2026.08.11 Milan & Dolomites, IT (dzień 0)
Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?
Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.
Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.
5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.
Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.
Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.
Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.
W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.
Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.
W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.
Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.
Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.
Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.
Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!
Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.
Wiecie co jadłem? Hamburgera!
Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.
Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.
Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…
Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.
Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.
Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.
Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….
Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.
Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….