2026.08.20 Pera, IT (dzień 9)
Dzisiaj już niestety wyjeżdżamy z Ortisei i przenosimy się już do naszego ostatniego lokum w Dolomitach czyli do Pera lub Pera di Fassa albo Sèn Jan di Fassa. Tak, w tych rejonach Dolomitów miejscowości, rzeki, szczyty górskie…. mają potrójne nazwy.
Wywodzi się, to z historii tego rejonu. Dawno, dawno temu, jeszcze za czasów rzymskiego imperium rejon ten posługiwał się językiem ladyńskim. Język przetrwał stulecia dzięki naturalnej izolacji górskich wiosek.
Drugim językiem jest niemiecki. Rejon ten przez wieki był pod panowaniem Austro- Węgier, aż do końca Pierwszej Wojny Światowej. Silnie zakorzeniona kultura austriacka przetrwała wieki.
Trzecim językiem jest oczywiście Włoski.
Współczesne oficjalne dokumenty muszą być pisane w trzech językach, a ich wielojęzyczność jest chroniona prawem autonomicznym.
Dlatego jak szukałem hików w tym rejonie to często dostawałem różne nazwy szczytów czy miejscowości. Dopiero musiałem głębiej pokopać w internecie żebym się dowiedzieć o co tutaj chodzi. Człowiek bogatszy w wiedzę i nowe doświadczenie mógł wyruszyć dalej w poszukiwania.
Na dzisiaj nie mamy wiele w planie. Taki dzień na odpoczynek i przemieszczenie się do innej doliny. Ilonka musi się zdzwonić do pracy o godzinie 14, więc też nie było czasu na jakieś wielkie wyprawy samochodowe.
W końcu można było się wyspać i iść na śniadanko o 7:30. Super komfort, nie? Oczywiście byliśmy pierwsi, ale za chwilę zaczęli się schodzić inni goście hotelowi.
Dzisiaj nam się nigdzie nie spieszyło. Powolne śniadanie, pakowanie, trochę popracowanie i ogólnie taki leniwy poranek. W końcu! Wyjechaliśmy dopiero koło 10 rano.
Zupełnie inaczej wygląda droga o 6 rano niż o 10. Ilość samochodów, ludzi i wszystkiego innego na drodze była nieporównywalna do pustych dróg o 6 rano. Pomalutku, samochód za samochodem wyjechaliśmy na przełęcz Passo Pordoi.
Zjazd w drugą stronę zajął nam znacznie mniej czasu. Widać, że większość ludzi planuje wyjazd na górę a nie zjazd na dół przed południem. Co mnie zaskoczyło to ilość wyciągów jaka tutaj się znajduje. Co chwile jakaś gondola, krzesła czy kolejka górska przelatywała nam nad głowami. I to w dodatku wszystko czynne. Już się zastanawiam nad zimą tutaj. Lokalni mówili, że jest tu super w zimie. 1,250 tras narciarskich, kilkaset wyciągów, już nie wspomnę o niezliczonej ilości rifugio gdzie można odpocząć. Miałem takie sceptyczne podejście do nart w Dolomitach, ale myślę, że ten wyjazd to trochę zmienił.
Zjechaliśmy do Canazei w dolinie Val di Fassa. Do naszego hotelu w Pera mamy zaledwie 45 minut, więc postanowiliśmy jeszcze pojechać trochę w drugą stronę i pozwiedzać.
Znowu wspięliśmy się na kolejną przełęcz, Passo Fedaia. Znajduje się tutaj dolna baza wyciągów na jedyny lodowiec w Dolomitach, czyli Marmolada. Nie uśmiechało nam się płacić po €70 żeby wyjechać na umierający lodowiec. Z dołu też go dobrze widać.
Zresztą myśmy go dobrze widzieli jak wspinaliśmy się na Piz Boè parę dni temu.
Ludzi było trochę, ale nawet droga była niezakorkowana i można było trochę pojeździć po okolicy.
Na przełęczy znajduje się też górskie jeziorko Fedaia i parę knajpek. Pewnie zjedlibyśmy tutaj lunch z widokiem na górki, ale niestety musimy być w Pera najpóźniej o 13:30. Droga już się zakorkowała i nawigacja mówi, że pojedziemy ponad godzinę.
GPS nie kłamał. Mimo, że zjazd do doliny szybko nam poszedł, to miasteczka w dole były na maxa zakorkowane. Na szczęście dużo miejscowości nie mieliśmy po drodze i gdzieś koło 13 zajechaliśmy na parking pod naszym ostatnim hotelem w Dolomitach. Hotel X Alp w Pera.
Świetnie położony hotel w centrum Pera, ale w o wiele spokojniejszej dolinie niż Cortina czy Ortisei. Zaraz koło wyciągów, tras na hiki, baru, sklepu. Spędzimy w nim 4 noce. Mamy w planie 3 fajne hiki zrobić. Wszystkie oczywiście spod hotelu, więc w końcu nie będę musiał naszej mini resorówki odpalać.
Jak narazie to pogodę mamy wymarzoną w Dolomitach. Czasami może za ciepło, ale my wychodzimy rano, wiec to nas nie dotyczy. Deszcze też są ok. Trochę popada popołudniami, ale to też nas nie dotyczy, bo my już po „spacerkach”. Raz nam trochę dolało, ale to był spokojny „spacerek” od chatki do chatki więc nie było większego znaczenia. Dzisiaj natomiast deszcze wisiały w powietrzu. Czasami troszkę pokropiło, ale tak niegroźnie. Większość czasu i tak jesteśmy w samochodzie, więc też w sumie nas nie dotyczy.
Jak tylko weszliśmy do pokoju to zerwał się potężny wiatr i szybko się ściemniło, a przecież była 13:30. W ciągu paru minut zaczął padać deszcz a potem ostry grad. Tak ładowało lodem po balkonie, że aż się bałem o samochód. Na szczęście dach jest ze szmaty a o resztę się nie martwię bo mam pełne ubezpieczenie (obowiązkowe we Włoszech).
Ilonka zaczęła dzwonić do pracy, ja jej oczywiście w tym nie chciałem przeszkadzać. Miałem się przejść po okolicy, ale nie chciałem zmoknąć więc poszedłem do najważniejszej części hotelu, czyli do baru. Musiałem przecież przedstawić się barmance i sprawdzić co dobrego mają. Będziemy tutaj 4 dni. Trzeba wyrabiać sobie znajomości z lokalnymi.
Bar, jak to bar, pustawy trochę. Jest to zrozumiałe bo jest dopiero godzina 14. Posiedziałem chwilę, pogadałem, popisałem trochę bloga i godzinę później Ilonka do mnie dołączyła.
Około 16-tej przestało padać. Przynajmniej na godzinę lub dwie. Nie tracąc „dobrej pogody” poszliśmy się przejść po okolicy i zrobić jakieś zakupy na najbliższe hiki.
Ale było przyjemne powietrze po takiej ulewie. Takie orzeźwiające, rześkie i górskie. Temperatura może była w granicach 13-15C.
Aż się chciało iść gdzieś w góry i wejść w te chmury. Ale niestety wiedzieliśmy, że wielkie opady nadchodzą. Na dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień zapowiadają trochę opadów. Jutro mamy największy i najtrudniejszy dzień w górach na tym wyjeździe. Przy złej pogodzie wspinaczka tam jest nierozważna, a podczas burzy po prostu głupia. Wieczorem i w nocy jeszcze będziemy sprawdzać pogodę, ale już planujemy ewentualną zmianę planów na jutro.
10 minut od hotelu jest niewielki supermarket. Mały, ale ma wszystko co górołaz potrzebuje. Wodę, chleb, jakieś wędliny i oczywiście lokalne piwka.
Troszkę pochodziliśmy po miasteczku, ale w sumie to tu nic nie ma. Małe miasteczko, ale z przepięknymi górami. Na narty dla dobrego narciarza to nie polecam tego rejonu, ale na hiki jak najbardziej.
Wróciliśmy do hotelowego baru (czytaj: poczekalni na kolację) i gdzieś o godzinie 18 mogliśmy w końcu coś zamówić do jedzenia.
Jedzenie było takie sobie, więc nie będę się rozpisywał. Nawet wina nie zamawialiśmy bo nie było do czego. Niestety w Pera nie ma fajnych restauracji, są tylko hotelowe średniej jakości. W Canazei (pobliskie miasteczko w górę doliny) jest znacznie lepiej z knajpkami, ale niestety dzisiaj już trochę barowaliśmy i samochodu nie ruszamy.
Po kolacji jeszcze raz sprawdziliśmy pogodę na jutro, ale niestety się nie zmieniała. Dalej intensywne opady. No nic, w nocy jeszcze raz sprawdzimy czy są szanse na poprawę i czy można iść w wysokie góry. Jak nie, to wymyślimy jakiś mniejszy hike w bezpiecznej i zalesionej części gór. Kurtki przeciwdeszczowe przecież mamy, nie? Plusem deszczu jest możliwość wylegiwania się tak do 7 rano, a to na tych wakacjach luksus!