2026.08.21 Pera, IT (dzień 10)
Wczoraj Pera przywitała nas deszczem. Jak Darek opisywał miejscami lało tak mocno, że tylko cieszyliśmy się, że oglądamy to przez szyby balkonu. Dziś wg. pogody miało nadal padać więc zrobiliśmy małą zmianę i zamiast iść na największy i najpiękniejszy szlak na tym wyjeździe postanowiliśmy zrobić coś mniejszego prosto z naszego “podwórka” czyli prosto spod drzwi hotelu.
Wczoraj skasowaliśmy śniadanie na wynos zakładając, że dziś zrobimy mniejszy szlak, czyli uda nam się zjeść śniadanie w hotelu. Plan wydaje się idealny… no nie do końca. Nie wzięliśmy pod uwagę, że najlepsze okno pogodowe było gdzieś między 5-6 rano a 10. Jakbyśmy to bardzo sprytnie obmyślili to byśmy wstali o 4 rano, poszli w górki na wschód słońca i śniadanie zjedli gdzieś w schronisku. No nic mentalna notatka na następny raz.
Rano obudził nas zapach pieczonych croissants i muszę przyznać, że rzeczywiście były jedne z lepszych jakie jedliśmy w życiu. Z ciekawostek to Włosi średnio uznają “puste” croissant i każdy ma jakąś niespodziankę. Nutella i dżem są najpopularniejszymi nadzieniami ale też zdarzają się kremy pistacjowe itp.
Po śniadaniu, na balkonie doszliśmy do wniosku, że nie ma spania tylko trzeba iść w góry póki się da. Ja to nawet nastawiałam się, że pójdziemy w deszczu i zrobimy cały szlak. Ale Darek, stwierdził, że buty nie wyschną do jutra więc nie bardzo opcja chodzenia w deszczu przez 3-4h wchodzi w grę. No w sumi mądrze mówi. W pokojach nie ma ogrzewania a dnie i noce są dość chłodne więc ciężko będzie wysuszyć buty które na pewno w jakimś stopniu przemokną.
No to trzeba iść do pierwszej kropli. Nie do końca jest to dobry plan bo nadal może się zdążyć, że będziemy schodzić kilka godzin w deszczu ale ciężko jest człowiekowi zawrócić jak przecież nie pada. Gdzieś w tych wszystkich rozważaniach musiał być jednak rozsądek bo jutro robimy przeciwległe góry które z dołu wyglądają super (tak te ze zdjęcie poniżej).
Schodzić w deszczu się nie baliśmy bo trasa była super. Jak linia w Radziszowie. Normalnie jest to drogą którą ludzie dojeżdżają do schronisk. Nawet dziś minęły nas jakieś dwa czy trzy auta czyli jest to dość popularna miejscówka.
Spacer w deszczu też ma swoje uroki. A szczególnie jeśli jest taka zawiesina. Chmury są, ale warstwami i przesuwają się, albo pojawiają się tylko miejscami. Szło się super i widoki też były niesamowite, tylko ta wilgotność nas trochę dobijała. Na pewno stroje przeciwdeszczowe jak dobry by nie były nie pomagały w schładzaniu.
Na całej trasie, poza wspomnianymi samochodami nie spotkaliśmy nikogo poza jednym gościem który już schodził. Ciekawe czy zrobił to co my powinniśmy czyli czy wyszedł na wschód słońca.
Trochę ponad godzinę byliśmy na szlaku i niestety zaczęło padać. Szkoda bo naprawdę fajny szlak. Taki bardziej lokalny, nadal w fajnymi widokami, do góry ale w ogóle nie techniczny. Cudo.
Ciężko było rozstać się na dziś z tymi górami. Niedosyt duży został ale cóż, podobno jutro ma być już słoneczko i piękny spacer w nowych rejonach górek.
Nie wiele więcej nam pozostało jak wrócić do hotelu i leniuchować, nadrabiać bloga i trochę pracować. Rozważaliśmy, żeby gdzieś pojechać ale niestety tu wszystko jest na zewnątrz. Dzień odpoczynku też nie jest zły.
Jadąc na dwa tygodnie wakacji, i planując każdy dzień na zewnątrz to jest nie możliwe, żeby nie padało. I tak cieszyliśmy się, że dopiero teraz nas deszcz dołapał w dniach kiedy można było coś zmienić, kiedy nie mieliśmy wykupionych biletów z góry na kolejki czy drogi. Deszcze jest potrzebny i też ma swój urok więc wcale nas to nie zasmuciło tylko skorzystaliśmy z okazji, żeby w hotelowym barze nadrobić bloga.
I tylko od czasu do czasu wychodziliśmy pobiegać z aparatem jak przestawało padać i wychodziły znów fajne chmurki. Ogólnie to mnie nosiło. Rzadko mam tak, żeby mnie nosiło a tu jednak po 9 dniach w ciągłym ruchu ciężko mi było usiedzieć na fotelu dłużej niż 30 min.
Na kolację też zostaliśmy w hotelu. Dziś udało nam się mieć rezerwację więc mogliśmy zamówić full danie, darek poszedł w wołowinę a ja w rybkę. Oczywiście jak zobaczyłam pierogi z burakami to też musiałam wziąć. Moje ulubione danie z tego wyjazdu. Powiem wam tylko, że tu je zepsuli. Jakbym tutaj zjadła je po raz pierwszy to w ogóle by nie zrobiły na mnie wrażenia. W pierwszym hotelu zrobili je idealnie, bardzo delikatne ciasto, farsz to taka bardziej ćwikła która nie może się za długo gotować no i oczywiście posypane makiem co fajnie przyprawiało wszystko. Dziś ciasto było za grube, buraki bardziej ugotowane i jakoś to wszystko było słabo doprawione. Nawet wyglądały mniej apetycznie, nie?
Ryba może ładnie wyglądała ale smakowała tak tylko ok… jednak jak hotel tani to i na załodze i kuchni oszczędza. No ale my przyjechaliśmy tu w góry a nie na jedzenie więc cieszmy się, że mamy wybór a nie musimy tylko pizzy i kanapek jeść.