2026.03.07 Zermatt, CH (dzień 7)
Wakacje dobiegają końca ale przed nami kolejny piekny i pogodny dzień. Tym razem pod tytułem “magnum jest dobre na dwie osoby pod warunkiem, że jedna nie pije”.
Zanim jednak dojdziemy do wina i ludzi którzy na lunch podczas nart zamawiają butelki za $500 to trzeba się trochę poruszać. Dlatego Darek ruszył na narty a ja na hike.
Darek polecił mi sprawdzić Schweigmatte. No tak, takiej “wioski” jeszcze nie zaliczyłam. Wioska jest bardzo blisko Furi ale znów znalazłam nową trasę, żeby tu wyjść. To jest piękne w Zermatt, że ciągle można nowe trasy mieć.
Spacerek fajny ale taki dość podstawowy. Darek dał mi zadanie znalezienia fajnej restauracji na pożegnalny lunch. Skoro na mam głos decydujący i skoro ma być specjalnie to tylko Zum See.
Zum See to osada założona w 1540 roku tak jak i inne domki w osadach w tych górach słynie z drewnianych domków. Domy zbudowane są z drewna modrzewiowego poczerniałego przez słońce. Obecnie osada słynie z restauracji o tej samej nazwy, która od 1984 roku jest prowadzona przez rodzinę Julen.
To co mi się najbardziej podoba w Zum See to fakt, że szlak dokładnie przechodzi między stolikami, centralnie przez restaurację.
Zum See jest w innej części góry więc miałam okazję jeszcze trochę pochodzić fajnie tak, że się dużo szlaków krzyżuje i można po górkach poskakać jak kózka.
Koło 14:30 doszłam do restuaracji Zum See i już nie było miejsca. Ops … można niby w środku usiąść i pewnie byśmy to zrobili jako ostateczność. Jakimś cudem udało mi się skołować stolik na dwie osoby, nie był w słońcu ale lepsze to niż nic. Bo na zewnątrz zdecydowanie lepszy klimat jest niż w środku.
Jedzonko było pyszne…nie dziwię się, że tyle klientów tu mają. Do tak pysznego jedzonka nie można nie zamówić winka…my jednak nie zamówiliśmy magnum, nadal rozsądek wziął górę i też nie wzięliśmy najdroższej butelki.
Podobno w Alpach jest taka tradycja/zabawa, że po sezonie narciarskim jak ludzie się spotykają to nie pytają się którą trasą zjechałeś czy ile dni na nartach byłeś. Tam jest ważne jaką butelkę zamówiłeś do lunchu i oczywiście ten kto najdroższą i największą to wygrywa. Dlatego tu butelki w rozmiarach magnum widać na co drugim stoliku. A my głupi amerykanie oceniamy sezon narciarski po ilości dni na nartach.
Po jedzonku dostaliśmy propozycje przeniesienia się do słońca. Oczywiście skorzystaliśmy. Słoneczko robi różnicę. W cieniu też było przyjemnie ale wygrzewać się w słońcu w takich warunkach to chyba nikt nie pogardzi.
Nie pogardziliśmy też kremówką. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć poza butelkami wina dużą blachę kremówki. Siedzieliśmy koło niej chwilę więc ślinka leciała. Dobra była….zdecydowanie idealne zakonczenie pysznego lunchu.
I tu pojawił się mały problem….taki fajny lunch a my przecież mamy rezerwację na kolację. No i co tu zrobić. Z jednej strony pojedliśmy i pewnie jakaś mała zakąska na noc by wystarczyła, ale to nasz pożegnalny wieczór. Jutro już niestety musimy wracać do Zurichu.
No nic…może jeszcze zgłodniejemy bo w domu glupio zakończyć tak wspaniałe wakacje. Żeby nabrać apetytu Darek pojechał na jeszcze jeden zjazd a ja zaczęłam szybko schodzić. Jak się szybko schodzi to szybciej się spala, nie?
Na kolacje poszliśmy do Spycher. Szczerze nie jest to miejsce do jakiego będę wracać. Jedzenie dobre, kelnerzy milo ale jakoś tak nie było wow. Było za to dużo ognia.
W Spycher słyną z mięs smażonych krótko ale z dużym płomieniem. Wtedy mięso ładnie zapieka aie z zewnątrz a w środku jest idealnie delikatne. Jest to też pokaz i pewnie większość ludzi przychodzi tu właśnie dla pokazu.
Po kolacji zrobiliśmy sobie ostatni spacer po mieście. Jutro Darek zamienia narty na buty i idziemy na szlak górski. Tym razem ja mu wynajde szlak.