2026.08.25 Dolomity, IT (dzień 14)
Wakacje w Dolomitach dobiegły końca. Zdecydowanie był to udany wyjazd i na miarę tych wakacji z tak zwanej “bucket list”.
Śledząc nasze wycieczki wiecie, że podróżujemy wszędzie. Afryka, Europa, lokalnie i dalej. Zawsze ciągło nas do najbardziej odległych miejsc i wydawało nam się, że jak dwa tygodnie wakacji to pasuje polecieć gdzieś 14 albo więcej godzin.
Niestety lecenie klasą biznesową ze Stanów do Azji czy Australii jest nadal za drogie więc rozważając wakacje w tym roku był jeden podstawowy dylemat. Czy lecieć krócej a lepiej czy dłużej a w zwykłej klasie. Do tego doszedł jeszcze cały pobyt. Kolejny dylemat czy wybrać zachodni świat jak Europa i delektować się jedzeniem, wyjść spokojnie na miasto czy jechać gdzieś gdzie jednak potrzebny jest przewodnik, gdzie drogi nie koniecznie są dobre albo gdzie menu trzeba czytać z Google Translator. Postawiliśmy na wygodę… jakoś po Afryce w zeszłym roku zachciało mi się wygodnego łóżka, pięknych szlaków górskich i pysznego jedzenia na kolację. Ktoś powie.. ale to tak codziennie to samo, a ja powiem, że Dolomity mają wszystko… i to wszystko z różnych części świata. Bo Dolomity to….
PRAWIE JAK DISNEYLAND
Ok, prawie robi różnicę ale pomimo, że dla każdego Disneyland kojarzy się z czymś innym to dla każdego jest to magiczny świat w którym wszystko jest możliwe i wszystko jest cudowne… tak jak dla nas górki.
PRAWIE JAK SINGAPOUR
Już pierwszego dnia w Mediolanie zaskoczyło nas jak dużo zieleni tam jest i jak fajnie wkomponowana jest ona w architekturę i budynki.
PRAWIE JAK MACHU PICCHU
Pierwszy szlak był przepiękny. Ciężko mi powiedzieć który był najładniejszy ale pierwszy raz pamięta się zawsze najbardziej więc ten szlak zdecydowanie wygrywa. Jak zobaczyłam te stosy wapiennych kamieni i piękne szpiczaste góry w tle to poczułam się jak na Machu Picchu. Wiem… prawie… ale kamienie kamieniami a widoki tak samo powalające.
PRAWIE JAK EL CAPITAN W YOSEMITE, NP
Drugi szlak był w rejonie gdzie dużo szlaków jest Via Ferrata i ludzie wspinają się po pionowych skałach. Od razu przypomniał mi się film “Free Solo” i słynne wyjście an El Capitan w parku narodowym Yosemite.
PRAWIE JAK TORRES DEL PAINE
Kolejny dzień i kolejny szlak przeniósł nas do Ameryki Południowej i krajobrazu jak z parku Torres del Paine. Wydawałoby się, że Dolomity to wszystko to samo ale urok tego rejonu jest właśnie w tej różnorodności krajobrazów.
PRAWIE JAK WYSPY OWCZE
Gracie już w tą grę z nami? Jak śledziliście dobrze bloga to miejsca te powinny być dla was znajome. Jak wyjechaliśmy na Seceda to od razu poczułam się jakbym przeniosła się do Irlandii albo nawet lepiej na Wyspy Owcze.
PRAWIE JAK KSIĘŻYC albo DOLINA ŚMIERCI
Piz Boh to zdecydowanie krajobraz księżycowy albo jakiś parków na zachodzie Stanów jak na przykład Dolina Śmierci. Suchy, skalisty, szaro-czerwony krajobraz często kojarzy nam się z księżycem bo jak tu może coś żyć…
PRAWIE JAK POLSKA
Jak polskie pączki to musi być Polska, nie? Pączki zdecydowanie były tematem przewodnim ósmego dnia ale nie tylko pączki przypominały nam Polskę.
Szlaki w Dolomitach przypominają szlaki w Tatrach. Są ciężkie i porównywalne do Orlej Perci, są bardziej rekreacyjne. Ale to co mają wspólnego to, że jest bardzo duża siatka szlaków i często widać na kilometry do przodu gdzie idzie szlak i kilka innych w zasięgu wzroku. Ta przestrzeń wizualna i ciągłe rozgałęzienia zdecydowanie przypominają Tatry… takie “trochę” większe Tatry. No i oczywiście schroniska… choć tu schroniska są bardziej jak w Zermatt.
PRAWIE JAK ZERMATT
Zermatt kochamy za piękne góry, jeszcze ładniejsze szlaki i restauracje z pysznym jedzonkiem w środku tego raju. Dolomity i ich schroniska też są cudo więc zdecydowanie można porównać te dwie destynacje. Nie byliśmy nigdy w Zermatt latem więc ciężko nam powiedzieć gdzie są mniejsze tłumy ale podejrzewam, że spokojnie można porównać te dwa rejony. Zermatt ma plus, że dużo szlaków wychodzi z miasteczka i nie trzeba ruszać auta. Tutaj sprawa ma się troszkę inaczej.
PRAWIE JAK DOLOMITY
Te małe urywki gdzie widok przypominał nam inne miejsce to tylko potwierdzenie, że wcale nie trzeba lecieć 14h żeby mieć coś unikatowego. Tak czasem warto pojechać na safari i zobaczyć lwa czy naprawdę odwiedzić Torres del Paines, bo prawie robi różnicę. Ale Dolomity i północne Włochy to piękny rejon który ma dużo unikatowych rzeczy sam w sobie.
O górach pisaliśmy bardzo dużo i zachwalaliśmy ich szlaki. Rada? Nie używaj Instagrama jak będziesz planować ten wyjazd. Poszukaj trochę głębiej w Internecie a znajdziesz perełki bez ludzi. Na tym wyjeździe zrobiliśmy ponad 160 km na nogach (100 mil). Niestety nie oznacza to, że schudliśmy bo jest to nie możliwe przy tak pysznym jedzonku…
Najbardziej jedzeniowo zaskoczyły mnie pierogi z burakami. Skoro wszyscy nasi czytelnicy pytali się o przepis to proszę… Casunziei. Z tym chrzanem tam nie jestem pewna ale jestem przekonana, że czułam go troszkę więc polecam spróbować.
Obiad bez wina to fast food więc nie mogło zabraknąć wina na naszym wyjeździe. Europę lubimy nie tylko za wybór win jaki mają w restauracjach ale też za ceny. Dużo bardziej przystępne niż w Amerykańskich restauracjach. No i oczywiście Prunotto i wizyta w winiarni była wisienką na torcie.
Jak widzicie Włochy były cudowne i zaoferowały więcej niż oczekiwaliśmy. Tak dużo “prawie” a prawie robi różnicę ale czy na pewno robi różnicę jak budzisz się rano w winiarni, wśród idealnej ciszy, jesz śniadanie z widokiem na winnice Barollo a potem wracasz do domu Emiratami i po raz pierwszy raz w życiu chcesz, żeby samolot leciał dłużej.
Niestety dziś wracamy już do domku. Obudziliśmy się rano w pustej winnicy, wśród idealnej ciszy, z pięknym widokiem. Jak miło, że mieliśmy balkon i mogliśmy zażyć chłodnego porannego powietrza zanim temperatury znów zwariują.
Po śniadanku pożegnaliśmy się z kierownikiem i pracownikami winiarni, wskoczyliśmy po raz ostatni w naszą resorówkę i ruszyliśmy na lotnisko.
Wracamy też jak królowie. Z tą różnicą, że w Mediolanie lepiej ogarnęli i można do samolotu wejść prosto z lounge. Niby taka mała rzecz a tak wszystko zmienia. Nie musisz chodzić po lotnisku, nie musisz się zastanawiać kiedy wyjść i jak daleko masz do gate. A przede wszystkim w ogóle nie czujesz, że podróżujesz. Z wygodnego fotela w lounge, przenosisz się tylko na równie wygodny fotel samolotowy.
My już obeznani w samolocie to w drodze powrotnej nie lataliśmy z aparatami jakbyśmy pierwszy raz samolot widzieli. Tym razem mogliśmy naprawdę skupić się na używaniu wszystkich udogodnień i porozmawianiu z załogą która ma dla ciebie czas i chętnie porozmawia z tobą na każdy temat i w każdym języku. Tym razem nie było Polaków na naszym pokładzie. Była Agnieszka na niższym pokładzie ale niestety tam załoga jest zabiegana i nie udało jej się przyjść do nas powiedzieć “cześć”.
W Emiratach każdy z załogi jest bardzo miły i ich gościnność jest na najwyższym poziomie więc nie ważne czy Polak czy nie to dbali o nas dobrze i donosili tylko czekoladki bo czekoladki i jedzenie to pyszne tam mają.
Było tak cudownie, że pod koniec lotu zaczęliśmy się zastanawiać dlaczego to już koniec. Następnym razem trzeba będzie wziąć ten lot ale na jakiś dłuższy dystans… tak z 14h jak nic, żeby się dobrze wyspać.