2026.08.22 Pera, IT (dzień 11)

W końcu nastał ten dzień. Dzień z największym, najdłuższym i najtrudniejszym hikiem na tym wyjeździe! Pera di Fassa 20km+ i 1,500 metrów do góry (5,000 stóp). W Stanach mówi się, że jak przekraczasz 5,000 stóp dziennej wspinaczki to jest to bardzo duży i dobry dzień. Tak też i tu było.

Ten spacerek mieliśmy zaplanowany na wczorajszy dzień, ale ze względu na pogodę plany musiały być zmienione. No i dobrze, bo szanse na ukończenie tego hiku wczoraj prawdopodobnie byłyby zerowe. A o względach bezpieczeństwa to ja już nawet nie będę tutaj wspominał.

Plusem jest, że start jest spod naszego hotelu. Minusem, że bardzo wcześnie rano. Najlepiej o 5. Nie udało się, ale o 6 rano byliśmy już gotowi na hotelowym parkingu.

Pierwsza część wspinaczki jest bardzo łatwa. Idzie się zalesioną roboczą drogą resortu narciarskiego. Można nawet tą część pokonać dwoma wyciągami krzesełkowymi, ale po co, jak można sobie wyjść.

Wyciągi otwierają dopiero o 9 rano. O tej porze to my już będziemy daleko w górach i znacznie wyżej niż wyjeżdżają wyciągi. A co najważniejsze to śpiochów ominie taki wspaniały wschód słońca.

W końcu po dwóch dniach przelotnych opadów mamy znowu to wspaniałe alpejskie słoneczko.

Szło się super i rześko. Poranne słońce ogrzewało nam plecy i dodawało potrzebnej energii. Niska temperatura (7-8C) zapobiegała poceniu się. Wiedząc, że to jest długi hike i nagroda czeka wyżej, to nie było czasu na poranne marudzenie. Stałym i dobrym tempem do przodu.

Dojście do górnej stacji drugiego wyciągu zajęło nam jakieś 1.5h. Dobry czas. Jesteśmy jakieś 1:45h przed ludźmi którzy tu zaczną wyjeżdżać wyciągami. Czyli mamy przewagę nad peletonem górskim.

Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Tylko dwa samochody z obsługi wyciągów nas minęły. Pewnie jechali do górnej stacji przygotować wyciągi na prawdopodobnie ruchliwy dzień.

Od górnej stacji wyciągów górska droga zmieniła się na szeroką ścieżkę i zrobiło się znacznie płaściej. Tutaj też zaczęliśmy spotykać i słyszeć odgłosy ludzkie. W tych rejonach większość szlaków z doliny się łączy w jeden główny szlak który prowadzi do pierwszego schroniska czyli Rifugio Gardeccia, 1,949 metrów.

Stare opuszczone schronisko

Schronisko to jest położone na ogromnej alpejskiej polanie. Coś jak polskie Kalatówki w Tatrach. Z tą różnicą, że tutaj to wygląda na małą wioskę góralską z paroma hotelami, restauracjami, chatkami i punktem informacyjnym.

Aktualne schronisko

Nawet jest droga dojazdowa z parkingiem, ale tylko dla obsługi, dostawców i właścicieli hoteli. Nawet goście hotelowi nie mogą tu przyjechać. Muszą parkować w dolinie i maszerować do góry albo jechać wyciągami i potem iść tym samym łatwym szlakiem co myśmy szli.

Zrobiliśmy sobie małą przerwę na uzupełnienie płynów, kalorii i ruszyliśmy dalej. Nawet zastanawialiśmy się czy nie zrobimy sobie tutaj przerwy na lunch w drodze powrotnej, ale wiedzieliśmy, że wyżej w górach też są schroniska i to znacznie lepiej położone.

Gdzieś o 8:30 opuściliśmy wioskę Gardeccia.

W sumie na dzisiejszym hiku mamy minimum 4 schroniska do odwiedzenia. Uwielbiam to w Dolomitach. Co chwilę jakiś domek się pojawia i można wstąpić na odpoczynek.

Nasz następny punkt na dzisiejszym spacerku to kolejne schronisko Vajolet (2,244m.) Dalej łatwy szlak, ale znacznie stromiej. Coraz więcej szlaków tutaj się pojawia, a w związku z tym coraz więcej górołazów napotykamy. Widać, że te wszystkie ludziki co śpią po schroniskach się obudzili, zjedli śniadanko i łażą po górkach.

Mimo, że stromo, to dalej się przyjemnie szło. 9 rano ma swoje plusy. Chłodno, jeszcze był cień z otaczających nas gór, no i ponad 2,000 metrów robi swoje. Dalej daje to taki rześki, górski klimat rana.

W tych rejonie jest trochę żelaznych dróg (via ferrata), więc już było słychać odgłosy dobiegające z wyższych części gór. Jest też parę wspinaczkowych tras, bo widać było ludzi z linami. Taki ruchliwy poranek gdzieś wysoko w Dolomitach.

Do schroniska Vajolet (a raczej do innej knajpki obok schroniska) doszliśmy gdzieś o 9:20. Słońce wyszło już zza gór i zaczęło nagrzewać te rejony.

W końcu można było wygodnie usiąść, wypić herbatkę i oczywiście posilić się apple strudel. Idziemy już ponad 3 godziny, więc przerwa wymagana.

Jest tu tak pięknie, że aż zaczął być mały problem. Wyciągnęliśmy mapy i zaczęliśmy analizować nasz dalszy hike. Ilonka wypatrzyła piękną dolinkę i zaproponowała zmianę planów przy stole obradowym i herbacie.

Ja, za bardzo nie chciałem się zgodzić na jej propozycję, bo na własne oczy chciałem zobaczyć to ostatnie, czwarte schronisko. Nawet myśleliśmy zrobić to i to, ale nie dzisiaj. Za dużo kilometrów musielibyśmy dołożyć do i tak już dużego hiku. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy się rozdzielić. Ja dalej zamierzonym szlakiem, a Ilonka odkrywać nowe rejony. Tym oto sposobem będziemy mieć zdjęcia z tego i tego szlaku.

A co Ilonka ma na ten temat do powiedzenia:

“Pięknie tu. Tak pięknie, że człowiek nie wie gdzie ma iść i co wybrać. Niby Darek planował wszystko pięknie ale jak się jest na rozgałęzieniu szlaków i widzi się w prawo strome skały do góry i prawdopodobnie powalający widok za nimi, a na lewo piękną długą trasę z widokami na prawo i lewo to naprawdę ciężko wybrać.

Darek był zdecydowany iść na lewo a mnie coraz bardziej kusiło prawo. Na prawo szło mniej ludzi co było też zachęcające bo jakoś nie lubię jak ludzie mi siedzą na piętach i muszę się wspinać w jakimś korku.”

Gdzieś w okolicach 10 rano nasze szlaki się rozeszły i każdy poszedł w swoją stronę. Ja na przełęcz i w kierunku schroniska 3, Rifugio Re Albero 1 - Gartlhütte (2,621m.), a Ilonka w swoje rejony

Tutaj już skończyły się zabawy a zaczęły się schody. Odcinek między Vajolet a Gartlhütte należy do jednych z trudniejszych w tym rejonie. Nie wliczając oczywiście via ferrata.

Stromo do góry. Na szczęście szlak był dobrze przygotowany i suchy. Dużo stalowych lin, metalowych uchwytów, wykutych stopni w skałach… Spokojnie można było się wspinać.

Wiadomo, trzeba uważać żeby źle nie postawić stopy, bo może być nieciekawie. Plusem też było to, że jeszcze nie było dużo ludzi i nie korkowało się trudniejszych odcinkach. Aż się bałem myśleć co będzie jak będę wracał. Jak ta cała „dzieciarnia” z wyciągów zacznie tu się wspinać.

Pomalutku, do przodu i przed godziną 11 dotarłem do trzeciego schroniska.

Lekko zmęczony ale zadowolony, że poszło sprawnie i mam dobry czas. Dalej było pustawo, więc mogłem sobie w spokoju usiąść na zewnątrz, posilić się orzeszkami i batonem energetycznym.

Odcinek do ostatniego schroniska jest bardzo łatwy i zajął mi może z 20 minut. Cały czas pięknym szlakiem lekko do góry bez żadnych utrudnień.

Tak taż było i gdzieś koło 11:30 moim oczom ukazał się Rigugio Passo Santner, 2,734 metry.

Schronisko to wyglądem nie przypomina tradycyjnego górskiego schroniska. Jest bardziej futurystyczne i nowoczesne. Zostało wybudowane w 2023 na miejscu małego i starego Rifugio sprzed ponad pół wieku.

Konstrukcja jest dalej drewniana ale całe schronisko zostało pokryte blachą ze stali ocynkowanej. Zostało tak wykonane, żeby sprostać bardzo trudnym warunkom i ekstremalną pogodą na tej wysokości. Lawinami, potężnymi wiatrami i mrozem.

Ponoć blacha na tym schronisku zmienia kolory w zależności od pory dnia i roku. Działa trochę jak lustro odbijając promienie słoneczne i barwy nieba. Rano jest bardziej niebieska, a popołudniu robi się czerwonawa jak okoliczne szczyty.

Czynne jest tylko w lato i maksymalnie może pomieścić 40 osób.

Pochodziłem trochę po okolicy, obserwując i fotografując to niezwykłe schronisko z każdej strony.

Ciekawa budowla, muszę przyznać. Trzeba ją też poznać od środka.

Jak tylko wszedłem do środka to moim oczom ukazał się wspaniały widok.

Widzę, że te pączki to nas prześladują w tych Dolomitach. Tutaj przynajmniej nie ma do nich kolejki i można jeść ile się chce. Oczywiście, że zamówiłem jednego na start wraz ze złocistym lanym, świeżym napojem.

Pączek był dobry, nawet bym rzekł bardzo dobry. Marmolada była na całej grubości pączka, a nie tylko kropeczka w środku. Oczywiście, że zamówiłem drugiego i jeszcze wziąłem dwa na wynos. Ilonka też musi je spróbować.

Była już gdzieś 12:30 jak Ilonka mi napisała, że już wraca i idzie do schroniska Vajolet na lunch. Nie chciałem żeby tak tam sama siedziała, więc zakończyłem moją pączkową ucztę i zacząłem schodzić.

Jak mi potem Ilonka opowiadała, ona też doszła do schroniska ale tam pączków nie mieli więc długo nie siedziała.

“Zgadza się… mój szlak szedł doliną ale nie ma co myśleć, że było łatwo. Też pokonałam jakieś 800 m do góry i doszłam do schroniska Passo Principe.

Piękny był ten szlak, ta przestrzeń, te góry ale najbardziej chyba mnie intrygowało, gdzie ja właściwie dojdę. Widywałam ludzi na szlaku ale tak w sensownych odległościach, że nadal można było się napawać widokami i iść we własnym tempie.

Podobnie jak Darek cieszyłam się, że jeszcze jest w miarę wcześnie bo ani nie ma ludzi z wyciągów ani nie ma upałów.

Nie wiem czy to wysokość czy jakiś mikro klimat ale im bliżej schroniska tym bardziej skalisty robił się krajobraz i tym mniej trawy rosło. Podobnie jak u Darka zaczynały też pojawiać się głosy z odległych skał czyli Via Ferrata też tu była dość popularna. Zresztą nie powinno nas już to dziwić bo w końcu jesteśmy w Dolomitach.

Ok. 11 dotarłam do schroniska a to taka buda… normalnie jakbym znalazła się w jakiś Himalajach. Ubrania wiszą na sznurkach na pranie, dół zabity deskami, budynek mały ale z dużym tarasem. Totalne przeciwieństwo Darka wypasionego schroniska.

Spodobało mi się to schronisko. Takie “lokalne” takie gdzie widać i czuć, że jest to prawdziwe schronisko dla ludzi co idą dalej a nie tylko z kolejki idą aby coś dobrego zjeść. Obudzić się w takim schronisku, z takim widokiem… cudo!

Wszystkie stoliki były pełne a ja i tak w sumie nie byłam głodna ani spragniona więc poplątałam się po okolicy i stwierdziłam, że najładniejszy widok jest jednak w kierunku z którego przyszłam więc można zawracać.

Na szlaku zdecydowanie przybyło ludzi, którzy dopiero teraz szli do schroniska. Tak więc musiałam ich puszczać wg. głównej zasady w górach, ten co idzie do góry albo ten co ma większy plecak ma pierwszeństwo. Nadal duży plecak wygrywa ponad wszystko. Ja nie dość, że miałam mały plecak to jeszcze szłam na dół ale nie przeszkadzało mi przepuszczać ludzi bo mogłam się zatrzymać i podziwiać widoki. A Darek i tak jeszcze zastanawiał się na górze ile pączków zjeść więc nigdzie się nie spieszyłam.

Zejście do schroniska Vajolet gdzie umówiliśmy się z Darkiem poszło mi bardzo sprawnie. Byłam przed czasem więc usiadłam na skałce i z pięknym widokiem zaczęłam słuchać audiobook’a. Bo ludzi się już tyle naszło, że jednak było głośno i zamiast ciągłego nawoływania się i głośnych rozmów wolałam oddalić się w świat książki ale nadal podziwiając widoki. Bo te góry są przepiękne i człowiek chce ich jak najwięcej chłonąć i zapamiętać. W między czasie Darek zbiegał do innego schroniska, Re Alberto.”

Do Rifugio Re Albero 1 to praktycznie zbiegłem i za 15 minut już byłem przy nim. Widać, że dobre pączki były.

Od tego schroniska zaczęła się jazda. Ilośc ludzi jaka tu podchodziła do góry tym trudnym odcinkiem to jakaś masakra. Mimo, że rzeka ludzi szła do góry (i na dół) to jeszcze to wszystko działo się na południowej nasłonecznionej ścianie. Mimo, że dalej byłem dość wysoko (2,500m.) to jednak było gorąco. Zwłaszcza ci co podchodzili do góry mieli niezłe piekiełko. Jednak opłacało się rano wstać i pokonać tą wspinaczkę jak było znacznie chłodniej i bez ludzi.

Schodziło się wolno. Ciągle trzeba było czekać aż ludzie przejdą. Za bardzo nie można się było mijać na wąskich i stromych odcinkach.

Na szczęście dogoniłem włoską kilkunastoosobową grupę schodzącą w dół. Zrobili sobie przerwę na pogawędki. Grupa była wesoła i głośna (widać smakowały im pączki), a co za tym idzie, wszyscy schodzili im z drogi. Można było nadrobić stracony czas i około 13:30 dotarłem bezpiecznie do schroniska Vajolet gdzie pod parasolami Ilonka już trzymała stolik i coś chłodnego.

Cały trudny hike mamy już za sobą, więc teraz można usiąść na dłużej, zjeść coś dobrego z butelką lokalnego wina Lagrein i odpocząć.

Bardzo dobrze się siedziało i opowiadało swoje przeżycia z dzisiejszego dnia. A było o czym opowiadać. Widok też mieliśmy ciekawy bo akurat z naszego stolika widać było moją ścianę, gdzie dalej mróweczki w obie strony mozolnie się posuwały.

Jak Ilonka zobaczyła Panna Cota w menu to nie było łatwo zrezygnować z deseru. Mnie kelnerka tak łatwo nie puściła i „musiałem” spróbować ich lokalnego nieleżakowanego brandy (Grappa), które ponoć idealnie pasuje do deseru owocowego. Zgadza się!

Około godziny 15 postanowiliśmy opuścić schronisko i kontynuować schodzenie do Pera.

Dalej mieliśmy jakieś 1,000 metrów w dół, więc było co robić. Szło się łatwo, szybko i wesoło. Szkoda, że nie dogoniliśmy mojej włoskiej grupy. Myślę, że teraz nasz poziom wesołości był już porównywalny do nich i można by po Włosku zamienić parę zdań.

Schronisko Gardeccia minęliśmy bardzo szybko i teraz już lasem w cieniu, szeroką drogą dotarliśmy do górnej stacji drugiego wyciągu krzesełkowego.

Wyciąg nie musiał nas długo przekonywać, żeby na niego wsiąść. Oboje czuliśmy dzisiejszy hike w nogach. Był duży, długi i ciężki.

Nie ma to jak usiąść na wygodnym krzesełku i w ciszy zjechać w dół. Piękne, nie?!

Krzesełka zwiozły nas dokładnie pod nasz hotel. Uwielbiam to, nie trzeba nigdzie jechać, iść, trzeba tylko wysiąść i już w domu.

Wtedy sobie przypomniałem, że jeszcze mam pączki w plecaku. Ponoć idealnie smakują z zachodzącym słońcem Dolomitów. Tak też było. Nasz balkon, nasz zachód słońca i nasze pączki - idealne zakończenie długiego ale wspaniałego dnia.

Jutro ostatni hike w tych cudownych górach. Mniejszy niż dzisiaj, ale też lokalny i ciekawy. Na pewno będzie super. Krótszy, więc można pospać - tak gdzieś do 7 - SUPER!

Next
Next

2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)