2026.03.02 Zermatt, CH (dzień 2)

Piękne słoneczko nas obudziło. Wczoraj barmanka mówiła, że bedzie pochmurnie, nasze applikacje pogodowe mówiły, że 20% szans na śnieg. A rzeczywistość? Cudowna słoneczna pogoda.

Dopiero jak Darek pojechał wyżej w góry to zrozumieliśmy o co chodzi z tymi 20%. Jak jest 20% w miasteczku górskim to znaczy że tylko najwyższe 20% części góry będzie miało zachmurzenie i śnieg. Jak 50% to od połowy wysokości itp. To jest moja teoria ale czy nie ma to sensu. Bo w naprawdę 20% najwyżej położonego terenu miało tak…

Na nogach ciężko wyjść na samą górę, zwłaszcza zimą więc ja cieszyłam się pięknym słoneczkiem i ruszyłam do Riffelalp. W Zermat jest dużo szlaków dlatego, że to jest miejsce gdzie jeździsz na nartach w najpiękniejszej części Alp i szlaki muszą się przeplatać z tarasami narciarskimi bo w lecie (i zimie) chodzi się po szlakach a nie trasach narciarskich. Do tego orzechodzi się przez miasteczka. Ciężko w sumie to miasteczkiem nazwać bo zazwyczaj są to 3-4 domy na krzyż i w każdym restauracja, ale nazwę ma, szlak też jest więc kto by się czepiał drobiazgów.

Jak opowiadałam Darkowi jak się idzie do Riffelalp to powiedziałam tak “zaczyna się po prawej, żeby dojść na lewą i schodzi się w dół żeby wyjść do góry”. Wszystko jasne nie? Trasa do Riffelalp jest bardzo fajna bo wychodzi niedaleko naszego hotelu, schodzi do wąwozu a potem serpentynkami wspina się do góry. Większość czasu nie widzi się narciarzy bo trasa idzie lasem i jest się tylko ze swoimi myślami.

W tym roku zdecydowanie więcej ludzi spotkałam na szlaku i pewnie dlatego trasa była lepiej przygotowana. Cały szlak dla pieszych był posypany wiórkami z drewna i kawałkami sosen. Nie pamiętam, żeby tak było we wcześniejszych latach. Dobrze, że wziełam raczki ze sobą bo raki tu to by był przerost formy nad treścią.

W Zermatt ciężko jest nie widzieć Matterhorn’a. Góruje nad miastem i wszędzie na szlaku go widać. Ale chyba najlepszy widok jest z Riffelalp i restauracji które tam pootwierali. Nasza ulubiona to Chami-Hitta. Byliśmy tam sześć lat temu i było pysznie. Teraz rozbudowali ją trochę i może nie ma już takiego fajnego starego klimatu ale nadal ma super widok i miłą obsługę. Zrobiliśmy sobie więc tam przerwę na nawodnienie.

Trochę zainteresowała nas restauracja powyżej (Alphitta), na którą Darek zwrócił uwagę przejeżdżając a ja sprawdzając recenzje. Postanowiliśmy więc się rozdzielić, pochodzić/pojeździć jeszcze trochę i spotkać się na lunch w Alphitta.

Tutaj zawsze jakiś szlak się znajdzie więc ja szybko odbiłam do lasu zobaczyć gdzie mnie dalej szlak doprowadzi a Darek wskoczył na wyciągi.

Spacerując odkryłam trasę na rakiety. Wydeptana ale już nie posypana trocinami prowadziła na północ. Przeszłam nią kawałek ale wygląda, że można iść dalej. Myślę, że wrócę tu i sprawdzę ją jakoś w sobotę. Chyba, że znajdę coś ciekawszego.

Póki co zeszłam do Alphitta i ku mojemu zaskoczeniu mieli tu muzykę na żywo. Czego się nie robi, żeby przyciągnąć turystów. Fajnie tak się siedziało na tarasie z cudownym widokiem, rozrywkową muzyką i chłodnym piwkiem.

Jeśli chodzi o jedzenie to niestety trochę się rozczarowałam. Jedzenie było bardziej na styl azjatycki a nie europejski a do tego ceny jakieś z kosmosu. Ja wiem, że miejscówka bije wszystko na głowę ale gdzie jest ten winner schnitzel za 20 CHF? Chyba już nie istnieje.

Ogólnie Zermatt jest drogi i wydaje nam się, że dość dużo podrożał od naszego ostatniego razu. Może 6 lat temu dolar stał lepiej i jak się przeliczało to jakoś to lepiej wyglądało. Teraz 1 CHF to około $1.30 więc do cen jakie widzimy trzeba doliczać 30%. A cena w CHF jest już dość wysoka i ciężko jest znaleźć główne danie za mniej niż 35 CHF.

Do tego porcje w Alphitta nie były jakieś powalające. Znów… gdzie jest ten schabowy na cały talerz z kopą ziemniaków. Chyba Chami Hitta pozostanie naszą ulubioną opcją w tym rejonie. Bo jak coś jest dobre to po co zmieniać.

Po lunchu znów każdy poszedł w swoją stronę. Było już późno a ja nadal miałam jakieś dwie godziny na dół. Darek to zawsze szybko zleci. Co prawda wykorzystał sytuację i pojeździł jeszcze trochę ale i tak był w domu przedemną. Ja za to zeszłam w część miasta którą nie znałam i było bardzo przyjemnie odkrywać nowe zakamarki.

Pierwotnie planowaliśmy tylko raz dziennie jeść w restauracji a drugi posiłek mieć w apartamencie albo jakąś tylko przystawkę. Jednak skoro w Alphitta porcje nie były powalające to wypadało gdzieś iść na kolację. Postanowiliśmy odwiedzić bar Republic Zermatt.

Ja znalazłam knajpę ale jak się okazało to w dzielnicy gdzie Darek mieszkał 26 lat temu. Wiele się zmieniło, albo widać, że nie wiele, bo może Darek nie pamiętał dokładnie w którym hotelu spał to poznał okolicę.

Ponad 20tys kroków, 6h intensywnych zjazdów na nartach i jet lag dały nam się we znaki i nie szlajaliśmy się dziś po mieście tylko grzecznie wróciliśmy do domku. Przed nami jeszcze wiele pięknych dni. Wszystkie będą podobne, hike, narty, restauracja… ale czy te widoki mogą się znudzić? Nam nie…

Previous
Previous

2026.03.03 Zermatt, CH (dzień 3)

Next
Next

2026.02.28-03.01 Zermatt, CH (dzień 0-1)