Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 66
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.05.04 Everglades NP, FL (dzień 3)
Na Key West byłam tylko raz ale w Miami nawet już przestałam liczyć. Niestety pomimo tylu razy w Miami nigdy nie dotarłam do Everglades. Tym razem to był warunek konieczny. Skoro już jedziemy z Key West do Ft. Lauderdale to nie ma opcji, żebyśmy nie zachaczyli o park i te słynne “bagna”.
Everglades to nie bagna, ani mokradła. Everglades to najszersza rzeka świata. Jak to? No właśnie, też się zdziwiliśmy ale nasz przewodnik zaczął całe opowiadnie od tego, że woda w tych rejonach płynie, wolno ale płynie z jeziora Okeechobee do zatoki Florydzkiej, która łączy się z zatoką Meksykańską.
Czy to jest rzeka, czy wielkie połacie wody to można długo dyskutować, ale najważniejsze, że można tam popływać łódką, zobaczyć aligatory i inne zwierzaki.
Zanim jednak będę robić tysiąc zdjęć zwierzaków czeka nas podróż z Key West na kontynentalną część Florydy. Overseas Highway czyli autostrada numer 1 na odcinku Key Largo do Key West przechodzi przez 42 mosty i łączy ponad 40 wysp. Droga do Everglades zajmuje ok. 3.5h z czego 2h to droga przez wyspy i mosty. W tym jeden z najsłynniejszych mostów 7 Mile Bridge, czyli most który ma długość prawie 7 mil (11 km).
Z Darkiem pamiętaliśmy tą drogę jako dość krajobrazową, Pełną zielonych poboczy i oceanu po obu stronach. Trochę odludną i zdecydowanie nie komercyjną. Tak może było w rejonach Key West ale im bliżej Key Largo tym więcej pojawiało się sklepów z badziewiem. Zdecydowanie zwiększyła się też ilość parkingów i miejsc gdzie turyści mogą wyjść z auta i zrobić sobie zdjęcie np. z napisem 7 Miles Bridge. Po co? Dokładnie nie wiem. Przebywanie na zewnątrz przy 30C nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy więc olaliśmy wszystkie parkingi a przerwę zrobiliśmy sobie w lokalnym browarze. Lokalne piwko z klimą jest znacznie przyjemniejsze.
W Everglades Darek załatwił nam prywatną wycieczkę. Na łódce byliśmy tylko my. Mogliśmy co prawda wziąść jeszcze jakąś parę ale wszyscy nasi przyjaciele z Florydy akurat nie mogli do nas dołączyć więc mieliśmy całą łódkę dla siebie.
Zdecydowanie polecam to rozwiązanie bo łódka jest mniejsza, można wpłynąć w więcej miejsc i każdy ma idealną widoczność.
Po Everglades pływa się specjalną powietrzną łódką. Ponieważ woda czasami jest bardzo płytka to silnik musi być na zewnątrz i jest z tyłu za pasażerami i kapitanem. Niestety przez to jest dość głośno i trzeba mieć słuchawki. Cisza i spokój jest dopiero jak się zatrzyma. Wtedy też można robić zdjęcia bo łatwiej złapać ostrość.
Co myślę o Everglades? O dziwo to nie te aligatory zrobiły na mnie największe wrażenie co ta przestrzeń, łódka ktora bez przeszkód sunęła po płytkiej i głębszej wodzie i fakt, że nikogo obok nie było.
Był taki mały strach, że coś zaraz wyskoczy i nas zje ale oczywiście ufaliśmy przewodnikowi bo przecież nie jesteśmy pierwszą łódką która tu wpływa. Podobno aligatory które tu zamieszkują nie są zainteresowane ludźmi. Nie są to krokodyle które w człowieku widzą pysznego hamburgera.
Dużo aligatorów też się pochowało bo niestety parę dni temu mieli pożar. Oficjalnie to dziki pożar ale tak naprawdę podobno naprawiali jakąś wieżę w okolicy i iskra z kondensatora zapaliła trawę. Kto by pomyślał, że wśród takiej ilości wody też są pożary. A jednak. Spaliło się trochę i niestety zwierzęta się pochowały. To wszystko to spalona trawa.
Pożar zaskoczył nas nie da się ukryć ale do myślenia dało mi jak przewodnik zaczął opowiadać co mamy jeść jakbyśmy tu utknęli. Nie planuję zostać na tych połaciach wody ale przewodnik i tak nam pokazał trawę która jest bogata w błonnik, zdrowa dla ludzi i nawet podobno nie najgorzej smakuje. Dał, też Darkowi do spróbowania. Ja się nie załapałam i może i dobrze. Jak ktoś będzie miał problemy z żołądkiem to tylko jedna osoba. Trawa wygląda jak zielona cebulka a podobno smakuje jak ananas i ma w sobie dużo białka.
Poza ptakami i paroma aligatorami to za dużo zwierząt nie widzieliśmy ale i tak 45 minut minęło nam bardzo szybko. Przewodnik bardzo fajnie opowiadał a my podziwialiśmy te ogromne przestrzenie, bez nikogo w około gdzie ptaki sobie spokojnie żyją i tylko czasem jakaś głośna łódka przejedzie z turystami. Podobno zwierzęta się przyzwyczaiły do tych łódek ale i tak odruch samozachowawczy wypłaszał ich z traw i za każdym razem jak przejeżdżaliśmy przez trawy to ptaki się zrywały do lotu. Dopiero koło aligatorów przewodnik zwalniał, żeby żadnego nie pominąć.
Czy mieliśmy szczęście do aligatorów? Jedni powiedzą, że tak bo widzieliśmy drudzy, że nie bo tylko trzy i to gdzieś pochowane po krzakach.
Aligatory są dość terytorialne więc przewodnicy mniej więcej wiedzą gdzie można je spotkać. Niestety my byliśmy w samo południe więc wolały się chłodzić w wodzie i cieniu. Największe szanse na zobaczenie aligatorów to poranki i chłodniejsze miesiące. No nic kiedyś może tu wrócimy ale już nie na łódkę tylko na deptaki gdzie podobno dość dużo można ich spotkać. Troszkę rozczarowałam się, że nie było więcej aligatorów ale podróż łódką przez te mokradła tak mnie zafascynowała, że ogólnie wycieczkę zaliczam do bardzo udanych.
Nasz krótki wypad wakacyjny dobiega końca. Do NY wylatujemy jutro z Ft. Lauderdale więc jeszcze uda nam się spotkać z przyjaciółmi i na pewno będzie wesoło… wesoło do samego rana. Ciekawe czy uda nam się skończyć śmiać zanim doba hotelowa się skończy. Bo coś czuję, że hotel na jedną noc z wymeldowaniem o 11 rano nie był najlepszym pomysłem i za dużo tam nie pośpimy. Ale śmiech to zdrowie i to gorzej do nadrobienia niż sen więc dziś wybieram długie Polaków rozmowy z dużą ilością śmiechu!
2026.05.03 Key West, FL (dzień 2)
Dzieci nie ma w hotelach to nic rano nas nie budziło. Szkoda tylko, że śniadania nie serwują do 12 tylko do 10 rano. Ta jedna rzecz sprawiła, że jednak budziki trzeba było nastawić. Ale może to i dobrze bo trzeba coś pozwiedzać a nie tylko w łóżku leżeć.
W hotelach na Key West zwłaszcza tych mniejszych nie może być dzieci, główny powód to sprawa odpowiedzialności. Małe hotele nie zawsze mogą sobie pozwolić na opłacanie dużych odszkodowań, ubezpieczeń czy zatrudnianiu ratownika. Problem rozwiązali robiąc hotele tylko dla dorosłych. Ma to sens zwłaszcza, że Key West nastawia się bardziej na imprezowy tłum taki jak wieczory panieńskie, kawalerskie czy ogólnie dorosłych którzy chcą się rozerwać. Oczywiście z dziećmi też można przyjechać i wynająć AirBnb czy zatrzymać się w większym, sieciowym hotelu.
Nam bardzo podobał się nasz kameralny hotelik i fakt, że na śnidanie mieliśmy dosłownie parę kroków. Co nas bardzo dziwi na Key West to ilość ludzi w obsłudze z Europy Wschodniej. Bardzo dużo widuje się tu Węgrów, Czechów, Ukraińców itp.
Obawialiśmy się, że pogoda nam trochę popsuje plany ale nawet się utrzymała i udało nam się trochę pozwiedzać. Poszliśmy na dłuższy spacer zobaczyć Fort Zachary Taylor z 1845 roku. Nie dziwne, że wybrali Key West na wybudowanie jednego z większych fortów XIX wieku w Stanach. Key West jest najbardziej wysunięty na południe i jest strategicznym miejscem ochrony przed krajami Ameryki Łacińskiej a do Kuby to ma rzut beretem.
Fort jak fort ale słynny znak “Zatoka Amerykańska” chyba najbardziej zapamiętamy z tej wycieczki. Key West leży w Zatoce Meksykańskiej która niestety ze względu na kompleksy pewnych ludzi została przemianowana na Zatokę Amerykańską. Dla mnie zawsze będzie Meksykańska. Tak mnie uczyli w szkole i tak będzie. Pozatym Meksykańska brzmi tak bardziej egzotycznie.
Plaża w okolicy fortu jest bardzo przyjemna. Taka trochę zalesiona, ze stolikami i grillami piknikowymi. Jakbyśmy lubieli plaże to pewnie bylibyśmy stałymi gośćmi tu.
My jednak plażowi nie jesteśmy więc skierowaliśmy się w kierunku centrum i naszego hotelu. Jako następny punkt zwiedzania….bo jak zwiedzać to zwiedzać…wybrałam Dom Hemingway’a. Darek stwierdził, że on go już zna więc sama poszłam a za jego bilet mogłam sobie książkę kupić, no bo w sumie poza Stary Człowiek i Morze to nie wiele znam jego twórczości.
Lepiej niż jego twórczość znam jego życiorys. Fajnie było pochodzić po jego domu który do tej pory znałam tylko z książek które opisywały jego życie i związki. Bo żon i kochanek to on trochę miał. Dom na Key West to hiszpańska kolonialna rezydencja z 1851 roku, która w latach 1931–1940 stanowiła jego główne sanktuarium twórcze. Powstały tu takie dzieła takie jak Komu bije dzwon, Mieć i nie mieć czy Pożegnanie z bronią.
W domu też jest prawdziwa kociarnia choć w taki upał to sie pochowały. Nie dziwię się Darkowi, że stwierdził, że sobie odpuści tą atrakcje. Odwiedzić dom polecam ale raczej nie jest to atrakcja do której się wraca. No chyba tylko po to żeby kupić książki z jego twórczości z emblematem.
Zwiedzanie zaliczone to można teraz udać się na poszukiwanie starych kątów. Równolegle do naszej ulicy (Duval) jest ulica Whitehead. Pomiędzy tymi dwoma ulicami kręci się większość życia bo nie ważne od pory dnia czy smaków każdy znajdzie tu restaurację, kawiarnię czy pub dla siebie. I na pewno nie będzie miał problemu ze znalezieniem słynnego Key Lime Pie czyli ciasta na podobieństwo sernika którego głównym składnikiem jest sok z limonek.
Od tego właśnie zaczęliśmy. Bo największy problem ludzkości jest taki, że deser je się po obiedzie i zazwyczaj się nie ma na niego miejsca. Dlatego warto czasem zacząć od deseru, żeby mieć pewność, że się zmieści.
Ulicą Whitehead można dojść do portu skąd wypływają katamarany podziwiać zachód słońca ale można też dojść do początku…do początku autostrady numer 1. Droga ta ciągnie się wschodnim wybrzeżem od Key West aż do granicy z Kanadą w stanie Main. No tak, nie ma się co rozdrabniać i jak budować to od granicy do granicy.
Nas “jedynka” doprowadziła do starych zakamarków. Jakie było nasze zaskoczenie jak przez przypadek trafiliśmy na ten malutki sklep monopolowy pod którym też mamy zdjęcie ponad dwie dekady temu.
Ale nie sklep jest ważny a bary Hemingway'a. Skoro spędził on tu trochę czasu to i ma swoje bary. A marketing robi swoje i oczywiście tłumy ludzi walą do barów gdzie Hemingway'a przesiadywał. Jest tylko mały szczegół tu. Sloppy Joe's który jest oficjalną nazwą ulubionego baru Hemingway’a zmienił swoją lokalizację. Przeniósł się do większego lokalu niedaleko. Aktualny Sloppy to duży bar z muzyką na żywo, tańcami i piwem w plastikowych kubeczkach.
Oryginalny lokal nazywa się teraz Capt Tony’s Saloon. Jest mały kameralny z otwartą sceną na której każdy może śpiewać (na szczęście utalentowani tylko śpiewali) i niestety bar nie ma za wiele zasad więc papierosy można tam palić. Na szczęście w Stanach mało ludzi pali więc jakoś dało się wytrzymać.
Z nowych miejsc za to był bar na wybrzeżu gdzie można oglądać zachód słońca - o ile jest słońce bo dziś trochę pochmurnie, no i miejscówka na kolację.
Na kolację poszliśmy do Santiago's Bodega. Bardzo przyjemnej restauracji która ma menu składające się z tapas. Małe porcje ale za to można się dzielić i wiele spróbować.
I takim oto sposobem łaziliśmy tam i z powrotem odkrywając nowe kąty albo wracając na stare śmieci. Przeplatanie to dobry pomysł bo w końcu my też się zmieniamy i inne rzeczy nam się podobają. Do starych miejsc można wracać ale rzadko są one tak fajne jak je zapamiętaliśmy. One pewnie nie wiele się zmieniają ale my za to bardzo i z pewnych rzeczy i miejsc się po prostu wyrasta.
Sentymentalnym można być ale nie wolno sprawić aby sentyment spowalniał nas albo ograniczał przed odkrywaniem nowych miejsc.
2026.05.02 Key West, FL (dzień 1)
Pobiliśmy chyba nasz rekord. W 40 min od obudzenia do pierwszego drinka na lotnisku. Wyloty z LaGuardii rano są cudowne bo nie ma kolejek, korków i całego nie potrzebnego tracenia czasu. A do tego jak się nie nadaje bagażu to w ogóle luzik.
Gdzie tym razem? Na Key West, FL. Z tą małą wyspą na końcu archipelagu Keys który należy do Florydy, mamy wiele wspomnień. Kto by pomyślał, że zajmie nam ponad dwie dekady, żeby tam wrócić, ale zawsze jakoś było nie po drodze, albo za ciepło, albo za drogo, albo coś.
Wiele się zmieniło od tamtego czasu w naszym życiu ale ciekawe czy Key West też się zmienił. Na pewno zmieniło się podróżowanie nasze na tą wyspę na Zatoce Meksykańskiej.
Znacie ten dowcip o różnych etapach bogactwa?
Pierwszy etap to sobie kosisz trawę bo cię nie stać na ogrodników.
Drugi etap już cię stać na ogrodników więc nie musisz kosić trawy.
No i jest jeszcze trzeci etap… masz w tyłku pracę i cieszysz się, że możesz sobie sam kosić trawę.
Podobnie jest z Key West. Najpierw śpisz na innych wyspach, położonych 30-60 min samochodem i jedziesz do Key West autem tylko na kilka godzin. Takie właśnie było nasze pierwsze doświadczenie.
Etap drugi to jedziesz autem z Miami ale już śpisz na Key West. Ten etap mnie ominął i może lepiej bo nie przepadam za długimi jazdami samochodem a z Miami na Key West jest spokojnie ponad 3h.
Kolejny etap to lądujesz na Key West i śpisz na Key West.
Tak właśnie zrobiliśmy, choć w tym scenariuszu nie masz okazji odwiedzić Parku Narodowego Everglades na którym mi zależało. Dlatego nasz plan to taka wersja 2.5 bardziej niż 3. Lecimy na Key West, tam śpimy dwie noce a potem jedziemy autem na kontynentalną część Florydy, żeby zobaczyć park Everglades i odwiedzić naszych przyjaciół w Ft. Lauderdale.
Lot na Key West był bardzo przyjemny. Najbardziej jednak podobały mi się widoki przy lądowaniu. Samolot nie mieliśmy jakoś super wcześnie ale wystarczająco wcześnie (9 rano), żeby pierwszą część lotu jeszcze przespać. Z NY na Key West leci się nie wiele więcej niż podróż samochodem z Miami na Key West. Z samolotu jednak dużo lepiej wygląda słynna droga przechodząca przez Keys. Droga ta bowiem 47 mostami łączy wyspy archipelagu Keys i kończy się właśnie na Key West.
Key West jest malutką wyspą więc teoretycznie można iść z lotniska do centrum (ulicę Duvel) na nogach. Może i nawet byśmy to zrobili ale jak tylko wyszliśmy i poczuliśmy ten gorąc to od razu wskoczyliśmy w taksówkę i w 10 min byliśmy w hotelu. A dokładnie w hotelowym barze.
Musieliśmy się ochłodzić a nasz pokój jeszcze nie był gotowy. Śpimy w La Te Da. Jest to dom z 1882 roku który należał do producenta cygar Teodora Perez. W 1883 roku na zaproszenie Teodora z balkonu na pierwszym piętrze przemawial Jose Marti który walczył o wyzwolenie Kuby (Cuba Libre) od Hiszpanów.
Zdjęcie z archiwów
Robiąc rezerwację nie miałam pojęcia, że będziemy spać w tak historycznym miejscu. Dla mnie był to jeden z wielu małych kameralnych hoteli. Key West bowiem nie wpuścił dużych hoteli do centrum. Dopiero bliżej lotniska na obrzeżach wyspy pobudowały się sieciowe hotele ale na szczęście nie ma ich dużo. Centrum wyspy jest jednak bardzo kameralne i nadal zachowuje orginalny nastrój.
Z ciekawostek to dużo hoteli albo właściwie powinnam napisać hotelików jest tylko dla dorosłych. Rodziny nie mogą tam spać. Mnie to dziwiło ale też cieszyło bo na Key West wcześnie nie chodzi się spać, a w tych starych budynkach ściany są cienkie i ostatnią rzecz którą chcesz to latające dzieci o 7 rano.
O siódmej rano za to koguty mogą cię budzić. Bo kogutów, kur i pislaków tu jest mnóstwo.
Kurczaki zadomowiły się w centrum Key West po tym jak w 1998 roku huragan Georges zniszczył wiele nadbrzeżnych zabudowań, między innymi kurniki. Zwierzęta przeżyły ale szukając schronienia uciekły do środka wyspy czyli właśnie w rejony ulicy Duval. Dużo też kogutów jest jako pozostałość po walkach kogucich które to zostały zabronione na Florydzie w 1986 roku ale sprawiły, że koguty są nie odzownym elementem Karaibów. Od tego czasu drób się rozmnożył i teraz jest wszędzie. Miasto chroni koguty i kury bo jakby nie było to są one pożyteczne. Podobo zjadają larwy komarów, karaluchy a nawet skorpiony.
Jednego skorpiona na szczęście nie zjadły, a Skorpion też zostawił koguty i wybrał wodopój. Nawet na tej małej wysepce na końcu Ameryki są browary. A może właśnie dlatego, żeby mogli napisać, że najbardziej wysunięty na południe browar. Wszystko co jest najbardziej wysunięte zawsze przyciąga turystów. Na szczęście to nie okazała się pułapka turystyczna a bardzo dobry browar z tanim piwem, tylko $4 na happy hours na które akurat trafiliśmy.
Bardzo dużo restauracji i barów na Key West jest na zewnątrz. W zimie ma to sens bo w grudniu temperatury są tu przyjemne koło 20C. Natomiast w lato, upał i wilgotność nie sprzyjają takiemu układowi. Aktualnie tutaj pomału kończy się sezon. Dobrze że piwko zimne, wiatraki przy suficie to jakiś tam przewiew był.
Na Key West życie toczy się nocą więc rezerwacje kolacji robiłam wcześniej co by potem na spontanie gdzie nas nogi poniosą odkrywać miasto. Kolacje mieliśmy w części oddalonej od głównego zgiełku ale za to przy fajnej plaży.
Na Key West nie ma za wiele plaż. Wybrzeże jest tu bardziej skaliste, albo zabudowane marinami na katamarany. Trochę plaż jest bliżej lotniska. My na plażę rzadko chodzimy ale oglądać zachód słońca albo napić się drinka na leżakach po zachodzie to możemy.
Kolacja pyszna ale co fajniejsze to po kolacji mogliśmy wziąć wino i dokończyć je na plaży na leżakach. My plaże lubimy w bardzo specyficzny sposób i bycie na niej po zachodzie słońca, ogladanie gwiazd i pełni księżyca to zdecydowanie jeden z tych specyficznych sposób które my bardzo lubimy. Chyba jednak jesteśmy w mniejszości bo dużo innych ludzi nie było, no poza gośćmi z wesela które niedaleko (też na plaży) się odbywało.
Tak się fajnie siedziało, że nawet nie ciągło nas do głośnych barów Duval Street. Wracając do hotelu zahaczyliśmy jeszcze tylko o “najbardziej wysunięty punkt na południe”. I znów nam się udało, że nie było kolejek do zdjęcia i dużej ilości ludzi.