2026.03.01-07 Zermatt, CH (narty podsumowanie)

Zermatt jest to potężny resort narciarki położony w południowej Szwajcarii na granicy z Włochami. Posiada dziesiątki wyciągów, setki kilometrów tras i praktycznie niezliczone obszary poza trasami po których oczywiście powinno się jeździć. Oczywiście wioska narciarska też jest niczego sobie z wieloma restauracjami, barami i atrakcjami turystycznymi.

Można wyróżnić trzy główne obszary: Rothorn, Gornergrat i Matterhorn. Do wszystkich tych obszarów można dojechać różnego rodzaju kolejekami prosto z Zermatt.

Rothorn - podziemna kolej

Gornergrat - górski pociąg

Matterhorn - kolej linowa lub gondola.

Pomiędzy tymi obszarami można się przemieszczać też górami. Nie ma potrzeby zjeżdżania na sam dół w celu zmiany rejonu. Zaoszczędza się tym sposobem wiele czasu i energii. Jak by to było komuś mało, to Zermatt jest też połączony wyciągami z Cervinia we Włoszech co znacznie zwiększa obszar. Przez ten cały tydzień nie udało mi się odwiedzić Włoch, tyle miałem „roboty” w Szwajcarii. Następnym razem, może….

Ogólnie to wszystkie dni nie wiele się różniły od siebie. Po śniadaniu na narty, potem spotkanie gdzieś Ilonki w górach, zjazd na dół około godziny 17, odpoczynek i do spania. Następnego dnia to samo, i tak przez tydzień.

Mieszkaliśmy w fajnym, w miarę nowootwartym hoteliku w pobliżu gondoli na Matterhorn. 5 minut na nogach i już byłem przy dolnej stacji kolejki. Blisko i wygodnie.

Pamiętam z moich wcześniejszych pobytów tutaj, że często były kolejki do wyciągów, zwłaszcza rano, do tych na dole. Teraz praktycznie cały czas bez kolejek jeździłem. Czasami może do pierwszego wyciągu stałem 5-10 minut a potem już wszystko płynnie leciało. Nie sądzę, że mniej ludzi tutaj przyjeżdża. A raczej statystki mówią, że z roku na rok jest ich więcej. Widać to po ciągle powstających nowych hotelach, pensjonatach. Do restauracji na lunch czy kolację jak się nie ma rezerwacji to ciężko się dostać, zwłaszcza wiekszą grupą. Więcej narciarzy a mniejsze kolejki. O co tu chodzi? Ja myślę, że powodów jest kilka.

Więcej wyciągów. Resort ciągle buduje nowe wyciągi i dokłada więcej terenów.

Krzesła na więcej ludzi. Czwórki zamieniają na szóstki, a szóstki na ósemki. Więcej ludzi wyjedzie w góry w tym samym czasie.

Szybsze wyciągi. W Zermatt już nie ma ani jednego starego, wolnego wyciągu. Wszystkie zamienili na szybkie, wieloosobowe krzesła, albo gondole. Gondole też tak szybko jeżdżą, że na dole to trzeba się szybko uwijać żeby wsiąść. Jak będziesz stał i czekał na swoją kolejkę to nigdy się nie doczekasz. Lokalni wsiadają odrazu. Jak jesteś większą grupą to zapomnij, że uda wam się jechać razem w górę.

Szybkie wyciągi też mają wadę. Krótko się jedzie, a co za tym idzie, mniej czasu na odpoczynek na wyciągu. A powiem wam, że dobrze jest tak usiąść wygodnie w słoneczku na krzesełku, obserwować piękne góry i tak jechać z 15 minut i prowadzić rozmowę z jakimś lokalnym.

Słoneczną pogodę miałem codziennie. Każdego dnia było 100% słońca (poza szczytem w pierwszy dzień), idealnie na opalanie się na wyciągach, knajpach, czy koło knajp….

Pewnie mniej ludzi też jest na trasach i wyciągach bo z tego co zauważyłem coraz mniej ludzi jeździ tak non-stop od otwarcia do zamknięcia. Wychodzą później, po paru zjazdach trzeba sobie przerwę na kawkę zrobić a już o 11:30 jak tylko otwierają knajpy to już jest kolejka do wejścia. Przejeżdżałem akurat koło jednej o 11:28 to widziałem co się dzieje. Kolejka się już ustawiała żeby jak najlepszy stolik zająć.

Oczywiście prawie każdy ma rezerwację na lunch, który często trwa 1.5-2h albo i dłużej. Coraz częściej ludzie na wyciągach mówią w której restauracji mają rezerwację na lunch a nie jaką właśnie trasą zjechali. Lunch często trwa dłużej niż kolacja, zwłaszcza jak jest słoneczna pogoda. Pyszne jedzenie, dobre wina, muzyka na żywo, super widoki… czego trzeba więcej

Po południu znowu tyle jest knajp koło tras z głośną muzyką, że dużo narciarzy już tam „odpoczywa” a nie dalej jeździ.

Pewnie dlatego nie ma kolejek do wyciągów.

Tak jak wspomniałem, miałem cały czas słoneczną pogodę. Niestety to nie było idealne dla śniegu. Przez ten tydzień nic śniegu nie spadło. Nie miałem dobrego puchu. Na szczęście przed moim przyjazdem trochę tu sypnęło, wiec 100% było otwarte, niestety na trasach, zwłaszcza tych stromych było twardo.

Im wyżej tym było lepiej bo nie było dodatnich temperatur w ciągu dnia i nic się nie topiło. Nie było lodu.

Jechałem raz z przewodnikiem to mi trochę poopowiadał, gdzie tu można w miarę bezpiecznie jeździć wyżej w górach poza trasami. Powiedział, że jest niski stopień zagrożenia lawinowego (2) i mają około 3 metrów śniegu na lodowcach, więc większość szczelin jest przykrytych odpowiednią ilością śniegu. Można się bawić poza trasami. Tak też robiłem. Jak tylko byłem w rejonach Matterhorn to oczywiście wynajdywałem lepszy śnieg z dala od tras. Ale nie za daleko, tak żeby jeszcze w miarę bezpiecznie było.

Na jednym z wyciągów lokalny pan w wieku 60+, urodzony i mieszkający w Zermatt całe życie powiedział mi niestety smutną informację.

Ma wnuka co ma 6 lat, który już dobrze jeździ na nartach. Jego wnuk prawdopodobnie jest już ostatnim pokoleniem które może jeszcze jeździć w Alpach po lodowcach. Za 20-30 lat Alpy już nie będą takie same. Lodowce bardzo szybko się kurczą i zmniejszają swoją objętość. Smutne to, ale niestety prawdziwe. Wkrótce już nie będzie całorocznych nart w Alpach. Szkoda…

Chyba w żadnym resorcie narciarskim nie spotkałem tylu rowerzystów przyjeżdżający na narty. Pod każdym dolnym wyciągiem jest dosyć spory parking na rowery. Pewnie dlatego, że w Zermatt nie można mieć samochodu. Jak nie mieszkasz blisko wyciągów to albo musisz iść na nogach, albo darmowym autobusem, albo rowerem. Wybór należy do ciebie.

Z alpejskich ciekawostek to trzeba opisać zjawisko kurzu z Afryki. Po raz pierwszy to widziałem na własne oczy. Ponoć pył z Sahary przy odpowiednim wietrze z południa może się przemieszczać tysiące kilometrów i docierać aż do Alp. Jest to widoczne gołym okiem jako takie zamglenie, słaba przejrzystość powietrza. Niestety osiadając na śniegu w wyższych partiach gór ma negatywny wpływ na pokrywę śnieżną. Śnieg już nie jest taki super biały tylko zmienia kolor na taki bardziej żółtawy albo nawet brązowawy. Powoduje to, że promienie słoneczne są w mniejszym stopniu odbijane od śniegu a bardziej wchłaniane i śnieg szybciej topnieje. Na szczęście trwało to tylko przez dwa dni.

Dzień leciał za dniem. Rano ja miałem intensywne narty w różnych częściach tego resortu, a Ilonka dzielnie wyszukiwała nowych szlaków. W godzinach popołudniowych wynajdywałem ją i wspólnie spędzaliśmy lunch. Czy to z plecaka czy w jakieś knajpie w górach.

Po lunchu Ilonka schodziła w dół, a ja z reguły w góry na parę jeszcze zjazdów i zachód słońca. Górne wyciągi tutaj są czynne długo więc można było jeszcze pojeździć.

Z górnych partii gór tak gdzieś o 16:30 ski patron wygania narciarzy w dół. Natomiast tak gdzieś od 2200 metrów w dół, tam gdzie zaczynają się wszystkie knajpy to już chyba są inne zasady. Za bardzo tutaj już nikogo chyba nie obchodzi czy jeździsz później na nartach czy nie. Koło każdej knajpy jest napis o której jest ostatnie sprawdzenie trasy i potem jedziesz na własną odpowiedzialność.

Często, już na dole w Zermatt widać i bardzo dobrze słychać „narciarzy” jak wracają z gór. Gdzieś tak w godzinach 19-20, jak zamykają bary w górach to oni muszą zjechać na dół, do Zermatt i szukać dalszych rozrywek. Już bardziej bezpiecznie bo na dole.

Każdy narciarz ma pewnie jakieś swoje ulubione miejsce, punkt, trasę w każdym resorcie. Ja mam dwa w Zermatt. Jedno to moja ulubiona ławeczka, gdzie często siadałem, odpoczywałem i podziwiałem piękny Matterhorn.

Drugie odkryłem na tym wyjeździe. Jest to ławeczka (oczywiście, że ławeczka) na samym szczycie Hohtalli (3286m.) Na Hohtalli wychodzi tylko jeden wyciąg i jest to kolej linowa. Ze względu na trudny zjazd z góry rejon tego szczytu polecany jest tylko dla wprawnych narciarzy. Najłatwiejsza trasa z góry to wąska, stroma i często oblodzona czerwona trasa z dużymi przepaściami.

Większość ludzi jak wysiądzie z kolejki to szybko leci żeby zapiąć narty i przed tłumem zjechać. Natomiast na szczycie jak się skręci w prawo, tam gdzie jest informacja o lawinach i otwartych terenach to jest takie cudowne miejsce gdzie można usiąść i podziwiać chyba najładniejszą panoramę rejonu. Od Monte Rosa aż po Matterhorn.

Tydzień zleciał i niestety znowu trzeba wracać do głośnej i wielkiej metropolii. A w górach jak się odjechało od głównych tras to była taka cisza, że aż w uszach piszczało. Ale to pewnie od wysokości.

Lubię narty w Europie. Są inne niż w Stanach. Nie koniecznie lepsze czy gorsze, po prostu inne. W Europie wpierw powstały górskie miejscowości, a potem resorty. W Stanach odwrotnie. Powstał resort i miasteczko zaraz po nim. W Europie tak jakoś wszyscy w tych resortach żyją nartami, to się widzi na każdym kroku. Prawie każdy jeździ i opowiada o tym. Jest to styl życia, sposób na wolność, odskocznia od problemów codzienności. W Stanach jeszcze nie, jeszcze pewnie trochę czasu upłynie zanim ludzie zaczną traktować narty jako sposób na życie, a nie jako weekendowy wypad za miasto. Chociaż to się zmienia. Coraz więcej ludzi się wyprowadza do resortów, przynajmniej na sezon. Znajduje tam pracę, mieszkanie, poznaje znajomych o podobnych zainteresowaniach. Starają się przynajmniej 50+ dni w sezonie jeździć na nartach, interesować się tym sportem/hobby/ sposobem na życie.

Pożyjemy, zobaczymy. Jak narazie to mieliśmy wspaniały tydzień w raju, tydzień o którym na pewno będziemy długo pamiętać i opowiadać. Kto wie, może tu znowu szybko wrócimy sprawdzić co nowego dobudowali lub zmienili.

Jak narazie to mamy jeszcze jeden duży wyjazd na narty. Za parę tygodni lecimy szukać wiosny w naszym ulubionym stanie, czyli Kolorado. Wiosenne narty są piękne. Cieplutko, wszystko otwarte, jasno do godziny 20, muzyka na żywo, zimne piwko…. Do usłyszenia!

Next
Next

2026.03.01 Zermatt, CH (wstęp)