2026.08.15 Cortina, IT (dzień 4)

Darek spisał się na medal jak zawsze. Drugi szlak i drugi raz mało ludzi. Choć dziś jak przyjechaliśmy na parking to już było trochę samochodów. Ale większość tak 98% ludzi nie miała kijków ale miała kaski. No tak, jak się robi Via Ferrata czyli "żeliwna droga" to kijki są Ci w ogóle nie potrzebne a kask czasem się przyda.

My Via Ferrata nie będziemy robić. Ja niestety odpadam w przebiegach, Darek pewnie by zrobil nawet te średnio trudne ale na tym wyjeździe wybrał czas ze mną. Nadal jednak z zainteresowaniem patrzył jak hipki się wspinały po prawie pionowych ścianach szukając półek skalnych na których można odpocząć.

Dzisiejszy szlak (Tour of the Tofane) pomimo, że nie jest w kategorii Via Ferrata to jest w rejonie słynącym z takich tras. Czy to w czymś przeszkadza? W sumie to w niczym ale części szlaku były takie, że dla ludzi co robia Via Ferrata to pikuś, spacer w central parku a dla mnie? No był odcinek, który jak przeszłam to głęboko odetchnęłam.

Dolomity są skałami wapiennymi a co za tym idzie, dość łatwo się kruszą. Dlatego dużo szlaków to albo większe kamyczki, skałki albo piargi. Skałki i piargi jakoś się przejdzie ale gorzej jak sie trochę szlaku ukruszy i bedzie on dość wąski.

Do planowania szlaków używamy aplikacji na telefon, All Trails. Super baza szlaków ma całym świecie z komentarzami ludzi. Właśnie jeden z takich komentarzy polecił nam aby zamiast trasy 404 iść inną, troszkę niżej. Obawialiśmy się, że idąc niżej będziemy mieli gorsze widoki ale nawet nie było źle. Poranne słońce wstawało i widoki były cudo.

Niestety jest to kolejny dzień wakacji na którym wstajemy o 4 rano. Ale mi to odpoczynek powiecie. A ja wam odpowiem, że lepsze to niż nasz pierwotny plan gdzie mieliśmy iść od schroniska do schroniska, z Chamonix do Zermatt. Tam to dopiero bym się mało wysypiała w takich schroniskowych salach z innymi chrapiącymi ludzmi. My wybraliśmy bardziej luksusową wersję czyli śpimy w hotelach i mamy w miarę wygodne łóżko i zero kolejki do toalety.

Ale wracając do szlaku. Tym razem z hotelu mieliśmy ok 45 min na szlak ale nadal zdążyliśmy zacząć go o 6:30 rano. Tak wczesny start daje nam szansę skończenia przed popołudniową burzą i pokonania stromego oddcinka nie w słońcu.

Niestety dziś ta druga rzecz nam się nie udała. Dzisiejszy szlak idzie na około przez fajne górki i tereny. Jak sama nazwa mówi jest to tour. W związku z tym jest trochę góra dół góra. Zaczynamy z 2000 m i wychodzimy ok 300m żeby zejść 50-100m aby znów wyjść 100m ale to nie koniec. Po osiągnięciu pierwszego “szczytu” schodzimy ponownie na 2000m aby wspinać się na 2600m. W tym scenariuszu ostanie 600m już nie da się pokonać bez słońca.

Pierwszą część pokonaliśmy z przyjemnością. Był jeszcze poranny chłód, piękne widoki i stosunkowo mało ludzi. Może spotkaliśmy okolo 3-4 par.

Więcej ludzi było na ścianach i robili Via Ferrata. Słyszeliśmy ich głosy czasami i to nas zainteresowało, żeby popatrzeć do góry i zobaczyć jak te mrówki się poruszają.

W Dolomitach nie zdobywa się za bardzo szczytów. Szlaki są piękne i wyciskają z nas ostatnie poty ale zazwyczaj prowadzą na przełęcze. Piękno Dolomitów jest w szpiczastych, ostrych szczytach których w ogóle nie można zdobyć albo tylko Via Ferrata.

Tak więc my głównie obchodzimy szczyty i wspinamy się na przełęcze. Około 3h zajęło nam pokonanie pierwszego odcinka i znów znaleźliśmy się na wysokości parkingu (2000m). Niestety byliśmy po złej stronie góry i musieliśmy wspiąć się na przełęcz. Dobrze, że na przełęczy jest schronisko (Rifugio Giussani). Przynajmniej będzie okazja na podreperowanie sił.

Początek wyjścia na przełęcz był dość ostry z porobionymi skalnymi schodami czy linkami asekuracyjnymi. Na szczęście był w cieniu góry. Tak udało nam się pokonać jakieś 150 m. Ubywa, jedna czwarta za nami.

Natomiast pozostałe 3/4 szlaku do góry to była tak zwana wspinaczka na pieska. Czyli szliśmy od cienia do cienia, a dużo ich nie było, i jak tylko stawaliśmy w cieniu to jak dobre pieski, z językami na wierzchu oddychaliśmy i chliptaliśmy wodę.

Dobrze, że szlak był dość łatwy i można było skupić się na rytmicznym, krok za krokiem poruszaniem się do przodu. Widoki też pomagały bo zdecydowanie odciągały od myślenia o trudach a pozwalały skupić się na tym co piękne (widoki) i konieczne (iść do przodu). Ale czy właśnie nie o to chodzi w górach, żeby skupić się na tym co ważne a nie trudach i przeszkodach? Na koniec i tak pamięta się tylko to co dobre i piękne.

Krok po kroku od cienia do cienia pokonaliśmy te 600m i zobaczyliśmy schronisko. Jak to kolega mi powiedzial….”Ilonka nie dygaj, dasz radę, jeszcze tylko 8 hików.” No w tym słońcu to miałam parę razy zwątpienie czemu ja nie wybrałam Grenlandii na świętowanie naszej rocznicy tylko hikowy wyjazd w środku lata, we Włoszech. To już prawie jak detox bo wszystko się wypoci.

Jak tylko ujrzeliśmy schronisko to już same nogi pchały nas do przodu. Do zimnego piwka, ławeczki w cieniu i pysznego jedzonka.

Zimne piwko było, a cała reszta to tak sobie wyszła. Ławeczki w cieniu nie było tylko stolik w środku, a jedzenie…. średnie mieli wybór i część dań taka trochę śniadaniowa jak np moje parówki. Myślałam, że będzie to polska kiełbasa z grilla ale ten przysmak widać jeszcze nie dotarł do Tyrolu.

Schroniska we Włoszech mają kelnerów/kelnerki i dzięki temu nie można siedzieć przy stoliku na krzywy ryj. Dzięki temu jest miejsce dla ludzi którzy naprawdę chcą zjeść i wspomóc schronisko kupując u nich posiłek. Jak chcesz sobie zjeść własną kanapkę to zawsze jest jakaś trawka czy ławeczka w okolicy. Natomiast w środku tłumy są takie idealne. Nie jak w Polskich schroniskach gdzie ciężko szpilkę wsadzić. Pewnie przy złej pogodzie wyglada to inaczej ale mamy nadzieję, że się nie przekonamy.

Opuściliśmy schronisko i zaczęło się z górki na pazurki. Totalnie w dół, zygzakami aż ciężko było hamować miejscami. Oczywiście znalazły się wynalazki które stwierdziły, że na skróty zejdą ale wiecie co? Wcale szybciej nie byli.

Do zejścia mieliśmy te 600 m co się wspinaliśmy ale trasa była super. Po żwirze ale szeroka, w miare ok nachylona, tak to można schodzić i podziwiać widoki.

A widoki tu są niesamowite. Ogólnie to jest tu jakaś taka przestrzeń, że wszystko wydaje się tak daleko ale po godzinie schodzenia zdajesz sobie sprawę, że już tyle ubyło.

Zejście właśnie tyle nam zajęło, godzinkę. To co zastaliśmy na dole to przerosło nasze oczekiwania. Parking napakowany na maksa. Część ludzi na pewno przyjeżdża tu tylko aby zrobić sobie piknik na dole albo posiedzieć w schronisku na dole. My też zrobiliśmy sobie nasz własny piknik.

Zastanawialiśmy się tylko jak my wyjedziemy z tego parkingu. Prowadziła tu bowiem szutrowa górska droga która była wykorzystywana w czasie Pierwszej Wojny Światowej. Jak jechaliśmy rano to nie było problemu bo było bardzo mało samochodów a do tego wszystkie jechały do góry teraz to jest mix grotołazów co już kończą dzień i zjeżdżają na dół i śpiochów co dopiero po śniadaniu wymyślili co robić.

Na szczęście nie było źle i trafiliśmy w jakąś dziurę gdzie większość jechała w dół i tylko 2-3 niedobitki wybierały się w przeciwnym kierunku.

Plusem wczesnego wyjścia na szlak jest fakt, że przed kolacją można się rozerwać. Jutro już wyjeżdżamy z Cortiny a jeszcze nie byliśmy “na mieście”. Dziś stwierdziliśmy, że to nadrobimy.

Stety, niestety za dużo nie pozwiedzaliśmy. Doszliśmy do lokalnego baru przy drodze i weszliśmy, żeby schronić się przed deszczem. Niestety popołudniowe burze to prawda i koło 15-16 warto być już na dole pod dachem.

Dziś żegnamy się z naszym hostelem ale co gorsze żegnamy się też z pierogami z burakami. Takie coś jedliśmy pierwszego wieczoru i tak mi zapadlo w pamięć, że zarzadziłam, że wracamy na kolację do hotelu. Darek nie narzekał bo polubił załogę która miała takie samo poczucie humoru jak on.

Były pierogi, było pyszne mięsko (tatar z sarniny) i jeszcze lepsze winko. No i oczywiście Tiramisu. Choć Darek ocenił je tylko na 7 w skali 10. Tym o to sposobem 1/3 naszego wyjazdu dobiega końca. Wow ale ten czas leci jak się człowiek dobrze bawi.

Previous
Previous

2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)

Next
Next

2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)