2026.05.03 Key West, FL (dzień 2)
Dzieci nie ma w hotelach to nic rano nas nie budziło. Szkoda tylko, że śniadania nie serwują do 12 tylko do 10 rano. Ta jedna rzecz sprawiła, że jednak budziki trzeba było nastawić. Ale może to i dobrze bo trzeba coś pozwiedzać a nie tylko w łóżku leżeć.
W hotelach na Key West zwłaszcza tych mniejszych nie może być dzieci, główny powód to sprawa odpowiedzialności. Małe hotele nie zawsze mogą sobie pozwolić na opłacanie dużych odszkodowań, ubezpieczeń czy zatrudnianiu ratownika. Problem rozwiązali robiąc hotele tylko dla dorosłych. Ma to sens zwłaszcza, że Key West nastawia się bardziej na imprezowy tłum taki jak wieczory panieńskie, kawalerskie czy ogólnie dorosłych którzy chcą się rozerwać. Oczywiście z dziećmi też można przyjechać i wynająć AirBnb czy zatrzymać się w większym, sieciowym hotelu.
Nam bardzo podobał się nasz kameralny hotelik i fakt, że na śnidanie mieliśmy dosłownie parę kroków. Co nas bardzo dziwi na Key West to ilość ludzi w obsłudze z Europy Wschodniej. Bardzo dużo widuje się tu Węgrów, Czechów, Ukraińców itp.
Obawialiśmy się, że pogoda nam trochę popsuje plany ale nawet się utrzymała i udało nam się trochę pozwiedzać. Poszliśmy na dłuższy spacer zobaczyć Fort Zachary Taylor z 1845 roku. Nie dziwne, że wybrali Key West na wybudowanie jednego z większych fortów XIX wieku w Stanach. Key West jest najbardziej wysunięty na południe i jest strategicznym miejscem ochrony przed krajami Ameryki Łacińskiej a do Kuby to ma rzut beretem.
Fort jak fort ale słynny znak “Zatoka Amerykańska” chyba najbardziej zapamiętamy z tej wycieczki. Key West leży w Zatoce Meksykańskiej która niestety ze względu na kompleksy pewnych ludzi została przemianowana na Zatokę Amerykańską. Dla mnie zawsze będzie Meksykańska. Tak mnie uczyli w szkole i tak będzie. Pozatym Meksykańska brzmi tak bardziej egzotycznie.
Plaża w okolicy fortu jest bardzo przyjemna. Taka trochę zalesiona, ze stolikami i grillami piknikowymi. Jakbyśmy lubieli plaże to pewnie bylibyśmy stałymi gośćmi tu.
My jednak plażowi nie jesteśmy więc skierowaliśmy się w kierunku centrum i naszego hotelu. Jako następny punkt zwiedzania….bo jak zwiedzać to zwiedzać…wybrałam Dom Hemingway’a. Darek stwierdził, że on go już zna więc sama poszłam a za jego bilet mogłam sobie książkę kupić, no bo w sumie poza Stary Człowiek i Morze to nie wiele znam jego twórczości.
Lepiej niż jego twórczość znam jego życiorys. Fajnie było pochodzić po jego domu który do tej pory znałam tylko z książek które opisywały jego życie i związki. Bo żon i kochanek to on trochę miał. Dom na Key West to hiszpańska kolonialna rezydencja z 1851 roku, która w latach 1931–1940 stanowiła jego główne sanktuarium twórcze. Powstały tu takie dzieła takie jak Komu bije dzwon, Mieć i nie mieć czy Pożegnanie z bronią.
W domu też jest prawdziwa kociarnia choć w taki upał to sie pochowały. Nie dziwię się Darkowi, że stwierdził, że sobie odpuści tą atrakcje. Odwiedzić dom polecam ale raczej nie jest to atrakcja do której się wraca. No chyba tylko po to żeby kupić książki z jego twórczości z emblematem.
Zwiedzanie zaliczone to można teraz udać się na poszukiwanie starych kątów. Równolegle do naszej ulicy (Duval) jest ulica Whitehead. Pomiędzy tymi dwoma ulicami kręci się większość życia bo nie ważne od pory dnia czy smaków każdy znajdzie tu restaurację, kawiarnię czy pub dla siebie. I na pewno nie będzie miał problemu ze znalezieniem słynnego Key Lime Pie czyli ciasta na podobieństwo sernika którego głównym składnikiem jest sok z limonek.
Od tego właśnie zaczęliśmy. Bo największy problem ludzkości jest taki, że deser je się po obiedzie i zazwyczaj się nie ma na niego miejsca. Dlatego warto czasem zacząć od deseru, żeby mieć pewność, że się zmieści.
Ulicą Whitehead można dojść do portu skąd wypływają katamarany podziwiać zachód słońca ale można też dojść do początku…do początku autostrady numer 1. Droga ta ciągnie się wschodnim wybrzeżem od Key West aż do granicy z Kanadą w stanie Main. No tak, nie ma się co rozdrabniać i jak budować to od granicy do granicy.
Nas “jedynka” doprowadziła do starych zakamarków. Jakie było nasze zaskoczenie jak przez przypadek trafiliśmy na ten malutki sklep monopolowy pod którym też mamy zdjęcie ponad dwie dekady temu.
Ale nie sklep jest ważny a bary Hemingway'a. Skoro spędził on tu trochę czasu to i ma swoje bary. A marketing robi swoje i oczywiście tłumy ludzi walą do barów gdzie Hemingway'a przesiadywał. Jest tylko mały szczegół tu. Sloppy Joe's który jest oficjalną nazwą ulubionego baru Hemingway’a zmienił swoją lokalizację. Przeniósł się do większego lokalu niedaleko. Aktualny Sloppy to duży bar z muzyką na żywo, tańcami i piwem w plastikowych kubeczkach.
Oryginalny lokal nazywa się teraz Capt Tony’s Saloon. Jest mały kameralny z otwartą sceną na której każdy może śpiewać (na szczęście utalentowani tylko śpiewali) i niestety bar nie ma za wiele zasad więc papierosy można tam palić. Na szczęście w Stanach mało ludzi pali więc jakoś dało się wytrzymać.
Z nowych miejsc za to był bar na wybrzeżu gdzie można oglądać zachód słońca - o ile jest słońce bo dziś trochę pochmurnie, no i miejscówka na kolację.
Na kolację poszliśmy do Santiago's Bodega. Bardzo przyjemnej restauracji która ma menu składające się z tapas. Małe porcje ale za to można się dzielić i wiele spróbować.
I takim oto sposobem łaziliśmy tam i z powrotem odkrywając nowe kąty albo wracając na stare śmieci. Przeplatanie to dobry pomysł bo w końcu my też się zmieniamy i inne rzeczy nam się podobają. Do starych miejsc można wracać ale rzadko są one tak fajne jak je zapamiętaliśmy. One pewnie nie wiele się zmieniają ale my za to bardzo i z pewnych rzeczy i miejsc się po prostu wyrasta.
Sentymentalnym można być ale nie wolno sprawić aby sentyment spowalniał nas albo ograniczał przed odkrywaniem nowych miejsc.