Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)
Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.
Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.
Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.
W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.
Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.
Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.
Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!
Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.
Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.
Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.
Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.
Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….
Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof
Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.
Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.
Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.
Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.
Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.
W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.
W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.
Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.
Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.
Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.
Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.
2026.03.07 Zermatt, CH (dzień 7)
Wakacje dobiegają końca ale przed nami kolejny piekny i pogodny dzień. Tym razem pod tytułem “magnum jest dobre na dwie osoby pod warunkiem, że jedna nie pije”.
Zanim jednak dojdziemy do wina i ludzi którzy na lunch podczas nart zamawiają butelki za $500 to trzeba się trochę poruszać. Dlatego Darek ruszył na narty a ja na hike.
Darek polecił mi sprawdzić Schweigmatte. No tak, takiej “wioski” jeszcze nie zaliczyłam. Wioska jest bardzo blisko Furi ale znów znalazłam nową trasę, żeby tu wyjść. To jest piękne w Zermatt, że ciągle można nowe trasy mieć.
Spacerek fajny ale taki dość podstawowy. Darek dał mi zadanie znalezienia fajnej restauracji na pożegnalny lunch. Skoro na mam głos decydujący i skoro ma być specjalnie to tylko Zum See.
Zum See to osada założona w 1540 roku tak jak i inne domki w osadach w tych górach słynie z drewnianych domków. Domy zbudowane są z drewna modrzewiowego poczerniałego przez słońce. Obecnie osada słynie z restauracji o tej samej nazwy, która od 1984 roku jest prowadzona przez rodzinę Julen.
To co mi się najbardziej podoba w Zum See to fakt, że szlak dokładnie przechodzi między stolikami, centralnie przez restaurację.
Zum See jest w innej części góry więc miałam okazję jeszcze trochę pochodzić fajnie tak, że się dużo szlaków krzyżuje i można po górkach poskakać jak kózka.
Koło 14:30 doszłam do restuaracji Zum See i już nie było miejsca. Ops … można niby w środku usiąść i pewnie byśmy to zrobili jako ostateczność. Jakimś cudem udało mi się skołować stolik na dwie osoby, nie był w słońcu ale lepsze to niż nic. Bo na zewnątrz zdecydowanie lepszy klimat jest niż w środku.
Jedzonko było pyszne…nie dziwię się, że tyle klientów tu mają. Do tak pysznego jedzonka nie można nie zamówić winka…my jednak nie zamówiliśmy magnum, nadal rozsądek wziął górę i też nie wzięliśmy najdroższej butelki.
Podobno w Alpach jest taka tradycja/zabawa, że po sezonie narciarskim jak ludzie się spotykają to nie pytają się którą trasą zjechałeś czy ile dni na nartach byłeś. Tam jest ważne jaką butelkę zamówiłeś do lunchu i oczywiście ten kto najdroższą i największą to wygrywa. Dlatego tu butelki w rozmiarach magnum widać na co drugim stoliku. A my głupi amerykanie oceniamy sezon narciarski po ilości dni na nartach.
Po jedzonku dostaliśmy propozycje przeniesienia się do słońca. Oczywiście skorzystaliśmy. Słoneczko robi różnicę. W cieniu też było przyjemnie ale wygrzewać się w słońcu w takich warunkach to chyba nikt nie pogardzi.
Nie pogardziliśmy też kremówką. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć poza butelkami wina dużą blachę kremówki. Siedzieliśmy koło niej chwilę więc ślinka leciała. Dobra była….zdecydowanie idealne zakonczenie pysznego lunchu.
I tu pojawił się mały problem….taki fajny lunch a my przecież mamy rezerwację na kolację. No i co tu zrobić. Z jednej strony pojedliśmy i pewnie jakaś mała zakąska na noc by wystarczyła, ale to nasz pożegnalny wieczór. Jutro już niestety musimy wracać do Zurichu.
No nic…może jeszcze zgłodniejemy bo w domu glupio zakończyć tak wspaniałe wakacje. Żeby nabrać apetytu Darek pojechał na jeszcze jeden zjazd a ja zaczęłam szybko schodzić. Jak się szybko schodzi to szybciej się spala, nie?
Na kolacje poszliśmy do Spycher. Szczerze nie jest to miejsce do jakiego będę wracać. Jedzenie dobre, kelnerzy milo ale jakoś tak nie było wow. Było za to dużo ognia.
W Spycher słyną z mięs smażonych krótko ale z dużym płomieniem. Wtedy mięso ładnie zapieka aie z zewnątrz a w środku jest idealnie delikatne. Jest to też pokaz i pewnie większość ludzi przychodzi tu właśnie dla pokazu.
Po kolacji zrobiliśmy sobie ostatni spacer po mieście. Jutro Darek zamienia narty na buty i idziemy na szlak górski. Tym razem ja mu wynajde szlak.
2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)
Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.
W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.
Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.
W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.
Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.
Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.
W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.
Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.
Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.
Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.
Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?
Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.
Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?
Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.
Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.
Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.
Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.
Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.
Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.
Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.
Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.
Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.
Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.
Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.
Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.
Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.
Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.
2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)
Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.
Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.
Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.
Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.
W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.
Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.
Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.
Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.
Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.
Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.
Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.
Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.
W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.
Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.
Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?
Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.
2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)
Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.
Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…
Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.
Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.
W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.
W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.
Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.
Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.
Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.
Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.
Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.
Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.
Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.
Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.
Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.
Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.
Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…
2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)
Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!
Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.
Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.
Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.
A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.
Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami
Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.
Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.
W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.
Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.
Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.
O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.
Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.
Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.
Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.
Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.
Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.
Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.
Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.
Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.
Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.
Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!
A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:
„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”
Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.
Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…
Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.
Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….
Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto
Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.
Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!
2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)
Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!
Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.
Mowa tu o Spring Mountains.
Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.
Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.
Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…
Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.
Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.
Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.
A gdzie my w ogóle idziemy?
Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.
Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.
Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.
Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.
Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.
Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.
Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.
W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…
Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.
Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.
Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.
Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!
Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!
W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.
Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.
Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.
Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.
Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!
Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!
2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)
Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…
Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.
Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.
Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.
Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.
Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.
Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.
Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.
Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.
Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.
Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!
Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.
Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.
Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.
Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.
Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.
Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.
Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.
Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.
Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.
Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.
Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.
Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.
W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.
Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.
2025.09.10-14 Zakopane, PL
Podczas każdego pobytu w Polsce staramy się wyskoczyć na parę dni w góry. Nie ukrywam, że lubimy góry i potrafimy się tam zrelaksować i odpocząć. Zakopane i Tatry są taką naszą często wybieraną destynacją.
Różnie ludzie mówią o Zakopanym. Że za duża komercja, że przeludnione, za drogie… Oczywiście jest w tym dużo prawdy. My na szczęście znamy już te rejony i wiemy jak się poruszać i jak unikać przeludnionych miejsc. Przynajmniej w większości przypadków.
Ludzie jadą do Zakopanego w różnych celach. Na zakupy, na imprezy, dla dobrego jedzenia, dla zdjęcia na social media, no i pewnie niektórzy dla gór i hików. Każdy ma swoje powody. My też je mamy. Czas w Zakopanem spędzamy z najbliższą rodziną na górskich szlakach a wieczorami w karczmach przy dobrym jedzeniu i góralskiej muzyce. Przez cztery dni pobytu w Zakopanym nawet nie udało nam się iść do miasta i do tych ich słynnych Krupówek. Po prostu nie mieliśmy czasu ani ochoty.
Często mieszkamy w domkach „kablowskich”. Tym razem postanowiliśmy to zmienić i zamieszkać w pensjonacie „Green Deer”. Jest to nowy dom góralski zaraz przy Dolinie Białego. Z dala od głośnego Zakopanego, tuż obok szlaku „Pod Reglami” no i oczywiście z widokiem na Giewont. Na ten szczyt na pewno się nie wybieramy (za dużo ludzi), więc przynajmniej z balkonu go sobie pooglądamy.
Mamy parę planów na te cztery dni, ale zobaczymy ile z nich się uda zrealizować, bo pogoda ma być taka 50/50. Trochę słońca, a trochę deszczu. W pierwszy dzień było pochmurno i tak lekko mżyło, więc nie zapuszczaliśmy się wysoko w góry. Dolina Strążyska, Droga nad Reglami, Sarnia Skała, Kalatówki.
Nienajlepsza pogoda ma też swoje uroki. Taki tajemniczy i niedostępny klimat z brakiem ludzi. Na całej trasie może spotkaliśmy z 20-25 osób. Tak to można chodzić.
W jeden z dni mieliśmy zamiar odwiedzić Tatry Zachodnie, a dokładnie Dolinę Kościeliską z Halą Ornak i wyjść na Ciemniak. Niestety pogoda była taka sobie i każdy poszedł w swoim kierunku. Ilonka w rejon Kalatówek i Hali Kondratowej a ja troszkę odszukiwałem stare zakątki Kuźnic i jak pogoda się poprawiła to wyruszyłem w górę szlakiem w kierunku Kasprowego. Dzisiaj było więcej ludzi niż wczoraj, ale dalej ok. Co parę minut spotykałem kogoś na szlaku. Na Kasprowy nie wyszedłem bo miałem późny start, ale trochę nad Myślenickie Turnie udało się wyjść. Przyjemnie tak się wałęsać po Tatrach bez pośpiechu.
Na koniec nam wszystkim udało się spotkać w Leśniczówce w Kuźnicach. Ciekawe miejsce na przekąszenie czegoś po pobycie w górach. Polecam to miejsce zwłaszcza jak jest ładna pogoda. Można zejść ze szlaku i w zaciszy nad strumykiem usiąść i ugasić pragnienie czymś chłodnym.
Niektórzy mówią, że pobyt w Tatrach nie jest do końca zaliczony jak się nie odwiedzi rejonu Morskiego Oka. W tej części Tatr byliśmy wiele razy, bo naprawdę jest pięknie. Tak i tym razem postanowiliśmy tam spędzić jeden dzień, zwłaszcza, że mieliśmy piękną pogodę.
Ilość ludzi i samochodów jaka była na parkingu i na drodze do Morskiego Oka to jakaś masakra. Widać, że w Tatry, a zwłaszcza w popularne rejony dalej przyjeżdża ogromna ilość ludzi. Zwłaszcza przy świetnej pogodzie.
Na szczęście myśmy nie szli aż do Morskiego Oka, ani do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nasz plan na dzisiaj to odwiedzenie bardziej spokojnego miejsca w tym rejonie. Mowa tu o schronisku w Dolinie Roztoki.
Malowniczo położone w zacisznej dolinie z pięknymi widokami, dobrymi naleśnikami i chłodnym piwkiem. A co najważniejsze? Bez tłumów! Taka cisza i spokój. Wiadomo nie jest tak popularne jak Morskie Oko, więc i ludzi też brak.
W bufecie bez kolejki można zamówić produkty, z łatwością znaleźć stolik w środku lub na zewnątrz, i jeszcze porozmawiać z załogą. Bardzo polecam!
W drodze powrotnej do miasta jeszcze odwiedziliśmy nowo powstałe platformy widokowe Sky Walk.
Mieliśmy mieszane uczucia jeśli chodzi o ten cały kompleks. Pomysł dobry, zwłaszcza dla ludzi co nie chodzą po Tatrach, a chcą mieć wspaniałe widoki gór.
Serpentynami wychodzi się dosyć wysoko, ponad drzewa. Przy dobrej pogodzie widok na Tatry jest piękny, podany jak na dłoni.
Na szczycie jest parę atrakcji dla odważnych. Chodzenie po szkle, siatce, zjeżdżalnie w dół…. Spacer po siatce chyba nam się najbardziej spodobał.
Oczywiście nic nie jest w Zakopanym za darmo. Sky Walk też nie. Moim zdaniem to „trochę” za dużo za to chcieli. Normalny bilet to aż 69 złotych plus 20 za parking. Słono sobie górale liczą. Raz można iść i zobaczyć i poczuć się jak ptak lecący nad drzewami.
Pisałem, że jeździmy do Zakopanego żeby też coś dobrego zjeść. Zgadza się, można tu coś dobrego znaleźć, zwłaszcza jak się lubi mięsko.
Zaraz koło naszego pensjonatu jest Karczma Biały Potok. Ilonka sprawdziła i powiedziała, że mają dobre opinie i można się przejść na kolacje. Dobry wybór.
Zamówiliśmy wiele potraw i każdy był zadowolony z wyboru. Ja poszedłem w golonkę. Wielka i pyszna była!
Często w karczmach jest głośna, góralska muzyka na żywo. Tutaj oczywiście też tak było. Na szczęście karczma jest duża i można dalej od zespołu usiąść, albo poprosić stolik na piętrze, gdzie jest znacznie ciszej i można swobodnie pogadać.
Drugą karczmę którą polecam to Bąkowo Zohylina Wyźnio. Taki sam, tradycyjny góralski wystrój i klimat. Tutaj jest znacznie głośniej, więc jak ktoś szuka kolacji w ciszy to nie tutaj.
Obsługa poleciła steak. Mówili, że przepyszny. Rzeczywiście taki był. Podawany na rozgrzanym kamieniu z całymi ziemniaczkami, surówkę i paroma sosami! Prawie już dorównuje tym słynnym leżakowanym tygodniami wołowiną w solach przy blisko zero Celsjusza.
Ilonka zamówiła żeberka ze świnki i mówiła, że palce można lizać. Reszta grupy też była zadowolona z ich potraw. Polecamy.
Na koniec oczywiście podszedł do mnie kelner i mówi, że nas pamięta z poprzedniego roku. Hmmm… ciekawe dlaczego. Sprawdzimy czy jak pójdziemy za rok to też będzie nas pamiętał.
Niestety wracaliśmy w niedzielę z Zakopanego, więc korki na drogach były. Zwłaszcza do Nowego Targu gdzie dalej niestety droga jest dwukierunkowa. Później już jakoś leciało, ale mimo to i tak nam powrót zajął ponad dwie godziny.
Zakopane - do następnego razu!
2025.08.21-22 Mt. Washington, NH
Lato już prawie się kończy, a my dalej nie wyciągnęliśmy naszego namiotu z szafy. Wstyd, prawda? Kiedyś to się jeździło 6-8 weekendów w sezonie na biwaczki, a teraz nawet na jeden się ciężko wybrać.
Szybciutko trzeba ten błąd naprawić i gdzieś wyskoczyć na kamping.
Mimo, że to już koniec sierpnia, to wciąż upały mogą być, więc trzeba wyjechać bardziej na północ w górki żeby uniknąć smażenia się na słońcu. Wybór padł na Franconia Notch w stanie NH. Mimo, że jedzie się tam z 6-7h to kiedyś w miarę regularnie tam wyjeżdżaliśmy. Teraz jakoś bliżej mamy do CO niż do NH. No i dobrze, bo lepsze góry.
Nowe pokolenie nam rośnie, wiec trzeba ich wyszkolić na zawodowych kampowiczów. Zapakowaliśmy się w dwa samochody i wyruszyliśmy na 4 dni do NH. Jest ku temu też okazja, bo jeden z dzieciaków ma dokładnie piąte urodziny w ten weekend! Uwielbia pociągi, więc wyjazd na szczyt Mt. Washington pociągiem wydaje się być najlepszym prezentem.
Droga jak to droga, zawsze za długa. Zajechaliśmy na camping gdzieś o 7 wieczorem. Akurat żeby się rozbić za widoku i zrobić coś do jedzenia. Dzisiaj nie można za długo siedzieć, bo niestety pobudka o 5 rano. Ja z Ilonką nie jedziemy pociągiem na szczyt góry. My wychodzimy na nogach, a tam się idzie parę godzin.
Noc krótka i zimna. W sumie dobrze się śpi w takich temperaturach, ale niestety co chwilę słychać było ciężarówki na pobliskiej autostradzie. My z NYC więc przyzwyczajeni do hałasu, ale chyba nie takiego. Pamiętam, że wcześniej jak tu jeździliśmy to nie było takiego ruchu samochodów ciężarowych. Ale zawsze tu bywaliśmy w weekendy (mniejszy ruch ciężarówek). Teraz jest czwartek, więc pewnie transport samochodowy jest wysoki. No nic, weekend idzie to na pewno się lepiej wyśpimy.
Zbieranie się na hike o 5 rano po ciemku na kampingu nie należy do łatwych i przyjemnych. Nawet do łazienki jest kawałek. Nie powinno też się chodzić po kampingu jak jest ciemno ze względu na misie. Trzeba było uważnie oświetlać pobliski teren. Na szczęście około 5:45 zaczęło się rozwidniać.
Plecaki spakowane, śniadanie zjedzone, buty na hike znalezione… można wyruszać. Po około 45 minutach dojechaliśmy na parking gdzie zaczyna się nasz szlak.
Na szczyt Mt. Washington idzie się gdzieś 4 godziny. Chcemy być na szczycie najpóźniej w południe, bo wtedy wyjeżdża pociąg z jubilatem. Już jest prawie ósma rano, więc za wiele nie mieliśmy czasu. Po batonie energetycznym do plecaka i w drogę.
Szlak jest podzielony na trzy sekcje. Pierwsza łatwa, lasem koło strumyka lekko do góry. Druga bardzo stroma, wpierw lasem a potem po skałach aż do schroniska Lakes of the Clouds. Trzecia na szczyt, powyżej górnej granicy lasów, średnie nachylenie, cały czas skalna ścieżka, nic trudnego przy dobrej pogodzie.
Mimo, że piątek to w miarę trochę ludzi szło. Mówiąc trochę to mam na myśli spotykanie ludzi co 10-15 minut w obu kierunkach. Część ludzi śpi w schronisku i rano się przemieszcza w inne rejony gór dlatego o tej rannej porze już schodzą. Słonecznie, jakieś +10C, idealnie na hike.
Po około godzinie, czyli gdzieś w rejonach 9 rano przeszliśmy strumyk i łatwa część szlaku dobiegła końca. Teraz zaczęły się schody. W dosłownym słowa tego znaczeniu.
Stromo do góry dobrze przygotowanym szlakiem. Nic trudnego tylko nogi trzeba było wyżej podnosić. Oczywiście prędkość nam spadła, ale dalej szliśmy zgodnie z planem.
Pomału zaczęliśmy wychodzić z lasu. Leśna ścieżka zmieniała się w chodzenie po skałkach, ale za to widoki były lepsze.
Dalej nic trudnego, ręce tylko czasami były potrzebne. Pamiętam jak kiedyś tutaj szedłem w mgle i podczas dużego wiatru. Ciężko było. Zwłaszcza w znajdywaniu szlaku. Dzisiaj w porównaniu do tamtych warunków to jak spacerek w parku.
Około 10:30 dotrwaliśmy do schroniska Lakes of the Clouds. Schronisko prawie puste o tej porze. Ci co w nim spali już wyszli w góry, a nowi jeszcze nie dotarli. Parę lat temu jak robiliśmy wiele szczytów to też tutaj spaliśmy. Fajnie położone wysoko w górach nad lasami. Super klimacik.
Nie mieliśmy za dużo czasu na odpoczynek w schronisku bo jubilat właśnie już wsiada do pociągu, a za 45 minut ma wysiąść na szczycie Mt. Washington.
Parę minut przed 11 wyszliśmy ze schroniska. Piszą, że idzie się gdzieś 1:15-1:30 na szczyt. Powiedziałem Ilonce, że jak będzie troszkę szybciej nóżkami przebierać do będziemy na czas.
Szło się super. Trochę słońce dokuczało, ale wiatr był intensywniejszy niż na dole i idealnie nas ochładzał.
Szczyt było widać już od schroniska, ale za bardzo nie chciał się przybliżać. Jednak w górach, zwłaszcza ponad lasami gdzie wszystko widać, są duże odległości.
Szczyt Mt Washington (6,288 stóp,1,917 metrów) osiągnęliśmy o 12:05. Idealnie na przywitanie jubilata i na dmuchanie świeczki. Sto lat, sto lat….!!!
Posiedzieliśmy na szczycie jakieś 30 minut, pogadali, odpoczęli i na szczęście udało nam się zdobyć bilet i wrócić na dół tym samym pociągiem co reszta ekipy. Nie musieliśmy schodzić, tylko wygodnie usiąść i w ciągu 45 minut zjechaliśmy na dół.
Po drodze przewodnik opowiadał nam lokalne ciekawostki a także jak to wszystko tutaj się zaczęło. Kolej zębata na szczyt Mt. Washington powstała w 1869 roku i była to pierwsza tego typu kolej zębata na świecie. Na początku kolej była napędzana parowozami. Aktualnie w użyciu są lokomotywy biodieselowe, ale też można się przejechać odresturowanym parowozem.
Wróciliśmy na kamping a tu zła wiadomość. Bardzo zła! Nie można palić ognisk bo jest susza!
Co?!?!?! Tak jakoś zareagowaliśmy.
Rozmawialiśmy z park ranger i niestety to prawda. Ponoć od dwóch miesięcy nie mają żadnych dużych opadów i wszystko wyschło. Ogniska sprawiają duże zagrożenie dla pożarów lasów i straż pożarna zabroniła ich palenia.
Było to tak zła wiadomość, że nie wiedzieliśmy co dalej robić. Zastanawialiśmy się jaką dobrą chwilę i wszyscy podjęliśmy decyzję, że kamping bez ogniska to nie kamping. Nic tu po nas.
Na kolejne dwie noce pojechaliśmy do hotelu. Koniec!
2025.07.19 Keystone, CO (dzień 2)
Ten wyjazd mamy typowo górski. Cztery dni dwa szlaki. Wczoraj nam się nie udało nic wcisnąć a w poniedziałek też mamy coś do załatwienia w Denver więc niestety nie uda się 4 dni - 4 hiki ale i tak nie narzekamy. Darek znalazł piękne szlaki a w końcu liczy się jakoś a nie ilość.
Dzisiejszy szlak mieliśmy bliżej hotelu więc mogliśmy zacząć od śniadania hotelowego. Podobnie jak kolacja przywiązują tu wagę do świeżości i na szczęście nie było bufetu z wyleżałym jedzeniem i papierowymi jajkami tylko świeżo przygotowany omlet. Do tego sama jadania też całkiem przyjemna. Bardzo domowy klimat.
Zapowiadał się przepiękny dzień. Rano było troszkę chłodno ale na szlaku już szybko się rozbieraliśmy bo słoneczko wyszło i też w ruchu to człowiekowi ciepło. Na dziś mieliśmy szlak Lenawee który już kiedyś próbowaliśmy zrobić. Cztery lata temu niestety przeszkodził nam śnieg. Zasypał trasę i ciężko było iść jak non-stop człowiek się zapadał. Teraz jak patrzę na te zdjęcia to mam wrażenie, że chyba zgubiliśmy trasę.
Dziś śniegu nie spodziewaliśmy się, no może gdzieś w cieniu jakieś resztki zachowane. Na szczytach gór czasem widać z oddali śnieg ale po opisach ludzi wygląda, że nasz szlak jest dość popularny i wszystko zostało wydeptane i rozstopione. No tak, połowa lipca to chyba najwyższa pora, żeby już śnieg się roztopił.
Szlak jest bardzo popularny ale niestety przez rowerzystów. Na parkingu były tylko trzy inne samochody i dobrze bo parking mały więc jakby nam się nie udało zaparkować to musielibyśmy zostawić samochód niżej i mieć wtedy więcej do pokonania. Cały czas byliśmy wdzięczni za to miejsce parkingowe. Ale wracając do rowerzystów. Bardzo popularne jest robienie tej trasy rowerami. Wyjeżdżają rowerami używając tras narciarskich resortu A-Basin a potem zjeżdżają naszym szlakiem do Montezumy.
Ja tam nie wiem jak można po takich skałach jeździć rowerem ale pewnie dlatego ja nie jeżdżę tylko chodzę. Może spotkaliśmy około 10 rowerzystów. To jeszcze było dopuszczalne choć usuwanie im się ciągle z drogi było troszkę wkurzające, ale też była okazja żeby wyregulować oddech. Bo szlak może i łatwy to pod górę równo szedł.
Dobrze nam się szło. Wiedziałam, że dziś mamy wyjść na 12,500 ft (3,810 m). Koło 11-12 tys stóp wysokości spodziewałam się, że pewnie troszkę zwolnię ale zakładając, że szlak będzie stopniowo szedł do góry to nie przewidywałam większych trudności.
Trzeba po prostu znaleźć swoje tępo i równomiernie iść do góry krok za krokiem, metr za metrem. Zanim wyszliśmy z lasu zrobiliśmy sobie przerwę na czekoladę i orzeszka ale to w sumie była nasza jedyna przerwa przed szczytem.
Mniej więcej w połowie wysokości las się skończył i weszliśmy w kosodrzewinę. Wtedy pokazały się piękne widoki które dodatkowo motywowały, żeby iść dalej, wyżej. Bo przecież z każdym krokiem było piękniej.
Tak, tam gdzieś na przełęcz szliśmy. Na szczęście w górach wszystko zawsze wydaje się dalej i wyżej dopóki się nie wyjdzie. I nie pomyśli “oh wow… to ja tak daleko zaszłam?”.
Tu już trochę wiało ale nie jakoś mocno a wiaterek był nawet miły bo słońce troszkę przyświecało. Im bliżej przełęczy tym bardziej wiatr wygrywał, że słońcem i jak ludzie schodzili to widzieliśmy, że są trochę bardziej ubrani niż my.
Szlak szedł bokiem grani i był piękny widok na dolinę. Zakochałam się w tej dolince. Zdjęcia tego nie oddają ale ta przestrzeń, połączenie zieleni, białego śniegu gdzieś w oddali i czarnych/szarych skał to jest to coś co lubię najbardziej.
Tutaj też zaczęły się pojawiać zwierzątka. Spodziewaliśmy się kozic górskich ale niestety widzieliśmy tylko ich futro zwiewane przez wiatr i spadające na krzaki kosodrzewiny. Samej kozicy nie spotkaliśmy. Natomiast były świstaki. Pozytywne zaskoczenie bo jakoś bardziej mi się kojarzyły ze stanem Washington i Kalifornia a nie z Kolorado ale fajnie, że tu też są.
Na ten wyjazd nie brałam aparatu bo chciałam się skupić na wyjściu na szczyty a nie na dźwiganiu sprzętu więc zdjęcia świstaka nie mam ale i tak był daleko. To nie to co w Parku Narodowym North Cascades, gdzie świstaki latały nam między nogami.
Dokładnie w południe doszliśmy na przełęcz a co za tym idzie doszliśmy do granicy resortu narciarskiego. My wychodziliśmy od strony Montezumy gdzie można jechać na nartach tylko na dziko. Natomiast z drugiej strony jest cały resort A-Basin i wyciągami można wyjechać w to samo miejsce gdzie my doszliśmy. Teraz oczywiście nie ma nart ale za to trasy są używane przez wspomnianych rowerzystów i innych górołazów.
Wyjście na górę zajęło nam 3h. Całkiem dobry czas jak ludzi nie zaaklimatyzowanych na duże wysokości. Jutro wychodzimy wyżej więc zobaczymy jak nam pójdzie ale z dzisiejszego wyniku prędkości i samopoczucia byliśmy zadowoleni.
Na górze zrobiliśmy sobie większą przerwę na mini lunch, odpoczynek i zwykłe podziwianie gór. Bo przecież dla tych widoków człowiek się wspina, czyż nie?
Infrastruktura resortu jest zamknięta na sezon ale na szczęście ławeczki na tarasach zostawili więc mogliśmy sobie wygodnie usiąść. Kiedyś tu już byłam. Bardzo dawno temu, jakieś 13-14 lat temu. Wtedy w zimie wyjechałam wyciągiem do połowy i wychodziłam trasami narciarskimi. To były piękne czasy kiedy było mniej restrykcji i można było wszędzie chodzić bo było dużo mniej ludzi którzy to robili. Teraz na szlakach jest dużo więcej ludzi ale na szczęście nadal nie są to Tatry gdzie idą sznury ludzi.
Przerwa nam zeszła. Fajnie się siedziało i tylko jak słońce zachodziło za chmury robiło się chłodnawo. Pewnie było koło 10C (65F). Dla nas idealnie. Nie rozumiem dlaczego ludzie w lato lecą/jadą w rejony gdzie jest 35-40C jak tak może być pięknie, że w środku lata trzeba ubrać bluzę dresową.
Po około godzinnej przerwie ruszyliśmy na dół. Zejście na dół to sama przyjemność. Z górki na pazurki. Pierwsza część to fajna szeroka trasa z którą w miarę szybko się pokonuje bo nie ma żadnych skał, korzeni itp. Potem troszkę ich się pojawia ale ogólnie to cała trasa była bardzo dobrze przygotowana, no w końcu na rowerach tędy jeżdżą.
Schodząc w dół rowery było troszkę bardziej niebezpieczne bo się ich nie widziało ale na szczęście tylko dwa nas minęły. Było już koło 1-2 popołudniu to już rowerzyści zjechali. Oni mają szybsze tempo ale też pewnie wcześniej wyjechali, żeby zdążyć przed upałami. Bo im niżej się schodziło tym bardziej czuło się, że jest lato.
Im niżej się schodzi tym coraz więcej tlenu się dostaje więc i zastrzyk energii jest. Schodząc w dół nie robiliśmy przerwy. Jakoś tak dobrze się szło to po co się zatrzymywać. No chyba, że na minutę, żeby ostatni raz zapisać w pamięci te piękne widoki.
Wychodząc na górę mówiliśmy, że fajnie się będzie schodzić bo część szlaku jest w lesie to będzie chłodno. Nie wiem jak to się jednak stało ale schodząc w dół ten las wcale taki gęsty się nie okazał i jednak troszkę ciepło dawało się we znaki.
Około 14:30 zeszliśmy na parking. Czyli cały szlak zajął nam 5.5h. Całkiem nieźle jak na 2200 ft różnicy wzniesień i prawie 7 mil szlaku. Średnia wg. All Trails to 4h 15 min. My szliśmy 4h 30 min czyli wg. średniej. Może te częste przyloty do Kolorado jednak nam pomagają i wysokość jest nam coraz mniej straszna. Zobaczymy jutro na 14tys…
Póki co cieszyliśmy się z dzisiejszego dnia. O jutrze będziemy myśleć jutro. Piękny szlak dziś mieliśmy, cudowną pogodę i niesamowite widoki. Z parkingu do hotelu mieliśmy nie całe 15 min więc zapakowaliśmy się i dopiero nad jeziorkiem w hotelu ściągnęliśmy buty i przy piwku odpoczywaliśmy. Trochę ludzi się zeszło na apres… czyli drinka po godzinach. Wszyscy ładnie ubrani a my w zakurzonych spodniach po hiku. No cóż, my tu mieszkamy więc mamy swoje prawa. Ale grzecznie usunęliśmy się w bok i siedliśmy najbardziej w cieniu i najbardziej w lesie, żeby nie straszyć gości restauracji.
Po wczorajszej wtopie z winem stwierdziliśmy, że dziś zjemy w miasteczku Dillon. Jest ono bardzo blisko Keystone a ma więcej restauracji i sklepy. I tak musieliśmy jechać tam do sklepu bo jutro nie załapiemy się na śniadanie w hotelu. Musimy wyjechać z hotelu koło 6 rano a śniadania są dopiero od 6:30am. Tak więc pojechaliśmy do miasteczka po jakiś chleb i coś do chleba, żeby sobie zrobić kanapki w pokoju zanim uderzymy w góry.
Skoro już byliśmy w miasteczku to postanowiliśmy odwiedzić Browar Dam. Parę razy rzucił mi się w oko ale jakoś nigdy nie mieliśmy okazji tam zajechać. Piwo mają dość dobre ale jedzenie… typowe amerykańskie, barowe. Tanie, zapychające ale nie powalające. Niestety kanapka ze steak nie powaliła. Niestety pomimo, że rejon resortów w Kolorado staje się popularny to nad restauracjami muszą popracować. Już wiem czemu u nas w hotelu do restauracji zjeżdża tyle ludzi. Bo nie wiele mają tu konkurencji jeśli chodzi o dobre a nie barowe jedzenie.
Oczywiście po aktywnym dniu i z perspektywą, że jutro trzeba wstać koło 4-5 rano nie siedzieliśmy dziś długo. Nawet kominka nie odwiedziliśmy tylko grzecznie do pokoju, do spania bo na jutro potrzeba dużo sił.
2025.05.28 Ol Doinyo Lengai, Lake Natron, TZ (dzień 10)
Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy „troszkę” wcześniej niż zazwyczaj, bo już o 12:10 w nocy.
Bezlitosny budzik usilnie się wydzierał i pewnie pobudził wszystkie zwierzaki, bo jak szliśmy o 12:30 do samochodu to zebry tak dziwnie się na nas patrzyły.
A po co w ogóle wstajemy o tak nieludzkiej porze. A bo nam się hiku zachciało. Tak, wiem, hiku w tej upalnej i tropikalnej części Tanzanii? Niestety tak. Na Kilimanjaro czy Mt. Meru nie mamy czasu się wspinać na tej wyprawie (trzeb iść od paru dni do tygodnia), więc wybraliśmy inny ciekawy wulkan, Ol Doinyo Lengai. 2,962 metry.
Co to jest za wulkan? Ol Doinyo Lengai to po Masajsku „Góra Boga” i uważana jest za święte miejsce gdzie mieszka ich Bóg Enkai. Wulkan jest aktywny. Ostatni potężny wybuch był w 2007 i trwał parę miesięcy, aż do 2008 roku. Spowodował wiele szkód lokalnej ludności i zwierzynie. Trzy wioski musiały być ewakuowane. W 2024 roku też wybuchł ale na mniejszą skalę i nie spowodował większych szkód.
Czas wspinaczki zajmuje około 8-12 godzin i jest zaliczany do trudnych ze względu na bardzo strome podejście, śliskie skały, sypkie piargi i wysokie temperatury w ciągu dnia.
To dlaczego trzeba tak wcześnie w nocy wychodzić? Upał w ciągu dnia. Tutaj jest bardzo gorąco o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Ale o tym później.
O 12:30 w nocy zapakowaliśmy się do samochodu i wraz z naszym kierowcą/przewodnikiem ruszyliśmy w kierunku wulkanu Ol Doinyo Lengai. Po około 20 minutach przejeżdżając przez wioskę Masajską zabraliśmy dwóch Masajów i kontynuowaliśmy podróż do podnóża wulkanu.
Po co nam nam dwóch Masajów? Jeden to lokalny przewodnik, a drugi to gostek co będzie siedział w samochodzie i go pilnował. Ponoć nie powinno się zostawiać na odludziu samochodu, a zwłaszcza w nocy. Isaaya, nasz Masajski przewodnik powiedział, że zdarzają się napady ludzi z innego plemienia, które też zamieszkuje ten rejon.
Sama podróż samochodem była przygodą i trwała jakąś godzinę. Nie mam zdjęć, bo takie były wyboje, że ciężko było telefon utrzymać w ręce, a nie wspomnę już o nocnych zdjęciach. Tam po prostu nie ma drogi. Jedziesz w kierunku w którym Masaj ci mówi. Czasami się zdarzało, że dojeżdżaliśmy do krawędzi i dalej nie można było jechać. Musieliśmy troszkę wrócić i szukać innej drogi. Czasami jakaś zebra czy hiena przebiegła spłoszona samochodem. Takie klasyczne afrykańskie klimaciki w nocy.
O 1:45 zajechaliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy samochód w wysokiej trawie. Ponoć czasami można jechać trochę dalej ale droga już jest na maxa nieprzejezdna po ostatniej porze deszczowej.
Na „parkingu” już stał jeden samochód i oczywiście Masaj w nim spał. Czyli jakaś jedna grupa idzie przed nami. Jak się później okazało tylko dwie grupy szły dzisiaj na szczyt. Za bardzo nie wiem na jakiej byliśmy wysokości, bo to zależy jak wysoko możesz (umiesz) wyjechać samochodem. Rozbieżność jest od 1,000 metrów do 1,300.
Ubraliśmy plecaki, zabraliśmy wody ile można i w pięć osób ruszyliśmy w afrykańską nieznaną nam ciemność. Zostawiliśmy Masaja w samochodzie, niech się bidulka wyśpi i pilnuje samochodu przed wrogimi plemionami.
Temperatura była gdzieś koło 15-18C, lekki wiatr i taka zupełna cisza. Nie było księżyca, więc jak wyłączyliśmy latarki to można było obserwować całą drogę mleczną i liczyć spadające gwiazdy.
Bajka, nie? Prawie. Po około 30 minutach weszliśmy w głębokie trawy. Gęste, wysokie i zarastające cały szlak. Do tego często kolczaste i zwikłane razem, co bardzo skutecznie utrudniało maszerowanie z kijkami.
No nic, trzeba iść. Przecież robimy to dla przyjemności, prawda? Po około dwóch godzinach doszliśmy do pierwszego dłuższego przystanku. Zrzuciliśmy plecaki, usiedliśmy jak Masaje na ziemi i w całkowitej ciemności coś tam przegryźliśmy.
20 minut niestety szybko zleciało i trzeba było zabierać się do roboty. Isaaya powiedział, że od teraz zacznie się już parogodzinna wspinaczka. Im wyżej tym stromiej. Tak też niestety było.
Ponoć są różne rodzaje wulkanów. Ten jest z lawą o niskiej temperaturze. Co to oznacza? Oznacza to, że jak lawa wypływa to ma niską temperaturę i szybko zastyga. Zastyga w wyższych partiach góry, co powoduje, że ściany wulkanu są strome. Tak też tu było, im wyżej tym stromiej. Oczywiście wysokie trawy dalej nam towarzyszyły, co nie ułatwiało wspinaczki.
Na stromych odcinkach część naszej grupy spowolniła. Przewodnik powiedział, że jest ok i że możemy iść wolniej. Zaczęliśmy robić częstsze i dłuższe przerwy. Niestety nasza prędkość znacznie się zmniejszyła i wschód słońca zastał nas na niskiej wysokości.
Isaaya mówił, że pomimo mniejszej prędkości nadal mamy dobre szanse żeby zdobyć szczyt. Jesteśmy gdzieś w 75-80% wysokości. I tu nagle Afryka pokazała swoje pazury. Czyli temperaturę.
Znacie powiedzenie od zera do setki w 3 sekundy? Tu było podobnie. Od 20C do 40C w parę minut. Masakra jak szybko temperatura wzrosła jak słońce tylko wyszło. Chyba nigdy takiej szybkiej zmiany temperatury nie doświadczyłem będąc w jednym miejscu.
Przewodnik powiedział, że do szczytu mamy jakąś godzinkę. To jeszcze jest do zrobienia. Ale godzinka na górę, tam pewnie z godzinka i żeby tu wrócić to kolejna godzinka. Plus jeszcze minimum trzy godzinki żeby zejść na dół. W sumie to pewnie około 6 godzin. Jest 6:30 rano. Nie wyobrażam sobie chodzić tutaj koło południa.
Postanowiliśmy zawrócić. Wiem, że szkoda, ale bezpieczeństwo najważniejsze. Mimo, że Isaaya chciał nas dalej prowadzić na górę i pokazać czerwoną lawę i cały piękny krater, to jednak wygrał rozsądek. Ol Doinyo Lengai tu jeszcze będzie (chyba, że nastąpi mega wybuch i się zapadnie jak Ngorongoro), a Tanzania nam się podoba i może tu kiedyś wrócimy i powtórzymy wspinaczkę. Znamy już przewodnika.
To był dobry wybór. Zejście w tych warunkach jest tak samo meczące jak wyjście. Stromo, ślisko i GORĄCO!
Rozdzieliliśmy się. Ja z Ilonką i Masajem poszliśmy szybciej. Chcieliśmy jak najszybciej dojść do samochodu póki nie będzie za gorąco.
Gdzieś tak godzinę do końca Isaaya powiedział, że tu już możemy iść sami, a on poczeka na resztę grupy. Dał nam wskazówki jak się zachować jak spotkamy większe kotki i żeby iść prosto do samochodu. Tam już ma czekać na nas wyspany drugi Masaj.
Isaaya też powiedział, żeby hienami się nie przejmować, bo one raczej boją się człowieka i nie będą podchodzić. Jak spotkamy geparda to trzeba znaleźć dwa kamienie i uderzać nimi o siebie. Ten dźwięk powinien wypłoszyć kotka. Powinno się też nie uciekać ani nie robić żadnych szybkich ruchów. Mamy już doświadczenie z gepardami po Serengeti to już „wszystko” wiedzieliśmy.
Natomiast jak spotkamy lwa to już trochę inna bajka. Żadne kamyczki nie pomogą. Trzeba iść prosto, nie zważać na niego i się modlić. Może się uda……
Pocieszył nas, że nie ma tutaj lwów. Masaje wszystkie lwy wybili. Chyba, że jakiś lew się zapląta i tutaj dojdzie z parków, ale szanse są znikome.
Żeby Masaj stał się wojownikiem musi zabić lwa. Z racji tego, że nie ma tutaj lwów (wszystkie wybili) musi iść do pobliskiego parku czyli do Serengeti. Idzie się gdzieś 3 dni. Niestety niektórzy z tej wyprawy już nie wracają, albo wracają bez nogi czy ręki. Takie to już mają problemy lokalne plemiona….
Było gorąco. Bardzo gorąco! Żadnego cienia, żadnego drzewa. Drzewa czasami się pojawiały ale niestety kilkanaście metrów od ścieżki. Ponoć nie wolno schodzić ze ścieżki bo w tych wysokich trawach mieszkają różne paskudztwa i na pewno nie chcesz być przez nich ugryziony lub ukąszony.
Pojawiło się raz drzewo. Ucieszeni aż prawie podbiegliśmy do niego. Niestety jak tylko na sekundę stanęliśmy w cieniu to nagle tyle się naleciało jakiegoś paskudztwa, że szybko musieliśmy stamtąd uciekać.
Około 10 rano pojawiły się samochody! Ucieszeni na maxa pierwsze co zrobiliśmy to dopadliśmy się do lodówki sprawdzić ile mamy zimnego piwka. Były tylko dwa, akurat dla nas! Śpiący Masaj też chciał piwo, ale niestety zabrakło. Dostał Perrier. Wyglądało podobnie jak piwo, więc się ucieszył, myślał pewnie że to piwo. Niestety po paru łykach się chyba skapnął, że to nie piwo, bo coś po lokalnemu marudził. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy więcej. Nie wiem czy uwierzył…
Gdzieś za pół godziny dotarła reszta ekipy i tą samą wyboistą „drogą” ruszyliśmy w kierunku naszego hotelu.
Po drodze w wiosce Engare Sero wysadziliśmy Masajów i za kolejne 20 minut byliśmy na miejscu. W trybie natychmiastowym wpadliśmy do baru i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia dobrze schłodzonym lokalnym trunkiem o nazwie Kilimanjaro.
Na popołudnie, jak już będzie chłodniej, mieliśmy zaplanowaną kolejną wycieczkę. Było parę godzin czasu, więc udaliśmy się do naszych domków i na tarasie w cieniu obserwowaliśmy nasz wulkan, którego niestety nie zdobyliśmy. A było tak blisko. No nic, wulkan na pewno na nas poczeka, Masaje też. Im się nigdzie nie spieszy.
Niestety nieprzespana noc i potężne zmęczenie wygrało i padliśmy do łóżka na popołudniową drzemkę. Drzemka to może za dużo powiedziane bo przy 35C jest to raczej niemożliwe. Ale odprężenie dla kręgosłupa się na maxa przydało. Uważny czytelnik z poprzedniego wpisu powie, że przecież macie klimatyzowane pomieszczenie. Zgadza się, klima jest i nawet działa i ma pilota. Jednak schłodzenie nagrzanego domku w tropikalnym klimacie gdzie połowa okien nie ma szyb tylko siatki, nie ma sufitu, tylko jest słomiany dach i gdzie między ścianami a dachem nic nie ma jest niemożliwe. Przynajmniej w ciągu dnia. Schładzanie się w świetlicy przynosi znacznie lepsze rezultaty.
Około godziny 16 przyjechał nasz Masaj Isaaya na motorze. Tak, na motorze! Powiedział, że jedziemy na wycieczkę oglądać flamingi. Mówił, że tutaj w okolicy jest parę (kilkaset) flamingów, ale jak chcemy zobaczyć ich tysiące to musimy troszkę dalej podjechać. Tam gdzie flamingi się rozmnażają.
Na szczęście nie musieliśmy jechać jego motorem. Nasz przewodnik Kim odpalił swój terenowy samochód i zabrał nas wszystkich na wycieczkę. Oboje powiedzieli, że to jest blisko, jakieś 20 minut. Godzinę później dalej siedzieliśmy w samochodzie próbując dostać się na to odludne miejsce na wybrzeżu jeziora Natron. Oczywiście nikogo tam nie było. Ponoć w Tanzanii wszędzie można dojechać w 20 minut. Nawet jak coś jest oddalone godziny. Tam nie mają poczucia czasu. Jak będę to będę. Pole, pole…..
Pytam się Isaaya dlaczego tu nikogo nie ma. On na to, że nie jest tutaj łatwo dojechać. Droga jest okropna i niewiele przewodników tutaj jedzie. Albo nie mają umiejętności albo samochodu który pokona tę „drogę”. Zgadza się, dojazd tutaj nie był łatwy. Na szczęście Kim posiada umiejętności, doświadczenie i sprzęt do poruszaniu się po ciekawszych terenach Afryki.
Po drodze można było podglądać życie Masajów z dala od ubitych szlaków. Oni cały czas spędzają na zewnątrz. Wykonując wszystkie czynności. Przygotowują posiłki, piorą brudy, kąpią się, odpoczywają….
W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wprawdzie „droga” idzie dalej, aż do Kenii. Gdzieś za 30km jest granica. Oczywiście nie wybieraliśmy się tam, ale można tędy do Kenii wjechać. Oczywiście potrzebujesz paszport, wizę i dobry samochód. Chyba, że jesteś Masajem. Oni mogą tam wędrować bez dokumentów i wypasać swoje krowy gdzie im się podoba. Albo inaczej, gdzie jest zielona trawa.
Nie mogliśmy podjechać pod same jezioro bo jest to podmokły teren i nasz ciężki samochód mógłby ugrzęznąć. Niecałe 10 minut spacerkiem i już byliśmy przy jeziorze Natron. Ale tu jest ogromna ilość flamingów.
To jezior jest słynnym skupiskiem flamingów. Wysokie zasolenie jeziora odstrasza drapieżniki, tworząc bezpieczne miejsce do rozmnażania dla tych ptaków. Spokojnie mogą składać jaja wiedząc, że drapieżniki ich nie będą wykradać. Przez wiele lat flamingi się przystosowały do tych ekstremalnych warunków i mają tu święty spokój. Słona i alkaliczna woda jeziora jest bogata w minerały i glony, które stanowią idealne pożywienie dla flamingów.
Pochodziliśmy tam z jakieś 30 minut, porobili zdjęcia, posłuchali Isaaya, policzyli ptaki (wyszło nam jakieś 2,5 miliona) i wróciliśmy do samochodu. Wiedzieliśmy, że jeszcze mamy jakieś 20 minut (czyli godzinkę) „drogi” do naszego hotelu, a nie chcieliśmy jechać po nocy.
Niestety dzisiaj jest nasza ostatnia noc nad jeziorem Natron, więc prosto po powrocie udaliśmy się do baru/jadalni żeby odpocząć i pogadać. I tak wkrótce podawali obiad, więc nie było sensu się rozchodzić. A zresztą pomału kończą nam się wakacje w tym pięknym kraju a mamy jeszcze setki tysięcy na przepicie…….
W związku z tym, że jest to ostatni wieczór który wspólnie spędzamy z Kimem, to po kolacji wypiliśmy parę piwek i wciągnęliśmy się w rozmowy. Im więcej napojów tym ciekawsze tematy. Przewodnik nam trochę opowiadał o życiu przeciętnych Tanzańczyków, a my mu trochę o Europie i Stanach. Nigdy nie był nigdzie poza Afryką, więc był żądny wiedzy. Porównania trzech kontynentów było dosyć interesujące. Jutro w końcu nie musimy rano wcześnie wstawać, więc nam trochę zeszło na tych porównaniach.
Na koniec jeszcze usiadłem sobie na naszym tarasie przed domkiem i wsłuchiwałem się w odgłosy afrykańskiej nocy. Ciekawie tak było słuchać nieznane mi dźwięki zwierzyny. Wystraszyły mnie pobliskie szczekania. Wiedząc, że to na pewno nie są psy myślałem, że to hieny, więc szybko schowałem się do środka, gdzie już dzika zwierzyna w posctaci jaszczurek czekała na mnie. Jak się następnego dnia okazało to były zebry. Ponoć one też potrafią szczekać jak psy. Ach ci niedoświadczeni turyści ze świata zachodniego.
W sumie to już byliśmy ponad 24 godziny na nogach, więc zmęczenie zaczęło nas łapać. Jutro znowu długa droga wybojami aż pod same Kilimanjaro. Chiny budują drogi w Afryce. Ale za wolno im to idzie.
2024.10.27 Vail, CO (dzień 3)
Jak dzisiaj rano Ilonka się dowiedziała gdzie idziemy to powiedziała: “chyba cię po……! Po ciężkim dniu wczoraj ja mam znowu wyjść na ponad 12,500 stóp (prawie 4,000 metrów!)?”
Zacząłem tłumaczyć, że jest ładna pogoda, piękne widoki na szlaku, jeszcze nie ma dużo śniegu… itd. Pomogło. Postanowiliśmy iść dokąd damy radę i ewentualnie zawrócić jak sił albo czasu braknie. Dzisiaj jeszcze musimy wrócić do Denver i oddać samochód.
Z tym czasem na takich szlakach to trzeba uważać, one nie mają końca. Mamy zamiar iść długodystansowym szlakiem o nazwie Continental Divide, który się ciągnie od Meksyku do Kanady. Jest bardzo trudny i trzeba iść miesiącami. Niestety nie planujemy go dzisiaj przejść w całości, tylko jego malutką część.
W stanie Kolorado w dużej części pokrywa się on z The Colorado Trail. Kolejny paro-tygodniowy długodystansowy szlak. I właśnie jeden z jego segmentów panujemy dzisiaj zrobić. Dość tego gadania, do roboty!
W ciągu 20 minut bardzo krajobrazową drogą przez przełęcz Vail zajechaliśmy na wielki, ale jeszcze przed sezonem pusty parking w resorcie Copper. Planujemy wyruszyć stąd na wschód, czyli na szczyty resortu Breckenridge.
Oba narciarskie resorty są mi bardzo dobrze znane. Należą do ścisłej czołówki najlepszych resortów w Stanach. Wiele dni w każdym z nich spędziłem. Zawsze się zastanawiałem dlaczego ich nie połączą jakąś szybką gondolą żeby zrobić mega wielki resort jak w Alpach. Odpowiedź jest prosta - inni właściciele. Breckenridge należy do Vail a Copper nawet nie wiem do kogo. Na pewno Vail ma chrapkę na Copper, ale pewnie Copper nie chce być sprzedany, albo urząd antymonopolowy trzyma na tym rękę i mówi nie.
Pogoda jak zwykle piękna z idealną temperaturą na hike. Przynajmniej na dole. Jest to jeden z głównych szlaków w Kolorado, więc spodziewaliśmy się dobrze przygotowanej trasy i taka też była. Pierwszą część można nawet jeździć na rowerze, jak ktoś ma siłę pedałować do góry. Jest zakaz elektryków.
Szeroką ścieżką pomału posuwaliśmy się do góry delikatnie trawersując zbocze góry.
Szliśmy lasem, więc za wiele ciekawych widoków nie mieliśmy. Czasami tylko pojawiała się jakaś po lawinowa przecinka w lesie na szerokość kilkudziesięciu metrów, przez którą można było obserwować zmieniający się teren.
Pewnie dlatego nie ma tutaj tras narciarskich bo występuje wiele lawin w tym rejonie. Chociaż w zimie często widzę tutaj ślady odważnych (albo głupich) narciarzy. Wyjeżdżają wyciągami z drugiej strony, z resortu Breckenridge i tutaj, poza trasami zjeżdżają w dół.
Im wyżej tym więcej śniegu i mniej drzew. Gdzieś tak w połowie stoku doszliśmy do rozgałęzienia szlaków. Nasz, główny szlak (Colorado trail) robi ostrą serpentynę i znacznie stromiej zaczyna się wspinać do góry. Prosto dalej można iść dalej w głąb gór.
Od tego miejsca łatwy spacerek w lesie właśnie się zakończył. Szlak szedł znacznie stromiej do góry, śniegu przybywało i wiatr stawał się coraz to bardziej odczuwalny. Plusem było to, że powili wychodziliśmy z lasu, a co za tym idzie, widoki stawały się coraz to ciekawsze.
Zwłaszcza widoki na resort narciarski Copper, który to ładnie się odsłaniał z całymi tylnymi górami. W końcu mogłem Ilonce pokazać gdzie z reguły jeżdżę na nartach jak jestem w tym resorcie. Z dołu tego nie widać. Trzeba wyjść na przeciwległe stoki.
Dopiero teraz Ilonka widziała i zrozumiała, że czasami żeby wrócić do głównej części resortu i spotkać się z nią na piwko potrzebuje z godzinę. Nie jest tak łatwo wydostać się z tych wielkich dolin, ale jest tam dziko, pusto i pięknie!
Od granicy lasów do przełęczy myślę, że szliśmy gdzieś z 1.5h. Ciągle zatrzymując się podziwiając widoki i czasami jakieś zdjęcie robić. Im wyżej tym wiatr coraz to skuteczniej utrudniał nam wędrówkę. Czasami trzeba było się obracać od wiatru żeby wyrównać oddech.
Tutaj spotkaliśmy trochę ludzi. Jakieś 4-5 małych grup. Czyli sporo jak na Kolorado. Większość szła w przeciwnym do nas kierunku. Szli z miasteczka Breckenridge górami do resortu Copper. Potem musieli mieć jakiś transport z powrotem do Breckenridge. Albo drugi samochód, albo autobus. Chociaż nie wiem jak autobusy tutaj jeżdżą poza sezonem.
Lokalni mówili, że mamy szczęście do pogody. Ten potężny wiatr jest na zmianę pogody. Idzie wielki śnieżny sztorm. Od jutra ma ostro sypać na wysokościach. Super informacja dla narciarzy, niekoniecznie dobra dla górołazów.
Na przełęcz wyszliśmy około godziny 14. Ale tu wiało!
Pocieszeniem były widoki na drugą stronę, na resort Breckenridge i otaczające go góry. Znowu mogłem Ilonce pokazywać którędy można ciekawie zjechać ze szczytów Breckenridge.
Na grani bardzo wiało, ale jak tylko się zeszło parę kroków w dół z drugiej strony to już było super. Można było zrobić mały odpoczynek i podziwiać widoki.
Ja się ma dwa samochody, albo zna się rozkład autobusów to można iść dalej, do wioski narciarskiej Breckenridge. Potem wrócić samochodem do Copper. Można też wziąć taxi/uber z Breckenridge. Niestety nie znamy tego odcinka szlaku i nie wiemy jak długo by nam zajęło zejście. A musimy jeszcze dzisiaj wieczorem oddać samochód na lotnisku w Denver.
Zaczęliśmy pomału wracać tym samym szlakiem co wychodziliśmy. W sumie idziesz tą samą trasą ale masz zupełnie inne widoki bo jesteś obrócony o 180 stopni. Prawie tak jakbyś był w innych górach.
Łatwy szlak to prawie się zbiegało. Tylko na zaśnieżonych odcinkach trzeba było trochę zwalniać.
Nogi same pędziły na dół, bo wiedziały, że im niżej tym mniej wieje i jest więcej tlenu.
Gdzieś koło 15:30 weszliśmy w las i jakąś godzinkę później byliśmy już na parkingu. Kolejny piękny hike!
Ilonka prawie nie wierzyła, że udało nam się go zrobić. Teraz się cieszyła, ze wspaniałego dnia, ale dzisiaj rano miała bardzie sceptyczne podejście do tego „spacerku”.
Godzinkę później byliśmy już w Denver, a za kolejne 30 minut na lotnisku. Samochód udało nam się oddać o czasie. Niestety o tej porze już nic nie lata do Nowego Yorku, więc wzięliśmy pociąg z powrotem do Denver i poszliśmy prosto do fajnego browaru Wynkoop. Ilonka bardzo chciała mnie wziąć do My Brother’s Bar. Najstarszego baru w Denver który nadal ma zachowany stary styl. Niestety wracając pociagiem okazało się, że My Brother's Bar jest zamknięty w niedziele i wylądowaliśmy w bardzo fajnym browarze Wynkoop.
W końcu można było usiąść, odpocząć, zjeść jakiś konkretny posiłek i uzupełnić płyny i powspominać. Kolejny wspaniały hike w tym raju dla górołazów. Chyba już ostatni w tym sezonie. Nadciągają śnieżne chmury, a to się wiąże z wielkimi opadami białego skarbu. Nie ma się co martwić, trzeba zmienić buty na mniej wygodne, przypiąć do nich jakieś deski i znowu wrócić na przełęcz. Tym razem znacznie szybciej…
W poniedziałek pracowaliśmy z hotelu ale przed samym samolotem udało nam się z walizką podejść do My Brother's Bar i mogłem spróbować i ich hamburgerów które są dobre ale podanie ich jest unikatowe.
2024.10.26 Vail, CO (dzień 2)
Planując ten wyjazd do Kolorado nastawialiśmy się na intensywne górołazowanie. Codziennie chcemy iść na jakiś duży hike. Nart jeszcze nie ma bo za mało śniegu spadło, więc idealny czas żeby przewietrzyć głowę na wyżynach stanu Kolorado.
Wprawdzie wyżej w górach już trochę śniegu spadło ale dalej za mało, żeby skutecznie utrudniać wspinaczkę. Dalej można spokojnie wychodzić na 12 tysięcy stóp (3,500m) lub wyżej i to bez raków czy rakiet.
Październik jest świetnym miesiącem na zwiedzanie górzystych części stanu Kolorado. Nie za gorąco, jeszcze w miarę długi dzień, nie ma latającego paskudztwa, i śniegu mało. Ilość ludzi tutaj jest zawsze mała, więc to akurat nie ma znaczenia lato czy jesień. Wiosna też by była fajna, ale niestety paro-metrowa warstwa śniegu utrzymuje się tutaj spokojnie do maja lub czerwca.
Po wczorajszym hiku nogi za bardzo dzisiaj nie chciały chodzić. Zwłaszcza jak się dowiedziały, że dzisiaj jest największy hike na tym wyjeździe. Planujemy dotrzeć do jeziora Pitkin, które znajduje się w rejonie resortu Vail. Dokładnie na jego przeciwległych stokach.
Dzień jeszcze jest w miarę długi, więc na hike wyszliśmy dopiero o 10 rano. Po pierwsze już nie ma upałów, więc nie trzeba unikać wspinaczki w środku dnia, a także o tej porze roku nie ma już większego problemu z parkowaniem samochodu na początku szlaku. Co prawda mieliśmy wyjść jakąś godzinę wcześniej, ale niestety w nocy mieliśmy emergency które nam zabrało dwie godziny snu. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło i o 10 rano wyruszyliśmy.
Większość hików w rejonie Vail zaczyna się zaraz koło autostrady 70, więc gdzieś przez pierwsze 30 minut słychać jej odgłosy. Na szczęście odgłosy nie są aż takie męczące i trochę też tłumione przez las. Ciężarówki mają zakaz hamowania silnikiem w rejonie Vail co też zmniejsza decybele. A w sumie to my mieszkamy w NYC gdzie tam zawsze jest głośno i już do tego jesteśmy przyzwyczajeni.
Początek trasy jest dość stromy. Trzeba wyjść z dna doliny. Przyjemnie zygzakami przez brzozowy las w promieniach słońca szybko nabieraliśmy wysokości.
Szybko też brzozy zamieniliśmy na drzewa iglaste i dalej nabieraliśmy wysokości. Śnieg zaczął się pojawiać. Na początku tylko na zacienionych odcinkach a w miarę nabierania wysokości częściej i więcej. Dalej w ilościach na tyle małych, że raczki które mieliśmy w plecaku nie musieliśmy ubierać.
Gdzieś tak po godzinie z hakiem dolina zaczęła się rozszerzać i las zaczął ustępować polanom.
Była taka super cisza. Bezwietrzna pogoda i praktycznie żadnych innych ludzi. W tych rejonach ponoć występuje spora ilość zwierzyny. Szliśmy, nasłuchiwaliśmy, rozglądaliśmy się uważnie ale poza wiewiórkami i chipmunkami to nic innego nie biegało.
Można tu spotkać znacznie większe ssaki. Mieszkają tu niedźwiedzie, pumy, kozice górskie, łosie, jelenie, lisy… Internauci często wystawiają zdjęcia z napotkanych zwierzaków. Wczoraj tu ponoć przechodziła niedźwiedzica z dwoma małymi.
A może to i dobrze, że nie spotkaliśmy lokalnych mieszkańców… Ilonka nie miała gazu pieprzowego przy sobie.
Szlak to Pitkin Lake nie jest trudny, ani też techniczny. Ma parę stromszych odcinków ale łatwych do pokonania. Mimo wszystko, każde stromsze podejście na wysokości powyżej 10,000 stóp (3,000 metrów) wymaga troszkę energii i tlenu. Niestety nie mieszkamy jeszcze w górach, więc z tym tlenem nie jest tak łatwo, ale nie jest źle. Organizm pamięta wysokości i im częściej się przekracza 10,000 stóp tym łatwiej.
Jezioro Pitkin znajduje się na 11,400 stóp (3,500 metrów). Lasy w stanie Kolorado dochodzą gdzieś do 11,000 stóp (3,350m.). Wiadomo, że tak gdzieś od 10,000 stóp stają się rzadsze i mniej gęste. Ostatnią godzinkę hiku szliśmy polanami, skałami i często w śniegu.
Mimo, że śnieg był zmrożony czyli nie było za ciepło to jednak pustynne słońce i wysokość robi swoje. Szliśmy tylko w podkoszulkach z długim rękawem (żeby słońce nas za bardzo nie spaliło) i było nam ciepło. W sumie stan Colorado leży na podobnych równoleżnikach co Afryka północna, a tam słońce ostro grzeje.
Około godziny 14 dotarliśmy nad jezioro. Oczywiście nie było nikogo, dopiero później doszło parę osób.
Mimo niskich temperatur w nocy jezioro nie było zamarznięte, ani nie pływały na nim żadne lody. Pewnie jakieś ciepłe podziemne wody do niego muszą wpływać.
Natomiast zimny wiatr od niego wiał i szybciutko musieliśmy się cieplej ubrać.
Ogólnie nas trochę ten hike zmęczył i taka 30-to minutowa przerwa była wskazana. Coś przegryź, pooglądać otaczające nas góry i wypatrywać jakiś większych zwierzaków.
Pół godziny minęło, żadne większe zwierzaki nie przyszły (poza psem który chciał się wykąpać w lodowatej wodzie jeziora, chyba się zmęczył tym czterogodzinnym spacerkiem), więc postanowiliśmy wracać na dół.
Łatwy szlak, więc w szybkim tempie można było się poruszać. W wyższych partiach jeszcze było trochę śniegu, więc trzeba było uważać żeby zająca nie złapać.
Jak tylko odeszliśmy trochę od jeziora i zbiliśmy wysokość od razu zrobiło się ciepło i bluzy nie były już do niczego nam potrzebne. Niestety żadnych zwierzaków dalej nie spotkaliśmy.
Około 16:30 ponownie weszliśmy w las Brzozowy i pomału zaczęły do nas dochodzić odgłosy autostrady.
Pół godziny później zadowoleni byliśmy już przy samochodzie. Piękny dzień z idealną pogodą i wspaniały hike w okolicach Vail. Siedmio-godzinny spacer wysprzątał nam głowę z głupich i niepotrzebnych myśli.
Samochodem w 10 minut zajechaliśmy do naszego mieszkanka i prosto udaliśmy się na balkon gdzie w promieniach zachodzącego słońca można było się ochłodzić i obserwować jak Vail przygotowuje się do sezonu narciarskiego który pewnie zacznie się już niebawem.
Fajnie się siedziało i odpoczywało na balkonie, ale głód zaczął nam doskwierać na maxa. Wczoraj w Bully Ranch było ok jedzenie, nic specjalnego. Dzisiaj postanowiliśmy iść do Mountain Standard. Ciekawa restauracja nad rzeczką w centrum Vail. W sezonie raczej nie ma szans tutaj się dostać. Dobrze, że jeszcze stoki są zamknięte i jest znacznie mniej ludzi.
Knajpa była dość pełna, ale nawet udało nam się znaleźć miejsce przy barze. Lubimy siadać przy barze. Zawsze jest lepsza interakcja z obsługą i można się jakiś ciekawych lokalnych newsów dowiedzieć.
Był to bardzo dobry wybór. Nie dość, że mają bardzo dużo lanych piw to jeszcze zamówiłem golonkę którą „dało się zjeść.” Ładnie podana , smaczna i rozpływała się w ustach. Czego więcej trzeba na zakończenie dnia.
Dzisiaj też za długo nie siedzieliśmy w barze. Zmęczenie zaczęło się pojawiać a na jutro też oczywiście zaplanowałem ciekawy spacerek. Chcemy przejść z jednego do drugiego resortu. Górami oczywiście….
2024.10.25 Denver, CO (dzień 1)
Zazwyczaj jak człowiek spróbuje czegoś lepszego to potem jest mu dużo trudniej wrócić do wcześniejszego stanu rzeczy. Nie ważne czy chodzi tu o coś smaczniejszego, wygodniejszego, czy po prostu lepszego w mniemaniu danej osoby. Raz podniesiona poprzeczka ciężko spada na dół. A jak spada to z hukiem i tego nikomu nie życzymy.
Dla nas chyba najbardziej podniosła się poprzeczka jak poznaliśmy szlaki górskie na zachodzie Stanów. No bo jakoś było nie do pomyślenia, że można w tak piękne miejsca dojść w jeden dzień. No i wina/whiskey jak Darek nas wyedukował.
Ostatnio oboje z Darkiem mamy za dużo pracy, dlatego bez większego zastanowienia zrobiliśmy sobie weekend relaksu. A dla nas relaks polega na aktywnym łażeniu więc w czwartek po pracy wskoczyliśmy w wielkiego ptaka i ruszyliśmy na zachód do naszego „domku”, czyli do Denver.
Technicznie lotnisko w Denver opuściliśmy już po północy więc nasze wakacje zaczęły się w piątek, dokładnie w piątek rano jak po nocy w hotelu ruszyliśmy w kierunku górek. Szlak na pierwszy dzień był tylko godzinę od Denver, kiedyś próbowaliśmy go zrobić ale to był koniec kwietnia i jeszcze było dość dużo śniegu. Teraz pomimo, że trochę śniegu spadło we wtorek mieliśmy nadzieję, że uda nam się go dokończyć.
Szlak był przewidziany na niecałe 4h tam i z powrotem i mniej więcej tyle nam zajął. Musieliśmy wyjść jakieś 1700 ft (500 metrów) do góry. I niby nie było by to nic dziwnego ale start szlaku był ponad 10 tys feet (3000 metrów). Kiedyś moją granicą było 10tys. Do 10 tys mogłam chodzić bez większych problemów ale po przekroczeniu 10tys zaczynałam czuć brak tlenu. Powyżej dwunastu tysięcy (3600 m) nie przepadałam za hikami. Przebywanie w Denver i nie tylko sprawiło, że 10tys nie jest już takie straszne. Wysokość zaczynam odczuwać jak się zbliżam do 12tys a dyskomfort jest bardziej koło 13-14 tys (4000 m).
Ostatni raz (rok temu) przekroczyliśmy 12tys też w Kolorado. Wtedy chcieliśmy zdobyć Peak 10 (13,633 /4155 m) Wtedy wymiękliśmy na około 12,700. Na tym wyjeździe chyba nie będziemy szli pod 13tys ale trenowanie w okolicach 12tys jak najbardziej nam się przyda.
Plusem szlaków na zachodzie, a zwłaszcza tych przekraczających 10tys ft wysokości jest ich łatwość. Ciężko zrobić trudne szlaki na wysokości gdzie jest mniej tlenu i o zadyszkę nie trudno. No chyba, że się tu mieszka i co tydzień chodzi po górach to nawet biegać można. Kiedyś miejmy nadzieję dojdziemy do takiej kondycji, albo przynajmniej czymś pomiędzy biegaczem a górołazem mieszkającym na poziomie morza.
Kolejna ciekawostka która odróżnia lokalnych od turystów. Na szlaku często mówi się “Cześć co słychać?” no i jakieś tam mała wymiana zdań się szybko nawiązuje, czasem kończy się na “baw się dobrze” a czasem przeradza się w to w rozmowy o pogodzie. Darek zaczepiał dziś wszystkich i mówił “piękny dzień mamy” no bo rzeczywiście pogoda dopisała i było cudo. Tylko ktoś mu dogadał (tak przyjaźnie) no w Kolorado jesteś… tu przecież zawsze jest pogoda. No tak bo albo tu świeci słońce albo pada śnieg. Pochmurnych dni, deszczowych i zachmurzonych raczej tu nie wiele jest. Kolorado - pogada dla bogaczy.
My Kolorado mamy od święta więc rozkoszowaliśmy się pogodą i widokami. Szlak prowadził piękną trasą, otoczoną górami, aż doszliśmy do jeziora. Przed jeziorem można skręcić i iść wyżej w góry ale to już mówimy o poważniejszym szlaku więc my się skupiliśmy na jeziorze. Od jeziora było chłodnawo bo wyżej już trochę śniegu było. Nadal można było spokojnie po nim chodzić ale chłodek od niego wiał.
Zrobiliśmy sobie przerwę na małe co nieco i chwilę podziwiania natury w ciszy. Góry to fajna sprawa. Ja chyba nigdy nie zrozumiem ludzi którzy wolą wylegiwanie na plaży niż takie widoki i takie otoczenie. Nie dość, że nagroda jest w samym ruchu to jeszcze widoki niesamowite. No nic, na szczęście różni ludzie lubią różne rzeczy bo inaczej szlaki by były przepełnione a tak to, spotkaliśmy może w sumie z 10 ludzi na całym szlaku. Idealnie. Wystarczająco, żeby przepędzili misie a nie za dużo, że mówienie “cześć” ci się nudzi.
Zejście do auta to już było z górki na pazurki. Kolejnym plusem szlaków na zachodzie jest to, że schodząc w dół dostaje się więcej tlenu a co za tym idzie więcej energii. A szlak jest na tyle łatwy, że można prawie biec. Oczywiście nadal trzeba uważać bo wtedy najłatwiej o kontuzję ale spokojnie schodzi się połowę czasu który zajęło wyjście.
Byliśmy mniej więcej w 3/4 drogi z Denver do Dillon. Dillon, Silverthorne i Frisco to trzy miasta połączone prawie w jedno skąd rozjeżdżają się drogi w różne części gór. My śpimy w Vail ale zanim tam dojechaliśmy to po takim fajnym spacerku należała nam się przerwa w Silverthorne.
Normalnie spanie w Vail, tak centralnie w Vail to nie dla psa kiełbasa. W sezonie zimowym lekko trzeba liczyć $600-$1000 za noc. Dobrze, że teraz nie ma sezonu i ceny bardziej przypominają ceny hoteli we Frisco. Dlatego zdecydowaliśmy się na pomieszkanie w centrum Vail i wyobrażeniu sobie jak to jest mieć 5 min na nogach do wyciągów w tym najsłynniejszym resorcie w Stanach jak nie na świecie.
Miasteczko puściutkie. Śpimy w części Lions Head i jak poszliśmy na kolację to prawie nikogo nie było na chodnikach. Restauracje też jeszcze w większości pozamykane. Każdy właściciel biznesu pewnie gdzieś odpoczywa bo jak się zacznie z końcem listopada to pewnie do kwietnia nie będą mieli przerwy. My postanowiliśmy dziś na “barowe” jedzenie i poszliśmy do Bully Ranch. Bully Ranch jest w hotelu Sonnenalp który ma pyszną restaurację ale niestety jest to jedna z tych na sezon zamkniętych. Stwierdziliśmy jednak, że skoro to w tym samym hotelu to i może jedzenie będzie podobne. Zamówiliśmy pizzę i żeberka. No i niestety żeberka nie powaliły. Spodziewaliśmy się wow a były tylko dobre. No nic, następnym razem w Vail Darek będzie musiał sam robić bo nawet najlepsza knajpa w mieście nie sięga mu do pięt. Jutro kolejny “spacerek”, dłuższy i też zapowiada się piękny, no więc po kolacji, grzecznie do domku i do spania, trzeba mieć siły na jutro.
2024.09.04 Grześ i Rakoń, Tatry, PL
W Zakopanym pewnie byłem ponad sto razy. Zawsze jadąc do tego miasteczka udawałem się w Tatry. Nie było znaczenia jaka pora roku, czy pogoda. Jak się nie dało iść w Tatry Wysokie to zawsze w dolinkach czy przy jeziorach można było miło spędzić czas.
Większość czasu (tak z +95%) spędzałem w Tatrach Wysokich. Powodów było kilka. Po pierwsze zakwaterowanie z reguły miałem w okolicach Kuźnic, znam dobrze szlaki w tym rejonie, no i do miasta w miarę blisko.
Ostatnio mój dobry znajomy i miłośnik Tatr odwiedził Tatry Zachodnie. Mówił, że go pozytywnie zaskoczyły i ani przez chwilę nie żałował, że nie poszedł w Tatry Wysokie.
Pomyślałem, że w sumie w Tatrach Zachodnich to ja chyba nie byłem z 30 lat i z chęcią odwiedzę ten zakątek. Tak też się stało, zebrałem ekipę i przedstawiłem plan na hike.
Mieszkamy oczywiście w rejonach Kuźnic, więc nie dało tak się po prostu wyjść w góry. Trzeba było samochodem podjechać do najbardziej wysuniętej na zachód doliny Tatr, do doliny Chochołowskiej.
Była wczesna godzina, więc po około 20 minutach bez korków zaparkowaliśmy na parkingu i ruszyliśmy przed siebie.
Długo nie szliśmy, jakieś 5 minut. Dolina Chochołowska jest bardzo długa. Od parkingu do schroniska z którego mamy zamiar dalej iść w góry to aż ponad 7 kilometrów w każdą stronę! Ciężko by było to zrobić na nogach i potem jeszcze szlakami górskimi pewnie drugie tyle. Na szczęście znajduje się tutaj traktor, który za niewielką opłatą podrzuca cię gdzieś tak do połowy doliny.
Drugą część doliny niestety musieliśmy pokonać już na nogach. Ale przy tak pięknej pogodzie, chłodnym i bezwietrznym poranku było to sama przyjemność.
Szeroka droga szła lekko do góry wzdłuż strumyka a wyżej przez górskie hale. Po około godzinnym szybkim spacerku (4km) doszliśmy do schroniska na polanie Chochołowskiej.
Dolina Chochołowska jest największą doliną w Tatrach. Dlatego pewnie schronisko też mają największe, aż 121 miejsc noclegowych. Posiada restaurację z lokalnymi przysmakami, bistro bar i duży taras widokowy. Jest idealną bazą wypadową w Tatry Zachodnie. Szczególnie jest popularne zimą, ze względu na dużą ilość tras narciarskich.
Była już 9 rano. Robiło się ciepło. Słoneczko coraz mocniej świeciło. W schronisku trzeba było zrzucić trochę ubrań, nasmarować się kremem z dużym filtrem i zaatakować góry.
W planie mamy wyjść na Grześ, potem na Rakoń, a następnie zejść zielonym szlakiem na przełęcz pomiędzy Rakoń a Wołowiec. Stamtąd stromo w dół schodzi szlak prosto do schroniska. Takie kółeczko, które pewnie zajmie nam jakieś 6 godzin z przerwami na zdjęcia i odpoczynki.
Od samego początku szlak na Grzesia nie rozpieszczał. Prosto do góry dobrze przygotowaną, szeroką ścieżką.
Mimo, że już jest po wakacjach i środek tygodnia, to ludzi szło trochę. Może nie aż tyle co w głównej części Tatr, ale ciągle spotykało się ludzi na szlaku.
W większości szlak szedł polanami, a nie lasem, co pozwalało nacieszyć oko coraz to ładniejszymi widokami. Minusem tego było słońce, które to coraz bardziej nas przypiekało.
Mniej więcej w okolicach 11 rano cała piątka stanęła na szczycie Grześ! Wysokość 1,653 metrów.
Szczyt jest na granicy ze Słowacją co pozwoliło nam rzucić okiem na ich zachodnie Tatry. Powiem Wam, że atrakcyjnie wyglądają. Ciekawe szlaki, schroniska i masywne szczyty. Trzeba będzie kiedyś ich odwiedzić i złazić ich szlaki.
Na szczycie było trochę ludzi. Odpoczywali, podziwiali widoki i oczywiście coś tam zajadali. Ja wyciągnąłem pyszne zakopiańskie pączki z Dobra Pączkarnia i wpatrzony w krajobraz górski zajadałem się tymi przysmakami.
Po około 30 minutach ruszyliśmy dalej. Następny cel to Rakoń. Idzie się gdzieś z godzinę granią do góry z przepięknymi widokami po obu stronach. Szczyt Rakoń jest położony 200 metrów wyżej niż Grześ.
Tu już nie ma drzew. Czasami pojawiają się tylko kępy kosodrzewiny. Słońce idealnie cię piecze, jak na patelni. Dobrze, że byliśmy na grani, to czasami jakiś wiatr próbował nas ochłodzić.
Szło trochę ludzi w obu kierunkach. Szlak jest szeroki, więc można przystawać i zamienić parę zdań z napotkanymi turystami.
Ze względu na przepiękne widoki szliśmy powoli, ciągle przystając, robiąc zdjęcia i rozmawiając.
Na Rakoń wyszliśmy dopiero około godziny 13.
Obowiązkowa przerwa i podziwianie krajobrazu. Widoki z tego szczytu podobały mi się bardziej niż z Grzesia. Czułem się tak jakby bardziej w sercu gór.
Jeszcze lepiej to wszystko wyglądało jak ktoś znalazł w plecaku parę piw. Nie ma to jak ochłodzić się czeskim piwkiem na słupku granicznym Polski ze Słowacją.
Nawet nam wpadł do głowy pomysł zdobycia szczytu Wołowiec. Tak ładnie górował nad nami. To jednak była dodatkowa godzina w obu kierunkach. Nie każdy chciał iść, a też nie chcieliśmy się rozdzielać.
Wołowiec i kolejne szczyty dalej za nim zostawiliśmy na następny raz.
Spakowaliśmy się i ruszyliśmy w dół zielonym szlakiem.
Początek był dosyć stromy i szybko zbiło się wysokość.
Doszliśmy do kosodrzewiny a później lasu. Szlak zmieniał się ze stromego na w miarę płaski. Niestety nie można było szybko schodzić bo teren na to nie pozwalał. Kamienie i korzenie skutecznie to utrudniały. Natomiast plusem był las, a co za tym idzie chłodny cień.
Około godziny 14:30 było już widać schronisko, a pół godziny później zasiedliśmy do wielkiego drewnianego stołu. Górskie kółeczko zostało zamknięte.
Wszystkim bardzo spodobały się Tatry Zachodnie. Nie są tak szpiczaste i strome jak Tatry Wysokie, a co za tym idzie, szlaki nie są aż tak wymagające. Nie ma tych niebezpiecznych odcinków z drabinami i łańcuchami. Ilość ludzi też jest znacznie mniejsza. Ogólnie same plusy. Wrócimy tu na pewno!
Jak na razie to musimy wrócić do samochodu. Ale to już łatwą i szeroką drogą prościutko na dół.
Po godzinie wsiedliśmy do tego samego traktora i po jakiś 15 minutach dotarliśmy na parking.
Ten odcinek od parkingu do schroniska można pokonywać na rowerze. Nawet są wypożyczalnie rowerów obok parkingów. Wtedy pewnie szybciej jesteś w schronisku i więcej masz czasu na góry. Trzeba pewnie będzie rozważyć następnym razem.
Wróciliśmy do naszych ulubionych domków kablowskich na zasłużony odpoczynek. Dobrze było tak ściągnąć buty, wyciągnąć nogi, wygodnie usiąść na ganku i wsłuchać się w odgłos strumyka.
Dzień zakończyliśmy w naszej ulubionej restauracji Bąkowo Zohylina Wyźnio. Byliśmy tutaj dwa dni temu i nam się podobało. Góralski klimat, weseli kelnerzy, dobre jedzenie i nawet nie aż tak drogo jak na Zakopane. Wczoraj na kolacji byliśmy w Karczmie Przy Młynie i już tam na pewno nie wrócimy. Jedzenie ok, ale nie pyszne, natomiast jest drogo i brak góralskiego klimatu.
2024.09.02 Przełęcz Krzyżne, Tatry, PL
Od gór do morza, ten wyjazd do Polski jest zdecydowanie turystyczny i pogoni nas od samej granicy ze Słowacją aż do morza Bałtyckiego.
Ja Tatry znam tak sobie. Doliny, schroniska czy Wodogrzmoty Mickiewicza są mi znane jeszcze ze szkoły. Jednak szczyty i trasy nadal pozostają dla mnie do odkrycia. Dlatego kiedy padł pomysł spędzenia czasu w Zakopanym w 100% zdałam się na Darka i jego wybór szlaku. Zresztą planowanie szlaków jest zawsze jego domeną bo jest w tym najlepszy.
Oczywiście nie zawiodłam się. Tatry potrafią być trudne jak Orla Perć itp ale potrafią też być piękne. I właśnie taki był dzisiejszy szlak. Nie trudny ale przepiękny. Nadal zrobiliśmy 1500 metrów różnicy wzniesień (3800 ft) i pewnie z 25km (15 mil). Ale nie było ekspozycji, łańcuchów i innych utrudnień więc można było skupić się na podziwianiu widoków.
Ile godzin zajmie nam szlak było dyskusyjne. Pięć osób liczyło więc nie dziwne, że opinie były podzielone od 12h do 9h. Ja postawiłam na 11h już z przerwami w schroniskach… przecież naleśniki najlepiej smakują w schronisku. 11h…. hmmm… oznacza to że pobudka o 4 rano jest wskazana.. no może troszkę po czwartej ale na pewno jak jeszcze jest ciemno. Pierwszą noc w Zakopanem spaliśmy w hotelu Tatry (nie polecamy… PRL na maksa), więc na początek szlaku trochę musieliśmy podjechać ale o 6:30 planowo już dreptaliśmy po szlaku w kierunku Wodogrzmotów Mickiewicza a potem do schroniska Pięciu Stawów.
Szlak do Piątki zrobiliśmy dwa lata temu tak że wiedzieliśmy czego się spodziewać. Zmieniliśmy tylko pod koniec i zamiast iść dłuższą i mniej stromą trasą koło wodospadu Siklawa, poszliśmy czarną trasą prosto do góry. Dobrze, że było rano bo słońce już dość mocno świeciło i troszkę się człowiek gotował pod tą górę. Szczerze to nie byłam dumna ze swojej kondycji ale ciepło i nieprzespana kolejna noc (jet-lag mnie trzyma nadal) dały mi sie we znaki. Ale wyznając zasadę, że z każdym krokiem bliżej celu równomiernie podnosiłam nogi i wspinałam się do Doliny Pięciu Stawów. Niezła mi to dolina do której trzeba wyjść 700 m (2300 ft). Żartuję, oczywiście, że warto.
Schronisko a zwłaszcza mała ilość ludzi w nim zaskoczyła nas mocno. Tatry słyną z dużej ilości turystów. Często na szlakach są korki i trzeba dreptać za wolniejszymi, schroniska są tak pełne, że nie można stolika znaleźć i lepiej jest przegryźć coś swojego z boku niż stać w kolejce po szarlotkę. To wszystko jest w weekend, w wakacje, w ciągu dnia. W poniedziałek, o 8:30 rano w pierwszy dzień roku szkolnego sytuacja wygląda całkiem inaczej…
Rano niewiele zjedliśmy na śniadanie tylko na szybko jakąś kromkę chleba z serem. Teraz po wydrapaniu się na 1671 m n.p.m (5482 ft) można było w końcu zjeść śniadanie i napić się kawy. Darek stwierdził, że tak bardzo parówki mu jeszcze nigdy nie smakowały. Ja postawiłam na szarlotkę i soczek pomarańczowy. Witaminy się przydadzą a soczek świeżo wyciskany jest zawsze mile widziany.
Większość ludzi która przewinęła się przez schronisko szła na Zawrat i Orlą Perć. Mało kto wybrał nasz szlak. My w planie mieliśmy wspinać się na przełęcz Krzyżne i stamtąd zejść do Murowańca a potem do Kuźnic. Tak, dobrze myślicie, że w planie mamy przejść prawie z jednego końca Tatr na drugi.
Normalnie ludzie robią nasz szlak w drugim kierunku. Zaczynają w Kuźnicach, potem Murowaniec, przełęcz Krzyżne, Pięć Stawów i Łysa Polana. To ma sens bo najładniejsze widoki są na odcinku Piątka - Przełęcz. Dlatego lepiej jest tu schodzić bo piękne widoki ma się cały czas. My jednak kolejne noce spędzimy w Kuźnicach więc większy miało dla nas sens zacząć od Piątki. Jak się potem okazało był to bardzo dobry wybór.
Szlak na Krzyżne jest z początku bardzo łatwy… prawie prosta trasa zboczem gór. Druga połowa jest bardziej stroma, nic strasznego i nawet dość łatwo idzie się do góry bo skały mają często formę prostokątną. Stok jest natomiast nasłoneczniony więc w samo południe, w lato ciężko tu jest w tym słoneczku. My mieliśmy nawet troszkę wiaterku i małe zachmurzenie. Czuliśmy jednak ciężkie powietrze i obawialiśmy się burzy. Pragnęliśmy tylko przejść przełęcz zanim rozpęta się burza.
I udało się. Deszcz wytrzymał długo i dopiero jak kończyliśmy przerwę na przełęczy zobaczyliśmy ciemne chmury zbierające się w Dolinie Pięciu Stawów. Uff… dobrze, że my schodzimy na druga stronę. Do Piątki chyba byśmy biegli, żeby tylko zdążyć przed deszczem i burzą. Zapowiadało się ostro.
Tak jak wspominałam, większość ludzi robi ten szlak w drugim kierunku. Tak więc niestety większość kierowała się w kierunku chmur. Najbardziej nam jednak było żal tych co postanowili zrobić Orlą Perć. Być tam teraz, wystawionym na wiatry, burze i deszcze, trzymając się łańcuchów i myśląc jak się nie poślizgnąć na mokrych skałach… nie chciałabym być w tej sytuacji. Niestety w górach pogody nie przewidzisz i może złapać się deszcz i burza w najmniej odpowiednim momencie. Problem jest, że ciężko jest zejść od razu jak spadnie pierwsza kropla. Czasem trzeba dojść do rozgałęzienia szlaku a to może już być niebezpieczne. Mam nadzieję, że dla wszystkich dzisiejszy dzień w górach dobrze się skończył.
My mieliśmy duże szczęście. Deszcz jakby czekał aż zejdziemy z najtrudniejszych odcinków. Zejście z przełęczy Krzyżne w kierunku Murowańca było dość strome i szło się po rozrzuconych kamieniach. Na szczęście jeszcze suchych kamieniach więc schodziliśmy dość szybko.
Dopiero jakieś 30 minut przed schroniskiem złapał nas deszcz. Chcieliśmy przeczekać ale zapowiadało się na dłuższą ulewę więc nie zważając na deszcz ruszyliśmy przed siebie. Kurtki przeciwdeszczowe mieliśmy ale spodni nie ubieraliśmy. Prawda jest taka, że jak się idzie w tych przeciwdeszczowych ubraniach to człowiek się tak poci, że na jedno wychodzi czy mamy GoreTex czy nie. Tak nawet najbardziej fancy GoreTex jest średnio przepuszczalny i łatwo się spocić.
Dogoniliśmy słońce. My szliśmy w jednym kierunku, chmury w drugim i takim oto sposobem jeszcze zanim doszliśmy do schroniska nasze ubrania wyschły. No i nawet tęczę widzieliśmy.
Oj jak dobrze że jak doszliśmy do Murowańca to nie padało. To schronisko w porównaniu z Piątką dziś rano to niebo a ziemia. Człowiek na człowieku. Dobrze, że nie padało to przynajmniej na zewnątrz jakiś stolik znaleźliśmy. Tak dużo było ludzi, że nam wszystkie pierogi zjedli, naleśników nie było i musieliśmy stworzyć nową tradycję pod tytułem bigos w schronisku.
Cudownie było usiąść przy piwku, rozłożyć rzeczy do wyschnięcia i naładować kalorie. Schronisko jednak podpadło nam paroma rzeczami. Po pierwsze to płatność tylko gotówką. To jeszcze mogę zrozumieć bo jak czytałam książkę o schronisku w Pięciu Stawach to wspominali, że z płatnościami kartą jest ciężko bo nie zawsze jest Internet żeby transakcja przeszła. Ale za toaletę kartą jakoś można płacić. Toaleta jest płatna w każdym schronisku. W Piątce jest skrzyneczka i wrzucasz 2 zł, wszystkim ufają. Tutaj nie dość że chcą 4 zł. To jeszcze są bramki jak w metrze w NY…masakra. 4 zł można odzyskać bo bramka przy toalecie wydaje paragon i można potrącić to z zamówienia później, tylko że zazwyczaj najpierw się pije piwo a potem sika a nie na odwrót.
Siedzielibyśmy dłużej ale trzeba było ruszać w drogę. Dziś mamy kolację która się apetycznie zapowiada. Do tego reszta ekipy nie mogła się już na nas doczekać bo wyszli przed nas na szlak. No więc polecieliśmy….z górki na pazurki (zejście było strome) w kierunku doliny Jaworzynki.
Zleciliśmy znów dziękując, że kamienie nie są mokre i można śmiało zaufać butom. A na dole w dolince czekała nas miła niespodzianka. Rodzice przywitali nas pysznymi croissantami i piwkiem. Jak nie ma schroniska to zawsze sobie można jedno zrobić…
38 tys kroków to było za mało dlatego na kolację tam i spowrotem poszliśmy na nogach. Tego nam trzeba było, takiego długiego spacerku w pieknym otoczeniu żeby człowiek się zmęczył i zrozumiał że dla takich chwil żyjemy.
Na kolację poszliśmy do Bąkowo Zohylina Wyźnio. Dwa lata temu próbowaliśmy się tam dostać ale niestety nie było wolnych stolików. Teraz mieliśmy rezerwację więc sprawdzimy czy rzeczywiście warto.
Tak, warto….strasznie nam się spodobało. Jedzenie pyszne choć pierogów z kaczorem (kaczką) nie mieli. Ale inne dania były smaczne. Natomiast klimat to jest to po co się chodzi do góralskich restauracji. Kelner który gwarą nawija, żartuje, mowi ciociu do naszych mam i doradza co zamówić. Nie sposób się nie uśmiać i od razu zapomina się o bolących nogach i kilometrach które dziś zrobiliśmy.
2024.07.20 Islandia (dzień 9)
Dziewiąty dzień naszej przygody z Islandią. Na tym etapie stwierdziliśmy już, że nie warto robić zdjęć… i tylko śmialiśmy się sami do siebie jak po raz kolejny sięgaliśmy po aparat.
Po każdym dniu oglądaliśmy zdjęcia zrobione tego dnia. Oglądaliśmy na ipadach żeby były większe i lepiej je oceniać. Każdego dnia dochodziliśmy do tego samego wniosku. Zdjęcie ładne (może niektórzy powiedzą czasami wow) ale dla nas nadal nie oddawały tego piękna co mieliśmy w pamięci. Góry spłaszczone, perspektywa przybliżona, kolory nie zawsze tak intensywne. Wiem nie jesteśmy ekspertami w fotografii ale coś tam wydaje nam się że umiemy. I sprzęt też nie najgorszy mamy. Powód? Tam po prostu trzeba być. Trzeba być, poczuć ten ogrom, zobaczyć całą panoramę i poczuć się maluśki przy ogromie i pięknie natury.
Nie wiem czym sobie zasłużyliśmy ale dziś mieliśmy kolejny cudowny, słoneczny dzień. Chyba ktoś na górze nas lubi bo pogoda o ile na wyjeździe jest w kratkę o tyle zawsze na szlaku nam sprzyjała.
A dziś nawet zdjęliśmy bluzy i szliśmy w samych podkoszulkach. Tak, dziś temperatura przekroczyła 20C. Jak na termometrze w aucie wybiło 22C (71F) to aż szok mały doznaliśmy.
Jako pożegnalny szlak Darek wybrał szlak na szczyt Kristinartindar albo przynajmniej pod szczyt. Bo w tym przypadku nie destynacja a droga jest celem. Szlak bowiem idzie w załóż lodowca Skaftafell, który to jest językiem największego lodowca Vatnajokull.
Darek we wcześniejszych wpisach wspominał parę razy o tym jak lodowce dochodziły do oceanu, i jak to topnieją. Znikają niestety… a jak szybko to możecie porównać na poniższym zdjęciu. 1996 vs 2017
Lodowiec nam towarzyszył już od pierwszych minut na szlaku aż na samą górę. Często polecają tą trasę zrobić w przeciwnym niż my kierunku. Bardziej w kierunku wskazówek zegara. Darek wyczytał że w przeciwnym kierunku jest lepiej i muszę się z nim zgodzić. Cały czas mieliśmy piękne widoki. Przy schodzeniu lodowiec masz za sobą i trzeba stanąć, żeby go podziwiać.
Dziś na szlaku było troszkę więcej ludzi. Nie dziwne. Piękna pogoda, weekend no i szlak cudo.
Nie były to jednak Tatrzańskie tłumy więc spoko. Mijaliśmy się tu i tam i tylko co jakiś czas patrzyliśmy gdzie w oddali ktoś się przemieszcza, żeby określić gdzie szlak idzie.
Szlak prowadził najpierw bardzo dobrze przygotowaną ścieżką. Z wysokością pojawiało się trochę więcej kamieni aż kamienie to było wszystko co widzieliśmy. Były to luźne kamienie ale nawet nie utrudniało to chodzenia. Wręcz przeciwnie, cieszyliśmy się, że dzięki kamieniom nie ma blota bo jak tylko byly trawiaste odcinki to można było błotko spotkać.
Na Islandii nie ma drzew. Więc perspektywa i widoczność jest super…tylko czasem jakaś góra zablokuje widoczność. Ta widoczność na kilometry sprawia, że z jednej strony są przepiękne widoki, z drugiej widać ile jeszcze ma się do przejścia a z trzeciej sprawia że niektóre odcinki są dość odkryte i wtedy lęk wysokości się włącza.
Już prawie przed skrzyżowaniem szlaków przed szczytem jest pewien odcinek, że trzeba włączyć napęd na 4 koła. To znaczy, kijki można schować, bo ręce i nogi są w jednakowym użyciu.
Tu spotkaliśmy lokalnego. Ja się wdrapywałam po skałach szukając jak najszybciej jakiegoś prościejszego odcinka a Darek uciął sobie pogawędkę z lokalnym. Fajnie było spotkać kogoś kto na pytanie skąd jesteś odpowiedział, że “stąd”. Lokalny jak to lokalny zna tu wszystkie szlaki. Gadał więc z Darkiem, obserwował moje raczkowanie po skałach i zapytał się bardzo grzecznie czy idziemy na szczyt. My, że chyba tak ale jeszcze w sumie nie wiemy. A on na to… jeszcze grzeczniej czy może nam coś powiedzieć. My że jasne. A on czy na pewno, my że jasne. A on na to że na szczyt jak się idzie to są odcinki trudniejsze niż ten który właśnie pokonuję. Aha….czyli delikatnie, bardzo delikatnie gostek mi dał do zrozumienia, że nie dla psa kiełbasa.
No nic… ja sobie pewnie szczyt odpuszcze. Darek się wahał ale jak zobaczył, że to nie jest 15 minut. I że dość trudnym szlakiem ma zrobić kolejne 200 metrów (700 ft) to stwierdził, że chyba woli się wcześniej piwka napić w hotelu. Bardziej mu chyba było żal się rozdzielać niż tego piwa… przynajmniej tak sobie mówię.
Tak serio to oboje podjęliśmy decyzję, że tu chodzi bardziej o drogę niż o szczyt i ruszyliśmy innym szlakiem w dół. Zaczęło się wesoło od piargów i kamienii. Dość ostro szło się w dół bo przecież trzeba teraz zejść to co się wyszło. A tu ma być stromiej.
Z tej strony też były cudo widoki. Tylko czasem przemykało nam przez myśl “o wow…ile jeszcze dreptania przed nami” bo końca szlaku nie widać było.
Po kamieniach zleciało się w miarę szybko. Potem był odcinek dość płaski ale za to z niesamowitymi widokami na dolinę po drugiej stronie grani.
W Adirondacks też czasem tak dreptamy i dreptamy bez końca i zawsze mnie to denerwuje. Chodzenie po płaskim w górach jest troszkę stratą czasu bo wiesz, że kilometry robisz ale wysokość się nie zmienia. Jest jednak dość duża różnica między dreptaniem w Adirondacks a tu…tu zdecydowanie są piękniejsze widoki. I tutaj płaskie odcinki nadal nas zadziwiają. Nawet jak to jest polana.
Bo nawet na polanie można spotkać coś niesamowitego….kizi mizi… nie wiem co to rosło ale w pewnych miejscach było tego dość dużo i bylo super mięciutkie i milusie.
Szliśmy i szliśmy i znów się zmieniała sceneria. Raz było do dołu, raz były kilometry płaskie. Te płaszczyzny to chyba po lodowcowe. No bo duże połacie się topią to powstają jeziora ale potem i jeziora wysychają jak już nie zasila je lodowiec. I takim sposobem powstają płaskowyże ciągnące się kilometrami.
Wraz ze schodzeniem w niższe partie gór pojawiało się więcej zieleni, aż weszliśmy w dość wysokie trawy.
Trawy doprowadziły nas do wodospadu Svartifoss. Tu to już była mieszanka wybuchowa ludzi. Część co wyszła z “lasu” bo całym dniu łażenia i część co wyszła dopiero spod prysznica i przeszła 30min z parkingu.
Wodospad Svartifoss jest unikatowy i popularny ze względu na bazaltowe kolumny które go otaczają. Są to kolumny z lawy bazaltowej, która ma duży procent żelaza i magnezu. Lawa ta zazwyczaj jest cieplejsza przez co szybciej płynie i dopiero jakąś przeszkoda ją może zatrzymać. Wtedy lawa zaczyna zastygać. Lawa bazaltowa wypuszczając energię powoduje pęknięcia, które tworzą kolumny. To jest super uproszczona wersja ale najważniejsze, że jest to stworzone przez lawę.
Od wodospadu to już jest autostrada. Chyba tłumy przychodzą tu codziennie. Ale pewnie tylko do wodospadu. Dzisiejszy dzień postanowiliśmy zakończyć w hotelowym barze, zjeść jakąś kanapkę, wypić parę piwek na Happy Hours no i najważniejsze popracować nad blogiem. Pisanie bloga na wakacjach jest czasochłonne, ale potem lubimy czytać i wspominać. Mam nadzieję, że wam też się fajnie czyta… możecie napisać w komentarzach. Będzie nam miło wiedząc, że ktoś dotarł do tego momentu. Z Islandią jeszcze nie koniec. Jeszcze przed nami Reykjavik.
2024.07.19 Islandia (dzień 8)
Wczoraj „trochę” padało, więc większość czasu spędziliśmy w samochodzie. Islandia ma niestety minusy. Jednym z nich są opady. Często leje.
Pogoda na dzisiaj zapowiadała się znacznie lepsza. Dalej chmury miały pokrywać większość nieba, ale przynajmniej opady powinny być znikome.
Tak też było, nie lało, ale na niebie chmury były gęste. Rano prosto po śniadaniu wyruszyliśmy w nieznane tereny. Pojechaliśmy w Hjallanes. Jest to część Parku Narodowego Vatnajökull.
Po co tu przyjechaliśmy?
Wczoraj wracając w deszczu z innego rejonu południowego wybrzeża Ilonce wpadło w oko ciekawa formacja skalna i droga, naniosła to na mapę. Dzisiaj postanowiliśmy to sprawdzić
Hjallanes jest to rejon z paroma lodowcami, jeziorami polodowcowymi i niezliczoną ilością dróg szutrowych.
W sumie mamy samochód na takie drogi, więc trzeba go wykorzystywać. Dalej nie jest to super jeep który pokona metrowe rzeki, ale Subaru sprawowało się dzielnie.
Po jakiś 15-20 minutach jechania dojechaliśmy do rzeki, która niestety nie zachęcała na przejazd. Szeroka, szybka i głęboka. Chyba nie tym samochodem.
Ogólnie Subaru podjazdy do góry czy zjazdy w dół ogarniało świetnie. Wysokość zawieszenia też jest ok. Praktycznie tylko parę razy poczułem że podwozie coś dotknęło. Niestety nie mieliśmy opon na off-road. Nie były najgorsze, ale uważam, że w takich rejonach wypożyczalnia powinna wyposażać samochody w lepsze opony. Zwłaszcza, jak bierzesz samochód na off-road.
Po kolejnych 20 minutach dojechaliśmy do lodowcowego jeziora. Zaparkowaliśmy i poszliśmy na spacer. Kiedyś (jakieś 100 lat temu) nie było tych jezior. Lodowce dochodziły do moreny, które same sobie robiły. Niestety klimat się zmienia i wyższe temperatury topią lodowce. Lodowce się cofają, a w ich miejsce powstają jeziora.
Wadą tych jezior jest to, że nie można dojść do lodowca. Można podpłynąć kajaczkiem, ale nie za blisko. Lód w każdej chwili może się oderwać i…..
Zrobiliśmy sobie taki godzinny spacer moreną. Posłuchali ptaków, porobili trochę zdjęć (chociaż ponoć się nie robi zdjęć na Islandii) i powdychali świeżego a zarazem lodowcowego powietrza. Idealny odpoczynek.
Potem jeszcze testowaliśmy samochód na lokalnych dróżkach i wróciliśmy na drogę numer 1 w kierunku zachodnim. Droga 1 to jest chyba najgłówniejsza droga na Islandii. Nazywana jest też Ring Road, dlatego, że można nią objechać wyspę wokół.
Dużo turystów co przyjeżdża na Islandię jedzie nią, okrążając wyspę i podziwiając różne atrakcje i widoki. Czas przejazdu to minimum tydzień jak się chce coś zobaczyć.
My też czasami nią jedziemy w celu przemieszczania się w inne rejony. Natomiast my uważamy, że ta ładniejsza część Islandii jest trochę głębiej schowana. Trzeba wjechać samochodem w głąb wyspy, albo przynajmniej wejść trochę na nogach. To niestety wymaga czasu, dlatego podzieliśmy Islandię na parę rejonów. Nie da się wszystkiego sobaczyć za 10 dni.
Dojechaliśmy do Diamond Beach. Jest to jedno z najbardziej odwiedzanych miejsc w Islandii wzdłuż drogi 1 oczywiście. Znajduje się w południowo-wschodniej części wyspy.
Swoją sławę zawdzięcza pływającymi górami lodowymi, które po oderwaniu się z lodowca Jökulsárlón, płyną jeziorem aż do Oceanu Atlantyckiego.
Kiedyś (tak gdzieś do początku 20 wieku) lodowiec dochodził do samego oceanu, więc nie było jeziora ani też Diamond Beach. Fale Atlantyku rozbijały się o lodowiec Jökulsárlón. Wtedy pewnie cały ten rejon był niedostępny dla ludzi. Raczej nie da się wybudować drogi na lodowcu. Pewnie trzeba było objeżdżać go statkami.
Na zdjęciach widać tylko około 10% góry lodowej, reszta jest pod wodą. Jakie to ogromne kawałki lodu muszą się odrywać od lodowca i płynąć tym jeziorem, że aż tak dużo wystają z wody.
Oczywiście tłumów tu nie brakuje. Rejon posiada 3 ogromne parkingi, a i tak ciężko było znaleźć miejsce do zaparkowania. Ilość turystów odwiedzających Islandię zwiększa się z roku na rok. Nie dziwię się, Islandia to przepiękna wyspa!
Mieliśmy jeszcze całe popołudnie i zapowiadała się bezdeszczowa pogoda. Postanowiliśmy to wykorzystać na hike i odjechać trochę od tłumów.
W okolicach Diamond Beach znajduje się przepiękny kanion Múlagljúfur. Hike w nim trwa jakieś 2-3 godziny i ponoć widoki są cudne. Tak też było!
Idziesz do góry po zachodniej części kanionu. Już od samego dołu widoki były wspaniałe, a im wyżej tym jeszcze ładniej.
Na szlaku było trochę ludzi, ale im wyżej tym ich ubywało. Było pochmurno, a wysoko w górach przewalały się ciemne chmury. Mieliśmy szczęście bo jak doszliśmy do końca trasy to nawet chmury się lekko rozeszły i ukazały się końcówki lodowców.
Niestety zdjęcia nie oddają tego w pełni. Przestrzeń, kontrasty, odległości, barwy… jest zupełnie inaczej jak widzisz to w rzeczywistości. Na zdjęciu to wszystko jakieś takie płaskie jest, mało dynamiczne.
Może video coś więcej pokaże. Przynajmniej w części ukaże piękno tego rejonu
Takie bajecznie góry porośnięte intensywnie zielonym mchem. Wodospady wokół, wyżej w górach lodowce, niżej skaliste strome zbocza kanionu, za tobą Ocean Atlantycki… a ty w środku tego wszystkiego. Bajka!
Na kolejne dwie noce wzięliśmy hotel w tym rejonie. Foss Hotel to są sieciowe hotele na Islandii. Ponoć dobrej klasy i w miarę blisko atrakcji. Zresztą za wiele nie ma tu opcji. Mało jest hoteli jak się odjedzie od Reykjavik.
Hotel ma fajny bar i restauracje. Można było wygodnie odpocząć, przy lokalnym piwku bloga napisać i zaplanować następny dzień. Restauracja też niczego sobie. Oczywiście królowała jagnięcina pod każdą postacią.
Na start musiałem spróbować Carpaccio z młodego baranka, a na główne danie jeszcze więcej tego lokalnego przysmaku. Dało się zjeść. Ciekawe czy kiedykolwiek znudzi mi się to mięsko…
2024.07.16 Islandia (dzień 5)
Dzisiejszy dzień a szczególnie hike który zrobiliśmy był jednym z top 10 jak nie top 5 jakie w życiu przeszliśmy.
Chyba nie ma zdjęcia które odda całe piękno tego szlaku. To co było unikatowe to różnorodność krajobrazów. Szliśmy jakieś 10h i w ciagu tego czasu mieliśmy wszystko, wszystkie krajobrazy Islandii w jednym miejscu. Od wodospadów, po lodowce, kadery wulkanu, i piękne zielone góry jak z filmów.
Kojarzycie te momenty w filmach gdzie bohaterowie idą i idą i mijają jeden krajobraz (porę roku) za drugim? Na filmie wygląda to jakby szli miesiacami lub latami. My mieliśmy to samo w ciągu 10h i w ciągu jednego dnia.
“Spacer” zaczęliśmy spod hotelu. Na dzień dobry musieliśmy wspinać się 400 schodów do góry, na szczyt wodospadu Skogafoss. Ogólnie wodospady dużo lepiej podziwia się z dołu lub średniej wysokości a nie z góry. Jednak to tylko początek. Nawet jak ktoś nie ma czasu lub siły zrobić cały szlak który my zrobiliśmy to polecam przejść się godzinę i zobaczyć inne wodospady. Od Skogafoss biegnie dość łatwa trasa z wodospadami co kilkadziesiąt kroków. Podobno jest ich ponad 30.
Idąc w zdłuż wodospadów podnosiliśmy się delikatnie do góry i niestety weszliśmy w chmury. Tutaj, pomimo, że chmury to fajny klimat tajemniczości to niestety widoczność malała. A jak tu zrobić najbardziej krajobrazowy szlak jak nic nie widać.
Kierując się jednak podstawową zasadą, że w górach pogoda może zmienić się w minutę, szliśmy przed siebie.
Mijaliśmy trochę ludzi ale im dalej od Skogafoss tym mniej ich było na trasie. Doszliśmy do mostka. To około 1/4 trasy do góry. Mostek super zrobiony, solidny. Po przejsciu go krajobraz się momentalnie zmienił. Z pieknych zielonych terenów przeszliśmy na skaliste płaszczyzny.
Zaczęliśmy oddalać się od wodospadów i wchodziliśmy w dolinę między lodowcami. Tytaj była szeroka trasa, prawie droga.
W pewnym momencie zaczęło się przejaśniać i nudna kamienista droga stała się cudownym szlakiem otoczonym lodowcami. Szliśmy miedzy dwoma lodowcami i cały czas mieliśmy je po prawej i lewej stronie.
Tą kamienistą drogą doszliśmy do schroniska. Schronisko bardzo małe…pewnie nawet schroniskiem nie bardzo można je nazwać. Ale rozbić się koło niego wolno i pewnie co po niektórzy to robią.
Zrobiliśmy sobie małą przerwę i mentalnie przygotowywaliśmy się na kolejną zmianę terenu. Tym razem czekało nas zejście do doliny po śniegu, a potem po piachu ktory przykrywa lodowiec a potem po czarnym lodowcu. Lodowiec nie tylko był brudny ale też ze względu na działanie wulkanu był czarny. Tutaj ogień (lawa) mocno walczy z wodą (lodem). Aby przepłynąć dalej lawa musi stopić lód. Pewnie czasem lawa przegrywa i robi sie czarny lód albo popiół wulkanoczny miesza się z lodem.
Tak więc z krainy zielonych wodospadów, szarych kamienistych piargów weszliśmy w biało czarną krainę lodu i ognia.
Teren nie był łatwy bo do końca nie widziało się po czym się idzie. Czasem było twardo ale to wyglądało jakby piach / popiół z wulkanu przykrywał lodowiec. Czasem wpadało się w błoto. Pewnie tu lodowiec trochę bardziej się stopił. A czasem szło się po lodowcu. Na szczęście lodowiec jest chropowaty i nie slizgaliśmy się jak po lodowisku.
Czyli wodospady, wypalone, kamieniste piargi, sniegi i lodowce za nami…co dalej? Zanim dowiedzieliśmy się co dalej musieliśmy wyspinać się prawie po pionowej scianie, całej z piachu do góry. Już z dołu jak widziałam tą ścianę to miałam złe przeczucie, ale Darek uspokajał, że przecież jest szlak. Z dołu może i widać szlak, będąc na nim szło się prosto do góry starając się jak najmniej ześlizgiwać w dół. Bo na piachach i piargach to dwa kroki do góry i jeden w dół.
Po tej pionowej ścianie znów zmieniła się sceneria. Przed nami zrobiło się czarno. Wszystko pokrywał czarny, po wulkaniczny pył. Czasem pojawiały się płachty śniegu ale ogólnie to pustynia na maksa…tylko czarna pustynia.
Tu mniej więcej był szczyt. Choć jeszcze parę podejść mieliśmy bo ten szlak to nie proste wyjście na górę i zejście. Widoczność jednak byla rewelacyjna, chmury zostały w tyle i dole. Wygląda, że posówamy się szybciej niż one. I dobrze niech zostaną z tyłu za nami. Tu zrobiliśmy sobie przerwę. Przerwa z widokiem na lodowiec.
Po przerwie ruszyliśmy na płaskowyż. Rownina która przed nami była to jedna wielka czarna plama z białym paskiem. Islandia ma bardzo dużą ilość płaszczyzn bo kiedyś tu wszędzie były lodowce.
Po takich terenach lepiej idzie się śniegiem niż piaskiem. Piasek w dużej mierze to błoto a ponieważ pod nim jest lodowiec albo wietrzna zmarzlina to woda nie wsiąka i jest błotko. Tu było mega duże błoto
Po czarnych piaskach przyszła kolejna niespodzianka…
Szlak zaczął prowadzić skałami wulkanicznymi, ale takimi jeszcze świeżymi bo były ostre jak pumeks. Tu lepiej się nie potykać bo wylądowanie na takiej chropowatej i ostrej powierzchni nie jest fajne.
Jak już wspominałam na początku, zdjęcia nie do końca oddają klimat tego szlaku. Ale wyobraźcie sobie, że kiedyś tu był wulkan, wybuchł, lawa się rozlała a w kaderze wulkanu zostały skały i jedno wielkie pobojowisko. To właśnie te chropowate skały to kadera wulkanu. Czyli zeszliśmy pareset metrów w dół, przeszliśmy kaderę i znów musieliśmy wyjść te pareset metrów do góry.
Po pokonaniu kadery przyszedł czas na schodzenie. Oczywiście najpierw po piargach i piasku…natomiast widok jaki nam się ukazał to przerósł wszystkie oczekiwania, i tak…zdjecie tego nie odda. Jednak ludzkie oko jest dużo lepsze niż najlepsze obiektywy. No albo my nie umiemy robić zdjęć…
Schodzenie nie było łatwe bo w końcu ponad 4tys stóp (1200 m) wyszliśmy. Teraz musieliśmy prawie tyle samo zejść. Jednak widoki totalnie zajęły nasze myśli i nawet półki skalne czy linki w dół nie zrobiły na nas wrażenia. Czuliśmy się jakbyśmy przenieśli się do jakiejś bajkowej krainy.
To co zrobiło na nas wrażenie to kolejny płaskowyż. Tym razem równinę i szlak było idealnie widać z góry. Uważni czytelnicy mogą wypatrzyć ten szlak i to platau na pierwszym zdjęciu.
Tą równiną szliśmy około pół godziny. Ubywało kilometrów ale nie metrów. I znów po równie przyszła kolej na kolejną zmianę krajobrazu. Tym razem zielone skały, mech wulkaniczny albo inne małe roślinki.
Tu się super schodziło na dół. Łatwy, piękny szlak.
Zielone krajobrazy towarzyszyły nam dość długo. Oczywiście nic nie jest proste więc nadal czasem było do góry, czasem w dół. Czasem wąsko, czasem otwarte skały (kocie grzbiety) gdzie łatwiej było na czworaka przejść ale dla takich widoków robi się wszystko.
No a na sam koniec znaleźliśmy las. Na Islandii dawno temu Vikingowie wykarczowali wszystkie lasy a teraz ciężko posadzić bo jest wietrzna zmarzlina. A my jednak znaleźliśmy las. A co mnie zaskoczyła to polska flora. Były mlecze, dmuchawce, ale też inne trawiaste rośliny które przypominały mi zabawy pod blokiem.
Udało się, po 10h czyli tak jak myśleliśmy doszliśmy do Basar. Tu podobno ma po nas przyjechać autobus, ma być o 20:30….czyli mieliśmy jakieś 2h czekania. Woleliśmy czekać na mecie niż spieszyć się na szlaku. Pozatym do nas do Skogar dojeżdża tylko jeden autobus i ma 3 godziny odjazdu. Na 16:30 byśmy nie zdążyli więc 20:30 wydała się optymalna.
Basar to mini wioska biwakowa. Jest schronisko, pole namiotowe, no i jest sklep. A w sklepie Fanta, Pepsi, jakieś przekąski ale też mieli piwo. W takiej otoczce, po takim spacerku piwo smakuje wyśmienicie. Tak wyśmienicie, że zostaliśmy na dwa zanim zaczęliśmy obmyślać co dalej i gdzie właściwie przyjedzie autobus.
Basar nie jest duży. Wszystko jest w obrębie 30-50 metrów. Jest też cudownie położone wśród gór a nasz szlak jest tylko jedną z wielu opcji. Można tu dojechać ale trzeba mieć dobry samochód. Przekracza się parę rzek. Teren i fakt, że hike robiliśmy tylko w jedną stronę zdecydował, że wzięliśmy autobus spowrotem. Ale była też grupa Polaków którzy wzięli inny autobus w obie strony i sobie tak tylko przyjechali pochodzić po okolicy. Można i tak.
Przystanek autobusowy szybko znaleźliśmy, a przy przystanku wygodne, królewskie krzesła i stolik. Tak można czekać aż coś nas odbierze. Na szczęście odebrał o czasie.
Podróż autobusem trwała 1.5h. Myśleliśmy, że wykorzystamy to na małą drzemkę. Przejdziemy rzekę i padniemy. Stety, niestety, plan nie wypalił. Po pierwsze rzek było kilka więc obserwowaliśmy każdą jedną jak głębokie są. Nie były aż tak głębokie, Subaru by przejechało bo najgłębsze miały ok 30-40 cm i nie były rwące.
Po drugie było pięknie. Jak tu przespać taką drogę jak w około tak ślicznie. Znów zdjecia nie oddają piękna które nas otaczało więc musicie wierzyć nam na słowo.
Do hotelu dojechaliśmy planowo o 22 godzinie. O tej porze restauracja jest już zamknięta ale wcześniej dogadaliśmy się z załogą, że miskę zupy nam odgrzeją. Super bo my w sumie to tylko o jakiś prowizorycznych kanapkach w tortilli i paru batonach.
Pierwszy raz w życiu jedliśmy zupę z jagnięciny. Nie głupia, taka ich wersja rosołu. O ile my mieliśmy ugadaną kolację i byliśmy wdzięczni za każdą łyżkę ciepłej potrawy o tyle przyszła rodzinka i niedość, że załoga im zrobiła przysługę to oni jeszcze wybrzydzali, że chcą stolik z widokiem na wodospad. Masakra…
My w miarę szybko zjedliśmy co by załoga mogła zamknąć a tamci dalej siedzieli. Ja po kolacji i prysznicu padłam. Darek stwierdził, że 42,700 kroków które dziś zrobiliśmy to za mało i poszedł jeszcze pod wodospad obserwując “midnight sun”.