Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 24
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.12 Mediolan, IT (dzień 1)
Latanie jednak może być przyjemne. Jak to się mówi, jak nie lubisz latać to znaczy, że jeszcze nie poleciałeś liniami które ci się spodobały. Emirates wygrywa…wygrywa wszystkie konkursy. Ale najbardziej super miękka pidżamę, normalne drotowe ręczniki do jednorazowego użycia w toalecie, pyszne jedzenie i wino, bar na pokładzie i przestronne siedzenia ale przede wszystkim cisza. Nigdy nie leciałam tak cichym samolotem, ale sciany miał grube. Tak grube, że zdjęć się nie dało robić ale to nic, najważniejsze, że była cisza.
W żadnym samolocie aż tak się nie wyspałam. Na śniadanie musieli mnie obudzić bo spałam mocnym snem. I wiecie co? To śniadanie to nie było jakieś papierowe…byly to normalne jajka które sprawiły, że aż do kolacji nie byliśmy głodni.
Lot minął nam szybciutko. Mieliśmy późny wylot i w związku z tym późne lądowanie. W Mediolanie byliśmy dopiero w południe. W mieście/hotelu jednak dopiero 1.5h później. Lotnisko w Mediolanie jest położone dość daleko. Jakieś 45min samochodem od centrum. Jednak trochę nam zeszło aby odebrać bagaże i znaleźć Ubera. Znaleźć gdzie się zatrzymują Ubery nie było łatwo ale jakoś go wypatrzyliśmy wg. mapki i mogliśmy wygodnie usiąść w Merolu. Woleliśmy Uber’a niż taksówkę z postoju bo jakoś nie ufamy jeździe na licznik, wolimy znać cenę z góry no i dobrze bo Uber też ma dużo fajniejsze auta i z klimą.
Niestety pokoju jeszcze nie mieliśmy. Tym razem nie śpimy w Marriocie tylko jakimś butikowym hoteliku. I znów stwierdziliśmy, że może i lepiej? Mniejszy hotel a nie duża sieciówka to się bardziej starają. Woda, ciasteczka, inne napoje za darmo w lobby, lodówka w pokoju też wypełniona za darmo napojami a do tego jeszcze darmowy buffet a lunch i kolacje. Fajnie tak, że ziemna woda pod ręką bo tu trzeba pić dużo. Jest zdecydowanie za gorąco no ale kto jedzie do Włoch czy południowej Europy w lato….chyba nikt normalny.
To co my właściwie robimy w środku lata w upalnych Włoszech? Darek obiecał, że kiedyś będzie chłodno…. kiedyś czyli jutro jedziemy w góry, Dolomity i ma być średnio 10C chłodniej. Miejmy nadzieję. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy od razu po samolocie więc jedną noc spędzimy w Mediolanie ale już wiemy, że za dużo nie pochodzimy. Czekając na pokój wyszliśmy z hotelu tylko przejść się parę minut ale nie dało się i wstąpiliśmy do lokalnego baru. Lokalnego bo każdy tu każdego znał i wstępował na 5-10 min na szybkie espeesso i ruszał dalej. Tylko my jacyś śmieszni turyści zamówiliśmy piwko.
O 15 godzinie w końcu dostaliśmy pokój i padliśmy. Emiraty emiratami, samolot wygodny ale jednak łóżko to łóżko. Jak padliśmy to dopiero obudziliśmy się na kolacje.
Na kolację wybraliśmy Cantine Milano które słynie z wyboru win. Koncept restauracji jest, że najpierw wybiera się wino a potem jedzenie. Trochę przeciwnie do tego co robimy normalnie gdzie wino dopasowuje się do jedzenia. Dlatego po raz pierwszy zaczęliśmy od studiowania 50 stronnicowej listy win a potem zdecydowaliśmy, że do pysznego Cab+Merlot z Lombardii potrzebne jest jakieś fajne mięsko.
Małe porcje nie? Zwłaszcza jak na Amerykanów… Nam akurat bardzo spasowały bo jakoś dalej nie byliśmy super głodni. Ale porcje są takie bo Włosi traktują makaron jak my zupę. U nich zamawia się najpierw przystawkę, potem makaron i dopiero na główne jakieś mięsko czy rybkę. My przeskoczyliśmy odrazu do glownego dania ale za to mieliśmy miejsce na deser.
Darek obiecał, że codziennie będzie jadł tiramisu. Ciekawe czy plan zrealizuje. Restauracja była fajna ale jednak troszkę za słabą mieli klimę. Najpierw myślałam że dlatego, że pewnie dopiero włączyli jak otwierali wieczorem ale niestety im więcej ludzi przybywało tym cieplej się robiło. No tak potwierdza się, że do Europy nie lata się w lipcu bo nawet o 10 wieczór jak wyszliśmy to było trochę ponad 30C.
Co ogólnie myślimy o Mediolanie. Ja lubię to miasto. Byliśmy tu kiedyś w 2014 roku (https://www.idmtravels.com/blog/2014-mediolan-4) i wtedy zwiedzaliśmy katedrę, którą uwielbiam i inne atrakcje. Teraz pomimo, że do katedry mamy około 15-20 min na nogach nie poszliśmy tam. Restauracja była w innej części miasta, bardziej biznesowej. Spodobało mi się, że Mediolan ma dużo parków i naprawdę starają się go “za lesić”. Nawet budynki mieszkalne na balkonach mają drzewa.
Trochę nas zdziwiło jak bardzo opuszczone i zamknięte jest to miasto. Mieszkania i biznesy mają pozamykane rolety, knajpki pozamykane nawet wieczorami. Chyba rzeczywiście są duże wakacje we Włoszech i wszyscy wyjechali w góry.
My też wyjeżdżamy jutro. Darek spędził dużo nocy planując szlaki i wiem, że zrobił to tak dobrze, że uciekniemy przed tymi tłumami. Póki co wracamy do chłodnego pokoiku i mamy nadzieję, że jet-lag nas nie dołapie.
2026.08.11 Mediolan & Dolomity, IT (dzień 0)
Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?
Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.
Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.
5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.
Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.
Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.
Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.
W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.
Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.
W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.
Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.
Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.
Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.
Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!
Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.
Wiecie co jadłem? Hamburgera!
Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.
Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.
Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…
Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.
Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.
Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.
Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….
Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.
Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….
2014.11.26 Mediolan, Włochy (dzień 4)
Ostatni dzień naszej rodzinnej wycieczki i nasz ostatni punkt podróży – Mediolan. Doświadczeni już w podróżach kolejowych tym razem bez większych problemów kupiliśmy bilety i ruszyliśmy podbijać Mediolan. Kolejną stolicę mody. Znamy już Paryż, Nowy Jork i Londyn. Został nam tylko Mediolan do kompletu.
Pociąg był znacznie lepszy od wczorajszego w Alpy, był znacznie nowszy, piętrowy, miał monitory, szybszy (jechał 150 km/h), ale oczywiście brakowało mu wiele do japońskich superekspresów. Po około 50 minutach dotarliśmy na dworzec centralny, który sam w sobie jest zabytkiem. Otwarty w 1931 roku budynek zaprojektowany był przez Ulisse Stacchini, który również projektował Dworzec Główny w Washington DC.
Z dworca głównego prosto uderzyliśmy na Zamek w Mediolanie (Zamek Sforza). Jest to jedna z większych budowli obronnych w Europie, która została wybudowana w 15 wieku. Sam zamek dostępny jest bezpłatnie. Na zamku jest również wiele muzeów, które zapewne są warte zobaczenia ale skoro mieliśmy tylko jeden dzień na zwiedzanie Mediolanu musieliśmy oszczędzać czas i woleliśmy nie tracić go na muzea. Z tego co widzieliśmy to nasz krakowski Wawel jest okazalszy.
Dość nową atrakcją w Mediolanie (od 2010 roku) jest rzeźba pod Giełdą Papierów Wartościowych. Zdjęcie mówi wiele za siebie....
Rzeźba ma tytuł L.O.V.E i oznacza „z miłości do Mediolanu”. Artysta, Maurizio Cattelan, początkowo postawił ją tam jako prowokację na krótki czas. Maurizio stwierdził jednak, że jeśli rząd zgodzi się na pozostawienie rzeźby na dłużej to on ją podaruje miastu z miłości do miasta. Tak więc rzeźba stoi, przyciąga turystów, wzbudza kontrowersje i uśmiech na twarzach turystów.
Jednak największą atrakcją Mediolanu (zdecydowanie polecamy) jest Katedra. Zanim jednak tam doszliśmy spod giełdy minęliśmy Teatr La Scala. My nie jesteśmy dużymi znawcami opery tak więc nie spędziliśmy tam dużo czasu. Z teatru do Katedry jest 5 minut drogi....albo dłużej jeśli ktoś zdecyduje się na zakupy w słynnej galerii handlowej, Galleria Vittorio Emanuele II. Jest to jedna z najstarszych (jak i chyba najdroższych) galerii handlowych na świecie. Oczywiście opanowana została przez największe sklepy takie jak Louis Vuitton, Svarowski, Versace itp.
Architektonicznie obiekt zdecydowanie warty zobaczenia. Wygląda jak zwykła ulica tylko zamiast asfaltu jest piękna posadzka a wszystko pokryte jest szklaną kopułą.
No i wreszcie przyszedł czas na główną atrakcję, Katedra. Pierwotnie myśleliśmy...ehh....katedra jak katedra ale szybko okazało się jak w wielkim jesteśmy błędzie. Bilet za 11 EUR gwarantuje wejście na taras katedry jak i w podziemia. Wpierw poszliśmy zwiedzać podziemia gdzie są ruiny starych kościołów, grobów i chrzcielnicy. Podobno bardzo wiele monet zostało znalezionych w tych wykopaliskach. Dlaczego ich było tak wiele jest kilka teorii:
1) ludzie bywali chowani ze swoim majątkiem
2) monety dodawało się zmarłym aby przekupić osobę która decyduje gdzie idzie zmarły
3) po prostu na szczęście
Jaka jest prawda to pewnie nigdy się nie dowiemy.
Katedra (Duomo) jest piątą co do wielkości (jeśli chodzi o powierzchnie) katedrą na Świecie. Budowa, która zajęła 600 lat została ukończona w roku 1965 roku. Aż trudno uwierzyć, że w podziemiach są ruiny z III wieku. Szczerze, na to co widzieliśmy 600 lat to i tak szybko. Niesamowicie wiele pracy musiało kosztować dopracowanie wszystkich szczegółów, rzeźb i innych zdobień. Tam są setki rzeźb przedstawiających świętych i inne symbole religijne. Z zewnątrz katedra robi duże wrażenie ale to co zobaczyliśmy po wyjściu na górę to przerosło nasze oczekiwania.
Na taras widokowy można wyjść po schodach albo wyjechać windą. My wybraliśmy wersję trudniejszą – schody. Musieliśmy zrzucić pizzę i carbonarę, którą mieliśmy na lunch. Taras na katedrze to nie tylko balkon na około, można również przespacerować się po dachu. Byliśmy w szoku, ze można tak swobodnie chodzić prawie wszędzie po dachu tej wspanialej katedry i podziwiać to arcydzieło. Niesamowite, ze tak bardzo się starali ozdobić górę katedry, która w tamtych czasach prawdopodobnie nie była dostępna dla przeciętnego człowieka. Prawdopodobnie chcieli zaimponować Bogu. Szczerze to nie wiem jak opisać to doświadczenie. Ja uwielbiam architekturę i czułam się tam jak ryba w wodzie pstrykając zdjęcie po zdjęciu. To jest nie wyobrażalne jak w tamtych czasach ludzie mogli wybudować coś tak wspaniałego, doskonałego, po prostu powalającego. Tam są setki tysięcy rożnego rodzaju detali wykutych w kamieniu, które dopiero widać z dachu.
Pamiętajmy, że w tamtych czasach ludzie nie mieli prawie żadnej technologii i prawie wszystko jest ręczną robotą. Patrząc na taką katedrę i współczesne budynki zdajemy sobie sprawę jak utalentowani ludzie byli w przeszłości. Oczywiście dzisiejsze największe budynki robią wrażenie również ale współczesna architektura tworzy się w głowach ludzi a potem to gównie maszyny i technologie. W 16 wieku to było nic innego jak ludzka ciężka praca.
Tak więc przyszedł czas powiedzieć Arrivederci Italy. Bardzo krótki, intensywny ale wspaniały wyjazd z rodzicami zakończyliśmy wspaniałą kolacją. Było wiele ciekawych potraw (zając, zupa z czegoś, pasztet.....też do końca nie wiemy z czego) no i oczywiście Prosecco, Grappa, jakaś cytrynowa włoska nalewka i parę butelek Barbera D'Asti DOCG. Ale jednak najsłodszą częścią wieczoru było Tiramisu.....i tym sposobem moja lista do zaliczenia, jedzenia we Włoszech oficjalnie zamknięta.
Jutro leniuchujemy i ewentualnie robimy ostatnie zakupy serów i innych smakołyków na świątecznym straganie. Przygody ciąg dalszy nastąpi w Krakowie.