2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)
W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.
Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.
Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.
To po co tu przyjechaliśmy?
Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!
Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.
Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.
Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.
Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.
Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.
Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.
Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.
Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.
Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.
Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.
Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.
Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.
Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.
W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.
Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.
Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.
Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.
Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.
Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.
Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.
Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.
Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.
Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..