Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)

Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!

Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.

Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.

Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.

A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.

Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami

Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.

Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.

W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.

Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.

Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.

O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.

Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.

Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.

Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.

Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.

Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.

Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.

Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.

Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.

Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.

Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!

A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:

„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”

Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wierzą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…

Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.

Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….

Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto

Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.

Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)

Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!

Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.

Mowa tu o Spring Mountains.

Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.

Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.

Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…

Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.

Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.

Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.

A gdzie my w ogóle idziemy?

Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.

Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.

Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.

Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.

Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.

Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.

Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.

W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…

Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.

Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.

Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.

Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!

Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!

W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.

Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.

Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.

Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.

Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!

Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)

Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…

Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.

Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.

Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.

Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.

Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.

Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.

Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.

Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.

Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.

Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!

Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.

Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.

Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.

Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.

Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.

Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.

Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.

Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.

Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.

Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.

Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.

Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.

W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.

Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.

Read More