2026.03.08 Zermatt, CH (dzień 8)
Nie wiem jak to ogarnialiśmy, ale w ostatni dzień pobytu w Zermatt mieliśmy zarezerwowany powrotny pociąg do Zurich koło południa. A samolot do domu następnego dnia rano. Przecież to w ogóle nie ma sensu. Oboje uśmialiśmy się z tej niepoważnej decyzji i szybko naprawiliśmy błędy. Pociąg jeździ co dwie godziny i rezerwacje łatwo można było zmienić.
Jest niedziela, piękna słoneczna pogoda, brak wiatru, cieplutko…. co by tu robić w resorcie narciarskim. Jak już zapewne wiecie, ja w sumie to na nartach za bardzo nie lubię jeździć, więc mimo wszystko, że jeszcze mam ważny bilet na wyciągi to spakowałem narty to wora i poszedłem na spacer.
Dzisiaj Ilonka powiedziała, że mnie zabiera na wycieczkę. Chce mi pokazać jej ulubiony rejon w masywie góry Rothorn. Jak prawdziwy europejczyk, zrobiła rezerwację na lunch w jej ulubionej restauracji Findlerhof na zboczach góry Sunnegga. Pokazała gdzie szlak się zaczyna i ruszyliśmy.
W Zermatt jest bardzo dużo szlaków. Dobrze, że mają je dosyć rzetelnie opisane to trudno jest pobłądzić. Po drugie dużo ludzi tu chodzi, więc nawet jak szlak jest zasypany śniegiem to raczej będzie już przetarty. Nie sypało już od tygodnia, więc w niższych partiach nie ma śniegu na szlakach.
Najtrudniej jest wyjść z Zermatt. Trzeba tymi wąskimi uliczkami trochę się nachodzić i naszukać zanim się dojdzie do obrzeży miasteczka. Potem już leci. Ilonka ma już szlaki w miasteczku opanowane do perfekcji, wiec nie sprawiło jej to żadnego problemu. Ja to w miasteczku znam tylko szlaki do wodopojów.
Nie przypuszczałem, że na tym wyjeździe pójdę na hike to nie zabrałem ze sobą żadnych lepszych butów ani tym bardziej raczków. Zwykłe niskie sportowe buty spokojnie wystarczają na chodzenie po miasteczku. Ilonka powiedziała, że dam radę. Nie ma dużo śniegu, a szlaki są super przygotowane. Tak też było.
Miała racje. Trasa była super. W dolnej części bez śniegu. Wyżej w zacienionych odcinkach był śnieg/lód ale szwajcarzy opanowali to do perfekcji. Wszystkie zimowe hiki są posypane trocinami z drzew. Nie jakimś piachem czy solą, wapniem ani podobnym g….. idealnie drewniane wióra wtapiają się w lód i nawet w zwykłych butach bez raczków się nie ślizgasz. Drzewo jest przyjazne dla środowiska, nie zanieczyszcza gleby i nie niszczy łapek zwierząt. Chce się, da się!
Jak tylko wyszliśmy z lasów to odrazu mocne słońce nas przywitało. Aż się nie chciało iść dalej. Człowiek by usiadł na ławeczce i tak sobie by posiedział.
Ilonka powiedziała, że dalej są lepsze widoki i zimne piwko. Nie musiała mnie długo przekonywać, ruszyliśmy dalej. Doszliśmy w rejony tras narciarskich Sunnegga.
Tutaj czasami trzeba było przecinać trasy narciarskie. Takie dziwne uczucie być na trasach narciarskich w jeansach, tenisówkach i bluzie, gdzie obok narciarze wyubierani jak by zima była.
Poszliśmy dalej aż do 5-Seenweg. Mała wioseczka z paroma domami i dwiema restauracjami. Mimo, że knajpka pięknie wyglądała i ma wspaniałe widoki to nie wstępowaliśmy na ochłodę, bo mieliśmy rezerwację w Ilonki ulubionej restauracji.
Co mnie zaciekawiło w tej wiosce to domki. Ciekawe, stare, stylowe. Parę z nich odnowili w środku i można wynajmować. Fajnie musi tak się mieszkać wysoko w górach z dala od ludzi, cywilizacji. Pewnie wieczorami jak już wszyscy stąd odejdą czy zjadą na dół na nartach to musi być pięknie. Grill na tarasie - odlot. Tylko co tu robić po paru dniach? Chyba nudno tak. Najgorzej ma narciarz jak zjedzie do Zermatt i mu wyciągi zamkną. Oj daleko do domu, daleko….
Zeszliśmy troszkę w dół do wioski i dokładnie w południe zameldowaliśmy się w Findlerhof
Finderholf jest to knajpka koło szlaku a nie tras narciarskich. Dalej oczywiście lokalni albo wtajemniczeni narciarze tutaj przychodzą, ale spora część górołazów tutaj też się posila. Ilonka załatwiła stolik na najwyższym poziomie z cudownym widokiem. Widać, że po tygodniu chodzenia tutaj już ją znają i traktują jak lokalną. Aż strach pomysleć co będzie jak kiedyś tu przyjedziemy na sezon. Pewnie dostaniemy kuszę i będziemy mogli sobie jakieś jagnię upolować na obiad.
Nawet najgorsze jedzenie pewnie smakuje wyśmienicie z takimi widokami i przy takiej pogodzie. Problem w tym, że oni w tych górskich knajpkach nie mają byle jakiego jedzenia. Wszystkie jest świeże i pyszne. Takie domowej roboty.
Na początek na uzupełnienie płynów poleciał lokalny browarek i oczywiście nie mogło się obyć bez Aperol Spritz.
Menu nie mają jakieś ogromne, głównie to mięska z lokalnych pastwisk. Wszystko jest pyszne, więc zawsze jest problem co tu wybrać. Ja wziąłem jagnięcinę a Ilonka żeberka ze świnki. Tym sposobem można się podzielić i spróbować obu potraw. Oczywiście taka uczta nie może się odbyć bez wina. Szwajcaria nie słynie z najlepszych win na tej planecie, ale coraz lepiej im to wychodzi i jakoś ich win się podnosi. Wzięliśmy Merlot z sąsiedniej doliny i powiem Wam, że spasowało.
Szkoda, że czas w takich miejscach stanowczo za szybko leci. Dwie godziny to jest stanowczo za mało na taką biesiadę. Mieliśmy w sumie jeszcze czas, ale musieliśmy już opuścić stolik. Spora kolejka już się robiła na zewnątrz wygłodniałych i spragnionych narciarzy.
W sumie to dobry pomysł robić rezerwacje na godzinę 14 a nie na 12. Pewnie już nie trzeba opuszczać stolika po dwóch godzinach i można siedzieć dłużej. Spokojnie jasno i ciepło jest tak do godziny 17 albo i dłużej na wiosnę.
W lato ponoć jest tu gorąco w ciągu dnia. Ciężko jest wysiedzieć tak w słońcu i piwko się za szybko grzeje. Mamy plany odwiedzić Alpy w to lato to zdamy relację.
Po tak idealnym szlaku to prawie „zbiegaliśmy” w dół. Idealnie się szło zwłaszcza, że cały czas przed oczami mieliśmy wspaniały Matterhorn, który górował nad całą doliną.
Trzeba było tylko uważać na pociągi po drodze i już byliśmy w miasteczku.
Mieliśmy jeszcze chwilę czasu do naszego pociągu, więc w końcu mogliśmy usiąść na hotelowym tarasie, obserwować góry, narciarzy wracających z nich i pożegnać się z naszą hotelową barmanką. Był to wspaniały tydzień w przepięknym raju. Oczywiście obiecaliśmy powrót.
Jak wracaliśmy pociągiem to już było ciemno, więc większość czasu smacznie przespaliśmy. Ogólnie byliśmy zmęczeni. Raj mimo że piękny to jednak intensywny i męczący. Trzeba po nim dobrze wypocząć i przygotować się na następny wypad.