Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

Destynacje
Rok po roku
Autor
Włochy Darek Włochy Darek

2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)

W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.

Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.

Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.

To po co tu przyjechaliśmy?

Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!

Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.

Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.

Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.

Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.

Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.

Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.

Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.

Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.

Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.

Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.

Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.

Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.

Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.

W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.

Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.

Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.

Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.

Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.

Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.

Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.

Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.

Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.

Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..

Read More
Włochy Ilona Włochy Ilona

2026.08.13 Cortina, IT (dzień 2)

Problemy Amerykanów w Europie… Jak spakować to wszystko do tego małego samochodzika. Tak, cooler też z nami przyleciał. Wszystko można nadać.

Na szczęście to nie nasze pierwsze rodeo. W Europie trzeba brać małe auta, zwłaszcza jak chce się odwiedzać małe górskie miasteczka. A pakowanie….zawsze się jakoś upcha. Nawet udało się tak upchać, że jeszcze na zakupy mogliśmy pojechać i dokupić parę zgrzewek wody.

Link do video: https://youtu.be/dZVLUR0e9e4?is=ZF4lKj__ZllOgAmZ


Italiano na całego, Mini Copoper, Italian disco w głośnikach i autostrady…chciałam napisać że super drogie ale nawet nie było tak źle. Z Mediolanu przez obwodnicę Wenecji do Cortiny zapłaciliśmy tylko 30 EUR. Jechaliśmy autostradą prawie 300km i powiem szczerze, że bałam się jaki rachunek nam na koniec wystawią.

Autostradą fajnie się jechało. Nawet zaskoczna byłam jak mało aut było na drodze. Były momenty gdzie trzeba było zwolnić ale ogólnie to nie było źle. Zresztą sami widzicie. Po amerykańskich korkach na pięcio pasmowych autostradach to aż miła odmiana.

Za to jak wjechaliśmy w górskie drogi to już żadne z nas nie narzekało, że samochód jest mały. Cieszyliśmy się, że bez problemu możemy jechać jak lokalni a nie turyści co wynajęli za duże auta.

Korki były ale na szczęście w przeciwnym do naszego kierunku. Chyba ludzie pokończyli szlaki i wracali do swoich hoteli. My po mimo, że śpimy w najsłynniejszym miasteczku Dolomitów to też będziemy musieli podjeżdżać na szlaki, ale może jakoś się uda bez korków. Jutro się przekonamy.

Cortina jest słynna bo w tym roku była tu olimpiada zimowa. Wspólnie z Mediolanem. Czyli ci wszyscy zawodnicy i inni organizatorzy tędy jeździli. Może dlatego niektóre drogi i części autostrady wyglądały na dość nowe.

Dolomity są też słynne z narciarstwa choć Darek jak zobaczył ich mapy resortów to stwierdził, że nie musi tu przyjeżdżać. Krótkie wyciągi i jakoś to takie rozbite na miasteczka. Wesoło tu musi być z korkami w zimie.

Jadąc tu boję się, że całe wakacje będą zepsute przez ilość tłumów ale wierzę, że Darek wykorzystał swoje super moce i znalazł szlaki które są mniej popularne ale ładniejsze. Bo jak internet poleca szlak to pierwsze 3 trzeba skreślić i zacząć szukać głębiej. A w Dolomitach to chyba trzeba skreślić pierwsze 10 i dopiero szukać dalej. Bo pierwsze 10 będą oblegane przez turystów a niekoniecznie będą najładniejsze. Bo na najładniejsze szlaki trzeba wejść dalej w góry.

Dolomity są chyba rejonem najbardziej popularnym na Instagramie. Niestety media społecznościowe zepsuły podróżowanie bo ludzie wystawiają zdjęcie i potem każdy chce tam iść ale nie zdaje sobie sprawy, że podobnie można zjeść w restauracji obok albo żeby zrobić to mega zdjęcie trzeba się wspinać kilka godzin. Ja czasem sobie nanoszę na mapkę punkty które widzę na Insta ale zawsze je weryfikuję jak już wiem, że tam pojadę. W przypadku Dolomitów nawet nie mówiłam Darkowi co mam na mapie bo wiem, że cokolwiek on znajdzie będzie tysiąc razy lepsze niż Instagram.

W Cortinie śpimy w hotelu Lajadira. Nie było łatwo znaleźć w Dolomitach noclegu. Albo ceny masakra, albo recenzje takie sobie. Zobaczmy co ten hotel nam zaoferuje ale na pierwszy rzut oka wygląda całkiem fajnie.

Jutro musimy wcześnie wstać. Śniadanie zamówiliśmy na 5 rano więc dziś nie chodziliśmy nigdzie tylko zjedliśmy kolację w hotelu. Było bardzo smacznie i z bardzo wesołą załogą, która na koniec poczęstowała nas Limoncello. Najbardziej jednak wygrały pierogi z burakami. Wg. standardów Włochów jako pierwsze danie je się makarony. Makarony to może za dużo i ciężko ale pierogi z burakami wpadły mi w oko, i rzeczywiście pychota. Zwlaszcza ten mak którym są posypane dopełnia smaku.

Cortina jest dość rozłożystym miasteczkiem jeśli chodzi o standardy miasteczek górskich i pójście do restauracji może zająć nawet z 30-45 min. Pomimo, że spacer przed i po kolacji jest wskazany to dziś postawiliśmy na efektywność i oszczędność czasu. Jutro pora poznać tę górki i zobaczyć co mają do zaoferowania.

Read More
USA - Colorado Ilona USA - Colorado Ilona

2026.07.19 Breckenridge, CO (dzień 3)

OK, czyli jesteśmy górołazami, ale jak poważnymi. Bardzo dobre pytanie. Czy ktoś kto wychodzi tylko na Macejową jest górołazem, czy różni się od osoby która idzie w góry na 12h albo mniej. A jak nazwać osobę która wspina się kila dni? W Polsce mówi się “chodzę po górach”, “uprawiam alpinizm”. Ale im więcej opcji tym określenie “chodzę po górach” może dla każdego znaczyć coś innego. To tak jak z winem… piję dobre wina… dla kogoś dobre będzie za $10, dla kogoś za $30 a dla innych powyżej $100. W dzisiejszych czasach jest tyle poziomów robienia czegoś ile ludzi. Więc jak określić jakim górołazem jesteś?

Ostatnio na kolacji służbowej ktoś zadał mi to pytanie. Jak zaangażowanym górołazem jesteś. Nie bardzo umiałam na to odpowiedzieć ale osoba zadająca pytanie miała pomocnicze pytanie. “Czy masz buty na hike?”. No to już lepiej… tak, mam trzy pary. I takim oto sposobem okazało się jak zaawansowanym górołazem jesteś. Ja mam trzy pary, ale Darek już cztery. Jest coś w tym. Na baby hikes można iść w lekkich butach poniżej kostki, na większe wspomaganie kostki się przydaje a do tego dochodzą zimowe szlaki gdzie buty muszą być na raki.

Dzisiaj robimy baby hike. I pomimo, że jesteśmy w pięknych i wysokich górach i moglibyśmy spokojnie iść na 8h szlak to wybraliśmy coś do 3-4h. Dlaczego? No bo dziś jest mecz. Góry zawsze będą a mecz o pierwsze miejsce w mistrzostwach świata 2026 jest tylko raz. Jeśli będzie bo powietrze w Nowym Jorku nadal jest makabryczne. Będziemy obserwować co zdecyduje FIFA. Zawsze będzie można przedłużyć szlak i iść gdzieś dalej.

Dziś Darek wynalazł szlak Black Powder (czarny proszek) z przełęczy Boreas Pass. No tak, tu gorączka złota była pełną parą więc pewnie czarny proszek do wysadzania był używany często. Teraz to już tylko zostały resztki kolei z tamtych czasów no i góry. Bo gór na szczęście nie powysadzali.

Z przełęczy do punktu widokowego nie było wiele. Trochę ponad 300 m. Idealnie na spacerek przed śniadaniem. Mówiłam, że będzie to baby hike.

Ale było cudo. Na parkingu nie było żadnego innego auta, po drodze widzieliśmy bardzo dużo namiotów i miejsc biwakowych więc w górach pewnie nie byliśmy sami. Ale na szlaku, nie było nikogo. Wyruszyliśmy zaraz po 7 rano więc było idealnie. Ten moment kiedy świat budzi się do życia, powietrze jest rześkie, słońce takie poranne, powietrze jeszcze chłodne a ty zaczynasz dzień z przepięknymi widokami. Normalnie aż chciało się usiąść na trawce i wypić kawę. Tylko że kawy nie mieliśmy.

Szlak był cały czas do góry i widoki towarzyszyły nam przez cały czas. Tak się fajnie szło, że w około godzinę doszliśmy do punktu widokowego. Tutaj przywitał nas świstak który wygrzewał się w słoneczku. Niestety jak nas zobaczył to zaczął gonić w kółko i na zdjęcie się nie załapał.

Z tym szlakiem to jest tak trochę dziwnie. No bo na All Trails, aplikacji którą używamy w górach szlak tylko był do punktu widokowego. Wg. nas punkt widokowy był trochę wcześniej, natomiast Darek gdzieś wyczytał, że można iść z punktu widokowego dalej i wyjść na Bald Mountain.

Poszliśmy więc to wszystko obczaić. Dokąd był szlak to i my szliśmy. Niestety przy kupie kamieni szlak się skończył. Niby widać ładnie było górę, stosy kamieni po których normalnie by można było wyjść… normalnie jak się ma tlen. Nie zapominajcie, że to wszystko dzieje się na wysokości 3,800 m. Czyli iść można ale już jakieś nagłe ruchy czy większy wysiłek nie są wskazane.

Czas mieliśmy nie najgorszy… czas i pogoda to były jedyne rzeczy które mieliśmy. Z tlenem i szlakiem było trochę gorzej. Zwłaszcza ze szlakiem…jakbyśmy nie szukali to go nie mogliśmy znaleźć.

Aż dziwne, że ludzie nie wydeptali zig-zaków na szczyt. Był kawałek do pokonania ale nie było to takie strasznie trudne. Jakbyśmy byli na poziomie tysiąca metrów to pewnie byśmy się po tych kamyczkach wyspinali bo nachylenie było idealne i zachęcało, żeby iść dalej. Kiedyś tu wrócimy jak będziemy już mieszkać a Denver. Wtedy takie 4tys metrów to będzie dla nas pikuś.

Nadal nie mogę uwierzyć, że taki piękny szlak i bliski jest tak na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy niedosyt jeśli chodzi o zmęczenie, jeśli chodzi o widoki to nie mogliśmy się napatrzyć i nadziwić.

Nie udało nam się znaleźć szlaku więc zawróciliśmy. Schodząc na dół spotkaliśmy już dużo więcej ludzi. Nie zazdrościliśmy im. Szlak jest piękny ale jego piękno polega na braku lasów przez co są piękne widoki. Ale co się z tym wiąże to cały czas idzie się w słońcu. Jak schodziliśmy to już było po 10 i słoneczko grzało na maksa. Dla nas ok bo by schodziliśmy ale wspinać się do góry w tym upale to nie jest fajne. Opłacało się wcześnie wstać.

Niedługo po 10 byliśmy znów na Boreas Pass. Pomimo ciężkich warunków klimatycznych w początkach XIX wieku mieszkało na przełęczy 150 ludzi. Ich główne zadanie polegało na utrzymaniu kolei która przebiegała przez przełęcz i łączyła Denver z Leadville. Aktualnie Leadville nie jest popularnym miasteczkiem choć nasza agentka nieruchomości polecała nam rozważyć Leadville jak szukamy czegoś co się dopiero rozwija. Może znów wróci do łask. Jednak aktualnie są drogi którymi łatwo można się dostać między Denver i Leadville i nie trzeba wyjeżdżać na przełęcz. Przez 50 lat jednak kolej tutaj funkcjonowała w najlepsze i było doceniana przez mieszkańców Kolorado.

To było 200 lat temu i po kolei zostały tylko resztki torów, tablice pamiątkowe i parę domków które robią za schroniska dla tych co postanawiają pokonać te góry na nartach w zimie. No bo są tacy co lubią na nartach z plecakiem przemieszczać się tu dniami.

Z przełęczy jest kilka innych szlaków ale wszystkie są dość krótkie za to widokowe. Dobra miejscówka, żeby pokazać gościom jak ktoś nas odwiedzi w Kolorado (jak już tu się przeprowadzimy). My jednak skierowaliśmy się na dół. O ile wyjeżdżając na górę byliśmy sami na drodze o tyle zjeżdżając już widzieliśmy dużo więcej aut a na samym dole stała policja i sprawdzała czy naprawdę twoje auto jest zdolne wyjechać po tej drodze żużlowej.

Czasowo idealnie nam się wszystko ułożyło i zdążyliśmy na mecz. W finale grała Argentyna i Hiszpania. My przez całe mistrzostwa kibicowaliśmy mocno Europie. Bo z takich ciekawostek to w Stanach zawsze ma się więcej niż jeden zespół do kibicowania. Jest USA i… po pierwsze USA jeszcze się uczy więc warto mieć inny zespół w zanadrzu a po drugie to jest tu tyle imigrantów, że każdy ma jeszcze jakieś inne ulubione kraje.

Na mecz poszliśmy do Bold. Choć musimy przyznać, że trochę nasza ulubiona knajpka nam podpadła. Z każdym dniem pogarszał się serwis i coraz młodsi i mniej doświadczeni ludzie byli za barem. No nic trzeba będzie znaleźć coś innego.

W ramach znajdowania czegoś nowego na kolację wybraliśmy nową restaurację. Już mi parę razy chodziła po głowie ale jakoś albo nie było okazji albo nie brali rezerwacji na większe grupy. Tym razem wszystko się zgrało i w końcu odwiedziliśmy Rootstalk. Jedzenie z wyższej półki ale też obsługa dużo lepsza niż w Bold. Nawet kelner w pewnym momencie przyszedł do Darka i powiedział, że pieką mu steka drugi raz bo pierwszy wyszedł za bardzo wypieczony i czy chcemy w między czasie jakąś przystawkę za darmo. Przystawki nie chcieliśmy ale deser czemu nie.

A deser to niebo w gębie. Nie da się ukryć. Cudo….

Fajna restauracja żeby zakończyć ten krótki ale jaki przyjemny wypad w górki. Jutro wracamy do Denver i NY. W Denver jeszcze wyskoczymy na sushi z naszą agentką nieruchomości, podziękować jej za całą pomoc. A potem to już prosto do NY. Tym razem aż chce nam się wracać. Darek załatwił super bilety na Jon Bon Jovi w MSG.

Tym razem Suite Sixteen nie był oblegany przez branżę marketingową. Tym razem biznes alkoholowy przejął suite. Podstawowa różnica? Jak ja załatwiam bilety tu to ledwo miejsce siedzące można znaleźć a za drinki trzeba płacić. Jak Darek załatwił to nie dość, że miejsc siedzących było pod dostatkiem to jeszcze pyszne szampany się lały bez limitu. Tak to można oglądać koncerty! Marzenia są po to żeby je spełniać. No i Darek spełnił moje marzenie i po 15 latach zobaczyłam Bon Joviego w końcu na żywo.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2026.07.18 Breckenridge, CO (dzień 2)

W góry niestety trzeba wychodzić wcześnie rano. Nie ma znaczenia czy zima czy lato. W zimie dzień się szybko kończy, a chodzenie zimą po ciemku i mrozie na pewno nie należy do przyjemności.

W lato jest zupełnie odwrotnie. W ciągu dnia jest za gorąco żeby chodzić. Rano i wieczorami jest przyjemnie chłodno. Niestety popołudniowe burze są częste i niebezpieczne, zwłaszcza w wysokich górach. Rejony szczytów czy grani najlepiej jest opuścić przed godziną 13. No i najważniejsze, trzeba zejść na dół przed zachodem słońca, żeby znaleźć jakiś browar i póki jest ciepło usiąść na zewnątrz z widokiem na góry i odpocząć.

Na dzisiaj mamy zaplanowane ponowne zdobycie szczytu 10. Parę lat temu zabrakło nam czasu/energii/aklimatyzacji. Dzisiaj bardziej przygotowani czasowo, logistycznie i pełni energii spróbujemy ponownie go zaatakować. Wczorajszy późny start i związane z tym niepowodzenie w zdobyciu szczytu nauczyło nas jednego, pobudka o 6 rano!

Szlak na szczyt 10 (4,157 m.) zaczyna się dokładnie z Breckenridge, prawie spod naszego mieszkania. Niestety jest on dość długi i suma w obu kierunkach wynosi 22km. Trochę to dużo jak na „spacerek” powyżej 4,000 metrów bez pełnej aklimatyzacji.

Na szczęście mądrzy ludzie w górach w Kolorado w lato pozwalają jeździć samochodami po resorcie narciarskim. Kocham tą wolność zachodu. Nawet nie trzeba mieć żadnego specjalnego Jeep-a. Większość samochodów może spokojnie do połowy góry dojechać, czyli na wysokość 3,436 metrów. Jak zwykle nie udało mi się wypożyczyć zwykłej Toyoty 4 Runner tylko znowu dostałem lepszy samochód w tej samej cenie. Dali nam BMW X2 35 M power. Szybkie i mocne to! Tutaj na szutrze nie potrzebowałem takiej mocy, ale na autostradzie 70 to można się bylo pobawić.

Wjazd do resortu jest za darmo i można nawet wyjechać prawie na sam szczyt. Oczywiście gdzieś tak od połowy góry, czyli od górnych stacji wyciągów narciarskich droga się zmienia z off-road na górską. Tam już jest ciekawie i bez specjalnego samochodu przystosowanego na takie warunki i bez odpowiednich umiejętności nie polecam tam jechać. Są tak ostre kamienie, że bez specjalnych opon nie ma co tam robić. Zwykłe opony się szybko poprzecinają.

Tak jakoś dziwnie się jedzie do góry po trasach narciarskich którędy w zimie się śmiga na nartach. Mija się wyciągi, knajpy które są oblężone w sezonie a teraz wszystko wyzamykakne na cztery spusty. Droga nie jest trudna. Czasami woda zrobiła koleiny i trzeba troszkę pomyśleć jak je ominąć, ale ogólnie to bez żadnego problemu wyjechaliśmy.

Do tego miejsca prawie każdy samochód może dojechać. Dalej już jest zupełnie inaczej i na 120% nasz samochód by sobie tam nie poradził. Tutaj dochodzą wyciągi narciarskie na główną bazę pod szczytem 9. Znajduje się restauracja/bar/ubikacje i inne konieczne udogodnienia dla narciarzy. Aktualnie nie ma sezonu i wszystko jest zamknięte.

Miejsca na parking jest wiele. Byliśmy drudzy na „parkingu”, tylko samotne Subaru sobie stało. Zaparkowaliśmy gdzieś z boku, ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na nogach. Do szczytu wciąż mamy 5km i ponad 700 metrów w pionie.

Ósma rano, wysoko w górach, chłodno, słoneczko, brak ludzi i wiatru…. no IDEALNIE!

Cały czas będziemy się znajdować powyżej górnej granicy lasów, czyli zero cienia przez cały dzień. Na tej wysokości z pustynnym słońcem nie ma żartów. Albo się dobrze smarujesz kremem z 50+ filtrem, albo zakrywasz ciało. Jesteś mniej więcej na szerokości geograficznej północnej Afryki. Wybraliśmy zakrywania ciała.

Fajnie tak się idzie trasami narciarskimi i wspomina się zimę jak tutaj się wyszukuje ciekawych zjazdów. Znajdujemy się na granicy górnych wyciągów więc większość tras tutaj to albo ◆◆ albo otwarte przestrzenie do których trzeba podejść żeby fajnie zjechać. Całą dolinę między szczytem 8 i 9 widać jak na dłoni. Zimą jest tu bajka. Teraz tylko zwierzaki się tu pasą.

Prawie do samego szczytu idzie się „drogą”. Idąc do góry nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Pewnie za wcześnie dla nich. Oni nie muszą wcześnie wstawać i mogą się fajnie wyspać. Samochodem znacznie szybciej pokonuje się te odległości.

Wyszliśmy gdzieś na 3,700m. Znajduje się tutaj płaski teren między szczytami 9 i 10. Od tego miejsca droga wspina się na szczyt znacznie stromiej. Dalej można tutaj jechać samochodem jak się umie i ma się czym. Usiedliśmy na chwilę na trawce, zjedliśmy coś i nabraliśmy energii przed atakiem na przełęcz która znajduje się już powyżej 4,000 metrów.

Z początku szło się w miarę ok, ale im wyżej tym brak tlenu starał się coraz to bardziej odczuwalny. Trasa jest bardzo łatwa, jedyne utrudnienie to wysokość.

Przełęcz osiągnęliśmy gdzieś około 11:30. Do tego miejsca można dojechać samochodem. Nawet widzieliśmy kolumnę trzech samochodów wspinającą się do góry. Dwa wyjechały, jednemu się nie udało. Później spotkałem tego kierowcę i mi powiedział, że nie jechał dalej bo się bał o samochód. Szkoda mu go było aż tak niszczyć.

Do szczytu z przełęczy jest jakieś 30 minut. Tutaj już nie jest łatwo. Po skałach granią do góry. Nie jakieś bardzo techniczne ale ręce potrzebne. Samochodem by już tego nie zrobił. No i wysokość i brak tlenu coraz bardziej odczuwalne. Podciąganie się na +4,000 metrów nie jest łatwe.

Około południa stanęliśmy na szczycie 10! Wysokość 4,157m. Zmęczeni ale zadowoleni, że w końcu się udało!

Przyjemnie powiewało tutaj chłodem. Można było zrzucić plecaki, ściągnąć buty i się schłodzić. Jest to jeden z wyższych szczytów więc widoki przy dobrej pogodzie też były nieczego sobie.

Na szczycie spotkała nas trzy-osobowa grupa która wyszła (wybiegła) z drugiej strony, od szczytu 9. Wiedziałem o istnieniu tego szlaku, ale słabo był on polecany. Chłopaki potwierdziły, że jest słabo oznaczony, cały czas po skałach i bardzo łatwo go zgubić. Oni w ogóle to biegają po górach i nie patrzą na szlaki. Biegną od szczytu 1 przez wszystkie szczyty i gdzieś dalej. Trenują na jakieś górskie zawody. Spokojnie robią ponad 20km.

W pierwotnym planie mieliśmy przejść ze szczytu 10 i wyjść na 9 i z niego zejść do samochodu innym „szlakiem”. Ale to jest szlak widmo, czasami jest czasami go nie ma. Idąc dzisiaj do góry wypatrywałem go ale się nie udało go wyczaić. Chłopaki powiedziały, że słyszały o jego istnieniu ale nigdy go nie znalazły. Mówili, że szczyt 9 jest w miarę prostym szczytem i łatwo można z niego zbiec po kamieniach albo trawie, ale na żadnej z map tego szlaku nie ma. Na GPS też go nie namalowali.

Nie posłuchaliśmy porad lokalnych i nie ruszyliśmy w kierunku 9. Pewnie by to było do zrobienia, ale schodząc z czterotysięczników bez szlaku za bardzo nam się nie uśmiechało. A co najważniejsze, dzisiaj mecz o 3 miejsce: Anglia - Francja. Trzeba go w BoLd oglądnąć.

Zejście do przełęczy sprawiało trochę trudności i trzeba było pomału i ostrożnie schodzić. Natomiast później to już leciało. Szeroką drogą można było szybko się poruszać. Im niżej tym więcej tlenu - nawet głowa przestawała boleć.

Żadnych dużych zwierzaków nie widzieliśmy dzisiaj. Jedynie co to na polanach Świstak pozował nam do zdjęć. Chciał nam pogratulować zdobycia szczytu.

Teraz jak schodziliśmy to znacznie więcej samochodów jechało do góry. W sumie to jakieś 10-12 nas minęło. Wszystkie oczywiście Jeep Rubikon albo podobne do tych klasycznych, terenowych zabawek. Jechało też paru rowerzystów do góry. Większość na elektrycznych rowerach, ale było paru mocnych co używają tylko mięśni.

Około godziny 14 dotarliśmy do samochodu. Na parkingu przybyły jakieś 2-3 inne samochody. Ludzi na szlaku nie widzieliśmy, pewnie poszli w inne rejony. Może znaleźli szlak na szczyt 9 i tam się udali.

Udało nam się. Jak tylko weszliśmy do samochodu to zaczęło padać. Na początku lekko, a potem to nawet czasami musiałem wycieraczki w samochodzie na 2 włączać. Dobrze, przynajmniej się nie kurzyło przy zjeździe.

Godzinę później już byliśmy w domu. Przebraliśmy się i na drugą połowę meczu poszliśmy do naszego baru. Szliśmy szybko, bo co popatrzyłem na telefon do Anglia zdobywała kolejną bramkę. Jak było 4:0 to prawie biegliśmy zobaczyć co się dzieje. Czy naprawdę wicemistrz świata zapomniał jak się gra w piłkę….

W ostateczności Anglia wygrała, ale w drugie połowie Francja sobie przypomniała jak się biega po boisku i zdobyła parę bramek

Niestety w BoLd nam podpadli z obsługą. Jedzenie było dalej dobre, ale za bar dali jakieś „dzieci” i żadnej interakcji nie było. Przecież chodzisz do baru żeby się wygadać barmanowi, nie? Płacisz im za to żeby cię wysłuchali i udzielili życiowych porad. Lepszych niż najlepszy psycholog. A tu zero dialogów. Mimo, że jedzenie dobre to chyba zmienimy bar w Breckenridge. Piwo i kotleta to ja mogę mieć w domu, chodzi o service, atmosferę interakcje. Zawód dobrego barmana nie jest łatwy. Trzeba mieć dużą i obszerną wiedzę, a także umiejętności jej sprzedaży. Nie wystarczy tylko nalać piwo i zrobić drinka. Praktykę nabiera się latami. Widać, właściciele nie rozumieją tego i zatrudniają tanią siłę roboczą. Niestety to tak nie działa. Pożyjemy zobaczymy…..

Nie siedzieliśmy za długo bo jutro kolejny dzień i kolejny wczesny hike. Trzeba iść spać w miarę wcześnie, żeby jutro o 5 rano nie wyłączyć budzika i nie przewrócić się na drugi bok.‍ ‍

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2026.07.17 Breckenridge, CO (dzień 1)

Zapowiada się potężny weekend w Nowym Jorku. Nie dość, że na niedzielę planowany jest finał mistrzostw świata w piłkę nożną (Argentyna - Hiszpania) to jeszcze powietrze mamy zanieczyszczone pożarami lasów u naszych północnych sąsiadów. Nic tylko szybko się spakować i uciekać za miasto.

Gdzie się wybrać to u nas prosty wybór, górki. A jak góry to Denver. Bo tam zawsze mamy jakoś po drodze i lubimy tam latać. W miarę blisko i już znamy na tyle ten rejon, że nie trzeba wiele planować.

3.5h lot samolotem w miarę szybko zleciał. Jedno co mnie zaskoczyło to personalne podejście załogi. Jeszcze nigdy nam się nie zdażyło żeby w ktoś nam dał ręcznie napisane podziękowania. Słowne się zdarzały pare razy, ale ręcznie napisane? Chyba Delta na maxa się stara! No dobra, zostaniemy jeszcze z nimi może z rok/dwa zanim American Airlines nas jeszcze bardziej nie polubi, albo Delta nas jeszcze bardzie nie będzie denerwować.

Wylądowaliśmy późno w nocy, więc nie chciało nam się dzisiaj jechać w góry. W Denver koło lotniska jest wiele hoteli, więc nie było problemu się przespać i rano prosto wyruszyć w góry.

Przyjechaliśmy tutaj na 4 dni i planujemy zrobić 3 hiki. W pierwszy dzień mamy późniejszy start więc będzie lżejszy hike. Taki paro-godzinny spacer na rozprostowanie nóg i przygotowanie się na większe dni. Oprócz tego trzeba się trochę zaaklimatyzować. Stan Kolorado jest położony na znacznej wysokości. Rejon Breckenridge gdzie planujemy spędzić 3 dni znajduje się na 3,000 metrów. Trzeba parę dni żeby się przestawić. Ciężko tak prosto z samolotu iść w góry na tej wysokości.

Do  miasteczka Frisco gdzie mamy zaplanowany pierwszy hike przyjechaliśmy dopiero o 11:30 rano. Trochę nam zeszło w Denver. Ale wiadomo, wszystko zajmuje czas. Śniadanie, wypożyczenie samochodu, zakupy na hike, droga w góry…

W południe w lato na hike? Dokładnie, my też tego nie lubimy, ale czasami nie ma wyjścia. Na szczęście tu jest wysoko i nie jest aż tak gorąco, jakieś 20C. Duża część szlaku idzie lasem, więc jest cień.

Mamy w planie wyjść na szczyt 1 o wysokości 3,900 metrów. W Breckenridge chyba brakło im pomysłów na nazwy bo dziesięć okolicznych gór nazwali od 1 do 10.

Musimy się wznieść 1,100 metrów gdzieś na odcinku 7km. Dobrze i zdrowo do góry. Im wyżej tym było mniej drzew i to ostre pustynne słońce było coraz to bardziej odczuwalne.

Na szczęście z pomocą przyszła Matka Natura i ściągnęła gęste i ciemne chmury. Szybko wiatr się zerwał i temperatura momentalnie zaczęła spadać. Niestety wraz z chmurami pojawiły się odgłosy burzowe.

Popołudniowe burze w lato w wysokich górach to prawie codzienność, więc nie było to dla nas zaskoczeniem. Niestety druga część hiku idzie granią i prowadzi stromo na szczyt gdzie podczas burzy wspinanie się po mokrych skałach nie należy do mądrych rzeczy.

Doszliśmy do jakiegoś rozgałęzienia szlaków i postanowiliśmy tutaj poczekać w jakim kierunku burza pójdzie. Usiedliśmy na drzewie, poszukaliśmy w plecaku coś na przegryzkę i obserwowaliśmy niebo. Czasami kropnęło,  czasami było słychać wyładowania atmosferyczne, które lokalni na szlaku nazywali dodatkowi efektami dźwiękowymi. Burza się kręciła wokół, ale nie chciała odejść. Postanowiliśmy zmienić plany.

Dzień jeszcze był długi i spokojnie można by wyjść i zejść ze szczytu 1 za widoku, ale niestety nie gdy burza wisi nad tobą. Poszliśmy na inny, zalesiony szczyt o nazwie Royal. Mt. Royal (3,200m.) jest niższy od szczytu 1 o 600 metrów i w całości pokryty jest lasem co sprawia, że jest znacznie bezpieczniejszy. Tak też było. Szeroką ścieżką w ciągu 30 minut wyszliśmy na szczyt Royal.

Ze szczytu rozciąga się piękny widok na całą dolinę autostrady 70. Wiele razy jadąc tą drogą widziałem ten szczyt co tak górował nad drogą i zawsze sobie mówiłem, że kiedyś tam wyjdę. A dzisiaj, zupełnym przypadkiem go zdobyliśmy.

Odgłosy burzy dalej było słychać, więc za długo na szczycie nie zabawiliśmy. W sumie nie padało, co nam znacznie ułatwiło schodzenie. Stromo, ale bez utrudnień w ciągu godziny byliśmy na dole.

Coraz więcej się słyszy o pożarach lasów. Jest to potężne zagrożenie nie tylko dla zwierzyny, ale też i człowieka. Zwłaszcza dla ludzi mieszkających blisko lasów, albo jak tutaj, w lasach. Co nas zaciekawiło to wielkie stożki zrobione z drzew które leżały na ziemi. Jest ich wiele, zwłaszcza blisko osiedli. Ponoć skutecznie utrudniają rozprzestrzenianie się ognia i lepiej magazynują śnieg i wodę. Cokolwiek, żeby zatrzymywać żywioł ognia.

We Frisco mamy ulubiony browar który często nam gasił pragnienie po hikach. Teraz Ilonka znalazła inne miejsce. Nie mogłem odmówić i „musiałem” odwiedzić.

Nic specjalnego. Średniej jakości piwka i brak klimatu. Nie chciało nam się zmieniać miejsca, więc już tu zostaliśmy, ale następnym razem raczej pójdziemy do sprawdzonej miejscówki, czyli Outer Range Browaru.

Około godziny 17 przyjechaliśmy do Breckenridge, zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy hike, odebraliśmy klucze od mieszkania i poszliśmy do naszego ulubionego baru czyli BoLd w centrum miasteczka na kolację.

BoLd jest to bar/restauracja. Barowy klimat z dobrym jedzeniem. Często, zwłaszcza w zimie ich odwiedzamy. Mają duży wybór lanych piw, dobre jedzenie i ceny ok jak na resort narciarski. Ich tacos i hamburgery są bardzo dobre.

Dzisiaj poszalałem i zamówiłem schab z kością. Dobry, fajnie zamarynowany i soczysty.

Nie siedzieliśmy za długo bo jutro wczesna pobudka na hike. W ciągu dnia jest za ciepło żeby chodzić po górach. Wczesny start jest obowiązkowy. Po drugie jutro jest mecz o trzecie miejsce (Anglia - Francja), więc musimy wrócić do BoLd-a i zobaczyć tą zaciętą rozgrywkę.

Do jutra.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2026.03.27-04.04 Copper, CO

Niestety się zgadza. Najsłabsza zima na zachodzie Stanów od kilkudziesięciu lat. Lokalni nie pamietają ani tak słabych opadów ani takich upałów w Marcu. Temperatura w górach dochodzi do 20C.

Mieliśmy już wszystko zaplanowane i zarezerwowane, więc nie było jak to wszystko odwoływać. A po drugie, dlaczego nie jechać, przecież coś musi być przecież otwarte.

Dużo resortów na zachodzie już się zamknęło, zwłaszcza te niżej położone. Na szczęście my pojechaliśmy do Copper, który jest wysoko położony i śnieg aż tak bardzo się nie topi. Dalej pokrywa śniegu jest ok 40% średniej pokrywy w tym okresie. Mniej więcej połowa terenów jest zamknietą. Albo inaczej, połowa terenów jest otwarta.

W sumie to nie było tak źle. Większość terenów z przodu góry była otwarta i nawet nie było tak źle ze śniegiem.

Nie zrozumcie mnie źle, dalej to jest przełom marca/kwietnia i to są wiosenne narty. Rano jest wszystko zmarznięte po nocnych przymrozkach. Gdzieś tak koło 10:30-11 zaczyna się idealny moment gdzie zmarznięty śnieg puszcza i jest idealnie. Potem gdzieś tak między godziną 13-14 (zależy to od wysokości) śnieg staje się mokry, głęboki i ciężki. Trzeba uważać, zwłaszcza poza trasami.

Czasami żeby dostać się w ciekawe rejony to trzeba było jeszcze z górnych wyciągów trochę podejść (jakieś 15 minut). Nie jest to dużo, ale na tych wysokościach to się odczuwało brak tlenu.

Dzieciakom brak śniegu niewiele przeszkadzał, wręcz przeciwnie, większa frajda była jak musieli czasami przechodzić bezśnieżne odcinki.

Wyciągi są czynne do 16, a jasno i ciepło jest prawie do godziny 20, także po nartach można jeszcze dużo czasu spędzić na zewnątrz. Pochodzić po miasteczku, pozwiedzać okolice czy po prostu usiąść w zachodzącym słońcu i napić się piwka.

Mimo wiosny i bardzo słabej zimy resortowi Copper udało się utrzymać parę ciekawych terenów dalej otwartych. W takich rejonach jak Union Bowl czy Union Meadows dalej można było śmigać na nartach. Trzeba było niestety uważać na wystające kamienie, korzenie czy ziemię.

Czasami w nocy nawet lekko popruszyło (jakieś 10cm) i pierwsze parę zjazdów nawet w puszku można było zrobić.

Tak jak pisałem wcześniej, w Copper na nartach byliśmy już wiele razy, więc nie będę się powtarzał i opisywał całego narciarskiego tygodnia. Tym razem opisze hike. Tak, hike!

Zimowe (albo wiosenne) hiki są tak samo wspaniałe jak narty. Ilonka to bardzo dobrze wie i prawie zawsze w resortach jak ja idę na narty to ona na „spacerki”. Tym razem ja ją postanowiłem zabrać na hike w rejon w którym oboje jeszcze nie byliśmy.

Trasa Gore Range Trail zaczyna się z samego miasteczka Copper i idzie w góry na przeciwległych stokach do resortu. Jest bardzo długa i można nią iść dniami. My nie mamy ochoty ani sprzętu na spanie zimą w górach, więc planowaliśmy wrócić do domu na kolację.

Za bardzo nie wiemy dokąd chcemy iść. To uzależnimy od warunków śnieżno-pogodowych, naszej i trasy kondycji, a także ochoty i samozaparcia.

Na start zaplanowaliśmy dojść do Wheeler Lakes. Jakieś 5km wzdłuż trasy i około 500 metrów w górę. Potem się zobaczy co dalej będziemy robić.

Prosto z naszego mieszkania, przez miasteczko i za parę minut już byliśmy na szlaku. Była idealna, słoneczna pogoda, bez wiatru i gdzieś koło zera Celsiusza na dole.

W nocy troszkę sypnęło śniegiem. Jakieś 3-5cm w wiosce i około 10cm w wyższych partiach gór. Szlak był lekko przyprószony, ale tym razem oboje mieliśmy odpowiednie buty na zimowe hiki, więc w niczym nam to nie przeszkadzało.

Tak jak pisałem, szlak zaczyna się od autostrady. Głównej przelotowej przez te górskie rejony Kolorado. Co się z tym wiąże, to niestety hałas ciężarówek wspinających się na przełęcz Vail. Na szczęście ciężarówki wracające z przełęczy mają tutaj zakaz hamowania silnikiem, więc nie jest aż tak głośno, ale jednak słychać.

Gdzieś po 20 minutach odeszliśmy na tyle od autostrady, że już prawie jej nie było słychać. No chyba, że jakiś Harlejowiec zadowolony z pierwszych dni wiosny wyciągnął swój wielki motor z garażu i wybrał się na wiosenną przejażdżkę. Wtedy to słychać ryk tego potężnego silnika prawie na szczytach.

Tak fajnie się szło, że nawet nie wiemy kiedy nam zleciała pierwsza godzinka. Trochę się podnieśliśmy do góry, no i niestety ilość śniegu zaczęła przybywać. Na początku to nam aż tak bardzo nie przeszkadzało ale im wyżej tym było gorzej.

Chyba mało ludzi tutaj chodzi zimą/wiosną bo szlak był mało przetarty. Parę dni temu ktoś szedł bo zostawił wielkie dziury w śniegu.

Dziury w śniegu nawet trochę pomagały bo po pierwsze wiedziałeś gdzie idzie szlak a po drugie to się niespodziewanie nie zapadałeś głęboko bo już szedłeś po śladach. Wiadomo, nie wolno ufać śladom i co chwilę sprawdzaliśmy z GPSem nasze położenie względem mapy.

Apropo śladów na śniegu to w zimie można ich wiele zauważyć, zwłaszcza zwierzęcych. Od małych płytkich jakiś zająców, poprzez głębsze sarenek lub rogaczy do większych i ciekawszych. 4 palcowe kotki (mountain lion, puma) też się pojawiały. Nie widzieliśmy pięcio-palcowych z dużą piętą śladów niedźwiedzi. One albo jeszcze śpią, a jak już skończyły hibernacje to raczej są w niższych partiach gór tam gdzie jest mniej śniegu i więcej pożywienia.

Nie spotkaliśmy żadnego człowieka na szlaku przez cały dzień, więc trzeba było być czujnym i w miarę obserwować otaczający nas las. Zwłaszcza jak widzieliśmy ślady większych „kotków”. Trzeba iść blisko siebie, co jakiś czas wydawać ludzkie odgłosy i obserwować ślady na śniegu. Jak jest ich dużo w danym miejscu to szybko opuścić ten rejon, ale pod żadnym pozorem nie wolno biec. Możesz być obserwowany przez mieszkańców lasu.

Śnieg był coraz to głębszy. Sprawiało to większe trudności w poruszaniu się do przodu i znacznie spowolniło nasze posuwanie się do przodu. Już za bardzo nie szliśmy szlakiem bo się nie dało. Za pomocą GPS szliśmy na azymut w kierunku jezior.

Częste wpadanie w głęboki śnieg bardzo wyczerpuje, zwłaszcza do góry. W miejscach nasłonecznionych, na skraju lasu znacznie się lepiej szło. Mocne, pustynne słońce wytopiło śnieg i czasami nawet można było poruszać się po ziemi. Ale ulga!

Na mapach satelitarnych widać było, że już wkrótce powinniśmy dotrzeć do górnej granicy lasów. Myślimy sobie, że jeszcze chwilę się pomęczymy, wyjdziemy nad las i miejmy nadzieję, że słońce tam już stopiło śnieg.

Tak też było, las stawał się coraz to rzadszy, ale śniegu niestety nie ubywało. Gorzej, im wyżej tym go było więcej. Nawet na odsłoniętych terenach, gdzie słońce mocno praży, dalej był głęboki śnieg. Już widzimy, że daleko nie zajdziemy. Byliśmy już w miarę wysoko i mimo słabej zimy w tym roku na wysokościach dalej utrzymuje się głęboka warstwa śniegu.

Z trudem i już pod koniec nie szlakiem, gdzieś po 5km doszliśmy do jezior Wheeler. Oczywiście były zasypany śniegiem i nie powinno się do nich zbliżać. Za bardzo nie wiadomo gdzie się kończą. Raczej nie chcesz wpaść do głębokich, górskich jezior w zimie. Można by nie zdążyć do domu na kolację.

Próbowaliśmy iść jeszcze kawałek, ale to za bardzo nie było sensu. Głęboki śnieg był wszędzie. Natomiast na skraju lasu znaleźliśmy piękne powalone drzewo na którym postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę.

Słońce mocno tu świeciło, dzięki czemu śnieg wokół drzewa był wytopiony, co jeszcze bardziej zrobiło taki wiosenny klimacik.

W słoneczku, z widokiem na oddalony resort narciarski Copper idealnie się odpoczywało. Zimne napoje, coś na ząb i można by tak odpoczywać godzinami. Niestety przed nami jeszcze długie zejście, a w tym śniegu nie da się zbiegać.

Godzinna przerwa niestety szybko zleciała i trzeba było się zbierać na marsz w dół. Mimo głębokiego śniegu znacznie łatwiej się schodziło w dół niż podchodziło do góry.

Po pierwsze mieliśmy już trochę przetarty szlak przez nas idących do góry. Po drugie nie musieliśmy wyszukiwać trasy bo schodziliśmy po śladach. A po trzecie znacznie łatwiej się schodzi w dół niż w głębokim śniegu podnosi nogi do góry za każdym razem jak się chce zrobić krok.

Gdzieś tak po godzinie zaczęliśmy pomału słyszeć autostradę, a za kolejne 30 minut byliśmy już koło niej. Ilonka nawet znalazła krokusy rosnące koło drogi.

Na dole w ogóle już nie było śniegu. Przez cały dzień słońce wszystko stopiło co spadło ostatniej nocy. Było ciepło, jakieś + 10-12C.

Jutro już jest mój ostani dzień na nartach na tym wyjeździe i nie wiadomo czy nie w tym sezonie. Muszę go na maxa wykorzystać. Od pierwszego do ostatniego krzesełka. Zwłaszcza, że w nocy ma znowu coś posypać.

Tak też było, spadło kolejne 8-10cm puszku! Idealnie na zakończenie sezonu. Byłem już 15 minut przed otwarciem wyciągów żebym mógł się ustawić w kolejce i jako jeden z pierwszych zjechać parę razy w puchu zanim reszta narciarzy tu dojedzie.

Cudowne zakończenie sezonu!

Do następnego…..

Read More
Szwajcaria Darek Szwajcaria Darek

2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)

Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.

Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.

Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.

W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.

Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.

Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.

Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!

Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.

Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.

Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.

Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.

Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….

Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof

Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.

Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.

Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.

Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.

Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.

W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.

W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.

Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.

Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.

Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.

Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.07 Zermatt, CH (dzień 7)

Wakacje dobiegają końca ale przed nami kolejny piekny i pogodny dzień. Tym razem pod tytułem “magnum jest dobre na dwie osoby pod warunkiem, że jedna nie pije”.

Zanim jednak dojdziemy do wina i ludzi którzy na lunch podczas nart zamawiają butelki za $500 to trzeba się trochę poruszać. Dlatego Darek ruszył na narty a ja na hike.

Darek polecił mi sprawdzić Schweigmatte. No tak, takiej “wioski” jeszcze nie zaliczyłam. Wioska jest bardzo blisko Furi ale znów znalazłam nową trasę, żeby tu wyjść. To jest piękne w Zermatt, że ciągle można nowe trasy mieć.

Spacerek fajny ale taki dość podstawowy. Darek dał mi zadanie znalezienia fajnej restauracji na pożegnalny lunch. Skoro na mam głos decydujący i skoro ma być specjalnie to tylko Zum See.

Zum See to osada założona w 1540 roku tak jak i inne domki w osadach w tych górach słynie z drewnianych domków. Domy zbudowane są z drewna modrzewiowego poczerniałego przez słońce. Obecnie osada słynie z restauracji o tej samej nazwy, która od 1984 roku jest prowadzona przez rodzinę Julen.

To co mi się najbardziej podoba w Zum See to fakt, że szlak dokładnie przechodzi między stolikami, centralnie przez restaurację.

Zum See jest w innej części góry więc miałam okazję jeszcze trochę pochodzić fajnie tak, że się dużo szlaków krzyżuje i można po górkach poskakać jak kózka.

Koło 14:30 doszłam do restuaracji Zum See i już nie było miejsca. Ops … można niby w środku usiąść i pewnie byśmy to zrobili jako ostateczność. Jakimś cudem udało mi się skołować stolik na dwie osoby, nie był w słońcu ale lepsze to niż nic. Bo na zewnątrz zdecydowanie lepszy klimat jest niż w środku.

Jedzonko było pyszne…nie dziwię się, że tyle klientów tu mają. Do tak pysznego jedzonka nie można nie zamówić winka…my jednak nie zamówiliśmy magnum, nadal rozsądek wziął górę i też nie wzięliśmy najdroższej butelki.

Podobno w Alpach jest taka tradycja/zabawa, że po sezonie narciarskim jak ludzie się spotykają to nie pytają się którą trasą zjechałeś czy ile dni na nartach byłeś. Tam jest ważne jaką butelkę zamówiłeś do lunchu i oczywiście ten kto najdroższą i największą to wygrywa. Dlatego tu butelki w rozmiarach magnum widać na co drugim stoliku. A my głupi amerykanie oceniamy sezon narciarski po ilości dni na nartach.

Po jedzonku dostaliśmy propozycje przeniesienia się do słońca. Oczywiście skorzystaliśmy. Słoneczko robi różnicę. W cieniu też było przyjemnie ale wygrzewać się w słońcu w takich warunkach to chyba nikt nie pogardzi.

Nie pogardziliśmy też kremówką. Na pierwszym zdjęciu możecie zobaczyć poza butelkami wina dużą blachę kremówki. Siedzieliśmy koło niej chwilę więc ślinka leciała. Dobra była….zdecydowanie idealne zakonczenie pysznego lunchu.

I tu pojawił się mały problem….taki fajny lunch a my przecież mamy rezerwację na kolację. No i co tu zrobić. Z jednej strony pojedliśmy i pewnie jakaś mała zakąska na noc by wystarczyła, ale to nasz pożegnalny wieczór. Jutro już niestety musimy wracać do Zurichu.

No nic…może jeszcze zgłodniejemy bo w domu glupio zakończyć tak wspaniałe wakacje. Żeby nabrać apetytu Darek pojechał na jeszcze jeden zjazd a ja zaczęłam szybko schodzić. Jak się szybko schodzi to szybciej się spala, nie?

Na kolacje poszliśmy do Spycher. Szczerze nie jest to miejsce do jakiego będę wracać. Jedzenie dobre, kelnerzy milo ale jakoś tak nie było wow. Było za to dużo ognia.

W Spycher słyną z mięs smażonych krótko ale z dużym płomieniem. Wtedy mięso ładnie zapieka aie z zewnątrz a w środku jest idealnie delikatne. Jest to też pokaz i pewnie większość ludzi przychodzi tu właśnie dla pokazu.

Po kolacji zrobiliśmy sobie ostatni spacer po mieście. Jutro Darek zamienia narty na buty i idziemy na szlak górski. Tym razem ja mu wynajde szlak.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.04 Zermatt, CH (dzień 4)

Dziś na odmianę, przewodnim tematem będzie “czy ja już jestem na dole”. Taki tekst usłyszałam wychodząc na szczyt Sunnegga i będąc około 10-15 minut przed szczytem. Hmmm… nie wiem skąd ci ludzie idą ale zdecydowanie nie są na dole.

W Zermatt jest dość dużo tras zimowych. Jak już pisałam są trasy lasem, ładnie posypane i wychodzące mniej więcej na 2200 m n.p.m. Zermatt położony jest na 1620m więc takie zdrowe 600 m (2tys feet). Reszta tras jest dostępna ale trzeba zawsze kawałek wyjechać kolejką. Ja jakoś nie lubię płacić za te kolejki więc pewnie skupię na chodzeniu do wysokości 2200-2300 m, trochę ponad granicę lasów.

Riffelalp zaliczony, Furi też to przyszedł czas na Sunnegga. Sunnegaa jest najładniejszą trasą jaką tu znam. W sumie troszkę o niej zapomiałam ale szybko sobie przypomniałam jak tylko zaczęłam się wspinać serpentynkami do góry.

W pięknym słoneczku było dość gorąco iść tymi nasłonecznionymi zboczami więc szybko rozebrałam się do bluzeczki i wogóle nie czułam zimna. Mocne, marcowe słońce robi swoje i można spokojnie poczuć się jak na dobrym wiosennym spacerze.

Jak normalnie Darek zasypuje mnie zdjęciami z gór bo wszystko mu się podoba tak tym razem chyba ja wygrałam konkurs. Problem jest taki, że Darek woli jeździć w okolicy Furi a ja wolę chodzić w okolicy Sunnegga. Na szczęście można to jakoś połączyć i przemieszczać się górami. Bo kolejnym plusem Zermatt jest to, że wszyskie części gór są połączone trasami i wyciągami. Nie tak jak w Chaminix gdzie trzeba się przemieszczać autobusami między różnymi częściami.

Serpentynki do góry ciągły ostro przez jakieś 300 m. Trochę lasem, trochę odkrytym szlakiem ale z Matterhornem w tle.

W Findeln przeszłam koło mojej ulubionej knajpki ale nie zatrzymywałam się. Może później z Darkiem tu zaglądniemy. Knajpka w sumie nie wiem czy ma dobre jedzenie bo nigdy nie byłam ale położenie mnie zawsze intrygowało i sobie obiecywałam, że kiedyś tu zaglądnę.

Z Findeln do Sunnegga miałam jeszcze jakieś 45-60 min więc nie tracąc dużo czasu na przerwy poszłam wyżej. Na szlakach w Zermatt często są ławeczki. Dwie przykuły moją uwagę, jedną do której Darek dojedzie więc będzie idealnym miejscem na lunch a druga ciężej dostępna dla narciarzy ale z powalającym widokiem. Aż musiałam usiąść bo niestety na codzień nie mam takiego widoku.

Z samej Sunnegga (2288 m) jest ładny widok ale widoki na trasie jednak pobijają całe doświadczenie. Tak więc na samym szczycie, gdzie jest stacja kolejki, restauracja i pełno ludzi którzy wyjeżdżają tylko żeby zrobić sobie zdjęcie, nie spędziłam za wiele czasu.

Zdecydowanie wolałam lunch na jednej z ławeczek które po drodze mijałam. Wysłam Darkowi lokalizację i stwierdził, że da radę i dojedzie. Dojechał… troszkę wyżej ale dał radę jakoś zjechać/zejść po tej trasie wysypanej wiórkami.

Czy jest coś piękniejszego niż lunch z takim widokiem, w słoneczku?

Darka też zaintrygowały moje opowieści o mojej ulubionej knajpce i stwierdził, że na jedno piwko można ich odwiedzić. No więc zaczęliśmy schodzić. W pewnym momencie ja prowadzę na dół na lewo a Darek, że przecież wszyscy idą na prawo. Ja mówię, że dokładnie. Dlatego, że wszyscy idą na prawo to my idziemy na lewo. Jak tylko wszedł w domki a potem zobaczył widok to już nic nie komentował tylko pstrykał zdjęcia.

Restauracja Findlerhof jest położona centralnie przy szlaku. Jest tu trochę narciarzy ale chyba jednak przeważają górołazy. Kogokolwiek babcia miała tu domek wygrał los na loterii. Tak, dostanie się tu wymaga 2h spacerku (choć lokalni na pewno robią to dużo szybciej), ale taka miejscówka?

Do tego jak Darek zobaczył, jedzonko jakie tu podają to szybko zmienił zdanie co robimy w niedzielę i stwierdził, że on chce tu. Spytał się tylko czy w lekkich butach tu wyjdzie. Da radę, tutaj ludzie w adidasach wychodzą. Tak więc nie będzie Zum See a będzie Findeln. Chyba, że do niedzieli jeszcze coś innego nam wpadnie w oko.

Fajnie się siedziało i siedziało by się dłużej ale niestety zostało trochę ponad godzinę do zamknięcia wyciągów a Darek musi się stąd jakoś wydostać. Znów każdy poszedł w swoją stronę. Ja w dół a on do góry… w kierunku tras narciarskich.

Żeby jednak nie było za nudno to zamiast schodzić tą samą trasą co wyszłam postanowiłam wziąść inna trasę.

Ta trasa też wyglądała na uczęszczaną choć chyba bardziej przez zwierzątka niż ludzi. Nadal ślady ludzi przeplatały się z kupkami zajączków albo świstaków ale po raz pierwszy w Zermatt zauważyłam obecność jakiś zwierząt. Domyślam się, że świstaków jest tu multum, sarenki pewnie też się znajdą natomiast misiów podobno nie ma. Myślę, że nie ma bo w miasteczku jakoś nie mają specjalnych zabezpieczeń na kosze na śmieci. A jak misie by były w górach to i do miasteczka by pewnie zaglądały.

Z początku trasa mnie fascynowała. Skręcała w inną część i odbijała w prawo zostawiając Matternhorn z tyłu. Miła odmiana. Widoki też inne, piękne na odmianę. Problem był tylko taki, że trasa szła dość długo prosto. A to oznacz, że kiedyś będzie stromo. No i było. Jak trasa zaczęła schodzić w dół to sama się siebie pytałam czy ja już jestem na dole.

Na tej trasie spotkałam tylko dwie inne osoby i obie szły a nawet biegły do góry. Biegły bo chyba trenują na coś poważnego. Tutaj nawet jest tabliczka w jakim czasie masz zrobić jaki odcinek, żeby móc wspinać się na Matterhorn.

Na dół się nie liczy więc nie wiem w jakim przedziale się klasyfikuję ale pewnie nie w najwyższym. Jednak te numerki pokazały, że stromo to będzie. No i było. Schodzenie mnie zmęczyło. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się tak długiego i stromego zejścia a żeby było śmiesznie to jak już wyszłam z lasu to wyszłam w najwyżej położonej części miasta więc potem po betonie musiałam jeszcze zbić trochę metrów, żeby dojść do hotelu.

Darkowi zajęło to dużo mniej czasu i już czekał w hotelu na mnie. Uff ale ulga była jak zdjęłam buty górskie. Jak to Darek zawsze mówi, najlepsza część nart to jak się ściągnie buty narciarskie… dla mnie taka sama ulga było po ściągnięciu ciężkich butów górskich.

Szybka zamiana butów na lżejsze buty miejskie i znów w drogę. Na dziś zarezerwowaliśmy stolik w restauracji Julen. Naszą ulubioną restauracją w Zermatt jest Schäferstube, niestety tam już stolików nie było ale podobno Julen ma to samo menu. Ma to sens bo obie restauracje znajdują się w tym samym hotelu. Mają tylko inny wystrój. Julen bardziej luksusowy a Schäferstube bardziej górski, drewniany.

Ja tradycyjnie zamówiłam tu Raclette które podają w formie przystawki. Trochę sera z korniszonami. Pyszny serek choć zdecydowanie wolę jak stawiają całą maszynkę przed nami, wtedy ser jest cieplejszy i bardziej kremowy.

Darek poszalał z wątróbką z gęsi w śliwkach. Smakowało tak wybornie jak i wyglądało.

Bardzo nas ucieszyło jak pan kelner powiedział, że specjalnością zakładu jest jagnięcina. Bardzo lubimy jagnięcinę więc oboje skusiliśmy się na nią. Darek na żeberka jagnięce a ja na udziec duszony w winie. Oba pyszne choć Darka żeberka wygrały. Myślę, że to będzie taka potrawa co zapadnie nam długo w pamięci.

Do tak wytrawnej kolacji, to i wytrawne wino się przyda. Znów skusiliśmy się na lokalne produkty. Tym razem pan kelner był bardziej pomocny i nawet przyniósł parę otwartych butelek, żebyśmy sobie spróbowali zanim zamówimy całą butelkę. I tak powinno być, po co kupować kota w butach a też sposób na zareklamowanie lokalnych winnic.

Intensywny dzień bez drzemki i kawy w środku dnia sprawił, że po kolacji to tylko spacerek do domu nas interesował. Jutro kolejny dzień pełen atrakcji. Trzeba oszczędzać siły.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Dzisiejszym hasłem przewodnim jest “czy tam jest coś ładnego”. Chyba zacznę spisywać śmieszne teksty które ja słyszę na szlaku a Darek na wyciągach. Naprawdę niktórzy ludzie są śmieszni.

Dziś Darek namówił mnie na spacer do Furi. Podobno wyczaił tam jakąś fajną restaurację. Furi nie jest moim ulubionym szlakiem ale dziś akurat mi pasował bo musiałam rano zrobić zakupy. Niestety w Zermatt sklepy zamykają o 20 godzinie a wczoraj nam się usnęło po nartach i na kolację dopiero poszliśmy koło 20. Tak więc dziś musiałam uderzyć do sklepów rano bo znów nie wiadomo co po nartach się stanie.

Furi to pierwsza stacja gondoli która jedzie do lodowca. Gondola ma pięć przystanków ale nie każdy to ogarnia i dużo ludzi wysiada w Furi. Do tego dużo ludzi z wózkami, pieszych też tu jedzie, żeby zobaczyć ładny widok. A ci co wolą chodzić zamiast płacić za gondole też tu wychodzą bo szlak jest dość krótki (około 1h), nie za stromy i bardzo przyjemny. Jednak to wszystko co ułatwia dotarcie do Furi sprawia też, że jest tu dużo ludzi i to takich wynalazków czasami co np pytają się czy tam jest coś ładnego… ehhh… nawet nie widziałam jak odpowiedzieć… nie ma nic ładnego, wszystko góry zasłaniają.

Do Furi szlak prowadzi przez Zum See. Kolejne “miasteczko” z czterema domami. To co najbardziej mi się w Zum See podoba to szlak, ktory przechodzi w dosłownym słowie przez restaurację. Wchodzi się między domki, idzie szlakiem a po prawej i po lewej ludzie już siedzą przy stolikach i chłodzą się czym tam lubią. To jest właśnie to za co kochamy Europę. Takie połączenie życia z górami. Tatry też mają schroniska ale tu jest to jeszcze bardziej rozwinięte. Tu poprostu idziesz do restauracji a że przy okazji robisz 400-1000 m różnicy wzniesień to tylko bonus, żebyś mógł zjeść szarlotkę bo spalisz ją schodząc w dół.

W Zum See wpadłam na pomysł, że właściwie czemu my mamy wyjeżdżać w niedzielę o 10 czy 11 rano jak możemy o 16 czy 18… Zurich już znamy i w sumie nie musimy go zwiedzać a lepiej będzie wyjść na Zum See i nadal cieszyć się słoneczną niedzielą, o ile będzie słoneczna ale zapowiadają, że cały tydzień będziemy mieć ładne słoneczko więc trzymamy kciuki.

Udało mi się znaleźć restaurację którą Darek wybrał. Siadłam pod “Kozłem” i czekałam na Darka który najpierw miał być za 30 min, potem za 5 aż w końcu sobie źle zjechał i przyjechał za kolejne 20 min. Tak to jest jak jeździ się na czuja a góry takie duże. Najważniejsze, że w końcu się znaleźliśmy.

Po wczorajszym za drogim (co do wartości) jedzeniu dziś postanowiliśmy zjeść lunch z plecaka czyli lokalne serki i wędlinki. W słoneczku w knajpie zamówiliśmy tylko coś delikatnego do piwka.

Po przerwie relaksu Darek jednak wrócił na trasy szukać fajnego miejsca na lunch a ja zaczęłam schodzić w dół do hotelu. Dziś musiałam troszkę popracować więc niestety nie mogłam schodzić dłuższą trasą. Na szczęście tu popołudnie to w Stanach rano więc jakoś udało mi się skoordynować co trzeba. To jest jedyny dzień gdzie muszę coś zrobić do pracy więc nie jest tak źle a po dwóch piwkach odrazu lepiej się pracuje.

Ale praca jak to praca znużyła mnie i jak tylko zamknęłam laptopa to oczy też mi się zamknęły. Darek pisał, że znalazł ławeczkę na dole, idealną na oglądanie zachodu słońca ale mój jet lag wygrał i niestety zachód słońca muszę odłożyć na inny dzień.

Dzis na kolację postanowiliśmy wyjść do trochę lepszej restauracji. Wczoraj jak schodziłam z Riffelalp to zeszłam do części Zermatt która jest bardzo blisko naszego hotelu a której nie znałam. Wpadła mi też po drodze restauracja Sonnmatten. Jest trochę na uboczu więc miałam nadzieję, że bez rezerwacji uda nam się dostać stolik. Niestety wszyscy się teraz rzucają na najlepsze restauracje i robią rezerwacje. My czasem też robimy ale przed wyjazdem nie było czasu a pozatym chcemy mieć ten wyjazd bardziej luźny i robić to na co mamy w danej chwili ochotę a nie co musimy bo tak zaplanowaliśmy miesiąc wcześniej.

Tak więc wzięłam Darka na spacer, pokazałam mu nową drogę pod wyciągi i ogólnie nowe tereny. Darek od dwóch dni mówił, że chciałby pozwiedzać miasto i wejść w jakieś boczne uliczki. No to życzenie się spełniło. Tak jak myślałam, restauracja miała trochę ludzi ale stolik dla nas się znalazł i w końcu doczekaliśmy się słynnego “schabowego” czyli Winner Schnitzel.

Wzięliśmy też Cordon Blu bo podobno restauracja słynie i z tego i z tego. Zresztą nie dziwne bo obie potrawy są dość podobne więc ciężko jest umieć tylko jedno. Jedzenie było pyszne wino o dziwo też.

W Europie zazwyczaj chwalimy restaurację, że można super wina Francuskie, Włoskie, Hiszpańskie zamówić w bardzo dobrej cenie i super jakości. Niestety Szwajcaria nas zaskoczyła bo tych Europejskich ze starych winnic za dużo nie mają a jak mają to dość drogie. Mają za to dużo Szwajcarskich. Hmmm… Szwajcaria robi wina? Nie pozostało nam nic innego niż spytać się Gemini (Google) co poleca do wieprzowiny i zaryzykować. Gemini polecił wino Onyx, pani kelnerka która słabo się znała na winach potwierdziła, że dobre. Na szczęście Darek który zna się na winach zdecydowanie lepiej niż kelnerka też zatwierdził. Takim oto sposobem spróbowaliśmy pierwszego Szwajcarskiego wina.

Po kolacji postanowiliśmy wrócić na około do domu. Pozwiedzaliśmy sobie trochę Zermatt ale nie ten przy głównej ulicy tylko ten poboczny. Wyszliśmy w rejony gdzie spaliśmy 11 lat temu, odwiedziliśmy słynny bar Papperla, Harry’s aż w końcu skończyliśmy w Z’alt Hischi. Papperla była dla nas zagłośna. Muzyka na żywo i klimat bardziej klubu niż baru. Harry’s jest znany z apres ski ale był już zamknięty no więc został stary poczciwy Z’alt Hischi który pamiętaliśmy sprzed 6 lat. Z’alt Hischi znajduje się w starej części Zermatt i jest w takim starym, drewnianym domku.

Z’alt Hischi to taki stary kameralny bar gdzie jak weszliśmy to ten sam kelner (pewnie właściciel) co był tu 6 lat temu przywitał nas Gruss Gottt. W barze nie było nikogo ale stwierdziliśmy, że wspomożemy lokalny mały biznes i zamówimy po piwku. Nawet robiliśmy zakłady czy ktoś jeszcze się tu pojawi. Jak myślicie?

Pojawili się. Dwie grupy dwu osobowe… Bar się zapełniał ale my stwierdziliśmy, że trzeba oszczędzać siły na jutro. W końcu jutro też zapowiada się piękny dzień.

Read More
Szwajcaria Ilona Szwajcaria Ilona

2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)

Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.

Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…

Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.

Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.

W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.

W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.

Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.

Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.

Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.

Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.

Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.

Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.

Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.

Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.

Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.

Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.

Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.04 Las Vegas, NV (dzień 3)

Niestety dzisiaj już opuszczamy północny Las Vegas i jedziemy do głównej części tego miasta grzechu, czyli na The Strip (główna ulica miasta). Coś jak Broadway w Nowym Jorku czy Pola Elizejskie w Paryżu. Mamy tam się zameldować w godzinach popołudniowych, więc mamy trochę czasu na górki!

Powtarzam to kolejny raz. Jak blisko miasta są wspaniałe góry. Coś jak Denver w stanie Kolorado. OK, Denver ma wyższe i większe góry które zajmują znacznie większy obszar. Ale tu też jest fajnie.

Z tą „małą” różnicą, że w Denver są normalne temperatury cały rok. Tutaj w lato jest masakra. Za gorąco! Teraz jest styczeń, idealna pogoda na rower, hiki, przebywanie na zewnątrz. W lato wszyscy siedzą w domach, albo w barach. No dobra, niektórzy w kasynach.

Pojechaliśmy do tego samego parku co dwa dni temu, do Red Rock Canyon. Nawet zajechaliśmy na ten sam parking.

A po co znowu tutaj? A no bo jesteśmy o wiele wcześniej niż dwa dni temu i możemy iść na znacznie większy hike. Jeden z najlepszych w tym parku. Idziemy na głowę żółwia.

Hike ma parę kilometrów w każdym kierunku i jakieś 700 metrów przewyższenia. W początkowym etapie idziesz po w miarę płaskim, pustynnym terenie porośniętym niskimi krzakami

Idzie trochę ludzi dzisiaj tym szlakiem. Oczywiście ich ilość jest nieporównywalna do zatłoczonych europejskich szlaków, ale tak co 15 minut spotykaliśmy kogoś.

Pogoda nawet trafiła się dobra. Jakieś 8-10C, lekkie zachmurzenie i w miarę spokojny wiatr. Im wyżej tym niestety bardziej wiało, ale dalej było ok.

W miarę podnoszenia się do góry, teren stawał się trudniejszy.

Łatwa do odnajdywania ścieżka zamieniła się w stromsze podejście. Wysuszona ziemia ustąpiła piargom i skałom.

Zaczęliśmy czasami gubić szlak. Był słabo oznaczony, a na skałach i piargach ludzie nie zostawiają śladów. Trzeba było częściej patrzeć na telefon czy dalej idziemy w miarę dobrym kierunku. Natomiast widoki stawały się coraz to piękniejsze.

O 10:15 doszliśmy do grani. Było przyjemnie chłodno z dosyć dobrym już wiatrem. Ale dalej nic wielkiego, zwłaszcza jak się przeszło na drugą stronę to już było spokojniej.

Z tego miejsca do szczytu idzie się jakieś 30 minut po wschodniej stronie góry. Wiatr wiał z zachodu, więc góra nas chroniła od silnych podmuchów.

Tutaj już nie było szlaku, każdy wyszukiwał dogodnej mu trasy na stawianie kroków. Po skałach, po ziemi byle do przodu.

Myślę, że gdzieś o 10:45 stanęliśmy na szczycie, na głowie żółwia.

Widok w każdą stronę był interesujący. Z jednej strony Las Vegas, z drugiej ośnieżone góry w których byliśmy wczoraj. Z kolejnej przepiękny Red Rock kanion, a na północ jeszcze wyższe góry tego parku.

Ze względu na mocny wiatr na górze nie dało się za wiele siedzieć. 15-20 minut wystarczyło na przegryzienie czegoś i w drogę powrotną.

Przy schodzeniu trzeba było uważać żeby się nie poślizgnąć. Wiatr zawiewał piasek i ziemię na skały które stawały się dosyć śliskie. O poślizgnięcie nie trudno a do domu daleko.

Schodziliśmy pomału, a i tak parę razy zgubiliśmy szlak. Powinni w wyższych partiach lepiej go oznaczać. A może tak ma być, każdy idzie po swojemu, byle do przodu.

Udało się, zeszliśmy do kanionu. Tutaj już nie wiało, szlak był dobrze oznaczony i zrobiło się płasko.

Po kolejnych 30 minutach dotarliśmy na parking. Super hike bardzo blisko miasta. Polecamy go wszystkim co mają pół dnia czasu, lubią się trochę porozciągać i lekko spocić. Nie jest za trudny ani za łatwy, taki w sam raz.

Mieliśmy jeszcze czas, więc trochę pojeździliśmy po tym parku, zaglądając w różne jego zakamarki. Do Las Vegas wróciliśmy okrężną drogą prosto na lotnisko żeby oddać samochód i wsiąść do Ubera prosto do hotelu. Na kolejne 4 dni nie będziemy potrzebować samochodu. Spędzimy je w kasynach jak rasowi hazardziści!

A po co aż tyle dni? I co my tu będziemy robić? Co ja będę robił to jeszcze nie wiem. Ilonka została wysłana na konferencję CES ze swojej firmy. A co to jest CES to sztuczna inteligencja w paru zdaniach wam wytumaczy:

„CES (Consumer Electronics Show) w Las Vegas to największe na świecie targi elektroniki użytkowej i innowacji technologicznych, na których globalne firmy prezentują przełomowe produkty i prototypy, łącząc biznes z najnowszymi trendami technologicznymi, od sztucznej inteligencji po gaming. Odbywają się corocznie w styczniu i przyciągają inżynierów, przedsiębiorców, twórców oraz liderów branży, stanowiąc kluczowe wydarzenie dla całej społeczności technologicznej.”

Jak się dowiedziałem, że Ilonki firma wynajęła jeden z najlepszych hoteli w LV to oczywiście, że poleciałem ją wspierać i pomagać w tych trudnych i stresujących dniach dla niej. Mowa tu o hotelu Bellagio.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu przed Ilonki pierwszym oficjalnym spotkaniem, więc postanowiliśmy zjeść coś w Paryżu pod wieżą Eiffel. Tak, w Vegas pobudowali wielkie repliki miast. Jak np. New York, Paryż, Wenecja…

Jak Francja to pyszna zupka cebulowa i tatarek z krówki. Naprawdę mi smakowało.

Trochę sceptycznie podchodziłem do restauracji na głównej ulicy Las Vegas (The Strip). Uważałem je za pułapki dla turystów, gdzie wszystko jest za drogie i mało smaczne. Na tym wyjeździe się jednak parę razy przekonałem, że można smacznie tutaj zjeść. Co do cen, to jest to wyjazd służbowy, więc….

Po posiłku Ilonka musiała się służbowo spotkać z paroma ludźmi, a ja rozpocząłem zwiedzanie Vegas. Dzisiaj delikatnie i lokalnie. Będę tutaj kolejne pełne 3 dni, więc mam nadzieję, że poczuję to miasto

Odwiedziłem parę kasyn, barów i już miałem wracać do hotelu gdy Ilonka napisała, że część oficjalna spotkania się skończyła i ona została z kolegą z pracy na parę piwek i czy nie chcę dołączyć. Oczywiście, że tak i udałem się do kasyna Aria.

Fajny facet, więc się miło siedziało i sympatycznie rozmawiało. Trochę nam zeszło na tych rozmowach, więc znowu zgłodnieliśmy. On mieszka w Teksasie i jest w Vegas służbowo prawie co miesiąc, wiec zna to miasto. Poszliśmy do seafood restauracji. Znowu się przekonałem, że jedzenie na The Strip jest pyszne. Tak dobrych ostryg to ja nie wiem czy kiedykolwiek w życiu jadłem. Pychota!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.03 - Las Vegas, NV (dzień 2)

Wczoraj był lekki spacerek na rozruszanie zastanych kości po świętach. Dzisiaj już jest zupełnie inna bajka. Idziemy w duże góry!

Wiedziałem, że koło Las Vegas są fajne góry, ale nie aż takie. Szczyty dochodzą do 12,000 stóp (3,600m). Przez ponad pół roku leży na nich śnieg, a w lato jest znacznie chłodniej niż w rozgrzanym do czerwoności znajdującym się obok Vegas.

Mowa tu o Spring Mountains.

Jak tylko wyjechaliśmy z miasta to wjechaliśmy w mgłę/chmury. Cały czas jadąc w górę temperatura spadała i klimat się zmieniał z pustynnego w górzysty.

Po 30 minutach jazdy, około 8 rano przyjechaliśmy do miasteczka Mount Charleston. Fajnie położonego, małego, górskiego miasteczka z paroma hotelikami, knajpkami i górskimi pięknymi domami.

Chcieliśmy wjechać na parking, ale się okazało, że wszystko wyzamykane. Nie dość, że na parking nie wjedziesz, to wszystko jest ogrodzone wysokim metalowym płotem. Oczywiście zakaz parkowania wszędzie. Zjechaliśmy trochę niżej, zaparkowali koło drogi, ubrali buty, wzięli plecaki i ruszyli drogą w górę. Coś się wymyśli…

Internet mówi, że szlak jest otwarty/zamknięty. Dokładnie, mieszane informacje. Ponoć jest zamknięty od 2023 po jakimś huraganie, ale czasami go otwierają. Ludzie piszą, że chodzą tym szlakiem i jest ok. Za bardzo nie wiadomo o co chodzi.

Oczywiście nie wejdziesz na szlak, bo parking jest zamknięty i wszystko jest ogrodzone. Nie do końca. Wejdziesz, ale musisz przez jakieś 15-20 minut iść innym szlakiem, który omija płot i tak jak by z góry zejść na początek głównego szlaku.

Wtedy nam się dużo wyjaśniło. Przy drodze jest już troszkę śniegu. Dużo dzieci tam biega i się ślizga na małej górce. Nie wpuszczają ich na parking, żeby nie szli na większą górę i tam się bawili. O wiele większe stoki i jeszcze mogło by im się coś stać. To jest nasza teoria i niech tak zostanie. My mamy cały szlak dla siebie.

A gdzie my w ogóle idziemy?

Początkowo mieliśmy się wspinać na Charleston Peak, ale ze względu na zimowe warunki i nie najlepszą pogodę wyżej w górach zmieniliśmy plany i idziemy na Griffith. Albo przynajmniej w jego rejony. Szlak się zaczyna z tego samego miejsca, a góra jest bliższa i niższa o 300 metrów.

Szybko musieliśmy szukać raków w plecaku. Zmrożoną ziemię zaczął pokrywać lód.

Im wyżej tym więcej połamanych drzew. Widzę, że ten huragan w 2023 ostro tu namieszał.

Wraz z wysokością przybywało śniegu. Na szczęście był bardzo zmrożony, więc się nie zapadaliśmy. Było widać głębokie ślady, tak jak by ktoś tutaj szedł zaraz po opadach. Nie sypało już z parę dni w związku z tym łatwo można podążać śladami innych a nie gubić się. Oczywiście myśmy mieli załadowane mapy na telefony, żeby nie pobłądzić jak np. pogoda się załamie.

Szlak jest stromy, czasami nawet bardzo stromy. Na szczęście ma dużo serpentyn i aż tak bardzo się nie odczuwa tego wzniesienia.

Są ostrzeżenia żeby nie wybierać się tutaj jak są duże opady śniegu. Ze względu na strome i otwarte tereny występowanie śnieżnych lawin jest wysokie. Na szczęście dzisiaj wszystko jest zmrożone i raki nas idealnie trzymają na skorupie.

Jedyne na co trzeba uważać to żeby się nie potknąć na stromych trawersach, bo wtedy można szybciutko na dół po tej skorupie zjechać. Nie mamy czekanów, więc często musieliśmy się upewniać, że raki są dobrze wbite.

W tych górach nie ma misiów. Powód? Misie nie lubią pustyń i gorących klimatów. Żeby tu się dostać to trzeba przejść spory, pustynny odcinek bez wody i jedzenia. Nie dla misiów ta impreza. Natomiast nie można tego powiedzieć o kotkach. One spokojnie przez pustynię przejdą i po drodze coś upolują. W tych górach jest duża populacja Mountain Lion (Puma). One lubią takie klimaty i jest tu dużo pożywienia dla nich jak różnego rodzaju sarenki, kojoty, lisy, owce…

Tylko cichutko, proszę nie mówić Ilonce, że są tutaj takie kotki bo mi dalej nie pójdzie. Nie mamy gazu pieprzowego bo nie można brać go do samolotu. Poczytałem wcześniej jak się zachować jak by się spotkało mieszkańca gór. Zresztą my mamy przeszkolenie po Afryce jak się zachować, a co nie wolno robić ja się spotka dużego kotka.

Oczywiście na całej trasie nie spotkaliśmy nikogo. Znaczy się raz widzieliśmy grupę pięcio-osobową ale tak z daleka i nie szli szlakiem. Tak jak by się gdzieś bawili w górkach poza szlakami.

Doszliśmy do punktu widokowego Echo. Tutaj postanowiliśmy odpocząć, coś zjeść i zobaczyć co dalej się dzieje w górach.

Zanim otworzyliśmy mapy to zafascynowaliśmy się widokami. Z jednej strony potężne zimowe góry w chmurach, a z drugiej pustynne wzgórza w słońcu. Bajka!

Sprawdziliśmy pogodę. Niestety nie wygląda dobrze. Idzie śnieżyca. Ma ponoć ostro w górach sypać, do tego wiatr się wzmaga. Tutaj gdzie aktualnie jesteśmy jest jeszcze ok, wieje czasami ale do wytrzymania. Wyżej, a tym bardziej na grani ponoć już jest 60-70km/h i ma wzrastać. O szczycie to już nawet strach pisać co tam się dzieje. Podjęliśmy decyzję. Schodzimy w dół. Ilonka otarła mi łzy z oczów bo powiedziała, że wrócimy tu na wiosnę i zdobędziemy parę szczytów!

W rakach się super schodzi. Prawie można zbiegać po tej zmarzniętej skorupie.

Na początku, na stromej części trzeba było uważać, a potem to już szybko leciało.

Na dole lekkie ździwko nas dopadło jak zobaczyliśmy ilość samochodów zaparkowanych koło drogi. Ilość dzieci i młodzieży jaka się ślizgała na górce koło drogi była ogromna. Teraz się nie dziwię, że zamknęli parking i ogrodzili góry.

Wróciliśmy do północnego Vegas. Trochę już głodni byliśmy, ale na dzisiaj nie planowaliśmy żadnej specjalnej kolacji. Fast food ma wystarczyć.

Dokładnie, In and Out. Nasza ulubiona burgerownia na zachodzie. Nie ma jej na wschodzie Stanów. Jeszcze!

Dobrej jakości mięsko, w normalnych cenach. Ich animal style sos wymiata. Co mnie u nich najbardziej dziwi i zadowala to obsługa. Byliśmy w wielu In and Out restauracjach, w każdej, ale to w każdej obsługiwany jesteś z uśmiechem. Miła i życzliwa obsługa która ma czas dla ciebie mimo, że z reguły są tam wielkie kolejki. Prawie jak w McDonald, nie?!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2026.01.01-02 Las Vegas, NV (dzień 1)

Koniec grudnia, koniec ciężkich i długich godzin pracy, koniec non-stop imprez i wielkiego żarcia…

Trzeba gdzieś polecieć i odpocząć.

Pierwszy styczeń, a my już oczywiście w samolocie. Gdzie tym razem? Vegas Babe! Vegas? A po co? O tym troszkę później.

Niestety podróż nie odbyła się bez problemów. Jeszcze będąc w domu dostaliśmy powiadomienie, że nasz samolot jest opóźniony jakieś dwie godziny. Postanowiliśmy i tak jechać na lotnisko, zjeść tam kolację, napić się czegoś i zobaczyć co jest grane.

Na lotnisku pani nam powiedziała, że z samolotem wszystko jest ok. Niestety tego nie mogła powiedzieć o załodze. Dzisiaj jest Nowy Rok, piloci też ludzie i najzwyczajniej w świecie zapili i nie wstawili się do pracy. Oni przecież też mogą mieć kacówkę, nie? Ale nie jest źle, to jest Nowy Jork, jest tu dużo pilotów i już ich znaleźli i jadą na lotnisko. Do dwóch godzin wystartujemy. Na szczęście tak się stało i z dwu-godzinnym opóźnieniem Boeing wzniósł się w przestworza.

Na tym niestety nie koniec problemów. Planowo mieliśmy lądować koło północy w Las Vegas. W związku z tym miałem zarezerwowany samochód o 12:30 rano. Teraz, jak lądujemy o 2 rano to zadzwoniłem do nich, że chcę zmienić rezerwacje o dwie godziny później. Pan mi na to, że jest problem, bo wypożyczalnia jest zamykana o 1 rano i otwierana o 7. Ja zdziwiony na maxa, że w Vegas cokolwiek nie jest czynne 24 na dobę. Przecież to miasto nigdy nie śpi. Niestety widać, że niektórzy czasami śpią.

Specjalnie wzięliśmy hotel na pierwsze parę nocy w północnym Las Vegas żeby mieć blisko w górki. Odebrać samochód z lotniska, które jest w centrum miasta (tak, tutaj lotnisko jest w samym centrum miasta) i odjechać jak najdalej od centrum. Niestety to nam się nie udało i musieliśmy wziąć Ubera do hotelu tylko po to żeby tu jutro rano wrócić. A to jest minimum 30 minut w każdym kierunku nie wliczając korków. Za bardzo na to nie mamy czasu, bo na jutro już mamy zaplanowane hiki w górach, a w hotelu byliśmy dopiero kolo 3:30 rano. No nic, wyznając zasadę, że na wakacjach się mało śpi tylko zwiedza, padliśmy do łóżek na parę godzin. Dobrze, że chociaż mamy dobre ubezpieczenie na podróże, więc koszty transportu Allianz nam pokrywa.

Rano bardzo nam się nie chciało wstawać, ale styczniowe, pustynne słońce zaczęło intensywnie zaglądać przez okno i mówić wstawać, nie leniuchować.

Wróciliśmy na lotnisko, odebraliśmy samochód. Wrócili do hotelu, ubrali się na hike, zabrali plecaki i ruszyli w nieznane.

Jestem w szoku jakie piękne i wysokie góry są w okolicach Las Vegas. Zwłaszcza północnego Vegas. Kilkanaście minut samochodem a już jest tak pięknie.

Będziemy w tych rejonach 9 dni. Trochę gór, miasta, pracy, pustyń, parków….. Wszystkiego po trochu. Pierwsze trzy dni to moje ulubione, czyli górki!

Pierwszy park jaki odwiedziliśmy to Red Rocks Canyon. 40-45 minut samochodem na zachód od Vegas. Planujemy tu spędzić parę godzin, iść na mały hike i pojeździć po parku.

Oczywiście nie mieliśmy rezerwacji na wjazd. Już przy wjeździe była tablica, że park jest pełny i nie ma wjazdu jak nie masz rezerwacji. Teraz ponoć wprowadzili w parkach limitowaną ilość wjazdów. Wykupujesz wjazd na odpowiednią godzinę żeby uniknąć korków. Nawet myślałem wcześniej to zrobić, ale dzień wcześniej jeszcze było wiele miejsc wolnych, a po drugie to przez nasze opóźnienie za bardzo nie wiedziałem kiedy będziemy w parku.

Ilonka zagadała z panem przy bramce i dał nam jakiś QR code i powiedział żeby wyjechać załadować i wrócić. Tak też zrobiliśmy i wjechaliśmy do parku.

Park ma jednokierunkową drogę i wiele zjazdów na małe parkingi z możliwością dalszego zwiedzania na nogach. Na dzisiejszy dzień miałem jeden hike zaplanowany. Takie 2-3 godzinki rozruszać się po świętach. Idziemy na Calico Tanks.

Jest to w miarę łatwy hike, więc spodziewaliśmy się trochę ludzi. Tak też było. Łaziło tego trochę po skałach.

Nagrodą jest wspaniały widok na Las Vegas ze szczytu. Tak też pewnie jest, ale niestety pogoda nie dopisała. Coś tam było widać, ale nie jak przy pogodzie z idealną przejrzystością. Wszystko było lekko zamazane.

Oczywiście nie dla samych widoków się chodzi. Fajnie było się porozciągać po skałkach i spalić trochę świątecznych kotletów.

Wróciliśmy do samochodu i ruszyliśmy dalej drogą. Ale niestety pogoda popsuła się na dobre i już całe góry były w chmurach.

Nic nam nie pozostało jak wrócić do północnego Las Vegas i odpocząć przy czymś lokalnym.

Browar jak każdy dobry browar, ma świeże pyszne piwka które smakują wyśmienicie. Natomiast co jest niespotykane na skalę światową to to, że przy barze masz maszyny do grania. Przegrywasz podwójnie.

Na kolację nie chciało nam się jechać do głównego Vegas. Zostaliśmy w jego północnej części gdzie Ilonka znalazła fajny Steak House. Echo & Rig.

Prawie poczułem się znowu jak w Monte Carlo. Samochody stały podobnie zaparkowane jak pod kasynem w Monako. Tylko troszkę inne.

W tej części miasta jadają lokalni, nie turyści. Jest spokój, cisza, miła bez pośpiechu obsługa i jedzenie pyszne w normalnej cenie.

Oczywiście, że poleciał steak! Spencer steak, czyli środkowa część Ribeye. Delikatnie przyrumieniony z dobrym winkiem idealnie pozwolił się wyluzować i odstresować po dosyć długich ostatnich dwóch dniach.

Read More
Polska Darek Polska Darek

2025.09.10-14 Zakopane, PL

Podczas każdego pobytu w Polsce staramy się wyskoczyć na parę dni w góry. Nie ukrywam, że lubimy góry i potrafimy się tam zrelaksować i odpocząć. Zakopane i Tatry są taką naszą często wybieraną destynacją.

Różnie ludzie mówią o Zakopanym. Że za duża komercja, że przeludnione, za drogie… Oczywiście jest w tym dużo prawdy. My na szczęście znamy już te rejony i wiemy jak się poruszać i jak unikać przeludnionych miejsc. Przynajmniej w większości przypadków.

Ludzie jadą do Zakopanego w różnych celach. Na zakupy, na imprezy, dla dobrego jedzenia, dla zdjęcia na social media, no i pewnie niektórzy dla gór i hików. Każdy ma swoje powody. My też je mamy. Czas w Zakopanem spędzamy z najbliższą rodziną na górskich szlakach a wieczorami w karczmach przy dobrym jedzeniu i góralskiej muzyce. Przez cztery dni pobytu w Zakopanym nawet nie udało nam się iść do miasta i do tych ich słynnych Krupówek. Po prostu nie mieliśmy czasu ani ochoty.

Często mieszkamy w domkach „kablowskich”. Tym razem postanowiliśmy to zmienić i zamieszkać w pensjonacie „Green Deer”. Jest to nowy dom góralski zaraz przy Dolinie Białego. Z dala od głośnego Zakopanego, tuż obok szlaku „Pod Reglami” no i oczywiście z widokiem na Giewont. Na ten szczyt na pewno się nie wybieramy (za dużo ludzi), więc przynajmniej z balkonu go sobie pooglądamy.

Mamy parę planów na te cztery dni, ale zobaczymy ile z nich się uda zrealizować, bo pogoda ma być taka 50/50. Trochę słońca, a trochę deszczu. W pierwszy dzień było pochmurno i tak lekko mżyło, więc nie zapuszczaliśmy się wysoko w góry. Dolina Strążyska, Droga nad Reglami, Sarnia Skała, Kalatówki.

Nienajlepsza pogoda ma też swoje uroki. Taki tajemniczy i niedostępny klimat z brakiem ludzi. Na całej trasie może spotkaliśmy z 20-25 osób. Tak to można chodzić.

W jeden z dni mieliśmy zamiar odwiedzić Tatry Zachodnie, a dokładnie Dolinę Kościeliską z Halą Ornak i wyjść na Ciemniak. Niestety pogoda była taka sobie i każdy poszedł w swoim kierunku. Ilonka w rejon Kalatówek i Hali Kondratowej a ja troszkę odszukiwałem stare zakątki Kuźnic i jak pogoda się poprawiła to wyruszyłem w górę szlakiem w kierunku Kasprowego. Dzisiaj było więcej ludzi niż wczoraj, ale dalej ok. Co parę minut spotykałem kogoś na szlaku. Na Kasprowy nie wyszedłem bo miałem późny start, ale trochę nad Myślenickie Turnie udało się wyjść. Przyjemnie tak się wałęsać po Tatrach bez pośpiechu.

Na koniec nam wszystkim udało się spotkać w Leśniczówce w Kuźnicach. Ciekawe miejsce na przekąszenie czegoś po pobycie w górach. Polecam to miejsce zwłaszcza jak jest ładna pogoda. Można zejść ze szlaku i w zaciszy nad strumykiem usiąść i ugasić pragnienie czymś chłodnym.

Niektórzy mówią, że pobyt w Tatrach nie jest do końca zaliczony jak się nie odwiedzi rejonu Morskiego Oka. W tej części Tatr byliśmy wiele razy, bo naprawdę jest pięknie. Tak i tym razem postanowiliśmy tam spędzić jeden dzień, zwłaszcza, że mieliśmy piękną pogodę.

Ilość ludzi i samochodów jaka była na parkingu i na drodze do Morskiego Oka to jakaś masakra. Widać, że w Tatry, a zwłaszcza w popularne rejony dalej przyjeżdża ogromna ilość ludzi. Zwłaszcza przy świetnej pogodzie.

Na szczęście myśmy nie szli aż do Morskiego Oka, ani do Doliny Pięciu Stawów Polskich. Nasz plan na dzisiaj to odwiedzenie bardziej spokojnego miejsca w tym rejonie. Mowa tu o schronisku w Dolinie Roztoki.

Malowniczo położone w zacisznej dolinie z pięknymi widokami, dobrymi naleśnikami i chłodnym piwkiem. A co najważniejsze? Bez tłumów! Taka cisza i spokój. Wiadomo nie jest tak popularne jak Morskie Oko, więc i ludzi też brak.

W bufecie bez kolejki można zamówić produkty, z łatwością znaleźć stolik w środku lub na zewnątrz, i jeszcze porozmawiać z załogą. Bardzo polecam!

W drodze powrotnej do miasta jeszcze odwiedziliśmy nowo powstałe platformy widokowe Sky Walk.

Mieliśmy mieszane uczucia jeśli chodzi o ten cały kompleks. Pomysł dobry, zwłaszcza dla ludzi co nie chodzą po Tatrach, a chcą mieć wspaniałe widoki gór.

Serpentynami wychodzi się dosyć wysoko, ponad drzewa. Przy dobrej pogodzie widok na Tatry jest piękny, podany jak na dłoni.

Na szczycie jest parę atrakcji dla odważnych. Chodzenie po szkle, siatce, zjeżdżalnie w dół…. Spacer po siatce chyba nam się najbardziej spodobał.

Oczywiście nic nie jest w Zakopanym za darmo. Sky Walk też nie. Moim zdaniem to „trochę” za dużo za to chcieli. Normalny bilet to aż 69 złotych plus 20 za parking. Słono sobie górale liczą. Raz można iść i zobaczyć i poczuć się jak ptak lecący nad drzewami.

Pisałem, że jeździmy do Zakopanego żeby też coś dobrego zjeść. Zgadza się, można tu coś dobrego znaleźć, zwłaszcza jak się lubi mięsko.

Zaraz koło naszego pensjonatu jest Karczma Biały Potok. Ilonka sprawdziła i powiedziała, że mają dobre opinie i można się przejść na kolacje. Dobry wybór.

Zamówiliśmy wiele potraw i każdy był zadowolony z wyboru. Ja poszedłem w golonkę. Wielka i pyszna była!

Często w karczmach jest głośna, góralska muzyka na żywo. Tutaj oczywiście też tak było. Na szczęście karczma jest duża i można dalej od zespołu usiąść, albo poprosić stolik na piętrze, gdzie jest znacznie ciszej i można swobodnie pogadać.

Drugą karczmę którą polecam to Bąkowo Zohylina Wyźnio. Taki sam, tradycyjny góralski wystrój i klimat. Tutaj jest znacznie głośniej, więc jak ktoś szuka kolacji w ciszy to nie tutaj.

Obsługa poleciła steak. Mówili, że przepyszny. Rzeczywiście taki był. Podawany na rozgrzanym kamieniu z całymi ziemniaczkami, surówkę i paroma sosami! Prawie już dorównuje tym słynnym leżakowanym tygodniami wołowiną w solach przy blisko zero Celsjusza.

Ilonka zamówiła żeberka ze świnki i mówiła, że palce można lizać. Reszta grupy też była zadowolona z ich potraw. Polecamy.

Na koniec oczywiście podszedł do mnie kelner i mówi, że nas pamięta z poprzedniego roku. Hmmm… ciekawe dlaczego. Sprawdzimy czy jak pójdziemy za rok to też będzie nas pamiętał.

Niestety wracaliśmy w niedzielę z Zakopanego, więc korki na drogach były. Zwłaszcza do Nowego Targu gdzie dalej niestety droga jest dwukierunkowa. Później już jakoś leciało, ale mimo to i tak nam powrót zajął ponad dwie godziny.

Zakopane - do następnego razu!

Read More
USA: Northeast Darek USA: Northeast Darek

2025.08.21-22 Mt. Washington, NH

Lato już prawie się kończy, a my dalej nie wyciągnęliśmy naszego namiotu z szafy. Wstyd, prawda? Kiedyś to się jeździło 6-8 weekendów w sezonie na biwaczki, a teraz nawet na jeden się ciężko wybrać.

Szybciutko trzeba ten błąd naprawić i gdzieś wyskoczyć na kamping.

Mimo, że to już koniec sierpnia, to wciąż upały mogą być, więc trzeba wyjechać bardziej na północ w górki żeby uniknąć smażenia się na słońcu. Wybór padł na Franconia Notch w stanie NH. Mimo, że jedzie się tam z 6-7h to kiedyś w miarę regularnie tam wyjeżdżaliśmy. Teraz jakoś bliżej mamy do CO niż do NH. No i dobrze, bo lepsze góry.

Nowe pokolenie nam rośnie, wiec trzeba ich wyszkolić na zawodowych kampowiczów. Zapakowaliśmy się w dwa samochody i wyruszyliśmy na 4 dni do NH. Jest ku temu też okazja, bo jeden z dzieciaków ma dokładnie piąte urodziny w ten weekend! Uwielbia pociągi, więc wyjazd na szczyt Mt. Washington pociągiem wydaje się być najlepszym prezentem.

Droga jak to droga, zawsze za długa. Zajechaliśmy na camping gdzieś o 7 wieczorem. Akurat żeby się rozbić za widoku i zrobić coś do jedzenia. Dzisiaj nie można za długo siedzieć, bo niestety pobudka o 5 rano. Ja z Ilonką nie jedziemy pociągiem na szczyt góry. My wychodzimy na nogach, a tam się idzie parę godzin.

Noc krótka i zimna. W sumie dobrze się śpi w takich temperaturach, ale niestety co chwilę słychać było ciężarówki na pobliskiej autostradzie. My z NYC więc przyzwyczajeni do hałasu, ale chyba nie takiego. Pamiętam, że wcześniej jak tu jeździliśmy to nie było takiego ruchu samochodów ciężarowych. Ale zawsze tu bywaliśmy w weekendy (mniejszy ruch ciężarówek). Teraz jest czwartek, więc pewnie transport samochodowy jest wysoki. No nic, weekend idzie to na pewno się lepiej wyśpimy.

Zbieranie się na hike o 5 rano po ciemku na kampingu nie należy do łatwych i przyjemnych. Nawet do łazienki jest kawałek. Nie powinno też się chodzić po kampingu jak jest ciemno ze względu na misie. Trzeba było uważnie oświetlać pobliski teren. Na szczęście około 5:45 zaczęło się rozwidniać.

Plecaki spakowane, śniadanie zjedzone, buty na hike znalezione… można wyruszać. Po około 45 minutach dojechaliśmy na parking gdzie zaczyna się nasz szlak.

Na szczyt Mt. Washington idzie się gdzieś 4 godziny. Chcemy być na szczycie najpóźniej w południe, bo wtedy wyjeżdża pociąg z jubilatem. Już jest prawie ósma rano, więc za wiele nie mieliśmy czasu. Po batonie energetycznym do plecaka i w drogę.

Szlak jest podzielony na trzy sekcje. Pierwsza łatwa, lasem koło strumyka lekko do góry. Druga bardzo stroma, wpierw lasem a potem po skałach aż do schroniska Lakes of the Clouds. Trzecia na szczyt, powyżej górnej granicy lasów, średnie nachylenie, cały czas skalna ścieżka, nic trudnego przy dobrej pogodzie.

Mimo, że piątek to w miarę trochę ludzi szło. Mówiąc trochę to mam na myśli spotykanie ludzi co 10-15 minut w obu kierunkach. Część ludzi śpi w schronisku i rano się przemieszcza w inne rejony gór dlatego o tej rannej porze już schodzą. Słonecznie, jakieś +10C, idealnie na hike.

Po około godzinie, czyli gdzieś w rejonach 9 rano przeszliśmy strumyk i łatwa część szlaku dobiegła końca. Teraz zaczęły się schody. W dosłownym słowa tego znaczeniu.

Stromo do góry dobrze przygotowanym szlakiem. Nic trudnego tylko nogi trzeba było wyżej podnosić. Oczywiście prędkość nam spadła, ale dalej szliśmy zgodnie z planem.

Pomału zaczęliśmy wychodzić z lasu. Leśna ścieżka zmieniała się w chodzenie po skałkach, ale za to widoki były lepsze.

Dalej nic trudnego, ręce tylko czasami były potrzebne. Pamiętam jak kiedyś tutaj szedłem w mgle i podczas dużego wiatru. Ciężko było. Zwłaszcza w znajdywaniu szlaku. Dzisiaj w porównaniu do tamtych warunków to jak spacerek w parku.

Około 10:30 dotrwaliśmy do schroniska Lakes of the Clouds. Schronisko prawie puste o tej porze. Ci co w nim spali już wyszli w góry, a nowi jeszcze nie dotarli. Parę lat temu jak robiliśmy wiele szczytów to też tutaj spaliśmy. Fajnie położone wysoko w górach nad lasami. Super klimacik.

Nie mieliśmy za dużo czasu na odpoczynek w schronisku bo jubilat właśnie już wsiada do pociągu, a za 45 minut ma wysiąść na szczycie Mt. Washington.

Parę minut przed 11 wyszliśmy ze schroniska. Piszą, że idzie się gdzieś 1:15-1:30 na szczyt. Powiedziałem Ilonce, że jak będzie troszkę szybciej nóżkami przebierać do będziemy na czas.

Szło się super. Trochę słońce dokuczało, ale wiatr był intensywniejszy niż na dole i idealnie nas ochładzał.

Szczyt było widać już od schroniska, ale za bardzo nie chciał się przybliżać. Jednak w górach, zwłaszcza ponad lasami gdzie wszystko widać, są duże odległości.

Szczyt Mt Washington (6,288 stóp,1,917 metrów) osiągnęliśmy o 12:05. Idealnie na przywitanie jubilata i na dmuchanie świeczki. Sto lat, sto lat….!!!

Posiedzieliśmy na szczycie jakieś 30 minut, pogadali, odpoczęli i na szczęście udało nam się zdobyć bilet i wrócić na dół tym samym pociągiem co reszta ekipy. Nie musieliśmy schodzić, tylko wygodnie usiąść i w ciągu 45 minut zjechaliśmy na dół.

Po drodze przewodnik opowiadał nam lokalne ciekawostki a także jak to wszystko tutaj się zaczęło. Kolej zębata na szczyt Mt. Washington powstała w 1869 roku i była to pierwsza tego typu kolej zębata na świecie. Na początku kolej była napędzana parowozami. Aktualnie w użyciu są lokomotywy biodieselowe, ale też można się przejechać odresturowanym parowozem.

Wróciliśmy na kamping a tu zła wiadomość. Bardzo zła! Nie można palić ognisk bo jest susza!

Co?!?!?! Tak jakoś zareagowaliśmy.

Rozmawialiśmy z park ranger i niestety to prawda. Ponoć od dwóch miesięcy nie mają żadnych dużych opadów i wszystko wyschło. Ogniska sprawiają duże zagrożenie dla pożarów lasów i straż pożarna zabroniła ich palenia.

Było to tak zła wiadomość, że nie wiedzieliśmy co dalej robić. Zastanawialiśmy się jaką dobrą chwilę i wszyscy podjęliśmy decyzję, że kamping bez ogniska to nie kamping. Nic tu po nas.

Na kolejne dwie noce pojechaliśmy do hotelu. Koniec!

Read More
USA - Colorado Ilona USA - Colorado Ilona

2025.07.19 Keystone, CO (dzień 2)

Ten wyjazd mamy typowo górski. Cztery dni dwa szlaki. Wczoraj nam się nie udało nic wcisnąć a w poniedziałek też mamy coś do załatwienia w Denver więc niestety nie uda się 4 dni - 4 hiki ale i tak nie narzekamy. Darek znalazł piękne szlaki a w końcu liczy się jakoś a nie ilość.

Dzisiejszy szlak mieliśmy bliżej hotelu więc mogliśmy zacząć od śniadania hotelowego. Podobnie jak kolacja przywiązują tu wagę do świeżości i na szczęście nie było bufetu z wyleżałym jedzeniem i papierowymi jajkami tylko świeżo przygotowany omlet. Do tego sama jadania też całkiem przyjemna. Bardzo domowy klimat.

Zapowiadał się przepiękny dzień. Rano było troszkę chłodno ale na szlaku już szybko się rozbieraliśmy bo słoneczko wyszło i też w ruchu to człowiekowi ciepło. Na dziś mieliśmy szlak Lenawee który już kiedyś próbowaliśmy zrobić. Cztery lata temu niestety przeszkodził nam śnieg. Zasypał trasę i ciężko było iść jak non-stop człowiek się zapadał. Teraz jak patrzę na te zdjęcia to mam wrażenie, że chyba zgubiliśmy trasę.

Dziś śniegu nie spodziewaliśmy się, no może gdzieś w cieniu jakieś resztki zachowane. Na szczytach gór czasem widać z oddali śnieg ale po opisach ludzi wygląda, że nasz szlak jest dość popularny i wszystko zostało wydeptane i rozstopione. No tak, połowa lipca to chyba najwyższa pora, żeby już śnieg się roztopił.

Szlak jest bardzo popularny ale niestety przez rowerzystów. Na parkingu były tylko trzy inne samochody i dobrze bo parking mały więc jakby nam się nie udało zaparkować to musielibyśmy zostawić samochód niżej i mieć wtedy więcej do pokonania. Cały czas byliśmy wdzięczni za to miejsce parkingowe. Ale wracając do rowerzystów. Bardzo popularne jest robienie tej trasy rowerami. Wyjeżdżają rowerami używając tras narciarskich resortu A-Basin a potem zjeżdżają naszym szlakiem do Montezumy.

Ja tam nie wiem jak można po takich skałach jeździć rowerem ale pewnie dlatego ja nie jeżdżę tylko chodzę. Może spotkaliśmy około 10 rowerzystów. To jeszcze było dopuszczalne choć usuwanie im się ciągle z drogi było troszkę wkurzające, ale też była okazja żeby wyregulować oddech. Bo szlak może i łatwy to pod górę równo szedł.

Dobrze nam się szło. Wiedziałam, że dziś mamy wyjść na 12,500 ft (3,810 m). Koło 11-12 tys stóp wysokości spodziewałam się, że pewnie troszkę zwolnię ale zakładając, że szlak będzie stopniowo szedł do góry to nie przewidywałam większych trudności.

Trzeba po prostu znaleźć swoje tępo i równomiernie iść do góry krok za krokiem, metr za metrem. Zanim wyszliśmy z lasu zrobiliśmy sobie przerwę na czekoladę i orzeszka ale to w sumie była nasza jedyna przerwa przed szczytem.

Mniej więcej w połowie wysokości las się skończył i weszliśmy w kosodrzewinę. Wtedy pokazały się piękne widoki które dodatkowo motywowały, żeby iść dalej, wyżej. Bo przecież z każdym krokiem było piękniej.

Tak, tam gdzieś na przełęcz szliśmy. Na szczęście w górach wszystko zawsze wydaje się dalej i wyżej dopóki się nie wyjdzie. I nie pomyśli “oh wow… to ja tak daleko zaszłam?”.

Tu już trochę wiało ale nie jakoś mocno a wiaterek był nawet miły bo słońce troszkę przyświecało. Im bliżej przełęczy tym bardziej wiatr wygrywał, że słońcem i jak ludzie schodzili to widzieliśmy, że są trochę bardziej ubrani niż my.

Szlak szedł bokiem grani i był piękny widok na dolinę. Zakochałam się w tej dolince. Zdjęcia tego nie oddają ale ta przestrzeń, połączenie zieleni, białego śniegu gdzieś w oddali i czarnych/szarych skał to jest to coś co lubię najbardziej.

Tutaj też zaczęły się pojawiać zwierzątka. Spodziewaliśmy się kozic górskich ale niestety widzieliśmy tylko ich futro zwiewane przez wiatr i spadające na krzaki kosodrzewiny. Samej kozicy nie spotkaliśmy. Natomiast były świstaki. Pozytywne zaskoczenie bo jakoś bardziej mi się kojarzyły ze stanem Washington i Kalifornia a nie z Kolorado ale fajnie, że tu też są.

Na ten wyjazd nie brałam aparatu bo chciałam się skupić na wyjściu na szczyty a nie na dźwiganiu sprzętu więc zdjęcia świstaka nie mam ale i tak był daleko. To nie to co w Parku Narodowym North Cascades, gdzie świstaki latały nam między nogami.

Dokładnie w południe doszliśmy na przełęcz a co za tym idzie doszliśmy do granicy resortu narciarskiego. My wychodziliśmy od strony Montezumy gdzie można jechać na nartach tylko na dziko. Natomiast z drugiej strony jest cały resort A-Basin i wyciągami można wyjechać w to samo miejsce gdzie my doszliśmy. Teraz oczywiście nie ma nart ale za to trasy są używane przez wspomnianych rowerzystów i innych górołazów.

Wyjście na górę zajęło nam 3h. Całkiem dobry czas jak ludzi nie zaaklimatyzowanych na duże wysokości. Jutro wychodzimy wyżej więc zobaczymy jak nam pójdzie ale z dzisiejszego wyniku prędkości i samopoczucia byliśmy zadowoleni.

Na górze zrobiliśmy sobie większą przerwę na mini lunch, odpoczynek i zwykłe podziwianie gór. Bo przecież dla tych widoków człowiek się wspina, czyż nie?

Infrastruktura resortu jest zamknięta na sezon ale na szczęście ławeczki na tarasach zostawili więc mogliśmy sobie wygodnie usiąść. Kiedyś tu już byłam. Bardzo dawno temu, jakieś 13-14 lat temu. Wtedy w zimie wyjechałam wyciągiem do połowy i wychodziłam trasami narciarskimi. To były piękne czasy kiedy było mniej restrykcji i można było wszędzie chodzić bo było dużo mniej ludzi którzy to robili. Teraz na szlakach jest dużo więcej ludzi ale na szczęście nadal nie są to Tatry gdzie idą sznury ludzi.

Przerwa nam zeszła. Fajnie się siedziało i tylko jak słońce zachodziło za chmury robiło się chłodnawo. Pewnie było koło 10C (65F). Dla nas idealnie. Nie rozumiem dlaczego ludzie w lato lecą/jadą w rejony gdzie jest 35-40C jak tak może być pięknie, że w środku lata trzeba ubrać bluzę dresową.

Po około godzinnej przerwie ruszyliśmy na dół. Zejście na dół to sama przyjemność. Z górki na pazurki. Pierwsza część to fajna szeroka trasa z którą w miarę szybko się pokonuje bo nie ma żadnych skał, korzeni itp. Potem troszkę ich się pojawia ale ogólnie to cała trasa była bardzo dobrze przygotowana, no w końcu na rowerach tędy jeżdżą.

Schodząc w dół rowery było troszkę bardziej niebezpieczne bo się ich nie widziało ale na szczęście tylko dwa nas minęły. Było już koło 1-2 popołudniu to już rowerzyści zjechali. Oni mają szybsze tempo ale też pewnie wcześniej wyjechali, żeby zdążyć przed upałami. Bo im niżej się schodziło tym bardziej czuło się, że jest lato.

Im niżej się schodzi tym coraz więcej tlenu się dostaje więc i zastrzyk energii jest. Schodząc w dół nie robiliśmy przerwy. Jakoś tak dobrze się szło to po co się zatrzymywać. No chyba, że na minutę, żeby ostatni raz zapisać w pamięci te piękne widoki.

Wychodząc na górę mówiliśmy, że fajnie się będzie schodzić bo część szlaku jest w lesie to będzie chłodno. Nie wiem jak to się jednak stało ale schodząc w dół ten las wcale taki gęsty się nie okazał i jednak troszkę ciepło dawało się we znaki.

Około 14:30 zeszliśmy na parking. Czyli cały szlak zajął nam 5.5h. Całkiem nieźle jak na 2200 ft różnicy wzniesień i prawie 7 mil szlaku. Średnia wg. All Trails to 4h 15 min. My szliśmy 4h 30 min czyli wg. średniej. Może te częste przyloty do Kolorado jednak nam pomagają i wysokość jest nam coraz mniej straszna. Zobaczymy jutro na 14tys…

Póki co cieszyliśmy się z dzisiejszego dnia. O jutrze będziemy myśleć jutro. Piękny szlak dziś mieliśmy, cudowną pogodę i niesamowite widoki. Z parkingu do hotelu mieliśmy nie całe 15 min więc zapakowaliśmy się i dopiero nad jeziorkiem w hotelu ściągnęliśmy buty i przy piwku odpoczywaliśmy. Trochę ludzi się zeszło na apres… czyli drinka po godzinach. Wszyscy ładnie ubrani a my w zakurzonych spodniach po hiku. No cóż, my tu mieszkamy więc mamy swoje prawa. Ale grzecznie usunęliśmy się w bok i siedliśmy najbardziej w cieniu i najbardziej w lesie, żeby nie straszyć gości restauracji.

Po wczorajszej wtopie z winem stwierdziliśmy, że dziś zjemy w miasteczku Dillon. Jest ono bardzo blisko Keystone a ma więcej restauracji i sklepy. I tak musieliśmy jechać tam do sklepu bo jutro nie załapiemy się na śniadanie w hotelu. Musimy wyjechać z hotelu koło 6 rano a śniadania są dopiero od 6:30am. Tak więc pojechaliśmy do miasteczka po jakiś chleb i coś do chleba, żeby sobie zrobić kanapki w pokoju zanim uderzymy w góry.

Skoro już byliśmy w miasteczku to postanowiliśmy odwiedzić Browar Dam. Parę razy rzucił mi się w oko ale jakoś nigdy nie mieliśmy okazji tam zajechać. Piwo mają dość dobre ale jedzenie… typowe amerykańskie, barowe. Tanie, zapychające ale nie powalające. Niestety kanapka ze steak nie powaliła. Niestety pomimo, że rejon resortów w Kolorado staje się popularny to nad restauracjami muszą popracować. Już wiem czemu u nas w hotelu do restauracji zjeżdża tyle ludzi. Bo nie wiele mają tu konkurencji jeśli chodzi o dobre a nie barowe jedzenie.
Oczywiście po aktywnym dniu i z perspektywą, że jutro trzeba wstać koło 4-5 rano nie siedzieliśmy dziś długo. Nawet kominka nie odwiedziliśmy tylko grzecznie do pokoju, do spania bo na jutro potrzeba dużo sił.

Read More
Tanzania Darek Tanzania Darek

2025.05.28 Ol Doinyo Lengai, Lake Natron, TZ (dzień 10)

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy „troszkę” wcześniej niż zazwyczaj, bo już o 12:10 w nocy.

Bezlitosny budzik usilnie się wydzierał i pewnie pobudził wszystkie zwierzaki, bo jak szliśmy o 12:30 do samochodu to zebry tak dziwnie się na nas patrzyły.

A po co w ogóle wstajemy o tak nieludzkiej porze. A bo nam się hiku zachciało. Tak, wiem, hiku w tej upalnej i tropikalnej części Tanzanii? Niestety tak. Na Kilimanjaro czy Mt. Meru nie mamy czasu się wspinać na tej wyprawie (trzeb iść od paru dni do tygodnia), więc wybraliśmy inny ciekawy wulkan, Ol Doinyo Lengai. 2,962 metry.

Co to jest za wulkan? Ol Doinyo Lengai to po Masajsku „Góra Boga” i uważana jest za święte miejsce gdzie mieszka ich Bóg Enkai. Wulkan jest aktywny. Ostatni potężny wybuch był w 2007 i trwał parę miesięcy, aż do 2008 roku. Spowodował wiele szkód lokalnej ludności i zwierzynie. Trzy wioski musiały być ewakuowane. W 2024 roku też wybuchł ale na mniejszą skalę i nie spowodował większych szkód.

Czas wspinaczki zajmuje około 8-12 godzin i jest zaliczany do trudnych ze względu na bardzo strome podejście, śliskie skały, sypkie piargi i wysokie temperatury w ciągu dnia.

To dlaczego trzeba tak wcześnie w nocy wychodzić? Upał w ciągu dnia. Tutaj jest bardzo gorąco o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Ale o tym później.

O 12:30 w nocy zapakowaliśmy się do samochodu i wraz z naszym kierowcą/przewodnikiem ruszyliśmy w kierunku wulkanu Ol Doinyo Lengai. Po około 20 minutach przejeżdżając przez wioskę Masajską zabraliśmy dwóch Masajów i kontynuowaliśmy podróż do podnóża wulkanu.

Po co nam nam dwóch Masajów? Jeden to lokalny przewodnik, a drugi to gostek co będzie siedział w samochodzie i go pilnował. Ponoć nie powinno się zostawiać na odludziu samochodu, a zwłaszcza w nocy. Isaaya, nasz Masajski przewodnik powiedział, że zdarzają się napady ludzi z innego plemienia, które też zamieszkuje ten rejon.

Sama podróż samochodem była przygodą i trwała jakąś godzinę. Nie mam zdjęć, bo takie były wyboje, że ciężko było telefon utrzymać w ręce, a nie wspomnę już o nocnych zdjęciach. Tam po prostu nie ma drogi. Jedziesz w kierunku w którym Masaj ci mówi. Czasami się zdarzało, że dojeżdżaliśmy do krawędzi i dalej nie można było jechać. Musieliśmy troszkę wrócić i szukać innej drogi. Czasami jakaś zebra czy hiena przebiegła spłoszona samochodem. Takie klasyczne afrykańskie klimaciki w nocy.

O 1:45 zajechaliśmy na miejsce i zaparkowaliśmy samochód w wysokiej trawie. Ponoć czasami można jechać trochę dalej ale droga już jest na maxa nieprzejezdna po ostatniej porze deszczowej.

Na „parkingu” już stał jeden samochód i oczywiście Masaj w nim spał. Czyli jakaś jedna grupa idzie przed nami. Jak się później okazało tylko dwie grupy szły dzisiaj na szczyt. Za bardzo nie wiem na jakiej byliśmy wysokości, bo to zależy jak wysoko możesz (umiesz) wyjechać samochodem. Rozbieżność jest od 1,000 metrów do 1,300.

Ubraliśmy plecaki, zabraliśmy wody ile można i w pięć osób ruszyliśmy w afrykańską nieznaną nam ciemność. Zostawiliśmy Masaja w samochodzie, niech się bidulka wyśpi i pilnuje samochodu przed wrogimi plemionami.

Temperatura była gdzieś koło 15-18C, lekki wiatr i taka zupełna cisza. Nie było księżyca, więc jak wyłączyliśmy latarki to można było obserwować całą drogę mleczną i liczyć spadające gwiazdy.

Bajka, nie? Prawie. Po około 30 minutach weszliśmy w głębokie trawy. Gęste, wysokie i zarastające cały szlak. Do tego często kolczaste i zwikłane razem, co bardzo skutecznie utrudniało maszerowanie z kijkami.

No nic, trzeba iść. Przecież robimy to dla przyjemności, prawda? Po około dwóch godzinach doszliśmy do pierwszego dłuższego przystanku. Zrzuciliśmy plecaki, usiedliśmy jak Masaje na ziemi i w całkowitej ciemności coś tam przegryźliśmy.

20 minut niestety szybko zleciało i trzeba było zabierać się do roboty. Isaaya powiedział, że od teraz zacznie się już parogodzinna wspinaczka. Im wyżej tym stromiej. Tak też niestety było.

Ponoć są różne rodzaje wulkanów. Ten jest z lawą o niskiej temperaturze. Co to oznacza? Oznacza to, że jak lawa wypływa to ma niską temperaturę i szybko zastyga. Zastyga w wyższych partiach góry, co powoduje, że ściany wulkanu są strome. Tak też tu było, im wyżej tym stromiej. Oczywiście wysokie trawy dalej nam towarzyszyły, co nie ułatwiało wspinaczki.

Na stromych odcinkach część naszej grupy spowolniła. Przewodnik powiedział, że jest ok i że możemy iść wolniej. Zaczęliśmy robić częstsze i dłuższe przerwy. Niestety nasza prędkość znacznie się zmniejszyła i wschód słońca zastał nas na niskiej wysokości.

Isaaya mówił, że pomimo mniejszej prędkości nadal mamy dobre szanse żeby zdobyć szczyt. Jesteśmy gdzieś w 75-80% wysokości. I tu nagle Afryka pokazała swoje pazury. Czyli temperaturę.

Znacie powiedzenie od zera do setki w 3 sekundy? Tu było podobnie. Od 20C do 40C w parę minut. Masakra jak szybko temperatura wzrosła jak słońce tylko wyszło. Chyba nigdy takiej szybkiej zmiany temperatury nie doświadczyłem będąc w jednym miejscu.

Przewodnik powiedział, że do szczytu mamy jakąś godzinkę. To jeszcze jest do zrobienia. Ale godzinka na górę, tam pewnie z godzinka i żeby tu wrócić to kolejna godzinka. Plus jeszcze minimum trzy godzinki żeby zejść na dół. W sumie to pewnie około 6 godzin. Jest 6:30 rano. Nie wyobrażam sobie chodzić tutaj koło południa.

Postanowiliśmy zawrócić. Wiem, że szkoda, ale bezpieczeństwo najważniejsze. Mimo, że Isaaya chciał nas dalej prowadzić na górę i pokazać czerwoną lawę i cały piękny krater, to jednak wygrał rozsądek. Ol Doinyo Lengai tu jeszcze będzie (chyba, że nastąpi mega wybuch i się zapadnie jak Ngorongoro), a Tanzania nam się podoba i może tu kiedyś wrócimy i powtórzymy wspinaczkę. Znamy już przewodnika.

To był dobry wybór. Zejście w tych warunkach jest tak samo meczące jak wyjście. Stromo, ślisko i GORĄCO!

Rozdzieliliśmy się. Ja z Ilonką i Masajem poszliśmy szybciej. Chcieliśmy jak najszybciej dojść do samochodu póki nie będzie za gorąco.

Gdzieś tak godzinę do końca Isaaya powiedział, że tu już możemy iść sami, a on poczeka na resztę grupy. Dał nam wskazówki jak się zachować jak spotkamy większe kotki i żeby iść prosto do samochodu. Tam już ma czekać na nas wyspany drugi Masaj.

Isaaya też powiedział, żeby hienami się nie przejmować, bo one raczej boją się człowieka i nie będą podchodzić. Jak spotkamy geparda to trzeba znaleźć dwa kamienie i uderzać nimi o siebie. Ten dźwięk powinien wypłoszyć kotka. Powinno się też nie uciekać ani nie robić żadnych szybkich ruchów. Mamy już doświadczenie z gepardami po Serengeti to już „wszystko” wiedzieliśmy.

Natomiast jak spotkamy lwa to już trochę inna bajka. Żadne kamyczki nie pomogą. Trzeba iść prosto, nie zważać na niego i się modlić. Może się uda……

Pocieszył nas, że nie ma tutaj lwów. Masaje wszystkie lwy wybili. Chyba, że jakiś lew się zapląta i tutaj dojdzie z parków, ale szanse są znikome.

Żeby Masaj stał się wojownikiem musi zabić lwa. Z racji tego, że nie ma tutaj lwów (wszystkie wybili) musi iść do pobliskiego parku czyli do Serengeti. Idzie się gdzieś 3 dni. Niestety niektórzy z tej wyprawy już nie wracają, albo wracają bez nogi czy ręki. Takie to już mają problemy lokalne plemiona….

Było gorąco. Bardzo gorąco! Żadnego cienia, żadnego drzewa. Drzewa czasami się pojawiały ale niestety kilkanaście metrów od ścieżki. Ponoć nie wolno schodzić ze ścieżki bo w tych wysokich trawach mieszkają różne paskudztwa i na pewno nie chcesz być przez nich ugryziony lub ukąszony.

Pojawiło się raz drzewo. Ucieszeni aż prawie podbiegliśmy do niego. Niestety jak tylko na sekundę stanęliśmy w cieniu to nagle tyle się naleciało jakiegoś paskudztwa, że szybko musieliśmy stamtąd uciekać.

Około 10 rano pojawiły się samochody! Ucieszeni na maxa pierwsze co zrobiliśmy to dopadliśmy się do lodówki sprawdzić ile mamy zimnego piwka. Były tylko dwa, akurat dla nas! Śpiący Masaj też chciał piwo, ale niestety zabrakło. Dostał Perrier. Wyglądało podobnie jak piwo, więc się ucieszył, myślał pewnie że to piwo. Niestety po paru łykach się chyba skapnął, że to nie piwo, bo coś po lokalnemu marudził. Powiedzieliśmy mu, że nie mamy więcej. Nie wiem czy uwierzył…

Gdzieś za pół godziny dotarła reszta ekipy i tą samą wyboistą „drogą” ruszyliśmy w kierunku naszego hotelu.

Po drodze w wiosce Engare Sero wysadziliśmy Masajów i za kolejne 20 minut byliśmy na miejscu. W trybie natychmiastowym wpadliśmy do baru i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia dobrze schłodzonym lokalnym trunkiem o nazwie Kilimanjaro.

Na popołudnie, jak już będzie chłodniej, mieliśmy zaplanowaną kolejną wycieczkę. Było parę godzin czasu, więc udaliśmy się do naszych domków i na tarasie w cieniu obserwowaliśmy nasz wulkan, którego niestety nie zdobyliśmy. A było tak blisko. No nic, wulkan na pewno na nas poczeka, Masaje też. Im się nigdzie nie spieszy.

Niestety nieprzespana noc i potężne zmęczenie wygrało i padliśmy do łóżka na popołudniową drzemkę. Drzemka to może za dużo powiedziane bo przy 35C jest to raczej niemożliwe. Ale odprężenie dla kręgosłupa się na maxa przydało. Uważny czytelnik z poprzedniego wpisu powie, że przecież macie klimatyzowane pomieszczenie. Zgadza się, klima jest i nawet działa i ma pilota. Jednak schłodzenie nagrzanego domku w tropikalnym klimacie gdzie połowa okien nie ma szyb tylko siatki, nie ma sufitu, tylko jest słomiany dach i gdzie między ścianami a dachem nic nie ma jest niemożliwe. Przynajmniej w ciągu dnia. Schładzanie się w świetlicy przynosi znacznie lepsze rezultaty.

Około godziny 16 przyjechał nasz Masaj Isaaya na motorze. Tak, na motorze! Powiedział, że jedziemy na wycieczkę oglądać flamingi. Mówił, że tutaj w okolicy jest parę (kilkaset) flamingów, ale jak chcemy zobaczyć ich tysiące to musimy troszkę dalej podjechać. Tam gdzie flamingi się rozmnażają.

Na szczęście nie musieliśmy jechać jego motorem. Nasz przewodnik Kim odpalił swój terenowy samochód i zabrał nas wszystkich na wycieczkę. Oboje powiedzieli, że to jest blisko, jakieś 20 minut. Godzinę później dalej siedzieliśmy w samochodzie próbując dostać się na to odludne miejsce na wybrzeżu jeziora Natron. Oczywiście nikogo tam nie było. Ponoć w Tanzanii wszędzie można dojechać w 20 minut. Nawet jak coś jest oddalone godziny. Tam nie mają poczucia czasu. Jak będę to będę. Pole, pole…..

Pytam się Isaaya dlaczego tu nikogo nie ma. On na to, że nie jest tutaj łatwo dojechać. Droga jest okropna i niewiele przewodników tutaj jedzie. Albo nie mają umiejętności albo samochodu który pokona tę „drogę”. Zgadza się, dojazd tutaj nie był łatwy. Na szczęście Kim posiada umiejętności, doświadczenie i sprzęt do poruszaniu się po ciekawszych terenach Afryki.

Po drodze można było podglądać życie Masajów z dala od ubitych szlaków. Oni cały czas spędzają na zewnątrz. Wykonując wszystkie czynności. Przygotowują posiłki, piorą brudy, kąpią się, odpoczywają….

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wprawdzie „droga” idzie dalej, aż do Kenii. Gdzieś za 30km jest granica. Oczywiście nie wybieraliśmy się tam, ale można tędy do Kenii wjechać. Oczywiście potrzebujesz paszport, wizę i dobry samochód. Chyba, że jesteś Masajem. Oni mogą tam wędrować bez dokumentów i wypasać swoje krowy gdzie im się podoba. Albo inaczej, gdzie jest zielona trawa.

Nie mogliśmy podjechać pod same jezioro bo jest to podmokły teren i nasz ciężki samochód mógłby ugrzęznąć. Niecałe 10 minut spacerkiem i już byliśmy przy jeziorze Natron. Ale tu jest ogromna ilość flamingów.

To jezior jest słynnym skupiskiem flamingów. Wysokie zasolenie jeziora odstrasza drapieżniki, tworząc bezpieczne miejsce do rozmnażania dla tych ptaków. Spokojnie mogą składać jaja wiedząc, że drapieżniki ich nie będą wykradać. Przez wiele lat flamingi się przystosowały do tych ekstremalnych warunków i mają tu święty spokój. Słona i alkaliczna woda jeziora jest bogata w minerały i glony, które stanowią idealne pożywienie dla flamingów.

Pochodziliśmy tam z jakieś 30 minut, porobili zdjęcia, posłuchali Isaaya, policzyli ptaki (wyszło nam jakieś 2,5 miliona) i wróciliśmy do samochodu. Wiedzieliśmy, że jeszcze mamy jakieś 20 minut (czyli godzinkę) „drogi” do naszego hotelu, a nie chcieliśmy jechać po nocy.

Niestety dzisiaj jest nasza ostatnia noc nad jeziorem Natron, więc prosto po powrocie udaliśmy się do baru/jadalni żeby odpocząć i pogadać. I tak wkrótce podawali obiad, więc nie było sensu się rozchodzić. A zresztą pomału kończą nam się wakacje w tym pięknym kraju a mamy jeszcze setki tysięcy na przepicie…….

W związku z tym, że jest to ostatni wieczór który wspólnie spędzamy z Kimem, to po kolacji wypiliśmy parę piwek i wciągnęliśmy się w rozmowy. Im więcej napojów tym ciekawsze tematy. Przewodnik nam trochę opowiadał o życiu przeciętnych Tanzańczyków, a my mu trochę o Europie i Stanach. Nigdy nie był nigdzie poza Afryką, więc był żądny wiedzy. Porównania trzech kontynentów było dosyć interesujące. Jutro w końcu nie musimy rano wcześnie wstawać, więc nam trochę zeszło na tych porównaniach.

Na koniec jeszcze usiadłem sobie na naszym tarasie przed domkiem i wsłuchiwałem się w odgłosy afrykańskiej nocy. Ciekawie tak było słuchać nieznane mi dźwięki zwierzyny. Wystraszyły mnie pobliskie szczekania. Wiedząc, że to na pewno nie są psy myślałem, że to hieny, więc szybko schowałem się do środka, gdzie już dzika zwierzyna w posctaci jaszczurek czekała na mnie. Jak się następnego dnia okazało to były zebry. Ponoć one też potrafią szczekać jak psy. Ach ci niedoświadczeni turyści ze świata zachodniego.

W sumie to już byliśmy ponad 24 godziny na nogach, więc zmęczenie zaczęło nas łapać. Jutro znowu długa droga wybojami aż pod same Kilimanjaro. Chiny budują drogi w Afryce. Ale za wolno im to idzie.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2024.10.27 Vail, CO (dzień 3)

Jak dzisiaj rano Ilonka się dowiedziała gdzie idziemy to powiedziała: “chyba cię po……! Po ciężkim dniu wczoraj ja mam znowu wyjść na ponad 12,500 stóp (prawie 4,000 metrów!)?”

Zacząłem tłumaczyć, że jest ładna pogoda, piękne widoki na szlaku, jeszcze nie ma dużo śniegu… itd. Pomogło. Postanowiliśmy iść dokąd damy radę i ewentualnie zawrócić jak sił albo czasu braknie. Dzisiaj jeszcze musimy wrócić do Denver i oddać samochód.

Z tym czasem na takich szlakach to trzeba uważać, one nie mają końca. Mamy zamiar iść długodystansowym szlakiem o nazwie Continental Divide, który się ciągnie od Meksyku do Kanady. Jest bardzo trudny i trzeba iść miesiącami. Niestety nie planujemy go dzisiaj przejść w całości, tylko jego malutką część.

W stanie Kolorado w dużej części pokrywa się on z The Colorado Trail. Kolejny paro-tygodniowy długodystansowy szlak. I właśnie jeden z jego segmentów panujemy dzisiaj zrobić. Dość tego gadania, do roboty!

W ciągu 20 minut bardzo krajobrazową drogą przez przełęcz Vail zajechaliśmy na wielki, ale jeszcze przed sezonem pusty parking w resorcie Copper. Planujemy wyruszyć stąd na wschód, czyli na szczyty resortu Breckenridge.

Oba narciarskie resorty są mi bardzo dobrze znane. Należą do ścisłej czołówki najlepszych resortów w Stanach. Wiele dni w każdym z nich spędziłem. Zawsze się zastanawiałem dlaczego ich nie połączą jakąś szybką gondolą żeby zrobić mega wielki resort jak w Alpach. Odpowiedź jest prosta - inni właściciele. Breckenridge należy do Vail a Copper nawet nie wiem do kogo. Na pewno Vail ma chrapkę na Copper, ale pewnie Copper nie chce być sprzedany, albo urząd antymonopolowy trzyma na tym rękę i mówi nie.

Pogoda jak zwykle piękna z idealną temperaturą na hike. Przynajmniej na dole. Jest to jeden z głównych szlaków w Kolorado, więc spodziewaliśmy się dobrze przygotowanej trasy i taka też była. Pierwszą część można nawet jeździć na rowerze, jak ktoś ma siłę pedałować do góry. Jest zakaz elektryków.

Szeroką ścieżką pomału posuwaliśmy się do góry delikatnie trawersując zbocze góry.

Szliśmy lasem, więc za wiele ciekawych widoków nie mieliśmy. Czasami tylko pojawiała się jakaś po lawinowa przecinka w lesie na szerokość kilkudziesięciu metrów, przez którą można było obserwować zmieniający się teren.

Pewnie dlatego nie ma tutaj tras narciarskich bo występuje wiele lawin w tym rejonie. Chociaż w zimie często widzę tutaj ślady odważnych (albo głupich) narciarzy. Wyjeżdżają wyciągami z drugiej strony, z resortu Breckenridge i tutaj, poza trasami zjeżdżają w dół.

Im wyżej tym więcej śniegu i mniej drzew. Gdzieś tak w połowie stoku doszliśmy do rozgałęzienia szlaków. Nasz, główny szlak (Colorado trail) robi ostrą serpentynę i znacznie stromiej zaczyna się wspinać do góry. Prosto dalej można iść dalej w głąb gór.

Od tego miejsca łatwy spacerek w lesie właśnie się zakończył. Szlak szedł znacznie stromiej do góry, śniegu przybywało i wiatr stawał się coraz to bardziej odczuwalny. Plusem było to, że powili wychodziliśmy z lasu, a co za tym idzie, widoki stawały się coraz to ciekawsze.

Zwłaszcza widoki na resort narciarski Copper, który to ładnie się odsłaniał z całymi tylnymi górami. W końcu mogłem Ilonce pokazać gdzie z reguły jeżdżę na nartach jak jestem w tym resorcie. Z dołu tego nie widać. Trzeba wyjść na przeciwległe stoki.

Dopiero teraz Ilonka widziała i zrozumiała, że czasami żeby wrócić do głównej części resortu i spotkać się z nią na piwko potrzebuje z godzinę. Nie jest tak łatwo wydostać się z tych wielkich dolin, ale jest tam dziko, pusto i pięknie!

Od granicy lasów do przełęczy myślę, że szliśmy gdzieś z 1.5h. Ciągle zatrzymując się podziwiając widoki i czasami jakieś zdjęcie robić. Im wyżej tym wiatr coraz to skuteczniej utrudniał nam wędrówkę. Czasami trzeba było się obracać od wiatru żeby wyrównać oddech.

Tutaj spotkaliśmy trochę ludzi. Jakieś 4-5 małych grup. Czyli sporo jak na Kolorado. Większość szła w przeciwnym do nas kierunku. Szli z miasteczka Breckenridge górami do resortu Copper. Potem musieli mieć jakiś transport z powrotem do Breckenridge. Albo drugi samochód, albo autobus. Chociaż nie wiem jak autobusy tutaj jeżdżą poza sezonem.

Lokalni mówili, że mamy szczęście do pogody. Ten potężny wiatr jest na zmianę pogody. Idzie wielki śnieżny sztorm. Od jutra ma ostro sypać na wysokościach. Super informacja dla narciarzy, niekoniecznie dobra dla górołazów.

Na przełęcz wyszliśmy około godziny 14. Ale tu wiało!

Pocieszeniem były widoki na drugą stronę, na resort Breckenridge i otaczające go góry. Znowu mogłem Ilonce pokazywać którędy można ciekawie zjechać ze szczytów Breckenridge.

Na grani bardzo wiało, ale jak tylko się zeszło parę kroków w dół z drugiej strony to już było super. Można było zrobić mały odpoczynek i podziwiać widoki.

Ja się ma dwa samochody, albo zna się rozkład autobusów to można iść dalej, do wioski narciarskiej Breckenridge. Potem wrócić samochodem do Copper. Można też wziąć taxi/uber z Breckenridge. Niestety nie znamy tego odcinka szlaku i nie wiemy jak długo by nam zajęło zejście. A musimy jeszcze dzisiaj wieczorem oddać samochód na lotnisku w Denver.

Zaczęliśmy pomału wracać tym samym szlakiem co wychodziliśmy. W sumie idziesz tą samą trasą ale masz zupełnie inne widoki bo jesteś obrócony o 180 stopni. Prawie tak jakbyś był w innych górach.

Łatwy szlak to prawie się zbiegało. Tylko na zaśnieżonych odcinkach trzeba było trochę zwalniać.

Nogi same pędziły na dół, bo wiedziały, że im niżej tym mniej wieje i jest więcej tlenu.

Gdzieś koło 15:30 weszliśmy w las i jakąś godzinkę później byliśmy już na parkingu. Kolejny piękny hike!

Ilonka prawie nie wierzyła, że udało nam się go zrobić. Teraz się cieszyła, ze wspaniałego dnia, ale dzisiaj rano miała bardzie sceptyczne podejście do tego „spacerku”.

Godzinkę później byliśmy już w Denver, a za kolejne 30 minut na lotnisku. Samochód udało nam się oddać o czasie. Niestety o tej porze już nic nie lata do Nowego Yorku, więc wzięliśmy pociąg z powrotem do Denver i poszliśmy prosto do fajnego browaru Wynkoop. Ilonka bardzo chciała mnie wziąć do My Brother’s Bar. Najstarszego baru w Denver który nadal ma zachowany stary styl. Niestety wracając pociagiem okazało się, że My Brother's Bar jest zamknięty w niedziele i wylądowaliśmy w bardzo fajnym browarze Wynkoop.

W końcu można było usiąść, odpocząć, zjeść jakiś konkretny posiłek i uzupełnić płyny i powspominać. Kolejny wspaniały hike w tym raju dla górołazów. Chyba już ostatni w tym sezonie. Nadciągają śnieżne chmury, a to się wiąże z wielkimi opadami białego skarbu. Nie ma się co martwić, trzeba zmienić buty na mniej wygodne, przypiąć do nich jakieś deski i znowu wrócić na przełęcz. Tym razem znacznie szybciej…

W poniedziałek pracowaliśmy z hotelu ale przed samym samolotem udało nam się z walizką podejść do My Brother's Bar i mogłem spróbować i ich hamburgerów które są dobre ale podanie ich jest unikatowe.

Read More
USA - Colorado Darek USA - Colorado Darek

2024.10.26 Vail, CO (dzień 2)

Planując ten wyjazd do Kolorado nastawialiśmy się na intensywne górołazowanie. Codziennie chcemy iść na jakiś duży hike. Nart jeszcze nie ma bo za mało śniegu spadło, więc idealny czas żeby przewietrzyć głowę na wyżynach stanu Kolorado.

Wprawdzie wyżej w górach już trochę śniegu spadło ale dalej za mało, żeby skutecznie utrudniać wspinaczkę. Dalej można spokojnie wychodzić na 12 tysięcy stóp (3,500m) lub wyżej i to bez raków czy rakiet.

Październik jest świetnym miesiącem na zwiedzanie górzystych części stanu Kolorado. Nie za gorąco, jeszcze w miarę długi dzień, nie ma latającego paskudztwa, i śniegu mało. Ilość ludzi tutaj jest zawsze mała, więc to akurat nie ma znaczenia lato czy jesień. Wiosna też by była fajna, ale niestety paro-metrowa warstwa śniegu utrzymuje się tutaj spokojnie do maja lub czerwca.

Po wczorajszym hiku nogi za bardzo dzisiaj nie chciały chodzić. Zwłaszcza jak się dowiedziały, że dzisiaj jest największy hike na tym wyjeździe. Planujemy dotrzeć do jeziora Pitkin, które znajduje się w rejonie resortu Vail. Dokładnie na jego przeciwległych stokach.

Dzień jeszcze jest w miarę długi, więc na hike wyszliśmy dopiero o 10 rano. Po pierwsze już nie ma upałów, więc nie trzeba unikać wspinaczki w środku dnia, a także o tej porze roku nie ma już większego problemu z parkowaniem samochodu na początku szlaku. Co prawda mieliśmy wyjść jakąś godzinę wcześniej, ale niestety w nocy mieliśmy emergency które nam zabrało dwie godziny snu. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło i o 10 rano wyruszyliśmy.

Większość hików w rejonie Vail zaczyna się zaraz koło autostrady 70, więc gdzieś przez pierwsze 30 minut słychać jej odgłosy. Na szczęście odgłosy nie są aż takie męczące i trochę też tłumione przez las. Ciężarówki mają zakaz hamowania silnikiem w rejonie Vail co też zmniejsza decybele. A w sumie to my mieszkamy w NYC gdzie tam zawsze jest głośno i już do tego jesteśmy przyzwyczajeni.

Początek trasy jest dość stromy. Trzeba wyjść z dna doliny. Przyjemnie zygzakami przez brzozowy las w promieniach słońca szybko nabieraliśmy wysokości.

Szybko też brzozy zamieniliśmy na drzewa iglaste i dalej nabieraliśmy wysokości. Śnieg zaczął się pojawiać. Na początku tylko na zacienionych odcinkach a w miarę nabierania wysokości częściej i więcej. Dalej w ilościach na tyle małych, że raczki które mieliśmy w plecaku nie musieliśmy ubierać.

Gdzieś tak po godzinie z hakiem dolina zaczęła się rozszerzać i las zaczął ustępować polanom.

Była taka super cisza. Bezwietrzna pogoda i praktycznie żadnych innych ludzi. W tych rejonach ponoć występuje spora ilość zwierzyny. Szliśmy, nasłuchiwaliśmy, rozglądaliśmy się uważnie ale poza wiewiórkami i chipmunkami to nic innego nie biegało.

Można tu spotkać znacznie większe ssaki. Mieszkają tu niedźwiedzie, pumy, kozice górskie, łosie, jelenie, lisy… Internauci często wystawiają zdjęcia z napotkanych zwierzaków. Wczoraj tu ponoć przechodziła niedźwiedzica z dwoma małymi.

A może to i dobrze, że nie spotkaliśmy lokalnych mieszkańców… Ilonka nie miała gazu pieprzowego przy sobie.

Szlak to Pitkin Lake nie jest trudny, ani też techniczny. Ma parę stromszych odcinków ale łatwych do pokonania. Mimo wszystko, każde stromsze podejście na wysokości powyżej 10,000 stóp (3,000 metrów) wymaga troszkę energii i tlenu. Niestety nie mieszkamy jeszcze w górach, więc z tym tlenem nie jest tak łatwo, ale nie jest źle. Organizm pamięta wysokości i im częściej się przekracza 10,000 stóp tym łatwiej.

Jezioro Pitkin znajduje się na 11,400 stóp (3,500 metrów). Lasy w stanie Kolorado dochodzą gdzieś do 11,000 stóp (3,350m.). Wiadomo, że tak gdzieś od 10,000 stóp stają się rzadsze i mniej gęste. Ostatnią godzinkę hiku szliśmy polanami, skałami i często w śniegu.

Mimo, że śnieg był zmrożony czyli nie było za ciepło to jednak pustynne słońce i wysokość robi swoje. Szliśmy tylko w podkoszulkach z długim rękawem (żeby słońce nas za bardzo nie spaliło) i było nam ciepło. W sumie stan Colorado leży na podobnych równoleżnikach co Afryka północna, a tam słońce ostro grzeje.

Około godziny 14 dotarliśmy nad jezioro. Oczywiście nie było nikogo, dopiero później doszło parę osób.

Mimo niskich temperatur w nocy jezioro nie było zamarznięte, ani nie pływały na nim żadne lody. Pewnie jakieś ciepłe podziemne wody do niego muszą wpływać.

Natomiast zimny wiatr od niego wiał i szybciutko musieliśmy się cieplej ubrać.

Ogólnie nas trochę ten hike zmęczył i taka 30-to minutowa przerwa była wskazana. Coś przegryź, pooglądać otaczające nas góry i wypatrywać jakiś większych zwierzaków.

Pół godziny minęło, żadne większe zwierzaki nie przyszły (poza psem który chciał się wykąpać w lodowatej wodzie jeziora, chyba się zmęczył tym czterogodzinnym spacerkiem), więc postanowiliśmy wracać na dół.

Łatwy szlak, więc w szybkim tempie można było się poruszać. W wyższych partiach jeszcze było trochę śniegu, więc trzeba było uważać żeby zająca nie złapać.

Jak tylko odeszliśmy trochę od jeziora i zbiliśmy wysokość od razu zrobiło się ciepło i bluzy nie były już do niczego nam potrzebne. Niestety żadnych zwierzaków dalej nie spotkaliśmy.

Około 16:30 ponownie weszliśmy w las Brzozowy i pomału zaczęły do nas dochodzić odgłosy autostrady.

Pół godziny później zadowoleni byliśmy już przy samochodzie. Piękny dzień z idealną pogodą i wspaniały hike w okolicach Vail. Siedmio-godzinny spacer wysprzątał nam głowę z głupich i niepotrzebnych myśli.

Samochodem w 10 minut zajechaliśmy do naszego mieszkanka i prosto udaliśmy się na balkon gdzie w promieniach zachodzącego słońca można było się ochłodzić i obserwować jak Vail przygotowuje się do sezonu narciarskiego który pewnie zacznie się już niebawem.

Fajnie się siedziało i odpoczywało na balkonie, ale głód zaczął nam doskwierać na maxa. Wczoraj w Bully Ranch było ok jedzenie, nic specjalnego. Dzisiaj postanowiliśmy iść do Mountain Standard. Ciekawa restauracja nad rzeczką w centrum Vail. W sezonie raczej nie ma szans tutaj się dostać. Dobrze, że jeszcze stoki są zamknięte i jest znacznie mniej ludzi.

Knajpa była dość pełna, ale nawet udało nam się znaleźć miejsce przy barze. Lubimy siadać przy barze. Zawsze jest lepsza interakcja z obsługą i można się jakiś ciekawych lokalnych newsów dowiedzieć.

Był to bardzo dobry wybór. Nie dość, że mają bardzo dużo lanych piw to jeszcze zamówiłem golonkę którą „dało się zjeść.” Ładnie podana , smaczna i rozpływała się w ustach. Czego więcej trzeba na zakończenie dnia.

Dzisiaj też za długo nie siedzieliśmy w barze. Zmęczenie zaczęło się pojawiać a na jutro też oczywiście zaplanowałem ciekawy spacerek. Chcemy przejść z jednego do drugiego resortu. Górami oczywiście….

Read More