2026.08.17 Ortisei, IT (dzień 6)
Kolejny dzień w pięknych górach, kolejny piękny szlak, i mamy nadzieję, że kolejny słoneczny dzień. Choć na dziś trochę deszczów zapowiadają kolo 14.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej góry ustawiły się dość ciekawie, ktoś zrobił zdjęcie i teraz wszyscy tam chcą być. Niestety Internet pozwala nam bardziej poznać piękne miejsca i każdy chce zrobić takie samo zdjęcie…albo prawie takie samo zdjęcie, bo przecież musi być selfie żeby pokazać światu, że tam się było.
Tak, my też czasem chcemy pamiątki z tych pięknych miejsc bo przecież nie bez powodu są one tak popularne. Zwłaszcza jak miejsce jest nam po drodze.
Góra ta nazywa się Seceda i ma wysokość 2,519 m (8,264 ft). Jest to bardzo popularne miejsce na narty w zimie albo hiki w lato. Szczególnie, że na górę można wyjechać kolejką linową.
Kolejki otwierają dopiero o 8:30 rano więc mogliśmy załapać się na śniadanie w hotelu. To luksus dla nas na tym wyjeździe. Byliśmy pierwsi na jadalni ale zaraz zebrała się cała sala. I oczywiście jacyś inni polacy się też załapali. Potem widzieliśmy ich w kolejce i chatkach na górze. Czyli teoria, że jesteśmy w popularnym miejscu się sprawdza.
Seceda, góra wyróżniająca się skosami i ostrymi krawędziami które łączą się z zielonymi pastwiskami jest bardzo rozpoznawalnym krajobrazem na świecie.
Można więc wyjechać kolejką linową zrobić zdjęcie skał i zjechać. Można też, co zrobiło dużo więcej ludzi, odwiedzić chatki górskie i zjeść szarlotkę z kawą albo lunch. Można też odejść dużo dalej, pozwiedzać rejon i “zagubić” się na szlakach…bo jest ich tu bardzo dużo i można naprawdę oddalić się od ludzi. Darek jak wysiadł z kolejki i zobaczył tą ilość szlaków to aż się za głowę złapał kiedy on to wszystko zejdzie.
Zaczęliśmy jak wszyscy czyli trasą zwaną Seceda View Trail. Trasa prowadzi cały czas zboczem góry z pięknym widokiem na te unikatowe skały i ogromne pastwisko z chatami góralskimi w dole.
Szliśmy za tłumem, czasem wyprzedzając ludzi jak za długo kręcili filmiki na Instagram. My też robiliśmy dużo zdjęć ale nie aż tyle żeby ruch blokować.
Szliśmy sobie tak w kierunku skał z nadzieją, że wyjdziemy wyżej a tu nagle zonk. Na środku trasy postawili bramkę jak w Nowojorskim metrze i jak nie zapłacisz 5 EUR to dalej nie pójdziesz. Masakra. Wszystko ustawione, przykładasz kartę, bramka się otwiera i kolejne 5 EUR wpływa komuś na konto. Podobno ma to pomóc Parkowi Narodowemu ale przecież już i tak płaciliśmy nie małe pieniądze za wyjazd tu. My ich olaliśmy bo nie lubimy płacić ekstra, żeby zdjęcie zrobić. Ale troche ludzi się na to pokusiło.
My olaliśmy ich zdjęcia i poszliśmy do Chatki Trolla na ciacho i kawę. Piękne zdjęcia jeszcze będziemy mieć i to za darmo bo Darek zaplanował całe kółeczko tu więc kilometrów i wysokości jeszcze trochę do zrobienia mamy.
W Chatce Trolla wszystko było ogromne. I szarlotka i pączki. Nawet nie chcę wiedzieć jakie tu porcje jedzeniowe podają. Szarlotka jest najpopularniejszym deserem w schroniskach. Robią ja trochę na styl rolady ale nie ważne jak są warstwy ułożone ważne, że jest pyszna. Darek skusił się natomiast na pączki. Jeszcze w NY jak już wiedzieliśmy, że lecimy w Dolomity przyjaciółka mi podsyłała różne posty na Instagramie. Jeden z nich był o ludziach co idą do schroniska tylko po pączki. Tamtej miejscówki nie zapisywałam bo nie lubię takiego naganiania ale jak zobaczyłam pączki w menu to zasugerowałam Darkowi i nawet nie musiałam go długo namawiać. Te paczki były inne, troszkę jak babeczka z marmoladą ale do kawy idealne.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w góry. Darek miał całą listę chatek i co w której jest najlepsze. Nie można jednak tyle jeść więc skupiliśmy się na widokach, wynajdywaniu szlaków bez ludzi i podążaliśmy w kierunku chatki dedykowanej na lunch.
Im dalej od kolejki tym mniej ludzi było, to zrozumiałe ale czasem, nie wiadomo skąd z jakiegoś bocznego szlaku wychodził ktoś z dużym plecakiem. Jednak ta sieć tras i schronisk jest kusząca jak ktoś chce przejść całe góry i to tanim kosztem.
Całe Dolomity są piękne ale w tym rejonie jakoś te płyty tektoniczne tak się powypychały, że tworzą się skośne, formacje skalne. Jak na przykład te powyżej. Na jedną z tych skał nawet prowadzi szlak i parę ludzi się tam wspinało.
Wyjść na czterech łapach nie jest źle, zejść też się da ale przepychanie się ludzi którzy próbowali swoich sił nie zachęcało nas więc poszliśmy dalej, jeszcze dalej od ludzi.
Za każdym razem jak widziałam szlak na Regensburger Hütte to ja chciałam skręcać bo podobno tam lunch mamy jeść a Darek wynajdywał jakiś szlak że jeszcze nie teraz, że następny skręcimy.
W pewnym momencie już w ogóle nie było ludzi i tylko jakieś sporadyczne pary mijaliśmy raz na 15-20 minut. Kolejny raz sprawdziła się zasada, że ludzie nie lubią długich szlaków i żeby naprawdę poczuć góry trzeba wejść między nie.
W końcu i mu skręciliśmy w kierunku naszego schroniska. Doszliśmy do momentu, że albo 30 min do schroniska, albo kilka godzin do następnego miejsca.
Schronisko które Darek wybrał na lunch nam wydawało się po środku niczego ale jednak było pełne. Jak podeszliśmy pod nie i zobaczyliśmy ilość różnych drogowskazów na różne szlaki to zrozumieliśmy, że po raz kolejny Dolomity udowodniły, że mają niesamowitą sieć szlaków. To nas chyba najbardziej zaskoczyło w tych górach. Coś jak Tatry tylko dwadzieścia razy większe.
Schronisko Regensburger Hütte słynie z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy w południowym Tyrolu i do Austrii mamy rzut beretem.
W schronisku już czuć było niemiecki klimat. Nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, bo kapucha, kluchy i schabowy były ale też w języku. Tutaj Ciao! Zamieniło się w Gruss i kelnerki mówiły po niemiecku.
Moja aplikacja mówiła, że deszcz znacznie się między 14 a 15. Darka, że między 16 a 17. Dwie godziny robi różnicę zwłaszcza że do kolejki mamy jakąś 1-1.5h. Darek oczywiście wierzył w bardziej optymistyczną wersję więc wcale nie spieszył się z opuszczeniem schroniska. Dopiero jak do środka weszło małe przedszkole to poganiał do wyjścia jak mało kto. Ja wiem, że ludzie z dziećmi też chcą mieć życie, chodzić po restauracjach, górach i latać lepszą klasą ale nie zdają sobie jednego. Oni są znieczyleni na krzyk dziecka, na piski i płacze. Dla nas to jest mega hałas którego unikamy za wszelką cenę. Ja to się zawsze zastanawiam jak to jest, że dzieci które mają lepszy słuch od nas piszczą i krzyczą głośniej niż my.
Ja wierzyłam w tą bardziej realistyczną prognozę i od razu w schronisku wskoczyłam w przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Wiem, trochę ciepło było ale przynajmniej jak 10 min od wyjścia ze schroniska zaczęło padać to ja mogłam iść dalej.
Do kolejki musieliśmy wyjść kawałek pod górę. Cały szlak był góra dół ale jednak w rezultacie zeszliśmy ok. 400-500 m. Teraz trzeba to było nadrobić i wyjść pod górę. Dobrze, że szlak był dobrze przygotowany to krok za krokiem się szło a chmury kłębiły się coraz wieksze.
Dużo ludzi nadal szło w przciwnym do naszego kierunku. W Dolomitach poza dużą siecią szlaków jest też duża sieć autobusowa i ogromna sieć wyciągów. Dzięki czemu można wyjechać naszą kolejką, zejść kilkaset metrów w dół i zjechać inna kolejką Col Raiser. Problem jest tylko taki, że zjeżdża się do innego miasteczka więc potem autobusami trzeba nadrobić.
My woleliśmy wyjść te 400-500 do góry, ale zjechać kolejką prosto pod nasz hotel. Zmarznięci, przemoczeni, zjechaliśmy na dół a tu piękne słoneczko. I dopiero wtedy się okazało, że ja sprawdzałam pogodę w górach a Darek w naszym miasteczku. Czyli stąd się wzięły te dwie godziny różnicy.
Jeszcze przed wyjazdem w góry umówiliśmy się z Darkiem, że jak zjemy duży lunch w górach to nie będzie kolacji. A jak nie będzie lunchu w górach to wtedy możemy iść na kolację. To idealnie się spisuje zwłaszcza, że my wstajemy 4-5 rano więc kolacja o 20 średnio nam pasuje. Po takim schabowym, z kapustą i szarlotką od Trolla zdecydowanie był to dzień gdzie tylko jabłko na kolację. Jutro kolejny hike i kolejna wczesna rano pobudka.