Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 24
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.22 Pera, IT (dzień 11)
W końcu nastał ten dzień. Dzień z największym, najdłuższym i najtrudniejszym hikiem na tym wyjeździe! Pera di Fassa 20km+ i 1,500 metrów do góry (5,000 stóp). W Stanach mówi się, że jak przekraczasz 5,000 stóp dziennej wspinaczki to jest to bardzo duży i dobry dzień. Tak też i tu było.
Ten spacerek mieliśmy zaplanowany na wczorajszy dzień, ale ze względu na pogodę plany musiały być zmienione. No i dobrze, bo szanse na ukończenie tego hiku wczoraj prawdopodobnie byłyby zerowe. A o względach bezpieczeństwa to ja już nawet nie będę tutaj wspominał.
Plusem jest, że start jest spod naszego hotelu. Minusem, że bardzo wcześnie rano. Najlepiej o 5. Nie udało się, ale o 6 rano byliśmy już gotowi na hotelowym parkingu.
Pierwsza część wspinaczki jest bardzo łatwa. Idzie się zalesioną roboczą drogą resortu narciarskiego. Można nawet tą część pokonać dwoma wyciągami krzesełkowymi, ale po co, jak można sobie wyjść.
Wyciągi otwierają dopiero o 9 rano. O tej porze to my już będziemy daleko w górach i znacznie wyżej niż wyjeżdżają wyciągi. A co najważniejsze to śpiochów ominie taki wspaniały wschód słońca.
W końcu po dwóch dniach przelotnych opadów mamy znowu to wspaniałe alpejskie słoneczko.
Szło się super i rześko. Poranne słońce ogrzewało nam plecy i dodawało potrzebnej energii. Niska temperatura (7-8C) zapobiegała poceniu się. Wiedząc, że to jest długi hike i nagroda czeka wyżej, to nie było czasu na poranne marudzenie. Stałym i dobrym tempem do przodu.
Dojście do górnej stacji drugiego wyciągu zajęło nam jakieś 1.5h. Dobry czas. Jesteśmy jakieś 1:45h przed ludźmi którzy tu zaczną wyjeżdżać wyciągami. Czyli mamy przewagę nad peletonem górskim.
Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Tylko dwa samochody z obsługi wyciągów nas minęły. Pewnie jechali do górnej stacji przygotować wyciągi na prawdopodobnie ruchliwy dzień.
Od górnej stacji wyciągów górska droga zmieniła się na szeroką ścieżkę i zrobiło się znacznie płaściej. Tutaj też zaczęliśmy spotykać i słyszeć odgłosy ludzkie. W tych rejonach większość szlaków z doliny się łączy w jeden główny szlak który prowadzi do pierwszego schroniska czyli Rifugio Gardeccia, 1,949 metrów.
Stare opuszczone schronisko
Schronisko to jest położone na ogromnej alpejskiej polanie. Coś jak polskie Kalatówki w Tatrach. Z tą różnicą, że tutaj to wygląda na małą wioskę góralską z paroma hotelami, restauracjami, chatkami i punktem informacyjnym.
Aktualne schronisko
Nawet jest droga dojazdowa z parkingiem, ale tylko dla obsługi, dostawców i właścicieli hoteli. Nawet goście hotelowi nie mogą tu przyjechać. Muszą parkować w dolinie i maszerować do góry albo jechać wyciągami i potem iść tym samym łatwym szlakiem co myśmy szli.
Zrobiliśmy sobie małą przerwę na uzupełnienie płynów, kalorii i ruszyliśmy dalej. Nawet zastanawialiśmy się czy nie zrobimy sobie tutaj przerwy na lunch w drodze powrotnej, ale wiedzieliśmy, że wyżej w górach też są schroniska i to znacznie lepiej położone.
Gdzieś o 8:30 opuściliśmy wioskę Gardeccia.
W sumie na dzisiejszym hiku mamy minimum 4 schroniska do odwiedzenia. Uwielbiam to w Dolomitach. Co chwilę jakiś domek się pojawia i można wstąpić na odpoczynek.
Nasz następny punkt na dzisiejszym spacerku to kolejne schronisko Vajolet (2,244m.) Dalej łatwy szlak, ale znacznie stromiej. Coraz więcej szlaków tutaj się pojawia, a w związku z tym coraz więcej górołazów napotykamy. Widać, że te wszystkie ludziki co śpią po schroniskach się obudzili, zjedli śniadanko i łażą po górkach.
Mimo, że stromo, to dalej się przyjemnie szło. 9 rano ma swoje plusy. Chłodno, jeszcze był cień z otaczających nas gór, no i ponad 2,000 metrów robi swoje. Dalej daje to taki rześki, górski klimat rana.
W tych rejonie jest trochę żelaznych dróg (via ferrata), więc już było słychać odgłosy dobiegające z wyższych części gór. Jest też parę wspinaczkowych tras, bo widać było ludzi z linami. Taki ruchliwy poranek gdzieś wysoko w Dolomitach.
Do schroniska Vajolet (a raczej do innej knajpki obok schroniska) doszliśmy gdzieś o 9:20. Słońce wyszło już zza gór i zaczęło nagrzewać te rejony.
W końcu można było wygodnie usiąść, wypić herbatkę i oczywiście posilić się apple strudel. Idziemy już ponad 3 godziny, więc przerwa wymagana.
Jest tu tak pięknie, że aż zaczął być mały problem. Wyciągnęliśmy mapy i zaczęliśmy analizować nasz dalszy hike. Ilonka wypatrzyła piękną dolinkę i zaproponowała zmianę planów przy stole obradowym i herbacie.
Ja, za bardzo nie chciałem się zgodzić na jej propozycję, bo na własne oczy chciałem zobaczyć to ostatnie, czwarte schronisko. Nawet myśleliśmy zrobić to i to, ale nie dzisiaj. Za dużo kilometrów musielibyśmy dołożyć do i tak już dużego hiku. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy się rozdzielić. Ja dalej zamierzonym szlakiem, a Ilonka odkrywać nowe rejony. Tym oto sposobem będziemy mieć zdjęcia z tego i tego szlaku.
A co Ilonka ma na ten temat do powiedzenia:
“Pięknie tu. Tak pięknie, że człowiek nie wie gdzie ma iść i co wybrać. Niby Darek planował wszystko pięknie ale jak się jest na rozgałęzieniu szlaków i widzi się w prawo strome skały do góry i prawdopodobnie powalający widok za nimi, a na lewo piękną długą trasę z widokami na prawo i lewo to naprawdę ciężko wybrać.
Darek był zdecydowany iść na lewo a mnie coraz bardziej kusiło prawo. Na prawo szło mniej ludzi co było też zachęcające bo jakoś nie lubię jak ludzie mi siedzą na piętach i muszę się wspinać w jakimś korku.”
Gdzieś w okolicach 10 rano nasze szlaki się rozeszły i każdy poszedł w swoją stronę. Ja na przełęcz i w kierunku schroniska 3, Rifugio Re Albero 1 - Gartlhütte (2,621m.), a Ilonka w swoje rejony
Tutaj już skończyły się zabawy a zaczęły się schody. Odcinek między Vajolet a Gartlhütte należy do jednych z trudniejszych w tym rejonie. Nie wliczając oczywiście via ferrata.
Stromo do góry. Na szczęście szlak był dobrze przygotowany i suchy. Dużo stalowych lin, metalowych uchwytów, wykutych stopni w skałach… Spokojnie można było się wspinać.
Wiadomo, trzeba uważać żeby źle nie postawić stopy, bo może być nieciekawie. Plusem też było to, że jeszcze nie było dużo ludzi i nie korkowało się trudniejszych odcinkach. Aż się bałem myśleć co będzie jak będę wracał. Jak ta cała „dzieciarnia” z wyciągów zacznie tu się wspinać.
Pomalutku, do przodu i przed godziną 11 dotarłem do trzeciego schroniska.
Lekko zmęczony ale zadowolony, że poszło sprawnie i mam dobry czas. Dalej było pustawo, więc mogłem sobie w spokoju usiąść na zewnątrz, posilić się orzeszkami i batonem energetycznym.
Odcinek do ostatniego schroniska jest bardzo łatwy i zajął mi może z 20 minut. Cały czas pięknym szlakiem lekko do góry bez żadnych utrudnień.
Tak taż było i gdzieś koło 11:30 moim oczom ukazał się Rigugio Passo Santner, 2,734 metry.
Schronisko to wyglądem nie przypomina tradycyjnego górskiego schroniska. Jest bardziej futurystyczne i nowoczesne. Zostało wybudowane w 2023 na miejscu małego i starego Rifugio sprzed ponad pół wieku.
Konstrukcja jest dalej drewniana ale całe schronisko zostało pokryte blachą ze stali ocynkowanej. Zostało tak wykonane, żeby sprostać bardzo trudnym warunkom i ekstremalną pogodą na tej wysokości. Lawinami, potężnymi wiatrami i mrozem.
Ponoć blacha na tym schronisku zmienia kolory w zależności od pory dnia i roku. Działa trochę jak lustro odbijając promienie słoneczne i barwy nieba. Rano jest bardziej niebieska, a popołudniu robi się czerwonawa jak okoliczne szczyty.
Czynne jest tylko w lato i maksymalnie może pomieścić 40 osób.
Pochodziłem trochę po okolicy, obserwując i fotografując to niezwykłe schronisko z każdej strony.
Ciekawa budowla, muszę przyznać. Trzeba ją też poznać od środka.
Jak tylko wszedłem do środka to moim oczom ukazał się wspaniały widok.
Widzę, że te pączki to nas prześladują w tych Dolomitach. Tutaj przynajmniej nie ma do nich kolejki i można jeść ile się chce. Oczywiście, że zamówiłem jednego na start wraz ze złocistym lanym, świeżym napojem.
Pączek był dobry, nawet bym rzekł bardzo dobry. Marmolada była na całej grubości pączka, a nie tylko kropeczka w środku. Oczywiście, że zamówiłem drugiego i jeszcze wziąłem dwa na wynos. Ilonka też musi je spróbować.
Była już gdzieś 12:30 jak Ilonka mi napisała, że już wraca i idzie do schroniska Vajolet na lunch. Nie chciałem żeby tak tam sama siedziała, więc zakończyłem moją pączkową ucztę i zacząłem schodzić.
Jak mi potem Ilonka opowiadała, ona też doszła do schroniska ale tam pączków nie mieli więc długo nie siedziała.
“Zgadza się… mój szlak szedł doliną ale nie ma co myśleć, że było łatwo. Też pokonałam jakieś 800 m do góry i doszłam do schroniska Passo Principe.
Piękny był ten szlak, ta przestrzeń, te góry ale najbardziej chyba mnie intrygowało, gdzie ja właściwie dojdę. Widywałam ludzi na szlaku ale tak w sensownych odległościach, że nadal można było się napawać widokami i iść we własnym tempie.
Podobnie jak Darek cieszyłam się, że jeszcze jest w miarę wcześnie bo ani nie ma ludzi z wyciągów ani nie ma upałów.
Nie wiem czy to wysokość czy jakiś mikro klimat ale im bliżej schroniska tym bardziej skalisty robił się krajobraz i tym mniej trawy rosło. Podobnie jak u Darka zaczynały też pojawiać się głosy z odległych skał czyli Via Ferrata też tu była dość popularna. Zresztą nie powinno nas już to dziwić bo w końcu jesteśmy w Dolomitach.
Ok. 11 dotarłam do schroniska a to taka buda… normalnie jakbym znalazła się w jakiś Himalajach. Ubrania wiszą na sznurkach na pranie, dół zabity deskami, budynek mały ale z dużym tarasem. Totalne przeciwieństwo Darka wypasionego schroniska.
Spodobało mi się to schronisko. Takie “lokalne” takie gdzie widać i czuć, że jest to prawdziwe schronisko dla ludzi co idą dalej a nie tylko z kolejki idą aby coś dobrego zjeść. Obudzić się w takim schronisku, z takim widokiem… cudo!
Wszystkie stoliki były pełne a ja i tak w sumie nie byłam głodna ani spragniona więc poplątałam się po okolicy i stwierdziłam, że najładniejszy widok jest jednak w kierunku z którego przyszłam więc można zawracać.
Na szlaku zdecydowanie przybyło ludzi, którzy dopiero teraz szli do schroniska. Tak więc musiałam ich puszczać wg. głównej zasady w górach, ten co idzie do góry albo ten co ma większy plecak ma pierwszeństwo. Nadal duży plecak wygrywa ponad wszystko. Ja nie dość, że miałam mały plecak to jeszcze szłam na dół ale nie przeszkadzało mi przepuszczać ludzi bo mogłam się zatrzymać i podziwiać widoki. A Darek i tak jeszcze zastanawiał się na górze ile pączków zjeść więc nigdzie się nie spieszyłam.
Zejście do schroniska Vajolet gdzie umówiliśmy się z Darkiem poszło mi bardzo sprawnie. Byłam przed czasem więc usiadłam na skałce i z pięknym widokiem zaczęłam słuchać audiobook’a. Bo ludzi się już tyle naszło, że jednak było głośno i zamiast ciągłego nawoływania się i głośnych rozmów wolałam oddalić się w świat książki ale nadal podziwiając widoki. Bo te góry są przepiękne i człowiek chce ich jak najwięcej chłonąć i zapamiętać. W między czasie Darek zbiegał do innego schroniska, Re Alberto.”
Do Rifugio Re Albero 1 to praktycznie zbiegłem i za 15 minut już byłem przy nim. Widać, że dobre pączki były.
Od tego schroniska zaczęła się jazda. Ilośc ludzi jaka tu podchodziła do góry tym trudnym odcinkiem to jakaś masakra. Mimo, że rzeka ludzi szła do góry (i na dół) to jeszcze to wszystko działo się na południowej nasłonecznionej ścianie. Mimo, że dalej byłem dość wysoko (2,500m.) to jednak było gorąco. Zwłaszcza ci co podchodzili do góry mieli niezłe piekiełko. Jednak opłacało się rano wstać i pokonać tą wspinaczkę jak było znacznie chłodniej i bez ludzi.
Schodziło się wolno. Ciągle trzeba było czekać aż ludzie przejdą. Za bardzo nie można się było mijać na wąskich i stromych odcinkach.
Na szczęście dogoniłem włoską kilkunastoosobową grupę schodzącą w dół. Zrobili sobie przerwę na pogawędki. Grupa była wesoła i głośna (widać smakowały im pączki), a co za tym idzie, wszyscy schodzili im z drogi. Można było nadrobić stracony czas i około 13:30 dotarłem bezpiecznie do schroniska Vajolet gdzie pod parasolami Ilonka już trzymała stolik i coś chłodnego.
Cały trudny hike mamy już za sobą, więc teraz można usiąść na dłużej, zjeść coś dobrego z butelką lokalnego wina Lagrein i odpocząć.
Bardzo dobrze się siedziało i opowiadało swoje przeżycia z dzisiejszego dnia. A było o czym opowiadać. Widok też mieliśmy ciekawy bo akurat z naszego stolika widać było moją ścianę, gdzie dalej mróweczki w obie strony mozolnie się posuwały.
Jak Ilonka zobaczyła Panna Cota w menu to nie było łatwo zrezygnować z deseru. Mnie kelnerka tak łatwo nie puściła i „musiałem” spróbować ich lokalnego nieleżakowanego brandy (Grappa), które ponoć idealnie pasuje do deseru owocowego. Zgadza się!
Około godziny 15 postanowiliśmy opuścić schronisko i kontynuować schodzenie do Pera.
Dalej mieliśmy jakieś 1,000 metrów w dół, więc było co robić. Szło się łatwo, szybko i wesoło. Szkoda, że nie dogoniliśmy mojej włoskiej grupy. Myślę, że teraz nasz poziom wesołości był już porównywalny do nich i można by po Włosku zamienić parę zdań.
Schronisko Gardeccia minęliśmy bardzo szybko i teraz już lasem w cieniu, szeroką drogą dotarliśmy do górnej stacji drugiego wyciągu krzesełkowego.
Wyciąg nie musiał nas długo przekonywać, żeby na niego wsiąść. Oboje czuliśmy dzisiejszy hike w nogach. Był duży, długi i ciężki.
Nie ma to jak usiąść na wygodnym krzesełku i w ciszy zjechać w dół. Piękne, nie?!
Krzesełka zwiozły nas dokładnie pod nasz hotel. Uwielbiam to, nie trzeba nigdzie jechać, iść, trzeba tylko wysiąść i już w domu.
Wtedy sobie przypomniałem, że jeszcze mam pączki w plecaku. Ponoć idealnie smakują z zachodzącym słońcem Dolomitów. Tak też było. Nasz balkon, nasz zachód słońca i nasze pączki - idealne zakończenie długiego ale wspaniałego dnia.
Jutro ostatni hike w tych cudownych górach. Mniejszy niż dzisiaj, ale też lokalny i ciekawy. Na pewno będzie super. Krótszy, więc można pospać - tak gdzieś do 7 - SUPER!
2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.
2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!
2026.08.19 Ortisei, IT (dzień 8)
Dzisiaj w planie był szlak “na czas”. Mamy już dość dużą praktykę z obliczaniem ile nam zajmie szlak. Na przykład w Stanach to jest to zazwyczaj 1000 ft różnicy wysokości to godzina plus 2-mile długości to kolejna godzina. Czyli jak się wspinamy 3tys feet i szlak ma 10 mil to zajmie nam to z przerwami i zejściem ok. 8h. Na szczęście często wyrabiamy się przed tym czasem ale dawno nie zdarzyło nam się, żeby przekroczyć ten czas. W Stanach albo chodzimy po wysokich górach więc nasze tempo jest wolne ze względu na aklimatyzację, albo szlak jest jeden wielki burdel (Adirondacks) i schodzi na technicznym aspekcie szlaku.
W Alpach sytuacja wygląda inaczej. Szlaki są łatwe, aklimatyzacji nie trzeba a wysokości i odległości podane są w metrycznym systemie. Tak więc z początku ciężko nam było obliczać jak długo zajmie nam szlak. Potem nauczyliśmy się, że mniej więcej chodzimy o jakieś 10% szybciej niż pokazują znaki.
Jak już wspominałam dzisiejszy szlak był bardziej “na czas” bo Darek podczas planowania szlaków wyczytał, że najlepsze schronisko, z najlepszym jedzeniem, widokiem i całą otoczką to Emilio Comici. Jest to też jedno z niewielu schronisk gdzie można robić rezerwacje więc Darek nie zastanawiając się zrobił rezerwację na 12:30 i zarządził, że trzeba tam dojść na czas.
Jak trzeba to trzeba. Do schroniska można dojść w 30 minut ale oczywiście my chcemy pochodzić po górach więc wybraliśmy opcję na około i już o 6:30 rano zaparkowaliśmy naszą resorówkę na parkingu.
Jak na wczesny poranek to trochę ludzi już było. Nawet się zdziwiłam bo niektórzy to tak trochę na lekko, z pieskami itp. Doszłam do wniosku, że pewnie przy takim wyborze szlaków, każdy znajdzie coś dla siebie a lokalni to i tak pewnie obskoczą cały loop w parę godzin.
Szlak zaczyna się przy kolejce liniowej Sassolungo zwanej potocznie trumnami. No w sumie jak się człowiek przypatrzy tym wagonikom to rzeczywiście trochę trumnowato wygląda. Podobno 2 osoby się tam mieszczą. Jakoś jak patrzyłam na tą kolejkę to dostawałam klaustrofobii choć normalnie nie mam takiej przypadłości.
Dzisiaj tej śmiesznej kolejki nie musimy brać więc ruszyliśmy razem z innymi ludźmi do góry aby zrobić Sassolungo Group Loop. Przynajmniej tak założyłam, że większość robi to co my bo znając Darka znalazł najładniejszy szlak w tym rejonie więc na pewno każdy chce go zrobić.
Najpierw szło się bardzo szeroką trasą która też jest droga dla aut. Nie dziwi nas to bo te początkowe schroniska często mają dojazd dla samochodów. Dalsze schroniska to już muszą się bardziej nakombinować ale zazwyczaj jest tam jakiś wyciąg czy kolejka która pozwala dowieźć potrzebne rzeczy.
Potem szlak się trochę zwęził ale nadal był dość szeroki. Szliśmy podziwiając widoki aż nas wmurowało. Dlaczego tu jest kolejka…
Po doświadczeniach na Seceda, pomyślałam, że może znów trzeba płacić jakieś 5 EUR żeby sobie zrobić zdjęcie z jakimś widokiem. Potem pomyśleliśmy, że może opłata do parku choć w Dolomitach nigdy nie musieliśmy płacić za wejście do parku.
No nic… stwierdziłam, że podejdę i może się dowiem. W Zermatt zdarzały się kolejki do knajp ale to tak o 11 rano zaczynali. Tutaj było trochę po 7 rano. Rzeczywiście kolejka była do knajpy która jeszcze nie była otwarta. No ładnie knajpa wygląda, widok też ma nie najgorszy ale żeby tak wstawać o 6 rano, żeby tu dojść… ludzie są dziwni.
Dopiero jak przeszłam tych wszystkich Intstaludków (ludzi którzy żyją Instagramem) to wszystko mi się wyjaśniło… to chodzi o pączki… nic innego jak polskie poczciwe pączki.
Parę miesięcy temu jak powiedziałam przyjaciółce, że lecimy do Dolomitów to mi zaczęła podsyłać, różne posty z Instagrama na temat co zwiedzać, gdzie iść. Jeden z postów było o restauracji która sprzedaje pączki i do której ludzie idą na śniadanie. Ja nie poświęciłam wiele uwagi temu postowi i nawet nie mówiłam o nim Darkowi, żeby nie zakłócić jego planowania. Wygląda, że pączkownia jest w strategicznym miejscu i jest z początku jednego z najładniejszych szlaków w Dolomitach.
Jak się domyślacie nie dowiedzieliśmy się czy pączki są lepsze niż te od Syreny na Greenpoincie. Do kolejek to my mamy mega awersję, Instagram wolimy tworzyć niż śledzić a puste szlaki bardziej do nas przemawiały niż najpyszniej wyglądający pączek.
Bo szlak był pusty. Jak tylko minęliśmy knajpę to na szlaku przed nami została tylko jedna para, która po jakiś 30 minutach, siadła sobie na trawce z pięknym widokiem i wyciągnęła termos z herbatą czy kawą. Ciekawe czy pączki też mieli, pewnie kupione na dole w tej samej piekarni co dostarcza pączki tutaj. Ehhh… nie zrozumiem nigdy tych Instaludków.
Szlak był cudo. Wszystko co lubię najbardziej. Ładnie ubita trasa, góra dół więc wysiłek był ale taki umiarkowany, że nadal spokojnie można było podziwiać widoki. Szczerze. To jest chyba mój ulubiony szlak na tym wyjeździe. Wszystkie były piękne ale ten szedł tak zboczem góry kilometrami i można było podziwiać te przestrzenie.
Co jakiś czas mijaliśmy innych ludzi, może w sumie kolejne 3-4 pary. Ale po wielkości ich plecaków widać było, że spali w schronisku i po śniadaniu wyszli dalej w drogę. Bo schronisk tu jest mega dużo. To już nawet nie to, że góry są większe niż Tatry i dlatego jest tu więcej schronisk, to na pewno też, ale tutaj schroniska są co 500 m maksymalnie. A jak jest szansa, że biegnie tędy jakaś trasa narciarska to już w ogóle, schronisko, full restauracja i wszystko co zmęczony górołaz potrzebuje.
Minęliśmy po drodze około 2-3 schronisk a kto wie ile jeszcze jest tam pochowanych po górach. Szło się nam jednak rewelacyjnie w porannym słoneczku więc się nie zatrzymywaliśmy. Baliśmy się, że nas może wciągnąć a hike jednak chcieliśmy zrobić.
Przerwę zrobiliśmy sobie mniej więcej w połowie drogi. Schronisko Sasso Piatto wygląda super. W takim mogłabym spać. Duże, wygląda na nowe, z ogromną restauracją na dole. Nie byłam za bardzo chętna spać w schroniskach dlatego ten wyjazd mamy hotelowy ale jeśli jest więcej schronisk takich ja Sasso Piatto to mogę to rozważyć.
Pokoi co prawda nie widzieliśmy ale łazienki i restaurację mieli bardzo fajne. Zresztą z takim widokiem to wszystko od razu lepiej smakuje.
Tiramisu (to Darek) i ciepły sok z bzu (to ja) dały nam siłę i podniosły poziom cukru na dalszą wędrówkę. A szlak dalej był jeszcze ładniejszy. Choć może nie ładniejszy a inny. Bardziej zielony.
Tu już pojawiało się więcej ludzi, osłów, koni i innych dwu albo czworonożnych stworzeń. Widać też było zdecydowanie więcej szlaków w dolinie więc pewnie dlatego ludzie wychodzili z różnych dziwnych stron a nie koniecznie mijali nas. Nas nikt nie mijał bo wszyscy stali w kolejce po pączki.
Podobnie jak w pierwszej części szlaku były odcinki w dół albo do góry. Tutaj tylko te do góry już bardziej dawały w kość bo słońce było mocniejsze a też były dłuższe i stromsze.
W pewnym momencie skróciliśmy sobie szlak i nie poszliśmy tam gdzie reszta. Czy dobrze zrobiliśmy? Ja nadal uważam, że tak bo było wg. mnie więcej cienia i jednak troszkę mniej do góry. Pewnie nigdy się nie dowiemy która trasa była lepsza ale jest to kolejny dowód ile tu jest szlaków. W każde miejsce zawsze można dojść kilkoma szlakami a niektóre są w odstępie kilkudziesięciu metrów. Jedne po piargach, drugie bardziej lasem ale wszystkie prowadzą do jakiegoś schroniska.
I my też doszliśmy do schroniska. Choć schroniskiem to nie wiem czy bym to nazwała. Wg. mnie to po prostu bardzo fajna, i dobra restauracja.
Darek wyczarował taki stolik, że głowa mała a do tego jeszcze wyczarował przepyszne wino. Za to lubimy Europę. Tutaj gdzieś w środku gór, w bardzo rozsądnej cenie można zjeść przepyszne domowe jedzonko z dobrym winkiem a nie jakimiś pomyjami.
Tutaj ludzi były setki. Po pierwsze niedaleko dojeżdża wyciąg, po drugie do parkingu jest tylko 30 min a po trzecie restauracja ma swoją renomę. Tak więc część ludzi przy stolikach jak my a część na trawce robiła sobie pikniki. W zimie jest tu centrum tras narciarskich więc restauracja ma obrót cały rok i może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużego lokalu w tak strategicznym miejscu.
Ja to w sumie nie zazdrościłam ludziom co wzięli wyciąg. Bo wyciąg wyjeżdża trochę wyżej więc do knajpy zejść to nie problem ale objedzonym wspinać się na górę to tak trochę mało fajnie. Ja tam się cieszyłam, że my tylko z górki na pazurki na parking.
Zaczynanie dnia wcześnie ma swoje plusy bo o 13-14 jest się już po aktywności fizycznej, po lunchu i ma się jeszcze cały wieczór przed sobą. A tu jeszcze kolejna niespodzianka. Nie musimy jutro rano wstawać. Jutro mamy dzień przejazdowy i jedyny dzień gdzie Darek nie zaplanował żadnego szlaku. Wow - takiego luzu to dawno nie mieliśmy.
Odstawiliśmy naszą resorówkę pod hotel, odświeżyliśmy się i ruszyliśmy na “miasto”. Ciężko Ortiseri nazwać miastem ale ma jedną bardzo fajną uliczkę przy której znajdzie się coś dla każdego. Restauracje, bary, sklepy z drogimi ciuchami lub pamiątkami, kościółek czy nawet zajęcia dla dzieci z robienia karmników dla ptaków. Mi Ortiseri przypadło do gustu bo reprezentuje typową architekturę Tyrolu którą bardzo lubię, no i te górki gdzie nie spojrzysz.
Sklepy nas nie wciągnęły, bary w sumie też nie ale restauracja z regionalnymi daniami.
Restauracja Sotriffer, ma fajny starodawny wystrój i piękny widok na górki. Niestety jednak załoga potraktowała nas jak biedaków bo się nie wystroiliśmy w biżuterię i koszule. Powiedzieli, że stolik mamy tylko na dwie godziny, jakoś tak nie traktowali nas poważnie i trochę powolnie im szła ta obsługa. My już do tego przywykliśmy i dalej mówimy, że to oni stracili a nie my. Ale cóż dopiero jak przyszedł jakiś starszy pan (chyba szefunio) i zobaczył nasze puste kieliszki to ich pogonił ale wtedy to już było za późno bo już wyrobiliśmy sobie opinię, że pomimo, że jedzenie pychota to serwis mógłby być lepszy. Niestety Włosi też mają problemy z ludźmi do pracy w serwisie i coraz więcej spotykaliśmy emigrantów, którym brakuje europejskiej kultury.
Skoro nas nie zachęcili, żebyśmy u nich dłużej posiedzieli to stwierdziliśmy, że się jeszcze przejdziemy po okolicy i pożegnamy z tym miasteczkiem bo jutro znów w drogę. Tym razem do Pera. A tam to już zostanie nam tylko pizza albo kromki bo to jakaś malutka mieścina pośrodku niczego. Przygoda, przygoda, zobaczymy co kolejna miejscówka ma do zaoferowania.
2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)
Po dwóch wspaniałych dniach gdzie nasz budzik się nie wygłupiał i nie budził nas o nieludzkiej godzinie znowu nastały ciężkie czasy. Znowu trzeba było wstawać w środku nocy i udawać, że robimy to dla przyjemności.
Na dzisiejszy dzień wybraliśmy wyjście na szczyt Piz Boè (3,152m). Dolomity słynne są ze stromych ścian i nie do zdobycia szczytów, dlatego tutaj rzadko się zdobywa szczyty. Zwłaszcza takie powyżej 3,000 metrów. Z reguły ludzie chodzą od chatek (Rifugio) do chatek trawersami, piargami, albo przełęczami. Żeby zdobywać szczyty trzeba umieć się wspinać i mieć specjalistyczny sprzęt.
Dlatego w Dolomitach Włosi wymyśleli via ferrata, czyli po naszemu żelazna droga. Jest to ubezpieczony szlak turystyczny wyposażony w stalową linę asekuracyjną. Do tego w trudniejszych odcinkach dokładane są drabinki, klamry, stopnie, mostki… i inne niezbędne dodatki żeby ułatwić turyście zdobyć wymarzony cel.
Coś jak w Polskich Tatrach Orla Perć. Schodziłem ją wiele razy. Tam też są drabiny, łańcuchy klamry, ALE jest brak liny asekuracyjnej. Jeden błąd i…. niestety koniec.
My nie mamy uprzęży, kasków ani innych potrzebnych dodatków do pokonywania żelaznej drogi, dlatego wybraliśmy szczyt powyżej 3,000 metrów na który jeszcze można w miarę bezpiecznie wyjść bez specjalistycznego sprzętu. Pod szczytem mają trochę żelastwa wbitego w skały. Dojdziemy, zobaczymy.
Zanim jednak dojechaliśmy na parking to musieliśmy pokonać jakieś 45 minut górskimi drogami. Wyjechać z Ortisei (1.250m) na przełęcz Sella (2,218m), zjechać do 1,700m i tam wziąć inną drogę i wyjechać na przełęcz Passo Pordoi (2,240m). Jest tego trochę, a w dodatku wszystko to stromymi alpejskimi drogami.
Pustymi, suchymi drogami przy wschodzącym słońcu i idealnej widoczności to ta droga to bajka. W tej malutkiej „resorówce” jak to Ilonka określiła Mini Coopera, czułem się jak na gierkach komputerowych.
Lekki samochodzik z silnikiem turbo, szeroko rozstawionymi kołami, nisko profilowymi oponami i twardym, niskim zawieszeniem idealnie pasował do naszej porannej zabawy. W zakręty wcinał się idealnie i bez żadnych niepotrzebnych dźwięków i pisków. Za bardzo nie było jak oglądać tych pięknych gór wokół nas bo pełna koncentracja musiała być na drodze. Aż przypomniały mi się rajdy samochodowe sprzed wielu lat. Ilonka tylko narzekała, że ten samochód ma za mało uchwytów do trzymania i fotele źle wyprofilowane. Zgadza się, kabriolet ma mniej uchwytów niż zwykły samochód.
Około 6:45 wyjechaliśmy na przełęcz Pordoi, która przywitała nas przyjemnym letnim chłodem, jakieś 6-7C. Takie lato to rozumiem. Gdzie jest moja czapka?
Na przełęczy już było trochę ludzi, ale dalej można było znaleźć bezpłatny parking na szczycie. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.
Zdziwiła nas ilość ludzi o tej porannej porze. Naprawdę było ich sporo i większość niestety szła tym samym szlakiem co my. Na szczęście szlak jest szeroki, a prawie wszyscy tutaj to doświadczeni górołazy, więc nie było problemu z wzajemnym wymijaniem się.
Im wyżej tym ładniejsze widoki. Zwłaszcza na wyłaniający się masyw Marmolada z największym lodowcem Dolomitów o tej samej nazwie.
Niestety Dolomity tracą lodowce w przerażającym tempie! Został im tylko ten jeden! Wprawdzie jest jeszcze z 10-12 innych „lodowców” ale one są już tak małe (poniżej 0.5 km/2), że cieżko je nazwać aktywnymi lodowcami. Badacze przewidują, że Marmolada jeszcze będzie żyła jakieś 12-15 lat i zniknie na zawsze. Smutne to niestety. Jak ktoś chce się pożegnać z lodowcami w Dolomitach to lepiej niech się pospieszy. Umierają….🥲
A my w górę i w górę, coraz stromiej, chłodniej i z większym wiatrem, serpentynami po piargach.
O 9 rano wyszliśmy na przełęcz gdzie przywitało nas wspaniałe schronisko Forcella Pordoi.
Wiedzieliśmy, że za chwilę otworzą tutaj kolej linową i będzie dużo ludzi szło na szczyt, ale jednak postanowiliśmy zagrzać się ciepłą herbatką. Był to świetny pomysł. Zwłaszcza, że może było jakieś 5C! Zagrzaliśmy się, trochę odpoczęli i ruszyli dalej.
Do szczytu mamy jeszcze jakieś 1:15-1:30. Na początku po płaskim chodniku z księżycowymi widokami a potem stroma wspinaczka na sam szczyt.
Ludzi przybywało coraz to więcej. Część z nich, tak jak my wychodziła z samego dołu, a część wyjechała kolejką. Ale nic, jak narazie szeroka ścieżka to można iść. Wszyscy idą w tym samym kierunku i w miarę z tą samą prędkością.
Schody zaczęły się gdzieś w połowie. Pojawiły się liny metalowe, klamry i wąskie przejścia. Prędkość ludzi znacznie spadła. Po pierwszym takim odcinku Ilonka powiedziała, że dalej nie idzie. Dalej ma być jeszcze stromiej i znacznie dłuższe i niebezpieczne odcinki.
Ilonka wróciła do schroniska, a ja sam zaatakowałem szczyt. No może nie sam, bo trochę ludzi szło na szczyt. Czasami trzeba było poczekać minutę czy dwie, aż ludzie sobie poradzą z trudniejszymi odcinkami. Nawet im to szło i o 10:45 stanąłem na Piz Boè, 3,152 metry!
Na szczycie jest małe schronisko gdzie można się posilić i schłodzić. Zamówiłem piweczko, a że nie było gdzie usiąść to postanowiłem, że na szybkiego w koncie ugaszę pragnienie. Na zaproszenie do stolika nie musiałem długo czekać. Miła Czeszka, która też sączyła kufelek posunęła się troszkę i zrobiła mi miejsce. Przyjaciele piwa są wszędzie!
Trochę pogadaliśmy przy piwie. Ciekawa pani, chodzi po górach z synem. Jej mąż i drugi syn są aktualnie w Hiszpanii nad morzem na wakacjach. Oni nie lubią gór, a ona i jej pierwszy syn nie lubią plaży. Wakacje spędzają osobno. Też można, ważne żeby każdy był szczęśliwy.
Piwo się skończyło i każdy ruszył w swoją stronę. Postanowiłem z góry wracać innym szlakiem. Trochę na około, ale ponoć mają być inne widoki.
Tak taż było. Fajny szlak i nawet łatwiejszy niż ten co wychodziłem. Dalej były strome odcinki, ale łatwiejsze i krótsze.
Po drodze napotkałem nawet spore schronisko Boè. Wyglądało ciekawie, ale Ilonka czekała na mnie w innym schronisku na przełęczy więc nie wchodziłem. Następnym razem.
Dochodząc już do schroniska Forcella Pordoi napotkałem fajny widok. Jednak Włosi to mają pomysły. Z takim widokiem to można posiedzieć…
Ilonka już czekała przy stole w towarzystwie paru Włochów. Schronisko było pełne, więc walka o każde siedzenie była napięta. Na szczęście ludzie chodzący po górach to przyjazny naród i się lekko ścisnęli robiąc mi miejsce. Oczywiście podstawowy zestaw górołaza już czekał na mnie.
Ze schroniska Forcella Podori do górnej stacji kolejki linowej Sass Pordoi jest jakieś 15 minut łatwym szlakiem do góry. Myśmy oczywiście wybrali okrężną drogę i zajęło nam to jakieś 30 - 40 minut.
Ale widoczki były piękne i za bardzo nam się nie chciało zjeżdżać z gór.
Około 13:30 podeszliśmy pod kolejkę, a tu niespodzianka. Kończy się tutaj jeden ze szlaków via ferrata i akurat jakaś grupa dochodziła do końca. Można było chwilę ich pooglądać jak kończą swój wielki wysiłek.
Szybciutko kolejką zjechaliśmy na dół. A tu kolejna niespodzianka. Ilość ludzi i samochodów zaparkowanych wszędzie to jakaś masakra. Na szczęście nasz samochód stał na górze i nie musieliśmy iść parę serpentyn w dół do naszego Mini.
Powrotna droga nie była taka fajna jak poranna. Za dużo było samochodów, ludzi i nieprzewidzialnych kierowców na drogach. Przynajmniej można było oglądać widoczki.
Czy wy wiecie, że już minął nam tydzień a myśmy jeszcze pizzy nie jedli na tym wyjeździe. Dzisiaj postanowiliśmy ten błąd naprawić. Ilonka znalazła lokalną pizzerię w Ortisei, ja dobrałem lokalne winko Blauburgunder (Pinot Noir) z chłodnych rejonów Alto Adige i uczta była na całego.
Fajnie się siedziało, jadło, piło i pewnie można by się przyjemnie zasiedzieć, ale niestety nie wolno było. Jutro też duży dzień i długi, ciekawy hike. Pewnie znowu budzik będzie się wydzierał o nieludzkich godzinach.
2026.08.17 Ortisei, IT (dzień 6)
Kolejny dzień w pięknych górach, kolejny piękny szlak, i mamy nadzieję, że kolejny słoneczny dzień. Choć na dziś trochę deszczów zapowiadają kolo 14.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej góry ustawiły się dość ciekawie, ktoś zrobił zdjęcie i teraz wszyscy tam chcą być. Niestety Internet pozwala nam bardziej poznać piękne miejsca i każdy chce zrobić takie samo zdjęcie…albo prawie takie samo zdjęcie, bo przecież musi być selfie żeby pokazać światu, że tam się było.
Tak, my też czasem chcemy pamiątki z tych pięknych miejsc bo przecież nie bez powodu są one tak popularne. Zwłaszcza jak miejsce jest nam po drodze.
Góra ta nazywa się Seceda i ma wysokość 2,519 m (8,264 ft). Jest to bardzo popularne miejsce na narty w zimie albo hiki w lato. Szczególnie, że na górę można wyjechać kolejką linową.
Kolejki otwierają dopiero o 8:30 rano więc mogliśmy załapać się na śniadanie w hotelu. To luksus dla nas na tym wyjeździe. Byliśmy pierwsi na jadalni ale zaraz zebrała się cała sala. I oczywiście jacyś inni polacy się też załapali. Potem widzieliśmy ich w kolejce i chatkach na górze. Czyli teoria, że jesteśmy w popularnym miejscu się sprawdza.
Seceda, góra wyróżniająca się skosami i ostrymi krawędziami które łączą się z zielonymi pastwiskami jest bardzo rozpoznawalnym krajobrazem na świecie.
Można więc wyjechać kolejką linową zrobić zdjęcie skał i zjechać. Można też, co zrobiło dużo więcej ludzi, odwiedzić chatki górskie i zjeść szarlotkę z kawą albo lunch. Można też odejść dużo dalej, pozwiedzać rejon i “zagubić” się na szlakach…bo jest ich tu bardzo dużo i można naprawdę oddalić się od ludzi. Darek jak wysiadł z kolejki i zobaczył tą ilość szlaków to aż się za głowę złapał kiedy on to wszystko zejdzie.
Zaczęliśmy jak wszyscy czyli trasą zwaną Seceda View Trail. Trasa prowadzi cały czas zboczem góry z pięknym widokiem na te unikatowe skały i ogromne pastwisko z chatami góralskimi w dole.
Szliśmy za tłumem, czasem wyprzedzając ludzi jak za długo kręcili filmiki na Instagram. My też robiliśmy dużo zdjęć ale nie aż tyle żeby ruch blokować.
Szliśmy sobie tak w kierunku skał z nadzieją, że wyjdziemy wyżej a tu nagle zonk. Na środku trasy postawili bramkę jak w Nowojorskim metrze i jak nie zapłacisz 5 EUR to dalej nie pójdziesz. Masakra. Wszystko ustawione, przykładasz kartę, bramka się otwiera i kolejne 5 EUR wpływa komuś na konto. Podobno ma to pomóc Parkowi Narodowemu ale przecież już i tak płaciliśmy nie małe pieniądze za wyjazd tu. My ich olaliśmy bo nie lubimy płacić ekstra, żeby zdjęcie zrobić. Ale troche ludzi się na to pokusiło.
My olaliśmy ich zdjęcia i poszliśmy do Chatki Trolla na ciacho i kawę. Piękne zdjęcia jeszcze będziemy mieć i to za darmo bo Darek zaplanował całe kółeczko tu więc kilometrów i wysokości jeszcze trochę do zrobienia mamy.
W Chatce Trolla wszystko było ogromne. I szarlotka i pączki. Nawet nie chcę wiedzieć jakie tu porcje jedzeniowe podają. Szarlotka jest najpopularniejszym deserem w schroniskach. Robią ja trochę na styl rolady ale nie ważne jak są warstwy ułożone ważne, że jest pyszna. Darek skusił się natomiast na pączki. Jeszcze w NY jak już wiedzieliśmy, że lecimy w Dolomity przyjaciółka mi podsyłała różne posty na Instagramie. Jeden z nich był o ludziach co idą do schroniska tylko po pączki. Tamtej miejscówki nie zapisywałam bo nie lubię takiego naganiania ale jak zobaczyłam pączki w menu to zasugerowałam Darkowi i nawet nie musiałam go długo namawiać. Te paczki były inne, troszkę jak babeczka z marmoladą ale do kawy idealne.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w góry. Darek miał całą listę chatek i co w której jest najlepsze. Nie można jednak tyle jeść więc skupiliśmy się na widokach, wynajdywaniu szlaków bez ludzi i podążaliśmy w kierunku chatki dedykowanej na lunch.
Im dalej od kolejki tym mniej ludzi było, to zrozumiałe ale czasem, nie wiadomo skąd z jakiegoś bocznego szlaku wychodził ktoś z dużym plecakiem. Jednak ta sieć tras i schronisk jest kusząca jak ktoś chce przejść całe góry i to tanim kosztem.
Całe Dolomity są piękne ale w tym rejonie jakoś te płyty tektoniczne tak się powypychały, że tworzą się skośne, formacje skalne. Jak na przykład te powyżej. Na jedną z tych skał nawet prowadzi szlak i parę ludzi się tam wspinało.
Wyjść na czterech łapach nie jest źle, zejść też się da ale przepychanie się ludzi którzy próbowali swoich sił nie zachęcało nas więc poszliśmy dalej, jeszcze dalej od ludzi.
Za każdym razem jak widziałam szlak na Regensburger Hütte to ja chciałam skręcać bo podobno tam lunch mamy jeść a Darek wynajdywał jakiś szlak że jeszcze nie teraz, że następny skręcimy.
W pewnym momencie już w ogóle nie było ludzi i tylko jakieś sporadyczne pary mijaliśmy raz na 15-20 minut. Kolejny raz sprawdziła się zasada, że ludzie nie lubią długich szlaków i żeby naprawdę poczuć góry trzeba wejść między nie.
W końcu i mu skręciliśmy w kierunku naszego schroniska. Doszliśmy do momentu, że albo 30 min do schroniska, albo kilka godzin do następnego miejsca.
Schronisko które Darek wybrał na lunch nam wydawało się po środku niczego ale jednak było pełne. Jak podeszliśmy pod nie i zobaczyliśmy ilość różnych drogowskazów na różne szlaki to zrozumieliśmy, że po raz kolejny Dolomity udowodniły, że mają niesamowitą sieć szlaków. To nas chyba najbardziej zaskoczyło w tych górach. Coś jak Tatry tylko dwadzieścia razy większe.
Schronisko Regensburger Hütte słynie z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy w południowym Tyrolu i do Austrii mamy rzut beretem.
W schronisku już czuć było niemiecki klimat. Nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, bo kapucha, kluchy i schabowy były ale też w języku. Tutaj Ciao! Zamieniło się w Gruss i kelnerki mówiły po niemiecku.
Moja aplikacja mówiła, że deszcz znacznie się między 14 a 15. Darka, że między 16 a 17. Dwie godziny robi różnicę zwłaszcza że do kolejki mamy jakąś 1-1.5h. Darek oczywiście wierzył w bardziej optymistyczną wersję więc wcale nie spieszył się z opuszczeniem schroniska. Dopiero jak do środka weszło małe przedszkole to poganiał do wyjścia jak mało kto. Ja wiem, że ludzie z dziećmi też chcą mieć życie, chodzić po restauracjach, górach i latać lepszą klasą ale nie zdają sobie jednego. Oni są znieczyleni na krzyk dziecka, na piski i płacze. Dla nas to jest mega hałas którego unikamy za wszelką cenę. Ja to się zawsze zastanawiam jak to jest, że dzieci które mają lepszy słuch od nas piszczą i krzyczą głośniej niż my.
Ja wierzyłam w tą bardziej realistyczną prognozę i od razu w schronisku wskoczyłam w przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Wiem, trochę ciepło było ale przynajmniej jak 10 min od wyjścia ze schroniska zaczęło padać to ja mogłam iść dalej.
Do kolejki musieliśmy wyjść kawałek pod górę. Cały szlak był góra dół ale jednak w rezultacie zeszliśmy ok. 400-500 m. Teraz trzeba to było nadrobić i wyjść pod górę. Dobrze, że szlak był dobrze przygotowany to krok za krokiem się szło a chmury kłębiły się coraz wieksze.
Dużo ludzi nadal szło w przciwnym do naszego kierunku. W Dolomitach poza dużą siecią szlaków jest też duża sieć autobusowa i ogromna sieć wyciągów. Dzięki czemu można wyjechać naszą kolejką, zejść kilkaset metrów w dół i zjechać inna kolejką Col Raiser. Problem jest tylko taki, że zjeżdża się do innego miasteczka więc potem autobusami trzeba nadrobić.
My woleliśmy wyjść te 400-500 do góry, ale zjechać kolejką prosto pod nasz hotel. Zmarznięci, przemoczeni, zjechaliśmy na dół a tu piękne słoneczko. I dopiero wtedy się okazało, że ja sprawdzałam pogodę w górach a Darek w naszym miasteczku. Czyli stąd się wzięły te dwie godziny różnicy.
Jeszcze przed wyjazdem w góry umówiliśmy się z Darkiem, że jak zjemy duży lunch w górach to nie będzie kolacji. A jak nie będzie lunchu w górach to wtedy możemy iść na kolację. To idealnie się spisuje zwłaszcza, że my wstajemy 4-5 rano więc kolacja o 20 średnio nam pasuje. Po takim schabowym, z kapustą i szarlotką od Trolla zdecydowanie był to dzień gdzie tylko jabłko na kolację. Jutro kolejny hike i kolejna wczesna rano pobudka.
2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)
Dziś nie musieliśmy wstawać przed wschodem słońca, mogliśmy też zjeść śniadanie jak ludzie. To się nie będzie zdążać często na tym wyjeździe więc tym bardziej doceniamy śniadanie hotelowe i widok górek z balkonu.
Cortina była dla nas dość droga jeśli chodzi o noclegi więc śpimy tu najkrócej. Od początku chcieliśmy podzielić wyjazd na kilka miasteczek i w każdym spać około 3-4 nocy. Cortinę wybrał Darek, Ortisei do którego teraz jedziemy wybrałam ja a ostatnią miejscówkę podyktowały ceny hoteli.
Zapakowaliśmy naszą resorówkę i ruszyliśmy w góry. Spakowanie się nie było łatwyn zadaniem ale przy złożonym dachu jakoś udało nam się zmieścić nasz dobytek. Z Cortiny do Ortisei jest ok 2h jazdy ale nie można zmarnować całego dnia tylko na przejazd więc Darek oczywiście znalazł jakiś szlak.
Tym razem padło na Instagramową miejscówkę ale ponieważ limitują ilość ludzi których wpuszczają na górę to się zdecydowaliśmy tam pojechać.
Limitowanie ludzi polega na tym, że wjazd na drogę dojazdową jest płatny i tylko ograniczona ilość aut może wjechać o wyznaczonej godzinie. Wyjeżdża się dość wysoko na 2300 m. Z parkingu jest wiele tras ale Darek wybrał: Tre Cime di Lavaredo.
Ten wyjazd na górę jest unikatowy. Na dole stoi pan który się pyta czy mamy rezerwację. My mieliśmy na 10:30 i udało nam się idealnie dojechać na tą godzinę pod bramki. Bo jak pierwszy pan tylko się pyta i tu jeszcze można oszukać o tyle pare kilometrów dalej sa już bramki jak na autostradzie i przejazd jest możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu rejestracji. System rozpoznaje rejestrację i albo puszcza albo nie.
Jak tego wcześniej nie ogarniesz to trzeba iść z dołu a to pewnie tak z pół dnia. Dobrze, że Darek jako najlepszy planowacz wakacji ogarnął to idealnie i mogliśmy wyjechać na górę pod schronisko Auronzo. Jadąc się zastanawialiśmy jak to jest, że wpuszczają ludzi na specjalne godziny ale przecież każdy robi jakiś szlak więc to nie tak że po pół godzinie robi się miejsce na nowe auta. Dopiero jak dojechaliśmy i zobaczyliśmy te ogromne parkingi to zrozumieliśmy. Tutaj każdy może być 12h ale żeby się korki za bardzo nie robiły to wpuszczają ludzi partiami.
Wow ile na parkingu było ludzi. Ludkolandia na maksa. "Trzy szczyty Lavaredo" zdecydowanie należy do topowych atrakcji Dolomitów a do tego w miarę łatwy dostep sprawia, że tłumy są. Dobrze, że szlak jest szeroki i jakoś na spokojnie da się wyprzedzać.
Darek i jego awersja do ludzi sprawiła, że jak tylko znalazł ścieżkę w bok, do góry to odrazu kazał tam skręcać mówiąc, że to jest skrót o którym czytał na internecie.
Niestety skróty się pomyliły bo skały wyrosły na środku i niestety szlak nie prowadził na przełęcz a był tylko krótką odskocznią w bok. Nadrobiliśmy więc jakieś dodatkowe 100m do góry w słońcu i zeszliśmy na ten "highway" gdzie wszyscy dreptali.
Na tej odskoczni byliśmy sami więc przynajmniej skorzystaliśmy i porobiliśmy zdjęcia bez ludzi bo na tym szlaku nie jest to łatwe zadanie.
Prawdziwy skrót był trochę dalej ale był bardzo dobrze oznaczony więc wcale nie był tajemnicą a wręcz przeciwnie zachęcał ludzi którzy patrzą tylko na dystans czy czas a nie biorą pod uwagę trudności szlaku.
Udało się, wyszliśmy na przełęcz Forcella Lavaredo z pięknym widokiem na słynne trzy skały. Prawie jak Torres del Paine w Chile. Albo Monument Valley w USA. Albo po prostu unikatowe dla Dolomitów pionowe skały z trasami Via Ferrata.
Z przełęczy był piękny widok na dolinę i jej wszystkie szlaki. Darek oczywiście skakał jak chipmonk i chciał wszędzie iść zwłaszcza, że z oddali uśmiechało się do nas schronisko Antonio Locatelli.
Jak jednak zaczęliśmy to liczyć i kalkulować ile jeszcze mamy do następnego hotelu, do parkingu, i jutro znów nie można spać do południa to wybraliśmy trasę przez środek doliny do innej chatki górskiej, Lange Alm.
Myślę, że był to bardzo dobry wybór bo 80% ludzi, tych co nie zawróciła wcześniej szla do Antonio. Na naszym szlaku też się znalazło parę ufoludków z małymi pieskami którym się nogi trzęsły na każdej malutkiej skałce albo ludzi co zasłaniali całe twarze jak muzułmanki, żeby tylko się nie spalić. Masakra jak ludzie się wszystkiego boją.
Nasza decyzja, żeby wybrać chatkę Lange Alm okazało się trafione w dziesiątkę. Było trochę ludzi ale udało nam się zdobyć stolik na zewnątrz w cieniu z pięknym widokiem na górki. Czy może być coś lepszego niż zimne piwko w takiej otoczce po ok. 3h hiku.
Siedziało się super i by się tak posiedziało gdyby nie fakt, że kierowca nie mógł się delektować piwem tak bardzo jak ja. Ochłonęliśmy w cieniu i wróciliśmy na szlak w kierunku parkingu. Tu znów była ludkolandia. Człowiek na człowieku, nawet krowy odeszły na bok, żeby od nas uciec ale baca Darek jednak zboczył, żeby sobie z nimi pogadać.
Ze schroniska do parkingu mieliśmy około 30 min. Im bliżej parkingu tym oczywiście więcej ludzi ale znów był szeroki szlak i udało nam sie wymijać ludzi. Na wcześniejszych szlakach Darek zauważył, że to inni nas wymijają a nie na odwrót. Teraz mogę stwierdzić, że popularność szlaku można oceniać po tym ile ludzi nas wymieniło albo my innych. Na wcześniejszych szlakach ludzie mieli połowę naszego wieku i widać, że w górki chodzą co najmniej raz w tygodniu. Na dzisiejszym był cały przekrój.
Nasza resorówka grzecznie stała na parkingu pilnowana przez krowę. Nagrzana ma maksa ale nauczeni, że tu się używa tak zwanej górskiej klimatyzacji otworzyliśmy dach i odrazu zrobiło się chłodno. Baliśmy się jednak tak jechać cały czas bo mogłoby nam wywiać, rzeczy popakowane na tylnim siedzeniu. Tu nie ma miejsca na ładne pakowanie w walizki. Tu liczy się kreatywność w pakowaniu.
I dobrze, że pomysł jazdy z otwartym dachem nie został zrealizowany bo jak tylko wsiedliśmy do auta to zaczęło padać. No tak 15-16 godzina to godzina burz w górach. Ale teraz może padać. Szlak nam się udał z super pogodą. Dobrze, że nie poszliśmy do tego dalszego schroniska bo by nas złapało po drodze.
Jak już wspominałam dziś śpimy w Ortisei. Podobno miasteczko podobne do Zermatt. A przynajmniej jak się spytałam AI, żeby mi podał miasteczko w Dolomitach które najbardziej odpowiada vibe jakie ma Zermatt to podał właśnie Ortisei. Ocenimy już wkrótce.
Śpimy w Villa Angelino. Jest to taki podstawowy hotelik ale ma świetną lokalizację, zaraz przy głównej ulicy miasteczka. Tym razem jednak ja musiałam ogarnąć dodanie naszej rejestracji do systemu. Żeby dojechać do naszego hotelu trzeba przejechać paru ludzików i zrobić to wg. przepisów. A tak serio to trzeba przejechać strefę wolną od aut i tylko dla upoważnionych pojazdów. My podobno jesteśmy w systemie więc mandatu nie powinniśmy dostać i jechaliśmy jak królowie a przechodnie uciekali spod kółek.
Na tym wyjeździe mamy mało fancy restauracji bo nastawialiśmy się na jedzenie w schroniskach. Ale dziś był jeden z tych dni w których mogłam zrobić rezerwacje i mogliśmy zrobić sobie rocznicową kolację. Jutro wstajemy dopiero o 7 rano więc to normalnie rozpusta.
Ortisei przywitało nas miłym chłodem. Po upałach w Cortina, aż miło było usiąść na zewnątrz i zastanawiać się czy trzeba ubrać kurtkę.
Stube Vives zdecydowanie polecamy. Pyszniutkie jedzenie, podane z artystyczną nutą. Na przykład tatar z wołowiny podany z mini "kością" która była zrobiona z pure kalafiora na sposob panna cotta. Cudo nie? Połączenie różnych rzeczy aby wkomponować w całość.
Na główne poleciała przepyszna jagnięcina i dziczyzna z przepysznym winem z poludniowego Tyrolu. Chyba ta restauracja zaliczy się do tych co długo wspominamy i wypisujemy na listę do polecenia dalej.
Darek stwierdził, że mało się zna na winach z Tyrolu ale po rozmowie z Panem kelnerem wybrał lokalną, małą winiarnię Untermoser i ich wino Lagrein Reserva. Dla mnie pychota i idealnie dobrane do mieska. A na deser nic innego jak Tiramisu w kolejnej ciekawej odsłonie.
W trakcie kolacji troche padało ale udało nam się umknąć do hotelu jakoś między deszczem pod dachami. Ogólnie miasteczko nam się spodobało. Pewnie pomaga fakt, że spimy w centrum a nie jak w Cortina trochę ma obrzeżach miasta. Dużo mniejsze od Zermatt ale zapowiada się że ma swój urok.
Dziś też zaczęliśmy słyszeć więcej polskiego języka na ulicach i szlakach. Najpierw na parkingu przed wyjściem na szlak, potem siedząc w restauracji słyszeliśmy go trochę na ulicy. Dolomity są popularne wśród Polaków więc chyba wjechaliśmy w bardziej popularne rejony i jest ich tu więcej.
2026.08.15 Cortina, IT (dzień 4)
Darek spisał się na medal jak zawsze. Drugi szlak i drugi raz mało ludzi. Choć dziś jak przyjechaliśmy na parking to już było trochę samochodów. Ale większość tak 98% ludzi nie miała kijków ale miała kaski. No tak, jak się robi Via Ferrata czyli "żeliwna droga" to kijki są Ci w ogóle nie potrzebne a kask czasem się przyda.
My Via Ferrata nie będziemy robić. Ja niestety odpadam w przebiegach, Darek pewnie by zrobil nawet te średnio trudne ale na tym wyjeździe wybrał czas ze mną. Nadal jednak z zainteresowaniem patrzył jak hipki się wspinały po prawie pionowych ścianach szukając półek skalnych na których można odpocząć.
Dzisiejszy szlak (Tour of the Tofane) pomimo, że nie jest w kategorii Via Ferrata to jest w rejonie słynącym z takich tras. Czy to w czymś przeszkadza? W sumie to w niczym ale części szlaku były takie, że dla ludzi co robia Via Ferrata to pikuś, spacer w central parku a dla mnie? No był odcinek, który jak przeszłam to głęboko odetchnęłam.
Dolomity są skałami wapiennymi a co za tym idzie, dość łatwo się kruszą. Dlatego dużo szlaków to albo większe kamyczki, skałki albo piargi. Skałki i piargi jakoś się przejdzie ale gorzej jak sie trochę szlaku ukruszy i bedzie on dość wąski.
Do planowania szlaków używamy aplikacji na telefon, All Trails. Super baza szlaków ma całym świecie z komentarzami ludzi. Właśnie jeden z takich komentarzy polecił nam aby zamiast trasy 404 iść inną, troszkę niżej. Obawialiśmy się, że idąc niżej będziemy mieli gorsze widoki ale nawet nie było źle. Poranne słońce wstawało i widoki były cudo.
Niestety jest to kolejny dzień wakacji na którym wstajemy o 4 rano. Ale mi to odpoczynek powiecie. A ja wam odpowiem, że lepsze to niż nasz pierwotny plan gdzie mieliśmy iść od schroniska do schroniska, z Chamonix do Zermatt. Tam to dopiero bym się mało wysypiała w takich schroniskowych salach z innymi chrapiącymi ludzmi. My wybraliśmy bardziej luksusową wersję czyli śpimy w hotelach i mamy w miarę wygodne łóżko i zero kolejki do toalety.
Ale wracając do szlaku. Tym razem z hotelu mieliśmy ok 45 min na szlak ale nadal zdążyliśmy zacząć go o 6:30 rano. Tak wczesny start daje nam szansę skończenia przed popołudniową burzą i pokonania stromego oddcinka nie w słońcu.
Niestety dziś ta druga rzecz nam się nie udała. Dzisiejszy szlak idzie na około przez fajne górki i tereny. Jak sama nazwa mówi jest to tour. W związku z tym jest trochę góra dół góra. Zaczynamy z 2000 m i wychodzimy ok 300m żeby zejść 50-100m aby znów wyjść 100m ale to nie koniec. Po osiągnięciu pierwszego “szczytu” schodzimy ponownie na 2000m aby wspinać się na 2600m. W tym scenariuszu ostanie 600m już nie da się pokonać bez słońca.
Pierwszą część pokonaliśmy z przyjemnością. Był jeszcze poranny chłód, piękne widoki i stosunkowo mało ludzi. Może spotkaliśmy okolo 3-4 par.
Więcej ludzi było na ścianach i robili Via Ferrata. Słyszeliśmy ich głosy czasami i to nas zainteresowało, żeby popatrzeć do góry i zobaczyć jak te mrówki się poruszają.
W Dolomitach nie zdobywa się za bardzo szczytów. Szlaki są piękne i wyciskają z nas ostatnie poty ale zazwyczaj prowadzą na przełęcze. Piękno Dolomitów jest w szpiczastych, ostrych szczytach których w ogóle nie można zdobyć albo tylko Via Ferrata.
Tak więc my głównie obchodzimy szczyty i wspinamy się na przełęcze. Około 3h zajęło nam pokonanie pierwszego odcinka i znów znaleźliśmy się na wysokości parkingu (2000m). Niestety byliśmy po złej stronie góry i musieliśmy wspiąć się na przełęcz. Dobrze, że na przełęczy jest schronisko (Rifugio Giussani). Przynajmniej będzie okazja na podreperowanie sił.
Początek wyjścia na przełęcz był dość ostry z porobionymi skalnymi schodami czy linkami asekuracyjnymi. Na szczęście był w cieniu góry. Tak udało nam się pokonać jakieś 150 m. Ubywa, jedna czwarta za nami.
Natomiast pozostałe 3/4 szlaku do góry to była tak zwana wspinaczka na pieska. Czyli szliśmy od cienia do cienia, a dużo ich nie było, i jak tylko stawaliśmy w cieniu to jak dobre pieski, z językami na wierzchu oddychaliśmy i chliptaliśmy wodę.
Dobrze, że szlak był dość łatwy i można było skupić się na rytmicznym, krok za krokiem poruszaniem się do przodu. Widoki też pomagały bo zdecydowanie odciągały od myślenia o trudach a pozwalały skupić się na tym co piękne (widoki) i konieczne (iść do przodu). Ale czy właśnie nie o to chodzi w górach, żeby skupić się na tym co ważne a nie trudach i przeszkodach? Na koniec i tak pamięta się tylko to co dobre i piękne.
Krok po kroku od cienia do cienia pokonaliśmy te 600m i zobaczyliśmy schronisko. Jak to kolega mi powiedzial….”Ilonka nie dygaj, dasz radę, jeszcze tylko 8 hików.” No w tym słońcu to miałam parę razy zwątpienie czemu ja nie wybrałam Grenlandii na świętowanie naszej rocznicy tylko hikowy wyjazd w środku lata, we Włoszech. To już prawie jak detox bo wszystko się wypoci.
Jak tylko ujrzeliśmy schronisko to już same nogi pchały nas do przodu. Do zimnego piwka, ławeczki w cieniu i pysznego jedzonka.
Zimne piwko było, a cała reszta to tak sobie wyszła. Ławeczki w cieniu nie było tylko stolik w środku, a jedzenie…. średnie mieli wybór i część dań taka trochę śniadaniowa jak np moje parówki. Myślałam, że będzie to polska kiełbasa z grilla ale ten przysmak widać jeszcze nie dotarł do Tyrolu.
Schroniska we Włoszech mają kelnerów/kelnerki i dzięki temu nie można siedzieć przy stoliku na krzywy ryj. Dzięki temu jest miejsce dla ludzi którzy naprawdę chcą zjeść i wspomóc schronisko kupując u nich posiłek. Jak chcesz sobie zjeść własną kanapkę to zawsze jest jakaś trawka czy ławeczka w okolicy. Natomiast w środku tłumy są takie idealne. Nie jak w Polskich schroniskach gdzie ciężko szpilkę wsadzić. Pewnie przy złej pogodzie wyglada to inaczej ale mamy nadzieję, że się nie przekonamy.
Opuściliśmy schronisko i zaczęło się z górki na pazurki. Totalnie w dół, zygzakami aż ciężko było hamować miejscami. Oczywiście znalazły się wynalazki które stwierdziły, że na skróty zejdą ale wiecie co? Wcale szybciej nie byli.
Do zejścia mieliśmy te 600 m co się wspinaliśmy ale trasa była super. Po żwirze ale szeroka, w miare ok nachylona, tak to można schodzić i podziwiać widoki.
A widoki tu są niesamowite. Ogólnie to jest tu jakaś taka przestrzeń, że wszystko wydaje się tak daleko ale po godzinie schodzenia zdajesz sobie sprawę, że już tyle ubyło.
Zejście właśnie tyle nam zajęło, godzinkę. To co zastaliśmy na dole to przerosło nasze oczekiwania. Parking napakowany na maksa. Część ludzi na pewno przyjeżdża tu tylko aby zrobić sobie piknik na dole albo posiedzieć w schronisku na dole. My też zrobiliśmy sobie nasz własny piknik.
Zastanawialiśmy się tylko jak my wyjedziemy z tego parkingu. Prowadziła tu bowiem szutrowa górska droga która była wykorzystywana w czasie Pierwszej Wojny Światowej. Jak jechaliśmy rano to nie było problemu bo było bardzo mało samochodów a do tego wszystkie jechały do góry teraz to jest mix grotołazów co już kończą dzień i zjeżdżają na dół i śpiochów co dopiero po śniadaniu wymyślili co robić.
Na szczęście nie było źle i trafiliśmy w jakąś dziurę gdzie większość jechała w dół i tylko 2-3 niedobitki wybierały się w przeciwnym kierunku.
Plusem wczesnego wyjścia na szlak jest fakt, że przed kolacją można się rozerwać. Jutro już wyjeżdżamy z Cortiny a jeszcze nie byliśmy “na mieście”. Dziś stwierdziliśmy, że to nadrobimy.
Stety, niestety za dużo nie pozwiedzaliśmy. Doszliśmy do lokalnego baru przy drodze i weszliśmy, żeby schronić się przed deszczem. Niestety popołudniowe burze to prawda i koło 15-16 warto być już na dole pod dachem.
Dziś żegnamy się z naszym hostelem ale co gorsze żegnamy się też z pierogami z burakami. Takie coś jedliśmy pierwszego wieczoru i tak mi zapadlo w pamięć, że zarzadziłam, że wracamy na kolację do hotelu. Darek nie narzekał bo polubił załogę która miała takie samo poczucie humoru jak on.
Były pierogi, było pyszne mięsko (tatar z sarniny) i jeszcze lepsze winko. No i oczywiście Tiramisu. Choć Darek ocenił je tylko na 7 w skali 10. Tym o to sposobem 1/3 naszego wyjazdu dobiega końca. Wow ale ten czas leci jak się człowiek dobrze bawi.
2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)
W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.
Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.
Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.
To po co tu przyjechaliśmy?
Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!
Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.
Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.
Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.
Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.
Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.
Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.
Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.
Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.
Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.
Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.
Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.
Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.
Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.
W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.
Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.
Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.
Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.
Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.
Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.
Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.
Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.
Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.
Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..
2026.08.13 Cortina, IT (dzień 2)
Problemy Amerykanów w Europie… Jak spakować to wszystko do tego małego samochodzika. Tak, cooler też z nami przyleciał. Wszystko można nadać.
Na szczęście to nie nasze pierwsze rodeo. W Europie trzeba brać małe auta, zwłaszcza jak chce się odwiedzać małe górskie miasteczka. A pakowanie….zawsze się jakoś upcha. Nawet udało się tak upchać, że jeszcze na zakupy mogliśmy pojechać i dokupić parę zgrzewek wody.
Link do video: https://youtu.be/dZVLUR0e9e4?is=ZF4lKj__ZllOgAmZ
Italiano na całego, Mini Copoper, Italian disco w głośnikach i autostrady…chciałam napisać że super drogie ale nawet nie było tak źle. Z Mediolanu przez obwodnicę Wenecji do Cortiny zapłaciliśmy tylko 30 EUR. Jechaliśmy autostradą prawie 300km i powiem szczerze, że bałam się jaki rachunek nam na koniec wystawią.
Autostradą fajnie się jechało. Nawet zaskoczna byłam jak mało aut było na drodze. Były momenty gdzie trzeba było zwolnić ale ogólnie to nie było źle. Zresztą sami widzicie. Po amerykańskich korkach na pięcio pasmowych autostradach to aż miła odmiana.
Za to jak wjechaliśmy w górskie drogi to już żadne z nas nie narzekało, że samochód jest mały. Cieszyliśmy się, że bez problemu możemy jechać jak lokalni a nie turyści co wynajęli za duże auta.
Korki były ale na szczęście w przeciwnym do naszego kierunku. Chyba ludzie pokończyli szlaki i wracali do swoich hoteli. My po mimo, że śpimy w najsłynniejszym miasteczku Dolomitów to też będziemy musieli podjeżdżać na szlaki, ale może jakoś się uda bez korków. Jutro się przekonamy.
Cortina jest słynna bo w tym roku była tu olimpiada zimowa. Wspólnie z Mediolanem. Czyli ci wszyscy zawodnicy i inni organizatorzy tędy jeździli. Może dlatego niektóre drogi i części autostrady wyglądały na dość nowe.
Dolomity są też słynne z narciarstwa choć Darek jak zobaczył ich mapy resortów to stwierdził, że nie musi tu przyjeżdżać. Krótkie wyciągi i jakoś to takie rozbite na miasteczka. Wesoło tu musi być z korkami w zimie.
Jadąc tu boję się, że całe wakacje będą zepsute przez ilość tłumów ale wierzę, że Darek wykorzystał swoje super moce i znalazł szlaki które są mniej popularne ale ładniejsze. Bo jak internet poleca szlak to pierwsze 3 trzeba skreślić i zacząć szukać głębiej. A w Dolomitach to chyba trzeba skreślić pierwsze 10 i dopiero szukać dalej. Bo pierwsze 10 będą oblegane przez turystów a niekoniecznie będą najładniejsze. Bo na najładniejsze szlaki trzeba wejść dalej w góry.
Dolomity są chyba rejonem najbardziej popularnym na Instagramie. Niestety media społecznościowe zepsuły podróżowanie bo ludzie wystawiają zdjęcie i potem każdy chce tam iść ale nie zdaje sobie sprawy, że podobnie można zjeść w restauracji obok albo żeby zrobić to mega zdjęcie trzeba się wspinać kilka godzin. Ja czasem sobie nanoszę na mapkę punkty które widzę na Insta ale zawsze je weryfikuję jak już wiem, że tam pojadę. W przypadku Dolomitów nawet nie mówiłam Darkowi co mam na mapie bo wiem, że cokolwiek on znajdzie będzie tysiąc razy lepsze niż Instagram.
W Cortinie śpimy w hotelu Lajadira. Nie było łatwo znaleźć w Dolomitach noclegu. Albo ceny masakra, albo recenzje takie sobie. Zobaczmy co ten hotel nam zaoferuje ale na pierwszy rzut oka wygląda całkiem fajnie.
Jutro musimy wcześnie wstać. Śniadanie zamówiliśmy na 5 rano więc dziś nie chodziliśmy nigdzie tylko zjedliśmy kolację w hotelu. Było bardzo smacznie i z bardzo wesołą załogą, która na koniec poczęstowała nas Limoncello. Najbardziej jednak wygrały pierogi z burakami. Wg. standardów Włochów jako pierwsze danie je się makarony. Makarony to może za dużo i ciężko ale pierogi z burakami wpadły mi w oko, i rzeczywiście pychota. Zwlaszcza ten mak którym są posypane dopełnia smaku.
Cortina jest dość rozłożystym miasteczkiem jeśli chodzi o standardy miasteczek górskich i pójście do restauracji może zająć nawet z 30-45 min. Pomimo, że spacer przed i po kolacji jest wskazany to dziś postawiliśmy na efektywność i oszczędność czasu. Jutro pora poznać tę górki i zobaczyć co mają do zaoferowania.
2026.08.12 Mediolan, IT (dzień 1)
Latanie jednak może być przyjemne. Jak to się mówi, jak nie lubisz latać to znaczy, że jeszcze nie poleciałeś liniami które ci się spodobały. Emirates wygrywa…wygrywa wszystkie konkursy. Ale najbardziej super miękka pidżamę, normalne drotowe ręczniki do jednorazowego użycia w toalecie, pyszne jedzenie i wino, bar na pokładzie i przestronne siedzenia ale przede wszystkim cisza. Nigdy nie leciałam tak cichym samolotem, ale sciany miał grube. Tak grube, że zdjęć się nie dało robić ale to nic, najważniejsze, że była cisza.
W żadnym samolocie aż tak się nie wyspałam. Na śniadanie musieli mnie obudzić bo spałam mocnym snem. I wiecie co? To śniadanie to nie było jakieś papierowe…byly to normalne jajka które sprawiły, że aż do kolacji nie byliśmy głodni.
Lot minął nam szybciutko. Mieliśmy późny wylot i w związku z tym późne lądowanie. W Mediolanie byliśmy dopiero w południe. W mieście/hotelu jednak dopiero 1.5h później. Lotnisko w Mediolanie jest położone dość daleko. Jakieś 45min samochodem od centrum. Jednak trochę nam zeszło aby odebrać bagaże i znaleźć Ubera. Znaleźć gdzie się zatrzymują Ubery nie było łatwo ale jakoś go wypatrzyliśmy wg. mapki i mogliśmy wygodnie usiąść w Merolu. Woleliśmy Uber’a niż taksówkę z postoju bo jakoś nie ufamy jeździe na licznik, wolimy znać cenę z góry no i dobrze bo Uber też ma dużo fajniejsze auta i z klimą.
Niestety pokoju jeszcze nie mieliśmy. Tym razem nie śpimy w Marriocie tylko jakimś butikowym hoteliku. I znów stwierdziliśmy, że może i lepiej? Mniejszy hotel a nie duża sieciówka to się bardziej starają. Woda, ciasteczka, inne napoje za darmo w lobby, lodówka w pokoju też wypełniona za darmo napojami a do tego jeszcze darmowy buffet a lunch i kolacje. Fajnie tak, że ziemna woda pod ręką bo tu trzeba pić dużo. Jest zdecydowanie za gorąco no ale kto jedzie do Włoch czy południowej Europy w lato….chyba nikt normalny.
To co my właściwie robimy w środku lata w upalnych Włoszech? Darek obiecał, że kiedyś będzie chłodno…. kiedyś czyli jutro jedziemy w góry, Dolomity i ma być średnio 10C chłodniej. Miejmy nadzieję. Nie chcieliśmy ryzykować jazdy od razu po samolocie więc jedną noc spędzimy w Mediolanie ale już wiemy, że za dużo nie pochodzimy. Czekając na pokój wyszliśmy z hotelu tylko przejść się parę minut ale nie dało się i wstąpiliśmy do lokalnego baru. Lokalnego bo każdy tu każdego znał i wstępował na 5-10 min na szybkie espeesso i ruszał dalej. Tylko my jacyś śmieszni turyści zamówiliśmy piwko.
O 15 godzinie w końcu dostaliśmy pokój i padliśmy. Emiraty emiratami, samolot wygodny ale jednak łóżko to łóżko. Jak padliśmy to dopiero obudziliśmy się na kolacje.
Na kolację wybraliśmy Cantine Milano które słynie z wyboru win. Koncept restauracji jest, że najpierw wybiera się wino a potem jedzenie. Trochę przeciwnie do tego co robimy normalnie gdzie wino dopasowuje się do jedzenia. Dlatego po raz pierwszy zaczęliśmy od studiowania 50 stronnicowej listy win a potem zdecydowaliśmy, że do pysznego Cab+Merlot z Lombardii potrzebne jest jakieś fajne mięsko.
Małe porcje nie? Zwłaszcza jak na Amerykanów… Nam akurat bardzo spasowały bo jakoś dalej nie byliśmy super głodni. Ale porcje są takie bo Włosi traktują makaron jak my zupę. U nich zamawia się najpierw przystawkę, potem makaron i dopiero na główne jakieś mięsko czy rybkę. My przeskoczyliśmy odrazu do glownego dania ale za to mieliśmy miejsce na deser.
Darek obiecał, że codziennie będzie jadł tiramisu. Ciekawe czy plan zrealizuje. Restauracja była fajna ale jednak troszkę za słabą mieli klimę. Najpierw myślałam że dlatego, że pewnie dopiero włączyli jak otwierali wieczorem ale niestety im więcej ludzi przybywało tym cieplej się robiło. No tak potwierdza się, że do Europy nie lata się w lipcu bo nawet o 10 wieczór jak wyszliśmy to było trochę ponad 30C.
Co ogólnie myślimy o Mediolanie. Ja lubię to miasto. Byliśmy tu kiedyś w 2014 roku (https://www.idmtravels.com/blog/2014-mediolan-4) i wtedy zwiedzaliśmy katedrę, którą uwielbiam i inne atrakcje. Teraz pomimo, że do katedry mamy około 15-20 min na nogach nie poszliśmy tam. Restauracja była w innej części miasta, bardziej biznesowej. Spodobało mi się, że Mediolan ma dużo parków i naprawdę starają się go “za lesić”. Nawet budynki mieszkalne na balkonach mają drzewa.
Trochę nas zdziwiło jak bardzo opuszczone i zamknięte jest to miasto. Mieszkania i biznesy mają pozamykane rolety, knajpki pozamykane nawet wieczorami. Chyba rzeczywiście są duże wakacje we Włoszech i wszyscy wyjechali w góry.
My też wyjeżdżamy jutro. Darek spędził dużo nocy planując szlaki i wiem, że zrobił to tak dobrze, że uciekniemy przed tymi tłumami. Póki co wracamy do chłodnego pokoiku i mamy nadzieję, że jet-lag nas nie dołapie.
2026.08.11 Mediolan & Dolomity, IT (dzień 0)
Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?
Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.
Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.
5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.
Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.
Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.
Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.
W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.
Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.
W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.
Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.
Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.
Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.
Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!
Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.
Wiecie co jadłem? Hamburgera!
Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.
Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.
Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…
Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.
Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.
Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.
Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….
Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.
Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….
2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)
Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.
Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.
Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.
Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.
W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.
Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.
Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.
Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.
Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.
Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.
W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.
Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.
Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?
Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.
Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.
Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.
Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.
Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.
Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.
Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.
A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.
Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.
Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.
Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.
2024.12.02-03 Watykan & Rzym, IT (dzień 4-5)
Czterdziesty pierwszy kraj do mojej kolekcji… kolega kiedyś powiedział mi, że jego plan to mieć na swoim koncie co najmniej tyle odwiedzonych krajów co ma lat. Było na styk, już prawie myślałam, że spadnę i ilość krajów na moim rachunku będzie poniżej mojego wieku… ale się udało. Watykan, najmniejsze państwo świata ale pewnie jedno z najbogatszych, jak nie najbogatsze.
Czy zwykły człowiek może odwiedzić Watykan? To zależy jak na to się spojrzy. Teoretycznie na Plac Świętego Piotra może wejść każdy a wg. mapy to już jest Watykan, więc tak można być jedną nogą w dwóch krajach jednocześnie. Są teorie i ludzie którzy jednak uważają, że plac Świętego Piotra nie należy do Watykanu i jest jeszcze częścią Rzymu. Przeświadczenie to wynika z faktu, że Watykan jest ogrodzony murami i jest bardzo mocno strzeżony przez Gwardię Szwajcarską.
My tylko zwykli turyści, żadnych specjalnych przepustek nie mamy więc papieża nie odwiedzimy, ale mury przejdziemy… pierwsze w planie mieliśmy zwiedzanie muzeum Watykańskiego zakończonego wizytą w Kaplicy Sykstyńskiej. Po muzeach planowaliśmy na spokojnie odwiedzić Bazylikę Świętego Piotra. Pod Watykan zajechaliśmy jednak dość wcześnie i podeszliśmy pod Bazylikę przed muzeum.
Skoro byliśmy za wcześnie to podeszliśmy na Plac Św. Piotra wcześniej, i dobrze. Jak zobaczyliśmy kolejkę do Bazyliki to się przestraszyliśmy. Masakra… kilka godzin stania jak nic. Wejście jest za darmo więc nie można robić rezerwacji, kupować biletów itp. Było wejście boczne “na modlitwę” i już myślałam z niego skorzystać ale jednak chęć zobaczenia wszystkiego bardziej mnie pociągała. Co w takiej sytuacji? Szybko wyciągnęłam telefon i zaczęłam szukać czy możemy się dopisać do jakiejś wycieczki z przewodnikiem na dziś. Założenie było, że przewodnik chyba nie musi stać w tych kolejkach, na pewno mają jakieś boczne wejście… udało się, wykupiłam szybko wycieczkę na popołudnie więc nadzieja, że wejdziemy była.
Ja naprawdę nie wyobrażam sobie co tu się dzieje w lato. Czy ludzie naprawdę stoją na tym placu, w słońcu, skwarze i upale po kilka godzin? Nie dziwię się, że muszą zamykać atrakcje skoro napływ turystów jest tak duży, że wszędzie trzeba czekać w kolejkach.
My kolejki mieliśmy w PRLu więc teraz unikamy ich jak możemy. Albo mamy bilety na specjalne godziny albo po prostu olewamy atrakcję. Fajnie jest być w wielu miejscach ale nie za wszelką cenę. Bilety na konkretną godzinę mieliśmy do Muzeum Watykańskich więc na placu dużo czasu nie spędziliśmy.
Watykan jest bogaty, nie da się ukryć. Przez lata kościół gromadził dzieła sztuki, ich biblioteka ma prace Galileusza i innych światowych naukowców. Ogólnie to część rzeczy zabrali w trakcie przeróżnych procesów o herezje, część powstała na ich zlecenie, i pewnie było jeszcze wiele innych dróg do stworzenia takiej kolekcji. W muzeum Watykańskim wystawiona jest tylko część. Nam na muzeum średnio zależało, ale muzeum trzeba przejść aby dojść do Kaplicy Sykstyńskiej która nas najbardziej interesowała.
Mieliśmy audiobook i nawet fajnie opowiadali. W pierwszej sali (Egipt) słuchaliśmy dość uważnie. Tak nas zainteresowały mumie, piramidy i hieroglify, że nawet zachciało nam się pojechać do Egiptu. Musimy tylko poczekać, aż tamten rejon świata się trochę uspokoi politycznie.
Potem było już tego wszystkiego za dużo. Niesamowita ilość rzeźb, obrazów i innych arcydzieł. Wszystko fajnie opowiadane ale było tego za dużo, żeby zapamiętać. Podziwialiśmy więc z daleka przechodząc z sali do sali. Sam wystrój no i sufity przyciągały już uwagę i krzyczały swoim przepychem.
Sala a właściwie korytarz map przykuł naszą uwagę. Mapy różnych rejonów Włoch były wymalowane w bardzo dużym formacie na ścianach. No tak wtedy nie mieli map rozkładanych, papierowych czy Google Maps. Żeby cesarz czy król wiedział co ma pod swoim władaniem musiał mieć mapy namalowane ze szczegółami ukształtowania terenu.
Po sali map przyszła pora na polski akcent i mogliśmy podziwiać obraz pędzla Jana Matejki przedstawiający Jana Sobieskiego pod Wiedniem. Obraz olbrzym… trzeba przyznać, że Matejko małych obrazów nie malował.
My w muzeum spędziliśmy około 2h a wiele miejsc pomijaliśmy, myślę, że koneser sztuki może tam spędzić dzień jak nie dwa. Udało nam się w końcu dojść do Kaplicy Sykstyńskiej. Niestety tam nie wolno robić zdjęć. Zainteresowanych zachęcam do poszukania zdjęć w Internecie bo można znaleźć ich całkiem sporo. My niestety zdjęcia nie mamy, ale wrażenia jednak zostały. Co mnie zaskoczyło to brak mebli, prawie w ogóle nie ma tam ław do siedzenia, ołtarz to tylko (albo aż) dzieło Michała Anioła, Sąd Ostateczny. Cała dekoracja to malowidła na ścianach, niby skromnie ale z przepychem bo malowidła są niesamowite, pełne szczegółów i kunsztu pracy.
To właśnie w Kaplicy Sykstyńskiej odbywa się konklawe. To tutaj kardynałowie z całego świata debatują i wybierają następną głowę Kościoła. Zasady mówią, że po każdym głosowaniu, kartki są palone i dodawane są proszki które sprawiają, że dym jest biały albo czarny. Jak biały to znaczy, że papież jest wybrany, jak czarny to znaczy, że narada dalej trwa. Intrygowało mnie gdzie oni to palą i jakoś nie mogłam znaleźć… może było gdzieś w koncie przykryte.
Uff… nachodziliśmy się po tym muzeum aż przerwy nam się zachciało. Dobrze, że niedaleko Watykanu jest bardzo przyjemna niemiecka knajpka. Nie mogliśmy jednak długo siedzieć bo mieliśmy kolejną wycieczkę, tym razem do Bazyliki ale spóźnić się nie chcieliśmy bo jak już tu jesteśmy to dobrze by było wejść do środka.
Idąc do umówionego miejsca musieliśmy znów przejść plan Św. Piotra. Tym razem kolejka była mniejsza ale my nadal mieliśmy nadzieję na szybkie wejście, bo przecież z przewodnikiem. Niestety… nadzieja matką głupich. Jak się okazało, przewodnicy (może nie wszyscy ale nasz na pewno) też muszą stać w tych kolejkach. Na szczęście udało nam się, że po pierwsze kolejka nie była najgorsza a po drugie Pani fajnie opowiadała i jakoś te 20 minut w kolejce zleciało.
Zwiedzanie Bazyliki zaczęliśmy od drzwi… drzwi których za rok już nie będzie. Co 25 lat w Watykanie są uroczystości zwane Jubileuszem. Wcześniej były co 50 lat ale stwierdzono, że to za rzadko więc teraz mamy co 25 lat… Drzwi mają symboliczne znaczenie. Znajdują są one w 4 największych kościołach w Rzymie i z początkiem roku są niszczone. Każdy chrześcijanin który przejdzie przez wszystkie 4 drzwi w roku Jubileuszu zostaje odkupiony ze wszystkich grzechów. Dlatego cały Rzym jest w remoncie… szykują się na zjazd wszystkich grzeszników.
Drzwi póki co są zamknięte więc do głównej nawy poszliśmy przez podziemia. Można wejść do Bazyliki głównym wejściem ale nasza przewodniczka stwierdziła, że lepiej będzie zacząć od podziemi gdzie pochowani są papieże aby skończyć na najważniejszym grobie Jana Pawła Drugiego. Jan Paweł Drugi, uznany jako święty jest pochowany na górze w głównej części kościoła.
Bazylika Świętego Piotra jest największym kościołem na świecie. Ma powierzchnię ponad 15tys metrów kwadratowych i zbudowana jest na grobie Świętego Piotra. Do samego grobu Św. Piotra nie można się dostać ale wg. tradycji każda następna głowa kościoła jest pochowana właśnie tu w podziemiach.
Papież należy do kościoła i dlatego jest tu pochowany ale bogactwo jego rodziny decyduje jak bardzo zdobiony jest sarkofag. Ci bogatsi mieli grobowce zakończone swoją płaskorzeźbą naturalnych rozmiarów. Gest ten miał sprawić, że ciało jest bliżej Boga po śmierci. Inni mieli skromniejsze sarkofagi. Jak na przykład Jan Paweł I. Jest to papież który najbardziej walczył z korupcją i kościele i próbował wyprostować finanse i skandale kościoła. Nie do końca mu się to udało i dlatego później Karol Wojtyła przyjął jego imię aby kontynuować walkę z korupcją. Też pewnie nie do końca się mu to udało choć jako główną zasługę przypisuje mu się powiększenie kościoła. Za jego bowiem panowania najwięcej ludzi wstąpiło do Kościoła i przyjęło wiarę katolicką.
Nie zatrzymywaliśmy się przy każdym grobie papieża. Nasza pani przewodnik wybrała czterech według niej najbardziej zasługujących na wspomnienie. Po wizycie w podziemiach ruszyliśmy do wnętrza bazyliki. Wyszliśmy bocznym wejściem z podziemi i od razu doznaliśmy szoku. Potężne było pierwsze słowo jakie przyszło mi na myśl. Przepych też jest ale nie rażący. Wiadomo, złoto, marmury, alabastry to drogie materiały wykorzystane do budowy i dekoracji ale przy tak ogromnej powierzchni nie razi to w oczy a bardziej wzbudza podziw, że przetrwało to setki lat.
Czy przewodnik jest potrzebny, tak… pomimo, że ilość informacji nas przerosła i nie byliśmy w stanie wszystkiego zapamiętać to pomogło nam zwrócić uwagę na szczegóły i naprawdę podziwiać to nie tylko święte miejsce ale przede wszystkim dzieło architektoniczne.
Nie sądzę czy kiedykolwiek widziałam piękniejszą Bazylikę. Ale z drugiej strony jak najładniejsze nie byłaby w Watykanie to coś by było nie tak. Nie dość, że “siedziba główna” zawsze jest najbardziej reprezentacyjna to Włochy i Watykan mieli dostęp do bardzo najzdolniejszych artystów jak Michał Anioł, Bernini i wielu innych.
W Bazylice jest też słynna rzeźba Michała Anioła, Pieta. Przedstawia ona Matkę Boską trzymającą w rękach Jezusa ściągniętego z krzyża. Piet jest klika na świecie ale właśnie ta Watykańska jest podobno najsłynniejsza. Koncept Piety (czyli Matki Boskiej trzymającej Jezusa) był popularny już wcześniej ale Michał Anioł przez wykonanie idealnej wersji i prowadzeniu paru zmian w spojrzeniu sprawił, że jego wersja stała się najsłynniejsza.
W Rzymie i Watykanie zdecydowanie dużo się nauczyliśmy. Skoro już napełniliśmy nasze mózgi wiedzą to przyszła kolej aby napełnić nasze brzuchy. W Bazylice mogliśmy spędzić jeszcze trochę czasu na własną rękę ale pani przewodnik tak ładnie nam wszystko opisała, że byliśmy gotowi przetrawić tą porcję wiedzy przy jakimś winku i makaronie.
Ostatnia kolacja na tym wyjeździe. Tym razem postawiłam na sieć restauracji Tonnarello, lokalizację San Pietro. Miałam nadzieję na domową kuchnię gdzie włosi krzyczą Mama Mia!!! Niestety albo byliśmy za wcześnie albo w zbyt turystycznej dzielnicy po pomimo, że jedzenie było dobre to klimatu nam troszkę brakowało.
Objedliśmy się ale nie chcieliśmy kończyć jeszcze przygody z Rzymem. Wróciliśmy spacerkiem w naszą część miasta. Powłóczyliśmy się po mieście, żeby spalić troszkę kalorii i wylądowaliśmy w dobrze znanej nam restauracji z pierwszego dnia…
Darek miał ochotę popróbować włoskie wina. Ja zdecydowanie wolałam wino na trawienie niż zapychać się piwem. Tak więc skoro, Rimessa Roscioli miało bardzo fajną kartę win postanowiliśmy odwiedzić ich ponownie. Naszego kelnera dziś nie było, ale był inny, równie zabawny i fajny. Oczywiście, najpierw dali nam stolik tylko na godzinę ale potem jak zamawialiśmy wina bez etykiet (bo stare) i kelner doceniał, Darka wiedzę o winach to nikt nas już nie popędzał tylko podawali coraz to nowe rzeczy do spróbowania.
Wino bez przedniej etykiety było z 1999 roku. Przynajmniej z tyłu miało etykietę więc wiedzieliśmy co pijemy. Tak nam zasmakowało, że stwierdziliśmy, że jedno byśmy wzięli do NY. Wzięliśmy… tylko drugie już nie miało żadnej etykiety. Pan pokazywał nam podobieństwa, trochę jak w Foro Romano, widzicie tą linię… to jest pozostałość po tym napisie… hmmm… uwierzyliśmy mu. Wino daliśmy w prezencie ale osobie która na pewno wyczuje czy jest stare i dobre. Może nawet się podzieli i sami będziemy mogli przypomnieć sobie ten smak, ta starą skórę.
Jutro już wyjeżdżamy. Ostatnimi rzeczami na naszej liście było Cannelloni i Gelato. Czyli rurka z kremem i lody. O dziesiątej w nocy przynajmniej nie ma kolejek do cukierni więc przechodząc koło jednej skusiliśmy się na coś słodkiego! Było pyszne… ale po winie z 1999 roku chyba wszystko lepiej smakuje.
Plan na jutro? Pobudka, śniadanie, taksówka i niestety fajny weekend europejski dobiega końca. Ten wyjazd sprawił, że mam najwyższy status w Delcie… dlatego zapowiada się wygodna podróż powrotna bo udało nam się dostać upgrade do pierwszej klasy. Miejmy tylko nadzieję, że wszystko będzie bez opóźnień.
PS. podróż minęła bez przygód choć samolot był trochę stary więc i pierwsza klasa nie taka fajna. Ale jak to się mówi, darowanemu koniowi nie patrzy się w gębę…
2024.12.01 Rzym, IT (dzień 3)
Dzisiejszy dzień był zaplanowany przez Darka. Troszkę na spontanie, troszkę taki dzień na TAK. Nie wiem czy znacie taką zabawę, w dzień na TAK. Polega to na tym, że trzeba zgadzać się na wszystko co druga osoba zaproponuje. Tak właśnie wyglądał nasz dzień dziś.
Zaczęliśmy od leniwej kawki i śniadania na ostatnim piętrze naszego hotelu. Śpimy w Marriocie Grand Flora i w sumie cały czas się zastanawiamy co tu było wcześniej. Przecież coś musiało być, bo budynek wygląda na stary i mieści się w murach miasta. No więc w pierwotnej formie budynek ten był troszkę mniejszy. Wybudowany w 1895 był pierwotnie przeznaczony na rezydencję księżnej Borghese, ale po pierwszej fazie budowy projekt przejął niemiecko-rosyjski Krumbugel i zmienił przeznaczenie na hotel. Finalnie hotel został kupiony przez rodzinę Signorinis którzy powiększyli go. W 1925 budynek przeszedł zmiany architektoniczne i powstała aktualna forma.
Nas jednak bardziej od hotelu interesowały mury. Widzieliśmy je codziennie rano otwierając okno a za nimi piękny park. Zarówno park jak i mury zainteresowały Darka więc zwiedzenie zaczęliśmy od obejścia murów a potem spaceru wzdłuż nich.
Jak to pan przewodnik na wczoraj opowiadał… jak wąska cegła to znaczy, że oryginał. Nie trudno się domyślić, że mury są murami miasta ale zaskoczyło nas, że są one z III wieku. No tak, wąska kostka jak nic.
Przeszliśmy się wzdłuż murów zobaczyć jak daleko idą ale niestety za dużo ich nie przetrwało i dość szybko się skończyły. Wylądowaliśmy za to przy schodach hiszpańskich. W nocy wyglądały one dość fajnie, miejsce spotkań ludzi którzy sobie siedzą, gadają, piją winko ale wszystko kulturalnie. W dzień to tłum, masa turystów i ludzi robiących zdjęcia w sumie nawet pewnie nie wiedzą czemu.
Schody Hiszpańskie są jedną z tych atrakcji o których się mówi. Barokowe schody mają w sobie trochę romantyzmu który inspirował artystów przez lata. Jednak teraz stały się wyznacznikiem ekskluzywnej dzielnicy bo to właśnie tu ulokowały się wszystkie najdroższe sklepy.
Jak najdroższe sklepy to i najdroższe restauracje i kawiarnie. Caffe Greco, powstałe w 1760 roku zwane jest również Tea Room. Jest to najstarsza i najbardziej artystyczna kawiarnia w Rzymie. To tu przesiadywała cała śmietanka artystyczna jak Goethe, Andersen, Wagner, Mark Twain, Nietzsche, no i Cyprian Norwid. My też usiedliśmy na chwilkę. Ale dosłownie na chwilkę bo jak zobaczyliśmy, że za Cappuccino chcą 15 EUR a za piwo ponad 20 to wyszliśmy. Tak, wiem, że tam się płaci ze możliwość podziwiania rzeźb i obrazów których oryginałów jest tam dość dużo. Tak czuje się człowiek jak w muzeum i na pewno są ludzie którzy to docenią. My jednak koneserami sztuki nie jesteśmy więc poszliśmy dalej.
Darek zaczął kierować nas w kierunku parku… tego samego co widzimy z okien pokoju. Troszkę się wystraszyłam ale dzień na TAK musi być więc nic nie mówiłam tylko grzecznie szłam. Parku to się nie bałam. Parki zawsze są fajne… ale miałam tylko nadzieję, że nie wpadnie na pomysł oglądania świątecznych światełek. W parku bowiem na święta zrobili wystawę dekoracji świecących. Prawdopodobnie za wejście trzeba płacić a potem ogląda się tylko plastik, jakoś nie jest to moja preferowana atrakcja. Na szczęście zamiast światełek dostałam piękny widok na miasto, grajka z gitarą w tle i popiersia słynnych ludzi. Nawet Pitagoras się załapał.
Pogoda idealna na chodzenie po parku. Ogólnie to ociepliło się po wczorajszym dniu. Dziś już fajnie świeciło słoneczko i kurtki były nie potrzebne. Idealna na leniwą niedzielę w parku. Nie tylko my mieliśmy taki pomysł. Dużo ludzi przychodziło z krzesełkami, siadali w parku, słuchali przydrożnych grajków i odpoczywali w promieniach słońca z chłodnym piwkiem w ręce. My krzesełka nie mieliśmy więc ruszyliśmy dalej szukać jakiegoś miejsca ze stołkami.
Zeszliśmy na Piazza del Popolo z nadzieją, że znajdziemy tu jakąś fajną knajpkę na przerwę. Niestety wszystko to bardziej restauracje i ceny piwa dość wygórowane. Po wczorajszych dobrych doświadczeniach z Irish Pub zaczęliśmy takich właśnie szukać ale okazało się, że to dopiero po drugiej stronie rzeki. Na szczęście do rzeki mieliśmy nie daleko więc dość szybko znaleźliśmy się po imprezowej części miasta.
Jak się później dowiedziałam to właśnie strona gdzie jest Watykan jest ta bardziej imprezową stroną miasta. Niby knajpy są wszędzie ale to bardziej restauracje. Jak chce się znaleźć nocne życie, bardziej bary niż restauracje to trzeba iść do dzielnicy Trastevere. Podróże kształcą więc następnym razem tam weźmiemy hotel i pozwiedzamy inną część Rzymu. Tą mniej turystyczną a bardziej imprezową.
Darek znalazł Irish Pub i mogliśmy usiąść na chwilkę na przerwę. Usiedliśmy tylko na chwilkę bo jakoś bez klimatu ten bar. Po 13 latach w Stanach widzę różnicę między barami w Stanach a na świecie. W Stanach jak tylko się siądzie przy barze to od razu barman coś tam zagada. Głupie jak minął dzień, skąd jesteś i już jest jakoś tak przyjemniej. Do tego można zawsze pogadać z barmanem i dowiedzieć się coś o mieście, gdzie chodzą lokalni. Nawet nasz dzielnicowy barman w NY daje nam sugestie co się w mieście dzieje i gdzie fajnie iść. Tego niestety brakuje na świecie. Pewnie jest jakaś tam bariera językowa ale myślę, że to jednak wychowanie i kultura a nie język.
Bar był dość blisko Castel Sant'Angelo (Zamku Świętego Anioła) więc się ucieszyliśmy, że może uda nam się tam zaglądnąć. Zamek ten był bardziej jako dodatkowa atrakcja. Nie kupowałam wcześniej biletów bo nie wiedziałam czy coś innego nie przyciągnie naszej uwagi i w ogóle to chcieliśmy mieć taki jeden dzień bez większych planów, tak na poszwendanie się. Będąc jednak tak blisko stwierdziłam, że może zaglądniemy. Jak tylko zobaczyliśmy kolejkę to już wiedzieliśmy, że nie zaglądniemy… okazało się, że w niedzielę dużo atrakcji (włącznie z Zamkiem Św. Anioła) jest za darmo. WOW… chyba nie chciałoby mi się czekać godzinami w kolejce tylko po to żeby za darmo wejść. No więc jak się domyślacie tą atrakcję odłożymy na następny raz, kiedy to będzie można kupić bilety i wejść jak człowiek bez kolejki.
Skierowaliśmy się więc w kierunku kolejnej atrakcji która przykuła naszą uwagę. Widoczna jest bowiem prawie z każdego punktu w Rzymie (a przynajmniej z każdego wzniesienia), Monument to Victor Emmanuel II. Marmurowa świątynia na część pierwszego króla Rzymu i żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej.
Uważni czytelnicy będą kojarzyć imię Victor Emmanuel II z naszego pierwszego wpisu. Jest on bowiem pochowany w Panteonie i jego grób natychmiast rzuca się w oczy. Nam w oczy rzucił się monument na jego cześć bo widoczny był i z ruin Foro Romano, i z dachu naszego hotelu i jeszcze z wielu innych miejsc.
Z początku myślałam, że to jakiś dobrze odbudowany pałac cesarza. Pomimo, że monument ten jest niedaleko Palatine Hill (siedziby cesarzy) i Foro Romano (centrum w którym powstał Rzym) jest on nowszy i został wybudowany dopiero między 1885 a 1935 rokiem. Jak to nasz przewodnik powiedział…. to jest baby. No tak w Rzymie jak coś ma 100-200 lat to nadal traktowane jest jak dziecko.
Na szczęście do wejścia nie było kolejki a wejście za darmo. Ciekawe czy dlatego, że trzeba pokonać niezliczoną ilość schodów czy po prostu wpuszczają więcej ludzi bo świątynia jest potężna. Wychodzi się dość wysoko i przez to jest piękny widok na miasto ale też można podziwiać to architektoniczne cudo które przetrwało Drugą Wojnę Światową i wiele więcej.
Tak naprawdę Rzym nie miał wiele zniszczeń w czasie Drugiej Wojny Światowej. Bliskość Watykanu uchroniła go od bombardowania. Mediolanowi się dostało i innym miastom Włoskim ale Rzym na szczęście uchronił swoje zabytki.
Victor Emmanuel II urodził się w 1820 roku w królestwie Sardynii. W XIX wieku Włochy były podzielone i Victor Emmanuel wstąpił na tron jako Król Sardynii (1849). Większość swojego panowania poświęcił pojednaniu Włoch, co mu się udało w 1861 roku. 17 Marca 1861 roku Victor Emmanuel II został koronowany na króla zjednoczonych Włoch. Myślę, że za takie coś zasłużył na pamiątkowy monument.
Jak wspominałam widok z góry był niesamowity. Dodatkowo byliśmy tam po zmierzchu więc widzieliśmy miasto nocą, co zrobiło dodatkowe na nas wrażenie. Bardzo miłe zakończenie dnia który z początku nie mieliśmy pojęcia jak się potoczy.
Zbliżała się siódma godzina więc mogliśmy iść na kolację. Tutaj restauracje otwierają dość późno więc przed 7 ciężko jest coś zjeść, poza jakąś pizzą. My wybraliśmy kolejną włoską knajpkę, Osteria Circo.
Makarony mi się troszkę przejadły… wiem, nie sądziłam, że to powiem, więc postawiłam na inne słynne włoskie danie, klopsiki. Darek poszedł w jagnięcinę w trzech postaciach. Jedzenie było smaczne. Nie wiem czy jest to jakieś wow do którego będziemy wracać ale zdecydowanie smaczne więc jak jesteście w okolicy to polecamy.
To nasze chodzenie cały dzień sprawiło, że wylądowaliśmy po drugiej stronie miasta. Tak więc do hotelu mieliśmy kawałek, jakieś 45 minut. Standardowo nie znaleźliśmy żadnego miejsca żeby po drodze usiąść i odpocząć przy drinku więc dzień zakończyliśmy w hotelowym barze. Tym razem było więcej ludzi (oczywiście amerykanów) więc pogadaliśmy z nieznajomymi z Miami, a z kelnerami pośmialiśmy się z cen w Caffe Greco. Było wesoło…
2024.11.30 Rzym, IT (dzień 2)
Oczywiście, że dopadł nas jet-lag. Czemu miałoby być inaczej. Ja obudziłam się o 1:30 rano i przez 2h pisałam bloga, Darek o 4 rano i przez 2h czekał na wschód słońca…no i się doczekał.
Dziś jest najbardziej wyczekiwana atrakacja, Koloseum. Wybudowany w roku 70 AD, jest zdecydowanie cudem świata. Z listy 7 cudów świata to druga budowla którą widzieliśmy. Pierwszą na naszej liście jest Chichen Itza w Meksyku. Został nam jeszcze Taj Mahal, Wielki Mur Chiński, Petra, Machu Picchu i statua Jezusa w Rio.
Koloseum dawnej nazwane po prostu Amfiteatrem zachowało się do dziś. 40% jest nadal oryginalne, 20% to rekonstrukcja a reszta została zniszczona. Szkoda, ale nawet te 60% widoczne teraz robi niesamowite wrażenie.
Zanim jednak doszliśmy do punktu kulminacyjnego dnia to było wiele innych przystanków. Do Koloseum wzięliśmy przewodnika bo po pierwsze było ciężko kupić bilety a po drugie stwierdziliśmy, że może się nauczymy czegoś i to prawda. W miejscach tak historycznych przewodnik jest wskazany. Bez odpowiedniej wiedzy, miejsce to tylko stos kamieni. Dobrze opowiadający przewodnik potrafi ożywić te kamienie.
Wycieczkę mieliśmy dopiero o 13 godzinie więc rano poszliśmy na spacerek po mieście. Tu jakaś fontanna, tu jakiś kościół. Przez to, że Rzym jest bardzo rozłożysty można na każdym kroku napotkać coś zabytkowego. Dla koneserów sztuki to raj na ziemi bo większość rzeźb na fontannach czy kościołach jest wykonana przez słynnych artystów.
Ja koneserem sztuki nie jestem ale doceniam ilość talentu potrzebnego do sworzenia nie tylko czegoś co jest piękne ale co przetrwa setki jak nie tysiace lat. W Rzymie jak się mówi, że coś jest z lat 70…to ma się na myśli naprawdę rok 70 a nie 1970.
Zwiedzanie Koloseum jest połączone z Palatine Hill i Foro Romano. Najpierw przeszliśmy się z Darkiem po okolicy sami. Próbowaliśmy sobie wyobrazić jak to wyglądało lata temu ale niestety pozostałości nie są za duże więc ciężko było sobie to wszystko poskładać do kupy.
Na szczęście przewodnik miał reprodukcję i bardzo fajnie nam pokazywał co gdzie stało. Która kolumna przetrwała, którą część nadbudowali. Bo jakieś 2tys lat temu to Foro Romano było rynkiem gdzie zjeżdżali się kupcy, gdzie były trzy sądy i inne budynki administracyjne. To tu wrzało życie.
Widzicie podobieństwa? My musieliśmy szukać. Fajna zabawa i kolejny dowód, że przewodnik to całkiem fajna sprawa.
Po Foro Romano ruszyliśmy na Palatino, czyli wzgórze gdzie urzędował cesarz. Aktualnie zostały z niego głównie fundamenty ale widok miał niesamowity, trzeba mu przyznać. Obszar jaki zajmował pałac też robi wrażenie. Od razu przypomniały mi się filmy gdzie cesarz przyjmował ludzi na obszernym tarasie z pięknym widokiem na miasto. Na wzgórze prowadzi betonowa rampa. W dawnych czasach oczywiście wyjeżdżali tam końmi czy powozami. My wspinaliśmy się na nogach. Muszę przyznać, że strome to podejście.
Jak widać cesarz do Koloseum daleko nie miał. Oczywiście miał drogę prowadzącą prosto do tego słynnego amfiteatru więc i my mogliśmy zakończyć naszą przygodę z Foro Romano, Palatino i przejść jak cesarz prosto do Koloseum.
Jeśli oglądaliście film Gladiator to właśnie przez ten łuk przechodzili gladiatorzy, my przechodziliśmy obok ale sam fakt, że byliśmy tak blisko jest nie do uwierzenia. Koloseum też robi wrażenie… choć na Darku zdecydowanie większe niż na mnie. To znaczy się na mnie zrobiło duże wrażenie, Darek nie mógł przestać o tym mówić. Więc pozwolę jemu przejąć pałeczkę i opisać wrażenia.
Koloseum, ta historyczna budowla wywarła na mnie największe wrażenie ze wszystkich zabudowań jakie widzieliśmy w Rzymie i nie tylko. Nawet stadion olimpijski w Atenach nie wywarł na mnie aż tak wielkiego wrażenia! No popatrzcie sami…
Jak człowiek, 2,000 lat temu mógł coś takiego zbudować. Coś co przetrwało dwa milenia, niezliczoną ilość wojen i grabieży, pożary, trzy wielkie trzęsienia ziemi i wiele problemów polityczno finansowych.
Zbudowanie czegoś takiego w tamtych czasach (w sumie w teraźniejszych też) wymagało wielkiego planowania i potężnych nakładów finansowych. Rzym miał ten plus, że miał tanią siłę roboczą. Ciągle podbijał nowe tereny, a lokalną ludność zabierał do siebie jako niewolników. Zaplanowali, że będą to budować przez około 15 lat, a Koloseum powstało w niecałe 10. Oczywiście to wiązało się z potężnymi kosztami w ludziach. Dziesiątki tysięcy niewolników zginęło podczas tej niewyobrażalnie wyczerpującej pracy. Nawet do tej pory nie został pobity rekord i Koloseum jest największym amfiteatrem jaki został zbudowany na naszej planecie. Mógł pomieścić nawet +70,000 ludzi.
Mieliśmy specjalny bilet i mogliśmy nawet wejść w podziemia tej gigantycznej budowli. Ponoć to nie jest takie proste i maksymalnie może być tylko 25 ludzi na dole i cały czas w towarzystwie pracowników Koloseum.
Co tam się kiedyś działo to aż strach myśleć. Jakie nieludzkie warunki tam panowały to pewnie tylko się dowie ten kto tam był.
Czy wiecie, że Koloseum miało windy? Tak, i to nie jedną, nie 10, miało ich 60! Każda obsługiwana przez 8 niewolników. To już 250 osób, plus cała obsługa, gladiatorzy, dziesiątki zwierząt…. i oczywiście te 70,000 ludzi musiało się gdzieś załatwiać. Siedzieli, jedli i pili tam cały dzień.
Do tego było ciemno, więc musieli używać pochodni do rozświetlenia tych podziemi. Panował tam ogromny upał, brak tlenu i straszliwy smród od tego wszystkiego. Często niewolnicy padali z wycieńczenia. Nie było z tym żadnego problemu bo szybko byli wymieniani na nowych.
Z podziemi wyszliśmy na główną część gdzie mogliśmy ten ogrom oglądać od środka. Cała arenę mieliśmy jak na dłoni.
Oj działo, działo się tam przez jakieś 400 lat. Od walk gladiatorów, poprzez polowania, różnego rodzaju pokazy, a skończywszy na egzekucjach więźniów i niewygodnych ludzi. Szacuje się, że na tej arenie zginęło około 400,000 ludzi i ponad 1 milion dzikiej zwierzyny!
Masakra, co?
Nasz bilet zezwalał nam na zwiedzenie prawie całego Koloseum, więc mogliśmy zaglądać w większość miejsc, a nie ograniczać się tylko do turystycznej części. Oczywiście cały czas musieliśmy być w towarzystwie pracowników Koloseum.
Jedyne miejsce dopuszczone dla zwiedzających, a nie było na naszym bilecie to sama góra. Ponoć można wyjść na górne poziomy i oglądać to wszystko z góry. Ale nie można iść do podziemi i na górę w tym samym czasie. Za długo by to wszystko trwało. Ileż można zwiedzać jedną budowlę. Przewodnik powiedział nam, że znacznie więcej „atrakcji” jest na dole niż na górze. A po drugie ani Cesarz ani wybitni Rzymianie nie wychodzili na górę, więc po co my mielibyśmy wychodzić.
Zwiedzaliśmy ten przepiękny amfiteatr chyba ze dwie godziny. Co chwilę przewodnik nas gdzieś zabierał i opowiadał ciekawe historie. Tak to można zwiedzać.
Tak, zdecydowanie polecamy zwiedzanie z przewodnikiem. Zwłaszcza budowli o znaczeniu historycznym o których mamy średnio małą wiedzę. To przewodnik pokaże że to są schody… choć schodów już nie ma to można sobie łatwo wyobrazić co powyższa dziura miała za zadanie.
Koloseum zwiedzaliśmy do ostatniej minuty. Byliśmy ostatnią grupą i dzięki temu nie przeraził nas tłum turystów bo na pewno jest ich tu trochę. A może to były zdolności przewodnika, że prowadził nas tam gdzie mało kto dochodził? Najważniejsze, że wycieczka się udała, nauczyliśmy się dużo nowych rzeczy i byliśmy pod dużym wrażeniem. Jedyne co to troszkę wymarzliśmy… dziś było dość chłodno… jak na Rzym to bardzo chłodno, dlatego prosto po Koloseum poszukaliśmy jakiegoś miejsca, żeby się ogrzać i usiąść po ponad 3h chodzenia, stania i słuchania.
Znaleźliśmy bardzo przyjemny bar gdzie akurat puszczali mecz. Nie sądziłam, że w Rzymie aż tak będą za ligowymi meczami w piłkę nożną. Tu to się musi dziać podczas mistrzostw. Trafił nam się mecz Celtics z kimś innym… z kimś mniej ważnym bo Celtics ładowało bramkę za bramką i już na koniec pierwsze połowy było 5:0. Wow… dla kogoś kto ogląda tylko mistrzostwa takie sytuacje rzadko się widzi.
Ogrzaliśmy się i poszliśmy szwendać się dalej. Drugi dzień w Rzymie i drugi wszystko na nogach oglądamy. Tak się najlepiej zwiedza a też mamy plus, że mieszkamy w miarę blisko wszystkich atrakcji a do tego centrum Rzymu nie jest aż tak rozłożyste jak np. Londyn gdzie jednak przejście z jednego końca na drugi zajmuje ponad godzinę.
Na kolację wybraliśmy Astemio, Wine Bar. Mieliśmy nadzieję, że jak wine bar to sobie popróbujemy jakiś fajnych winek. Niestety na kieliszki mieli dobry wybór ale nie powalający a jak Darek się spytał o kartę win to kelner powiedział, że mają tak dużo, że nie ma szans tego zmieścić w książce… ok… ale to jak w takim razie mamy wybrać? Nie zaprosił nas do piwniczki, ani na pogadankę o winach przy półkach więc olaliśmy ich i zamówiliśmy na szklanki. Jednak wczoraj była zdecydowanie fajniejsza atmosfera. Jedzenie było dobre ale brakowało klimatu rozrabiaków więc pewnie już tam nie wrócimy. Zobaczymy co inne restauracje mają nam do zaoferowania.
Objedzeni pizzą, makaronem i oczywiście tiramisu poszliśmy na spacer w kierunku hotelu. Chcieliśmy może jeszcze gdzieś wejść na drinka przed snem ale Rzym nie ma za wiele barów. Może nie wiemy gdzie chodzić ale tak, żeby iść ulicą i gdzieś wejść to nie jest proste. To chyba najbardziej nas zdziwiło. No nic, pozostał bar hotelowy. Tam też może być wesoło i od lokalnych barmanów można się zawsze coś ciekawego dowiedzieć.
2025.11.28-29 Rzym, IT (dzień 1)
Według tradycji na Święto Dziękczynienia powinien być indyk, ziemniaczki ubijane z sosem spod mięsa, sos żurawinowy, nadzienie indyka z chleba kukurydzianego, fasolka zielona no i ciasto dyniowe...
Czy o czymś zapomniałam? Pewnie tak....ale podstawowe składniki są wymienione. W tradycji nie ma jednak mowy gdzie ten świąteczny obiad powinien być zjedzony... choć oczywiście najlepiej jeśli wśród bliskich osób.
Nasz dziękczynny obiad był dość wcześnie bo już o 2 pm i w dość wyjatkowym miejscu jakim jest lotnisko ale wśród bliskiej osoby. Niestety dość dużej części tych bliskich ludzi brakowało ale to nadrobimy innym razem.
Gdzie tym razem lecimy? Do Rzymu. Aż wstyd się przyznać, że jeszcze nas tam nie było. Bilety kupiliśmy dużo wcześniej. Było to na zasadzie… Delta otworzyła non-stop połączenie, cena jest dość dobra a po środzie już nikt w sklepie alkoholu nie będzie kupował więc czemu by nie polecieć na jakieś dobre makarony, pizzę no i oczywiście tiramisu.
Mam nawet swoją liste….4 dni, 4 makarony…
Carbonara
Cacio e pepe
Pasta alla gricia
All'amatriciana
Mam też listę punktów do odwiedzenia… z tym może być większy problem żeby wszystko odchaczyć ale postaramy się dużo pochodzić. Nie wiem tylko jaką listę ma Darek…mam nadzieję, że jest to lista włoskich win.
Jak na Europejski lot to był to dość długi lot. A wiecie dlaczego….dlatego, że NY jest na tej samej szerokości geograficznej co Rzym. Może nawet NY jest minimalnie niżej (40.7 stopni vs. 41.9). Stopnie sprawiaja, że klimat i długość dnia między tymi miastami jest podobna, natomiast sprawia też, że trzeba lecieć po równoleżniku prawie prosto a to oznacza dłuższy lot. I tak lot do Rzymu zajął nam troche ponad 8h. Dla nas był to dzienny lot więc ze spaniem ciężko było ale lot jakoś zleciał.
O 7 rano (1 w nocy czasu NY) wylądowaliśmy w Rzymie i odrazu pojechaliśmy do hotelu. Pokój na nas czekał bo rezerwację zrobiłam już od czwartku. Fajnie, że Marriott miał deal, że 5 noc gratis więc nam się idealne udało. Tak więc o 8 rano, byliśmy już w pokoiku i mogliśmy nawet na śniadanie się załapać.
Śpimy w Rome Marriott Grand Flora. Pani na dzień dobry powiedziała, że mamy super lokalizację. Pewnie nie najgorszą. Do 30 min można dojść do większości atrakcji. A atrakcji to jest tu trochę… non stop jakieś stare mury, fontanny czy inne niesamowite budowle. Jak to jest, że jak dawniej coś zbudowali to nic temu nie dało rady. A teraz… teraz mocno uderzysz w ścianę i odrazu dziura.
Miasto Rzym, założone około 756 roku przed naszą erą. Kiedyś potęga. Za czasów Imperium Rzymskiego było to najwieksze miasto w Europie a pewnie i na świecie…i co się stało? Wiele.
Ciężko jest być największym… nie ważne czy miastem, krajem czy biznesem. Imperium Rzymskie rozrosło się do takich wielkości, że ciężko było je kontrolować. Stworzenie Imperium które sięga od dzisiejszej Angli przez Portugalię po Maroko aż do Egiptu i dalej do Syrii było niesamowite. Ale ile wojen było potrzebnych do takiego podboju. Koszty wojen, korupcja, zawiść, walka o władzę, niewolnictwo i bieda w najniższej klasie społecznej nie były niestety przykładem mocnego państwa.
W 330 roku naszej ery, Imperium Rzymskie zostało podzielone na zachodnie z siedzibą w Rzymie i wschodnie ze stolicą w Konstantynopolu (obecnie Istambuł). Prawie 150 lat później (476 AD) zachodnie imperium upadło a tysiąc lat później (1453 AD) po upadku Konstantynopola przestała istnieć również jego wschodnia część i zaczął się okres Imperium Bizantyjskiego.
Wow… taka historia ale co jest bardziej niesamowite to, że trochę budowli zachowało się z tamtych czasów. Dlatego po paro godzinnej drzemce ruszyliśmy zwiedzać miasto i uczyć się historii dalej.
Pantheon. Najlepiej zachowana budowla. Dzisiejsza wersja ma prawie 2000 lat bo wybudowana była w 126-128 AD. Pierwszy Pantheon powstał już w 27 BC, niestety zniszczony został przez pożar, potem była jeszcze jedna wersja, też spalona aż w końcu zbudowali coś nie do zniszczenia, coś co przetrwało prawie 2tys lat…wow… potwierdzenie do trzech razy sztuka pasuje tu idealnie.
Pantheon to aktualnie kościół katolicki. Został on jednak wybudowany jako kościół wszystkich bogów, kościół pogański.
Co nas najbardziej zaskoczyło? Potęga tej budowli. Mury mają na dole 6m szerokości a na górze 2m. A wejście chronią 16 tonowe drzwi z brązu. Tego już nie da się spalić. Kolumny przed wejściem zostały przywizione w jednym kawałku z Egiptu, i jak widać czas im nie straszny. Wnętrze zostało rozgrabione niestety ale sam fakt, że taka budowla przetrwała czas robi wrażenie.
W kopule Pantheonu jest dziura…z początku myśleliśmy, że jest ona oszklona, jednak okazało się, że jest to otwarty otwór przez który pada deszcz. Jednak nie leje on strumieniami bo kopuła jest tak stworzona, że zanim deszcz doleci do ziemi to się skrapla. Zaskoczyło nas to…ale wytlumaczyło to dlaczego środek jest ogrodzony i nie można tam chodzić.
W Pantheonie pochowanych jest też parę znanych ludzi. Raphael najsłynniejszy artysta Renesansu. Ci co czytali Anioły i Demony, Dan’a Brown mogą go kojarzyć bo to jego sztuka jest przewodnim motywem książki.
Poza Raphaelem pochowany jest też król Victor Emmanuel II, pierwszy król zjednoczonego królestwa Włoch, jego syn Król Umberto I i żona Umberto Królowa Małgorzata.
Po Panteonie powłóczyliśmy się jeszcze troszkę i natknęliśmy się na fontannę Trevi. Fontanna jest jednym z najpopularniejszych atrakcji Rzymu. Nie da się ukryć, że jest wspaniałym dziełem architektury Barokowej ale ilość ludzi jaka tam jest nas jednocześnie załamała i rozśmieszyła.
Aby podejść bliżej trzeba stać około pół godziny w kolejce…a to jest koniec listopada i podobno nie ma sezonu. Nie chcę wiedzieć co się tu dzieję w lato przy 40C upałach. My zdjęcie odchaczyliśmy i poszliśmy dalej, na jakieś włoskie piwko.
Bar amerykański ale co się dziwić. Amerykanie w każdym kraju tworzą największy procent turystów a tym bardziej w stolicach Europejskich. A że są dumni ze swoich universytetów to cieszą się jak w barze są proporce ich reprezentacji sportowych.
Na kolację poszliśmy do Rimessa Roscioli. Restauracje Roscioli zostały mi polecone przez kolegę z pracy. Roscioli Salumeria con Cucina wygląda bardziej klimatycznie ale później ją otwierają a my już głodni byliśmy. Poszliśmy więc do siostrzanej lokalizacji i wcale nie żałujemy. Rimessa Roscioli zaczynała jako winoteka a potem dołożyli restaurację. Można wziąć doświadczenie z degustacją wina i jedzenia albo tak jak my po prostu zamawiać z karty.
Zanim jednak udało nam się zamówić wino to Darek zaprzyjaźnił się z somalierem, Francesco który tylko donosił nowe butelki wina i kazał nam każde spróbować. Wcale nie narzekaliśmy. Popróbowaliśmy kilka wcale nie narzekając ale poszliśmy w stare Barbaresco z 2012 roku. U nas tak stare wina Europejskie są trudno dostępne i dość drogie.
Do mięska wino było idealne natomiast do mojego makaronu Carbonara gość szybko przyniósł mi coś innego. Pomimo, że wino pijemy do jedzenia często i Darek zawsze dobiera to dopiero teraz poczułam różnicę co znaczy miec źle dobrane wino.
Z początku makaron mi nie bardzo smakował i byłam trochę rozczarowana. Przede wszystkim był za słony. Jak Francesco zobaczył co jem do Barbaresco to szybko przyniósł mi pomarańczowe wino z Umbri. Smak zmienił się momentalnie. Nagle sól została zbalansowana winem i skończyłam z apetytem.
Tiramisu też było dobrze zbalansowane…Darek jako rodzinny ciasteczkowy potwór ocenia je dość wysoko. Nie najwyżej ale dość wysoko. No nic…będziemy szukać dalej idealnego Tiramisu.
Po takim obrzarstwie trzeba było się przejść. Byliśmy blisko rzeki Tiber. Doszliśmy do zamku świętego anioła (Castel Sant’Angelo). Zobaczyliśmy Bazylikę Świętego Piotra z daleka i porobiliśmy fajne nocne zdjęcia.
I znów nawiązanie do książki Anioły i Demony. To właśnie w tym zamku była wg. książki siedziba Iluminatów.
Spacerkiem doszliśmy do hotelu, po drodze zachaczając o schody hiszpańskie. Pewnie w ciągu dnia są tu takie same tłumy jak przy fontannie Trevi ale późnym wieczorem można spokojnie przejść.
Pierwsze wrażenie Rzymu jest bardzo pozytywne. Miast bardzo fajne, choć ilość samochodów na wąskich ulicach, super wąskie chodniki i duża ilość ludzi nie sprzyja turystom wgapionych w mapy czy stających i robiących zdjęcia.
2016.02.28 Turyn, Włochy
Turyn lub Torino – jak kto woli – był pierwszą stolicą zjednoczonego państwa Włochy. Już w 1870 roku stolica została przeniesiona do Rzymu jednak Turyn zawsze pozostał stolicą kulturową i literacką. Co wam przypomina ta historia? Tak zgadliście....brzmi trochę jak Kraków. Podobnie jak Kraków, Turyn był kiedyś stolicą ale zapamiętany jest najbardziej z bohemy i całego światka kultury i nauki. Tak więc po tych znikomych informacjach trochę spodziewałam się czegoś na wzór Krakowa. I może częściowo można znaleźć podobieństwa ale tylko znikome.
Jako, że Turyn jest stolicą Piemontu to nie mogliśmy nie odwiedzić sławnych tam winiarni w Barolo i Barbaresco. Tak więc jak już wiecie sobotę spędziliśmy w winiarniach i do Turynu przyjechaliśmy dopiero wieczorem. Po przygodach w zeszłym roku z jeżdżeniem po wąskich europejskich uliczkach stwierdziliśmy, że nie ma co się pchać do samego centrum samochodem i wzięliśmy hotel poza starym miastem. Tak więc w sobotę wieczorem przyjechaliśmy do Turynu ale przygodę z tym miastem dopiero zaczęliśmy w niedzielę.
Turyn jest słynny z czekolady, kawiarni i kawy...no i jeszcze z Całunu Turyńskiego. O ile całun jest ciężko zobaczyć bo wystawiany jest tylko na specjalne okazje o tyle kawiarnie można znaleźć na każdym kroku. Początkowo nas to ekscytowało ale potem jak przyszła pora lunchu i nie mogliśmy znaleźć nic otwartego poza sklepami z ciastkami to już przestało nas fascynować. Tak więc zwiedzanie rozpoczęliśmy od kościoła „Santuario Della Consolata”. Kościół piękny....byliśmy tylko w tym jednym kościele więc ciężko nam stwierdzić czy najładniejszy.
Zaraz na przeciwko kościoła jest kawiarnia – mówiłam, że one są wszędzie. Jak powiedziałam Darkowi, że tam mamy iść to najpierw się zaczął śmiać a potem grzecznie stanął w kolejce. Normalnie nie lubimy chodzić po miejscach gdzie są kolejki. Ale skoro Caffe Al Bicerin jest pierwszym miejscem, które zaczęło serwować ich popularny napój to nie mogliśmy przejść obojętnie obok tego miejsca. Bicerin to tradycyjny napój wymyślony w Turynie. Jest to gorąca gorzka czekolada z kawą espresso i bitą śmietaną. Bardzo dobre. Z początku obawiałam się, że będzie za słodka ale okazała się idealna. Dla Darka może nawet była za mało słodka.
Na szczęście jest to tylko kawiarnia więc ludzie nie przesiadują tu godzinami więc udało nam się dostać stolik w miarę szybko. Kawiarnia powstała w 1763 jako sklep z kawą i czekoladami. Później około 1800 roku został zmieniony wystrój i powstała kafejka, którą znamy do dziś. Pomimo, że menu jest dość obszerne to większość ludzi pije wspomniany już Bicerin. Podejrzewam, że teraz jest to miejsce bardziej turystyczne i ludzie nie przesiadują tu godzinami. Dziesiątki lat temu było całkiem inaczej. Śmietanka towarzyska, znawcy literatury, pisarze i inni filozofowie wysiadywali tu godzinami tworząc i rozmawiając. Do najsłynniejszych gości należał Aleksander Dumas, Puccini i Nitzsche.
Kawa zdecydowanie dała nam dodatkowej energii i ruszyliśmy zwiedzać miasto. Samo stare miasto / centrum nie jest za duże. Można spokojnie je przejść wzdłuż i wszerz w jeden dzień. Było poza sezonem i pogoda nie dopisywała więc nie było tłumów na ulicach.....w sezonie musi tu być ich bardzo dużo. Przecież miasto z tak obszerną historią każdy chce zobaczyć.
Na nas to miasto wywarło mieszane uczucie. Mamy wrażenie, że nie do końca potrafi się odnaleźć. Miasto to chce być tak duże i popularne jak Rzym czy Mediolan a z drugiej strony jest małe i przypomina bardziej Aostę czy Bergamo. Tak więc zgubił już urok małego miasteczka a nie dorosło jeszcze do bycia wielkim miastem.
Turyn słynie z dużej ilość muzeów, placów (plazza) i oczywiście fabryki Fiata. W Turynie znajduje się największe muzeum Egiptu (poza Kairem). My jednak woleliśmy poznać bardziej Włochy więc postanowiliśmy się wybrać do muzeum motoryzacji. Muzeum to jest na obrzeżach starego miasta więc aby tam dojechać musieliśmy wsiąść metro. I tu zaskoczenie....o ile budynki w starym mieście są pomalowane w jakieś niechlujne graffiti o tyle metro wygrywa swoją czystością. Widać, że jest ono nowe (powstało w 2006 roku) i nowoczesne. Co prawda póki co ma tylko jedną linię ale jest ona sterowana komputerowo więc pociągi jeżdżą płynnie i punktualnie.
Po Nowojorskim metrze byliśmy w szoku jak czyste jest ich metro. Oczywiście perony są zamykane więc nie ma dostępu do torów. Zdecydowanie ułatwia to utrzymanie czystości na torach. Nie ma śmieci na torach, które łatwo się palą. Nie ma wypadków i opóźnień. A do tego w lecie stacje mogą być klimatyzowane....same plusy.
Muzeum motoryzacji bardzo nam się podobało. Są to 3 piętra pokazujące całą historię produkcji samochodów. Idzie się wzdłuż linii czasu oglądając jak zmieniało się podejście do motoryzacji, jak zmieniało się projektowanie auta i jak historia i różne wydarzenia sprawiały, że samochody rozwijały się w takim a nie innym kierunku. Szczególnie widać to podczas wojny kiedy to delikatne, królewskie (prawie karety) samochody przemieniły się w duże samochody, które poradzą sobie z każdą drogą...tak teraz znamy je jako Jeep.
Udało nam się nawet spotkać starego dobrego trabanta, który miał jeszcze naklejkę z ubezpieczenia Warta i pisało na niej po polsku. Widać, że ten eksponat odkupili od jakiegoś polskiego kolekcjonera.
W muzeum można spędzić godziny i nawet się nie czuje kiedy czas leci. Za każdym rogiem pojawia się jakiś ciekawy okaz i historia powstania. Zdecydowanie fajnie było zobaczyć całą historię motoryzacji ale to co nas zaskoczyła to przyszłość. A może nie doszła przyszłość. Czy wiedzieliście, że pierwsze samochody elektryczne były już w latach 90' tych?
A samochody na baterie słoneczne? Też już stworzyli. Coś co nam się wydaje realną przyszłością okazuje się dość świeżą przeszłością.
Muzeum nie zapomina też o ludziach, zarówno tych co tworzyli jak i tych którzy pokazują non-stop na co stać te maszyny. Mówię tu oczywiście o Formule 1.
Prawie pół piętra poświęcone jest temu sportowi. Można dowiedzieć się więcej o kierowcach i ich samochodach.
Tak więc muzeum zdecydowanie polecamy, zresztą jak całe miasto. Wiedząc, że dużo europejskich miast najlepiej wygląda nocą to wróciliśmy do centrum aby jeszcze pochodzić, zjeść jakąś kolację i poczekać do zmierzchu. Pochodziliśmy po mieście, odwiedziliśmy Porta Nuova, Piazza San Carlo, Piazza Castello i na koniec przeszliśmy się ulicą Via Po do Mole Antonelliana. Mole Antonelliana jest najwyższym budynkiem w Turynie, ma 167 m (550 ft) wysokości. Znajduje się tam muzeum filmu podobno również warte zobaczenia ale my już sobie odpuściliśmy jedno muzeum na dzień wystarczy.
Dzień ciągłego chodzenia sprawił, że zaczęliśmy dość intensywnie myśleć o jedzeniu. A tu niespodzianka....jedyna otwarta restauracja to McDonald. Upsss....... Jest dużo miejsc gdzie można usiąść ale wszystkie to ciastkarnie, cukiernie i inne kawiarnie. Co śmieszne one serwują alkohol. Z drugiej strony to fast foody, frytki i inne hamburgery. No nic, przekąsiliśmy szybkiego „szczura” i zdecydowaliśmy się na kolację w hotelu.
Turyn.....ciekawe miasto. Historycznie bardzo bogate, głównie ze względu na całun turyński jak i królewską historię. Miasto, które przeżyło bum w czasach rozwoju motoryzacji. Niestety Włochy podupadły w produkcji samochodów i zostały zepchane na dalszy plan. Aktualnie miasto ma duży potencjał i myślę, że za parę lat się odnajdzie i stanie się kolejnym pięknym europejskim miastem z bogatą historią i przepiękną architekturą.
2016.02.27 Barolo i Barbaresco, Włochy
Tak jak wczoraj Ilonka opisała, pożegnanie z Meribel było długie i intensywne. Jak dzisiaj o 5:30 rano dzwonił budzik to nam się naprawdę nie chciało wstawać. Wyznając zasadę, że na wakacjach nie wolno się wylegiwać tylko zwiedzać, to mieliśmy już zarezerwowane pierwsze spotkanie z właścicielem winiarni w Piemont we Włoszech na 11 rano. Czas jaki jest potrzebny żeby tam się dostać to około 4 godziny samochodem. Właściciele pensjonatu nawet nie chcieli słyszeć, że wyjedziemy od nich głodni, już powstawali razem z nami i przygotowali nam pożegnalne śniadanie. Croissanty oczywiście. Bardzo miło z ich strony. Są to ludzie, którzy są tak zakochani w Meribel i swoim kraju, że nawet nie chcą słyszeć, że gdzie indziej może być ładniej albo lepiej. Francja jest najlepsza i koniec!!! A Meribel jest super położone górskie miasteczko w którym się najlepiej czują. Opowiadali nam trochę o tym miasteczku. Jest małe, mieszka około 2,000 ludzi, a na zimę liczba ta się podnosi do 40,000 ludzi i jest wypełnione po brzegi (po góry).
Około 7 rano wyjechaliśmy i po 20 minutach zjechaliśmy na dół gdzie przywitała nas wiosna. Wjechaliśmy na autostradę i udaliśmy się w stronę Włoch. Geograficzna granica przebiega w 13-to kilometrowym tunelu du Fréjus. Jest to czwarty co do długości tunel samochodowy w Europie, a dziesiąty na świecie.
Wjeżdżając do tunelu od strony francuskiej było ładne słoneczko i plus parę stopni. Po stronie włoskiej niespodzianka. Zima z dużymi opadami śniegu, które towarzyszyły nam przez wiele kilometrów, zanim nie zjechaliśmy niżej. Potem był już deszcz, który lał przez cały dzień. Myślałem, że w Piemont będzie cieplutko, chyba się jednak pomyliłem.
Mieliśmy umówione dwa spotkania w dwóch najsłynniejszych wioskach jakie produkują wina w Piedmont. Jedno w Barbaresco, a drugie w Barolo. Winiarnia Cascina Bruciata w Barbaresco była pierwsza na naszej liście. Francesco, który jest odpowiedzialny za produkcję win przywitał i oprowadził nas po wszystkich zakamarkach winiarni.
Ja go już wcześniej poznałem, jak był w moim sklepie w Nowym Yorku. Bardzo dobrze mówi po angielsku (pracował przez cztery lata w winiarni w Virginii), więc ze szczegółami opowiadał nam historię winiarni, a także sposób w jaki produkuje wina.
Wina dopiero produkują od 2000 roku. Wcześniej, przez ponad 100 lat mieli plantacje winogron ale je sprzedawali innym winiarnią. Aktualnie mają pola w wielu miejscach w Barbaresco, Langhe czy nawet Barolo. Francesco nam dokładnie tłumaczył jak bardzo miejsce z którego zbierasz owoce wpływa na jakość wina.
Oczywiście inne czynniki takie jak rodzaj gleby, kąt nachylenia i kierunek stoku, wyżej czy niżej na górce, ilość zebranych winogron, czas i temperatura w jakich się zbiera......mają również duży wpływ na jakość wina. Winiarnia jest mała, produkuje około 30,000 butelek wina rocznie. Stawiają na jakość, a nie na ilość. Parę ich win już testowałem w NY, ale wszystkie niestety nie wysyłają do Stanów. Dzisiaj mieliśmy okazję spróbować ich wszystkich produktów.
Francesco co chwilę otwierał kolejną butelkę, polewał i opowiadał. Z jaką energią i entuzjazmem on to wszystko robił widać było, że wina to jego życie i pasja. Zaczęliśmy od lekkich jak Barbera D'Alba czy Lange Nebbiolo, a skończyliśmy na Barbaresco Reserva. Niektóre wina były już dobre do picia, a niektóre jeszcze wymagały parę lat poleżenia w butelkach dla lepszego balansu, zmniejszenia cierpkości i pełniejszego (innego) smaku. Próbowaliśmy też bardzo lokalnych szczepów jak Freisa. Podobne do Nebiollo, lekki czerwony kolor i dużo tannins kiedy wino jest młode.
Tak można by godzinami siedzieć i gaworzyć, ale niestety o 14 godzinie mieliśmy kolejne spotkanie w innej wiosce, Barolo. Francesco ma być pod koniec roku w NY, więc na pewno się spotkamy i po testujemy nowych roczników win. Zakupiliśmy parę butelek i udaliśmy się w dalszą drogę.
W Barolo mieliśmy umówione spotkanie z właścicielem jednej z najlepszych winiarni z tego rejonu, z panem Enzo Brezza. Wina Brezza są słynne na całym świecie i produkowane od XVIIII wieku. Wizytę oczywiście rozpoczęliśmy od zwiedzania winiarni, która jest ponad trzy razy większa od Cascina Bruciata i produkuje około 100,000 butelek rocznie. Wydawało nam się to dużą liczbą, ale jak się później dowiedzieliśmy to nie jest to wysoki numer. Są winiarnie co produkują znacznie więcej.
Enzo na początku trochę był nieśmiały, ale później się rozkręcił jak zauważył, że my fajni jesteśmy, lubimy wina i coś tam na nich się znamy. Zaczął opowiadać nam ciekawostki i zaprowadzał coraz to w dalsze zakamarki piwniczek.
W końcu zaprowadził nas do swojego biura i powiedział, że teraz czas na coś przyjemnego, czyli testowanie jego produktów. Nie pamiętam ile dokładnie rodzajów win tam było, ale na pewno było ich kilkanaście.
Próbowaliśmy nawet białe wino (Chardonnay), co jest unikatowe w tych rejonach. Nie było to WOW wino, ale jeśli chodzi o cenę do jakości to dostało dużo punktów. Jak zwykle na początek zostaliśmy "poczęstowani" lekkimi winkami, jak Barbera czy Dolcetto. Potem poszły cięższe działa z Nebbiolo a skończyliśmy na Barolo. Właściciel może wszystko, więc "dokopał" się do Barolo Riserva, a nawet do Barolo z pojedynczych plantacji. Ale to były ciężkie działa. Po paru takich winach mieliśmy tak sucho w ustach, że dużo wody trzeba było pić. Wina z Barolo, jak i z większości winiarni w Piedmont wymagają jedzenia, żeby je w pełni dowartościować. Oczywiście znowu zakupiliśmy parę i miejmy nadzieję, że celnicy w NY nie będą się za bardzo czepiać, bo już tego trochę z nami leci. A zakupiliśmy najlepsze roczniki z ostatnich 15 lat. Ciężko jest je dostać w Stanach, a jak już są to duzo..$$$!!!
Posiedzieliśmy z Enzo, pogadaliśmy, jeszcze trochę innych winek znalazł i tak nam mile płynął czas. Włosi już o wiele mniej wina piją niż kilkadziesiąt lat temu. Konsumpcja win spadła prawie trzykrotnie. Dawniej to codziennie wino w domu było otwierane i każdy pił, nawet dzieci. Teraz jest trochę inaczej. Ceny win poszły w górę, gospodarka włoska nie stoi na najlepszym poziomie, więc mniej ludzi stać na codzienną butelkę. Ludzie mają mniej czasu na popołudniowy relaks przy winie, a jak mają czas to czasami sięgają po piwo, whisky czy inne alkohole. Azja zwiększyła konsumpcje win, więc Enzo rozpoczął eksportowanie jego produktu na ten największy kontynent. Także Stany stały się już trzecim co do wielkości konsumentem wina na świecie, więc producenci z Europy szukają tam rynku zbytu. Enzo mówił, że ma parę win w Stanach. Muszę poszukać ich i mieć je w sklepie. Są naprawdę dobre.
Oczywiście jak odjeżdżaliśmy od winiarni Brezza to dalej padał deszcz. Ponoć to dobrze dla tego rejonu, bo ostatnio było sucho, a to nie jest dobre dla winnic. Niestety zwiedzanie okolic w deszczu nie należy do przyjemności, więc udaliśmy się prosto do Turynu, do którego mieliśmy jakąś godzinkę. Miejmy nadzieję, że te opady deszczu, a w górach śniegu odpowiednio nawodnią glebę i rocznik 2016 w Piedmont będzie super rokiem i za parę lat (najwcześniej w 2022, a najlepiej w 2026 lub później) otworzymy jakieś Barolo z 2016 do pysznego steaku.
2015.11.01-03 Aosta, Włochy (dzień 3)
Hotel HB Aosta znajduje się w samym centrum miasta. Nawet dojazd do niego był utrudniony. Musieliśmy jechać uliczkami gdzie były znaki zakazu ruchu i jakieś napisy po włosku pod nimi. Ludzi było na ulicy jak w Zakopanem na Krupówkach.
Udało się. Nie przejeżdżając nikogo dojechaliśmy do hotelowego parkingu. "Uwielbiam" prowadzić po wąskich uliczkach starych, europejskich miast, a zwłaszcza parkować, gdzie wszystko robisz na grubość lakieru.
Jak to zwykle na wakacjach, na nic nie ma czasu, więc nawet się nie rozpakowując uderzyliśmy na miasto. Ilonka się przygotowała do tego wyjazdu (jak zwykle) i miała cały spis pubów, barów i restauracji w Aosta. Na start wybraliśmy restauracje Aldente ristorante, która słynie z tradycyjnej kuchni włoskiej.
Świetna knajpka, pyszne jedzenie i bardzo bogata lista win. My staramy się nie chodzić po restauracjach dla turystów (masowa produkcja jedzenia i wysokie ceny), więc oczywiście nie mieli menu po angielsku. Kelner widząc jak próbujemy używać aplikacji Google Translate na naszych telefonach, zaczął się śmiać i powiedział: schowajcie to, ja mówię po angielsku.
Mówił dobrze. Trochę nas to zdziwiło, bo poza hotelami i miejscami turystycznymi ich znajomość angielskiego jest bardzo słaba.
Poleciały włoskie przystawki, główne dania, wina (Amarone), no i oczywiście słynne włoskie desery (Tiramisu i Panna Cotta). Na koniec zgasili światła, podali kolejne Tiramisu z palącą się świeczką i zaczęli śpiewać po włosku sto lat, sto lat......... Teraz już wiecie dlaczego wybieramy lokalne knajpki.
Ja myślę, że Ilonka i Siostra maczały w tym palce (już im nigdy nie powiem kiedy mam urodziny), ale było tak przyjemnie, że im wybaczam, zwłaszcza, że na koniec piłem chyba jednego z najlepszych koniaków jaki produkują.
Kelner zobaczył listę barów jaką Ilonka przygotowała i powiedział: Dobra robota. Specjalnie polecił nam jeden z nich i powiedział, że tam powinno wam się podobać. Tak więc udaliśmy się do Gecko Baru. Bar był OK. nie był jakiś WOW. Ale z tego co później się dowiedzieliśmy, dużo barów mają teraz zamkniętych. W październiku i listopadzie nie ma sezonu. Włosi pewnie zamykają bary i wyjeżdżają na wakacje.
Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, pośmialiśmy się i........ minęła północ, więc przyszedł czas na........... zwiedzanie miasta nocą.
Chodziliśmy pustymi ulicami, robiąc zdjęcia, oglądając zabytki ładnie oświetlone i podpatrywaliśmy jak to piękne, alpejskie miasto zasypia. Na bezchmurnym niebie księżyc mocno świecił, a jego promienie odbijały się od otaczających nas gór. Było jak w bajce......
Wyznając zasadę, że na dobrych wakacjach mało się śpi, to o ósmej rano byliśmy już w samochodzie, po śniadaniu, „wyspani” i gotowi w drogę na jedną z wyższych przełęczy w Aplach, Great St Bernard, 2469 metrów. Na przełęczy jest granica pomiędzy Włochami i Szwajcarią. Jest to też najniższe miejsce między dwoma najwyższymi szczytami w Alpach, Mont Blanc i Monte Rosa. Dziewczyny miały rację, urodziny tylko w dwóch krajach? To stanowczo za mało, minimum trzy.
Oczywiście nie jechałem tam tylko po to żeby stanąć na szwajcarskiej ziemi. Droga na tę przełęcz wiedzie przepięknymi alpejskimi halami, gdzie widoki zapierają dech w piersiach. Z Aosta jedzie się tam jakąś godzinę, cały czas do góry, przez około 30km. Początek drogi jest wspólny z główną drogą tranzytową do Szwajcarii, gdzie ilość samochodów ciężarowych jest stanowczo za duża. Tak gdzieś w połowie ciężarówki wjeżdżają w tunel i już są w Szwajcarii. My natomiast chcieliśmy wyjechać na samą przełęcz. Zaraz po zjechaniu z głównej drogi jakość asfaltu, szerokość drogi a także jej nachylenie uległo zmianie.
Przełęcz zamykają na zimę. Od Listopada do Maja albo Czerwca jest nieprzejezdna. Ilość śniegu dochodzi nawet do 10 metrów. Teraz nie było jeszcze tak dużo śniegu w górach, więc byliśmy raczej pewni, że wyjedziemy na samą górę. Niestety się nie udało. Po jakimś czasie droga była zamknięta. Nie dlatego, że było dużo śniegu, ale dlatego, że była uszkodzona. Pewnie jakaś ziemia się obsunęła, albo coś podobnego.
Tak siedzimy w samochodzie, patrząc na znak zakaz wjazdu i myślimy...... jak nie od Włoch to może od Szwajcarii. Tam może droga nie jest uszkodzona. Dwa razy nam tego nie trzeba było powtarzać. Szybko zjechaliśmy na dół i udaliśmy się do tunelu. Tuż przed wjazdem niemiła niespodzianka, tunel kosztuje 45 EUR w dwie strony. Upssss.... ale raczej się już nie możemy wydostać. Za nami jest sznur samochodów. Mówi się trudno i jedziemy. Za parę minut byliśmy już w Szwajcarii.
Zaraz za tunelem był zjazd na przełęcz i jak się okazało był czynny. Wąskimi serpentynami po około 20-25 minut dojechaliśmy na przełęcz Great St Bernard.
Tu już była zima. Śnieg, lód, wiatr....... i przepiękne widoki. Z przełęczy jest wiele hików w przepiękne Alpy, ale niestety brak czasu, zima i wiatr nie pozwalały nam wiele zrobić. Na przełęczy jest jeziorko, które jest zamarznięte ponad 250 dni w roku.
Połaziliśmy po okolicach, porobiliśmy parę zdjęć i wróciliśmy do samochodu. Znajduje się tam parę restauracji, hotel i pewnie jeszcze parę innych rzeczy, ale są tylko czynne w sezonie. Teraz wszystko było zamknięte.
Zjechaliśmy do Aosta i w dalsze zwiedzanie. Dolina Aosta jest bardzo duża. Trzeba pewnie tygodnie żeby ją zwiedzić. Wybrałem parę miejsc na pierwszy raz, na pewno tu jeszcze kiedyś wrócimy. Na końcu doliny (blisko tunelu pod Mt. Blanc) znajdują się dwie mniejsze doliny, Veny i Ferret. Jedna z nich była już zamknięta na sezon, natomiast druga, Ferret, była w pełni otwarta.
Jechaliśmy tą przepiękną doliną aż do jej końca. Po lewej były wysokie góry z lodowcami, a po prawej alpejskie łąki . Jeden z plusów Alp jest to, że w miarę szybko się wyjeżdża z lasów i już nic nie zasłania przepięknych gór.
Na końcu drogi jest parking, skąd rozpoczyna się wiele hików. Od bardzo łatwych godzinnych, do ciekawych, wielodniowych „spacerków”. Wybraliśmy krótki spacerek, w górę, po zboczu doliny żeby podnieść się nad dolinę i mieć ciekawsze widoki..
Co za cudowne miejsce. Super pogoda, niepowtarzalne widoki. Tak można by siedzieć godzinami i to wszystko podziwiać. Dlaczego my nie mieszkamy w Alpach?!?
W kolejce na Aiguille du Midi we Francji jest reklama: Flat is boring (płaskie jest nudne). Zgadzam się z nią w 120%. Będąc w takich miejscach szkoda marnować czas w hotelu. Na zachód słońca pojechaliśmy na przełęcz Petit Saint-Bernard, 2188 m. Kolejne ciekawe miejsce do odwiedzenia jak się jest w dolinie Aosta.
Po kilkudziesięciu serpentynach znaleźliśmy się na przełęczy. Idealnie na zachód słońca. Przez przełęcz przebiega granica z Francją, więc znowu na chwilkę wpadliśmy do Francji. Z ciekawostek można dodać, że przełęcz jest zamykana na zimę i powstaje tutaj największy resort narciarski w dolinie Aosta. Dużo wyciągów i tras, niektóre nawet biegną po zamkniętej drodze. Fajnie tak być w takim miejscu i patrzeć jak zachodzi słoneczko. Bardzo unikatowe, zwłaszcza dla ludzi którzy mieszkają nad oceanem.
Będąc we Włoszech i nie zjeść pizzy to tak jak być we Francji i nie zjeść French Onion Soup. Na liście Ilonki była oczywiście fajna pizzeria, Bataclan . Nie tracąc czasu po powrocie do miasteczka Aosta, udaliśmy się tam na kolacje. Znowu się udało. Fajna knajpka z dobrym jedzeniem.
Po spróbowaniu pizzy Ilonka powiedziała: Jak na pizzę, to do Włoch. Ale była dobra. Czuć było świeży ser, pomidorki, prosciutto, a ciastko było tak cienkie, że prawie się go nie czuło. Wino Barbaresco oczywiście do tej mięsnej pizzy super pasowało.
Na strawienie kolacji udaliśmy się ulicami starego miasta. Uwielbiamy spacerować po starych częściach miast nocami, gdzie już jest mało ludzi na ulicach i wszystko jest pozamykane. Jest wtedy takie uczucie jak by się człowiek przeniósł setki lat wstecz.
W ostatni dzień był już tylko powrót na lotnisko do Mediolanu i lot do NYC. W samolocie w końcu można było usiąść i spokojnie nadrobić zaległości w blogu. Jakoś w górach nie było na to czasu.
Lecieliśmy tymi samymi wspaniałymi liniami, Emirates. Znowu full-wypas. 26 osób załogi. Serwis jest błyskawiczny. Dużo w Emirates pracuje Polek jako stewardessy. W samolocie z NY leciały trzy, teraz leci „tylko” jedna. Trochę opowiadała nam o życiu w Dubaju (tam mieszka), a także dowiedzieliśmy się parę rzeczy o tych liniach. Rozbudowują swoją flotę na maxa. Wkrótce będą latać pewnie wszędzie. I dobrze, bo komfort i serwis jaki mają jest na najwyższym poziomie. Dostaliśmy jakieś karty, które ponoć mają nam umożliwić łatwiejsze i tańsze latanie business class. Do końca jej nie zrozumiałem, bo mieliśmy taki serwis na pokładzie, że nie pamiętałem dużo z tego lotu.
Ania (nasza stewardessa) mówiła, że jak tylko mamy możliwości latania w business class tymi liniami, to żeby z tego nie rezygnować. Mają ponoć serwis, który jest nie do wyobrażenia w samolotach. Bar, normalne łóżka, o wiele lepsze jedzenie i drinki. Wszystko jest na górnym pokładzie, więc pasażer z ekonomy class tego nie widzi. Na lotnisku wsiadasz już innym rękawem prosto z lounge.
W lutym myślimy znowu polecieć do Mediolanu tymi liniami. Któż wie, może się już uda w business class.
Dlaczego znowu Mediolan? Hmmmm..... w zasięgu trzech godzin samochodem jest Zermatt, Chamonix, Verbier, Aosta, Val-d'Isere, trzy doliny.......... Myślę, że odpowiedziałem na to pytanie.