2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)
Monaco nie ma lotniska. Lądowiska na helikoptery jak najbardziej ale lotniska gdzie większe samoloty dla plebsu mogą lądować niestety nie istnieje. Najbliższa opcja to Nicea albo Genua. Skoro w Nicei już byliśmy, to postanowiliśmy wylot zorganizować z Genua we Włoszek.
Dostanie do Genoa zajmie nam około 3h więc woleliśmy wcześniej wstać i wziąć wcześniejszy pociąg, żeby jeszcze coś tej Genua zobaczyć. Wcześniejszy pociąg oczywiście łączy się z wcześniejszą pobudką i dlatego po raz pierwszy na tym wyjeździe załapaliśmy się na wschód słońca.
Po śniadanku zapakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Monako jest dość małe więc szybko się zorientowaliśmy w mieście i teraz już jak lokalni prosto szliśmy na dworzec. Nawet ludziom po drodze podpowiadaliśmy jak mają dojść. Jak Darek pisał GPS czasem się gubi w tym mieście bo jest wiele poziomów i nie wiadomo dokładnie na jakiej ulicy jesteśmy ale po paru razach jak się przejdzie tam i z powrotem to można łatwo się rozeznać.
Do Genua nie ma bezpośredniego przystanku i trzeba się przesiąść na pierwszej stacji po stronie Włoskiej. Z ciekawostek o których myśmy nie do końca wiedzieli to Monako nie graniczy z Włochami. Ze wszystkich stron otoczone jest przez Francję. Tak więc najpierw z Monako wjechaliśmy do Francji aby potem wjechać do Włoch.
W Ventimiglia przesiadaliśmy się z podmiejskiego pociągu do prawdziwego InterCity. Zdecydowanie komfort jazdy się poprawił a też odległości szybciej ubywało. W Ventimiglia mieliśmy dłuższą przesiadkę. Nie było to wymagające ale skoro wczoraj jadąc do Nicei nasz pociąg się spóźnił to woleliśmy nie ryzykować. Zawsze mogliśmy się przejść po kolejnym włoskim miasteczku.
Miasteczko bardzo małe. Kilka sklepów przy dworcu i nie wiele poza tym. Pewnie takie bardziej lokalne gdzie turyści się tylko zabłąkają jak mają przesiadkę. Na szczęście nasza przesiadka była tylko 30 min więc spacerek, porobienie zdjęć pociągowi i zakupienie piwka na dalszą drogę wypełniło ten czas.
Podróż pociągiem minęła przyjemnie. Tutaj mieli już więcej miejsca na bagaż (nie to co Francuzi na trasie Marsylia - Monako). Pociąg leciał około 200km/h ale głównie tunelami więc widoków aż tak nie powiedzieliśmy. Czasem tylko się jakaś plaża z palmami przewinęła.
Do Genua zajechaliśmy koło 13:30. Idealnie, żeby zostawić bagaże w hotelu i pozwiedzać trochę miasta. Do hotelu podjechaliśmy metrem. Można było na nogach ale zajęłoby to jakieś 30 min więc oszczędność czasu wygrała. Do tego perspektywa chodzenia z ciężkim plecakiem po kolejnych schodach nie była zbyt zachęcająca dla mojej kostki która troszkę poczuła spacer po wzgórzach Monte Carlo.
Genua jest kolejnym miastem położonym na wzgórzach. Tak więc i tu nie brakuje schodów, stromych podejść i paru poziomów ulic. Czasem się zastanawiałam czy nawet nie jest bardziej stroma niż Monako.
Z kolei jak się zejdzie bliżej wody do dzielnicy Molo to schody zmieniają się w wąskie uliczki w które z początku człowiek może bać się wejść dopóki nie zorientuje się, że tutaj każda uliczka tak wygląda i jest to bardziej urok tego miasta niż zagrożenie.
W Genua mieliśmy plan znaleźć jarmark świąteczny. Darek gdzieś wyczytał, że jest tu najlepszy. Co prawda pan w hotelu powiedział, że otwierają dopiero w weekend to my się nie poddawaliśmy i na siłę chcieliśmy go znaleźć. Jakoś nie wierzyliśmy lokalnemu pracownikowi sektora turystycznego… pewnie było to nasz błąd ale poszukiwanie jarmarku zdecydowanie pomogło nam poznać miasto i przejść się po mieście z jakimś celem w głowie.
Pierwszy market znalazł Darek ale przypominał targ z chińskim badziewiem. Tak szybko jak tam weszliśmy to wyszliśmy wiedząc, że grzanego wina raczej tu nie dostaniemy. Drugi znalazłam ja i pomimo, że nie był to jarmark świąteczny to miałam nadzieję, że grzane wino będzie. Był to bowiem market gdzie teoretycznie można było pochodzić od stoiska do stoiska i popróbować lokalnych smakołyków i trunków. Niestety jakoś nie miał klimatu więc też długo tam nie zabawiliśmy, znów przyszła kolej na Darka i tym razem znalazł market z choinką i mniej chińskim badziewiem a więcej z rękodziełami ale widać, że to dopiero początki bo dużo budek nie mieli.
Skoro nie ma świątecznego marketu to może przynajmniej bar nam się uda znaleźć bo fajnie by było się zagrzać. Włosi coś z barami mają bo jakoś ich jest mało. My jednak przywykliśmy do mieszkania w NY gdzie wszystko jest wszędzie otwarte prawie 24h na dobę. Rzadko się zdarza, że coś nie możemy zrobić bo coś jest nieczynne. We Włoszech mieliśmy to i w Rzymie i w innych miasteczkach, że chodzi się po mieście i są restauracje ale często czynne dopiero wieczorem. A co jeśli ktoś jest turystą i chce po prostu gdzieś usiąść?
Nie ma takiej opcji… w Europie się nie siedzi. W Europie się chodzi i stoi… szukanie baru jakoś się nie sprawdziło, bo wszystko otwierają dopiero 19-20 godzina ale istnieje coś takiego jak Viniernia.
Nie do końca wiem jak przetłumaczyć słowo Viniernia. Jest to bowiem połącznie sklepu i baru z winami. Nie ma za bardzo możliwości siedzenia, i ludzie wchodzą na tak zwanego jednego a zostają na kilka. Wino serwują w szklankach literatkach i kosztuje między 1.50 - 2.50 EUR. Ale jest to całkiem dobre wino i nawet masz dość dużo opcji. Opcja piwa czy mocniejszego alkoholu tez istnieje.
Na przykład jak nie masz ochoty na wino to możesz zamówić Wściekłego Psa. Chyba nasi też tam dojechali. My popróbowaliśmy różne wina i naprawdę jak na taką cenę byliśmy bardzo miło zaskoczeni. To nie to co płacenie w stanach $10-$20 za kieliszek wina a jakość wcale nie jest gwarantowana.
Ciekawy koncept biznesu, zdecydowanie widać, że popularny wśród lokalnych. Turystów to chyba tu nie było. My jednak postanowiliśmy dalej poszukać szczęścia i pozwiedzać trochę. Podeszliśmy do portu zobaczyć czy można wyjechać na górę i podziwiać panoramę miasta.
Tak zwany pająk był niestety zamknięty, chyba na sezon. Port fajną miejscówką jest do pospacerowania ale w zimie od wody chłodek jest więc jakoś nie zachęca na długie spacery. Szybko weszliśmy z powrotem w zakręcone uliczki Genua.
Chyba kręciliśmy się w kółko. Niby non-stop wchodziliśmy w jakąś nową uliczkę ale średnio co 10-15 min kończyliśmy koło tej samej katedry czy kościoła.
Robiło się późno i głód nas dopadał więc postanowiliśmy zmienić kierunek, opuścić rejony portu w których tylko kręcimy się w kółko i uderzyć w inną część miasta gdzie podobno jest dobra włoska restauracja.
A była dobra bo w prostym sosie pesto czuło się każdy jeden składnik. Bazylia, czosnek.. wszystko takie świeże idealnie połączone. Aż do dziś mam w głowie ten smak.
Darek też na swoją krówkę nie narzekał choć tiramisu dużo bardziej mu smakowało.
Po takim obżarstwie nie pozostało nam nic innego jak pokonać setki schodów w drodze do hotelu. I to właśnie jest przepis jak pozostać szczupłym w Europie. Nie ma łatwo, nie ma że z restauracji prosto do auta. Zjadło się to teraz trzeba to spalić. A żeby nie było za łatwo to wybudują schody.
Jutro wracamy do domu. Mamy nadzieję, że podróż będzie bez większych przeszkód i nie będziemy mieli co opisywać na blogu. Nasza Europejska przygoda dobiega końca. W tym roku nie było za dużo wpisów… tylko 35 ale liczy się jakość a nie ilość. Mam nadzieję, że podobają się wam nasze sprawozdania i czyta się wam tak samo fajnie jak nam się pisze.