2026.05.04 Everglades NP, FL (dzień 3)
Na Key West byłam tylko raz ale w Miami nawet już przestałam liczyć. Niestety pomimo tylu razy w Miami nigdy nie dotarłam do Everglades. Tym razem to był warunek konieczny. Skoro już jedziemy z Key West do Ft. Lauderdale to nie ma opcji, żebyśmy nie zachaczyli o park i te słynne “bagna”.
Everglades to nie bagna, ani mokradła. Everglades to najszersza rzeka świata. Jak to? No właśnie, też się zdziwiliśmy ale nasz przewodnik zaczął całe opowiadnie od tego, że woda w tych rejonach płynie, wolno ale płynie z jeziora Okeechobee do zatoki Florydzkiej, która łączy się z zatoką Meksykańską.
Czy to jest rzeka, czy wielkie połacie wody to można długo dyskutować, ale najważniejsze, że można tam popływać łódką, zobaczyć aligatory i inne zwierzaki.
Zanim jednak będę robić tysiąc zdjęć zwierzaków czeka nas podróż z Key West na kontynentalną część Florydy. Overseas Highway czyli autostrada numer 1 na odcinku Key Largo do Key West przechodzi przez 42 mosty i łączy ponad 40 wysp. Droga do Everglades zajmuje ok. 3.5h z czego 2h to droga przez wyspy i mosty. W tym jeden z najsłynniejszych mostów 7 Mile Bridge, czyli most który ma długość prawie 7 mil (11 km).
Z Darkiem pamiętaliśmy tą drogę jako dość krajobrazową, Pełną zielonych poboczy i oceanu po obu stronach. Trochę odludną i zdecydowanie nie komercyjną. Tak może było w rejonach Key West ale im bliżej Key Largo tym więcej pojawiało się sklepów z badziewiem. Zdecydowanie zwiększyła się też ilość parkingów i miejsc gdzie turyści mogą wyjść z auta i zrobić sobie zdjęcie np. z napisem 7 Miles Bridge. Po co? Dokładnie nie wiem. Przebywanie na zewnątrz przy 30C nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy więc olaliśmy wszystkie parkingi a przerwę zrobiliśmy sobie w lokalnym browarze. Lokalne piwko z klimą jest znacznie przyjemniejsze.
W Everglades Darek załatwił nam prywatną wycieczkę. Na łódce byliśmy tylko my. Mogliśmy co prawda wziąść jeszcze jakąś parę ale wszyscy nasi przyjaciele z Florydy akurat nie mogli do nas dołączyć więc mieliśmy całą łódkę dla siebie.
Zdecydowanie polecam to rozwiązanie bo łódka jest mniejsza, można wpłynąć w więcej miejsc i każdy ma idealną widoczność.
Po Everglades pływa się specjalną powietrzną łódką. Ponieważ woda czasami jest bardzo płytka to silnik musi być na zewnątrz i jest z tyłu za pasażerami i kapitanem. Niestety przez to jest dość głośno i trzeba mieć słuchawki. Cisza i spokój jest dopiero jak się zatrzyma. Wtedy też można robić zdjęcia bo łatwiej złapać ostrość.
Co myślę o Everglades? O dziwo to nie te aligatory zrobiły na mnie największe wrażenie co ta przestrzeń, łódka ktora bez przeszkód sunęła po płytkiej i głębszej wodzie i fakt, że nikogo obok nie było.
Był taki mały strach, że coś zaraz wyskoczy i nas zje ale oczywiście ufaliśmy przewodnikowi bo przecież nie jesteśmy pierwszą łódką która tu wpływa. Podobno aligatory które tu zamieszkują nie są zainteresowane ludźmi. Nie są to krokodyle które w człowieku widzą pysznego hamburgera.
Dużo aligatorów też się pochowało bo niestety parę dni temu mieli pożar. Oficjalnie to dziki pożar ale tak naprawdę podobno naprawiali jakąś wieżę w okolicy i iskra z kondensatora zapaliła trawę. Kto by pomyślał, że wśród takiej ilości wody też są pożary. A jednak. Spaliło się trochę i niestety zwierzęta się pochowały. To wszystko to spalona trawa.
Pożar zaskoczył nas nie da się ukryć ale do myślenia dało mi jak przewodnik zaczął opowiadać co mamy jeść jakbyśmy tu utknęli. Nie planuję zostać na tych połaciach wody ale przewodnik i tak nam pokazał trawę która jest bogata w błonnik, zdrowa dla ludzi i nawet podobno nie najgorzej smakuje. Dał, też Darkowi do spróbowania. Ja się nie załapałam i może i dobrze. Jak ktoś będzie miał problemy z żołądkiem to tylko jedna osoba. Trawa wygląda jak zielona cebulka a podobno smakuje jak ananas i ma w sobie dużo białka.
Poza ptakami i paroma aligatorami to za dużo zwierząt nie widzieliśmy ale i tak 45 minut minęło nam bardzo szybko. Przewodnik bardzo fajnie opowiadał a my podziwialiśmy te ogromne przestrzenie, bez nikogo w około gdzie ptaki sobie spokojnie żyją i tylko czasem jakaś głośna łódka przejedzie z turystami. Podobno zwierzęta się przyzwyczaiły do tych łódek ale i tak odruch samozachowawczy wypłaszał ich z traw i za każdym razem jak przejeżdżaliśmy przez trawy to ptaki się zrywały do lotu. Dopiero koło aligatorów przewodnik zwalniał, żeby żadnego nie pominąć.
Czy mieliśmy szczęście do aligatorów? Jedni powiedzą, że tak bo widzieliśmy drudzy, że nie bo tylko trzy i to gdzieś pochowane po krzakach.
Aligatory są dość terytorialne więc przewodnicy mniej więcej wiedzą gdzie można je spotkać. Niestety my byliśmy w samo południe więc wolały się chłodzić w wodzie i cieniu. Największe szanse na zobaczenie aligatorów to poranki i chłodniejsze miesiące. No nic kiedyś może tu wrócimy ale już nie na łódkę tylko na deptaki gdzie podobno dość dużo można ich spotkać. Troszkę rozczarowałam się, że nie było więcej aligatorów ale podróż łódką przez te mokradła tak mnie zafascynowała, że ogólnie wycieczkę zaliczam do bardzo udanych.
Nasz krótki wypad wakacyjny dobiega końca. Do NY wylatujemy jutro z Ft. Lauderdale więc jeszcze uda nam się spotkać z przyjaciółmi i na pewno będzie wesoło… wesoło do samego rana. Ciekawe czy uda nam się skończyć śmiać zanim doba hotelowa się skończy. Bo coś czuję, że hotel na jedną noc z wymeldowaniem o 11 rano nie był najlepszym pomysłem i za dużo tam nie pośpimy. Ale śmiech to zdrowie i to gorzej do nadrobienia niż sen więc dziś wybieram długie Polaków rozmowy z dużą ilością śmiechu!