2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)
Po dwóch wspaniałych dniach gdzie nasz budzik się nie wygłupiał i nie budził nas o nieludzkiej godzinie znowu nastały ciężkie czasy. Znowu trzeba było wstawać w środku nocy i udawać, że robimy to dla przyjemności.
Na dzisiejszy dzień wybraliśmy wyjście na szczyt Piz Boè (3,152m). Dolomity słynne są ze stromych ścian i nie do zdobycia szczytów, dlatego tutaj rzadko się zdobywa szczyty. Zwłaszcza takie powyżej 3,000 metrów. Z reguły ludzie chodzą od chatek (Rifugio) do chatek trawersami, piargami, albo przełęczami. Żeby zdobywać szczyty trzeba umieć się wspinać i mieć specjalistyczny sprzęt.
Dlatego w Dolomitach Włosi wymyśleli via ferrata, czyli po naszemu żelazna droga. Jest to ubezpieczony szlak turystyczny wyposażony w stalową linę asekuracyjną. Do tego w trudniejszych odcinkach dokładane są drabinki, klamry, stopnie, mostki… i inne niezbędne dodatki żeby ułatwić turyście zdobyć wymarzony cel.
Coś jak w Polskich Tatrach Orla Perć. Schodziłem ją wiele razy. Tam też są drabiny, łańcuchy klamry, ALE jest brak liny asekuracyjnej. Jeden błąd i…. niestety koniec.
My nie mamy uprzęży, kasków ani innych potrzebnych dodatków do pokonywania żelaznej drogi, dlatego wybraliśmy szczyt powyżej 3,000 metrów na który jeszcze można w miarę bezpiecznie wyjść bez specjalistycznego sprzętu. Pod szczytem mają trochę żelastwa wbitego w skały. Dojdziemy, zobaczymy.
Zanim jednak dojechaliśmy na parking to musieliśmy pokonać jakieś 45 minut górskimi drogami. Wyjechać z Ortisei (1.250m) na przełęcz Sella (2,218m), zjechać do 1,700m i tam wziąć inną drogę i wyjechać na przełęcz Passo Pordoi (2,240m). Jest tego trochę, a w dodatku wszystko to stromymi alpejskimi drogami.
Pustymi, suchymi drogami przy wschodzącym słońcu i idealnej widoczności to ta droga to bajka. W tej malutkiej „resorówce” jak to Ilonka określiła Mini Coopera, czułem się jak na gierkach komputerowych.
Lekki samochodzik z silnikiem turbo, szeroko rozstawionymi kołami, nisko profilowymi oponami i twardym, niskim zawieszeniem idealnie pasował do naszej porannej zabawy. W zakręty wcinał się idealnie i bez żadnych niepotrzebnych dźwięków i pisków. Za bardzo nie było jak oglądać tych pięknych gór wokół nas bo pełna koncentracja musiała być na drodze. Aż przypomniały mi się rajdy samochodowe sprzed wielu lat. Ilonka tylko narzekała, że ten samochód ma za mało uchwytów do trzymania i fotele źle wyprofilowane. Zgadza się, kabriolet ma mniej uchwytów niż zwykły samochód.
Około 6:45 wyjechaliśmy na przełęcz Pordoi, która przywitała nas przyjemnym letnim chłodem, jakieś 6-7C. Takie lato to rozumiem. Gdzie jest moja czapka?
Na przełęczy już było trochę ludzi, ale dalej można było znaleźć bezpłatny parking na szczycie. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.
Zdziwiła nas ilość ludzi o tej porannej porze. Naprawdę było ich sporo i większość niestety szła tym samym szlakiem co my. Na szczęście szlak jest szeroki, a prawie wszyscy tutaj to doświadczeni górołazy, więc nie było problemu z wzajemnym wymijaniem się.
Im wyżej tym ładniejsze widoki. Zwłaszcza na wyłaniający się masyw Marmolada z największym lodowcem Dolomitów o tej samej nazwie.
Niestety Dolomity tracą lodowce w przerażającym tempie! Został im tylko ten jeden! Wprawdzie jest jeszcze z 10-12 innych „lodowców” ale one są już tak małe (poniżej 0.5 km/2), że cieżko je nazwać aktywnymi lodowcami. Badacze przewidują, że Marmolada jeszcze będzie żyła jakieś 12-15 lat i zniknie na zawsze. Smutne to niestety. Jak ktoś chce się pożegnać z lodowcami w Dolomitach to lepiej niech się pospieszy. Umierają….🥲
A my w górę i w górę, coraz stromiej, chłodniej i z większym wiatrem, serpentynami po piargach.
O 9 rano wyszliśmy na przełęcz gdzie przywitało nas wspaniałe schronisko Forcella Pordoi.
Wiedzieliśmy, że za chwilę otworzą tutaj kolej linową i będzie dużo ludzi szło na szczyt, ale jednak postanowiliśmy zagrzać się ciepłą herbatką. Był to świetny pomysł. Zwłaszcza, że może było jakieś 5C! Zagrzaliśmy się, trochę odpoczęli i ruszyli dalej.
Do szczytu mamy jeszcze jakieś 1:15-1:30. Na początku po płaskim chodniku z księżycowymi widokami a potem stroma wspinaczka na sam szczyt.
Ludzi przybywało coraz to więcej. Część z nich, tak jak my wychodziła z samego dołu, a część wyjechała kolejką. Ale nic, jak narazie szeroka ścieżka to można iść. Wszyscy idą w tym samym kierunku i w miarę z tą samą prędkością.
Schody zaczęły się gdzieś w połowie. Pojawiły się liny metalowe, klamry i wąskie przejścia. Prędkość ludzi znacznie spadła. Po pierwszym takim odcinku Ilonka powiedziała, że dalej nie idzie. Dalej ma być jeszcze stromiej i znacznie dłuższe i niebezpieczne odcinki.
Ilonka wróciła do schroniska, a ja sam zaatakowałem szczyt. No może nie sam, bo trochę ludzi szło na szczyt. Czasami trzeba było poczekać minutę czy dwie, aż ludzie sobie poradzą z trudniejszymi odcinkami. Nawet im to szło i o 10:45 stanąłem na Piz Boè, 3,152 metry!
Na szczycie jest małe schronisko gdzie można się posilić i schłodzić. Zamówiłem piweczko, a że nie było gdzie usiąść to postanowiłem, że na szybkiego w koncie ugaszę pragnienie. Na zaproszenie do stolika nie musiałem długo czekać. Miła Czeszka, która też sączyła kufelek posunęła się troszkę i zrobiła mi miejsce. Przyjaciele piwa są wszędzie!
Trochę pogadaliśmy przy piwie. Ciekawa pani, chodzi po górach z synem. Jej mąż i drugi syn są aktualnie w Hiszpanii nad morzem na wakacjach. Oni nie lubią gór, a ona i jej pierwszy syn nie lubią plaży. Wakacje spędzają osobno. Też można, ważne żeby każdy był szczęśliwy.
Piwo się skończyło i każdy ruszył w swoją stronę. Postanowiłem z góry wracać innym szlakiem. Trochę na około, ale ponoć mają być inne widoki.
Tak taż było. Fajny szlak i nawet łatwiejszy niż ten co wychodziłem. Dalej były strome odcinki, ale łatwiejsze i krótsze.
Po drodze napotkałem nawet spore schronisko Boè. Wyglądało ciekawie, ale Ilonka czekała na mnie w innym schronisku na przełęczy więc nie wchodziłem. Następnym razem.
Dochodząc już do schroniska Forcella Pordoi napotkałem fajny widok. Jednak Włosi to mają pomysły. Z takim widokiem to można posiedzieć…
Ilonka już czekała przy stole w towarzystwie paru Włochów. Schronisko było pełne, więc walka o każde siedzenie była napięta. Na szczęście ludzie chodzący po górach to przyjazny naród i się lekko ścisnęli robiąc mi miejsce. Oczywiście podstawowy zestaw górołaza już czekał na mnie.
Ze schroniska Forcella Podori do górnej stacji kolejki linowej Sass Pordoi jest jakieś 15 minut łatwym szlakiem do góry. Myśmy oczywiście wybrali okrężną drogę i zajęło nam to jakieś 30 - 40 minut.
Ale widoczki były piękne i za bardzo nam się nie chciało zjeżdżać z gór.
Około 13:30 podeszliśmy pod kolejkę, a tu niespodzianka. Kończy się tutaj jeden ze szlaków via ferrata i akurat jakaś grupa dochodziła do końca. Można było chwilę ich pooglądać jak kończą swój wielki wysiłek.
Szybciutko kolejką zjechaliśmy na dół. A tu kolejna niespodzianka. Ilość ludzi i samochodów zaparkowanych wszędzie to jakaś masakra. Na szczęście nasz samochód stał na górze i nie musieliśmy iść parę serpentyn w dół do naszego Mini.
Powrotna droga nie była taka fajna jak poranna. Za dużo było samochodów, ludzi i nieprzewidzialnych kierowców na drogach. Przynajmniej można było oglądać widoczki.
Czy wy wiecie, że już minął nam tydzień a myśmy jeszcze pizzy nie jedli na tym wyjeździe. Dzisiaj postanowiliśmy ten błąd naprawić. Ilonka znalazła lokalną pizzerię w Ortisei, ja dobrałem lokalne winko Blauburgunder (Pinot Noir) z chłodnych rejonów Alto Adige i uczta była na całego.
Fajnie się siedziało, jadło, piło i pewnie można by się przyjemnie zasiedzieć, ale niestety nie wolno było. Jutro też duży dzień i długi, ciekawy hike. Pewnie znowu budzik będzie się wydzierał o nieludzkich godzinach.