Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 26
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.19 Ortisei, IT (dzień 8)
Dzisiaj w planie był szlak “na czas”. Mamy już dość dużą praktykę z obliczaniem ile nam zajmie szlak. Na przykład w Stanach to jest to zazwyczaj 1000 ft różnicy wysokości to godzina plus 2-mile długości to kolejna godzina. Czyli jak się wspinamy 3tys feet i szlak ma 10 mil to zajmie nam to z przerwami i zejściem ok. 8h. Na szczęście często wyrabiamy się przed tym czasem ale dawno nie zdarzyło nam się, żeby przekroczyć ten czas. W Stanach albo chodzimy po wysokich górach więc nasze tempo jest wolne ze względu na aklimatyzację, albo szlak jest jeden wielki burdel (Adirondacks) i schodzi na technicznym aspekcie szlaku.
W Alpach sytuacja wygląda inaczej. Szlaki są łatwe, aklimatyzacji nie trzeba a wysokości i odległości podane są w metrycznym systemie. Tak więc z początku ciężko nam było obliczać jak długo zajmie nam szlak. Potem nauczyliśmy się, że mniej więcej chodzimy o jakieś 10% szybciej niż pokazują znaki.
Jak już wspominałam dzisiejszy szlak był bardziej “na czas” bo Darek podczas planowania szlaków wyczytał, że najlepsze schronisko, z najlepszym jedzeniem, widokiem i całą otoczką to Emilio Comici. Jest to też jedno z niewielu schronisk gdzie można robić rezerwacje więc Darek nie zastanawiając się zrobił rezerwację na 12:30 i zarządził, że trzeba tam dojść na czas.
Jak trzeba to trzeba. Do schroniska można dojść w 30 minut ale oczywiście my chcemy pochodzić po górach więc wybraliśmy opcję na około i już o 6:30 rano zaparkowaliśmy naszą resorówkę na parkingu.
Jak na wczesny poranek to trochę ludzi już było. Nawet się zdziwiłam bo niektórzy to tak trochę na lekko, z pieskami itp. Doszłam do wniosku, że pewnie przy takim wyborze szlaków, każdy znajdzie coś dla siebie a lokalni to i tak pewnie obskoczą cały loop w parę godzin.
Szlak zaczyna się przy kolejce liniowej Sassolungo zwanej potocznie trumnami. No w sumie jak się człowiek przypatrzy tym wagonikom to rzeczywiście trochę trumnowato wygląda. Podobno 2 osoby się tam mieszczą. Jakoś jak patrzyłam na tą kolejkę to dostawałam klaustrofobii choć normalnie nie mam takiej przypadłości.
Dzisiaj tej śmiesznej kolejki nie musimy brać więc ruszyliśmy razem z innymi ludźmi do góry aby zrobić Sassolungo Group Loop. Przynajmniej tak założyłam, że większość robi to co my bo znając Darka znalazł najładniejszy szlak w tym rejonie więc na pewno każdy chce go zrobić.
Najpierw szło się bardzo szeroką trasą która też jest droga dla aut. Nie dziwi nas to bo te początkowe schroniska często mają dojazd dla samochodów. Dalsze schroniska to już muszą się bardziej nakombinować ale zazwyczaj jest tam jakiś wyciąg czy kolejka która pozwala dowieźć potrzebne rzeczy.
Potem szlak się trochę zwęził ale nadal był dość szeroki. Szliśmy podziwiając widoki aż nas wmurowało. Dlaczego tu jest kolejka…
Po doświadczeniach na Seceda, pomyślałam, że może znów trzeba płacić jakieś 5 EUR żeby sobie zrobić zdjęcie z jakimś widokiem. Potem pomyśleliśmy, że może opłata do parku choć w Dolomitach nigdy nie musieliśmy płacić za wejście do parku.
No nic… stwierdziłam, że podejdę i może się dowiem. W Zermatt zdarzały się kolejki do knajp ale to tak o 11 rano zaczynali. Tutaj było trochę po 7 rano. Rzeczywiście kolejka była do knajpy która jeszcze nie była otwarta. No ładnie knajpa wygląda, widok też ma nie najgorszy ale żeby tak wstawać o 6 rano, żeby tu dojść… ludzie są dziwni.
Dopiero jak przeszłam tych wszystkich Intstaludków (ludzi którzy żyją Instagramem) to wszystko mi się wyjaśniło… to chodzi o pączki… nic innego jak polskie poczciwe pączki.
Parę miesięcy temu jak powiedziałam przyjaciółce, że lecimy do Dolomitów to mi zaczęła podsyłać, różne posty z Instagrama na temat co zwiedzać, gdzie iść. Jeden z postów było o restauracji która sprzedaje pączki i do której ludzie idą na śniadanie. Ja nie poświęciłam wiele uwagi temu postowi i nawet nie mówiłam o nim Darkowi, żeby nie zakłócić jego planowania. Wygląda, że pączkownia jest w strategicznym miejscu i jest z początku jednego z najładniejszych szlaków w Dolomitach.
Jak się domyślacie nie dowiedzieliśmy się czy pączki są lepsze niż te od Syreny na Greenpoincie. Do kolejek to my mamy mega awersję, Instagram wolimy tworzyć niż śledzić a puste szlaki bardziej do nas przemawiały niż najpyszniej wyglądający pączek.
Bo szlak był pusty. Jak tylko minęliśmy knajpę to na szlaku przed nami została tylko jedna para, która po jakiś 30 minutach, siadła sobie na trawce z pięknym widokiem i wyciągnęła termos z herbatą czy kawą. Ciekawe czy pączki też mieli, pewnie kupione na dole w tej samej piekarni co dostarcza pączki tutaj. Ehhh… nie zrozumiem nigdy tych Instaludków.
Szlak był cudo. Wszystko co lubię najbardziej. Ładnie ubita trasa, góra dół więc wysiłek był ale taki umiarkowany, że nadal spokojnie można było podziwiać widoki. Szczerze. To jest chyba mój ulubiony szlak na tym wyjeździe. Wszystkie były piękne ale ten szedł tak zboczem góry kilometrami i można było podziwiać te przestrzenie.
Co jakiś czas mijaliśmy innych ludzi, może w sumie kolejne 3-4 pary. Ale po wielkości ich plecaków widać było, że spali w schronisku i po śniadaniu wyszli dalej w drogę. Bo schronisk tu jest mega dużo. To już nawet nie to, że góry są większe niż Tatry i dlatego jest tu więcej schronisk, to na pewno też, ale tutaj schroniska są co 500 m maksymalnie. A jak jest szansa, że biegnie tędy jakaś trasa narciarska to już w ogóle, schronisko, full restauracja i wszystko co zmęczony górołaz potrzebuje.
Minęliśmy po drodze około 2-3 schronisk a kto wie ile jeszcze jest tam pochowanych po górach. Szło się nam jednak rewelacyjnie w porannym słoneczku więc się nie zatrzymywaliśmy. Baliśmy się, że nas może wciągnąć a hike jednak chcieliśmy zrobić.
Przerwę zrobiliśmy sobie mniej więcej w połowie drogi. Schronisko Sasso Piatto wygląda super. W takim mogłabym spać. Duże, wygląda na nowe, z ogromną restauracją na dole. Nie byłam za bardzo chętna spać w schroniskach dlatego ten wyjazd mamy hotelowy ale jeśli jest więcej schronisk takich ja Sasso Piatto to mogę to rozważyć.
Pokoi co prawda nie widzieliśmy ale łazienki i restaurację mieli bardzo fajne. Zresztą z takim widokiem to wszystko od razu lepiej smakuje.
Tiramisu (to Darek) i ciepły sok z bzu (to ja) dały nam siłę i podniosły poziom cukru na dalszą wędrówkę. A szlak dalej był jeszcze ładniejszy. Choć może nie ładniejszy a inny. Bardziej zielony.
Tu już pojawiało się więcej ludzi, osłów, koni i innych dwu albo czworonożnych stworzeń. Widać też było zdecydowanie więcej szlaków w dolinie więc pewnie dlatego ludzie wychodzili z różnych dziwnych stron a nie koniecznie mijali nas. Nas nikt nie mijał bo wszyscy stali w kolejce po pączki.
Podobnie jak w pierwszej części szlaku były odcinki w dół albo do góry. Tutaj tylko te do góry już bardziej dawały w kość bo słońce było mocniejsze a też były dłuższe i stromsze.
W pewnym momencie skróciliśmy sobie szlak i nie poszliśmy tam gdzie reszta. Czy dobrze zrobiliśmy? Ja nadal uważam, że tak bo było wg. mnie więcej cienia i jednak troszkę mniej do góry. Pewnie nigdy się nie dowiemy która trasa była lepsza ale jest to kolejny dowód ile tu jest szlaków. W każde miejsce zawsze można dojść kilkoma szlakami a niektóre są w odstępie kilkudziesięciu metrów. Jedne po piargach, drugie bardziej lasem ale wszystkie prowadzą do jakiegoś schroniska.
I my też doszliśmy do schroniska. Choć schroniskiem to nie wiem czy bym to nazwała. Wg. mnie to po prostu bardzo fajna, i dobra restauracja.
Darek wyczarował taki stolik, że głowa mała a do tego jeszcze wyczarował przepyszne wino. Za to lubimy Europę. Tutaj gdzieś w środku gór, w bardzo rozsądnej cenie można zjeść przepyszne domowe jedzonko z dobrym winkiem a nie jakimiś pomyjami.
Tutaj ludzi były setki. Po pierwsze niedaleko dojeżdża wyciąg, po drugie do parkingu jest tylko 30 min a po trzecie restauracja ma swoją renomę. Tak więc część ludzi przy stolikach jak my a część na trawce robiła sobie pikniki. W zimie jest tu centrum tras narciarskich więc restauracja ma obrót cały rok i może sobie pozwolić na utrzymanie tak dużego lokalu w tak strategicznym miejscu.
Ja to w sumie nie zazdrościłam ludziom co wzięli wyciąg. Bo wyciąg wyjeżdża trochę wyżej więc do knajpy zejść to nie problem ale objedzonym wspinać się na górę to tak trochę mało fajnie. Ja tam się cieszyłam, że my tylko z górki na pazurki na parking.
Zaczynanie dnia wcześnie ma swoje plusy bo o 13-14 jest się już po aktywności fizycznej, po lunchu i ma się jeszcze cały wieczór przed sobą. A tu jeszcze kolejna niespodzianka. Nie musimy jutro rano wstawać. Jutro mamy dzień przejazdowy i jedyny dzień gdzie Darek nie zaplanował żadnego szlaku. Wow - takiego luzu to dawno nie mieliśmy.
Odstawiliśmy naszą resorówkę pod hotel, odświeżyliśmy się i ruszyliśmy na “miasto”. Ciężko Ortiseri nazwać miastem ale ma jedną bardzo fajną uliczkę przy której znajdzie się coś dla każdego. Restauracje, bary, sklepy z drogimi ciuchami lub pamiątkami, kościółek czy nawet zajęcia dla dzieci z robienia karmników dla ptaków. Mi Ortiseri przypadło do gustu bo reprezentuje typową architekturę Tyrolu którą bardzo lubię, no i te górki gdzie nie spojrzysz.
Sklepy nas nie wciągnęły, bary w sumie też nie ale restauracja z regionalnymi daniami.
Restauracja Sotriffer, ma fajny starodawny wystrój i piękny widok na górki. Niestety jednak załoga potraktowała nas jak biedaków bo się nie wystroiliśmy w biżuterię i koszule. Powiedzieli, że stolik mamy tylko na dwie godziny, jakoś tak nie traktowali nas poważnie i trochę powolnie im szła ta obsługa. My już do tego przywykliśmy i dalej mówimy, że to oni stracili a nie my. Ale cóż dopiero jak przyszedł jakiś starszy pan (chyba szefunio) i zobaczył nasze puste kieliszki to ich pogonił ale wtedy to już było za późno bo już wyrobiliśmy sobie opinię, że pomimo, że jedzenie pychota to serwis mógłby być lepszy. Niestety Włosi też mają problemy z ludźmi do pracy w serwisie i coraz więcej spotykaliśmy emigrantów, którym brakuje europejskiej kultury.
Skoro nas nie zachęcili, żebyśmy u nich dłużej posiedzieli to stwierdziliśmy, że się jeszcze przejdziemy po okolicy i pożegnamy z tym miasteczkiem bo jutro znów w drogę. Tym razem do Pera. A tam to już zostanie nam tylko pizza albo kromki bo to jakaś malutka mieścina pośrodku niczego. Przygoda, przygoda, zobaczymy co kolejna miejscówka ma do zaoferowania.
2026.08.18 Ortisei, IT (dzień 7)
Po dwóch wspaniałych dniach gdzie nasz budzik się nie wygłupiał i nie budził nas o nieludzkiej godzinie znowu nastały ciężkie czasy. Znowu trzeba było wstawać w środku nocy i udawać, że robimy to dla przyjemności.
Na dzisiejszy dzień wybraliśmy wyjście na szczyt Piz Boè (3,152m). Dolomity słynne są ze stromych ścian i nie do zdobycia szczytów, dlatego tutaj rzadko się zdobywa szczyty. Zwłaszcza takie powyżej 3,000 metrów. Z reguły ludzie chodzą od chatek (Rifugio) do chatek trawersami, piargami, albo przełęczami. Żeby zdobywać szczyty trzeba umieć się wspinać i mieć specjalistyczny sprzęt.
Dlatego w Dolomitach Włosi wymyśleli via ferrata, czyli po naszemu żelazna droga. Jest to ubezpieczony szlak turystyczny wyposażony w stalową linę asekuracyjną. Do tego w trudniejszych odcinkach dokładane są drabinki, klamry, stopnie, mostki… i inne niezbędne dodatki żeby ułatwić turyście zdobyć wymarzony cel.
Coś jak w Polskich Tatrach Orla Perć. Schodziłem ją wiele razy. Tam też są drabiny, łańcuchy klamry, ALE jest brak liny asekuracyjnej. Jeden błąd i…. niestety koniec.
My nie mamy uprzęży, kasków ani innych potrzebnych dodatków do pokonywania żelaznej drogi, dlatego wybraliśmy szczyt powyżej 3,000 metrów na który jeszcze można w miarę bezpiecznie wyjść bez specjalistycznego sprzętu. Pod szczytem mają trochę żelastwa wbitego w skały. Dojdziemy, zobaczymy.
Zanim jednak dojechaliśmy na parking to musieliśmy pokonać jakieś 45 minut górskimi drogami. Wyjechać z Ortisei (1.250m) na przełęcz Sella (2,218m), zjechać do 1,700m i tam wziąć inną drogę i wyjechać na przełęcz Passo Pordoi (2,240m). Jest tego trochę, a w dodatku wszystko to stromymi alpejskimi drogami.
Pustymi, suchymi drogami przy wschodzącym słońcu i idealnej widoczności to ta droga to bajka. W tej malutkiej „resorówce” jak to Ilonka określiła Mini Coopera, czułem się jak na gierkach komputerowych.
Lekki samochodzik z silnikiem turbo, szeroko rozstawionymi kołami, nisko profilowymi oponami i twardym, niskim zawieszeniem idealnie pasował do naszej porannej zabawy. W zakręty wcinał się idealnie i bez żadnych niepotrzebnych dźwięków i pisków. Za bardzo nie było jak oglądać tych pięknych gór wokół nas bo pełna koncentracja musiała być na drodze. Aż przypomniały mi się rajdy samochodowe sprzed wielu lat. Ilonka tylko narzekała, że ten samochód ma za mało uchwytów do trzymania i fotele źle wyprofilowane. Zgadza się, kabriolet ma mniej uchwytów niż zwykły samochód.
Około 6:45 wyjechaliśmy na przełęcz Pordoi, która przywitała nas przyjemnym letnim chłodem, jakieś 6-7C. Takie lato to rozumiem. Gdzie jest moja czapka?
Na przełęczy już było trochę ludzi, ale dalej można było znaleźć bezpłatny parking na szczycie. Ubraliśmy plecaki i ruszyliśmy w góry.
Zdziwiła nas ilość ludzi o tej porannej porze. Naprawdę było ich sporo i większość niestety szła tym samym szlakiem co my. Na szczęście szlak jest szeroki, a prawie wszyscy tutaj to doświadczeni górołazy, więc nie było problemu z wzajemnym wymijaniem się.
Im wyżej tym ładniejsze widoki. Zwłaszcza na wyłaniający się masyw Marmolada z największym lodowcem Dolomitów o tej samej nazwie.
Niestety Dolomity tracą lodowce w przerażającym tempie! Został im tylko ten jeden! Wprawdzie jest jeszcze z 10-12 innych „lodowców” ale one są już tak małe (poniżej 0.5 km/2), że cieżko je nazwać aktywnymi lodowcami. Badacze przewidują, że Marmolada jeszcze będzie żyła jakieś 12-15 lat i zniknie na zawsze. Smutne to niestety. Jak ktoś chce się pożegnać z lodowcami w Dolomitach to lepiej niech się pospieszy. Umierają….🥲
A my w górę i w górę, coraz stromiej, chłodniej i z większym wiatrem, serpentynami po piargach.
O 9 rano wyszliśmy na przełęcz gdzie przywitało nas wspaniałe schronisko Forcella Pordoi.
Wiedzieliśmy, że za chwilę otworzą tutaj kolej linową i będzie dużo ludzi szło na szczyt, ale jednak postanowiliśmy zagrzać się ciepłą herbatką. Był to świetny pomysł. Zwłaszcza, że może było jakieś 5C! Zagrzaliśmy się, trochę odpoczęli i ruszyli dalej.
Do szczytu mamy jeszcze jakieś 1:15-1:30. Na początku po płaskim chodniku z księżycowymi widokami a potem stroma wspinaczka na sam szczyt.
Ludzi przybywało coraz to więcej. Część z nich, tak jak my wychodziła z samego dołu, a część wyjechała kolejką. Ale nic, jak narazie szeroka ścieżka to można iść. Wszyscy idą w tym samym kierunku i w miarę z tą samą prędkością.
Schody zaczęły się gdzieś w połowie. Pojawiły się liny metalowe, klamry i wąskie przejścia. Prędkość ludzi znacznie spadła. Po pierwszym takim odcinku Ilonka powiedziała, że dalej nie idzie. Dalej ma być jeszcze stromiej i znacznie dłuższe i niebezpieczne odcinki.
Ilonka wróciła do schroniska, a ja sam zaatakowałem szczyt. No może nie sam, bo trochę ludzi szło na szczyt. Czasami trzeba było poczekać minutę czy dwie, aż ludzie sobie poradzą z trudniejszymi odcinkami. Nawet im to szło i o 10:45 stanąłem na Piz Boè, 3,152 metry!
Na szczycie jest małe schronisko gdzie można się posilić i schłodzić. Zamówiłem piweczko, a że nie było gdzie usiąść to postanowiłem, że na szybkiego w koncie ugaszę pragnienie. Na zaproszenie do stolika nie musiałem długo czekać. Miła Czeszka, która też sączyła kufelek posunęła się troszkę i zrobiła mi miejsce. Przyjaciele piwa są wszędzie!
Trochę pogadaliśmy przy piwie. Ciekawa pani, chodzi po górach z synem. Jej mąż i drugi syn są aktualnie w Hiszpanii nad morzem na wakacjach. Oni nie lubią gór, a ona i jej pierwszy syn nie lubią plaży. Wakacje spędzają osobno. Też można, ważne żeby każdy był szczęśliwy.
Piwo się skończyło i każdy ruszył w swoją stronę. Postanowiłem z góry wracać innym szlakiem. Trochę na około, ale ponoć mają być inne widoki.
Tak taż było. Fajny szlak i nawet łatwiejszy niż ten co wychodziłem. Dalej były strome odcinki, ale łatwiejsze i krótsze.
Po drodze napotkałem nawet spore schronisko Boè. Wyglądało ciekawie, ale Ilonka czekała na mnie w innym schronisku na przełęczy więc nie wchodziłem. Następnym razem.
Dochodząc już do schroniska Forcella Pordoi napotkałem fajny widok. Jednak Włosi to mają pomysły. Z takim widokiem to można posiedzieć…
Ilonka już czekała przy stole w towarzystwie paru Włochów. Schronisko było pełne, więc walka o każde siedzenie była napięta. Na szczęście ludzie chodzący po górach to przyjazny naród i się lekko ścisnęli robiąc mi miejsce. Oczywiście podstawowy zestaw górołaza już czekał na mnie.
Ze schroniska Forcella Podori do górnej stacji kolejki linowej Sass Pordoi jest jakieś 15 minut łatwym szlakiem do góry. Myśmy oczywiście wybrali okrężną drogę i zajęło nam to jakieś 30 - 40 minut.
Ale widoczki były piękne i za bardzo nam się nie chciało zjeżdżać z gór.
Około 13:30 podeszliśmy pod kolejkę, a tu niespodzianka. Kończy się tutaj jeden ze szlaków via ferrata i akurat jakaś grupa dochodziła do końca. Można było chwilę ich pooglądać jak kończą swój wielki wysiłek.
Szybciutko kolejką zjechaliśmy na dół. A tu kolejna niespodzianka. Ilość ludzi i samochodów zaparkowanych wszędzie to jakaś masakra. Na szczęście nasz samochód stał na górze i nie musieliśmy iść parę serpentyn w dół do naszego Mini.
Powrotna droga nie była taka fajna jak poranna. Za dużo było samochodów, ludzi i nieprzewidzialnych kierowców na drogach. Przynajmniej można było oglądać widoczki.
Czy wy wiecie, że już minął nam tydzień a myśmy jeszcze pizzy nie jedli na tym wyjeździe. Dzisiaj postanowiliśmy ten błąd naprawić. Ilonka znalazła lokalną pizzerię w Ortisei, ja dobrałem lokalne winko Blauburgunder (Pinot Noir) z chłodnych rejonów Alto Adige i uczta była na całego.
Fajnie się siedziało, jadło, piło i pewnie można by się przyjemnie zasiedzieć, ale niestety nie wolno było. Jutro też duży dzień i długi, ciekawy hike. Pewnie znowu budzik będzie się wydzierał o nieludzkich godzinach.
2026.08.17 Ortisei, IT (dzień 6)
Kolejny dzień w pięknych górach, kolejny piękny szlak, i mamy nadzieję, że kolejny słoneczny dzień. Choć na dziś trochę deszczów zapowiadają kolo 14.
Jak widzicie na zdjęciu powyżej góry ustawiły się dość ciekawie, ktoś zrobił zdjęcie i teraz wszyscy tam chcą być. Niestety Internet pozwala nam bardziej poznać piękne miejsca i każdy chce zrobić takie samo zdjęcie…albo prawie takie samo zdjęcie, bo przecież musi być selfie żeby pokazać światu, że tam się było.
Tak, my też czasem chcemy pamiątki z tych pięknych miejsc bo przecież nie bez powodu są one tak popularne. Zwłaszcza jak miejsce jest nam po drodze.
Góra ta nazywa się Seceda i ma wysokość 2,519 m (8,264 ft). Jest to bardzo popularne miejsce na narty w zimie albo hiki w lato. Szczególnie, że na górę można wyjechać kolejką linową.
Kolejki otwierają dopiero o 8:30 rano więc mogliśmy załapać się na śniadanie w hotelu. To luksus dla nas na tym wyjeździe. Byliśmy pierwsi na jadalni ale zaraz zebrała się cała sala. I oczywiście jacyś inni polacy się też załapali. Potem widzieliśmy ich w kolejce i chatkach na górze. Czyli teoria, że jesteśmy w popularnym miejscu się sprawdza.
Seceda, góra wyróżniająca się skosami i ostrymi krawędziami które łączą się z zielonymi pastwiskami jest bardzo rozpoznawalnym krajobrazem na świecie.
Można więc wyjechać kolejką linową zrobić zdjęcie skał i zjechać. Można też, co zrobiło dużo więcej ludzi, odwiedzić chatki górskie i zjeść szarlotkę z kawą albo lunch. Można też odejść dużo dalej, pozwiedzać rejon i “zagubić” się na szlakach…bo jest ich tu bardzo dużo i można naprawdę oddalić się od ludzi. Darek jak wysiadł z kolejki i zobaczył tą ilość szlaków to aż się za głowę złapał kiedy on to wszystko zejdzie.
Zaczęliśmy jak wszyscy czyli trasą zwaną Seceda View Trail. Trasa prowadzi cały czas zboczem góry z pięknym widokiem na te unikatowe skały i ogromne pastwisko z chatami góralskimi w dole.
Szliśmy za tłumem, czasem wyprzedzając ludzi jak za długo kręcili filmiki na Instagram. My też robiliśmy dużo zdjęć ale nie aż tyle żeby ruch blokować.
Szliśmy sobie tak w kierunku skał z nadzieją, że wyjdziemy wyżej a tu nagle zonk. Na środku trasy postawili bramkę jak w Nowojorskim metrze i jak nie zapłacisz 5 EUR to dalej nie pójdziesz. Masakra. Wszystko ustawione, przykładasz kartę, bramka się otwiera i kolejne 5 EUR wpływa komuś na konto. Podobno ma to pomóc Parkowi Narodowemu ale przecież już i tak płaciliśmy nie małe pieniądze za wyjazd tu. My ich olaliśmy bo nie lubimy płacić ekstra, żeby zdjęcie zrobić. Ale troche ludzi się na to pokusiło.
My olaliśmy ich zdjęcia i poszliśmy do Chatki Trolla na ciacho i kawę. Piękne zdjęcia jeszcze będziemy mieć i to za darmo bo Darek zaplanował całe kółeczko tu więc kilometrów i wysokości jeszcze trochę do zrobienia mamy.
W Chatce Trolla wszystko było ogromne. I szarlotka i pączki. Nawet nie chcę wiedzieć jakie tu porcje jedzeniowe podają. Szarlotka jest najpopularniejszym deserem w schroniskach. Robią ja trochę na styl rolady ale nie ważne jak są warstwy ułożone ważne, że jest pyszna. Darek skusił się natomiast na pączki. Jeszcze w NY jak już wiedzieliśmy, że lecimy w Dolomity przyjaciółka mi podsyłała różne posty na Instagramie. Jeden z nich był o ludziach co idą do schroniska tylko po pączki. Tamtej miejscówki nie zapisywałam bo nie lubię takiego naganiania ale jak zobaczyłam pączki w menu to zasugerowałam Darkowi i nawet nie musiałam go długo namawiać. Te paczki były inne, troszkę jak babeczka z marmoladą ale do kawy idealne.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w góry. Darek miał całą listę chatek i co w której jest najlepsze. Nie można jednak tyle jeść więc skupiliśmy się na widokach, wynajdywaniu szlaków bez ludzi i podążaliśmy w kierunku chatki dedykowanej na lunch.
Im dalej od kolejki tym mniej ludzi było, to zrozumiałe ale czasem, nie wiadomo skąd z jakiegoś bocznego szlaku wychodził ktoś z dużym plecakiem. Jednak ta sieć tras i schronisk jest kusząca jak ktoś chce przejść całe góry i to tanim kosztem.
Całe Dolomity są piękne ale w tym rejonie jakoś te płyty tektoniczne tak się powypychały, że tworzą się skośne, formacje skalne. Jak na przykład te powyżej. Na jedną z tych skał nawet prowadzi szlak i parę ludzi się tam wspinało.
Wyjść na czterech łapach nie jest źle, zejść też się da ale przepychanie się ludzi którzy próbowali swoich sił nie zachęcało nas więc poszliśmy dalej, jeszcze dalej od ludzi.
Za każdym razem jak widziałam szlak na Regensburger Hütte to ja chciałam skręcać bo podobno tam lunch mamy jeść a Darek wynajdywał jakiś szlak że jeszcze nie teraz, że następny skręcimy.
W pewnym momencie już w ogóle nie było ludzi i tylko jakieś sporadyczne pary mijaliśmy raz na 15-20 minut. Kolejny raz sprawdziła się zasada, że ludzie nie lubią długich szlaków i żeby naprawdę poczuć góry trzeba wejść między nie.
W końcu i mu skręciliśmy w kierunku naszego schroniska. Doszliśmy do momentu, że albo 30 min do schroniska, albo kilka godzin do następnego miejsca.
Schronisko które Darek wybrał na lunch nam wydawało się po środku niczego ale jednak było pełne. Jak podeszliśmy pod nie i zobaczyliśmy ilość różnych drogowskazów na różne szlaki to zrozumieliśmy, że po raz kolejny Dolomity udowodniły, że mają niesamowitą sieć szlaków. To nas chyba najbardziej zaskoczyło w tych górach. Coś jak Tatry tylko dwadzieścia razy większe.
Schronisko Regensburger Hütte słynie z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Jakby na to nie patrzeć to jesteśmy w południowym Tyrolu i do Austrii mamy rzut beretem.
W schronisku już czuć było niemiecki klimat. Nie tylko jeśli chodzi o jedzenie, bo kapucha, kluchy i schabowy były ale też w języku. Tutaj Ciao! Zamieniło się w Gruss i kelnerki mówiły po niemiecku.
Moja aplikacja mówiła, że deszcz znacznie się między 14 a 15. Darka, że między 16 a 17. Dwie godziny robi różnicę zwłaszcza że do kolejki mamy jakąś 1-1.5h. Darek oczywiście wierzył w bardziej optymistyczną wersję więc wcale nie spieszył się z opuszczeniem schroniska. Dopiero jak do środka weszło małe przedszkole to poganiał do wyjścia jak mało kto. Ja wiem, że ludzie z dziećmi też chcą mieć życie, chodzić po restauracjach, górach i latać lepszą klasą ale nie zdają sobie jednego. Oni są znieczyleni na krzyk dziecka, na piski i płacze. Dla nas to jest mega hałas którego unikamy za wszelką cenę. Ja to się zawsze zastanawiam jak to jest, że dzieci które mają lepszy słuch od nas piszczą i krzyczą głośniej niż my.
Ja wierzyłam w tą bardziej realistyczną prognozę i od razu w schronisku wskoczyłam w przeciwdeszczowe spodnie i kurtkę. Wiem, trochę ciepło było ale przynajmniej jak 10 min od wyjścia ze schroniska zaczęło padać to ja mogłam iść dalej.
Do kolejki musieliśmy wyjść kawałek pod górę. Cały szlak był góra dół ale jednak w rezultacie zeszliśmy ok. 400-500 m. Teraz trzeba to było nadrobić i wyjść pod górę. Dobrze, że szlak był dobrze przygotowany to krok za krokiem się szło a chmury kłębiły się coraz wieksze.
Dużo ludzi nadal szło w przciwnym do naszego kierunku. W Dolomitach poza dużą siecią szlaków jest też duża sieć autobusowa i ogromna sieć wyciągów. Dzięki czemu można wyjechać naszą kolejką, zejść kilkaset metrów w dół i zjechać inna kolejką Col Raiser. Problem jest tylko taki, że zjeżdża się do innego miasteczka więc potem autobusami trzeba nadrobić.
My woleliśmy wyjść te 400-500 do góry, ale zjechać kolejką prosto pod nasz hotel. Zmarznięci, przemoczeni, zjechaliśmy na dół a tu piękne słoneczko. I dopiero wtedy się okazało, że ja sprawdzałam pogodę w górach a Darek w naszym miasteczku. Czyli stąd się wzięły te dwie godziny różnicy.
Jeszcze przed wyjazdem w góry umówiliśmy się z Darkiem, że jak zjemy duży lunch w górach to nie będzie kolacji. A jak nie będzie lunchu w górach to wtedy możemy iść na kolację. To idealnie się spisuje zwłaszcza, że my wstajemy 4-5 rano więc kolacja o 20 średnio nam pasuje. Po takim schabowym, z kapustą i szarlotką od Trolla zdecydowanie był to dzień gdzie tylko jabłko na kolację. Jutro kolejny hike i kolejna wczesna rano pobudka.
2026.08.16 Ortisei, IT (dzień 5)
Dziś nie musieliśmy wstawać przed wschodem słońca, mogliśmy też zjeść śniadanie jak ludzie. To się nie będzie zdążać często na tym wyjeździe więc tym bardziej doceniamy śniadanie hotelowe i widok górek z balkonu.
Cortina była dla nas dość droga jeśli chodzi o noclegi więc śpimy tu najkrócej. Od początku chcieliśmy podzielić wyjazd na kilka miasteczek i w każdym spać około 3-4 nocy. Cortinę wybrał Darek, Ortisei do którego teraz jedziemy wybrałam ja a ostatnią miejscówkę podyktowały ceny hoteli.
Zapakowaliśmy naszą resorówkę i ruszyliśmy w góry. Spakowanie się nie było łatwyn zadaniem ale przy złożonym dachu jakoś udało nam się zmieścić nasz dobytek. Z Cortiny do Ortisei jest ok 2h jazdy ale nie można zmarnować całego dnia tylko na przejazd więc Darek oczywiście znalazł jakiś szlak.
Tym razem padło na Instagramową miejscówkę ale ponieważ limitują ilość ludzi których wpuszczają na górę to się zdecydowaliśmy tam pojechać.
Limitowanie ludzi polega na tym, że wjazd na drogę dojazdową jest płatny i tylko ograniczona ilość aut może wjechać o wyznaczonej godzinie. Wyjeżdża się dość wysoko na 2300 m. Z parkingu jest wiele tras ale Darek wybrał: Tre Cime di Lavaredo.
Ten wyjazd na górę jest unikatowy. Na dole stoi pan który się pyta czy mamy rezerwację. My mieliśmy na 10:30 i udało nam się idealnie dojechać na tą godzinę pod bramki. Bo jak pierwszy pan tylko się pyta i tu jeszcze można oszukać o tyle pare kilometrów dalej sa już bramki jak na autostradzie i przejazd jest możliwy tylko po wcześniejszym zarejestrowaniu rejestracji. System rozpoznaje rejestrację i albo puszcza albo nie.
Jak tego wcześniej nie ogarniesz to trzeba iść z dołu a to pewnie tak z pół dnia. Dobrze, że Darek jako najlepszy planowacz wakacji ogarnął to idealnie i mogliśmy wyjechać na górę pod schronisko Auronzo. Jadąc się zastanawialiśmy jak to jest, że wpuszczają ludzi na specjalne godziny ale przecież każdy robi jakiś szlak więc to nie tak że po pół godzinie robi się miejsce na nowe auta. Dopiero jak dojechaliśmy i zobaczyliśmy te ogromne parkingi to zrozumieliśmy. Tutaj każdy może być 12h ale żeby się korki za bardzo nie robiły to wpuszczają ludzi partiami.
Wow ile na parkingu było ludzi. Ludkolandia na maksa. "Trzy szczyty Lavaredo" zdecydowanie należy do topowych atrakcji Dolomitów a do tego w miarę łatwy dostep sprawia, że tłumy są. Dobrze, że szlak jest szeroki i jakoś na spokojnie da się wyprzedzać.
Darek i jego awersja do ludzi sprawiła, że jak tylko znalazł ścieżkę w bok, do góry to odrazu kazał tam skręcać mówiąc, że to jest skrót o którym czytał na internecie.
Niestety skróty się pomyliły bo skały wyrosły na środku i niestety szlak nie prowadził na przełęcz a był tylko krótką odskocznią w bok. Nadrobiliśmy więc jakieś dodatkowe 100m do góry w słońcu i zeszliśmy na ten "highway" gdzie wszyscy dreptali.
Na tej odskoczni byliśmy sami więc przynajmniej skorzystaliśmy i porobiliśmy zdjęcia bez ludzi bo na tym szlaku nie jest to łatwe zadanie.
Prawdziwy skrót był trochę dalej ale był bardzo dobrze oznaczony więc wcale nie był tajemnicą a wręcz przeciwnie zachęcał ludzi którzy patrzą tylko na dystans czy czas a nie biorą pod uwagę trudności szlaku.
Udało się, wyszliśmy na przełęcz Forcella Lavaredo z pięknym widokiem na słynne trzy skały. Prawie jak Torres del Paine w Chile. Albo Monument Valley w USA. Albo po prostu unikatowe dla Dolomitów pionowe skały z trasami Via Ferrata.
Z przełęczy był piękny widok na dolinę i jej wszystkie szlaki. Darek oczywiście skakał jak chipmonk i chciał wszędzie iść zwłaszcza, że z oddali uśmiechało się do nas schronisko Antonio Locatelli.
Jak jednak zaczęliśmy to liczyć i kalkulować ile jeszcze mamy do następnego hotelu, do parkingu, i jutro znów nie można spać do południa to wybraliśmy trasę przez środek doliny do innej chatki górskiej, Lange Alm.
Myślę, że był to bardzo dobry wybór bo 80% ludzi, tych co nie zawróciła wcześniej szla do Antonio. Na naszym szlaku też się znalazło parę ufoludków z małymi pieskami którym się nogi trzęsły na każdej malutkiej skałce albo ludzi co zasłaniali całe twarze jak muzułmanki, żeby tylko się nie spalić. Masakra jak ludzie się wszystkiego boją.
Nasza decyzja, żeby wybrać chatkę Lange Alm okazało się trafione w dziesiątkę. Było trochę ludzi ale udało nam się zdobyć stolik na zewnątrz w cieniu z pięknym widokiem na górki. Czy może być coś lepszego niż zimne piwko w takiej otoczce po ok. 3h hiku.
Siedziało się super i by się tak posiedziało gdyby nie fakt, że kierowca nie mógł się delektować piwem tak bardzo jak ja. Ochłonęliśmy w cieniu i wróciliśmy na szlak w kierunku parkingu. Tu znów była ludkolandia. Człowiek na człowieku, nawet krowy odeszły na bok, żeby od nas uciec ale baca Darek jednak zboczył, żeby sobie z nimi pogadać.
Ze schroniska do parkingu mieliśmy około 30 min. Im bliżej parkingu tym oczywiście więcej ludzi ale znów był szeroki szlak i udało nam sie wymijać ludzi. Na wcześniejszych szlakach Darek zauważył, że to inni nas wymijają a nie na odwrót. Teraz mogę stwierdzić, że popularność szlaku można oceniać po tym ile ludzi nas wymieniło albo my innych. Na wcześniejszych szlakach ludzie mieli połowę naszego wieku i widać, że w górki chodzą co najmniej raz w tygodniu. Na dzisiejszym był cały przekrój.
Nasza resorówka grzecznie stała na parkingu pilnowana przez krowę. Nagrzana ma maksa ale nauczeni, że tu się używa tak zwanej górskiej klimatyzacji otworzyliśmy dach i odrazu zrobiło się chłodno. Baliśmy się jednak tak jechać cały czas bo mogłoby nam wywiać, rzeczy popakowane na tylnim siedzeniu. Tu nie ma miejsca na ładne pakowanie w walizki. Tu liczy się kreatywność w pakowaniu.
I dobrze, że pomysł jazdy z otwartym dachem nie został zrealizowany bo jak tylko wsiedliśmy do auta to zaczęło padać. No tak 15-16 godzina to godzina burz w górach. Ale teraz może padać. Szlak nam się udał z super pogodą. Dobrze, że nie poszliśmy do tego dalszego schroniska bo by nas złapało po drodze.
Jak już wspominałam dziś śpimy w Ortisei. Podobno miasteczko podobne do Zermatt. A przynajmniej jak się spytałam AI, żeby mi podał miasteczko w Dolomitach które najbardziej odpowiada vibe jakie ma Zermatt to podał właśnie Ortisei. Ocenimy już wkrótce.
Śpimy w Villa Angelino. Jest to taki podstawowy hotelik ale ma świetną lokalizację, zaraz przy głównej ulicy miasteczka. Tym razem jednak ja musiałam ogarnąć dodanie naszej rejestracji do systemu. Żeby dojechać do naszego hotelu trzeba przejechać paru ludzików i zrobić to wg. przepisów. A tak serio to trzeba przejechać strefę wolną od aut i tylko dla upoważnionych pojazdów. My podobno jesteśmy w systemie więc mandatu nie powinniśmy dostać i jechaliśmy jak królowie a przechodnie uciekali spod kółek.
Na tym wyjeździe mamy mało fancy restauracji bo nastawialiśmy się na jedzenie w schroniskach. Ale dziś był jeden z tych dni w których mogłam zrobić rezerwacje i mogliśmy zrobić sobie rocznicową kolację. Jutro wstajemy dopiero o 7 rano więc to normalnie rozpusta.
Ortisei przywitało nas miłym chłodem. Po upałach w Cortina, aż miło było usiąść na zewnątrz i zastanawiać się czy trzeba ubrać kurtkę.
Stube Vives zdecydowanie polecamy. Pyszniutkie jedzenie, podane z artystyczną nutą. Na przykład tatar z wołowiny podany z mini "kością" która była zrobiona z pure kalafiora na sposob panna cotta. Cudo nie? Połączenie różnych rzeczy aby wkomponować w całość.
Na główne poleciała przepyszna jagnięcina i dziczyzna z przepysznym winem z poludniowego Tyrolu. Chyba ta restauracja zaliczy się do tych co długo wspominamy i wypisujemy na listę do polecenia dalej.
Darek stwierdził, że mało się zna na winach z Tyrolu ale po rozmowie z Panem kelnerem wybrał lokalną, małą winiarnię Untermoser i ich wino Lagrein Reserva. Dla mnie pychota i idealnie dobrane do mieska. A na deser nic innego jak Tiramisu w kolejnej ciekawej odsłonie.
W trakcie kolacji troche padało ale udało nam się umknąć do hotelu jakoś między deszczem pod dachami. Ogólnie miasteczko nam się spodobało. Pewnie pomaga fakt, że spimy w centrum a nie jak w Cortina trochę ma obrzeżach miasta. Dużo mniejsze od Zermatt ale zapowiada się że ma swój urok.
Dziś też zaczęliśmy słyszeć więcej polskiego języka na ulicach i szlakach. Najpierw na parkingu przed wyjściem na szlak, potem siedząc w restauracji słyszeliśmy go trochę na ulicy. Dolomity są popularne wśród Polaków więc chyba wjechaliśmy w bardziej popularne rejony i jest ich tu więcej.