Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 26
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.23 Pera, IT (dzień 12)
Dziś mieliśmy dwie opcje… ponieważ przedwczoraj padało i nie wiele udało nam się zaliczyć, jeśli chodzi o góry to dziś mogliśmy albo iść na nowy szlak, albo prosto z hotelu powtórzyć szlak który zaczęliśmy robić w deszczu.
Ciężka decyzja. Z jednej strony, nowy szlak, nowe góry, nowe widoki były zachęcające. Z drugiej ten krzyż nad nami górował i nas wołał, bardzo byliśmy ciekawi co nas ominęło a do tego Darek powiedział, że schronisku na szlaku Sas de Pere da Fech jest taki starodawne. Nie była to łatwa decyzja.
Wieczorem jeszcze myśleliśmy, że jest tylko jedna opcja. Że trzeba zrobić ten szlak którego jeszcze nie zrobiliśmy a który Darek tak skrupulatnie zaplanował, czyli Cima undici via Pozza. Rano jednak perspektywa się zmieniła. Obudziłam się, przeanalizowałam to i zapytałam Darka, czy woli spać godzinę albo dwie dłużej i iść “na krzyż” czy robimy pierwotny plan. Darek tylko zobaczył przez okno, że nadal jest ciemno i wybrał “na krzyż”.
Myślę, że była to bardzo dobra decyzja bo naprawdę ciekawiło mnie co Sas de Pere da Fech ma do zaoferowania. Zdecydowanie lepsze opinie miał ten szlak niż ten drugi a do tego, jest to nasz pożegnalny szlak więc może warto zrobić coś w rozsądnych parametrach, żeby jeszcze czas na pożegnalne piwko był.
Początek trasy znaliśmy ale nie znaliśmy widoków. Zdecydowanie inaczej wygląda świat jak nie ma chmur. Jest też dużo cieplej, bo jak chmury to cień a tu jednak pomimo, że było koło 8-9 rano to już dość mocno smażyło.
Bardzo daleko można wyjechać tu samochodem więc szlak cały czas idzie dość szeroką trasą, która jest przeznaczona na auta. Aż byłam w szoku ile aut tu jeździ i nie wraca. Minęły nas może 3-4 samochody ale nadal spodziewałam się, że tylko dostarczą świeże croissanty i wrócą a tu zawracały całkiem inne auta.
Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że tu w górach są domki w których można mieć imprezkę na 8-10 ludzi. Cudo. Wyjeżdżają sobie, robią grilla, piją winko a potem albo śpią w polowych warunkach albo mają kierowcę który ich zwozi. Kiedyś fajnie by było zrobić taką imprezkę bo sceneria jest idealna.
My nie mamy wynajętego domku, nie mamy też autka które wywiezie tu pyszne mięsko i winko więc musieliśmy polegać na chatkach górskich. Zaraz przy rozgałęzieniu szlaków, tak mniej więcej po 2h wychodzenia do góry pojawiła się bardzo fajna restauracja.
To właśnie miało być to fajne tradycyjne schronisko, choć bardziej przypominało to restaurację i właśnie taką było. Nie jest to schronisko a po prostu knajpa pośrodku gór, z krowami za płotem, kurami, psami i świnkami morskimi chodzącymi wolno po domku i okolicach.
Weszliśmy na kawkę i ciacho żeby trochę ochłonąć przed dalszą wspinaczką. Darka zafascynowały sery jakie tam mieli w lodówkach więc pomimo, że obsługa była dość wolna to postanowiliśmy wrócić tu w drodze powrotnej na lunch.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę bo nadal mieliśmy 300-400 metrów, aby zdobyć szczyt i dojść pod krzyż który cały czas widzieliśmy spod naszego hotelu.
Od restauracji szlak szedł stromiej w górę. Dalej mogą tu wyjeżdżać auta ale już tylko takie z większym zawieszeniem. Tutaj też są pochowane po górach te domki które przypominają nasze ogródki działkowe tylko oni mają zdecydowanie lepsze widoki. Szkoda, że moja babcia czy dziadek nie mieli takiego domku. Fajnie by było wyskoczyć na weekend na “wieś” na grilla.
Za domkami już była polana do góry. Tu już tylko na koniach albo na nogach można iść. Przez polankę poszło w miarę szybko i doszliśmy do lasu. Tu szlak trochę się zmienił na taki leśny ale fajnie bo ubywało wysokości i szybko weszliśmy na grań.
A granią już myku cyku prosto do krzyża.
Sas de Pere da Fech to szczyt który ma 2125 m wysokości i kończy się przepaścią. Dzięki temu są niesamowite widoki na całą dolinę i okoliczne pasma górskie.
Lataliśmy jak gupole po paru metrach kwadratowych szczytu bo naprawdę widoki były pierwsze klasa.
Widoki były na szczyt który dziś olaliśmy ale też na szczyty które robiliśmy wczoraj. Tak że cała dolina na naszej dłoni się prezentowała.
Przy krzyżu jest ławeczka i kilku lokalnych sobie zrobiło tu przerwę na lunch albo po prostu grało w karty. Bardzo przyjemny pomysł na spędzenie niedzielnego popołudnia.
My kanapek ani kart nie mieliśmy więc spędziliśmy czas na podziwianiu widoków i po zrobieniu tony zdjęć ruszyliśmy w dół.
I znów wylądowaliśmy w naszej ulubionej knajpce w górach. Choć w sumie to się zastanawiam czy ulubionej czy jedynej. Knajpka (Malaga Jumela) ogólnie spoko, fajny widok, dobre jedzenie. Natomiast obsługa dość wolna, wino okropne… tak więc tylko w połowie ulubiona.
Oczywiście na dzień dobry musiały polecieć lokalne sery. Skoro mają ty tyle krów, w lodówkach widać, że sery dojrzewają to zakładaliśmy, że będą pyszne i tak też było.
Samymi serami człowiek jednak nie żyje więc poleciały też hamburgery. Polecane przez panią kelnerkę. Menu mieliśmy po włosku więc i tak nie wiele rozumieliśmy więc nawet jakbyśmy chcieli coś innego to byśmy nie bardzo wiedzieli co zamówić. Ale jak się spytaliśmy kelnerki co poleca to powiedziała hamburgery więc na to padł nasz wybór. Były fajne. Dużo mniejsze niż te do których przywykliśmy w Stanach ale to i dobrze bo serów jeszcze mieliśmy trochę do zjedzenia.
Niby takie mniejsze te hamburgery i bez frytek a jednak się objedliśmy. Kolejny raz potwierdziła się zasada, że nie o ilość chodzi a o jakoś. Świeże, dobrej jakości mięsko, bogate w składniki odżywcze dało nam energii na drogę w dół. Stąd to już cały czas mieliśmy w dół ale jednak te 600 m do pokonania było. Niektórzy zbiegali, inni schodzili ostrożnie. My mieliśmy kijki więc nam to szło w miarę szybko ale z bieganiem nie ryzykowaliśmy, jeden ślizg na tym żwirze i same problemy. Lepiej zejść jak człowiek a nie spieszyć się na złamanie karku. Piwko na dole poczeka.
No i zeszliśmy na naszą polankę pod hotelem. A na polance… coś czego nie było dwa dni temu, ani dziś rano… Katapulta.
Bar Katapluta wyczaiłam już w pierwszy dzień jak tu przyjechaliśmy jak szukałam gdzie można w okolicy zjeść. Bar miał bardzo dobre opinie ale niestety słabą ofertę jedzeniową. Tak więc nie skorzystaliśmy w pierwszy dzień. W drugi też nie bardzo bo po zdjęciach wyglądało jakby miał głównie miejsca na zewnątrz. Dziś był idealny dzień na odwiedzenie Katapulty. Słonecznie, nie byliśmy głodni a do tego nasz ostatni dzień w Dolomitach. Dziś oficjalnie zakończyliśmy hiki. Zrobiliśmy na nogach ponad 150 km. Zeszliśmy trochę tych gór choć pewnie jest to mała porcja tego co Dolomity maja do zaoferowania. Nadal, jesteśmy dumni z naszych osiągnięć i ze zdartych butów.
I takim oto sposobem Katapulta okazała się idealnym miejscem na pożegnanie naszych wakacji. Siedzieliśmy przy zimnym piwku, podziwialiśmy góry i zastanawialiśmy się dlaczego krzyż jaki widzimy z dołu jest biały kiedy na górze był czerwony. Tej zagadki chyba nie rozwiążemy dziś… dziś możemy tylko rozwiązać buty.
Knajpka fajna tylko pierwsza kelnerka słabo po angielsku mówiła, więc nie bardzo mogliśmy się dogadać, że my chcemy troszkę lepsze piwko. Ale na szczęście (albo nie szczęście) szybko przyszła kelnerka która po angielsku dobrze mówiła, poleciła nam inne piwo (bardziej lokalne) i od razu zaczęło się lepiej siedzieć. Tak się fajnie siedziało, że zamknęliśmy tą budę.
No ale jak przy tak pięknej piance nie delektować się piwkiem. Do tego piwkiem za darmo. W Europie nie ma za bardzo kultury dawania rzeczy za darmo. W Stanach przywykliśmy, że co trzecie piwko jest za darmo… albo po prostu w pewnym momencie przestają liczyć. W Europie nie liczymy na to więc dodatkowo miło nam było jak na koniec kelnerka dała nam kolejkę za darmo i jakieś panini do zjedzenia. Panini wylądowało w paszczy lokalnego pieska bo tak słodko na nas patrzył ale piwko wylądowało oczywiście w naszych buziach.
Kolejną różnicą jest, że w Stanach nie potrzeba czołówek jak się wraca do domu natomiast tu było to bardzo wskazane. Dobrze, że do hotelu mieliśmy niecałe pięć minut. Tylko przejść mostek i już byliśmy w domu. To były cudowne wakacje. Jutro jedziemy do winiarni więc nie do końca wakacje się kończą ale kończą się górki. Ja wiem, że dla większości ludzi pobudki o 4-5 na ranem i chodzenie po górach po 15-20 km nie jest definicją relaksu ale dla nas jest i to najważniejsze.
2026.08.22 Pera, IT (dzień 11)
W końcu nastał ten dzień. Dzień z największym, najdłuższym i najtrudniejszym hikiem na tym wyjeździe! Pera di Fassa 20km+ i 1,500 metrów do góry (5,000 stóp). W Stanach mówi się, że jak przekraczasz 5,000 stóp dziennej wspinaczki to jest to bardzo duży i dobry dzień. Tak też i tu było.
Ten spacerek mieliśmy zaplanowany na wczorajszy dzień, ale ze względu na pogodę plany musiały być zmienione. No i dobrze, bo szanse na ukończenie tego hiku wczoraj prawdopodobnie byłyby zerowe. A o względach bezpieczeństwa to ja już nawet nie będę tutaj wspominał.
Plusem jest, że start jest spod naszego hotelu. Minusem, że bardzo wcześnie rano. Najlepiej o 5. Nie udało się, ale o 6 rano byliśmy już gotowi na hotelowym parkingu.
Pierwsza część wspinaczki jest bardzo łatwa. Idzie się zalesioną roboczą drogą resortu narciarskiego. Można nawet tą część pokonać dwoma wyciągami krzesełkowymi, ale po co, jak można sobie wyjść.
Wyciągi otwierają dopiero o 9 rano. O tej porze to my już będziemy daleko w górach i znacznie wyżej niż wyjeżdżają wyciągi. A co najważniejsze to śpiochów ominie taki wspaniały wschód słońca.
W końcu po dwóch dniach przelotnych opadów mamy znowu to wspaniałe alpejskie słoneczko.
Szło się super i rześko. Poranne słońce ogrzewało nam plecy i dodawało potrzebnej energii. Niska temperatura (7-8C) zapobiegała poceniu się. Wiedząc, że to jest długi hike i nagroda czeka wyżej, to nie było czasu na poranne marudzenie. Stałym i dobrym tempem do przodu.
Dojście do górnej stacji drugiego wyciągu zajęło nam jakieś 1.5h. Dobry czas. Jesteśmy jakieś 1:45h przed ludźmi którzy tu zaczną wyjeżdżać wyciągami. Czyli mamy przewagę nad peletonem górskim.
Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Tylko dwa samochody z obsługi wyciągów nas minęły. Pewnie jechali do górnej stacji przygotować wyciągi na prawdopodobnie ruchliwy dzień.
Od górnej stacji wyciągów górska droga zmieniła się na szeroką ścieżkę i zrobiło się znacznie płaściej. Tutaj też zaczęliśmy spotykać i słyszeć odgłosy ludzkie. W tych rejonach większość szlaków z doliny się łączy w jeden główny szlak który prowadzi do pierwszego schroniska czyli Rifugio Gardeccia, 1,949 metrów.
Stare opuszczone schronisko
Schronisko to jest położone na ogromnej alpejskiej polanie. Coś jak polskie Kalatówki w Tatrach. Z tą różnicą, że tutaj to wygląda na małą wioskę góralską z paroma hotelami, restauracjami, chatkami i punktem informacyjnym.
Aktualne schronisko
Nawet jest droga dojazdowa z parkingiem, ale tylko dla obsługi, dostawców i właścicieli hoteli. Nawet goście hotelowi nie mogą tu przyjechać. Muszą parkować w dolinie i maszerować do góry albo jechać wyciągami i potem iść tym samym łatwym szlakiem co myśmy szli.
Zrobiliśmy sobie małą przerwę na uzupełnienie płynów, kalorii i ruszyliśmy dalej. Nawet zastanawialiśmy się czy nie zrobimy sobie tutaj przerwy na lunch w drodze powrotnej, ale wiedzieliśmy, że wyżej w górach też są schroniska i to znacznie lepiej położone.
Gdzieś o 8:30 opuściliśmy wioskę Gardeccia.
W sumie na dzisiejszym hiku mamy minimum 4 schroniska do odwiedzenia. Uwielbiam to w Dolomitach. Co chwilę jakiś domek się pojawia i można wstąpić na odpoczynek.
Nasz następny punkt na dzisiejszym spacerku to kolejne schronisko Vajolet (2,244m.) Dalej łatwy szlak, ale znacznie stromiej. Coraz więcej szlaków tutaj się pojawia, a w związku z tym coraz więcej górołazów napotykamy. Widać, że te wszystkie ludziki co śpią po schroniskach się obudzili, zjedli śniadanko i łażą po górkach.
Mimo, że stromo, to dalej się przyjemnie szło. 9 rano ma swoje plusy. Chłodno, jeszcze był cień z otaczających nas gór, no i ponad 2,000 metrów robi swoje. Dalej daje to taki rześki, górski klimat rana.
W tych rejonie jest trochę żelaznych dróg (via ferrata), więc już było słychać odgłosy dobiegające z wyższych części gór. Jest też parę wspinaczkowych tras, bo widać było ludzi z linami. Taki ruchliwy poranek gdzieś wysoko w Dolomitach.
Do schroniska Vajolet (a raczej do innej knajpki obok schroniska) doszliśmy gdzieś o 9:20. Słońce wyszło już zza gór i zaczęło nagrzewać te rejony.
W końcu można było wygodnie usiąść, wypić herbatkę i oczywiście posilić się apple strudel. Idziemy już ponad 3 godziny, więc przerwa wymagana.
Jest tu tak pięknie, że aż zaczął być mały problem. Wyciągnęliśmy mapy i zaczęliśmy analizować nasz dalszy hike. Ilonka wypatrzyła piękną dolinkę i zaproponowała zmianę planów przy stole obradowym i herbacie.
Ja, za bardzo nie chciałem się zgodzić na jej propozycję, bo na własne oczy chciałem zobaczyć to ostatnie, czwarte schronisko. Nawet myśleliśmy zrobić to i to, ale nie dzisiaj. Za dużo kilometrów musielibyśmy dołożyć do i tak już dużego hiku. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy się rozdzielić. Ja dalej zamierzonym szlakiem, a Ilonka odkrywać nowe rejony. Tym oto sposobem będziemy mieć zdjęcia z tego i tego szlaku.
A co Ilonka ma na ten temat do powiedzenia:
“Pięknie tu. Tak pięknie, że człowiek nie wie gdzie ma iść i co wybrać. Niby Darek planował wszystko pięknie ale jak się jest na rozgałęzieniu szlaków i widzi się w prawo strome skały do góry i prawdopodobnie powalający widok za nimi, a na lewo piękną długą trasę z widokami na prawo i lewo to naprawdę ciężko wybrać.
Darek był zdecydowany iść na lewo a mnie coraz bardziej kusiło prawo. Na prawo szło mniej ludzi co było też zachęcające bo jakoś nie lubię jak ludzie mi siedzą na piętach i muszę się wspinać w jakimś korku.”
Gdzieś w okolicach 10 rano nasze szlaki się rozeszły i każdy poszedł w swoją stronę. Ja na przełęcz i w kierunku schroniska 3, Rifugio Re Albero 1 - Gartlhütte (2,621m.), a Ilonka w swoje rejony
Tutaj już skończyły się zabawy a zaczęły się schody. Odcinek między Vajolet a Gartlhütte należy do jednych z trudniejszych w tym rejonie. Nie wliczając oczywiście via ferrata.
Stromo do góry. Na szczęście szlak był dobrze przygotowany i suchy. Dużo stalowych lin, metalowych uchwytów, wykutych stopni w skałach… Spokojnie można było się wspinać.
Wiadomo, trzeba uważać żeby źle nie postawić stopy, bo może być nieciekawie. Plusem też było to, że jeszcze nie było dużo ludzi i nie korkowało się trudniejszych odcinkach. Aż się bałem myśleć co będzie jak będę wracał. Jak ta cała „dzieciarnia” z wyciągów zacznie tu się wspinać.
Pomalutku, do przodu i przed godziną 11 dotarłem do trzeciego schroniska.
Lekko zmęczony ale zadowolony, że poszło sprawnie i mam dobry czas. Dalej było pustawo, więc mogłem sobie w spokoju usiąść na zewnątrz, posilić się orzeszkami i batonem energetycznym.
Odcinek do ostatniego schroniska jest bardzo łatwy i zajął mi może z 20 minut. Cały czas pięknym szlakiem lekko do góry bez żadnych utrudnień.
Tak taż było i gdzieś koło 11:30 moim oczom ukazał się Rigugio Passo Santner, 2,734 metry.
Schronisko to wyglądem nie przypomina tradycyjnego górskiego schroniska. Jest bardziej futurystyczne i nowoczesne. Zostało wybudowane w 2023 na miejscu małego i starego Rifugio sprzed ponad pół wieku.
Konstrukcja jest dalej drewniana ale całe schronisko zostało pokryte blachą ze stali ocynkowanej. Zostało tak wykonane, żeby sprostać bardzo trudnym warunkom i ekstremalną pogodą na tej wysokości. Lawinami, potężnymi wiatrami i mrozem.
Ponoć blacha na tym schronisku zmienia kolory w zależności od pory dnia i roku. Działa trochę jak lustro odbijając promienie słoneczne i barwy nieba. Rano jest bardziej niebieska, a popołudniu robi się czerwonawa jak okoliczne szczyty.
Czynne jest tylko w lato i maksymalnie może pomieścić 40 osób.
Pochodziłem trochę po okolicy, obserwując i fotografując to niezwykłe schronisko z każdej strony.
Ciekawa budowla, muszę przyznać. Trzeba ją też poznać od środka.
Jak tylko wszedłem do środka to moim oczom ukazał się wspaniały widok.
Widzę, że te pączki to nas prześladują w tych Dolomitach. Tutaj przynajmniej nie ma do nich kolejki i można jeść ile się chce. Oczywiście, że zamówiłem jednego na start wraz ze złocistym lanym, świeżym napojem.
Pączek był dobry, nawet bym rzekł bardzo dobry. Marmolada była na całej grubości pączka, a nie tylko kropeczka w środku. Oczywiście, że zamówiłem drugiego i jeszcze wziąłem dwa na wynos. Ilonka też musi je spróbować.
Była już gdzieś 12:30 jak Ilonka mi napisała, że już wraca i idzie do schroniska Vajolet na lunch. Nie chciałem żeby tak tam sama siedziała, więc zakończyłem moją pączkową ucztę i zacząłem schodzić.
Jak mi potem Ilonka opowiadała, ona też doszła do schroniska ale tam pączków nie mieli więc długo nie siedziała.
“Zgadza się… mój szlak szedł doliną ale nie ma co myśleć, że było łatwo. Też pokonałam jakieś 800 m do góry i doszłam do schroniska Passo Principe.
Piękny był ten szlak, ta przestrzeń, te góry ale najbardziej chyba mnie intrygowało, gdzie ja właściwie dojdę. Widywałam ludzi na szlaku ale tak w sensownych odległościach, że nadal można było się napawać widokami i iść we własnym tempie.
Podobnie jak Darek cieszyłam się, że jeszcze jest w miarę wcześnie bo ani nie ma ludzi z wyciągów ani nie ma upałów.
Nie wiem czy to wysokość czy jakiś mikro klimat ale im bliżej schroniska tym bardziej skalisty robił się krajobraz i tym mniej trawy rosło. Podobnie jak u Darka zaczynały też pojawiać się głosy z odległych skał czyli Via Ferrata też tu była dość popularna. Zresztą nie powinno nas już to dziwić bo w końcu jesteśmy w Dolomitach.
Ok. 11 dotarłam do schroniska a to taka buda… normalnie jakbym znalazła się w jakiś Himalajach. Ubrania wiszą na sznurkach na pranie, dół zabity deskami, budynek mały ale z dużym tarasem. Totalne przeciwieństwo Darka wypasionego schroniska.
Spodobało mi się to schronisko. Takie “lokalne” takie gdzie widać i czuć, że jest to prawdziwe schronisko dla ludzi co idą dalej a nie tylko z kolejki idą aby coś dobrego zjeść. Obudzić się w takim schronisku, z takim widokiem… cudo!
Wszystkie stoliki były pełne a ja i tak w sumie nie byłam głodna ani spragniona więc poplątałam się po okolicy i stwierdziłam, że najładniejszy widok jest jednak w kierunku z którego przyszłam więc można zawracać.
Na szlaku zdecydowanie przybyło ludzi, którzy dopiero teraz szli do schroniska. Tak więc musiałam ich puszczać wg. głównej zasady w górach, ten co idzie do góry albo ten co ma większy plecak ma pierwszeństwo. Nadal duży plecak wygrywa ponad wszystko. Ja nie dość, że miałam mały plecak to jeszcze szłam na dół ale nie przeszkadzało mi przepuszczać ludzi bo mogłam się zatrzymać i podziwiać widoki. A Darek i tak jeszcze zastanawiał się na górze ile pączków zjeść więc nigdzie się nie spieszyłam.
Zejście do schroniska Vajolet gdzie umówiliśmy się z Darkiem poszło mi bardzo sprawnie. Byłam przed czasem więc usiadłam na skałce i z pięknym widokiem zaczęłam słuchać audiobook’a. Bo ludzi się już tyle naszło, że jednak było głośno i zamiast ciągłego nawoływania się i głośnych rozmów wolałam oddalić się w świat książki ale nadal podziwiając widoki. Bo te góry są przepiękne i człowiek chce ich jak najwięcej chłonąć i zapamiętać. W między czasie Darek zbiegał do innego schroniska, Re Alberto.”
Do Rifugio Re Albero 1 to praktycznie zbiegłem i za 15 minut już byłem przy nim. Widać, że dobre pączki były.
Od tego schroniska zaczęła się jazda. Ilośc ludzi jaka tu podchodziła do góry tym trudnym odcinkiem to jakaś masakra. Mimo, że rzeka ludzi szła do góry (i na dół) to jeszcze to wszystko działo się na południowej nasłonecznionej ścianie. Mimo, że dalej byłem dość wysoko (2,500m.) to jednak było gorąco. Zwłaszcza ci co podchodzili do góry mieli niezłe piekiełko. Jednak opłacało się rano wstać i pokonać tą wspinaczkę jak było znacznie chłodniej i bez ludzi.
Schodziło się wolno. Ciągle trzeba było czekać aż ludzie przejdą. Za bardzo nie można się było mijać na wąskich i stromych odcinkach.
Na szczęście dogoniłem włoską kilkunastoosobową grupę schodzącą w dół. Zrobili sobie przerwę na pogawędki. Grupa była wesoła i głośna (widać smakowały im pączki), a co za tym idzie, wszyscy schodzili im z drogi. Można było nadrobić stracony czas i około 13:30 dotarłem bezpiecznie do schroniska Vajolet gdzie pod parasolami Ilonka już trzymała stolik i coś chłodnego.
Cały trudny hike mamy już za sobą, więc teraz można usiąść na dłużej, zjeść coś dobrego z butelką lokalnego wina Lagrein i odpocząć.
Bardzo dobrze się siedziało i opowiadało swoje przeżycia z dzisiejszego dnia. A było o czym opowiadać. Widok też mieliśmy ciekawy bo akurat z naszego stolika widać było moją ścianę, gdzie dalej mróweczki w obie strony mozolnie się posuwały.
Jak Ilonka zobaczyła Panna Cota w menu to nie było łatwo zrezygnować z deseru. Mnie kelnerka tak łatwo nie puściła i „musiałem” spróbować ich lokalnego nieleżakowanego brandy (Grappa), które ponoć idealnie pasuje do deseru owocowego. Zgadza się!
Około godziny 15 postanowiliśmy opuścić schronisko i kontynuować schodzenie do Pera.
Dalej mieliśmy jakieś 1,000 metrów w dół, więc było co robić. Szło się łatwo, szybko i wesoło. Szkoda, że nie dogoniliśmy mojej włoskiej grupy. Myślę, że teraz nasz poziom wesołości był już porównywalny do nich i można by po Włosku zamienić parę zdań.
Schronisko Gardeccia minęliśmy bardzo szybko i teraz już lasem w cieniu, szeroką drogą dotarliśmy do górnej stacji drugiego wyciągu krzesełkowego.
Wyciąg nie musiał nas długo przekonywać, żeby na niego wsiąść. Oboje czuliśmy dzisiejszy hike w nogach. Był duży, długi i ciężki.
Nie ma to jak usiąść na wygodnym krzesełku i w ciszy zjechać w dół. Piękne, nie?!
Krzesełka zwiozły nas dokładnie pod nasz hotel. Uwielbiam to, nie trzeba nigdzie jechać, iść, trzeba tylko wysiąść i już w domu.
Wtedy sobie przypomniałem, że jeszcze mam pączki w plecaku. Ponoć idealnie smakują z zachodzącym słońcem Dolomitów. Tak też było. Nasz balkon, nasz zachód słońca i nasze pączki - idealne zakończenie długiego ale wspaniałego dnia.
Jutro ostatni hike w tych cudownych górach. Mniejszy niż dzisiaj, ale też lokalny i ciekawy. Na pewno będzie super. Krótszy, więc można pospać - tak gdzieś do 7 - SUPER!
2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.
2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!
2026.08.19 Ortisei, IT (dzień 8)
Dzisiaj w planie był szlak “na czas”. Mamy już dość dużą praktykę z obliczaniem ile nam zajmie szlak. Na przykład w Stanach to jest to zazwyczaj 1000 ft różnicy wysokości to godzina plus 2-mile długości to kolejna godzina. Czyli jak się wspinamy 3tys feet i szlak ma 10 mil to zajmie nam to z przerwami i zejściem ok. 8h. Na szczęście często wyrabiamy się przed tym czasem ale dawno nie zdarzyło nam się, żeby przekroczyć ten czas. W Stanach albo chodzimy po wysokich górach więc nasze tempo jest wolne ze względu na aklimatyzację, albo szlak jest jeden wielki burdel (Adirondacks) i schodzi na technicznym aspekcie szlaku.
W Alpach sytuacja wygląda inaczej. Szlaki są łatwe, aklimatyzacji nie trzeba a wysokości i odległości podane są w metrycznym systemie. Tak więc z początku ciężko nam było obliczać jak długo zajmie nam szlak. Potem nauczyliśmy się, że mniej więcej chodzimy o jakieś 10% szybciej niż pokazują znaki.
Jak już wspominałam dzisiejszy szlak był bardziej “na czas” bo Darek podczas planowania szlaków wyczytał, że najlepsze schronisko, z najlepszym jedzeniem, widokiem i całą otoczką to Emilio Comici. Jest to też jedno z niewielu schronisk gdzie można robić rezerwacje więc Darek nie zastanawiając się zrobił rezerwację na 12:30 i zarządził, że trzeba tam dojść na czas.
Jak trzeba to trzeba. Do schroniska można dojść w 30 minut ale oczywiście my chcemy pochodzić po górach więc wybraliśmy opcję na około i już o 6:30 rano zaparkowaliśmy naszą resorówkę na parkingu.
Jak na wczesny poranek to trochę ludzi już było. Nawet się zdziwiłam bo niektórzy to tak trochę na lekko, z pieskami itp. Doszłam do wniosku, że pewnie przy takim wyborze szlaków, każdy znajdzie coś dla siebie a lokalni to i tak pewnie obskoczą cały loop w parę godzin.
Szlak zaczyna się przy kolejce liniowej Sassolungo zwanej potocznie trumnami. No w sumie jak się człowiek przypatrzy tym wagonikom to rzeczywiście trochę trumnowato wygląda. Podobno 2 osoby się tam mieszczą. Jakoś jak patrzyłam na tą kolejkę to dostawałam klaustrofobii choć normalnie nie mam takiej przypadłości.
Dzisiaj tej śmiesznej kolejki nie musimy brać więc ruszyliśmy razem z innymi ludźmi do góry aby zrobić Sassolungo Group Loop. Przynajmniej tak założyłam, że większość robi to co my bo znając Darka znalazł najładniejszy szlak w tym rejonie więc na pewno każdy chce go zrobić.
Najpierw szło się bardzo szeroką trasą która też jest droga dla aut. Nie dziwi nas to bo te początkowe schroniska często mają dojazd dla samochodów. Dalsze schroniska to już muszą się bardziej nakombinować ale zazwyczaj jest tam jakiś wyciąg czy kolejka która pozwala dowieźć potrzebne rzeczy.
Potem szlak się trochę zwęził ale nadal był dość szeroki. Szliśmy podziwiając widoki aż nas wmurowało. Dlaczego tu jest kolejka…
Po doświadczeniach na Seceda, pomyślałam, że może znów trzeba płacić jakieś 5 EUR żeby sobie zrobić zdjęcie z jakimś widokiem. Potem pomyśleliśmy, że może opłata do parku choć w Dolomitach nigdy nie musieliśmy płacić za wejście do parku.
No nic… stwierdziłam, że podejdę i może się dowiem. W Zermatt zdarzały się kolejki do knajp ale to tak o 11 rano zaczynali. Tutaj było trochę po 7 rano. Rzeczywiście kolejka była do knajpy która jeszcze nie była otwarta. No ładnie knajpa wygląda, widok też ma nie najgorszy ale żeby tak wstawać o 6 rano, żeby tu dojść… ludzie są dziwni.
Dopiero jak przeszłam tych wszystkich Intstaludków (ludzi którzy żyją Instagramem) to wszystko mi się wyjaśniło… to chodzi o pączki… nic innego jak polskie poczciwe pączki.
Parę miesięcy temu jak powiedziałam przyjaciółce, że lecimy do Dolomitów to mi zaczęła podsyłać, różne posty z Instagrama na temat co zwiedzać, gdzie iść. Jeden z postów było o restauracji która sprzedaje pączki i do której ludzie idą na śniadanie. Ja nie poświęciłam wiele uwagi temu postowi i nawet nie mówiłam o nim Darkowi, żeby nie zakłócić jego planowania. Wygląda, że pączkownia jest w strategicznym miejscu i jest z początku jednego z najładniejszych szlaków w Dolomitach.
Jak się domyślacie nie dowiedzieliśmy się czy pączki są lepsze niż te od Syreny na Greenpoincie. Do kolejek to my mamy mega awersję, Instagram wolimy tworzyć niż śledzić a puste szlaki bardziej do nas przemawiały niż najpyszniej wyglądający pączek.
Bo szlak był pusty. Jak tylko minęliśmy knajpę to na szlaku przed nami została tylko jedna para, która po jakiś 30 minutach, siadła sobie na trawce z pięknym widokiem i wyciągnęła termos z herbatą czy kawą. Ciekawe czy pączki też mieli, pewnie kupione na dole w tej samej piekarni co dostarcza pączki tutaj. Ehhh… nie zrozumiem nigdy tych Instaludków.
Szlak był cudo. Wszystko co lubię najbardziej. Ładnie ubita trasa, góra dół więc wysiłek był ale taki umiarkowany, że nadal spokojnie można było podziwiać widoki. Szczerze. To jest chyba mój ulubiony szlak na tym wyjeździe. Wszystkie były piękne ale ten szedł tak zboczem góry kilometrami i można było podziwiać te przestrzenie.
Co jakiś czas mijaliśmy innych ludzi, może w sumie kolejne 3-4 pary. Ale po wielkości ich plecaków widać było, że spali w schronisku i po śniadaniu wyszli dalej w drogę. Bo schronisk tu jest mega dużo. To już nawet nie to, że góry są większe niż Tatry i dlatego jest tu więcej schronisk, to na pewno też, ale tutaj schroniska są co 500 m maksymalnie. A jak jest szansa, że biegnie tędy jakaś trasa narciarska to już w ogóle, schronisko, full restauracja i wszystko co zmęczony górołaz potrzebuje.
Minęliśmy po drodze około 2-3 schronisk a kto wie ile jeszcze jest tam pochowanych po górach. Szło się nam jednak rewelacyjnie w porannym słoneczku więc się nie zatrzymywaliśmy. Baliśmy się, że nas może wciągnąć a hike jednak chcieliśmy zrobić.
Przerwę zrobiliśmy sobie mniej więcej w połowie drogi. Schronisko Sasso Piatto wygląda super. W takim mogłabym spać. Duże, wygląda na nowe, z ogromną restauracją na dole. Nie byłam za bardzo chętna spać w schroniskach dlatego ten wyjazd mamy hotelowy ale jeśli jest więcej schronisk takich ja Sasso Piatto to mogę to rozważyć.
Pokoi co prawda nie widzieliśmy ale łazienki i restaurację mieli bardzo fajne. Zresztą z takim widokiem to wszystko od razu lepiej smakuje.
Tiramisu (to Darek) i ciepły sok z bzu (to ja) dały nam siłę i podniosły poziom cukru na dalszą wędrówkę. A szlak dalej był jeszcze ładniejszy. Choć może nie ładniejszy a inny. Bardziej zielony.
Tu już pojawiało się więcej ludzi, osłów, koni i innych dwu albo czworonożnych stworzeń. Widać też było zdecydowanie więcej szlaków w dolinie więc pewnie dlatego ludzie wychodzili z różnych dziwnych stron a nie koniecznie mijali nas. Nas nikt nie mijał bo wszyscy stali w kolejce po pączki.
Podobnie jak w pierwszej części szlaku były odcinki w dół albo do góry. Tutaj tylko te do góry już bardziej dawały w kość bo słońce było mocniejsze a też były dłuższe i stromsze.
W pewnym momencie skróciliśmy sobie szlak i nie poszliśmy tam gdzie reszta. Czy dobrze zrobiliśmy? Ja nadal uważam, że tak bo było wg. mnie więcej cienia i jednak troszkę mniej do góry. Pewnie nigdy się nie dowiemy która trasa była lepsza ale jest to kolejny dowód ile tu jest szlaków. W każde miejsce zawsze można dojść kilkoma szlakami a niektóre są w odstępie kilkudziesięciu metrów. Jedne po piargach, drugie bardziej lasem ale wszystkie prowadzą do jakiegoś schroniska.
I my też doszliśmy do schroniska. Choć schroniskiem to nie wiem czy bym to nazwała. Wg. mnie to po prostu bardzo fajna, i dobra restauracja.
Darek wyczarował taki stolik, że głowa mała a do tego jeszcze wyczarował przepyszne wino. Za to lubimy Europę. Tutaj gdzieś w środku gór, w bardzo rozsądnej cenie można zjeść przepyszne domowe jedzonko z dobrym winkiem a nie jakimiś pomyjami.
Tutaj ludzi były setki. Po pierwsze niedaleko dojeżdża wyciąg, po drugie do parkingu jest tylko 30 min a po trzecie restauracja ma swoją renomę. Tak więc część ludzi przy stolikach jak my a część na trawce robiła sobie pikniki. W zimie jest tu centrum tras narciarskich więc restauracja ma obrót cały rok i może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużego lokalu w tak strategicznym miejscu.
Ja to w sumie nie zazdrościłam ludziom co wzięli wyciąg. Bo wyciąg wyjeżdża trochę wyżej więc do knajpy zejść to nie problem ale objedzonym wspinać się na górę to tak trochę mało fajnie. Ja tam się cieszyłam, że my tylko z górki na pazurki na parking.
Zaczynanie dnia wcześnie ma swoje plusy bo o 13-14 jest się już po aktywności fizycznej, po lunchu i ma się jeszcze cały wieczór przed sobą. A tu jeszcze kolejna niespodzianka. Nie musimy jutro rano wstawać. Jutro mamy dzień przejazdowy i jedyny dzień gdzie Darek nie zaplanował żadnego szlaku. Wow - takiego luzu to dawno nie mieliśmy.
Odstawiliśmy naszą resorówkę pod hotel, odświeżyliśmy się i ruszyliśmy na “miasto”. Ciężko Ortiseri nazwać miastem ale ma jedną bardzo fajną uliczkę przy której znajdzie się coś dla każdego. Restauracje, bary, sklepy z drogimi ciuchami lub pamiątkami, kościółek czy nawet zajęcia dla dzieci z robienia karmników dla ptaków. Mi Ortiseri przypadło do gustu bo reprezentuje typową architekturę Tyrolu którą bardzo lubię, no i te górki gdzie nie spojrzysz.
Sklepy nas nie wciągnęły, bary w sumie też nie ale restauracja z regionalnymi daniami.
Restauracja Sotriffer, ma fajny starodawny wystrój i piękny widok na górki. Niestety jednak załoga potraktowała nas jak biedaków bo się nie wystroiliśmy w biżuterię i koszule. Powiedzieli, że stolik mamy tylko na dwie godziny, jakoś tak nie traktowali nas poważnie i trochę powolnie im szła ta obsługa. My już do tego przywykliśmy i dalej mówimy, że to oni stracili a nie my. Ale cóż dopiero jak przyszedł jakiś starszy pan (chyba szefunio) i zobaczył nasze puste kieliszki to ich pogonił ale wtedy to już było za późno bo już wyrobiliśmy sobie opinię, że pomimo, że jedzenie pychota to serwis mógłby być lepszy. Niestety Włosi też mają problemy z ludźmi do pracy w serwisie i coraz więcej spotykaliśmy emigrantów, którym brakuje europejskiej kultury.
Skoro nas nie zachęcili, żebyśmy u nich dłużej posiedzieli to stwierdziliśmy, że się jeszcze przejdziemy po okolicy i pożegnamy z tym miasteczkiem bo jutro znów w drogę. Tym razem do Pera. A tam to już zostanie nam tylko pizza albo kromki bo to jakaś malutka mieścina pośrodku niczego. Przygoda, przygoda, zobaczymy co kolejna miejscówka ma do zaoferowania.
2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)
Po dwóch wspaniałych dniach gdzie nasz budzik się nie wygłupiał i nie budził nas o nieludzkiej godzinie znowu nastały ciężkie czasy. Znowu trzeba było wstawać w środku nocy i udawać, że robimy to dla przyjemności.
Na dzisiejszy dzień wybraliśmy wyjście na szczyt Piz Boè (3,152m). Dolomity słynne są ze stromych ścian i nie do zdobycia szczytów, dlatego tutaj rzadko się zdobywa szczyty. Zwłaszcza takie powyżej 3,000 metrów. Z reguły ludzie chodzą od chatek (Rifugio) do chatek trawersami, piargami, albo przełęczami. Żeby zdobywać szczyty trzeba umieć się wspinać i mieć specjalistyczny sprzęt.
Dlatego w Dolomitach Włosi wymyśleli via ferrata, czyli po naszemu żelazna droga. Jest to ubezpieczony szlak turystyczny wyposażony w stalową linę asekuracyjną. Do tego w trudniejszych odcinkach dokładane są drabinki, klamry, stopnie, mostki… i inne niezbędne dodatki żeby ułatwić turyście zdobyć wymarzony cel.
Coś jak w Polskich Tatrach Orla Perć. Schodziłem ją wiele razy. Tam też są drabiny, łańcuchy klamry, ALE jest brak liny asekuracyjnej. Jeden błąd i…. niestety koniec.
My nie mamy uprzęży, kasków ani innych potrzebnych dodatków do pokonywania żelaznej drogi, dlatego wybraliśmy szczyt powyżej 3,000 metrów na który jeszcze można w miarę bezpiecznie wyjść bez specjalistycznego sprzętu. Pod szczytem mają trochę żelastwa wbitego w skały. Dojdziemy, zobaczymy.
Zanim jednak dojechaliśmy na parking to musieliśmy pokonać jakieś 45 minut górskimi drogami. Wyjechać z Ortisei (1.250m) na przełęcz Sella (2,218m), zjechać do 1,700m i tam wziąć inną drogę i wyjechać na przełęcz Passo Pordoi (2,240m). Jest tego trochę, a w dodatku wszystko to stromymi alpejskimi drogami.
Pustymi, suchymi drogami przy wschodzącym słońcu i idealnej widoczności to ta droga to bajka. W tej malutkiej „resorówce” jak to Ilonka określiła Mini Coopera, czułem się jak na gierkach komputerowych.
Lekki samochodzik z silnikiem turbo, szeroko rozstawionymi kołami, nisko profilowymi oponami i twardym, niskim zawieszeniem idealnie pasował do naszej porannej zabawy. W zakręty wcinał się idealnie i bez żadnych niepotrzebnych dźwięków i pisków. Za bardzo nie było jak oglądać tych pięknych gór wokół nas bo pełna koncentracja musiała być na drodze. Aż przypomniały mi się rajdy samochodowe sprzed wielu lat. Ilonka tylko narzekała, że ten samochód ma za mało uchwytów do trzymania i fotele źle wyprofilowane. Zgadza się, kabriolet ma mniej uchwytów niż zwykły samochód.
Około 6:45 wyjechaliśmy na przełęcz Pordoi, która przywitała nas przyjemnym letnim chłodem, jakieś 6-7C. Takie lato to rozumiem. Gdzie jest moja czapka?
Na przełęczy już było trochę ludzi, ale dalej można było znaleźć bezpłatny parking na szczycie. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.
Zdziwiła nas ilość ludzi o tej porannej porze. Naprawdę było ich sporo i większość niestety szła tym samym szlakiem co my. Na szczęście szlak jest szeroki, a prawie wszyscy tutaj to doświadczeni górołazy, więc nie było problemu z wzajemnym wymijaniem się.
Im wyżej tym ładniejsze widoki. Zwłaszcza na wyłaniający się masyw Marmolada z największym lodowcem Dolomitów o tej samej nazwie.
Niestety Dolomity tracą lodowce w przerażającym tempie! Został im tylko ten jeden! Wprawdzie jest jeszcze z 10-12 innych „lodowców” ale one są już tak małe (poniżej 0.5 km/2), że cieżko je nazwać aktywnymi lodowcami. Badacze przewidują, że Marmolada jeszcze będzie żyła jakieś 12-15 lat i zniknie na zawsze. Smutne to niestety. Jak ktoś chce się pożegnać z lodowcami w Dolomitach to lepiej niech się pospieszy. Umierają….🥲
A my w górę i w górę, coraz stromiej, chłodniej i z większym wiatrem, serpentynami po piargach.
O 9 rano wyszliśmy na przełęcz gdzie przywitało nas wspaniałe schronisko Forcella Pordoi.
Wiedzieliśmy, że za chwilę otworzą tutaj kolej linową i będzie dużo ludzi szło na szczyt, ale jednak postanowiliśmy zagrzać się ciepłą herbatką. Był to świetny pomysł. Zwłaszcza, że może było jakieś 5C! Zagrzaliśmy się, trochę odpoczęli i ruszyli dalej.
Do szczytu mamy jeszcze jakieś 1:15-1:30. Na początku po płaskim chodniku z księżycowymi widokami a potem stroma wspinaczka na sam szczyt.
Ludzi przybywało coraz to więcej. Część z nich, tak jak my wychodziła z samego dołu, a część wyjechała kolejką. Ale nic, jak narazie szeroka ścieżka to można iść. Wszyscy idą w tym samym kierunku i w miarę z tą samą prędkością.
Schody zaczęły się gdzieś w połowie. Pojawiły się liny metalowe, klamry i wąskie przejścia. Prędkość ludzi znacznie spadła. Po pierwszym takim odcinku Ilonka powiedziała, że dalej nie idzie. Dalej ma być jeszcze stromiej i znacznie dłuższe i niebezpieczne odcinki.
Ilonka wróciła do schroniska, a ja sam zaatakowałem szczyt. No może nie sam, bo trochę ludzi szło na szczyt. Czasami trzeba było poczekać minutę czy dwie, aż ludzie sobie poradzą z trudniejszymi odcinkami. Nawet im to szło i o 10:45 stanąłem na Piz Boè, 3,152 metry!
Na szczycie jest małe schronisko gdzie można się posilić i schłodzić. Zamówiłem piweczko, a że nie było gdzie usiąść to postanowiłem, że na szybkiego w koncie ugaszę pragnienie. Na zaproszenie do stolika nie musiałem długo czekać. Miła Czeszka, która też sączyła kufelek posunęła się troszkę i zrobiła mi miejsce. Przyjaciele piwa są wszędzie!
Trochę pogadaliśmy przy piwie. Ciekawa pani, chodzi po górach z synem. Jej mąż i drugi syn są aktualnie w Hiszpanii nad morzem na wakacjach. Oni nie lubią gór, a ona i jej pierwszy syn nie lubią plaży. Wakacje spędzają osobno. Też można, ważne żeby każdy był szczęśliwy.
Piwo się skończyło i każdy ruszył w swoją stronę. Postanowiłem z góry wracać innym szlakiem. Trochę na około, ale ponoć mają być inne widoki.
Tak taż było. Fajny szlak i nawet łatwiejszy niż ten co wychodziłem. Dalej były strome odcinki, ale łatwiejsze i krótsze.
Po drodze napotkałem nawet spore schronisko Boè. Wyglądało ciekawie, ale Ilonka czekała na mnie w innym schronisku na przełęczy więc nie wchodziłem. Następnym razem.
Dochodząc już do schroniska Forcella Pordoi napotkałem fajny widok. Jednak Włosi to mają pomysły. Z takim widokiem to można posiedzieć…
Ilonka już czekała przy stole w towarzystwie paru Włochów. Schronisko było pełne, więc walka o każde siedzenie była napięta. Na szczęście ludzie chodzący po górach to przyjazny naród i się lekko ścisnęli robiąc mi miejsce. Oczywiście podstawowy zestaw górołaza już czekał na mnie.
Ze schroniska Forcella Podori do górnej stacji kolejki linowej Sass Pordoi jest jakieś 15 minut łatwym szlakiem do góry. Myśmy oczywiście wybrali okrężną drogę i zajęło nam to jakieś 30 - 40 minut.
Ale widoczki były piękne i za bardzo nam się nie chciało zjeżdżać z gór.
Około 13:30 podeszliśmy pod kolejkę, a tu niespodzianka. Kończy się tutaj jeden ze szlaków via ferrata i akurat jakaś grupa dochodziła do końca. Można było chwilę ich pooglądać jak kończą swój wielki wysiłek.
Szybciutko kolejką zjechaliśmy na dół. A tu kolejna niespodzianka. Ilość ludzi i samochodów zaparkowanych wszędzie to jakaś masakra. Na szczęście nasz samochód stał na górze i nie musieliśmy iść parę serpentyn w dół do naszego Mini.
Powrotna droga nie była taka fajna jak poranna. Za dużo było samochodów, ludzi i nieprzewidzialnych kierowców na drogach. Przynajmniej można było oglądać widoczki.
Czy wy wiecie, że już minął nam tydzień a myśmy jeszcze pizzy nie jedli na tym wyjeździe. Dzisiaj postanowiliśmy ten błąd naprawić. Ilonka znalazła lokalną pizzerię w Ortisei, ja dobrałem lokalne winko Blauburgunder (Pinot Noir) z chłodnych rejonów Alto Adige i uczta była na całego.
Fajnie się siedziało, jadło, piło i pewnie można by się przyjemnie zasiedzieć, ale niestety nie wolno było. Jutro też duży dzień i długi, ciekawy hike. Pewnie znowu budzik będzie się wydzierał o nieludzkich godzinach.
2026.08.17 Ortisei, IT (dzień 6)
Kolejny dzień w pięknych górach, kolejny piękny szlak, i mamy nadzieję, że kolejny słoneczny dzień. Choć na dziś trochę deszczów zapowiadają kolo 14.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej góry ustawiły się dość ciekawie, ktoś zrobił zdjęcie i teraz wszyscy tam chcą być. Niestety Internet pozwala nam bardziej poznać piękne miejsca i każdy chce zrobić takie samo zdjęcie…albo prawie takie samo zdjęcie, bo przecież musi być selfie żeby pokazać światu, że tam się było.
Tak, my też czasem chcemy pamiątki z tych pięknych miejsc bo przecież nie bez powodu są one tak popularne. Zwłaszcza jak miejsce jest nam po drodze.
Góra ta nazywa się Seceda i ma wysokość 2,519 m (8,264 ft). Jest to bardzo popularne miejsce na narty w zimie albo hiki w lato. Szczególnie, że na górę można wyjechać kolejką linową.
Kolejki otwierają dopiero o 8:30 rano więc mogliśmy załapać się na śniadanie w hotelu. To luksus dla nas na tym wyjeździe. Byliśmy pierwsi na jadalni ale zaraz zebrała się cała sala. I oczywiście jacyś inni polacy się też załapali. Potem widzieliśmy ich w kolejce i chatkach na górze. Czyli teoria, że jesteśmy w popularnym miejscu się sprawdza.
Seceda, góra wyróżniająca się skosami i ostrymi krawędziami które łączą się z zielonymi pastwiskami jest bardzo rozpoznawalnym krajobrazem na świecie.
Można więc wyjechać kolejką linową zrobić zdjęcie skał i zjechać. Można też, co zrobiło dużo więcej ludzi, odwiedzić chatki górskie i zjeść szarlotkę z kawą albo lunch. Można też odejść dużo dalej, pozwiedzać rejon i “zagubić” się na szlakach…bo jest ich tu bardzo dużo i można naprawdę oddalić się od ludzi. Darek jak wysiadł z kolejki i zobaczył tą ilość szlaków to aż się za głowę złapał kiedy on to wszystko zejdzie.
Zaczęliśmy jak wszyscy czyli trasą zwaną Seceda View Trail. Trasa prowadzi cały czas zboczem góry z pięknym widokiem na te unikatowe skały i ogromne pastwisko z chatami góralskimi w dole.
Szliśmy za tłumem, czasem wyprzedzając ludzi jak za długo kręcili filmiki na Instagram. My też robiliśmy dużo zdjęć ale nie aż tyle żeby ruch blokować.
Szliśmy sobie tak w kierunku skał z nadzieją, że wyjdziemy wyżej a tu nagle zonk. Na środku trasy postawili bramkę jak w Nowojorskim metrze i jak nie zapłacisz 5 EUR to dalej nie pójdziesz. Masakra. Wszystko ustawione, przykładasz kartę, bramka się otwiera i kolejne 5 EUR wpływa komuś na konto. Podobno ma to pomóc Parkowi Narodowemu ale przecież już i tak płaciliśmy nie małe pieniądze za wyjazd tu. My ich olaliśmy bo nie lubimy płacić ekstra, żeby zdjęcie zrobić. Ale troche ludzi się na to pokusiło.
My olaliśmy ich zdjęcia i poszliśmy do Chatki Trolla na ciacho i kawę. Piękne zdjęcia jeszcze będziemy mieć i to za darmo bo Darek zaplanował całe kółeczko tu więc kilometrów i wysokości jeszcze trochę do zrobienia mamy.
W Chatce Trolla wszystko było ogromne. I szarlotka i pączki. Nawet nie chcę wiedzieć jakie tu porcje jedzeniowe podają. Szarlotka jest najpopularniejszym deserem w schroniskach. Robią ja trochę na styl rolady ale nie ważne jak są warstwy ułożone ważne, że jest pyszna. Darek skusił się natomiast na pączki. Jeszcze w NY jak już wiedzieliśmy, że lecimy w Dolomity przyjaciółka mi podsyłała różne posty na Instagramie. Jeden z nich był o ludziach co idą do schroniska tylko po pączki. Tamtej miejscówki nie zapisywałam bo nie lubię takiego naganiania ale jak zobaczyłam pączki w menu to zasugerowałam Darkowi i nawet nie musiałam go długo namawiać. Te paczki były inne, troszkę jak babeczka z marmoladą ale do kawy idealne.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w góry. Darek miał całą listę chatek i co w której jest najlepsze. Nie można jednak tyle jeść więc skupiliśmy się na widokach, wynajdywaniu szlaków bez ludzi i podążaliśmy w kierunku chatki dedykowanej na lunch.
Im dalej od kolejki tym mniej ludzi było, to zrozumiałe ale czasem, nie wiadomo skąd z jakiegoś bocznego szlaku wychodził ktoś z dużym plecakiem. Jednak ta sieć tras i schronisk jest kusząca jak ktoś chce przejść całe góry i to tanim kosztem.
Całe Dolomity są piękne ale w tym rejonie jakoś te płyty tektoniczne tak się powypychały, że tworzą się skośne, formacje skalne. Jak na przykład te powyżej. Na jedną z tych skał nawet prowadzi szlak i parę ludzi się tam wspinało.
Wyjść na czterech łapach nie jest źle, zejść też się da ale przepychanie się ludzi którzy próbowali swoich sił nie zachęcało nas więc poszliśmy dalej, jeszcze dalej od ludzi.
Za każdym razem jak widziałam szlak na Regensburger Hütte to ja chciałam skręcać bo podobno tam lunch mamy jeść a Darek wynajdywał jakiś szlak że jeszcze nie teraz, że następny skręcimy.
W pewnym momencie już w ogóle nie było ludzi i tylko jakieś sporadyczne pary mijaliśmy raz na 15-20 minut. Kolejny raz sprawdziła się zasada, że ludzie nie lubią długich szlaków i żeby naprawdę poczuć góry trzeba wejść między nie.
W końcu i mu skręciliśmy w kierunku naszego schroniska. Doszliśmy do momentu, że albo 30 min do schroniska, albo kilka godzin do następnego miejsca.
Schronisko które Darek wybrał na lunch nam wydawało się po środku niczego ale jednak było pełne. Jak podeszliśmy pod nie i zobaczyliśmy ilość różnych drogowskazów na różne szlaki to zrozumieliśmy, że po raz kolejny Dolomity udowodniły, że mają niesamowitą sieć szlaków. To nas chyba najbardziej zaskoczyło w tych górach. Coś jak Tatry tylko dwadzieścia razy większe.
Schronisko Regensburger Hütte słynie z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy w południowym Tyrolu i do Austrii mamy rzut beretem.
W schronisku już czuć było niemiecki klimat. Nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, bo kapucha, kluchy i schabowy były ale też w języku. Tutaj Ciao! Zamieniło się w Gruss i kelnerki mówiły po niemiecku.
Moja aplikacja mówiła, że deszcz znacznie się między 14 a 15. Darka, że między 16 a 17. Dwie godziny robi różnicę zwłaszcza że do kolejki mamy jakąś 1-1.5h. Darek oczywiście wierzył w bardziej optymistyczną wersję więc wcale nie spieszył się z opuszczeniem schroniska. Dopiero jak do środka weszło małe przedszkole to poganiał do wyjścia jak mało kto. Ja wiem, że ludzie z dziećmi też chcą mieć życie, chodzić po restauracjach, górach i latać lepszą klasą ale nie zdają sobie jednego. Oni są znieczyleni na krzyk dziecka, na piski i płacze. Dla nas to jest mega hałas którego unikamy za wszelką cenę. Ja to się zawsze zastanawiam jak to jest, że dzieci które mają lepszy słuch od nas piszczą i krzyczą głośniej niż my.
Ja wierzyłam w tą bardziej realistyczną prognozę i od razu w schronisku wskoczyłam w przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Wiem, trochę ciepło było ale przynajmniej jak 10 min od wyjścia ze schroniska zaczęło padać to ja mogłam iść dalej.
Do kolejki musieliśmy wyjść kawałek pod górę. Cały szlak był góra dół ale jednak w rezultacie zeszliśmy ok. 400-500 m. Teraz trzeba to było nadrobić i wyjść pod górę. Dobrze, że szlak był dobrze przygotowany to krok za krokiem się szło a chmury kłębiły się coraz wieksze.
Dużo ludzi nadal szło w przciwnym do naszego kierunku. W Dolomitach poza dużą siecią szlaków jest też duża sieć autobusowa i ogromna sieć wyciągów. Dzięki czemu można wyjechać naszą kolejką, zejść kilkaset metrów w dół i zjechać inna kolejką Col Raiser. Problem jest tylko taki, że zjeżdża się do innego miasteczka więc potem autobusami trzeba nadrobić.
My woleliśmy wyjść te 400-500 do góry, ale zjechać kolejką prosto pod nasz hotel. Zmarznięci, przemoczeni, zjechaliśmy na dół a tu piękne słoneczko. I dopiero wtedy się okazało, że ja sprawdzałam pogodę w górach a Darek w naszym miasteczku. Czyli stąd się wzięły te dwie godziny różnicy.
Jeszcze przed wyjazdem w góry umówiliśmy się z Darkiem, że jak zjemy duży lunch w górach to nie będzie kolacji. A jak nie będzie lunchu w górach to wtedy możemy iść na kolację. To idealnie się spisuje zwłaszcza, że my wstajemy 4-5 rano więc kolacja o 20 średnio nam pasuje. Po takim schabowym, z kapustą i szarlotką od Trolla zdecydowanie był to dzień gdzie tylko jabłko na kolację. Jutro kolejny hike i kolejna wczesna rano pobudka.
2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)
Dziś nie musieliśmy wstawać przed wschodem słońca, mogliśmy też zjeść śniadanie jak ludzie. To się nie będzie zdążać często na tym wyjeździe więc tym bardziej doceniamy śniadanie hotelowe i widok górek z balkonu.
Cortina była dla nas dość droga jeśli chodzi o noclegi więc śpimy tu najkrócej. Od początku chcieliśmy podzielić wyjazd na kilka miasteczek i w każdym spać około 3-4 nocy. Cortinę wybrał Darek, Ortisei do którego teraz jedziemy wybrałam ja a ostatnią miejscówkę podyktowały ceny hoteli.
Zapakowaliśmy naszą resorówkę i ruszyliśmy w góry. Spakowanie się nie było łatwyn zadaniem ale przy złożonym dachu jakoś udało nam się zmieścić nasz dobytek. Z Cortiny do Ortisei jest ok 2h jazdy ale nie można zmarnować całego dnia tylko na przejazd więc Darek oczywiście znalazł jakiś szlak.
Tym razem padło na Instagramową miejscówkę ale ponieważ limitują ilość ludzi których wpuszczają na górę to się zdecydowaliśmy tam pojechać.
Limitowanie ludzi polega na tym, że wjazd na drogę dojazdową jest płatny i tylko ograniczona ilość aut może wjechać o wyznaczonej godzinie. Wyjeżdża się dość wysoko na 2300 m. Z parkingu jest wiele tras ale Darek wybrał: Tre Cime di Lavaredo.
Ten wyjazd na górę jest unikatowy. Na dole stoi pan który się pyta czy mamy rezerwację. My mieliśmy na 10:30 i udało nam się idealnie dojechać na tą godzinę pod bramki. Bo jak pierwszy pan tylko się pyta i tu jeszcze można oszukać o tyle pare kilometrów dalej sa już bramki jak na autostradzie i przejazd jest możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu rejestracji. System rozpoznaje rejestrację i albo puszcza albo nie.
Jak tego wcześniej nie ogarniesz to trzeba iść z dołu a to pewnie tak z pół dnia. Dobrze, że Darek jako najlepszy planowacz wakacji ogarnął to idealnie i mogliśmy wyjechać na górę pod schronisko Auronzo. Jadąc się zastanawialiśmy jak to jest, że wpuszczają ludzi na specjalne godziny ale przecież każdy robi jakiś szlak więc to nie tak że po pół godzinie robi się miejsce na nowe auta. Dopiero jak dojechaliśmy i zobaczyliśmy te ogromne parkingi to zrozumieliśmy. Tutaj każdy może być 12h ale żeby się korki za bardzo nie robiły to wpuszczają ludzi partiami.
Wow ile na parkingu było ludzi. Ludkolandia na maksa. "Trzy szczyty Lavaredo" zdecydowanie należy do topowych atrakcji Dolomitów a do tego w miarę łatwy dostep sprawia, że tłumy są. Dobrze, że szlak jest szeroki i jakoś na spokojnie da się wyprzedzać.
Darek i jego awersja do ludzi sprawiła, że jak tylko znalazł ścieżkę w bok, do góry to odrazu kazał tam skręcać mówiąc, że to jest skrót o którym czytał na internecie.
Niestety skróty się pomyliły bo skały wyrosły na środku i niestety szlak nie prowadził na przełęcz a był tylko krótką odskocznią w bok. Nadrobiliśmy więc jakieś dodatkowe 100m do góry w słońcu i zeszliśmy na ten "highway" gdzie wszyscy dreptali.
Na tej odskoczni byliśmy sami więc przynajmniej skorzystaliśmy i porobiliśmy zdjęcia bez ludzi bo na tym szlaku nie jest to łatwe zadanie.
Prawdziwy skrót był trochę dalej ale był bardzo dobrze oznaczony więc wcale nie był tajemnicą a wręcz przeciwnie zachęcał ludzi którzy patrzą tylko na dystans czy czas a nie biorą pod uwagę trudności szlaku.
Udało się, wyszliśmy na przełęcz Forcella Lavaredo z pięknym widokiem na słynne trzy skały. Prawie jak Torres del Paine w Chile. Albo Monument Valley w USA. Albo po prostu unikatowe dla Dolomitów pionowe skały z trasami Via Ferrata.
Z przełęczy był piękny widok na dolinę i jej wszystkie szlaki. Darek oczywiście skakał jak chipmonk i chciał wszędzie iść zwłaszcza, że z oddali uśmiechało się do nas schronisko Antonio Locatelli.
Jak jednak zaczęliśmy to liczyć i kalkulować ile jeszcze mamy do następnego hotelu, do parkingu, i jutro znów nie można spać do południa to wybraliśmy trasę przez środek doliny do innej chatki górskiej, Lange Alm.
Myślę, że był to bardzo dobry wybór bo 80% ludzi, tych co nie zawróciła wcześniej szla do Antonio. Na naszym szlaku też się znalazło parę ufoludków z małymi pieskami którym się nogi trzęsły na każdej malutkiej skałce albo ludzi co zasłaniali całe twarze jak muzułmanki, żeby tylko się nie spalić. Masakra jak ludzie się wszystkiego boją.
Nasza decyzja, żeby wybrać chatkę Lange Alm okazało się trafione w dziesiątkę. Było trochę ludzi ale udało nam się zdobyć stolik na zewnątrz w cieniu z pięknym widokiem na górki. Czy może być coś lepszego niż zimne piwko w takiej otoczce po ok. 3h hiku.
Siedziało się super i by się tak posiedziało gdyby nie fakt, że kierowca nie mógł się delektować piwem tak bardzo jak ja. Ochłonęliśmy w cieniu i wróciliśmy na szlak w kierunku parkingu. Tu znów była ludkolandia. Człowiek na człowieku, nawet krowy odeszły na bok, żeby od nas uciec ale baca Darek jednak zboczył, żeby sobie z nimi pogadać.
Ze schroniska do parkingu mieliśmy około 30 min. Im bliżej parkingu tym oczywiście więcej ludzi ale znów był szeroki szlak i udało nam sie wymijać ludzi. Na wcześniejszych szlakach Darek zauważył, że to inni nas wymijają a nie na odwrót. Teraz mogę stwierdzić, że popularność szlaku można oceniać po tym ile ludzi nas wymieniło albo my innych. Na wcześniejszych szlakach ludzie mieli połowę naszego wieku i widać, że w górki chodzą co najmniej raz w tygodniu. Na dzisiejszym był cały przekrój.
Nasza resorówka grzecznie stała na parkingu pilnowana przez krowę. Nagrzana ma maksa ale nauczeni, że tu się używa tak zwanej górskiej klimatyzacji otworzyliśmy dach i odrazu zrobiło się chłodno. Baliśmy się jednak tak jechać cały czas bo mogłoby nam wywiać, rzeczy popakowane na tylnim siedzeniu. Tu nie ma miejsca na ładne pakowanie w walizki. Tu liczy się kreatywność w pakowaniu.
I dobrze, że pomysł jazdy z otwartym dachem nie został zrealizowany bo jak tylko wsiedliśmy do auta to zaczęło padać. No tak 15-16 godzina to godzina burz w górach. Ale teraz może padać. Szlak nam się udał z super pogodą. Dobrze, że nie poszliśmy do tego dalszego schroniska bo by nas złapało po drodze.
Jak już wspominałam dziś śpimy w Ortisei. Podobno miasteczko podobne do Zermatt. A przynajmniej jak się spytałam AI, żeby mi podał miasteczko w Dolomitach które najbardziej odpowiada vibe jakie ma Zermatt to podał właśnie Ortisei. Ocenimy już wkrótce.
Śpimy w Villa Angelino. Jest to taki podstawowy hotelik ale ma świetną lokalizację, zaraz przy głównej ulicy miasteczka. Tym razem jednak ja musiałam ogarnąć dodanie naszej rejestracji do systemu. Żeby dojechać do naszego hotelu trzeba przejechać paru ludzików i zrobić to wg. przepisów. A tak serio to trzeba przejechać strefę wolną od aut i tylko dla upoważnionych pojazdów. My podobno jesteśmy w systemie więc mandatu nie powinniśmy dostać i jechaliśmy jak królowie a przechodnie uciekali spod kółek.
Na tym wyjeździe mamy mało fancy restauracji bo nastawialiśmy się na jedzenie w schroniskach. Ale dziś był jeden z tych dni w których mogłam zrobić rezerwacje i mogliśmy zrobić sobie rocznicową kolację. Jutro wstajemy dopiero o 7 rano więc to normalnie rozpusta.
Ortisei przywitało nas miłym chłodem. Po upałach w Cortina, aż miło było usiąść na zewnątrz i zastanawiać się czy trzeba ubrać kurtkę.
Stube Vives zdecydowanie polecamy. Pyszniutkie jedzenie, podane z artystyczną nutą. Na przykład tatar z wołowiny podany z mini "kością" która była zrobiona z pure kalafiora na sposob panna cotta. Cudo nie? Połączenie różnych rzeczy aby wkomponować w całość.
Na główne poleciała przepyszna jagnięcina i dziczyzna z przepysznym winem z poludniowego Tyrolu. Chyba ta restauracja zaliczy się do tych co długo wspominamy i wypisujemy na listę do polecenia dalej.
Darek stwierdził, że mało się zna na winach z Tyrolu ale po rozmowie z Panem kelnerem wybrał lokalną, małą winiarnię Untermoser i ich wino Lagrein Reserva. Dla mnie pychota i idealnie dobrane do mieska. A na deser nic innego jak Tiramisu w kolejnej ciekawej odsłonie.
W trakcie kolacji troche padało ale udało nam się umknąć do hotelu jakoś między deszczem pod dachami. Ogólnie miasteczko nam się spodobało. Pewnie pomaga fakt, że spimy w centrum a nie jak w Cortina trochę ma obrzeżach miasta. Dużo mniejsze od Zermatt ale zapowiada się że ma swój urok.
Dziś też zaczęliśmy słyszeć więcej polskiego języka na ulicach i szlakach. Najpierw na parkingu przed wyjściem na szlak, potem siedząc w restauracji słyszeliśmy go trochę na ulicy. Dolomity są popularne wśród Polaków więc chyba wjechaliśmy w bardziej popularne rejony i jest ich tu więcej.
2026.08.15 Cortina, IT (dzień 4)
Darek spisał się na medal jak zawsze. Drugi szlak i drugi raz mało ludzi. Choć dziś jak przyjechaliśmy na parking to już było trochę samochodów. Ale większość tak 98% ludzi nie miała kijków ale miała kaski. No tak, jak się robi Via Ferrata czyli "żeliwna droga" to kijki są Ci w ogóle nie potrzebne a kask czasem się przyda.
My Via Ferrata nie będziemy robić. Ja niestety odpadam w przebiegach, Darek pewnie by zrobil nawet te średnio trudne ale na tym wyjeździe wybrał czas ze mną. Nadal jednak z zainteresowaniem patrzył jak hipki się wspinały po prawie pionowych ścianach szukając półek skalnych na których można odpocząć.
Dzisiejszy szlak (Tour of the Tofane) pomimo, że nie jest w kategorii Via Ferrata to jest w rejonie słynącym z takich tras. Czy to w czymś przeszkadza? W sumie to w niczym ale części szlaku były takie, że dla ludzi co robia Via Ferrata to pikuś, spacer w central parku a dla mnie? No był odcinek, który jak przeszłam to głęboko odetchnęłam.
Dolomity są skałami wapiennymi a co za tym idzie, dość łatwo się kruszą. Dlatego dużo szlaków to albo większe kamyczki, skałki albo piargi. Skałki i piargi jakoś się przejdzie ale gorzej jak sie trochę szlaku ukruszy i bedzie on dość wąski.
Do planowania szlaków używamy aplikacji na telefon, All Trails. Super baza szlaków ma całym świecie z komentarzami ludzi. Właśnie jeden z takich komentarzy polecił nam aby zamiast trasy 404 iść inną, troszkę niżej. Obawialiśmy się, że idąc niżej będziemy mieli gorsze widoki ale nawet nie było źle. Poranne słońce wstawało i widoki były cudo.
Niestety jest to kolejny dzień wakacji na którym wstajemy o 4 rano. Ale mi to odpoczynek powiecie. A ja wam odpowiem, że lepsze to niż nasz pierwotny plan gdzie mieliśmy iść od schroniska do schroniska, z Chamonix do Zermatt. Tam to dopiero bym się mało wysypiała w takich schroniskowych salach z innymi chrapiącymi ludzmi. My wybraliśmy bardziej luksusową wersję czyli śpimy w hotelach i mamy w miarę wygodne łóżko i zero kolejki do toalety.
Ale wracając do szlaku. Tym razem z hotelu mieliśmy ok 45 min na szlak ale nadal zdążyliśmy zacząć go o 6:30 rano. Tak wczesny start daje nam szansę skończenia przed popołudniową burzą i pokonania stromego oddcinka nie w słońcu.
Niestety dziś ta druga rzecz nam się nie udała. Dzisiejszy szlak idzie na około przez fajne górki i tereny. Jak sama nazwa mówi jest to tour. W związku z tym jest trochę góra dół góra. Zaczynamy z 2000 m i wychodzimy ok 300m żeby zejść 50-100m aby znów wyjść 100m ale to nie koniec. Po osiągnięciu pierwszego “szczytu” schodzimy ponownie na 2000m aby wspinać się na 2600m. W tym scenariuszu ostanie 600m już nie da się pokonać bez słońca.
Pierwszą część pokonaliśmy z przyjemnością. Był jeszcze poranny chłód, piękne widoki i stosunkowo mało ludzi. Może spotkaliśmy okolo 3-4 par.
Więcej ludzi było na ścianach i robili Via Ferrata. Słyszeliśmy ich głosy czasami i to nas zainteresowało, żeby popatrzeć do góry i zobaczyć jak te mrówki się poruszają.
W Dolomitach nie zdobywa się za bardzo szczytów. Szlaki są piękne i wyciskają z nas ostatnie poty ale zazwyczaj prowadzą na przełęcze. Piękno Dolomitów jest w szpiczastych, ostrych szczytach których w ogóle nie można zdobyć albo tylko Via Ferrata.
Tak więc my głównie obchodzimy szczyty i wspinamy się na przełęcze. Około 3h zajęło nam pokonanie pierwszego odcinka i znów znaleźliśmy się na wysokości parkingu (2000m). Niestety byliśmy po złej stronie góry i musieliśmy wspiąć się na przełęcz. Dobrze, że na przełęczy jest schronisko (Rifugio Giussani). Przynajmniej będzie okazja na podreperowanie sił.
Początek wyjścia na przełęcz był dość ostry z porobionymi skalnymi schodami czy linkami asekuracyjnymi. Na szczęście był w cieniu góry. Tak udało nam się pokonać jakieś 150 m. Ubywa, jedna czwarta za nami.
Natomiast pozostałe 3/4 szlaku do góry to była tak zwana wspinaczka na pieska. Czyli szliśmy od cienia do cienia, a dużo ich nie było, i jak tylko stawaliśmy w cieniu to jak dobre pieski, z językami na wierzchu oddychaliśmy i chliptaliśmy wodę.
Dobrze, że szlak był dość łatwy i można było skupić się na rytmicznym, krok za krokiem poruszaniem się do przodu. Widoki też pomagały bo zdecydowanie odciągały od myślenia o trudach a pozwalały skupić się na tym co piękne (widoki) i konieczne (iść do przodu). Ale czy właśnie nie o to chodzi w górach, żeby skupić się na tym co ważne a nie trudach i przeszkodach? Na koniec i tak pamięta się tylko to co dobre i piękne.
Krok po kroku od cienia do cienia pokonaliśmy te 600m i zobaczyliśmy schronisko. Jak to kolega mi powiedzial….”Ilonka nie dygaj, dasz radę, jeszcze tylko 8 hików.” No w tym słońcu to miałam parę razy zwątpienie czemu ja nie wybrałam Grenlandii na świętowanie naszej rocznicy tylko hikowy wyjazd w środku lata, we Włoszech. To już prawie jak detox bo wszystko się wypoci.
Jak tylko ujrzeliśmy schronisko to już same nogi pchały nas do przodu. Do zimnego piwka, ławeczki w cieniu i pysznego jedzonka.
Zimne piwko było, a cała reszta to tak sobie wyszła. Ławeczki w cieniu nie było tylko stolik w środku, a jedzenie…. średnie mieli wybór i część dań taka trochę śniadaniowa jak np moje parówki. Myślałam, że będzie to polska kiełbasa z grilla ale ten przysmak widać jeszcze nie dotarł do Tyrolu.
Schroniska we Włoszech mają kelnerów/kelnerki i dzięki temu nie można siedzieć przy stoliku na krzywy ryj. Dzięki temu jest miejsce dla ludzi którzy naprawdę chcą zjeść i wspomóc schronisko kupując u nich posiłek. Jak chcesz sobie zjeść własną kanapkę to zawsze jest jakaś trawka czy ławeczka w okolicy. Natomiast w środku tłumy są takie idealne. Nie jak w Polskich schroniskach gdzie ciężko szpilkę wsadzić. Pewnie przy złej pogodzie wyglada to inaczej ale mamy nadzieję, że się nie przekonamy.
Opuściliśmy schronisko i zaczęło się z górki na pazurki. Totalnie w dół, zygzakami aż ciężko było hamować miejscami. Oczywiście znalazły się wynalazki które stwierdziły, że na skróty zejdą ale wiecie co? Wcale szybciej nie byli.
Do zejścia mieliśmy te 600 m co się wspinaliśmy ale trasa była super. Po żwirze ale szeroka, w miare ok nachylona, tak to można schodzić i podziwiać widoki.
A widoki tu są niesamowite. Ogólnie to jest tu jakaś taka przestrzeń, że wszystko wydaje się tak daleko ale po godzinie schodzenia zdajesz sobie sprawę, że już tyle ubyło.
Zejście właśnie tyle nam zajęło, godzinkę. To co zastaliśmy na dole to przerosło nasze oczekiwania. Parking napakowany na maksa. Część ludzi na pewno przyjeżdża tu tylko aby zrobić sobie piknik na dole albo posiedzieć w schronisku na dole. My też zrobiliśmy sobie nasz własny piknik.
Zastanawialiśmy się tylko jak my wyjedziemy z tego parkingu. Prowadziła tu bowiem szutrowa górska droga która była wykorzystywana w czasie Pierwszej Wojny Światowej. Jak jechaliśmy rano to nie było problemu bo było bardzo mało samochodów a do tego wszystkie jechały do góry teraz to jest mix grotołazów co już kończą dzień i zjeżdżają na dół i śpiochów co dopiero po śniadaniu wymyślili co robić.
Na szczęście nie było źle i trafiliśmy w jakąś dziurę gdzie większość jechała w dół i tylko 2-3 niedobitki wybierały się w przeciwnym kierunku.
Plusem wczesnego wyjścia na szlak jest fakt, że przed kolacją można się rozerwać. Jutro już wyjeżdżamy z Cortiny a jeszcze nie byliśmy “na mieście”. Dziś stwierdziliśmy, że to nadrobimy.
Stety, niestety za dużo nie pozwiedzaliśmy. Doszliśmy do lokalnego baru przy drodze i weszliśmy, żeby schronić się przed deszczem. Niestety popołudniowe burze to prawda i koło 15-16 warto być już na dole pod dachem.
Dziś żegnamy się z naszym hostelem ale co gorsze żegnamy się też z pierogami z burakami. Takie coś jedliśmy pierwszego wieczoru i tak mi zapadlo w pamięć, że zarzadziłam, że wracamy na kolację do hotelu. Darek nie narzekał bo polubił załogę która miała takie samo poczucie humoru jak on.
Były pierogi, było pyszne mięsko (tatar z sarniny) i jeszcze lepsze winko. No i oczywiście Tiramisu. Choć Darek ocenił je tylko na 7 w skali 10. Tym o to sposobem 1/3 naszego wyjazdu dobiega końca. Wow ale ten czas leci jak się człowiek dobrze bawi.
2026.08.14 Cortina, IT (dzień 3)
W końcu rozpoczynamy fajne wakacje. 10 dni w Dolomitach! Obiecali, że to piękne góry z cudownymi szlakami i znacznie chłodniejsze klimaty niż nagrzany do nieludzkich temperatur pusty Mediolan.
Planowałem hiki w Dolomitach spokojnie z parę tygodni. Nie jest to łatwe, bo chcemy jak najwięcej zobaczyć, ale bez tłumów. Wszędzie straszyli, że w lato tutaj jest masakra z ludźmi. Są oni wszędzie i jest ich za dużo. Ponoć coś jak w polskich Tatrach w lato. Znalazłem na to sposób. Wpisałem w internecie 10 najlepszych miejsc w Dolomitach i upewniłem się, że w nich NIE będziemy. Prawie mi się to udało, poza jednym miejscem. Na szczęście tam wprowadzili rezerwację na wjazd na górską drogę i tym oto sposobem limitują turystów. Rezerwację musiałem zrobić tygodniami wcześniej.
Mieszkamy w trzech różnych rejonach Dolomitów. W każdym z tych rejonów mamy 3 duże, całodniowe hiki. Pierwszy przystanek to oczywiście Cortina d’Ampezzo. Chyba najbardziej oblegany rejon Dolomitów.
To po co tu przyjechaliśmy?
Mają świetne góry i parę miesięcy temu była tu olimpiada zimowa. Fajnie tak podążać śladami naszych olimpijczyków. To tak jak Zakopane. Po co tam tyle ludzi przyjeżdża? No bo jest piknie panocku!
Kolejną rzeczą jaką trzeba wykonywać żeby unikać tłumów to bardzo wczesne rozpoczynanie hików. Taki 6 rano start jest bardzo wskazany. Już jest jasno, przyjemnie chłodno i mało ludzi. Niestety to dalej są Włochy i w ciągu dnia temperatury dochodzą nawet do 25C. W słońcu jeszcze cieplej. Najlepiej te duże podejścia robić jak jeszcze jest zimno. Nie zawsze oczywiście wszystkie podejścia są rano, ale większość z nich jest.
Jak zsumujemy wszystkie hiki to wychodzi niezły dystans, jakieś 150-160km za 10 dni, a to już spory kawałek.
Budzik zadzwonił o 4:30 rano. Było jeszcze ciemno, ale to nic, rozjaśni się szybko. Śniadanie serwują od 6:30, zdecydowanie za późno dla nas. Na szczęście można było zamówić dzień wcześniej i odebrać w recepcji. Tak też zrobiliśmy i o 5 rano obudziliśmy portiera który wydał nam dwie torby ze śniadaniem. Nic specjalnego ale wystarczyło na start.
Dzisiaj robimy kółeczko Forcella Rossa Do początku szlaku mieliśmy jakieś 40 minut samochodem. Cortina jest na wysokości 1,250 metrów a musimy wyjechać na 1,700.
Pustymi drogami w ciągu 35-40 minut zajechaliśmy na jeszcze w miarę pusty parking. Oczywiście jechaliśmy z otwartym dachem żeby się obudzić. Co przy 11C i w miarę dużych prędkościach dobrze zadziałało.
Początek trasy szedł idealną górską ścieżką i podnosił się do góry. Im wyżej tym lepsze widoki.
Dobrze się szło, tak rześko i bez nikogo. Pierwszą osobę spotkaliśmy dopiero jakieś 1.5h później na stromym podejściu na przełęcz. Puste szlaki, to uwielbiam. Wiem, że Dolomity są przeludnione, trzeba wyszukiwać perełki.
Jest to nasz pierwszy hike w Dolomitach, więc nic trudnego nie chciałem robić. Takie delikatne 15km, 1,000 metrów do góry i raczej bez używania rąk.
Tak też było. Na przełęcz Forcella de Formin (2,462m) czasami ręce się przydały, ale dalej spokojnie bez potrzeby chowania kijków do plecaka.
Cały czas szliśmy lasem albo w cieniu gór, wiec było super chłodno. Tutaj lasy dochodzą gdzieś do 2,200 - 2,300 metrów, więc idealnie dają cień. Dla porównania w Tatrach gdzieś do 1,300, w Kalifornii czy Kolorado do 3,000, a pamiętam, że w Ekwadorze to lasy sięgały nawet 4,000 metrów wysokości n.p.m.
Na przełęczy przywitało nas ostre słońce i odrazu wyższa temperatura. Kapelusz i krem na słońce szybko znaleźliśmy w plecaku.
Ubrani i nasmarowani ruszyliśmy dalej. Nawet zachciało nam się zdobycia pobliskiego szczytu, ale po ok 30 minutach marszu po nasłonecznionych skałach szybko ten pomysł wybiliśmy sobie nawzajem z głowy. Za gorąco na takie wygłupy.
Wróciliśmy na przełęcz i ruszyliśmy dalej w dół. Plan przewidywał obejście góry i z drugiej strony dojście do schroniska Gianni Palmieri. Tu już były takie dzikie, odludne tereny i z dużą ilością szlaków. Ludzie z wielkimi, parodniowymi plecakami co jakiś czas się pojawiali i znikali. Cudowny klimat.
W pewnym momencie Ilonka mówi: popatrz to wszystko tu wygląda jak Machu Picchu. Wysoko w górach dużo porozrzucanych kamieni otoczonych szpiczastymi górami i porośniętych soczysta, zieloną trawą. Już nie muszę jechać do Peru. To mi wystarczy.
Jak by nie patrzeć to podobieństwa można się dopatrzeć. Pochodziliśmy po „Machu Picchu” chyba z godzinę i poszliśmy dalej w kierunku schroniska.
Dużo szlaków zaczęło się schodzić to i ludzi przybywało. Pod koniec to już szliśmy szeroką górską drogą i tak co minutę mijaliśmy kogoś. To już często w porównaniu do dzisiejszego poranku.
Do schroniska dotarliśmy gdzieś o 11:30. Było już trochę ludzi, ale dalej znośnie. Krów na zewnątrz było znacznie więcej.
Usiedliśmy w chłodnym pomieszczeniu i rozpoczęliśmy proces ugaszania pragnienia. Zamówiłem też schabowego, a Ilonka jakiś lokalny gulasz. Piwko było dobre, a jedzenie takie sobie.
Jak wychodziliśmy około godziny 13 to już była spora kolejka do stolików. Opłacało się wcześniej wstać.
Powrót na parking nam zajął jakąś 1:15.
Szło się dobrze bo z górki. Czasami było bardzo stromo. Trzeba było uważać bo na tych śliskich kamieniach i piasku o poślizg nie trudno.
Gdzieś o 14:30 doszliśmy na pełny parking. Wszędzie były zaparkowane samochody. Nawet nasz był tak obstawiony, że ciężko było wsiąść. Widać, że tutaj wszyscy parkują gdzie mogą i się za bardzo nie przejmują, że ktoś nie wejdzie do samochodu. Tak jak u nas pod hotelem. Wsiadać i wysiadać musiałem drzwiami pasażera i to jeszcze musiałem otwierać dach, bo to jest za mały samochód żebym mógł się w środku przesiąść. Co kraj to obyczaj. Dlatego na Włochy musiałem wykupić obowiązkowe ubezpieczenie. W większości normalnych krajów (poza Włochami, Irlandią i Nową Zelandią) nie muszę mieć ubezpieczenia. Tutaj muszę.
Wróciliśmy do hotelu. Zmęczeni, ale zadowoleni. Pierwszy hike w Dolomitach się udał. Pogoda i siła wytrzymała. Zostało już „tylko” 8 spacerków po tych wspaniałych górach. Dzisiaj na kolacje kanapeczki w pokoju. Nie ma siły ani czasu na szukanie jedzenia. Trzeba iść spać. Jutro ponoć budzik ma znowu dzwonić o 4:30 rano…..
2026.08.13 Cortina, IT (dzień 2)
Problemy Amerykanów w Europie… Jak spakować to wszystko do tego małego samochodzika. Tak, cooler też z nami przyleciał. Wszystko można nadać.
Na szczęście to nie nasze pierwsze rodeo. W Europie trzeba brać małe auta, zwłaszcza jak chce się odwiedzać małe górskie miasteczka. A pakowanie….zawsze się jakoś upcha. Nawet udało się tak upchać, że jeszcze na zakupy mogliśmy pojechać i dokupić parę zgrzewek wody.
Link do video: https://youtu.be/dZVLUR0e9e4?is=ZF4lKj__ZllOgAmZ
Italiano na całego, Mini Copoper, Italian disco w głośnikach i autostrady…chciałam napisać że super drogie ale nawet nie było tak źle. Z Mediolanu przez obwodnicę Wenecji do Cortiny zapłaciliśmy tylko 30 EUR. Jechaliśmy autostradą prawie 300km i powiem szczerze, że bałam się jaki rachunek nam na koniec wystawią.
Autostradą fajnie się jechało. Nawet zaskoczna byłam jak mało aut było na drodze. Były momenty gdzie trzeba było zwolnić ale ogólnie to nie było źle. Zresztą sami widzicie. Po amerykańskich korkach na pięcio pasmowych autostradach to aż miła odmiana.
Za to jak wjechaliśmy w górskie drogi to już żadne z nas nie narzekało, że samochód jest mały. Cieszyliśmy się, że bez problemu możemy jechać jak lokalni a nie turyści co wynajęli za duże auta.
Korki były ale na szczęście w przeciwnym do naszego kierunku. Chyba ludzie pokończyli szlaki i wracali do swoich hoteli. My po mimo, że śpimy w najsłynniejszym miasteczku Dolomitów to też będziemy musieli podjeżdżać na szlaki, ale może jakoś się uda bez korków. Jutro się przekonamy.
Cortina jest słynna bo w tym roku była tu olimpiada zimowa. Wspólnie z Mediolanem. Czyli ci wszyscy zawodnicy i inni organizatorzy tędy jeździli. Może dlatego niektóre drogi i części autostrady wyglądały na dość nowe.
Dolomity są też słynne z narciarstwa choć Darek jak zobaczył ich mapy resortów to stwierdził, że nie musi tu przyjeżdżać. Krótkie wyciągi i jakoś to takie rozbite na miasteczka. Wesoło tu musi być z korkami w zimie.
Jadąc tu boję się, że całe wakacje będą zepsute przez ilość tłumów ale wierzę, że Darek wykorzystał swoje super moce i znalazł szlaki które są mniej popularne ale ładniejsze. Bo jak internet poleca szlak to pierwsze 3 trzeba skreślić i zacząć szukać głębiej. A w Dolomitach to chyba trzeba skreślić pierwsze 10 i dopiero szukać dalej. Bo pierwsze 10 będą oblegane przez turystów a niekoniecznie będą najładniejsze. Bo na najładniejsze szlaki trzeba wejść dalej w góry.
Dolomity są chyba rejonem najbardziej popularnym na Instagramie. Niestety media społecznościowe zepsuły podróżowanie bo ludzie wystawiają zdjęcie i potem każdy chce tam iść ale nie zdaje sobie sprawy, że podobnie można zjeść w restauracji obok albo żeby zrobić to mega zdjęcie trzeba się wspinać kilka godzin. Ja czasem sobie nanoszę na mapkę punkty które widzę na Insta ale zawsze je weryfikuję jak już wiem, że tam pojadę. W przypadku Dolomitów nawet nie mówiłam Darkowi co mam na mapie bo wiem, że cokolwiek on znajdzie będzie tysiąc razy lepsze niż Instagram.
W Cortinie śpimy w hotelu Lajadira. Nie było łatwo znaleźć w Dolomitach noclegu. Albo ceny masakra, albo recenzje takie sobie. Zobaczmy co ten hotel nam zaoferuje ale na pierwszy rzut oka wygląda całkiem fajnie.
Jutro musimy wcześnie wstać. Śniadanie zamówiliśmy na 5 rano więc dziś nie chodziliśmy nigdzie tylko zjedliśmy kolację w hotelu. Było bardzo smacznie i z bardzo wesołą załogą, która na koniec poczęstowała nas Limoncello. Najbardziej jednak wygrały pierogi z burakami. Wg. standardów Włochów jako pierwsze danie je się makarony. Makarony to może za dużo i ciężko ale pierogi z burakami wpadły mi w oko, i rzeczywiście pychota. Zwlaszcza ten mak którym są posypane dopełnia smaku.
Cortina jest dość rozłożystym miasteczkiem jeśli chodzi o standardy miasteczek górskich i pójście do restauracji może zająć nawet z 30-45 min. Pomimo, że spacer przed i po kolacji jest wskazany to dziś postawiliśmy na efektywność i oszczędność czasu. Jutro pora poznać tę górki i zobaczyć co mają do zaoferowania.
2026.08.11 Mediolan & Dolomity, IT (dzień 0)
Nasze główne wakacje w tym roku w końcu się rozpoczynają. Było rozważanych parę opcji, od wiecznej zmarzliny poprzez odludne krainy do wielkich metropolii. Wygrały Włochy! Włochy, w sierpniu?
Tak większość ludzi na to reagowała. Przecież tam jest 40+C w tym okresie. Zgadza się, ale my tylko będziemy króciutko w Mediolanie. Większość czasu spędzimy w Alpach, dokładnie w Dolomitach.
Tam znacznie przyjemniej i chłodniej. W dolinach w dzień dwudziestki a w nocy i rano 15 lub mniej. Wyżej w górach jeszcze chłodniej. Idealnie na hiki. A mamy ich trochę zaplanowane, 9 dużych wysokogórskich wspinaczek. Miejmy nadzieję, że kondycja, energia, wzajemna mobilizacja i pogada bedą współpracować i podołamy wyzwaniom.
5 hoteli, 1 samochód, 2 tygodnie, dużo gór, dużo wina i pewnie trochę dobrego jedzenia. Mam nadzieję, że to jakoś ogarniemy i wrócimy zadowoleni z tysiącami zdjęć.
Prosto z pracy na lotnisko? Tak, to standard, ale tym razem wbiegłem na stację metra i akurat pociąg był na stacji, więc wsiadłem do pierwszego wagonu. Miałem możliwość zobaczyć jak Queens wygląda koło lotniska. Mieszkam tu 30 lat, i nigdy tego nie widziałem. Wygląda jak spokojna wioska z lasem i wodnymi kanałami. Zupełnie coś innego niż 40 minut temu jak wsiadałem do metra na Wall Street.
Ilonka na ten wyjazd postarała się na maxa i olała Delta samoloty. Trochę pokombinowała i „musimy” lecieć Emiratami. Nie wiem jak to zrobiła, ale dostaliśmy business class w obie strony.
Oczywiście na lotnisku poszliśmy do ich lounge. Pobija on wszystkie inne lounges w jakich byliśmy. No może poza Delta One, która dalej wygrywa w jakości jedzenia i w serwisie.
W Emirates jest znacznie mniej ludzi niż w innych salonach na lotnikach. Więcej miejsca, lepsze jedzenie i lepsze trunki. Oczywiście non-stop obsługa uzupełniająca puste szklaneczki. Można by tak siedzieć długo, ale samolot przecież nie będzie czekał.
Z reguły prosto z salonu wchodzi się do rękawa i do samolotu. Niestety teraz całe JFK jest w remoncie i ta opcja nie jest aktywna. Trzeba wyjść z salonu, przejść jakieś 2 minuty lotniskiem i już się jest przy rękawie. Do zrobienia. Wchodzi się osobnym rękawem prosto na górny poziom samolotu. Tam już tylko pierwsza klasa i business może wejść.
W samolocie bardzo miła obsługa zaprowadziła nas do siedzenia. Przyszła pani Agnieszka, ładnie się przywitała po Polsku. Powiedziała, że jest tutaj szefową na business class i powie załodze żeby o nas dbała. Chyba respektują tutaj polecenia przełożonych, bo service mieliśmy na najwyższym poziomie.
Cały fotel i wszystko koło niego wyglądało super. Dużo miejsca, dobrej jakości materiały, wiele dodatków. Oczywiście można z niego zrobić pełnowymiarowe łóżko, jak jest oczywiście czas spać.
Jak tylko samolot się uniósł w górę odrazu poszliśmy do najważniejszej części samolotu, czyli do baru. Jeszcze nigdy nie leciałem samolotem z barem. Co za wspaniała atrakcja.
Zamiast leżeć na wygodnym fotelu to można tutaj stać, albo siedzieć na mniej wygodnej kanapie. Ja to mam coś takiego, że jak lecę parę godzin samolotem to nieważne jakie siedzenie by było, zawsze jest niewygodne. Natomiast w barze mogę siedzieć/stać całą noc i jest super wygodnie i komfortowo.
Oczywiście wszystko jest za darmo i o wiele łatwiej jest rozmawiać z innymi podróżnymi niż z siedzenia. Załoga jest super miła i tylko jak się kończy napój w szklaneczce to odrazu jest napełniana. Nawet mieli Hennessy XO!
Po jakimś czasie, gdzieś w połowie Atlantyku, obsługa delikatnie dała nam do zrozumienia, że może przerwa jest wskazana i zaprasza do fotela na kolacje. Nie wypadało odmówić, i grzecznie prawie „za rączkę” poszliśmy coś przekąsić.
Wiecie co jadłem? Hamburgera!
Tak, zwykłego, dobrego hamburgera.
Kiedy ostatnio mieliście go w samolocie? Ja nigdy.
Oczywiście wcześniej rozmawiałem z „kuchnią” jak go robią. Nie jest z mikrofalówki, tylko z normalnego pieca. Był mały ale dobry. Taki na 7.5 w skali 10. Polecam…
Po posiłku, Ilonka zaczęła bawić się łóżkiem i na maksa została wciągnięta. Zasnęła zanim fotel się do końca rozłożył. Ten samolot jest na maxa cichy. Ma 3-razy grubsze ściany niż zwykły. Mimo, że ma 4 silniki to prawie ich nie słychać.
Ja, postanowiłem pozwiedzać samolot i ruszyłem na spacer. Oczywiście, że w końcu trafiłem na bar, a że znana już barmanka była za „sterami” to nie było łatwo. Fajnie się siedziało i gadało o podróżach. Do tego stopnia, że przyniosła fajny placek, chyba z pierwszej klasy i „musiałem” go spróbować. Pyszny, taki z jagodami. Za dobre zachowanie dostałem drugi kawałek.
Chyba byłem już gdzieś nad Francją, jak sen wygrał i znalazłem mój fotel. Udało mi się z nim wygrać i zmieniłem go w łóżko. Zasnąłem.
Niestety nie na długo. Gdzieś 30-45 minut póżniej bardzo miły głosik i głaskanie po ręce mówiło, że czas na śniadanie. Ponoć zamawiałem budzenie na śniadanie….
Ten sam miły głosik zapytał się czy nie chcę szampana na obudzenie. Takich rzeczy się nie odmawia! Zwłaszcza jak to nie jest Prosecco ani Cava tylko prawdziwy szampan. Na dodatek dostałem jajka ze steakiem i szybko nabrałem energii na kolejne 45 minut lotu, czyli aż do lądowania w Mediolanie.
Tak, to jeszcze nie leciałem. Aż się chciało iść do kapitana i zapytać się go czy by tak jeszcze z godzinkę albo dwie nie pokręcił się w powietrzu. Tak, żeby strawić śniadanie….