Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 26
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 69
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 21
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 27
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 40
2026.08.23 Pera, IT (dzień 12)
Dziś mieliśmy dwie opcje… ponieważ przedwczoraj padało i nie wiele udało nam się zaliczyć, jeśli chodzi o góry to dziś mogliśmy albo iść na nowy szlak, albo prosto z hotelu powtórzyć szlak który zaczęliśmy robić w deszczu.
Ciężka decyzja. Z jednej strony, nowy szlak, nowe góry, nowe widoki były zachęcające. Z drugiej ten krzyż nad nami górował i nas wołał, bardzo byliśmy ciekawi co nas ominęło a do tego Darek powiedział, że schronisku na szlaku Sas de Pere da Fech jest taki starodawne. Nie była to łatwa decyzja.
Wieczorem jeszcze myśleliśmy, że jest tylko jedna opcja. Że trzeba zrobić ten szlak którego jeszcze nie zrobiliśmy a który Darek tak skrupulatnie zaplanował, czyli Cima undici via Pozza. Rano jednak perspektywa się zmieniła. Obudziłam się, przeanalizowałam to i zapytałam Darka, czy woli spać godzinę albo dwie dłużej i iść “na krzyż” czy robimy pierwotny plan. Darek tylko zobaczył przez okno, że nadal jest ciemno i wybrał “na krzyż”.
Myślę, że była to bardzo dobra decyzja bo naprawdę ciekawiło mnie co Sas de Pere da Fech ma do zaoferowania. Zdecydowanie lepsze opinie miał ten szlak niż ten drugi a do tego, jest to nasz pożegnalny szlak więc może warto zrobić coś w rozsądnych parametrach, żeby jeszcze czas na pożegnalne piwko był.
Początek trasy znaliśmy ale nie znaliśmy widoków. Zdecydowanie inaczej wygląda świat jak nie ma chmur. Jest też dużo cieplej, bo jak chmury to cień a tu jednak pomimo, że było koło 8-9 rano to już dość mocno smażyło.
Bardzo daleko można wyjechać tu samochodem więc szlak cały czas idzie dość szeroką trasą, która jest przeznaczona na auta. Aż byłam w szoku ile aut tu jeździ i nie wraca. Minęły nas może 3-4 samochody ale nadal spodziewałam się, że tylko dostarczą świeże croissanty i wrócą a tu zawracały całkiem inne auta.
Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że tu w górach są domki w których można mieć imprezkę na 8-10 ludzi. Cudo. Wyjeżdżają sobie, robią grilla, piją winko a potem albo śpią w polowych warunkach albo mają kierowcę który ich zwozi. Kiedyś fajnie by było zrobić taką imprezkę bo sceneria jest idealna.
My nie mamy wynajętego domku, nie mamy też autka które wywiezie tu pyszne mięsko i winko więc musieliśmy polegać na chatkach górskich. Zaraz przy rozgałęzieniu szlaków, tak mniej więcej po 2h wychodzenia do góry pojawiła się bardzo fajna restauracja.
To właśnie miało być to fajne tradycyjne schronisko, choć bardziej przypominało to restaurację i właśnie taką było. Nie jest to schronisko a po prostu knajpa pośrodku gór, z krowami za płotem, kurami, psami i świnkami morskimi chodzącymi wolno po domku i okolicach.
Weszliśmy na kawkę i ciacho żeby trochę ochłonąć przed dalszą wspinaczką. Darka zafascynowały sery jakie tam mieli w lodówkach więc pomimo, że obsługa była dość wolna to postanowiliśmy wrócić tu w drodze powrotnej na lunch.
Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę bo nadal mieliśmy 300-400 metrów, aby zdobyć szczyt i dojść pod krzyż który cały czas widzieliśmy spod naszego hotelu.
Od restauracji szlak szedł stromiej w górę. Dalej mogą tu wyjeżdżać auta ale już tylko takie z większym zawieszeniem. Tutaj też są pochowane po górach te domki które przypominają nasze ogródki działkowe tylko oni mają zdecydowanie lepsze widoki. Szkoda, że moja babcia czy dziadek nie mieli takiego domku. Fajnie by było wyskoczyć na weekend na “wieś” na grilla.
Za domkami już była polana do góry. Tu już tylko na koniach albo na nogach można iść. Przez polankę poszło w miarę szybko i doszliśmy do lasu. Tu szlak trochę się zmienił na taki leśny ale fajnie bo ubywało wysokości i szybko weszliśmy na grań.
A granią już myku cyku prosto do krzyża.
Sas de Pere da Fech to szczyt który ma 2125 m wysokości i kończy się przepaścią. Dzięki temu są niesamowite widoki na całą dolinę i okoliczne pasma górskie.
Lataliśmy jak gupole po paru metrach kwadratowych szczytu bo naprawdę widoki były pierwsze klasa.
Widoki były na szczyt który dziś olaliśmy ale też na szczyty które robiliśmy wczoraj. Tak że cała dolina na naszej dłoni się prezentowała.
Przy krzyżu jest ławeczka i kilku lokalnych sobie zrobiło tu przerwę na lunch albo po prostu grało w karty. Bardzo przyjemny pomysł na spędzenie niedzielnego popołudnia.
My kanapek ani kart nie mieliśmy więc spędziliśmy czas na podziwianiu widoków i po zrobieniu tony zdjęć ruszyliśmy w dół.
I znów wylądowaliśmy w naszej ulubionej knajpce w górach. Choć w sumie to się zastanawiam czy ulubionej czy jedynej. Knajpka (Malaga Jumela) ogólnie spoko, fajny widok, dobre jedzenie. Natomiast obsługa dość wolna, wino okropne… tak więc tylko w połowie ulubiona.
Oczywiście na dzień dobry musiały polecieć lokalne sery. Skoro mają ty tyle krów, w lodówkach widać, że sery dojrzewają to zakładaliśmy, że będą pyszne i tak też było.
Samymi serami człowiek jednak nie żyje więc poleciały też hamburgery. Polecane przez panią kelnerkę. Menu mieliśmy po włosku więc i tak nie wiele rozumieliśmy więc nawet jakbyśmy chcieli coś innego to byśmy nie bardzo wiedzieli co zamówić. Ale jak się spytaliśmy kelnerki co poleca to powiedziała hamburgery więc na to padł nasz wybór. Były fajne. Dużo mniejsze niż te do których przywykliśmy w Stanach ale to i dobrze bo serów jeszcze mieliśmy trochę do zjedzenia.
Niby takie mniejsze te hamburgery i bez frytek a jednak się objedliśmy. Kolejny raz potwierdziła się zasada, że nie o ilość chodzi a o jakoś. Świeże, dobrej jakości mięsko, bogate w składniki odżywcze dało nam energii na drogę w dół. Stąd to już cały czas mieliśmy w dół ale jednak te 600 m do pokonania było. Niektórzy zbiegali, inni schodzili ostrożnie. My mieliśmy kijki więc nam to szło w miarę szybko ale z bieganiem nie ryzykowaliśmy, jeden ślizg na tym żwirze i same problemy. Lepiej zejść jak człowiek a nie spieszyć się na złamanie karku. Piwko na dole poczeka.
No i zeszliśmy na naszą polankę pod hotelem. A na polance… coś czego nie było dwa dni temu, ani dziś rano… Katapulta.
Bar Katapluta wyczaiłam już w pierwszy dzień jak tu przyjechaliśmy jak szukałam gdzie można w okolicy zjeść. Bar miał bardzo dobre opinie ale niestety słabą ofertę jedzeniową. Tak więc nie skorzystaliśmy w pierwszy dzień. W drugi też nie bardzo bo po zdjęciach wyglądało jakby miał głównie miejsca na zewnątrz. Dziś był idealny dzień na odwiedzenie Katapulty. Słonecznie, nie byliśmy głodni a do tego nasz ostatni dzień w Dolomitach. Dziś oficjalnie zakończyliśmy hiki. Zrobiliśmy na nogach ponad 150 km. Zeszliśmy trochę tych gór choć pewnie jest to mała porcja tego co Dolomity maja do zaoferowania. Nadal, jesteśmy dumni z naszych osiągnięć i ze zdartych butów.
I takim oto sposobem Katapulta okazała się idealnym miejscem na pożegnanie naszych wakacji. Siedzieliśmy przy zimnym piwku, podziwialiśmy góry i zastanawialiśmy się dlaczego krzyż jaki widzimy z dołu jest biały kiedy na górze był czerwony. Tej zagadki chyba nie rozwiążemy dziś… dziś możemy tylko rozwiązać buty.
Knajpka fajna tylko pierwsza kelnerka słabo po angielsku mówiła, więc nie bardzo mogliśmy się dogadać, że my chcemy troszkę lepsze piwko. Ale na szczęście (albo nie szczęście) szybko przyszła kelnerka która po angielsku dobrze mówiła, poleciła nam inne piwo (bardziej lokalne) i od razu zaczęło się lepiej siedzieć. Tak się fajnie siedziało, że zamknęliśmy tą budę.
No ale jak przy tak pięknej piance nie delektować się piwkiem. Do tego piwkiem za darmo. W Europie nie ma za bardzo kultury dawania rzeczy za darmo. W Stanach przywykliśmy, że co trzecie piwko jest za darmo… albo po prostu w pewnym momencie przestają liczyć. W Europie nie liczymy na to więc dodatkowo miło nam było jak na koniec kelnerka dała nam kolejkę za darmo i jakieś panini do zjedzenia. Panini wylądowało w paszczy lokalnego pieska bo tak słodko na nas patrzył ale piwko wylądowało oczywiście w naszych buziach.
Kolejną różnicą jest, że w Stanach nie potrzeba czołówek jak się wraca do domu natomiast tu było to bardzo wskazane. Dobrze, że do hotelu mieliśmy niecałe pięć minut. Tylko przejść mostek i już byliśmy w domu. To były cudowne wakacje. Jutro jedziemy do winiarni więc nie do końca wakacje się kończą ale kończą się górki. Ja wiem, że dla większości ludzi pobudki o 4-5 na ranem i chodzenie po górach po 15-20 km nie jest definicją relaksu ale dla nas jest i to najważniejsze.
2026.08.22 Pera, IT (dzień 11)
W końcu nastał ten dzień. Dzień z największym, najdłuższym i najtrudniejszym hikiem na tym wyjeździe! Pera di Fassa 20km+ i 1,500 metrów do góry (5,000 stóp). W Stanach mówi się, że jak przekraczasz 5,000 stóp dziennej wspinaczki to jest to bardzo duży i dobry dzień. Tak też i tu było.
Ten spacerek mieliśmy zaplanowany na wczorajszy dzień, ale ze względu na pogodę plany musiały być zmienione. No i dobrze, bo szanse na ukończenie tego hiku wczoraj prawdopodobnie byłyby zerowe. A o względach bezpieczeństwa to ja już nawet nie będę tutaj wspominał.
Plusem jest, że start jest spod naszego hotelu. Minusem, że bardzo wcześnie rano. Najlepiej o 5. Nie udało się, ale o 6 rano byliśmy już gotowi na hotelowym parkingu.
Pierwsza część wspinaczki jest bardzo łatwa. Idzie się zalesioną roboczą drogą resortu narciarskiego. Można nawet tą część pokonać dwoma wyciągami krzesełkowymi, ale po co, jak można sobie wyjść.
Wyciągi otwierają dopiero o 9 rano. O tej porze to my już będziemy daleko w górach i znacznie wyżej niż wyjeżdżają wyciągi. A co najważniejsze to śpiochów ominie taki wspaniały wschód słońca.
W końcu po dwóch dniach przelotnych opadów mamy znowu to wspaniałe alpejskie słoneczko.
Szło się super i rześko. Poranne słońce ogrzewało nam plecy i dodawało potrzebnej energii. Niska temperatura (7-8C) zapobiegała poceniu się. Wiedząc, że to jest długi hike i nagroda czeka wyżej, to nie było czasu na poranne marudzenie. Stałym i dobrym tempem do przodu.
Dojście do górnej stacji drugiego wyciągu zajęło nam jakieś 1.5h. Dobry czas. Jesteśmy jakieś 1:45h przed ludźmi którzy tu zaczną wyjeżdżać wyciągami. Czyli mamy przewagę nad peletonem górskim.
Po drodze nie spotkaliśmy nikogo. Tylko dwa samochody z obsługi wyciągów nas minęły. Pewnie jechali do górnej stacji przygotować wyciągi na prawdopodobnie ruchliwy dzień.
Od górnej stacji wyciągów górska droga zmieniła się na szeroką ścieżkę i zrobiło się znacznie płaściej. Tutaj też zaczęliśmy spotykać i słyszeć odgłosy ludzkie. W tych rejonach większość szlaków z doliny się łączy w jeden główny szlak który prowadzi do pierwszego schroniska czyli Rifugio Gardeccia, 1,949 metrów.
Stare opuszczone schronisko
Schronisko to jest położone na ogromnej alpejskiej polanie. Coś jak polskie Kalatówki w Tatrach. Z tą różnicą, że tutaj to wygląda na małą wioskę góralską z paroma hotelami, restauracjami, chatkami i punktem informacyjnym.
Aktualne schronisko
Nawet jest droga dojazdowa z parkingiem, ale tylko dla obsługi, dostawców i właścicieli hoteli. Nawet goście hotelowi nie mogą tu przyjechać. Muszą parkować w dolinie i maszerować do góry albo jechać wyciągami i potem iść tym samym łatwym szlakiem co myśmy szli.
Zrobiliśmy sobie małą przerwę na uzupełnienie płynów, kalorii i ruszyliśmy dalej. Nawet zastanawialiśmy się czy nie zrobimy sobie tutaj przerwy na lunch w drodze powrotnej, ale wiedzieliśmy, że wyżej w górach też są schroniska i to znacznie lepiej położone.
Gdzieś o 8:30 opuściliśmy wioskę Gardeccia.
W sumie na dzisiejszym hiku mamy minimum 4 schroniska do odwiedzenia. Uwielbiam to w Dolomitach. Co chwilę jakiś domek się pojawia i można wstąpić na odpoczynek.
Nasz następny punkt na dzisiejszym spacerku to kolejne schronisko Vajolet (2,244m.) Dalej łatwy szlak, ale znacznie stromiej. Coraz więcej szlaków tutaj się pojawia, a w związku z tym coraz więcej górołazów napotykamy. Widać, że te wszystkie ludziki co śpią po schroniskach się obudzili, zjedli śniadanko i łażą po górkach.
Mimo, że stromo, to dalej się przyjemnie szło. 9 rano ma swoje plusy. Chłodno, jeszcze był cień z otaczających nas gór, no i ponad 2,000 metrów robi swoje. Dalej daje to taki rześki, górski klimat rana.
W tych rejonie jest trochę żelaznych dróg (via ferrata), więc już było słychać odgłosy dobiegające z wyższych części gór. Jest też parę wspinaczkowych tras, bo widać było ludzi z linami. Taki ruchliwy poranek gdzieś wysoko w Dolomitach.
Do schroniska Vajolet (a raczej do innej knajpki obok schroniska) doszliśmy gdzieś o 9:20. Słońce wyszło już zza gór i zaczęło nagrzewać te rejony.
W końcu można było wygodnie usiąść, wypić herbatkę i oczywiście posilić się apple strudel. Idziemy już ponad 3 godziny, więc przerwa wymagana.
Jest tu tak pięknie, że aż zaczął być mały problem. Wyciągnęliśmy mapy i zaczęliśmy analizować nasz dalszy hike. Ilonka wypatrzyła piękną dolinkę i zaproponowała zmianę planów przy stole obradowym i herbacie.
Ja, za bardzo nie chciałem się zgodzić na jej propozycję, bo na własne oczy chciałem zobaczyć to ostatnie, czwarte schronisko. Nawet myśleliśmy zrobić to i to, ale nie dzisiaj. Za dużo kilometrów musielibyśmy dołożyć do i tak już dużego hiku. Po dłuższej dyskusji postanowiliśmy się rozdzielić. Ja dalej zamierzonym szlakiem, a Ilonka odkrywać nowe rejony. Tym oto sposobem będziemy mieć zdjęcia z tego i tego szlaku.
A co Ilonka ma na ten temat do powiedzenia:
“Pięknie tu. Tak pięknie, że człowiek nie wie gdzie ma iść i co wybrać. Niby Darek planował wszystko pięknie ale jak się jest na rozgałęzieniu szlaków i widzi się w prawo strome skały do góry i prawdopodobnie powalający widok za nimi, a na lewo piękną długą trasę z widokami na prawo i lewo to naprawdę ciężko wybrać.
Darek był zdecydowany iść na lewo a mnie coraz bardziej kusiło prawo. Na prawo szło mniej ludzi co było też zachęcające bo jakoś nie lubię jak ludzie mi siedzą na piętach i muszę się wspinać w jakimś korku.”
Gdzieś w okolicach 10 rano nasze szlaki się rozeszły i każdy poszedł w swoją stronę. Ja na przełęcz i w kierunku schroniska 3, Rifugio Re Albero 1 - Gartlhütte (2,621m.), a Ilonka w swoje rejony
Tutaj już skończyły się zabawy a zaczęły się schody. Odcinek między Vajolet a Gartlhütte należy do jednych z trudniejszych w tym rejonie. Nie wliczając oczywiście via ferrata.
Stromo do góry. Na szczęście szlak był dobrze przygotowany i suchy. Dużo stalowych lin, metalowych uchwytów, wykutych stopni w skałach… Spokojnie można było się wspinać.
Wiadomo, trzeba uważać żeby źle nie postawić stopy, bo może być nieciekawie. Plusem też było to, że jeszcze nie było dużo ludzi i nie korkowało się trudniejszych odcinkach. Aż się bałem myśleć co będzie jak będę wracał. Jak ta cała „dzieciarnia” z wyciągów zacznie tu się wspinać.
Pomalutku, do przodu i przed godziną 11 dotarłem do trzeciego schroniska.
Lekko zmęczony ale zadowolony, że poszło sprawnie i mam dobry czas. Dalej było pustawo, więc mogłem sobie w spokoju usiąść na zewnątrz, posilić się orzeszkami i batonem energetycznym.
Odcinek do ostatniego schroniska jest bardzo łatwy i zajął mi może z 20 minut. Cały czas pięknym szlakiem lekko do góry bez żadnych utrudnień.
Tak taż było i gdzieś koło 11:30 moim oczom ukazał się Rigugio Passo Santner, 2,734 metry.
Schronisko to wyglądem nie przypomina tradycyjnego górskiego schroniska. Jest bardziej futurystyczne i nowoczesne. Zostało wybudowane w 2023 na miejscu małego i starego Rifugio sprzed ponad pół wieku.
Konstrukcja jest dalej drewniana ale całe schronisko zostało pokryte blachą ze stali ocynkowanej. Zostało tak wykonane, żeby sprostać bardzo trudnym warunkom i ekstremalną pogodą na tej wysokości. Lawinami, potężnymi wiatrami i mrozem.
Ponoć blacha na tym schronisku zmienia kolory w zależności od pory dnia i roku. Działa trochę jak lustro odbijając promienie słoneczne i barwy nieba. Rano jest bardziej niebieska, a popołudniu robi się czerwonawa jak okoliczne szczyty.
Czynne jest tylko w lato i maksymalnie może pomieścić 40 osób.
Pochodziłem trochę po okolicy, obserwując i fotografując to niezwykłe schronisko z każdej strony.
Ciekawa budowla, muszę przyznać. Trzeba ją też poznać od środka.
Jak tylko wszedłem do środka to moim oczom ukazał się wspaniały widok.
Widzę, że te pączki to nas prześladują w tych Dolomitach. Tutaj przynajmniej nie ma do nich kolejki i można jeść ile się chce. Oczywiście, że zamówiłem jednego na start wraz ze złocistym lanym, świeżym napojem.
Pączek był dobry, nawet bym rzekł bardzo dobry. Marmolada była na całej grubości pączka, a nie tylko kropeczka w środku. Oczywiście, że zamówiłem drugiego i jeszcze wziąłem dwa na wynos. Ilonka też musi je spróbować.
Była już gdzieś 12:30 jak Ilonka mi napisała, że już wraca i idzie do schroniska Vajolet na lunch. Nie chciałem żeby tak tam sama siedziała, więc zakończyłem moją pączkową ucztę i zacząłem schodzić.
Jak mi potem Ilonka opowiadała, ona też doszła do schroniska ale tam pączków nie mieli więc długo nie siedziała.
“Zgadza się… mój szlak szedł doliną ale nie ma co myśleć, że było łatwo. Też pokonałam jakieś 800 m do góry i doszłam do schroniska Passo Principe.
Piękny był ten szlak, ta przestrzeń, te góry ale najbardziej chyba mnie intrygowało, gdzie ja właściwie dojdę. Widywałam ludzi na szlaku ale tak w sensownych odległościach, że nadal można było się napawać widokami i iść we własnym tempie.
Podobnie jak Darek cieszyłam się, że jeszcze jest w miarę wcześnie bo ani nie ma ludzi z wyciągów ani nie ma upałów.
Nie wiem czy to wysokość czy jakiś mikro klimat ale im bliżej schroniska tym bardziej skalisty robił się krajobraz i tym mniej trawy rosło. Podobnie jak u Darka zaczynały też pojawiać się głosy z odległych skał czyli Via Ferrata też tu była dość popularna. Zresztą nie powinno nas już to dziwić bo w końcu jesteśmy w Dolomitach.
Ok. 11 dotarłam do schroniska a to taka buda… normalnie jakbym znalazła się w jakiś Himalajach. Ubrania wiszą na sznurkach na pranie, dół zabity deskami, budynek mały ale z dużym tarasem. Totalne przeciwieństwo Darka wypasionego schroniska.
Spodobało mi się to schronisko. Takie “lokalne” takie gdzie widać i czuć, że jest to prawdziwe schronisko dla ludzi co idą dalej a nie tylko z kolejki idą aby coś dobrego zjeść. Obudzić się w takim schronisku, z takim widokiem… cudo!
Wszystkie stoliki były pełne a ja i tak w sumie nie byłam głodna ani spragniona więc poplątałam się po okolicy i stwierdziłam, że najładniejszy widok jest jednak w kierunku z którego przyszłam więc można zawracać.
Na szlaku zdecydowanie przybyło ludzi, którzy dopiero teraz szli do schroniska. Tak więc musiałam ich puszczać wg. głównej zasady w górach, ten co idzie do góry albo ten co ma większy plecak ma pierwszeństwo. Nadal duży plecak wygrywa ponad wszystko. Ja nie dość, że miałam mały plecak to jeszcze szłam na dół ale nie przeszkadzało mi przepuszczać ludzi bo mogłam się zatrzymać i podziwiać widoki. A Darek i tak jeszcze zastanawiał się na górze ile pączków zjeść więc nigdzie się nie spieszyłam.
Zejście do schroniska Vajolet gdzie umówiliśmy się z Darkiem poszło mi bardzo sprawnie. Byłam przed czasem więc usiadłam na skałce i z pięknym widokiem zaczęłam słuchać audiobook’a. Bo ludzi się już tyle naszło, że jednak było głośno i zamiast ciągłego nawoływania się i głośnych rozmów wolałam oddalić się w świat książki ale nadal podziwiając widoki. Bo te góry są przepiękne i człowiek chce ich jak najwięcej chłonąć i zapamiętać. W między czasie Darek zbiegał do innego schroniska, Re Alberto.”
Do Rifugio Re Albero 1 to praktycznie zbiegłem i za 15 minut już byłem przy nim. Widać, że dobre pączki były.
Od tego schroniska zaczęła się jazda. Ilośc ludzi jaka tu podchodziła do góry tym trudnym odcinkiem to jakaś masakra. Mimo, że rzeka ludzi szła do góry (i na dół) to jeszcze to wszystko działo się na południowej nasłonecznionej ścianie. Mimo, że dalej byłem dość wysoko (2,500m.) to jednak było gorąco. Zwłaszcza ci co podchodzili do góry mieli niezłe piekiełko. Jednak opłacało się rano wstać i pokonać tą wspinaczkę jak było znacznie chłodniej i bez ludzi.
Schodziło się wolno. Ciągle trzeba było czekać aż ludzie przejdą. Za bardzo nie można się było mijać na wąskich i stromych odcinkach.
Na szczęście dogoniłem włoską kilkunastoosobową grupę schodzącą w dół. Zrobili sobie przerwę na pogawędki. Grupa była wesoła i głośna (widać smakowały im pączki), a co za tym idzie, wszyscy schodzili im z drogi. Można było nadrobić stracony czas i około 13:30 dotarłem bezpiecznie do schroniska Vajolet gdzie pod parasolami Ilonka już trzymała stolik i coś chłodnego.
Cały trudny hike mamy już za sobą, więc teraz można usiąść na dłużej, zjeść coś dobrego z butelką lokalnego wina Lagrein i odpocząć.
Bardzo dobrze się siedziało i opowiadało swoje przeżycia z dzisiejszego dnia. A było o czym opowiadać. Widok też mieliśmy ciekawy bo akurat z naszego stolika widać było moją ścianę, gdzie dalej mróweczki w obie strony mozolnie się posuwały.
Jak Ilonka zobaczyła Panna Cota w menu to nie było łatwo zrezygnować z deseru. Mnie kelnerka tak łatwo nie puściła i „musiałem” spróbować ich lokalnego nieleżakowanego brandy (Grappa), które ponoć idealnie pasuje do deseru owocowego. Zgadza się!
Około godziny 15 postanowiliśmy opuścić schronisko i kontynuować schodzenie do Pera.
Dalej mieliśmy jakieś 1,000 metrów w dół, więc było co robić. Szło się łatwo, szybko i wesoło. Szkoda, że nie dogoniliśmy mojej włoskiej grupy. Myślę, że teraz nasz poziom wesołości był już porównywalny do nich i można by po Włosku zamienić parę zdań.
Schronisko Gardeccia minęliśmy bardzo szybko i teraz już lasem w cieniu, szeroką drogą dotarliśmy do górnej stacji drugiego wyciągu krzesełkowego.
Wyciąg nie musiał nas długo przekonywać, żeby na niego wsiąść. Oboje czuliśmy dzisiejszy hike w nogach. Był duży, długi i ciężki.
Nie ma to jak usiąść na wygodnym krzesełku i w ciszy zjechać w dół. Piękne, nie?!
Krzesełka zwiozły nas dokładnie pod nasz hotel. Uwielbiam to, nie trzeba nigdzie jechać, iść, trzeba tylko wysiąść i już w domu.
Wtedy sobie przypomniałem, że jeszcze mam pączki w plecaku. Ponoć idealnie smakują z zachodzącym słońcem Dolomitów. Tak też było. Nasz balkon, nasz zachód słońca i nasze pączki - idealne zakończenie długiego ale wspaniałego dnia.
Jutro ostatni hike w tych cudownych górach. Mniejszy niż dzisiaj, ale też lokalny i ciekawy. Na pewno będzie super. Krótszy, więc można pospać - tak gdzieś do 7 - SUPER!
2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.
2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!