Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 23
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.
2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!