2026.03.05 Zermatt, CH (dzień 5)
Dzisiejszy dzień jest pod tytułem “Darek nie lubi jeździć na nartach”. Hmmm…. trochę zaskoczyło mnie to jak po 5 dniach w tym raju spotkałam się z nim na lunch i z poważną twarzą oznajmił, że on nie lubi jeździć na nartach.
O co w tym stwierdzeniu chodzi Darek sam wytłumaczył we wcześniejszym wpisie. Natomiast jak to wpłynęło na nasz dzień…ano tak, że ciężko było się ruszyć ze Stafelalp bo nikomu nie chciało się iść na narty których się “nie lubi”.
A wam by się chciało ruszać z takiej miejscówki? Chyba też średnio.
Restauracja Stafelalp położona jest w dość odległej części resortu. Nie dojedzie się tu kolejką a też mało ludzi tu dojdzie bo trzeba znać tą miejscówkę. Darek wyczaił ją 11 lat temu i od tego czasu zawsze tu idziemy przynajmniej raz.
Do Stafel idzie się podobnie jak do Furi ale, że już tamtędy szłam to postanowiłam sobie urozmaicić wycieczkę i przeszłam na około przez wioskę Zmutt. Szczerze to chyba to był mój pierwszy raz tu. Jakoś nie kojarzyłam, żebym tu była wcześniej.
Wioska jak to wioska, parę domów na krzyż ale położona na uboczu, z dala od tras narciarskich z pięknymi widokami. Spotkałam trochę ludzi tu idących bo naprawdę fajny szlak ale wszyscy na nogach. Widać, że chodzą dla treningu i przyjemności.
Zmutt wygląda na wioskę która otwiera się tylko na lato i która oferuje szlaki w pobliskie góry. W zimie wygląda, że część ludzi tak jak ja wybiera tą trasą, żeby na około dojść do Furi. Zdziwiłam się jednak, jak spotkałam parę która stwierdziła, że szuka tu restauracji, bo od lat tu przychodzą i fajna knajpka jest. Nie wnikałam czy w lato czy zimę tu przychodzą ale restuaracji tu nie widać a nawet gorzej, widać tylko jakiś spalony budynek.
Ja musiałam iść dalej. Trasa niby oznaczona, ładnie odśnieżona ale znaków na Staffel nie ma. Zaczęłam się zastanawiać czy czegoś nie pomieszałam ale nawet nie. Po paru minutach zeszłam trochę na dół i mostkiem przeszłam na drugą stronę tamy.
Jak już zobaczyłam tamę a potem tunel to wiedziałam, że wszystko pod kontrolą. Tutaj szlak łączy się z drogą z Furii. Pomimo jednak połączenia szlaków to ludzi wcale nie przybyło.
Stafelalp położony jest na 2200 m więc trochę do góry musiałam się wspinać, zwłaszcza, że z wioski Zmutt trochę zeszłam na dół. Dodatkowo to do restuaracji idzie się troszkę na około. Jakoś zapomniałam, że nie jest ona przy samej drodze tylko pętelkami trzeba trochę na około do niej dojść. Od tamy pojawiały się jednak znaki więc mniej więcej wiedziałam ile mi zostało.
Tym razem Darek doszedł pierwszy i to ja mogłam złożyć zamówienie na zimny napój który czekał jak tylko doszłam do knajpy. Nie, nie było to piwo ani Aperol Spritz. Była to stara, dobra, poczciwa Coca-cola. Skoro w Europie pije się ją na obudzenie i dostanie kopa energii to też chciałam spróbować bo jakoś ten spacer mnie zmęczył. Chyba po 5 dniach ciągłego chodzenia organizm domagał się dnia relaksu…a tu nie ma łatwo, relaks to kolejne wyjście na 2,200 m.
Stafelalp położone jest w przepięknym miejscu a do tego miało zawsze przepyszne foundue. Tak więc jak zazwyczaj nie mówię Darkowi co ma zamawiać tak tym razem z góry założenie było, że będzie serowo…ja już widziałam oczami wyobraźni ten rozstopiony ser, butelkę rose i Matterhorn w tle…
Niestety…. Nie ma foundue…podobno trzy lata temu zmienił się właściciel i zmienił menu. No to rozczarowanie i trzeba się hamburgerem zadowolić. Dobrze, że rose przynajmniej mieli bo coca-cola fajna ale na dłuższą metę nie zdrowa.
Siedzielibyśmy dłużej ale bez foundue nie było sensu….. żartuję, choć trochę zawiedziona jestem, że prawie tydzień w Szwajcarii a tu nadal nie ma dobrego foundue czy racklette. Chyba do Francji trzeba pojechać.
Opuściliśmy knajpę ale nie opuściliśmy gór. Darek bardzo chciał odwiedzić “kurczaka”, Hennu Stall. Nazwa tak naprawdę oznacza kurnik ale dla nas zawsze będzie “kurczak”. “Kurczak” to dyskoteka/bar przy stoku. Uznany za wielu za najlepsze Apres Ski. 11 lat temu było tam super, 6 lat temu było ok….dlatego trochę obawiałam się iść tam teraz. Darek jednak bardzo chciał, żeby tradycji stała się zadość i namówił mnie na jedno piwko.
Akurat po drodze miałam schodząc ze Stafelalp więc na jedno zaglądnąć mogłam…no i się przekonałam, że ja to się cieszę, że mam 40 lat i cieszę się, że mi z tym dobrze. Kurczak to miejsce, żeby się wyszaleć. Młodzież tam szaleje, pije kolorowe drinki, albo szybkie shoots z kieliszków. Jest też grupa ludzi koło 50 lub starszych którzy chcą powspominać, odmłodzić się, pokazać światu, że jeszcze mogą. A ja właśnie tu doszłam do wniosku, że każda moja dekada życia miała swoje prawa i swój sposób imprezowania. Żadnej dekady nie żałuję, ale też do żadnej nie mam potrzeby wracać. Tu gdzie jestem jest idealnie.
Tak więc po jednym piwku wyszliśmy i jak przystało na 40+ siedliśmy na ławeczce na dole i patrzyliśmy jak zachodzi słońce.
Kolejny piekny dzień za nami. Aż ciężko uwierzyć, że mamy aż takie szczęście z pogodą. Oby tak dalej. Przed nami jeszcze 3 fajne dni w górach i trzy fajne szlaki. Bo tak jak pisałam, tutaj jest zdecydowanie gdzie chodzić.