2026.08.23 Pera, IT (dzień 12)

Dziś mieliśmy dwie opcje… ponieważ przedwczoraj padało i nie wiele udało nam się zaliczyć, jeśli chodzi o góry to dziś mogliśmy albo iść na nowy szlak, albo prosto z hotelu powtórzyć szlak który zaczęliśmy robić w deszczu.

Ciężka decyzja. Z jednej strony, nowy szlak, nowe góry, nowe widoki były zachęcające. Z drugiej ten krzyż nad nami górował i nas wołał, bardzo byliśmy ciekawi co nas ominęło a do tego Darek powiedział, że schronisku na szlaku Sas de Pere da Fech jest taki starodawne. Nie była to łatwa decyzja.

Wieczorem jeszcze myśleliśmy, że jest tylko jedna opcja. Że trzeba zrobić ten szlak którego jeszcze nie zrobiliśmy a który Darek tak skrupulatnie zaplanował, czyli Cima undici via Pozza. Rano jednak perspektywa się zmieniła. Obudziłam się, przeanalizowałam to i zapytałam Darka, czy woli spać godzinę albo dwie dłużej i iść “na krzyż” czy robimy pierwotny plan. Darek tylko zobaczył przez okno, że nadal jest ciemno i wybrał “na krzyż”.

Myślę, że była to bardzo dobra decyzja bo naprawdę ciekawiło mnie co Sas de Pere da Fech ma do zaoferowania. Zdecydowanie lepsze opinie miał ten szlak niż ten drugi a do tego, jest to nasz pożegnalny szlak więc może warto zrobić coś w rozsądnych parametrach, żeby jeszcze czas na pożegnalne piwko był.

Początek trasy znaliśmy ale nie znaliśmy widoków. Zdecydowanie inaczej wygląda świat jak nie ma chmur. Jest też dużo cieplej, bo jak chmury to cień a tu jednak pomimo, że było koło 8-9 rano to już dość mocno smażyło.

Bardzo daleko można wyjechać tu samochodem więc szlak cały czas idzie dość szeroką trasą, która jest przeznaczona na auta. Aż byłam w szoku ile aut tu jeździ i nie wraca. Minęły nas może 3-4 samochody ale nadal spodziewałam się, że tylko dostarczą świeże croissanty i wrócą a tu zawracały całkiem inne auta.

Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że tu w górach są domki w których można mieć imprezkę na 8-10 ludzi. Cudo. Wyjeżdżają sobie, robią grilla, piją winko a potem albo śpią w polowych warunkach albo mają kierowcę który ich zwozi. Kiedyś fajnie by było zrobić taką imprezkę bo sceneria jest idealna.

My nie mamy wynajętego domku, nie mamy też autka które wywiezie tu pyszne mięsko i winko więc musieliśmy polegać na chatkach górskich. Zaraz przy rozgałęzieniu szlaków, tak mniej więcej po 2h wychodzenia do góry pojawiła się bardzo fajna restauracja.

To właśnie miało być to fajne tradycyjne schronisko, choć bardziej przypominało to restaurację i właśnie taką było. Nie jest to schronisko a po prostu knajpa pośrodku gór, z krowami za płotem, kurami, psami i świnkami morskimi chodzącymi wolno po domku i okolicach.

Weszliśmy na kawkę i ciacho żeby trochę ochłonąć przed dalszą wspinaczką. Darka zafascynowały sery jakie tam mieli w lodówkach więc pomimo, że obsługa była dość wolna to postanowiliśmy wrócić tu w drodze powrotnej na lunch.

Po krótkiej przerwie ruszyliśmy dalej w drogę bo nadal mieliśmy 300-400 metrów, aby zdobyć szczyt i dojść pod krzyż który cały czas widzieliśmy spod naszego hotelu.

Od restauracji szlak szedł stromiej w górę. Dalej mogą tu wyjeżdżać auta ale już tylko takie z większym zawieszeniem. Tutaj też są pochowane po górach te domki które przypominają nasze ogródki działkowe tylko oni mają zdecydowanie lepsze widoki. Szkoda, że moja babcia czy dziadek nie mieli takiego domku. Fajnie by było wyskoczyć na weekend na “wieś” na grilla.

Za domkami już była polana do góry. Tu już tylko na koniach albo na nogach można iść. Przez polankę poszło w miarę szybko i doszliśmy do lasu. Tu szlak trochę się zmienił na taki leśny ale fajnie bo ubywało wysokości i szybko weszliśmy na grań.

A granią już myku cyku prosto do krzyża.

Sas de Pere da Fech to szczyt który ma 2125 m wysokości i kończy się przepaścią. Dzięki temu są niesamowite widoki na całą dolinę i okoliczne pasma górskie.

Lataliśmy jak gupole po paru metrach kwadratowych szczytu bo naprawdę widoki były pierwsze klasa.

Widoki były na szczyt który dziś olaliśmy ale też na szczyty które robiliśmy wczoraj. Tak że cała dolina na naszej dłoni się prezentowała.

Przy krzyżu jest ławeczka i kilku lokalnych sobie zrobiło tu przerwę na lunch albo po prostu grało w karty. Bardzo przyjemny pomysł na spędzenie niedzielnego popołudnia.

My kanapek ani kart nie mieliśmy więc spędziliśmy czas na podziwianiu widoków i po zrobieniu tony zdjęć ruszyliśmy w dół.

I znów wylądowaliśmy w naszej ulubionej knajpce w górach. Choć w sumie to się zastanawiam czy ulubionej czy jedynej. Knajpka (Malaga Jumela) ogólnie spoko, fajny widok, dobre jedzenie. Natomiast obsługa dość wolna, wino okropne… tak więc tylko w połowie ulubiona.

Oczywiście na dzień dobry musiały polecieć lokalne sery. Skoro mają ty tyle krów, w lodówkach widać, że sery dojrzewają to zakładaliśmy, że będą pyszne i tak też było.

Samymi serami człowiek jednak nie żyje więc poleciały też hamburgery. Polecane przez panią kelnerkę. Menu mieliśmy po włosku więc i tak nie wiele rozumieliśmy więc nawet jakbyśmy chcieli coś innego to byśmy nie bardzo wiedzieli co zamówić. Ale jak się spytaliśmy kelnerki co poleca to powiedziała hamburgery więc na to padł nasz wybór. Były fajne. Dużo mniejsze niż te do których przywykliśmy w Stanach ale to i dobrze bo serów jeszcze mieliśmy trochę do zjedzenia.

Niby takie mniejsze te hamburgery i bez frytek a jednak się objedliśmy. Kolejny raz potwierdziła się zasada, że nie o ilość chodzi a o jakoś. Świeże, dobrej jakości mięsko, bogate w składniki odżywcze dało nam energii na drogę w dół. Stąd to już cały czas mieliśmy w dół ale jednak te 600 m do pokonania było. Niektórzy zbiegali, inni schodzili ostrożnie. My mieliśmy kijki więc nam to szło w miarę szybko ale z bieganiem nie ryzykowaliśmy, jeden ślizg na tym żwirze i same problemy. Lepiej zejść jak człowiek a nie spieszyć się na złamanie karku. Piwko na dole poczeka.

No i zeszliśmy na naszą polankę pod hotelem. A na polance… coś czego nie było dwa dni temu, ani dziś rano… Katapulta.

Bar Katapluta wyczaiłam już w pierwszy dzień jak tu przyjechaliśmy jak szukałam gdzie można w okolicy zjeść. Bar miał bardzo dobre opinie ale niestety słabą ofertę jedzeniową. Tak więc nie skorzystaliśmy w pierwszy dzień. W drugi też nie bardzo bo po zdjęciach wyglądało jakby miał głównie miejsca na zewnątrz. Dziś był idealny dzień na odwiedzenie Katapulty. Słonecznie, nie byliśmy głodni a do tego nasz ostatni dzień w Dolomitach. Dziś oficjalnie zakończyliśmy hiki. Zrobiliśmy na nogach ponad 150 km. Zeszliśmy trochę tych gór choć pewnie jest to mała porcja tego co Dolomity maja do zaoferowania. Nadal, jesteśmy dumni z naszych osiągnięć i ze zdartych butów.

I takim oto sposobem Katapulta okazała się idealnym miejscem na pożegnanie naszych wakacji. Siedzieliśmy przy zimnym piwku, podziwialiśmy góry i zastanawialiśmy się dlaczego krzyż jaki widzimy z dołu jest biały kiedy na górze był czerwony. Tej zagadki chyba nie rozwiążemy dziś… dziś możemy tylko rozwiązać buty.

Knajpka fajna tylko pierwsza kelnerka słabo po angielsku mówiła, więc nie bardzo mogliśmy się dogadać, że my chcemy troszkę lepsze piwko. Ale na szczęście (albo nie szczęście) szybko przyszła kelnerka która po angielsku dobrze mówiła, poleciła nam inne piwo (bardziej lokalne) i od razu zaczęło się lepiej siedzieć. Tak się fajnie siedziało, że zamknęliśmy tą budę.

No ale jak przy tak pięknej piance nie delektować się piwkiem. Do tego piwkiem za darmo. W Europie nie ma za bardzo kultury dawania rzeczy za darmo. W Stanach przywykliśmy, że co trzecie piwko jest za darmo… albo po prostu w pewnym momencie przestają liczyć. W Europie nie liczymy na to więc dodatkowo miło nam było jak na koniec kelnerka dała nam kolejkę za darmo i jakieś panini do zjedzenia. Panini wylądowało w paszczy lokalnego pieska bo tak słodko na nas patrzył ale piwko wylądowało oczywiście w naszych buziach.

Kolejną różnicą jest, że w Stanach nie potrzeba czołówek jak się wraca do domu natomiast tu było to bardzo wskazane. Dobrze, że do hotelu mieliśmy niecałe pięć minut. Tylko przejść mostek i już byliśmy w domu. To były cudowne wakacje. Jutro jedziemy do winiarni więc nie do końca wakacje się kończą ale kończą się górki. Ja wiem, że dla większości ludzi pobudki o 4-5 na ranem i chodzenie po górach po 15-20 km nie jest definicją relaksu ale dla nas jest i to najważniejsze.

Next
Next

2026.08.22 Pera, IT (dzień 11)