2026.08.19 Ortisei, IT (dzień 8)

Dzisiaj w planie był szlak “na czas”. Mamy już dość dużą praktykę z obliczaniem ile nam zajmie szlak. Na przykład w Stanach to jest to zazwyczaj 1000 ft różnicy wysokości to godzina plus 2-mile długości to kolejna godzina. Czyli jak się wspinamy 3tys feet i szlak ma 10 mil to zajmie nam to z przerwami i zejściem ok. 8h. Na szczęście często wyrabiamy się przed tym czasem ale dawno nie zdarzyło nam się, żeby przekroczyć ten czas. W Stanach albo chodzimy po wysokich górach więc nasze tempo jest wolne ze względu na aklimatyzację, albo szlak jest jeden wielki burdel (Adirondacks) i schodzi na technicznym aspekcie szlaku.

W Alpach sytuacja wygląda inaczej. Szlaki są łatwe, aklimatyzacji nie trzeba a wysokości i odległości podane są w metrycznym systemie. Tak więc z początku ciężko nam było obliczać jak długo zajmie nam szlak. Potem nauczyliśmy się, że mniej więcej chodzimy o jakieś 10% szybciej niż pokazują znaki.

Jak już wspominałam dzisiejszy szlak był bardziej “na czas” bo Darek podczas planowania szlaków wyczytał, że najlepsze schronisko, z najlepszym jedzeniem, widokiem i całą otoczką to Emilio Comici. Jest to też jedno z niewielu schronisk gdzie można robić rezerwacje więc Darek nie zastanawiając się zrobił rezerwację na 12:30 i zarządził, że trzeba tam dojść na czas.

Jak trzeba to trzeba. Do schroniska można dojść w 30 minut ale oczywiście my chcemy pochodzić po górach więc wybraliśmy opcję na około i już o 6:30 rano zaparkowaliśmy naszą resorówkę na parkingu.

Jak na wczesny poranek to trochę ludzi już było. Nawet się zdziwiłam bo niektórzy to tak trochę na lekko, z pieskami itp. Doszłam do wniosku, że pewnie przy takim wyborze szlaków, każdy znajdzie coś dla siebie a lokalni to i tak pewnie obskoczą cały loop w parę godzin.

Szlak zaczyna się przy kolejce liniowej Sassolungo zwanej potocznie trumnami. No w sumie jak się człowiek przypatrzy tym wagonikom to rzeczywiście trochę trumnowato wygląda. Podobno 2 osoby się tam mieszczą. Jakoś jak patrzyłam na tą kolejkę to dostawałam klaustrofobii choć normalnie nie mam takiej przypadłości.

Dzisiaj tej śmiesznej kolejki nie musimy brać więc ruszyliśmy razem z innymi ludźmi do góry aby zrobić Sassolungo Group Loop. Przynajmniej tak założyłam, że większość robi to co my bo znając Darka znalazł najładniejszy szlak w tym rejonie więc na pewno każdy chce go zrobić.

Najpierw szło się bardzo szeroką trasą która też jest droga dla aut. Nie dziwi nas to bo te początkowe schroniska często mają dojazd dla samochodów. Dalsze schroniska to już muszą się bardziej nakombinować ale zazwyczaj jest tam jakiś wyciąg czy kolejka która pozwala dowieźć potrzebne rzeczy.

Potem szlak się trochę zwęził ale nadal był dość szeroki. Szliśmy podziwiając widoki aż nas wmurowało. Dlaczego tu jest kolejka…

Po doświadczeniach na Seceda, pomyślałam, że może znów trzeba płacić jakieś 5 EUR żeby sobie zrobić zdjęcie z jakimś widokiem. Potem pomyśleliśmy, że może opłata do parku choć w Dolomitach nigdy nie musieliśmy płacić za wejście do parku.

No nic… stwierdziłam, że podejdę i może się dowiem. W Zermatt zdarzały się kolejki do knajp ale to tak o 11 rano zaczynali. Tutaj było trochę po 7 rano. Rzeczywiście kolejka była do knajpy która jeszcze nie była otwarta. No ładnie knajpa wygląda, widok też ma nie najgorszy ale żeby tak wstawać o 6 rano, żeby tu dojść… ludzie są dziwni.

Dopiero jak przeszłam tych wszystkich Intstaludków (ludzi którzy żyją Instagramem) to wszystko mi się wyjaśniło… to chodzi o pączki… nic innego jak polskie poczciwe pączki.

Parę miesięcy temu jak powiedziałam przyjaciółce, że lecimy do Dolomitów to mi zaczęła podsyłać, różne posty z Instagrama na temat co zwiedzać, gdzie iść. Jeden z postów było o restauracji która sprzedaje pączki i do której ludzie idą na śniadanie. Ja nie poświęciłam wiele uwagi temu postowi i nawet nie mówiłam o nim Darkowi, żeby nie zakłócić jego planowania. Wygląda, że pączkownia jest w strategicznym miejscu i jest z początku jednego z najładniejszych szlaków w Dolomitach.

Jak się domyślacie nie dowiedzieliśmy się czy pączki są lepsze niż te od Syreny na Greenpoincie. Do kolejek to my mamy mega awersję, Instagram wolimy tworzyć niż śledzić a puste szlaki bardziej do nas przemawiały niż najpyszniej wyglądający pączek.

Bo szlak był pusty. Jak tylko minęliśmy knajpę to na szlaku przed nami została tylko jedna para, która po jakiś 30 minutach, siadła sobie na trawce z pięknym widokiem i wyciągnęła termos z herbatą czy kawą. Ciekawe czy pączki też mieli, pewnie kupione na dole w tej samej piekarni co dostarcza pączki tutaj. Ehhh… nie zrozumiem nigdy tych Instaludków.

Szlak był cudo. Wszystko co lubię najbardziej. Ładnie ubita trasa, góra dół więc wysiłek był ale taki umiarkowany, że nadal spokojnie można było podziwiać widoki. Szczerze. To jest chyba mój ulubiony szlak na tym wyjeździe. Wszystkie były piękne ale ten szedł tak zboczem góry kilometrami i można było podziwiać te przestrzenie.

Co jakiś czas mijaliśmy innych ludzi, może w sumie kolejne 3-4 pary. Ale po wielkości ich plecaków widać było, że spali w schronisku i po śniadaniu wyszli dalej w drogę. Bo schronisk tu jest mega dużo. To już nawet nie to, że góry są większe niż Tatry i dlatego jest tu więcej schronisk, to na pewno też, ale tutaj schroniska są co 500 m maksymalnie. A jak jest szansa, że biegnie tędy jakaś trasa narciarska to już w ogóle, schronisko, full restauracja i wszystko co zmęczony górołaz potrzebuje.

Minęliśmy po drodze około 2-3 schronisk a kto wie ile jeszcze jest tam pochowanych po górach. Szło się nam jednak rewelacyjnie w porannym słoneczku więc się nie zatrzymywaliśmy. Baliśmy się, że nas może wciągnąć a hike jednak chcieliśmy zrobić.

Przerwę zrobiliśmy sobie mniej więcej w połowie drogi. Schronisko Sasso Piatto wygląda super. W takim mogłabym spać. Duże, wygląda na nowe, z ogromną restauracją na dole. Nie byłam za bardzo chętna spać w schroniskach dlatego ten wyjazd mamy hotelowy ale jeśli jest więcej schronisk takich ja Sasso Piatto to mogę to rozważyć.

Pokoi co prawda nie widzieliśmy ale łazienki i restaurację mieli bardzo fajne. Zresztą z takim widokiem to wszystko od razu lepiej smakuje.

Tiramisu (to Darek) i ciepły sok z bzu (to ja) dały nam siłę i podniosły poziom cukru na dalszą wędrówkę. A szlak dalej był jeszcze ładniejszy. Choć może nie ładniejszy a inny. Bardziej zielony.

Tu już pojawiało się więcej ludzi, osłów, koni i innych dwu albo czworonożnych stworzeń. Widać też było zdecydowanie więcej szlaków w dolinie więc pewnie dlatego ludzie wychodzili z różnych dziwnych stron a nie koniecznie mijali nas. Nas nikt nie mijał bo wszyscy stali w kolejce po pączki.

Podobnie jak w pierwszej części szlaku były odcinki w dół albo do góry. Tutaj tylko te do góry już bardziej dawały w kość bo słońce było mocniejsze a też były dłuższe i stromsze.

W pewnym momencie skróciliśmy sobie szlak i nie poszliśmy tam gdzie reszta. Czy dobrze zrobiliśmy? Ja nadal uważam, że tak bo było wg. mnie więcej cienia i jednak troszkę mniej do góry. Pewnie nigdy się nie dowiemy która trasa była lepsza ale jest to kolejny dowód ile tu jest szlaków. W każde miejsce zawsze można dojść kilkoma szlakami a niektóre są w odstępie kilkudziesięciu metrów. Jedne po piargach, drugie bardziej lasem ale wszystkie prowadzą do jakiegoś schroniska.

I my też doszliśmy do schroniska. Choć schroniskiem to nie wiem czy bym to nazwała. Wg. mnie to po prostu bardzo fajna, i dobra restauracja.

Darek wyczarował taki stolik, że głowa mała a do tego jeszcze wyczarował przepyszne wino. Za to lubimy Europę. Tutaj gdzieś w środku gór, w bardzo rozsądnej cenie można zjeść przepyszne domowe jedzonko z dobrym winkiem a nie jakimiś pomyjami.

Tutaj ludzi były setki. Po pierwsze niedaleko dojeżdża wyciąg, po drugie do parkingu jest tylko 30 min a po trzecie restauracja ma swoją renomę. Tak więc część ludzi przy stolikach jak my a część na trawce robiła sobie pikniki. W zimie jest tu centrum tras narciarskich więc restauracja ma obrót cały rok i może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużego lokalu w tak strategicznym miejscu.

Ja to w sumie nie zazdrościłam ludziom co wzięli wyciąg. Bo wyciąg wyjeżdża trochę wyżej więc do knajpy zejść to nie problem ale objedzonym wspinać się na górę to tak trochę mało fajnie. Ja tam się cieszyłam, że my tylko z górki na pazurki na parking.

Zaczynanie dnia wcześnie ma swoje plusy bo o 13-14 jest się już po aktywności fizycznej, po lunchu i ma się jeszcze cały wieczór przed sobą. A tu jeszcze kolejna niespodzianka. Nie musimy jutro rano wstawać. Jutro mamy dzień przejazdowy i jedyny dzień gdzie Darek nie zaplanował żadnego szlaku. Wow - takiego luzu to dawno nie mieliśmy.

Odstawiliśmy naszą resorówkę pod hotel, odświeżyliśmy się i ruszyliśmy na “miasto”. Ciężko Ortiseri nazwać miastem ale ma jedną bardzo fajną uliczkę przy której znajdzie się coś dla każdego. Restauracje, bary, sklepy z drogimi ciuchami lub pamiątkami, kościółek czy nawet zajęcia dla dzieci z robienia karmników dla ptaków. Mi Ortiseri przypadło do gustu bo reprezentuje typową architekturę Tyrolu którą bardzo lubię, no i te górki gdzie nie spojrzysz.

Sklepy nas nie wciągnęły, bary w sumie też nie ale restauracja z regionalnymi daniami.

Restauracja Sotriffer, ma fajny starodawny wystrój i piękny widok na górki. Niestety jednak załoga potraktowała nas jak biedaków bo się nie wystroiliśmy w biżuterię i koszule. Powiedzieli, że stolik mamy tylko na dwie godziny, jakoś tak nie traktowali nas poważnie i trochę powolnie im szła ta obsługa. My już do tego przywykliśmy i dalej mówimy, że to oni stracili a nie my. Ale cóż dopiero jak przyszedł jakiś starszy pan (chyba szefunio) i zobaczył nasze puste kieliszki to ich pogonił ale wtedy to już było za późno bo już wyrobiliśmy sobie opinię, że pomimo, że jedzenie pychota to serwis mógłby być lepszy. Niestety Włosi też mają problemy z ludźmi do pracy w serwisie i coraz więcej spotykaliśmy emigrantów, którym brakuje europejskiej kultury.

Skoro nas nie zachęcili, żebyśmy u nich dłużej posiedzieli to stwierdziliśmy, że się jeszcze przejdziemy po okolicy i pożegnamy z tym miasteczkiem bo jutro znów w drogę. Tym razem do Petra. A tam to już zostanie nam tylko pizza albo kromki bo to jakaś malutka mieścina pośrodku niczego. Przygoda, przygoda, zobaczymy co kolejna miejscówka ma do zaoferowania.

Next
Next

2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)