2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)
Dziś nie musieliśmy wstawać przed wschodem słońca, mogliśmy też zjeść śniadanie jak ludzie. To się nie będzie zdążać często na tym wyjeździe więc tym bardziej doceniamy śniadanie hotelowe i widok górek z balkonu.
Cortina była dla nas dość droga jeśli chodzi o noclegi więc śpimy tu najkrócej. Od początku chcieliśmy podzielić wyjazd na kilka miasteczek i w każdym spać około 3-4 nocy. Cortinę wybrał Darek, Ortisei do którego teraz jedziemy wybrałam ja a ostatnią miejscówkę podyktowały ceny hoteli.
Zapakowaliśmy naszą resorówkę i ruszyliśmy w góry. Spakowanie się nie było łatwyn zadaniem ale przy złożonym dachu jakoś udało nam się zmieścić nasz dobytek. Z Cortiny do Ortisei jest ok 2h jazdy ale nie można zmarnować całego dnia tylko na przejazd więc Darek oczywiście znalazł jakiś szlak.
Tym razem padło na Instagramową miejscówkę ale ponieważ limitują ilość ludzi których wpuszczają na górę to się zdecydowaliśmy tam pojechać.
Limitowanie ludzi polega na tym, że wjazd na drogę dojazdową jest płatny i tylko ograniczona ilość aut może wjechać o wyznaczonej godzinie. Wyjeżdża się dość wysoko na 2300 m. Z parkingu jest wiele tras ale Darek wybrał: Tre Cime di Lavaredo.
Ten wyjazd na górę jest unikatowy. Na dole stoi pan który się pyta czy mamy rezerwację. My mieliśmy na 10:30 i udało nam się idealnie dojechać na tą godzinę pod bramki. Bo jak pierwszy pan tylko się pyta i tu jeszcze można oszukać o tyle pare kilometrów dalej sa już bramki jak na autostradzie i przejazd jest możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu rejestracji. System rozpoznaje rejestrację i albo puszcza albo nie.
Jak tego wcześniej nie ogarniesz to trzeba iść z dołu a to pewnie tak z pół dnia. Dobrze, że Darek jako najlepszy planowacz wakacji ogarnął to idealnie i mogliśmy wyjechać na górę pod schronisko Auronzo. Jadąc się zastanawialiśmy jak to jest, że wpuszczają ludzi na specjalne godziny ale przecież każdy robi jakiś szlak więc to nie tak że po pół godzinie robi się miejsce na nowe auta. Dopiero jak dojechaliśmy i zobaczyliśmy te ogromne parkingi to zrozumieliśmy. Tutaj każdy może być 12h ale żeby się korki za bardzo nie robiły to wpuszczają ludzi partiami.
Wow ile na parkingu było ludzi. Ludkolandia na maksa. "Trzy szczyty Lavaredo" zdecydowanie należy do topowych atrakcji Dolomitów a do tego w miarę łatwy dostep sprawia, że tłumy są. Dobrze, że szlak jest szeroki i jakoś na spokojnie da się wyprzedzać.
Darek i jego awersja do ludzi sprawiła, że jak tylko znalazł ścieżkę w bok, do góry to odrazu kazał tam skręcać mówiąc, że to jest skrót o którym czytał na internecie.
Niestety skróty się pomyliły bo skały wyrosły na środku i niestety szlak nie prowadził na przełęcz a był tylko krótką odskocznią w bok. Nadrobiliśmy więc jakieś dodatkowe 100m do góry w słońcu i zeszliśmy na ten "highway" gdzie wszyscy dreptali.
Na tej odskoczni byliśmy sami więc przynajmniej skorzystaliśmy i porobiliśmy zdjęcia bez ludzi bo na tym szlaku nie jest to łatwe zadanie.
Prawdziwy skrót był trochę dalej ale był bardzo dobrze oznaczony więc wcale nie był tajemnicą a wręcz przeciwnie zachęcał ludzi którzy patrzą tylko na dystans czy czas a nie biorą pod uwagę trudności szlaku.
Udało się, wyszliśmy na przełęcz Forcella Lavaredo z pięknym widokiem na słynne czy skały. Prawie jak Torres del Paine w Chile. Albo Monument Valley w USA. Albo po prostu unikatowe dla Dolomitów pionowe skały z trasami Via Ferrata.
Z przełęczy był piękny widok na dolinę i jej wszystkie szlaki. Darek oczywiście skakał jak chipmonk i chciał wszędzie iść zwłaszcza, że z oddali uśmiechało się do nas schronisko Antonio Locatelli.
Jak jednak zaczęliśmy to liczyć i kalkulować ile jeszcze mamy do następnego hotelu, do parkingu, i jutro znów nie można spać do południa to wybraliśmy trasę przez środek doliny do innej chatki górskiej, Lange Alm.
Myślę, że był to bardzo dobry wybór bo 80% ludzi, tych co nie zawróciła wcześniej szla do Antonio. Na naszym szlaku też się znalazło parę ufoludków z małymi pieskami którym się nogi trzęsły na każdej malutkiej skałce albo ludzi co zasłaniali całe twarze jak muzułmanki, żeby tylko się nie spalić. Masakra jak ludzie się wszystkiego boją.
Nasza decyzja, żeby wybrać chatkę Lange Alm okazało się trafione w dziesiątkę. Było trochę ludzi ale udało nam się zdobyć stolik na zewnątrz w cieniu z pięknym widokiem na górki. Czy może być coś lepszego niż zimne piwko w takiej otoczce po ok. 3h hiku.
Siedziało się super i by się tak posiedziało gdyby nie fakt, że kierowca nie mógł się delektować piwem tak bardzo jak ja. Ochłonęliśmy w cieniu i wróciliśmy na szlak w kierunku parkingu. Tu znów była ludkolandia. Człowiek na człowieku, nawet krowy odeszły na bok, żeby od nas uciec ale baca Darek jednak zboczył, żeby sobie z nimi pogadać.
Ze schroniska do parkingu mieliśmy około 30 min. Im bliżej parkingu tym oczywiście więcej ludzi ale znów był szeroki szlak i udało nam sie wymijać ludzi. Na wcześniejszych szlakach Darek zauważył, że to inni nas wymijają a nie na odwrót. Teraz mogę stwierdzić, że popularność szlaku można oceniać po tym ile ludzi nas wymieniło albo my innych. Na wcześniejszych szlakach ludzie mieli połowę naszego wieku i widać, że w górki chodzą co najmniej raz w tygodniu. Na dzisiejszym był cały przekrój.
Nasza resorówka grzecznie stała na parkingu pilnowana przez krowę. Nagrzana ma maksa ale nauczeni, że tu się używa tak zwanej górskiej klimatyzacji otworzyliśmy dach i odrazu zrobiło się chłodno. Baliśmy się jednak tak jechać cały czas bo mogłoby nam wywiać, rzeczy popakowane na tylnim siedzeniu. Tu nie ma miejsca na ładne pakowanie w walizki. Tu liczy się kreatywność w pakowaniu.
I dobrze, że pomysł jazdy z otwartym dachem nie został zrealizowany bo jak tylko wsiedliśmy do auta to zaczęło padać. No tak 15-16 godzina to godzina burz w górach. Ale teraz może padać. Szlak nam się udał z super pogodą. Dobrze, że nie poszliśmy do tego dalszego schroniska bo by nas złapało po drodze.
Jak już wspominałam dziś śpimy w Ortisei. Podobno miasteczko podobne do Zermatt. A przynajmniej jak się spytałam AI, żeby mi podał miasteczko w Dolomitach które najbardziej odpowiada vibe jakie ma Zermatt to podał właśnie Ortisei. Ocenimy już wkrótce.
Śpimy w Villa Angelino. Jest to taki podstawowy hotelik ale ma świetną lokalizację, zaraz przy głównej ulicy miasteczka. Tym razem jednak ja musiałam ogarnąć dodanie naszej rejestracji do systemu. Żeby dojechać do naszego hotelu trzeba przejechać paru ludzików i zrobić to wg. przepisów. A tak serio to trzeba przejechać strefę wolną od aut i tylko dla upoważnionych pojazdów. My podobno jesteśmy w systemie więc mandatu nie powinniśmy dostać i jechaliśmy jak królowie a przechodnie uciekali spod kółek.
Na tym wyjeździe mamy mało fancy restauracji bo nastawialiśmy się na jedzenie w schroniskach. Ale dziś był jeden z tych dni w których mogłam zrobić rezerwacje i mogliśmy zrobić sobie rocznicową kolację. Jutro wstajemy dopiero o 7 rano więc to normalnie rozpusta.
Ortisei przywitało nas miłym chłodem. Po upałach w Cortina, aż miło było usiąść na zewnątrz i zastanawiać się czy trzeba ubrać kurtkę.
Stube Vives zdecydowanie polecamy. Pyszniutkie jedzenie, podane z artystyczną nutą. Na przykład tatar z wołowiny podany z mini "kością" która była zrobiona z pure kalafiora na sposob panna cotta. Cudo nie? Połączenie różnych rzeczy aby wkomponować w całość.
Na główne poleciała przepyszna jagnięcina i dziczyzna z przepysznym winem z poludniowego Tyrolu. Chyba ta restauracja zaliczy się do tych co długo wspominamy i wypisujemy na listę do polecenia dalej.
Darek stwierdził, że mało się zna na winach z Tyrolu ale po rozmowie z Panem kelnerem wybrał lokalną, małą winiarnię Untermoser i ich wino Lagrein Reserva. Dla mnie pychota i idealnie dobrane do mieska. A na deser nic innego jak Tiramisu w kolejnej ciekawej odsłonie.
W trakcie kolacji troche padało ale udało nam się umknąć do hotelu jakoś między deszczem pod dachami. Ogólnie miasteczko nam się spodobało. Pewnie pomaga fakt, że spimy w centrum a nie jak w Cortina trochę ma obrzeżach miasta. Dużo mniejsze od Zermatt ale zapowiada się że ma swój urok.
Dziś też zaczęliśmy słyszeć więcej polskiego języka na ulicach i szlakach. Najpierw na parkingu przed wyjściem na szlak, potem siedząc w restauracji słyszeliśmy go trochę na ulicy. Dolomity są popularne wśród Polaków więc chyba wjechaliśmy w bardziej popularne rejony i jest ich tu więcej.