2026.07.18 Breckenridge, CO (dzień 2)
W góry niestety trzeba wychodzić wcześnie rano. Nie ma znaczenia czy zima czy lato. W zimie dzień się szybko kończy, a chodzenie zimą po ciemku i mrozie na pewno nie należy do przyjemności.
W lato jest zupełnie odwrotnie. W ciągu dnia jest za gorąco żeby chodzić. Rano i wieczorami jest przyjemnie chłodno. Niestety popołudniowe burze są częste i niebezpieczne, zwłaszcza w wysokich górach. Rejony szczytów czy grani najlepiej jest opuścić przed godziną 13. No i najważniejsze, trzeba zejść na dół przed zachodem słońca, żeby znaleźć jakiś browar i póki jest ciepło usiąść na zewnątrz z widokiem na góry i odpocząć.
Na dzisiaj mamy zaplanowane ponowne zdobycie szczytu 10. Parę lat temu zabrakło nam czasu/energii/aklimatyzacji. Dzisiaj bardziej przygotowani czasowo, logistycznie i pełni energii spróbujemy ponownie go zaatakować. Wczorajszy późny start i związane z tym niepowodzenie w zdobyciu szczytu nauczyło nas jednego, pobudka o 6 rano!
Szlak na szczyt 10 (4,157 m.) zaczyna się dokładnie z Breckenridge, prawie spod naszego mieszkania. Niestety jest on dość długi i suma w obu kierunkach wynosi 22km. Trochę to dużo jak na „spacerek” powyżej 4,000 metrów bez pełnej aklimatyzacji.
Na szczęście mądrzy ludzie w górach w Kolorado w lato pozwalają jeździć samochodami po resorcie narciarskim. Kocham tą wolność zachodu. Nawet nie trzeba mieć żadnego specjalnego Jeep-a. Większość samochodów może spokojnie do połowy góry dojechać, czyli na wysokość 3,436 metrów. Jak zwykle nie udało mi się wypożyczyć zwykłej Toyoty 4 Runner tylko znowu dostałem lepszy samochód w tej samej cenie. Dali nam BMW X2 35 M power. Szybkie i mocne to! Tutaj na szutrze nie potrzebowałem takiej mocy, ale na autostradzie 70 to można się bylo pobawić.
Wjazd do resortu jest za darmo i można nawet wyjechać prawie na sam szczyt. Oczywiście gdzieś tak od połowy góry, czyli od górnych stacji wyciągów narciarskich droga się zmienia z off-road na górską. Tam już jest ciekawie i bez specjalnego samochodu przystosowanego na takie warunki i bez odpowiednich umiejętności nie polecam tam jechać. Są tak ostre kamienie, że bez specjalnych opon nie ma co tam robić. Zwykłe opony się szybko poprzecinają.
Tak jakoś dziwnie się jedzie do góry po trasach narciarskich którędy w zimie się śmiga na nartach. Mija się wyciągi, knajpy które są oblężone w sezonie a teraz wszystko wyzamykakne na cztery spusty. Droga nie jest trudna. Czasami woda zrobiła koleiny i trzeba troszkę pomyśleć jak je ominąć, ale ogólnie to bez żadnego problemu wyjechaliśmy.
Do tego miejsca prawie każdy samochód może dojechać. Dalej już jest zupełnie inaczej i na 120% nasz samochód by sobie tam nie poradził. Tutaj dochodzą wyciągi narciarskie na główną bazę pod szczytem 9. Znajduje się restauracja/bar/ubikacje i inne konieczne udogodnienia dla narciarzy. Aktualnie nie ma sezonu i wszystko jest zamknięte.
Miejsca na parking jest wiele. Byliśmy drudzy na „parkingu”, tylko samotne Subaru sobie stało. Zaparkowaliśmy gdzieś z boku, ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy dalej na nogach. Do szczytu wciąż mamy 5km i ponad 700 metrów w pionie.
Ósma rano, wysoko w górach, chłodno, słoneczko, brak ludzi i wiatru…. no IDEALNIE!
Cały czas będziemy się znajdować powyżej górnej granicy lasów, czyli zero cienia przez cały dzień. Na tej wysokości z pustynnym słońcem nie ma żartów. Albo się dobrze smarujesz kremem z 50+ filtrem, albo zakrywasz ciało. Jesteś mniej więcej na szerokości geograficznej północnej Afryki. Wybraliśmy zakrywania ciała.
Fajnie tak się idzie trasami narciarskimi i wspomina się zimę jak tutaj się wyszukuje ciekawych zjazdów. Znajdujemy się na granicy górnych wyciągów więc większość tras tutaj to albo ◆◆ albo otwarte przestrzenie do których trzeba podejść żeby fajnie zjechać. Całą dolinę między szczytem 8 i 9 widać jak na dłoni. Zimą jest tu bajka. Teraz tylko zwierzaki się tu pasą.
Prawie do samego szczytu idzie się „drogą”. Idąc do góry nie spotkaliśmy żadnego samochodu. Pewnie za wcześnie dla nich. Oni nie muszą wcześnie wstawać i mogą się fajnie wyspać. Samochodem znacznie szybciej pokonuje się te odległości.
Wyszliśmy gdzieś na 3,700m. Znajduje się tutaj płaski teren między szczytami 9 i 10. Od tego miejsca droga wspina się na szczyt znacznie stromiej. Dalej można tutaj jechać samochodem jak się umie i ma się czym. Usiedliśmy na chwilę na trawce, zjedliśmy coś i nabraliśmy energii przed atakiem na przełęcz która znajduje się już powyżej 4,000 metrów.
Z początku szło się w miarę ok, ale im wyżej tym brak tlenu starał się coraz to bardziej odczuwalny. Trasa jest bardzo łatwa, jedyne utrudnienie to wysokość.
Przełęcz osiągnęliśmy gdzieś około 11:30. Do tego miejsca można dojechać samochodem. Nawet widzieliśmy kolumnę trzech samochodów wspinającą się do góry. Dwa wyjechały, jednemu się nie udało. Później spotkałem tego kierowcę i mi powiedział, że nie jechał dalej bo się bał o samochód. Szkoda mu go było aż tak niszczyć.
Do szczytu z przełęczy jest jakieś 30 minut. Tutaj już nie jest łatwo. Po skałach granią do góry. Nie jakieś bardzo techniczne ale ręce potrzebne. Samochodem by już tego nie zrobił. No i wysokość i brak tlenu coraz bardziej odczuwalne. Podciąganie się na +4,000 metrów nie jest łatwe.
Około południa stanęliśmy na szczycie 10! Wysokość 4,157m. Zmęczeni ale zadowoleni, że w końcu się udało!
Przyjemnie powiewało tutaj chłodem. Można było zrzucić plecaki, ściągnąć buty i się schłodzić. Jest to jeden z wyższych szczytów więc widoki przy dobrej pogodzie też były nieczego sobie.
Na szczycie spotkała nas trzy-osobowa grupa która wyszła (wybiegła) z drugiej strony, od szczytu 9. Wiedziałem o istnieniu tego szlaku, ale słabo był on polecany. Chłopaki potwierdziły, że jest słabo oznaczony, cały czas po skałach i bardzo łatwo go zgubić. Oni w ogóle to biegają po górach i nie patrzą na szlaki. Biegną od szczytu 1 przez wszystkie szczyty i gdzieś dalej. Trenują na jakieś górskie zawody. Spokojnie robią ponad 20km.
W pierwotnym planie mieliśmy przejść ze szczytu 10 i wyjść na 9 i z niego zejść do samochodu innym „szlakiem”. Ale to jest szlak widmo, czasami jest czasami go nie ma. Idąc dzisiaj do góry wypatrywałem go ale się nie udało go wyczaić. Chłopaki powiedziały, że słyszały o jego istnieniu ale nigdy go nie znalazły. Mówili, że szczyt 9 jest w miarę prostym szczytem i łatwo można z niego zbiec po kamieniach albo trawie, ale na żadnej z map tego szlaku nie ma. Na GPS też go nie namalowali.
Nie posłuchaliśmy porad lokalnych i nie ruszyliśmy w kierunku 9. Pewnie by to było do zrobienia, ale schodząc z czterotysięczników bez szlaku za bardzo nam się nie uśmiechało. A co najważniejsze, dzisiaj mecz o 3 miejsce: Anglia - Francja. Trzeba go w BoLd oglądnąć.
Zejście do przełęczy sprawiało trochę trudności i trzeba było pomału i ostrożnie schodzić. Natomiast później to już leciało. Szeroką drogą można było szybko się poruszać. Im niżej tym więcej tlenu - nawet głowa przestawała boleć.
Żadnych dużych zwierzaków nie widzieliśmy dzisiaj. Jedynie co to na polanach Świstak pozował nam do zdjęć. Chciał nam pogratulować zdobycia szczytu.
Teraz jak schodziliśmy to znacznie więcej samochodów jechało do góry. W sumie to jakieś 10-12 nas minęło. Wszystkie oczywiście Jeep Rubikon albo podobne do tych klasycznych, terenowych zabawek. Jechało też paru rowerzystów do góry. Większość na elektrycznych rowerach, ale było paru mocnych co używają tylko mięśni.
Około godziny 14 dotarliśmy do samochodu. Na parkingu przybyły jakieś 2-3 inne samochody. Ludzi na szlaku nie widzieliśmy, pewnie poszli w inne rejony. Może znaleźli szlak na szczyt 9 i tam się udali.
Udało nam się. Jak tylko weszliśmy do samochodu to zaczęło padać. Na początku lekko, a potem to nawet czasami musiałem wycieraczki w samochodzie na 2 włączać. Dobrze, przynajmniej się nie kurzyło przy zjeździe.
Godzinę później już byliśmy w domu. Przebraliśmy się i na drugą połowę meczu poszliśmy do naszego baru. Szliśmy szybko, bo co popatrzyłem na telefon do Anglia zdobywała kolejną bramkę. Jak było 4:0 to prawie biegliśmy zobaczyć co się dzieje. Czy naprawdę wicemistrz świata zapomniał jak się gra w piłkę….
W ostateczności Anglia wygrała, ale w drugie połowie Francja sobie przypomniała jak się biega po boisku i zdobyła parę bramek
Niestety w BoLd nam podpadli z obsługą. Jedzenie było dalej dobre, ale za bar dali jakieś „dzieci” i żadnej interakcji nie było. Przecież chodzisz do baru żeby się wygadać barmanowi, nie? Płacisz im za to żeby cię wysłuchali i udzielili życiowych porad. Lepszych niż najlepszy psycholog. A tu zero dialogów. Mimo, że jedzenie dobre to chyba zmienimy bar w Breckenridge. Piwo i kotleta to ja mogę mieć w domu, chodzi o service, atmosferę interakcje. Zawód dobrego barmana nie jest łatwy. Trzeba mieć dużą i obszerną wiedzę, a także umiejętności jej sprzedaży. Nie wystarczy tylko nalać piwo i zrobić drinka. Praktykę nabiera się latami. Widać, właściciele nie rozumieją tego i zatrudniają tanią siłę roboczą. Niestety to tak nie działa. Pożyjemy zobaczymy…..
Nie siedzieliśmy za długo bo jutro kolejny dzień i kolejny wczesny hike. Trzeba iść spać w miarę wcześnie, żeby jutro o 5 rano nie wyłączyć budzika i nie przewrócić się na drugi bok.