapie.
2026.08.11 Mediolan & Dolomity, IT (dzień 0)
Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?
Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.
Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.
5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.
Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.
Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.
Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.
W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.
Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.
W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.
Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.
Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.
Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.
Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!
Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.
Wiecie co jadłem? Hamburgera!
Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.
Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.
Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…
Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.
Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.
Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.
Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….
Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.
Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….
2026.07.19 Breckenridge, CO (dzień 3)
OK, czyli jesteśmy górołazami, ale jak poważnymi. Bardzo dobre pytanie. Czy ktoś kto wychodzi tylko na Macejową jest górołazem, czy różni się od osoby która idzie w góry na 12h albo mniej. A jak nazwać osobę która wspina się kila dni? W Polsce mówi się “chodzę po górach”, “uprawiam alpinizm”. Ale im więcej opcji tym określenie “chodzę po górach” może dla każdego znaczyć coś innego. To tak jak z winem… piję dobre wina… dla kogoś dobre będzie za $10, dla kogoś za $30 a dla innych powyżej $100. W dzisiejszych czasach jest tyle poziomów robienia czegoś ile ludzi. Więc jak określić jakim górołazem jesteś?
Ostatnio na kolacji służbowej ktoś zadał mi to pytanie. Jak zaangażowanym górołazem jesteś. Nie bardzo umiałam na to odpowiedzieć ale osoba zadająca pytanie miała pomocnicze pytanie. “Czy masz buty na hike?”. No to już lepiej… tak, mam trzy pary. I takim oto sposobem okazało się jak zaawansowanym górołazem jesteś. Ja mam trzy pary, ale Darek już cztery. Jest coś w tym. Na baby hikes można iść w lekkich butach poniżej kostki, na większe wspomaganie kostki się przydaje a do tego dochodzą zimowe szlaki gdzie buty muszą być na raki.
Dzisiaj robimy baby hike. I pomimo, że jesteśmy w pięknych i wysokich górach i moglibyśmy spokojnie iść na 8h szlak to wybraliśmy coś do 3-4h. Dlaczego? No bo dziś jest mecz. Góry zawsze będą a mecz o pierwsze miejsce w mistrzostwach świata 2026 jest tylko raz. Jeśli będzie bo powietrze w Nowym Jorku nadal jest makabryczne. Będziemy obserwować co zdecyduje FIFA. Zawsze będzie można przedłużyć szlak i iść gdzieś dalej.
Dziś Darek wynalazł szlak Black Powder (czarny proszek) z przełęczy Boreas Pass. No tak, tu gorączka złota była pełną parą więc pewnie czarny proszek do wysadzania był używany często. Teraz to już tylko zostały resztki kolei z tamtych czasów no i góry. Bo gór na szczęście nie powysadzali.
Z przełęczy do punktu widokowego nie było wiele. Trochę ponad 300 m. Idealnie na spacerek przed śniadaniem. Mówiłam, że będzie to baby hike.
Ale było cudo. Na parkingu nie było żadnego innego auta, po drodze widzieliśmy bardzo dużo namiotów i miejsc biwakowych więc w górach pewnie nie byliśmy sami. Ale na szlaku, nie było nikogo. Wyruszyliśmy zaraz po 7 rano więc było idealnie. Ten moment kiedy świat budzi się do życia, powietrze jest rześkie, słońce takie poranne, powietrze jeszcze chłodne a ty zaczynasz dzień z przepięknymi widokami. Normalnie aż chciało się usiąść na trawce i wypić kawę. Tylko że kawy nie mieliśmy.
Szlak był cały czas do góry i widoki towarzyszyły nam przez cały czas. Tak się fajnie szło, że w około godzinę doszliśmy do punktu widokowego. Tutaj przywitał nas świstak który wygrzewał się w słoneczku. Niestety jak nas zobaczył to zaczął gonić w kółko i na zdjęcie się nie załapał.
Z tym szlakiem to jest tak trochę dziwnie. No bo na All Trails, aplikacji którą używamy w górach szlak tylko był do punktu widokowego. Wg. nas punkt widokowy był trochę wcześniej, natomiast Darek gdzieś wyczytał, że można iść z punktu widokowego dalej i wyjść na Bald Mountain.
Poszliśmy więc to wszystko obczaić. Dokąd był szlak to i my szliśmy. Niestety przy kupie kamieni szlak się skończył. Niby widać ładnie było górę, stosy kamieni po których normalnie by można było wyjść… normalnie jak się ma tlen. Nie zapominajcie, że to wszystko dzieje się na wysokości 3,800 m. Czyli iść można ale już jakieś nagłe ruchy czy większy wysiłek nie są wskazane.
Czas mieliśmy nie najgorszy… czas i pogoda to były jedyne rzeczy które mieliśmy. Z tlenem i szlakiem było trochę gorzej. Zwłaszcza ze szlakiem…jakbyśmy nie szukali to go nie mogliśmy znaleźć.
Aż dziwne, że ludzie nie wydeptali zig-zaków na szczyt. Był kawałek do pokonania ale nie było to takie strasznie trudne. Jakbyśmy byli na poziomie tysiąca metrów to pewnie byśmy się po tych kamyczkach wyspinali bo nachylenie było idealne i zachęcało, żeby iść dalej. Kiedyś tu wrócimy jak będziemy już mieszkać a Denver. Wtedy takie 4tys metrów to będzie dla nas pikuś.
Nadal nie mogę uwierzyć, że taki piękny szlak i bliski jest tak na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy niedosyt jeśli chodzi o zmęczenie, jeśli chodzi o widoki to nie mogliśmy się napatrzyć i nadziwić.
Nie udało nam się znaleźć szlaku więc zawróciliśmy. Schodząc na dół spotkaliśmy już dużo więcej ludzi. Nie zazdrościliśmy im. Szlak jest piękny ale jego piękno polega na braku lasów przez co są piękne widoki. Ale co się z tym wiąże to cały czas idzie się w słońcu. Jak schodziliśmy to już było po 10 i słoneczko grzało na maksa. Dla nas ok bo by schodziliśmy ale wspinać się do góry w tym upale to nie jest fajne. Opłacało się wcześnie wstać.
Niedługo po 10 byliśmy znów na Boreas Pass. Pomimo ciężkich warunków klimatycznych w początkach XIX wieku mieszkało na przełęczy 150 ludzi. Ich główne zadanie polegało na utrzymaniu kolei która przebiegała przez przełęcz i łączyła Denver z Leadville. Aktualnie Leadville nie jest popularnym miasteczkiem choć nasza agentka nieruchomości polecała nam rozważyć Leadville jak szukamy czegoś co się dopiero rozwija. Może znów wróci do łask. Jednak aktualnie są drogi którymi łatwo można się dostać między Denver i Leadville i nie trzeba wyjeżdżać na przełęcz. Przez 50 lat jednak kolej tutaj funkcjonowała w najlepsze i było doceniana przez mieszkańców Kolorado.
To było 200 lat temu i po kolei zostały tylko resztki torów, tablice pamiątkowe i parę domków które robią za schroniska dla tych co postanawiają pokonać te góry na nartach w zimie. No bo są tacy co lubią na nartach z plecakiem przemieszczać się tu dniami.
Z przełęczy jest kilka innych szlaków ale wszystkie są dość krótkie za to widokowe. Dobra miejscówka, żeby pokazać gościom jak ktoś nas odwiedzi w Kolorado (jak już tu się przeprowadzimy). My jednak skierowaliśmy się na dół. O ile wyjeżdżając na górę byliśmy sami na drodze o tyle zjeżdżając już widzieliśmy dużo więcej aut a na samym dole stała policja i sprawdzała czy naprawdę twoje auto jest zdolne wyjechać po tej drodze żużlowej.
Czasowo idealnie nam się wszystko ułożyło i zdążyliśmy na mecz. W finale grała Argentyna i Hiszpania. My przez całe mistrzostwa kibicowaliśmy mocno Europie. Bo z takich ciekawostek to w Stanach zawsze ma się więcej niż jeden zespół do kibicowania. Jest USA i… po pierwsze USA jeszcze się uczy więc warto mieć inny zespół w zanadrzu a po drugie to jest tu tyle imigrantów, że każdy ma jeszcze jakieś inne ulubione kraje.
Na mecz poszliśmy do Bold. Choć musimy przyznać, że trochę nasza ulubiona knajpka nam podpadła. Z każdym dniem pogarszał się serwis i coraz młodsi i mniej doświadczeni ludzie byli za barem. No nic trzeba będzie znaleźć coś innego.
W ramach znajdowania czegoś nowego na kolację wybraliśmy nową restaurację. Już mi parę razy chodziła po głowie ale jakoś albo nie było okazji albo nie brali rezerwacji na większe grupy. Tym razem wszystko się zgrało i w końcu odwiedziliśmy Rootstalk. Jedzenie z wyższej półki ale też obsługa dużo lepsza niż w Bold. Nawet kelner w pewnym momencie przyszedł do Darka i powiedział, że pieką mu steka drugi raz bo pierwszy wyszedł za bardzo wypieczony i czy chcemy w między czasie jakąś przystawkę za darmo. Przystawki nie chcieliśmy ale deser czemu nie.
A deser to niebo w gębie. Nie da się ukryć. Cudo….
Fajna restauracja żeby zakończyć ten krótki ale jaki przyjemny wypad w górki. Jutro wracamy do Denver i NY. W Denver jeszcze wyskoczymy na sushi z naszą agentką nieruchomości, podziękować jej za całą pomoc. A potem to już prosto do NY. Tym razem aż chce nam się wracać. Darek załatwił super bilety na Jon Bon Jovi w MSG.
Tym razem Suite Sixteen nie był oblegany przez branżę marketingową. Tym razem biznes alkoholowy przejął suite. Podstawowa różnica? Jak ja załatwiam bilety tu to ledwo miejsce siedzące można znaleźć a za drinki trzeba płacić. Jak Darek załatwił to nie dość, że miejsc siedzących było pod dostatkiem to jeszcze pyszne szampany się lały bez limitu. Tak to można oglądać koncerty! Marzenia są po to żeby je spełniać. No i Darek spełnił moje marzenie i po 15 latach zobaczyłam Bon Joviego w końcu na żywo.
2026.07.18 Breckenridge, CO (dzień 2)
W góry niestety trzeba wychodzić wcześnie rano. Nie ma znaczenia czy zima czy lato. W zimie dzień się szybko kończy, a chodzenie zimą po ciemku i mrozie na pewno nie należy do przyjemności.
W lato jest zupełnie odwrotnie. W ciągu dnia jest za gorąco żeby chodzić. Rano i wieczorami jest przyjemnie chłodno. Niestety popołudniowe burze są częste i niebezpieczne, zwłaszcza w wysokich górach. Rejony szczytów czy grani najlepiej jest opuścić przed godziną 13. No i najważniejsze, trzeba zejść na dół przed zachodem słońca, żeby znaleźć jakiś browar i póki jest ciepło usiąść na zewnątrz z widokiem na góry i odpocząć.
Na dzisiaj mamy zaplanowane ponowne zdobycie szczytu 10. Parę lat temu zabrakło nam czasu/energii/aklimatyzacji. Dzisiaj bardziej przygotowani czasowo, logistycznie i pełni energii spróbujemy ponownie go zaatakować. Wczorajszy późny start i związane z tym niepowodzenie w zdobyciu szczytu nauczyło nas jednego, pobudka o 6 rano!
Szlak na szczyt 10 (4,157 m.) zaczyna się dokładnie z Breckenridge, prawie spod naszego mieszkania. Niestety jest on dość długi i suma w obu kierunkach wynosi 22km. Trochę to dużo jak na „spacerek” powyżej 4,000 metrów bez pełnej aklimatyzacji.
Na szczęście mądrzy ludzie w górach w Kolorado w lato pozwalają jeździć samochodami po resorcie narciarskim. Kocham tą wolność zachodu. Nawet nie trzeba mieć żadnego specjalnego Jeep-a. Większość samochodów może spokojnie do połowy góry dojechać, czyli na wysokość 3,436 metrów. Jak zwykle nie udało mi się wypożyczyć zwykłej Toyoty 4 Runner tylko znowu dostałem lepszy samochód w tej samej cenie. Dali nam BMW X2 35 M power. Szybkie i mocne to! Tutaj na szutrze nie potrzebowałem takiej mocy, ale na autostradzie 70 to można się bylo pobawić.
Wjazd do resortu jest za darmo i można nawet wyjechać prawie na sam szczyt. Oczywiście gdzieś tak od połowy góry, czyli od górnych stacji wyciągów narciarskich droga się zmienia z off-road na górską. Tam już jest ciekawie i bez specjalnego samochodu przystosowanego na takie warunki i bez odpowiednich umiejętności nie polecam tam jechać. Są tak ostre kamienie, że bez specjalnych opon nie ma co tam robić. Zwykłe opony się szybko poprzecinają.
Tak jakoś dziwnie się jedzie do góry po trasach narciarskich którędy w zimie się śmiga na nartach. Mija się wyciągi, knajpy które są oblężone w sezonie a teraz wszystko wyzamykakne na cztery spusty. Droga nie jest trudna. Czasami woda zrobiła koleiny i trzeba troszkę pomyśleć jak je ominąć, ale ogólnie to bez żadnego problemu wyjechaliśmy.
Do tego miejsca prawie każdy samochód może dojechać. Dalej już jest zupełnie inaczej i na 120% nasz samochód by sobie tam nie poradził. Tutaj dochodzą wyciągi narciarskie na główną bazę pod szczytem 9. Znajduje się restauracja/bar/ubikacje i inne konieczne udogodnienia dla narciarzy. Aktualnie nie ma sezonu i wszystko jest zamknięte.
Miejsca na parking jest wiele. Byliśmy drudzy na „parkingu”, tylko samotne Subaru sobie stało. Zaparkowaliśmy gdzieś z boku, ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na nogach. Do szczytu wciąż mamy 5km i ponad 700 metrów w pionie.
Ósma rano, wysoko w górach, chłodno, słoneczko, brak ludzi i wiatru…. no IDEALNIE!
Cały czas będziemy się znajdować powyżej górnej granicy lasów, czyli zero cienia przez cały dzień. Na tej wysokości z pustynnym słońcem nie ma żartów. Albo się dobrze smarujesz kremem z 50+ filtrem, albo zakrywasz ciało. Jesteś mniej więcej na szerokości geograficznej północnej Afryki. Wybraliśmy zakrywania ciała.
Fajnie tak się idzie trasami narciarskimi i wspomina się zimę jak tutaj się wyszukuje ciekawych zjazdów. Znajdujemy się na granicy górnych wyciągów więc większość tras tutaj to albo ◆◆ albo otwarte przestrzenie do których trzeba podejść żeby fajnie zjechać. Całą dolinę między szczytem 8 i 9 widać jak na dłoni. Zimą jest tu bajka. Teraz tylko zwierzaki się tu pasą.
Prawie do samego szczytu idzie się „drogą”. Idąc do góry nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Pewnie za wcześnie dla nich. Oni nie muszą wcześnie wstawać i mogą się fajnie wyspać. Samochodem znacznie szybciej pokonuje się te odległości.
Wyszliśmy gdzieś na 3,700m. Znajduje się tutaj płaski teren między szczytami 9 i 10. Od tego miejsca droga wspina się na szczyt znacznie stromiej. Dalej można tutaj jechać samochodem jak się umie i ma się czym. Usiedliśmy na chwilę na trawce, zjedliśmy coś i nabraliśmy energii przed atakiem na przełęcz która znajduje się już powyżej 4,000 metrów.
Z początku szło się w miarę ok, ale im wyżej tym brak tlenu starał się coraz to bardziej odczuwalny. Trasa jest bardzo łatwa, jedyne utrudnienie to wysokość.
Przełęcz osiągnęliśmy gdzieś około 11:30. Do tego miejsca można dojechać samochodem. Nawet widzieliśmy kolumnę trzech samochodów wspinającą się do góry. Dwa wyjechały, jednemu się nie udało. Później spotkałem tego kierowcę i mi powiedział, że nie jechał dalej bo się bał o samochód. Szkoda mu go było aż tak niszczyć.
Do szczytu z przełęczy jest jakieś 30 minut. Tutaj już nie jest łatwo. Po skałach granią do góry. Nie jakieś bardzo techniczne ale ręce potrzebne. Samochodem by już tego nie zrobił. No i wysokość i brak tlenu coraz bardziej odczuwalne. Podciąganie się na +4,000 metrów nie jest łatwe.
Około południa stanęliśmy na szczycie 10! Wysokość 4,157m. Zmęczeni ale zadowoleni, że w końcu się udało!
Przyjemnie powiewało tutaj chłodem. Można było zrzucić plecaki, ściągnąć buty i się schłodzić. Jest to jeden z wyższych szczytów więc widoki przy dobrej pogodzie też były nieczego sobie.
Na szczycie spotkała nas trzy-osobowa grupa która wyszła (wybiegła) z drugiej strony, od szczytu 9. Wiedziałem o istnieniu tego szlaku, ale słabo był on polecany. Chłopaki potwierdziły, że jest słabo oznaczony, cały czas po skałach i bardzo łatwo go zgubić. Oni w ogóle to biegają po górach i nie patrzą na szlaki. Biegną od szczytu 1 przez wszystkie szczyty i gdzieś dalej. Trenują na jakieś górskie zawody. Spokojnie robią ponad 20km.
W pierwotnym planie mieliśmy przejść ze szczytu 10 i wyjść na 9 i z niego zejść do samochodu innym „szlakiem”. Ale to jest szlak widmo, czasami jest czasami go nie ma. Idąc dzisiaj do góry wypatrywałem go ale się nie udało go wyczaić. Chłopaki powiedziały, że słyszały o jego istnieniu ale nigdy go nie znalazły. Mówili, że szczyt 9 jest w miarę prostym szczytem i łatwo można z niego zbiec po kamieniach albo trawie, ale na żadnej z map tego szlaku nie ma. Na GPS też go nie namalowali.
Nie posłuchaliśmy porad lokalnych i nie ruszyliśmy w kierunku 9. Pewnie by to było do zrobienia, ale schodząc z czterotysięczników bez szlaku za bardzo nam się nie uśmiechało. A co najważniejsze, dzisiaj mecz o 3 miejsce: Anglia - Francja. Trzeba go w BoLd oglądnąć.
Zejście do przełęczy sprawiało trochę trudności i trzeba było pomału i ostrożnie schodzić. Natomiast później to już leciało. Szeroką drogą można było szybko się poruszać. Im niżej tym więcej tlenu - nawet głowa przestawała boleć.
Żadnych dużych zwierzaków nie widzieliśmy dzisiaj. Jedynie co to na polanach Świstak pozował nam do zdjęć. Chciał nam pogratulować zdobycia szczytu.
Teraz jak schodziliśmy to znacznie więcej samochodów jechało do góry. W sumie to jakieś 10-12 nas minęło. Wszystkie oczywiście Jeep Rubikon albo podobne do tych klasycznych, terenowych zabawek. Jechało też paru rowerzystów do góry. Większość na elektrycznych rowerach, ale było paru mocnych co używają tylko mięśni.
Około godziny 14 dotarliśmy do samochodu. Na parkingu przybyły jakieś 2-3 inne samochody. Ludzi na szlaku nie widzieliśmy, pewnie poszli w inne rejony. Może znaleźli szlak na szczyt 9 i tam się udali.
Udało nam się. Jak tylko weszliśmy do samochodu to zaczęło padać. Na początku lekko, a potem to nawet czasami musiałem wycieraczki w samochodzie na 2 włączać. Dobrze, przynajmniej się nie kurzyło przy zjeździe.
Godzinę później już byliśmy w domu. Przebraliśmy się i na drugą połowę meczu poszliśmy do naszego baru. Szliśmy szybko, bo co popatrzyłem na telefon do Anglia zdobywała kolejną bramkę. Jak było 4:0 to prawie biegliśmy zobaczyć co się dzieje. Czy naprawdę wicemistrz świata zapomniał jak się gra w piłkę….
W ostateczności Anglia wygrała, ale w drugie połowie Francja sobie przypomniała jak się biega po boisku i zdobyła parę bramek
Niestety w BoLd nam podpadli z obsługą. Jedzenie było dalej dobre, ale za bar dali jakieś „dzieci” i żadnej interakcji nie było. Przecież chodzisz do baru żeby się wygadać barmanowi, nie? Płacisz im za to żeby cię wysłuchali i udzielili życiowych porad. Lepszych niż najlepszy psycholog. A tu zero dialogów. Mimo, że jedzenie dobre to chyba zmienimy bar w Breckenridge. Piwo i kotleta to ja mogę mieć w domu, chodzi o service, atmosferę interakcje. Zawód dobrego barmana nie jest łatwy. Trzeba mieć dużą i obszerną wiedzę, a także umiejętności jej sprzedaży. Nie wystarczy tylko nalać piwo i zrobić drinka. Praktykę nabiera się latami. Widać, właściciele nie rozumieją tego i zatrudniają tanią siłę roboczą. Niestety to tak nie działa. Pożyjemy zobaczymy…..
Nie siedzieliśmy za długo bo jutro kolejny dzień i kolejny wczesny hike. Trzeba iść spać w miarę wcześnie, żeby jutro o 5 rano nie wyłączyć budzika i nie przewrócić się na drugi bok.
2026.07.17 Breckenridge, CO (dzień 1)
Zapowiada się potężny weekend w Nowym Jorku. Nie dość, że na niedzielę planowany jest finał mistrzostw świata w piłkę nożną (Argentyna - Hiszpania) to jeszcze powietrze mamy zanieczyszczone pożarami lasów u naszych północnych sąsiadów. Nic tylko szybko się spakować i uciekać za miasto.
Gdzie się wybrać to u nas prosty wybór, górki. A jak góry to Denver. Bo tam zawsze mamy jakoś po drodze i lubimy tam latać. W miarę blisko i już znamy na tyle ten rejon, że nie trzeba wiele planować.
3.5h lot samolotem w miarę szybko zleciał. Jedno co mnie zaskoczyło to personalne podejście załogi. Jeszcze nigdy nam się nie zdażyło żeby w ktoś nam dał ręcznie napisane podziękowania. Słowne się zdarzały pare razy, ale ręcznie napisane? Chyba Delta na maxa się stara! No dobra, zostaniemy jeszcze z nimi może z rok/dwa zanim American Airlines nas jeszcze bardziej nie polubi, albo Delta nas jeszcze bardzie nie będzie denerwować.
Wylądowaliśmy późno w nocy, więc nie chciało nam się dzisiaj jechać w góry. W Denver koło lotniska jest wiele hoteli, więc nie było problemu się przespać i rano prosto wyruszyć w góry.
Przyjechaliśmy tutaj na 4 dni i planujemy zrobić 3 hiki. W pierwszy dzień mamy późniejszy start więc będzie lżejszy hike. Taki paro-godzinny spacer na rozprostowanie nóg i przygotowanie się na większe dni. Oprócz tego trzeba się trochę zaaklimatyzować. Stan Kolorado jest położony na znacznej wysokości. Rejon Breckenridge gdzie planujemy spędzić 3 dni znajduje się na 3,000 metrów. Trzeba parę dni żeby się przestawić. Ciężko tak prosto z samolotu iść w góry na tej wysokości.
Do miasteczka Frisco gdzie mamy zaplanowany pierwszy hike przyjechaliśmy dopiero o 11:30 rano. Trochę nam zeszło w Denver. Ale wiadomo, wszystko zajmuje czas. Śniadanie, wypożyczenie samochodu, zakupy na hike, droga w góry…
W południe w lato na hike? Dokładnie, my też tego nie lubimy, ale czasami nie ma wyjścia. Na szczęście tu jest wysoko i nie jest aż tak gorąco, jakieś 20C. Duża część szlaku idzie lasem, więc jest cień.
Mamy w planie wyjść na szczyt 1 o wysokości 3,900 metrów. W Breckenridge chyba brakło im pomysłów na nazwy bo dziesięć okolicznych gór nazwali od 1 do 10.
Musimy się wznieść 1,100 metrów gdzieś na odcinku 7km. Dobrze i zdrowo do góry. Im wyżej tym było mniej drzew i to ostre pustynne słońce było coraz to bardziej odczuwalne.
Na szczęście z pomocą przyszła Matka Natura i ściągnęła gęste i ciemne chmury. Szybko wiatr się zerwał i temperatura momentalnie zaczęła spadać. Niestety wraz z chmurami pojawiły się odgłosy burzowe.
Popołudniowe burze w lato w wysokich górach to prawie codzienność, więc nie było to dla nas zaskoczeniem. Niestety druga część hiku idzie granią i prowadzi stromo na szczyt gdzie podczas burzy wspinanie się po mokrych skałach nie należy do mądrych rzeczy.
Doszliśmy do jakiegoś rozgałęzienia szlaków i postanowiliśmy tutaj poczekać w jakim kierunku burza pójdzie. Usiedliśmy na drzewie, poszukaliśmy w plecaku coś na przegryzkę i obserwowaliśmy niebo. Czasami kropnęło, czasami było słychać wyładowania atmosferyczne, które lokalni na szlaku nazywali dodatkowi efektami dźwiękowymi. Burza się kręciła wokół, ale nie chciała odejść. Postanowiliśmy zmienić plany.
Dzień jeszcze był długi i spokojnie można by wyjść i zejść ze szczytu 1 za widoku, ale niestety nie gdy burza wisi nad tobą. Poszliśmy na inny, zalesiony szczyt o nazwie Royal. Mt. Royal (3,200m.) jest niższy od szczytu 1 o 600 metrów i w całości pokryty jest lasem co sprawia, że jest znacznie bezpieczniejszy. Tak też było. Szeroką ścieżką w ciągu 30 minut wyszliśmy na szczyt Royal.
Ze szczytu rozciąga się piękny widok na całą dolinę autostrady 70. Wiele razy jadąc tą drogą widziałem ten szczyt co tak górował nad drogą i zawsze sobie mówiłem, że kiedyś tam wyjdę. A dzisiaj, zupełnym przypadkiem go zdobyliśmy.
Odgłosy burzy dalej było słychać, więc za długo na szczycie nie zabawiliśmy. W sumie nie padało, co nam znacznie ułatwiło schodzenie. Stromo, ale bez utrudnień w ciągu godziny byliśmy na dole.
Coraz więcej się słyszy o pożarach lasów. Jest to potężne zagrożenie nie tylko dla zwierzyny, ale też i człowieka. Zwłaszcza dla ludzi mieszkających blisko lasów, albo jak tutaj, w lasach. Co nas zaciekawiło to wielkie stożki zrobione z drzew które leżały na ziemi. Jest ich wiele, zwłaszcza blisko osiedli. Ponoć skutecznie utrudniają rozprzestrzenianie się ognia i lepiej magazynują śnieg i wodę. Cokolwiek, żeby zatrzymywać żywioł ognia.
We Frisco mamy ulubiony browar który często nam gasił pragnienie po hikach. Teraz Ilonka znalazła inne miejsce. Nie mogłem odmówić i „musiałem” odwiedzić.
Nic specjalnego. Średniej jakości piwka i brak klimatu. Nie chciało nam się zmieniać miejsca, więc już tu zostaliśmy, ale następnym razem raczej pójdziemy do sprawdzonej miejscówki, czyli Outer Range Browaru.
Około godziny 17 przyjechaliśmy do Breckenridge, zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy hike, odebraliśmy klucze od mieszkania i poszliśmy do naszego ulubionego baru czyli BoLd w centrum miasteczka na kolację.
BoLd jest to bar/restauracja. Barowy klimat z dobrym jedzeniem. Często, zwłaszcza w zimie ich odwiedzamy. Mają duży wybór lanych piw, dobre jedzenie i ceny ok jak na resort narciarski. Ich tacos i hamburgery są bardzo dobre.
Dzisiaj poszalałem i zamówiłem schab z kością. Dobry, fajnie zamarynowany i soczysty.
Nie siedzieliśmy za długo bo jutro wczesna pobudka na hike. W ciągu dnia jest za ciepło żeby chodzić po górach. Wczesny start jest obowiązkowy. Po drugie jutro jest mecz o trzecie miejsce (Anglia - Francja), więc musimy wrócić do BoLd-a i zobaczyć tą zaciętą rozgrywkę.
Do jutra.
2026.05.04 Everglades NP, FL (dzień 3)
Na Key West byłam tylko raz ale w Miami nawet już przestałam liczyć. Niestety pomimo tylu razy w Miami nigdy nie dotarłam do Everglades. Tym razem to był warunek konieczny. Skoro już jedziemy z Key West do Ft. Lauderdale to nie ma opcji, żebyśmy nie zachaczyli o park i te słynne “bagna”.
Everglades to nie bagna, ani mokradła. Everglades to najszersza rzeka świata. Jak to? No właśnie, też się zdziwiliśmy ale nasz przewodnik zaczął całe opowiadnie od tego, że woda w tych rejonach płynie, wolno ale płynie z jeziora Okeechobee do zatoki Florydzkiej, która łączy się z zatoką Meksykańską.
Czy to jest rzeka, czy wielkie połacie wody to można długo dyskutować, ale najważniejsze, że można tam popływać łódką, zobaczyć aligatory i inne zwierzaki.
Zanim jednak będę robić tysiąc zdjęć zwierzaków czeka nas podróż z Key West na kontynentalną część Florydy. Overseas Highway czyli autostrada numer 1 na odcinku Key Largo do Key West przechodzi przez 42 mosty i łączy ponad 40 wysp. Droga do Everglades zajmuje ok. 3.5h z czego 2h to droga przez wyspy i mosty. W tym jeden z najsłynniejszych mostów 7 Mile Bridge, czyli most który ma długość prawie 7 mil (11 km).
Z Darkiem pamiętaliśmy tą drogę jako dość krajobrazową, Pełną zielonych poboczy i oceanu po obu stronach. Trochę odludną i zdecydowanie nie komercyjną. Tak może było w rejonach Key West ale im bliżej Key Largo tym więcej pojawiało się sklepów z badziewiem. Zdecydowanie zwiększyła się też ilość parkingów i miejsc gdzie turyści mogą wyjść z auta i zrobić sobie zdjęcie np. z napisem 7 Miles Bridge. Po co? Dokładnie nie wiem. Przebywanie na zewnątrz przy 30C nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy więc olaliśmy wszystkie parkingi a przerwę zrobiliśmy sobie w lokalnym browarze. Lokalne piwko z klimą jest znacznie przyjemniejsze.
W Everglades Darek załatwił nam prywatną wycieczkę. Na łódce byliśmy tylko my. Mogliśmy co prawda wziąść jeszcze jakąś parę ale wszyscy nasi przyjaciele z Florydy akurat nie mogli do nas dołączyć więc mieliśmy całą łódkę dla siebie.
Zdecydowanie polecam to rozwiązanie bo łódka jest mniejsza, można wpłynąć w więcej miejsc i każdy ma idealną widoczność.
Po Everglades pływa się specjalną powietrzną łódką. Ponieważ woda czasami jest bardzo płytka to silnik musi być na zewnątrz i jest z tyłu za pasażerami i kapitanem. Niestety przez to jest dość głośno i trzeba mieć słuchawki. Cisza i spokój jest dopiero jak się zatrzyma. Wtedy też można robić zdjęcia bo łatwiej złapać ostrość.
Co myślę o Everglades? O dziwo to nie te aligatory zrobiły na mnie największe wrażenie co ta przestrzeń, łódka ktora bez przeszkód sunęła po płytkiej i głębszej wodzie i fakt, że nikogo obok nie było.
Był taki mały strach, że coś zaraz wyskoczy i nas zje ale oczywiście ufaliśmy przewodnikowi bo przecież nie jesteśmy pierwszą łódką która tu wpływa. Podobno aligatory które tu zamieszkują nie są zainteresowane ludźmi. Nie są to krokodyle które w człowieku widzą pysznego hamburgera.
Dużo aligatorów też się pochowało bo niestety parę dni temu mieli pożar. Oficjalnie to dziki pożar ale tak naprawdę podobno naprawiali jakąś wieżę w okolicy i iskra z kondensatora zapaliła trawę. Kto by pomyślał, że wśród takiej ilości wody też są pożary. A jednak. Spaliło się trochę i niestety zwierzęta się pochowały. To wszystko to spalona trawa.
Pożar zaskoczył nas nie da się ukryć ale do myślenia dało mi jak przewodnik zaczął opowiadać co mamy jeść jakbyśmy tu utknęli. Nie planuję zostać na tych połaciach wody ale przewodnik i tak nam pokazał trawę która jest bogata w błonnik, zdrowa dla ludzi i nawet podobno nie najgorzej smakuje. Dał, też Darkowi do spróbowania. Ja się nie załapałam i może i dobrze. Jak ktoś będzie miał problemy z żołądkiem to tylko jedna osoba. Trawa wygląda jak zielona cebulka a podobno smakuje jak ananas i ma w sobie dużo białka.
Poza ptakami i paroma aligatorami to za dużo zwierząt nie widzieliśmy ale i tak 45 minut minęło nam bardzo szybko. Przewodnik bardzo fajnie opowiadał a my podziwialiśmy te ogromne przestrzenie, bez nikogo w około gdzie ptaki sobie spokojnie żyją i tylko czasem jakaś głośna łódka przejedzie z turystami. Podobno zwierzęta się przyzwyczaiły do tych łódek ale i tak odruch samozachowawczy wypłaszał ich z traw i za każdym razem jak przejeżdżaliśmy przez trawy to ptaki się zrywały do lotu. Dopiero koło aligatorów przewodnik zwalniał, żeby żadnego nie pominąć.
Czy mieliśmy szczęście do aligatorów? Jedni powiedzą, że tak bo widzieliśmy drudzy, że nie bo tylko trzy i to gdzieś pochowane po krzakach.
Aligatory są dość terytorialne więc przewodnicy mniej więcej wiedzą gdzie można je spotkać. Niestety my byliśmy w samo południe więc wolały się chłodzić w wodzie i cieniu. Największe szanse na zobaczenie aligatorów to poranki i chłodniejsze miesiące. No nic kiedyś może tu wrócimy ale już nie na łódkę tylko na deptaki gdzie podobno dość dużo można ich spotkać. Troszkę rozczarowałam się, że nie było więcej aligatorów ale podróż łódką przez te mokradła tak mnie zafascynowała, że ogólnie wycieczkę zaliczam do bardzo udanych.
Nasz krótki wypad wakacyjny dobiega końca. Do NY wylatujemy jutro z Ft. Lauderdale więc jeszcze uda nam się spotkać z przyjaciółmi i na pewno będzie wesoło… wesoło do samego rana. Ciekawe czy uda nam się skończyć śmiać zanim doba hotelowa się skończy. Bo coś czuję, że hotel na jedną noc z wymeldowaniem o 11 rano nie był najlepszym pomysłem i za dużo tam nie pośpimy. Ale śmiech to zdrowie i to gorzej do nadrobienia niż sen więc dziś wybieram długie Polaków rozmowy z dużą ilością śmiechu!
2026.05.03 Key West, FL (dzień 2)
Dzieci nie ma w hotelach to nic rano nas nie budziło. Szkoda tylko, że śniadania nie serwują do 12 tylko do 10 rano. Ta jedna rzecz sprawiła, że jednak budziki trzeba było nastawić. Ale może to i dobrze bo trzeba coś pozwiedzać a nie tylko w łóżku leżeć.
W hotelach na Key West zwłaszcza tych mniejszych nie może być dzieci, główny powód to sprawa odpowiedzialności. Małe hotele nie zawsze mogą sobie pozwolić na opłacanie dużych odszkodowań, ubezpieczeń czy zatrudnianiu ratownika. Problem rozwiązali robiąc hotele tylko dla dorosłych. Ma to sens zwłaszcza, że Key West nastawia się bardziej na imprezowy tłum taki jak wieczory panieńskie, kawalerskie czy ogólnie dorosłych którzy chcą się rozerwać. Oczywiście z dziećmi też można przyjechać i wynająć AirBnb czy zatrzymać się w większym, sieciowym hotelu.
Nam bardzo podobał się nasz kameralny hotelik i fakt, że na śnidanie mieliśmy dosłownie parę kroków. Co nas bardzo dziwi na Key West to ilość ludzi w obsłudze z Europy Wschodniej. Bardzo dużo widuje się tu Węgrów, Czechów, Ukraińców itp.
Obawialiśmy się, że pogoda nam trochę popsuje plany ale nawet się utrzymała i udało nam się trochę pozwiedzać. Poszliśmy na dłuższy spacer zobaczyć Fort Zachary Taylor z 1845 roku. Nie dziwne, że wybrali Key West na wybudowanie jednego z większych fortów XIX wieku w Stanach. Key West jest najbardziej wysunięty na południe i jest strategicznym miejscem ochrony przed krajami Ameryki Łacińskiej a do Kuby to ma rzut beretem.
Fort jak fort ale słynny znak “Zatoka Amerykańska” chyba najbardziej zapamiętamy z tej wycieczki. Key West leży w Zatoce Meksykańskiej która niestety ze względu na kompleksy pewnych ludzi została przemianowana na Zatokę Amerykańską. Dla mnie zawsze będzie Meksykańska. Tak mnie uczyli w szkole i tak będzie. Pozatym Meksykańska brzmi tak bardziej egzotycznie.
Plaża w okolicy fortu jest bardzo przyjemna. Taka trochę zalesiona, ze stolikami i grillami piknikowymi. Jakbyśmy lubieli plaże to pewnie bylibyśmy stałymi gośćmi tu.
My jednak plażowi nie jesteśmy więc skierowaliśmy się w kierunku centrum i naszego hotelu. Jako następny punkt zwiedzania….bo jak zwiedzać to zwiedzać…wybrałam Dom Hemingway’a. Darek stwierdził, że on go już zna więc sama poszłam a za jego bilet mogłam sobie książkę kupić, no bo w sumie poza Stary Człowiek i Morze to nie wiele znam jego twórczości.
Lepiej niż jego twórczość znam jego życiorys. Fajnie było pochodzić po jego domu który do tej pory znałam tylko z książek które opisywały jego życie i związki. Bo żon i kochanek to on trochę miał. Dom na Key West to hiszpańska kolonialna rezydencja z 1851 roku, która w latach 1931–1940 stanowiła jego główne sanktuarium twórcze. Powstały tu takie dzieła takie jak Komu bije dzwon, Mieć i nie mieć czy Pożegnanie z bronią.
W domu też jest prawdziwa kociarnia choć w taki upał to sie pochowały. Nie dziwię się Darkowi, że stwierdził, że sobie odpuści tą atrakcje. Odwiedzić dom polecam ale raczej nie jest to atrakcja do której się wraca. No chyba tylko po to żeby kupić książki z jego twórczości z emblematem.
Zwiedzanie zaliczone to można teraz udać się na poszukiwanie starych kątów. Równolegle do naszej ulicy (Duval) jest ulica Whitehead. Pomiędzy tymi dwoma ulicami kręci się większość życia bo nie ważne od pory dnia czy smaków każdy znajdzie tu restaurację, kawiarnię czy pub dla siebie. I na pewno nie będzie miał problemu ze znalezieniem słynnego Key Lime Pie czyli ciasta na podobieństwo sernika którego głównym składnikiem jest sok z limonek.
Od tego właśnie zaczęliśmy. Bo największy problem ludzkości jest taki, że deser je się po obiedzie i zazwyczaj się nie ma na niego miejsca. Dlatego warto czasem zacząć od deseru, żeby mieć pewność, że się zmieści.
Ulicą Whitehead można dojść do portu skąd wypływają katamarany podziwiać zachód słońca ale można też dojść do początku…do początku autostrady numer 1. Droga ta ciągnie się wschodnim wybrzeżem od Key West aż do granicy z Kanadą w stanie Main. No tak, nie ma się co rozdrabniać i jak budować to od granicy do granicy.
Nas “jedynka” doprowadziła do starych zakamarków. Jakie było nasze zaskoczenie jak przez przypadek trafiliśmy na ten malutki sklep monopolowy pod którym też mamy zdjęcie ponad dwie dekady temu.
Ale nie sklep jest ważny a bary Hemingway'a. Skoro spędził on tu trochę czasu to i ma swoje bary. A marketing robi swoje i oczywiście tłumy ludzi walą do barów gdzie Hemingway'a przesiadywał. Jest tylko mały szczegół tu. Sloppy Joe's który jest oficjalną nazwą ulubionego baru Hemingway’a zmienił swoją lokalizację. Przeniósł się do większego lokalu niedaleko. Aktualny Sloppy to duży bar z muzyką na żywo, tańcami i piwem w plastikowych kubeczkach.
Oryginalny lokal nazywa się teraz Capt Tony’s Saloon. Jest mały kameralny z otwartą sceną na której każdy może śpiewać (na szczęście utalentowani tylko śpiewali) i niestety bar nie ma za wiele zasad więc papierosy można tam palić. Na szczęście w Stanach mało ludzi pali więc jakoś dało się wytrzymać.
Z nowych miejsc za to był bar na wybrzeżu gdzie można oglądać zachód słońca - o ile jest słońce bo dziś trochę pochmurnie, no i miejscówka na kolację.
Na kolację poszliśmy do Santiago's Bodega. Bardzo przyjemnej restauracji która ma menu składające się z tapas. Małe porcje ale za to można się dzielić i wiele spróbować.
I takim oto sposobem łaziliśmy tam i z powrotem odkrywając nowe kąty albo wracając na stare śmieci. Przeplatanie to dobry pomysł bo w końcu my też się zmieniamy i inne rzeczy nam się podobają. Do starych miejsc można wracać ale rzadko są one tak fajne jak je zapamiętaliśmy. One pewnie nie wiele się zmieniają ale my za to bardzo i z pewnych rzeczy i miejsc się po prostu wyrasta.
Sentymentalnym można być ale nie wolno sprawić aby sentyment spowalniał nas albo ograniczał przed odkrywaniem nowych miejsc.
2026.05.02 Key West, FL (dzień 1)
Pobiliśmy chyba nasz rekord. W 40 min od obudzenia do pierwszego drinka na lotnisku. Wyloty z LaGuardii rano są cudowne bo nie ma kolejek, korków i całego nie potrzebnego tracenia czasu. A do tego jak się nie nadaje bagażu to w ogóle luzik.
Gdzie tym razem? Na Key West, FL. Z tą małą wyspą na końcu archipelagu Keys który należy do Florydy, mamy wiele wspomnień. Kto by pomyślał, że zajmie nam ponad dwie dekady, żeby tam wrócić, ale zawsze jakoś było nie po drodze, albo za ciepło, albo za drogo, albo coś.
Wiele się zmieniło od tamtego czasu w naszym życiu ale ciekawe czy Key West też się zmienił. Na pewno zmieniło się podróżowanie nasze na tą wyspę na Zatoce Meksykańskiej.
Znacie ten dowcip o różnych etapach bogactwa?
Pierwszy etap to sobie kosisz trawę bo cię nie stać na ogrodników.
Drugi etap już cię stać na ogrodników więc nie musisz kosić trawy.
No i jest jeszcze trzeci etap… masz w tyłku pracę i cieszysz się, że możesz sobie sam kosić trawę.
Podobnie jest z Key West. Najpierw śpisz na innych wyspach, położonych 30-60 min samochodem i jedziesz do Key West autem tylko na kilka godzin. Takie właśnie było nasze pierwsze doświadczenie.
Etap drugi to jedziesz autem z Miami ale już śpisz na Key West. Ten etap mnie ominął i może lepiej bo nie przepadam za długimi jazdami samochodem a z Miami na Key West jest spokojnie ponad 3h.
Kolejny etap to lądujesz na Key West i śpisz na Key West.
Tak właśnie zrobiliśmy, choć w tym scenariuszu nie masz okazji odwiedzić Parku Narodowego Everglades na którym mi zależało. Dlatego nasz plan to taka wersja 2.5 bardziej niż 3. Lecimy na Key West, tam śpimy dwie noce a potem jedziemy autem na kontynentalną część Florydy, żeby zobaczyć park Everglades i odwiedzić naszych przyjaciół w Ft. Lauderdale.
Lot na Key West był bardzo przyjemny. Najbardziej jednak podobały mi się widoki przy lądowaniu. Samolot nie mieliśmy jakoś super wcześnie ale wystarczająco wcześnie (9 rano), żeby pierwszą część lotu jeszcze przespać. Z NY na Key West leci się nie wiele więcej niż podróż samochodem z Miami na Key West. Z samolotu jednak dużo lepiej wygląda słynna droga przechodząca przez Keys. Droga ta bowiem 47 mostami łączy wyspy archipelagu Keys i kończy się właśnie na Key West.
Key West jest malutką wyspą więc teoretycznie można iść z lotniska do centrum (ulicę Duvel) na nogach. Może i nawet byśmy to zrobili ale jak tylko wyszliśmy i poczuliśmy ten gorąc to od razu wskoczyliśmy w taksówkę i w 10 min byliśmy w hotelu. A dokładnie w hotelowym barze.
Musieliśmy się ochłodzić a nasz pokój jeszcze nie był gotowy. Śpimy w La Te Da. Jest to dom z 1882 roku który należał do producenta cygar Teodora Perez. W 1883 roku na zaproszenie Teodora z balkonu na pierwszym piętrze przemawial Jose Marti który walczył o wyzwolenie Kuby (Cuba Libre) od Hiszpanów.
Zdjęcie z archiwów
Robiąc rezerwację nie miałam pojęcia, że będziemy spać w tak historycznym miejscu. Dla mnie był to jeden z wielu małych kameralnych hoteli. Key West bowiem nie wpuścił dużych hoteli do centrum. Dopiero bliżej lotniska na obrzeżach wyspy pobudowały się sieciowe hotele ale na szczęście nie ma ich dużo. Centrum wyspy jest jednak bardzo kameralne i nadal zachowuje orginalny nastrój.
Z ciekawostek to dużo hoteli albo właściwie powinnam napisać hotelików jest tylko dla dorosłych. Rodziny nie mogą tam spać. Mnie to dziwiło ale też cieszyło bo na Key West wcześnie nie chodzi się spać, a w tych starych budynkach ściany są cienkie i ostatnią rzecz którą chcesz to latające dzieci o 7 rano.
O siódmej rano za to koguty mogą cię budzić. Bo kogutów, kur i pislaków tu jest mnóstwo.
Kurczaki zadomowiły się w centrum Key West po tym jak w 1998 roku huragan Georges zniszczył wiele nadbrzeżnych zabudowań, między innymi kurniki. Zwierzęta przeżyły ale szukając schronienia uciekły do środka wyspy czyli właśnie w rejony ulicy Duval. Dużo też kogutów jest jako pozostałość po walkach kogucich które to zostały zabronione na Florydzie w 1986 roku ale sprawiły, że koguty są nie odzownym elementem Karaibów. Od tego czasu drób się rozmnożył i teraz jest wszędzie. Miasto chroni koguty i kury bo jakby nie było to są one pożyteczne. Podobo zjadają larwy komarów, karaluchy a nawet skorpiony.
Jednego skorpiona na szczęście nie zjadły, a Skorpion też zostawił koguty i wybrał wodopój. Nawet na tej małej wysepce na końcu Ameryki są browary. A może właśnie dlatego, żeby mogli napisać, że najbardziej wysunięty na południe browar. Wszystko co jest najbardziej wysunięte zawsze przyciąga turystów. Na szczęście to nie okazała się pułapka turystyczna a bardzo dobry browar z tanim piwem, tylko $4 na happy hours na które akurat trafiliśmy.
Bardzo dużo restauracji i barów na Key West jest na zewnątrz. W zimie ma to sens bo w grudniu temperatury są tu przyjemne koło 20C. Natomiast w lato, upał i wilgotność nie sprzyjają takiemu układowi. Aktualnie tutaj pomału kończy się sezon. Dobrze że piwko zimne, wiatraki przy suficie to jakiś tam przewiew był.
Na Key West życie toczy się nocą więc rezerwacje kolacji robiłam wcześniej co by potem na spontanie gdzie nas nogi poniosą odkrywać miasto. Kolacje mieliśmy w części oddalonej od głównego zgiełku ale za to przy fajnej plaży.
Na Key West nie ma za wiele plaż. Wybrzeże jest tu bardziej skaliste, albo zabudowane marinami na katamarany. Trochę plaż jest bliżej lotniska. My na plażę rzadko chodzimy ale oglądać zachód słońca albo napić się drinka na leżakach po zachodzie to możemy.
Kolacja pyszna ale co fajniejsze to po kolacji mogliśmy wziąć wino i dokończyć je na plaży na leżakach. My plaże lubimy w bardzo specyficzny sposób i bycie na niej po zachodzie słońca, ogladanie gwiazd i pełni księżyca to zdecydowanie jeden z tych specyficznych sposób które my bardzo lubimy. Chyba jednak jesteśmy w mniejszości bo dużo innych ludzi nie było, no poza gośćmi z wesela które niedaleko (też na plaży) się odbywało.
Tak się fajnie siedziało, że nawet nie ciągło nas do głośnych barów Duval Street. Wracając do hotelu zahaczyliśmy jeszcze tylko o “najbardziej wysunięty punkt na południe”. I znów nam się udało, że nie było kolejek do zdjęcia i dużej ilości ludzi.
2026.03.27-04.04 Copper, CO
Niestety się zgadza. Najsłabsza zima na zachodzie Stanów od kilkudziesięciu lat. Lokalni nie pamietają ani tak słabych opadów ani takich upałów w Marcu. Temperatura w górach dochodzi do 20C.
Mieliśmy już wszystko zaplanowane i zarezerwowane, więc nie było jak to wszystko odwoływać. A po drugie, dlaczego nie jechać, przecież coś musi być przecież otwarte.
Dużo resortów na zachodzie już się zamknęło, zwłaszcza te niżej położone. Na szczęście my pojechaliśmy do Copper, który jest wysoko położony i śnieg aż tak bardzo się nie topi. Dalej pokrywa śniegu jest ok 40% średniej pokrywy w tym okresie. Mniej więcej połowa terenów jest zamknietą. Albo inaczej, połowa terenów jest otwarta.
W sumie to nie było tak źle. Większość terenów z przodu góry była otwarta i nawet nie było tak źle ze śniegiem.
Nie zrozumcie mnie źle, dalej to jest przełom marca/kwietnia i to są wiosenne narty. Rano jest wszystko zmarznięte po nocnych przymrozkach. Gdzieś tak koło 10:30-11 zaczyna się idealny moment gdzie zmarznięty śnieg puszcza i jest idealnie. Potem gdzieś tak między godziną 13-14 (zależy to od wysokości) śnieg staje się mokry, głęboki i ciężki. Trzeba uważać, zwłaszcza poza trasami.
Czasami żeby dostać się w ciekawe rejony to trzeba było jeszcze z górnych wyciągów trochę podejść (jakieś 15 minut). Nie jest to dużo, ale na tych wysokościach to się odczuwało brak tlenu.
Dzieciakom brak śniegu niewiele przeszkadzał, wręcz przeciwnie, większa frajda była jak musieli czasami przechodzić bezśnieżne odcinki.
Wyciągi są czynne do 16, a jasno i ciepło jest prawie do godziny 20, także po nartach można jeszcze dużo czasu spędzić na zewnątrz. Pochodzić po miasteczku, pozwiedzać okolice czy po prostu usiąść w zachodzącym słońcu i napić się piwka.
Mimo wiosny i bardzo słabej zimy resortowi Copper udało się utrzymać parę ciekawych terenów dalej otwartych. W takich rejonach jak Union Bowl czy Union Meadows dalej można było śmigać na nartach. Trzeba było niestety uważać na wystające kamienie, korzenie czy ziemię.
Czasami w nocy nawet lekko popruszyło (jakieś 10cm) i pierwsze parę zjazdów nawet w puszku można było zrobić.
Tak jak pisałem wcześniej, w Copper na nartach byliśmy już wiele razy, więc nie będę się powtarzał i opisywał całego narciarskiego tygodnia. Tym razem opisze hike. Tak, hike!
Zimowe (albo wiosenne) hiki są tak samo wspaniałe jak narty. Ilonka to bardzo dobrze wie i prawie zawsze w resortach jak ja idę na narty to ona na „spacerki”. Tym razem ja ją postanowiłem zabrać na hike w rejon w którym oboje jeszcze nie byliśmy.
Trasa Gore Range Trail zaczyna się z samego miasteczka Copper i idzie w góry na przeciwległych stokach do resortu. Jest bardzo długa i można nią iść dniami. My nie mamy ochoty ani sprzętu na spanie zimą w górach, więc planowaliśmy wrócić do domu na kolację.
Za bardzo nie wiemy dokąd chcemy iść. To uzależnimy od warunków śnieżno-pogodowych, naszej i trasy kondycji, a także ochoty i samozaparcia.
Na start zaplanowaliśmy dojść do Wheeler Lakes. Jakieś 5km wzdłuż trasy i około 500 metrów w górę. Potem się zobaczy co dalej będziemy robić.
Prosto z naszego mieszkania, przez miasteczko i za parę minut już byliśmy na szlaku. Była idealna, słoneczna pogoda, bez wiatru i gdzieś koło zera Celsiusza na dole.
W nocy troszkę sypnęło śniegiem. Jakieś 3-5cm w wiosce i około 10cm w wyższych partiach gór. Szlak był lekko przyprószony, ale tym razem oboje mieliśmy odpowiednie buty na zimowe hiki, więc w niczym nam to nie przeszkadzało.
Tak jak pisałem, szlak zaczyna się od autostrady. Głównej przelotowej przez te górskie rejony Kolorado. Co się z tym wiąże, to niestety hałas ciężarówek wspinających się na przełęcz Vail. Na szczęście ciężarówki wracające z przełęczy mają tutaj zakaz hamowania silnikiem, więc nie jest aż tak głośno, ale jednak słychać.
Gdzieś po 20 minutach odeszliśmy na tyle od autostrady, że już prawie jej nie było słychać. No chyba, że jakiś Harlejowiec zadowolony z pierwszych dni wiosny wyciągnął swój wielki motor z garażu i wybrał się na wiosenną przejażdżkę. Wtedy to słychać ryk tego potężnego silnika prawie na szczytach.
Tak fajnie się szło, że nawet nie wiemy kiedy nam zleciała pierwsza godzinka. Trochę się podnieśliśmy do góry, no i niestety ilość śniegu zaczęła przybywać. Na początku to nam aż tak bardzo nie przeszkadzało ale im wyżej tym było gorzej.
Chyba mało ludzi tutaj chodzi zimą/wiosną bo szlak był mało przetarty. Parę dni temu ktoś szedł bo zostawił wielkie dziury w śniegu.
Dziury w śniegu nawet trochę pomagały bo po pierwsze wiedziałeś gdzie idzie szlak a po drugie to się niespodziewanie nie zapadałeś głęboko bo już szedłeś po śladach. Wiadomo, nie wolno ufać śladom i co chwilę sprawdzaliśmy z GPSem nasze położenie względem mapy.
Apropo śladów na śniegu to w zimie można ich wiele zauważyć, zwłaszcza zwierzęcych. Od małych płytkich jakiś zająców, poprzez głębsze sarenek lub rogaczy do większych i ciekawszych. 4 palcowe kotki (mountain lion, puma) też się pojawiały. Nie widzieliśmy pięcio-palcowych z dużą piętą śladów niedźwiedzi. One albo jeszcze śpią, a jak już skończyły hibernacje to raczej są w niższych partiach gór tam gdzie jest mniej śniegu i więcej pożywienia.
Nie spotkaliśmy żadnego człowieka na szlaku przez cały dzień, więc trzeba było być czujnym i w miarę obserwować otaczający nas las. Zwłaszcza jak widzieliśmy ślady większych „kotków”. Trzeba iść blisko siebie, co jakiś czas wydawać ludzkie odgłosy i obserwować ślady na śniegu. Jak jest ich dużo w danym miejscu to szybko opuścić ten rejon, ale pod żadnym pozorem nie wolno biec. Możesz być obserwowany przez mieszkańców lasu.
Śnieg był coraz to głębszy. Sprawiało to większe trudności w poruszaniu się do przodu i znacznie spowolniło nasze posuwanie się do przodu. Już za bardzo nie szliśmy szlakiem bo się nie dało. Za pomocą GPS szliśmy na azymut w kierunku jezior.
Częste wpadanie w głęboki śnieg bardzo wyczerpuje, zwłaszcza do góry. W miejscach nasłonecznionych, na skraju lasu znacznie się lepiej szło. Mocne, pustynne słońce wytopiło śnieg i czasami nawet można było poruszać się po ziemi. Ale ulga!
Na mapach satelitarnych widać było, że już wkrótce powinniśmy dotrzeć do górnej granicy lasów. Myślimy sobie, że jeszcze chwilę się pomęczymy, wyjdziemy nad las i miejmy nadzieję, że słońce tam już stopiło śnieg.
Tak też było, las stawał się coraz to rzadszy, ale śniegu niestety nie ubywało. Gorzej, im wyżej tym go było więcej. Nawet na odsłoniętych terenach, gdzie słońce mocno praży, dalej był głęboki śnieg. Już widzimy, że daleko nie zajdziemy. Byliśmy już w miarę wysoko i mimo słabej zimy w tym roku na wysokościach dalej utrzymuje się głęboka warstwa śniegu.
Z trudem i już pod koniec nie szlakiem, gdzieś po 5km doszliśmy do jezior Wheeler. Oczywiście były zasypany śniegiem i nie powinno się do nich zbliżać. Za bardzo nie wiadomo gdzie się kończą. Raczej nie chcesz wpaść do głębokich, górskich jezior w zimie. Można by nie zdążyć do domu na kolację.
Próbowaliśmy iść jeszcze kawałek, ale to za bardzo nie było sensu. Głęboki śnieg był wszędzie. Natomiast na skraju lasu znaleźliśmy piękne powalone drzewo na którym postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę.
Słońce mocno tu świeciło, dzięki czemu śnieg wokół drzewa był wytopiony, co jeszcze bardziej zrobiło taki wiosenny klimacik.
W słoneczku, z widokiem na oddalony resort narciarski Copper idealnie się odpoczywało. Zimne napoje, coś na ząb i można by tak odpoczywać godzinami. Niestety przed nami jeszcze długie zejście, a w tym śniegu nie da się zbiegać.
Godzinna przerwa niestety szybko zleciała i trzeba było się zbierać na marsz w dół. Mimo głębokiego śniegu znacznie łatwiej się schodziło w dół niż podchodziło do góry.
Po pierwsze mieliśmy już trochę przetarty szlak przez nas idących do góry. Po drugie nie musieliśmy wyszukiwać trasy bo schodziliśmy po śladach. A po trzecie znacznie łatwiej się schodzi w dół niż w głębokim śniegu podnosi nogi do góry za każdym razem jak się chce zrobić krok.
Gdzieś tak po godzinie zaczęliśmy pomału słyszeć autostradę, a za kolejne 30 minut byliśmy już koło niej. Ilonka nawet znalazła krokusy rosnące koło drogi.
Na dole w ogóle już nie było śniegu. Przez cały dzień słońce wszystko stopiło co spadło ostatniej nocy. Było ciepło, jakieś + 10-12C.
Jutro już jest mój ostani dzień na nartach na tym wyjeździe i nie wiadomo czy nie w tym sezonie. Muszę go na maxa wykorzystać. Od pierwszego do ostatniego krzesełka. Zwłaszcza, że w nocy ma znowu coś posypać.
Tak też było, spadło kolejne 8-10cm puszku! Idealnie na zakończenie sezonu. Byłem już 15 minut przed otwarciem wyciągów żebym mógł się ustawić w kolejce i jako jeden z pierwszych zjechać parę razy w puchu zanim reszta narciarzy tu dojedzie.
Cudowne zakończenie sezonu!
Do następnego…..
2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)
Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.
Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.
Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.
W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.
Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.
Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.
Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!
Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.
Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.
Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.
Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.
Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….
Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof
Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.
Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.
Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.
Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.
Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.
W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.
W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.
Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.
Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.
Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.
Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.
2026.03.01-07 Zermatt, CH (narty podsumowanie)
Zermatt jest to potężny resort narciarki położony w południowej Szwajcarii na granicy z Włochami. Posiada dziesiątki wyciągów, setki kilometrów tras i praktycznie niezliczone obszary poza trasami po których oczywiście powinno się jeździć. Oczywiście wioska narciarska też jest niczego sobie z wieloma restauracjami, barami i atrakcjami turystycznymi.
Można wyróżnić trzy główne obszary: Rothorn, Gornergrat i Matterhorn. Do wszystkich tych obszarów można dojechać różnego rodzaju kolejekami prosto z Zermatt.
Rothorn - podziemna kolej
Gornergrat - górski pociąg
Matterhorn - kolej linowa lub gondola.
Pomiędzy tymi obszarami można się przemieszczać też górami. Nie ma potrzeby zjeżdżania na sam dół w celu zmiany rejonu. Zaoszczędza się tym sposobem wiele czasu i energii. Jak by to było komuś mało, to Zermatt jest też połączony wyciągami z Cervinia we Włoszech co znacznie zwiększa obszar. Przez ten cały tydzień nie udało mi się odwiedzić Włoch, tyle miałem „roboty” w Szwajcarii. Następnym razem, może….
Ogólnie to wszystkie dni nie wiele się różniły od siebie. Po śniadaniu na narty, potem spotkanie gdzieś Ilonki w górach, zjazd na dół około godziny 17, odpoczynek i do spania. Następnego dnia to samo, i tak przez tydzień.
Mieszkaliśmy w fajnym, w miarę nowootwartym hoteliku w pobliżu gondoli na Matterhorn. 5 minut na nogach i już byłem przy dolnej stacji kolejki. Blisko i wygodnie.
Pamiętam z moich wcześniejszych pobytów tutaj, że często były kolejki do wyciągów, zwłaszcza rano, do tych na dole. Teraz praktycznie cały czas bez kolejek jeździłem. Czasami może do pierwszego wyciągu stałem 5-10 minut a potem już wszystko płynnie leciało. Nie sądzę, że mniej ludzi tutaj przyjeżdża. A raczej statystki mówią, że z roku na rok jest ich więcej. Widać to po ciągle powstających nowych hotelach, pensjonatach. Do restauracji na lunch czy kolację jak się nie ma rezerwacji to ciężko się dostać, zwłaszcza wiekszą grupą. Więcej narciarzy a mniejsze kolejki. O co tu chodzi? Ja myślę, że powodów jest kilka.
Więcej wyciągów. Resort ciągle buduje nowe wyciągi i dokłada więcej terenów.
Krzesła na więcej ludzi. Czwórki zamieniają na szóstki, a szóstki na ósemki. Więcej ludzi wyjedzie w góry w tym samym czasie.
Szybsze wyciągi. W Zermatt już nie ma ani jednego starego, wolnego wyciągu. Wszystkie zamienili na szybkie, wieloosobowe krzesła, albo gondole. Gondole też tak szybko jeżdżą, że na dole to trzeba się szybko uwijać żeby wsiąść. Jak będziesz stał i czekał na swoją kolejkę to nigdy się nie doczekasz. Lokalni wsiadają odrazu. Jak jesteś większą grupą to zapomnij, że uda wam się jechać razem w górę.
Szybkie wyciągi też mają wadę. Krótko się jedzie, a co za tym idzie, mniej czasu na odpoczynek na wyciągu. A powiem wam, że dobrze jest tak usiąść wygodnie w słoneczku na krzesełku, obserwować piękne góry i tak jechać z 15 minut i prowadzić rozmowę z jakimś lokalnym.
Słoneczną pogodę miałem codziennie. Każdego dnia było 100% słońca (poza szczytem w pierwszy dzień), idealnie na opalanie się na wyciągach, knajpach, czy koło knajp….
Pewnie mniej ludzi też jest na trasach i wyciągach bo z tego co zauważyłem coraz mniej ludzi jeździ tak non-stop od otwarcia do zamknięcia. Wychodzą później, po paru zjazdach trzeba sobie przerwę na kawkę zrobić a już o 11:30 jak tylko otwierają knajpy to już jest kolejka do wejścia. Przejeżdżałem akurat koło jednej o 11:28 to widziałem co się dzieje. Kolejka się już ustawiała żeby jak najlepszy stolik zająć.
Oczywiście prawie każdy ma rezerwację na lunch, który często trwa 1.5-2h albo i dłużej. Coraz częściej ludzie na wyciągach mówią w której restauracji mają rezerwację na lunch a nie jaką właśnie trasą zjechali. Lunch często trwa dłużej niż kolacja, zwłaszcza jak jest słoneczna pogoda. Pyszne jedzenie, dobre wina, muzyka na żywo, super widoki… czego trzeba więcej
Po południu znowu tyle jest knajp koło tras z głośną muzyką, że dużo narciarzy już tam „odpoczywa” a nie dalej jeździ.
Pewnie dlatego nie ma kolejek do wyciągów.
Tak jak wspomniałem, miałem cały czas słoneczną pogodę. Niestety to nie było idealne dla śniegu. Przez ten tydzień nic śniegu nie spadło. Nie miałem dobrego puchu. Na szczęście przed moim przyjazdem trochę tu sypnęło, wiec 100% było otwarte, niestety na trasach, zwłaszcza tych stromych było twardo.
Im wyżej tym było lepiej bo nie było dodatnich temperatur w ciągu dnia i nic się nie topiło. Nie było lodu.
Jechałem raz z przewodnikiem to mi trochę poopowiadał, gdzie tu można w miarę bezpiecznie jeździć wyżej w górach poza trasami. Powiedział, że jest niski stopień zagrożenia lawinowego (2) i mają około 3 metrów śniegu na lodowcach, więc większość szczelin jest przykrytych odpowiednią ilością śniegu. Można się bawić poza trasami. Tak też robiłem. Jak tylko byłem w rejonach Matterhorn to oczywiście wynajdywałem lepszy śnieg z dala od tras. Ale nie za daleko, tak żeby jeszcze w miarę bezpiecznie było.
Na jednym z wyciągów lokalny pan w wieku 60+, urodzony i mieszkający w Zermatt całe życie powiedział mi niestety smutną informację.
Ma wnuka co ma 6 lat, który już dobrze jeździ na nartach. Jego wnuk prawdopodobnie jest już ostatnim pokoleniem które może jeszcze jeździć w Alpach po lodowcach. Za 20-30 lat Alpy już nie będą takie same. Lodowce bardzo szybko się kurczą i zmniejszają swoją objętość. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Wkrótce już nie będzie całorocznych nart w Alpach. Szkoda…
Chyba w żadnym resorcie narciarskim nie spotkałem tylu rowerzystów przyjeżdżający na narty. Pod każdym dolnym wyciągiem jest dosyć spory parking na rowery. Pewnie dlatego, że w Zermatt nie można mieć samochodu. Jak nie mieszkasz blisko wyciągów to albo musisz iść na nogach, albo darmowym autobusem, albo rowerem. Wybór należy do ciebie.
Z alpejskich ciekawostek to trzeba opisać zjawisko kurzu z Afryki. Po raz pierwszy to widziałem na własne oczy. Ponoć pył z Sahary przy odpowiednim wietrze z południa może się przemieszczać tysiące kilometrów i docierać aż do Alp. Jest to widoczne gołym okiem jako takie zamglenie, słaba przejrzystość powietrza. Niestety osiadając na śniegu w wyższych partiach gór ma negatywny wpływ na pokrywę śnieżną. Śnieg już nie jest taki super biały tylko zmienia kolor na taki bardziej żółtawy albo nawet brązowawy. Powoduje to, że promienie słoneczne są w mniejszym stopniu odbijane od śniegu a bardziej wchłaniane i śnieg szybciej topnieje. Na szczęście trwało to tylko przez dwa dni.
Dzień leciał za dniem. Rano ja miałem intensywne narty w różnych częściach tego resortu, a Ilonka dzielnie wyszukiwała nowych szlaków. W godzinach popołudniowych wynajdywałem ją i wspólnie spędzaliśmy lunch. Czy to z plecaka czy w jakieś knajpie w górach.
Po lunchu Ilonka schodziła w dół, a ja z reguły w góry na parę jeszcze zjazdów i zachód słońca. Górne wyciągi tutaj są czynne długo więc można było jeszcze pojeździć.
Z górnych partii gór tak gdzieś o 16:30 ski patron wygania narciarzy w dół. Natomiast tak gdzieś od 2200 metrów w dół, tam gdzie zaczynają się wszystkie knajpy to już chyba są inne zasady. Za bardzo tutaj już nikogo chyba nie obchodzi czy jeździsz później na nartach czy nie. Koło każdej knajpy jest napis o której jest ostatnie sprawdzenie trasy i potem jedziesz na własną odpowiedzialność.
Często, już na dole w Zermatt widać i bardzo dobrze słychać „narciarzy” jak wracają z gór. Gdzieś tak w godzinach 19-20, jak zamykają bary w górach to oni muszą zjechać na dół, do Zermatt i szukać dalszych rozrywek. Już bardziej bezpiecznie bo na dole.
Każdy narciarz ma pewnie jakieś swoje ulubione miejsce, punkt, trasę w każdym resorcie. Ja mam dwa w Zermatt. Jedno to moja ulubiona ławeczka, gdzie często siadałem, odpoczywałem i podziwiałem piękny Matterhorn.
Drugie odkryłem na tym wyjeździe. Jest to ławeczka (oczywiście, że ławeczka) na samym szczycie Hohtalli (3286m.) Na Hohtalli wychodzi tylko jeden wyciąg i jest to kolej linowa. Ze względu na trudny zjazd z góry rejon tego szczytu polecany jest tylko dla wprawnych narciarzy. Najłatwiejsza trasa z góry to wąska, stroma i często oblodzona czerwona trasa z dużymi przepaściami.
Większość ludzi jak wysiądzie z kolejki to szybko leci żeby zapiąć narty i przed tłumem zjechać. Natomiast na szczycie jak się skręci w prawo, tam gdzie jest informacja o lawinach i otwartych terenach to jest takie cudowne miejsce gdzie można usiąść i podziwiać chyba najładniejszą panoramę rejonu. Od Monte Rosa aż po Matterhorn.
Tydzień zleciał i niestety znowu trzeba wracać do głośnej i wielkiej metropolii. A w górach jak się odjechało od głównych tras to była taka cisza, że aż w uszach piszczało. Ale to pewnie od wysokości.
Lubię narty w Europie. Są inne niż w Stanach. Nie koniecznie lepsze czy gorsze, po prostu inne. W Europie wpierw powstały górskie miejscowości, a potem resorty. W Stanach odwrotnie. Powstał resort i miasteczko zaraz po nim. W Europie tak jakoś wszyscy w tych resortach żyją nartami, to się widzi na każdym kroku. Prawie każdy jeździ i opowiada o tym. Jest to styl życia, sposób na wolność, odskocznia od problemów codzienności. W Stanach jeszcze nie, jeszcze pewnie trochę czasu upłynie zanim ludzie zaczną traktować narty jako sposób na życie, a nie jako weekendowy wypad za miasto. Chociaż to się zmienia. Coraz więcej ludzi się wyprowadza do resortów, przynajmniej na sezon. Znajduje tam pracę, mieszkanie, poznaje znajomych o podobnych zainteresowaniach. Starają się przynajmniej 50+ dni w sezonie jeździć na nartach, interesować się tym sportem/hobby/ sposobem na życie.
Pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie to mieliśmy wspaniały tydzień w raju, tydzień o którym na pewno będziemy długo pamiętać i opowiadać. Kto wie, może tu znowu szybko wrócimy sprawdzić co nowego dobudowali lub zmienili.
Jak narazie to mamy jeszcze jeden duży wyjazd na narty. Za parę tygodni lecimy szukać wiosny w naszym ulubionym stanie, czyli Kolorado. Wiosenne narty są piękne. Cieplutko, wszystko otwarte, jasno do godziny 20, muzyka na żywo, zimne piwko…. Do usłyszenia!