2026.07.17 Breckenridge, CO (dzień 1)

Zapowiada się potężny weekend w Nowym Jorku. Nie dość, że na niedzielę planowany jest finał mistrzostw świata w piłkę nożną (Argentyna - Hiszpania) to jeszcze powietrze mamy zanieczyszczone pożarami lasów u naszych północnych sąsiadów. Nic tylko szybko się spakować i uciekać za miasto.

Gdzie się wybrać to u nas prosty wybór, górki. A jak góry to Denver. Bo tam zawsze mamy jakoś po drodze i lubimy tam latać. W miarę blisko i już znamy na tyle ten rejon, że nie trzeba wiele planować.

3.5h lot samolotem w miarę szybko zleciał. Jedno co mnie zaskoczyło to personalne podejście załogi. Jeszcze nigdy nam się nie zdażyło żeby w ktoś nam dał ręcznie napisane podziękowania. Słowne się zdarzały pare razy, ale ręcznie napisane? Chyba Delta na maxa się stara! No dobra, zostaniemy jeszcze z nimi może z rok/dwa zanim American Airlines nas jeszcze bardziej nie polubi, albo Delta nas jeszcze bardzie nie będzie denerwować.

Wylądowaliśmy późno w nocy, więc nie chciało nam się dzisiaj jechać w góry. W Denver koło lotniska jest wiele hoteli, więc nie było problemu się przespać i rano prosto wyruszyć w góry.

Przyjechaliśmy tutaj na 4 dni i planujemy zrobić 3 hiki. W pierwszy dzień mamy późniejszy start więc będzie lżejszy hike. Taki paro-godzinny spacer na rozprostowanie nóg i przygotowanie się na większe dni. Oprócz tego trzeba się trochę zaaklimatyzować. Stan Kolorado jest położony na znacznej wysokości. Rejon Breckenridge gdzie planujemy spędzić 3 dni znajduje się na 3,000 metrów. Trzeba parę dni żeby się przestawić. Ciężko tak prosto z samolotu iść w góry na tej wysokości.

Do  miasteczka Frisco gdzie mamy zaplanowany pierwszy hike przyjechaliśmy dopiero o 11:30 rano. Trochę nam zeszło w Denver. Ale wiadomo, wszystko zajmuje czas. Śniadanie, wypożyczenie samochodu, zakupy na hike, droga w góry…

W południe w lato na hike? Dokładnie, my też tego nie lubimy, ale czasami nie ma wyjścia. Na szczęście tu jest wysoko i nie jest aż tak gorąco, jakieś 20C. Duża część szlaku idzie lasem, więc jest cień.

Mamy w planie wyjść na szczyt 1 o wysokości 3,900 metrów. W Breckenridge chyba brakło im pomysłów na nazwy bo dziesięć okolicznych gór nazwali od 1 do 10.

Musimy się wznieść 1,100 metrów gdzieś na odcinku 7km. Dobrze i zdrowo do góry. Im wyżej tym było mniej drzew i to ostre pustynne słońce było coraz to bardziej odczuwalne.

Na szczęście z pomocą przyszła Matka Natura i ściągnęła gęste i ciemne chmury. Szybko wiatr się zerwał i temperatura momentalnie zaczęła spadać. Niestety wraz z chmurami pojawiły się odgłosy burzowe.

Popołudniowe burze w lato w wysokich górach to prawie codzienność, więc nie było to dla nas zaskoczeniem. Niestety druga część hiku idzie granią i prowadzi stromo na szczyt gdzie podczas burzy wspinanie się po mokrych skałach nie należy do mądrych rzeczy.

Doszliśmy do jakiegoś rozgałęzienia szlaków i postanowiliśmy tutaj poczekać w jakim kierunku burza pójdzie. Usiedliśmy na drzewie, poszukaliśmy w plecaku coś na przegryzkę i obserwowaliśmy niebo. Czasami kropnęło,  czasami było słychać wyładowania atmosferyczne, które lokalni na szlaku nazywali dodatkowi efektami dźwiękowymi. Burza się kręciła wokół, ale nie chciała odejść. Postanowiliśmy zmienić plany.

Dzień jeszcze był długi i spokojnie można by wyjść i zejść ze szczytu 1 za widoku, ale niestety nie gdy burza wisi nad tobą. Poszliśmy na inny, zalesiony szczyt o nazwie Royal. Mt. Royal (3,200m.) jest niższy od szczytu 1 o 600 metrów i w całości pokryty jest lasem co sprawia, że jest znacznie bezpieczniejszy. Tak też było. Szeroką ścieżką w ciągu 30 minut wyszliśmy na szczyt Royal.

Ze szczytu rozciąga się piękny widok na całą dolinę autostrady 70. Wiele razy jadąc tą drogą widziałem ten szczyt co tak górował nad drogą i zawsze sobie mówiłem, że kiedyś tam wyjdę. A dzisiaj, zupełnym przypadkiem go zdobyliśmy.

Odgłosy burzy dalej było słychać, więc za długo na szczycie nie zabawiliśmy. W sumie nie padało, co nam znacznie ułatwiło schodzenie. Stromo, ale bez utrudnień w ciągu godziny byliśmy na dole.

Coraz więcej się słyszy o pożarach lasów. Jest to potężne zagrożenie nie tylko dla zwierzyny, ale też i człowieka. Zwłaszcza dla ludzi mieszkających blisko lasów, albo jak tutaj, w lasach. Co nas zaciekawiło to wielkie stożki zrobione z drzew które leżały na ziemi. Jest ich wiele, zwłaszcza blisko osiedli. Ponoć skutecznie utrudniają rozprzestrzenianie się ognia i lepiej magazynują śnieg i wodę. Cokolwiek, żeby zatrzymywać żywioł ognia.

We Frisco mamy ulubiony browar który często nam gasił pragnienie po hikach. Teraz Ilonka znalazła inne miejsce. Nie mogłem odmówić i „musiałem” odwiedzić.

Nic specjalnego. Średniej jakości piwka i brak klimatu. Nie chciało nam się zmieniać miejsca, więc już tu zostaliśmy, ale następnym razem raczej pójdziemy do sprawdzonej miejscówki, czyli Outer Range Browaru.

Około godziny 17 przyjechaliśmy do Breckenridge, zrobiliśmy zakupy na jutrzejszy hike, odebraliśmy klucze od mieszkania i poszliśmy do naszego ulubionego baru czyli BoLd w centrum miasteczka na kolację.

BoLd jest to bar/restauracja. Barowy klimat z dobrym jedzeniem. Często, zwłaszcza w zimie ich odwiedzamy. Mają duży wybór lanych piw, dobre jedzenie i ceny ok jak na resort narciarski. Ich tacos i hamburgery są bardzo dobre.

Dzisiaj poszalałem i zamówiłem schab z kością. Dobry, fajnie zamarynowany i soczysty.

Nie siedzieliśmy za długo bo jutro wczesna pobudka na hike. W ciągu dnia jest za ciepło żeby chodzić po górach. Wczesny start jest obowiązkowy. Po drugie jutro jest mecz o trzecie miejsce (Anglia - Francja), więc musimy wrócić do BoLd-a i zobaczyć tą zaciętą rozgrywkę.

Do jutra.

Next
Next

2026.05.04 Everglades NP, FL (dzień 3)