2026.03.06 Zermatt, CH (dzień 6)
Zapowiadało się, że każdy dzień będzie taki sam bo przecież codziennie jesteśmy w tym samym miasteczku a tu jednak każdy dzień ma swój temat przewodni.
Dzisiejszy dzień jest pod tytułem piaski pustyni. Jaka pustynia pomyślicie a jednak jest…jak dobrze zawieje to piaski z Sahary unoszą się na północ. Po drodze nie wiele gór mają więc jak dotrą do Alp to się zatrzymają kumulować i wyglada to tak jak na zdjęciu.
Moja pierwsza reakcja był…hmm…coś dziś pogoda nie dopisuje, druga reakcja…hmm…to chyba nie do końca pogoda. Dopiero jak spotkaliśmy lokalnych Szwajcarów z Berna to nam wytłumaczyli, że to piaski i że od czasu do czasu tak się dzieje. Wg. Internetu zdaża się to 5-15 razy na rok i właśnie najczęściej w Marcu i Listopadzie.
Śnieg śniegiem, piasek pisakiem ale w góry trzeba iść. Dziś Darek namówił mnie na trasę którą mi znalazł. Trzeba tam wyjechać kolejką bo na wyjście nie ma trasy ale w Zermatt można kupować bilety na kolejki jak bilety na autobus więc nawet dużo mnie to nie wyszło. Chyba jakieś 20CHF.
Najpierw wyjechałam do Sunnegga (to już znamy z dnia czwartego. Tu spotkałam Darka i już razem gondolą wyjechaliśmy “przystanek” dalej na Blauhard. Stąd ja w swoją drogę a on w swoją. Miałam około 1-2h żeby dojść do podobno fajnej restauracji.
Szło się fajnie bo z lekkimi nachyleniem ale niestety wszystko zasłaniał piasek.
Cały czas idąc kombinowałam jak tu zejść bo szłam trasą wokół pięknych jezior, trasą bardzo popularną w lato. Niestety na zimę tylko niektóre trasy są przygotowane a jeziora zasypane i zamarznięte.
Doszłam do Fluhalp, kolejnej super restauracji w górach. I znów ludzie na leżakach wystawiający buzie do słońca, relaksujących się przy pysznym lunchu z winem. My jednak tym razem postanowiliśmy na zimne piwko i lunch z plecaka. Skoro już wywieźliśmy jedzenie to czemu nie usiąść na skałce i rozkoszować się własnymi smakołykami przy muzyce z restauracji.
Lunch był fajny i siedziałoby się dłużej ale niestety ja miałam trochę do zejścia. Nadal chciałam coś pokombinować, żeby schodzić a nie płacić za kolejkę na dół.
Darek też coś kombinował. Chciał zobaczyć lodowce tylko się nie zorientował, że są za następną moreną. Chyba obojgu nam włączył się guzik odkrywcy i szukaliśmy jakby tu dostać się na dół nie standardowymi trasami. Dla mnie problemem było za dużo śniegu, dla Darka za mało. On musiał uważać na skały ja żeby się nie zapadać w śniegu. Nie dogodzi tym ludziom, nie ma szans.
Ja znalazłam trasę w dół i nawet wyglądało, że jak zejdę a potem kawałek przejdę trasą narciarską to wejdę na jakiś szlak. Niestety odległości sobie źle policzyłam i jak zeszłam to się okazało, że to co widziałam z góry nie pokrywa się z tym szlakiem co widziałam na mapie. No więc dołożyłam sobie trochę drogi i dodatkowe metry w górę.
Doszłam wróciłam na górę, na pierwotny szlak i poszłam w kierunku kolejki…ale nie zdecydowałam się wsiąść. Stwierdziłam, że spróbuję trasą narciarską zejść. W Europie czasem ludzie chodzą trasami choć nie jest to konieczne bo jest dużo tras tylko dla pieszych. Trochę się śmieję z tych ludzi, że mają takie ładne posypane trasy a narciarzom się pod nogami plątają. Niestety ja tu nie miałam trasy dla pieszych więc postanowiłam stać się tym z kogo się śmieję i też zejść trasą narciarską. Przecież to powinno tylko chwilę zająć…nie tu. To przecież nie Killington i tu trasy są długie. Już wiem czemu kolejka się przydaje. Zejście do Sunnegga zajęło mi z 30 min…a to był tylko początek.
To był początek bo do Zermatt miałam jeszcze jakieś 1h 45 min. Tym razem już nauczona na przedwczorajszym zejściu wybrałam krótszą trasę i ogólnie wybierałam te znaki które pokazywały mniejsze numerki.
Było już kolo godziny 16 więc słońce chowało się za górką ale i tak przez te piaski widoki nie były najładniejsze.
Na dół jakoś się zleciało ale potem zaczęły się schody. W dokładnym tego słowa znaczeniu…
Po schodach drewnianych były schody chodnikowe a potem po prostu stromo. Tak to jest z tym Zermatt, że skoro w górach to wszędzie pod górkę albo z górki.
Ja tak z tych schodów schodziłam i schodziłam i schodziłam a Darek już w barze stołki pilnował. Normalnie jest na odwrót ale w Zermatt mam tak dużo do chodzenia, że często schodzę po nim.
Dziś na Apres Ski wybraliśmy bar Harry’s. Jest to bardzo mała miejscówka która bardzo szybko się zapełnia i ludzie imprezują na zewnątrz i na okolicznych uliczkach. Jak ja doszłam to jeszcze mieliśmy miejsce siedzące ale szybko bar tak się zapełnił, że jakaś grupa Europejczyków się do nas dosiadła i teoretycznie przechwycili nasz stolik. Zdecydowanie robiło się za ciasno jak dla nas a i też o jakiejś kolacji fajnie by było pomyśleć.
Przepychając się przez tłum udało nam się wyjść. Uff….. stwierdziliśmy, że to już nie dla nas i poszliśmy do Brązowej Krowy na hamburgery. Zdecydowanie bardziej przestrzennie.
My lubimy siadać przy barze więc i tym razem tak zrobiliśmy. Jakie było moje zaskoczenie jak barman który nas obsługiwał jest na naszym zdjeciu z 2020 roku. Sześć lat temu poszliśmy do baru koło kolejki na Sunnegga. Dziś tez przechodziłam koło niego i nawet sobie przypomniałam jak byliśmy tu trochę temu. Wtedy kelnerzy stwierdzili, że jak mam taki fajny aparat to żebym im zrobiła zdjęcie…no to zrobiłam. A dziś w innym barze zobaczyłam tego samego kelnera. Miałam mu nawet pokazać zdjęcie ale był ruch a ja jakoś nie nabrałam odwagi, nawet przy drugim piwie.
Pojedliśmy, popiliśmy i trzeba było się zbierać….no i wtedy się stał Zonk…. uświadomiłam sobie, że w poprzednim barze zostawiłam kijki. Masakra…trzeba tam wrócić. Miałam nadzieję, że znaleźli i ktoś dał barmanom ale niestety nie…nasz stolik nadal był oblegany przez tych samych Europejczyków. Kijki w końcu odzyskałam ale żeby nie przeciskać się przez ten cały tłum zagadałam do barmana i ja zrozumiałam, że mogę przejść na skróty przez bar. Niestety oni twierdzili coś innego. Tak więc jak odzyskałam kijki to potem dostałam reprymendę…
Darek jak przystało na gentlemana stwierdził, że nikt na jego żonę krzyczeć nie będzie, strzelił focha i pomimo, że miał ochotę na jeszcze jedno piwko to ich olaliśmy i poszliśmy do domu. Dobrze, że kijki odzyskane, do baru i tak na tym wyjeździe nie wrócimy a może i nie zapamiętają mnie tak jak ja pamiętam barmanów w Zermatt.