2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)

Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…

No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.

W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.

Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.

No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.

Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.

Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.

Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.

My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.

Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.

Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.

Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.

Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.

Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.

Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.

Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.

Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.

Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.

Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.

Previous
Previous

2025.12.02 - Genua, IT (dzień 5)

Next
Next

2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)