2026.07.19 Breckenridge, CO (dzień 3)
OK, czyli jesteśmy górołazami, ale jak poważnymi. Bardzo dobre pytanie. Czy ktoś kto wychodzi tylko na Macejową jest górołazem, czy różni się od osoby która idzie w góry na 12h albo mniej. A jak nazwać osobę która wspina się kila dni? W Polsce mówi się “chodzę po górach”, “uprawiam alpinizm”. Ale im więcej opcji tym określenie “chodzę po górach” może dla każdego znaczyć coś innego. To tak jak z winem… piję dobre wina… dla kogoś dobre będzie za $10, dla kogoś za $30 a dla innych powyżej $100. W dzisiejszych czasach jest tyle poziomów robienia czegoś ile ludzi. Więc jak określić jakim górołazem jesteś?
Ostatnio na kolacji służbowej ktoś zadał mi to pytanie. Jak zaangażowanym górołazem jesteś. Nie bardzo umiałam na to odpowiedzieć ale osoba zadająca pytanie miała pomocnicze pytanie. “Czy masz buty na hike?”. No to już lepiej… tak, mam trzy pary. I takim oto sposobem okazało się jak zaawansowanym górołazem jesteś. Ja mam trzy pary, ale Darek już cztery. Jest coś w tym. Na baby hikes można iść w lekkich butach poniżej kostki, na większe wspomaganie kostki się przydaje a do tego dochodzą zimowe szlaki gdzie buty muszą być na raki.
Dzisiaj robimy baby hike. I pomimo, że jesteśmy w pięknych i wysokich górach i moglibyśmy spokojnie iść na 8h szlak to wybraliśmy coś do 3-4h. Dlaczego? No bo dziś jest mecz. Góry zawsze będą a mecz o pierwsze miejsce w mistrzostwach świata 2026 jest tylko raz. Jeśli będzie bo powietrze w Nowym Jorku nadal jest makabryczne. Będziemy obserwować co zdecyduje FIFA. Zawsze będzie można przedłużyć szlak i iść gdzieś dalej.
Dziś Darek wynalazł szlak Black Powder (czarny proszek) z przełęczy Boreas Pass. No tak, tu gorączka złota była pełną parą więc pewnie czarny proszek do wysadzania był używany często. Teraz to już tylko zostały resztki kolei z tamtych czasów no i góry. Bo gór na szczęście nie powysadzali.
Z przełęczy do punktu widokowego nie było wiele. Trochę ponad 300 m. Idealnie na spacerek przed śniadaniem. Mówiłam, że będzie to baby hike.
Ale było cudo. Na parkingu nie było żadnego innego auta, po drodze widzieliśmy bardzo dużo namiotów i miejsc biwakowych więc w górach pewnie nie byliśmy sami. Ale na szlaku, nie było nikogo. Wyruszyliśmy zaraz po 7 rano więc było idealnie. Ten moment kiedy świat budzi się do życia, powietrze jest rześkie, słońce takie poranne, powietrze jeszcze chłodne a ty zaczynasz dzień z przepięknymi widokami. Normalnie aż chciało się usiąść na trawce i wypić kawę. Tylko że kawy nie mieliśmy.
Szlak był cały czas do góry i widoki towarzyszyły nam przez cały czas. Tak się fajnie szło, że w około godzinę doszliśmy do punktu widokowego. Tutaj przywitał nas świstak który wygrzewał się w słoneczku. Niestety jak nas zobaczył to zaczął gonić w kółko i na zdjęcie się nie załapał.
Z tym szlakiem to jest tak trochę dziwnie. No bo na All Trails, aplikacji którą używamy w górach szlak tylko był do punktu widokowego. Wg. nas punkt widokowy był trochę wcześniej, natomiast Darek gdzieś wyczytał, że można iść z punktu widokowego dalej i wyjść na Bald Mountain.
Poszliśmy więc to wszystko obczaić. Dokąd był szlak to i my szliśmy. Niestety przy kupie kamieni szlak się skończył. Niby widać ładnie było górę, stosy kamieni po których normalnie by można było wyjść… normalnie jak się ma tlen. Nie zapominajcie, że to wszystko dzieje się na wysokości 3,800 m. Czyli iść można ale już jakieś nagłe ruchy czy większy wysiłek nie są wskazane.
Czas mieliśmy nie najgorszy… czas i pogoda to były jedyne rzeczy które mieliśmy. Z tlenem i szlakiem było trochę gorzej. Zwłaszcza ze szlakiem…jakbyśmy nie szukali to go nie mogliśmy znaleźć.
Aż dziwne, że ludzie nie wydeptali zig-zaków na szczyt. Był kawałek do pokonania ale nie było to takie strasznie trudne. Jakbyśmy byli na poziomie tysiąca metrów to pewnie byśmy się po tych kamyczkach wyspinali bo nachylenie było idealne i zachęcało, żeby iść dalej. Kiedyś tu wrócimy jak będziemy już mieszkać a Denver. Wtedy takie 4tys metrów to będzie dla nas pikuś.
Nadal nie mogę uwierzyć, że taki piękny szlak i bliski jest tak na wyciągnięcie ręki. Mieliśmy niedosyt jeśli chodzi o zmęczenie, jeśli chodzi o widoki to nie mogliśmy się napatrzyć i nadziwić.
Nie udało nam się znaleźć szlaku więc zawróciliśmy. Schodząc na dół spotkaliśmy już dużo więcej ludzi. Nie zazdrościliśmy im. Szlak jest piękny ale jego piękno polega na braku lasów przez co są piękne widoki. Ale co się z tym wiąże to cały czas idzie się w słońcu. Jak schodziliśmy to już było po 10 i słoneczko grzało na maksa. Dla nas ok bo by schodziliśmy ale wspinać się do góry w tym upale to nie jest fajne. Opłacało się wcześnie wstać.
Niedługo po 10 byliśmy znów na Boreas Pass. Pomimo ciężkich warunków klimatycznych w początkach XIX wieku mieszkało na przełęczy 150 ludzi. Ich główne zadanie polegało na utrzymaniu kolei która przebiegała przez przełęcz i łączyła Denver z Leadville. Aktualnie Leadville nie jest popularnym miasteczkiem choć nasza agentka nieruchomości polecała nam rozważyć Leadville jak szukamy czegoś co się dopiero rozwija. Może znów wróci do łask. Jednak aktualnie są drogi którymi łatwo można się dostać między Denver i Leadville i nie trzeba wyjeżdżać na przełęcz. Przez 50 lat jednak kolej tutaj funkcjonowała w najlepsze i było doceniana przez mieszkańców Kolorado.
To było 200 lat temu i po kolei zostały tylko resztki torów, tablice pamiątkowe i parę domków które robią za schroniska dla tych co postanawiają pokonać te góry na nartach w zimie. No bo są tacy co lubią na nartach z plecakiem przemieszczać się tu dniami.
Z przełęczy jest kilka innych szlaków ale wszystkie są dość krótkie za to widokowe. Dobra miejscówka, żeby pokazać gościom jak ktoś nas odwiedzi w Kolorado (jak już tu się przeprowadzimy). My jednak skierowaliśmy się na dół. O ile wyjeżdżając na górę byliśmy sami na drodze o tyle zjeżdżając już widzieliśmy dużo więcej aut a na samym dole stała policja i sprawdzała czy naprawdę twoje auto jest zdolne wyjechać po tej drodze żużlowej.
Czasowo idealnie nam się wszystko ułożyło i zdążyliśmy na mecz. W finale grała Argentyna i Hiszpania. My przez całe mistrzostwa kibicowaliśmy mocno Europie. Bo z takich ciekawostek to w Stanach zawsze ma się więcej niż jeden zespół do kibicowania. Jest USA i… po pierwsze USA jeszcze się uczy więc warto mieć inny zespół w zanadrzu a po drugie to jest tu tyle imigrantów, że każdy ma jeszcze jakieś inne ulubione kraje.
Na mecz poszliśmy do Bold. Choć musimy przyznać, że trochę nasza ulubiona knajpka nam podpadła. Z każdym dniem pogarszał się serwis i coraz młodsi i mniej doświadczeni ludzie byli za barem. No nic trzeba będzie znaleźć coś innego.
W ramach znajdowania czegoś nowego na kolację wybraliśmy nową restaurację. Już mi parę razy chodziła po głowie ale jakoś albo nie było okazji albo nie brali rezerwacji na większe grupy. Tym razem wszystko się zgrało i w końcu odwiedziliśmy Rootstalk. Jedzenie z wyższej półki ale też obsługa dużo lepsza niż w Bold. Nawet kelner w pewnym momencie przyszedł do Darka i powiedział, że pieką mu steka drugi raz bo pierwszy wyszedł za bardzo wypieczony i czy chcemy w między czasie jakąś przystawkę za darmo. Przystawki nie chcieliśmy ale deser czemu nie.
A deser to niebo w gębie. Nie da się ukryć. Cudo….
Fajna restauracja żeby zakończyć ten krótki ale jaki przyjemny wypad w górki. Jutro wracamy do Denver i NY. W Denver jeszcze wyskoczymy na sushi z naszą agentką nieruchomości, podziękować jej za całą pomoc. A potem to już prosto do NY. Tym razem aż chce nam się wracać. Darek załatwił super bilety na Jon Bon Jovi w MSG.
Tym razem Suite Sixteen nie był oblegany przez branżę marketingową. Tym razem biznes alkoholowy przejął suite. Podstawowa różnica? Jak ja załatwiam bilety tu to ledwo miejsce siedzące można znaleźć a za drinki trzeba płacić. Jak Darek załatwił to nie dość, że miejsc siedzących było pod dostatkiem to jeszcze pyszne szampany się lały bez limitu. Tak to można oglądać koncerty! Marzenia są po to żeby je spełniać. No i Darek spełnił moje marzenie i po 15 latach zobaczyłam Bon Joviego w końcu na żywo.