Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 17
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 54
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 77
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2025.12.01 Monte Carlo, MC & Nicea, FR (dzień 4)
Pojechać na wakacje bez garnituru i sukni wieczorowej…pomyłka na całego. Czyżby? No zdecydowanie nie nasz styl, żeby podróżować z dużą ilością bagażu, więcej niż dwoma parami butów czy ubrań które trzeba prasować. Jednak jeśli chce się wejść do najsłynniejszego kasyna, kasyna Monte Carlo to trzeba się odwalić. Byle kogo tam nie wpuszczają…
No chyba, że jest się dziubdziuk i zawsze się znajdzie jakieś tylne wejście albo użyje uroku osobistego, żeby dostać się w miejsca w których selekcja gości jest na porządku dziennym. Niestety często istnieją stronnicze poglądy które sprawiają, że ludzie oceniani są po wyglądzie. My mamy w nosie takie miejsca i zawsze wychodzimy z założenia, że jak nas nie wpuszczą to ich strata, nie nasza.
W przypadku Buddha Bar parę dni temu trzeba było być pewnym siebie, dziś w kasynie, trzeba było być o odpowiedniej godzinie i kupić bilet. Wejście do kasyna kosztuje 20 EUR na osobę ale dostaje się bon na 10 EUR do przegrania w maszynach (jednorękich bandytach) albo do przepicia w barze. Zgadnijcie co myśmy wybrali? Myśmy wybrali przepicie ale potem i tak przegraliśmy… no bo jak by to nie było, żeby nie zagrać w najsławniejszym kasynie na świecie.
Zanim jednak przegraliśmy kasę - uprzedzę fakty i powiem, że tylko 50 EUR - to Darek z nadzieją, że jednak wygramy miliony poszedł rano szukać co kupić za te wygrane miliony… albo miliardy.
No i znalazł. Łódka…albo yacht… bo sama nie wiem jak to nazwać. Niby takie skromne, niby takie zabudowane ale…. tam w środku musi się dziać. Cała ekipa się zmieści. Darek sprawdził czy ładnie sprzątają i wrócił ze spacerku. Ja w międzyczasie musiałam nadrobić trochę pracy, żeby mieć co przegrywać w kasynie.
Kasyno Monte Carlo powstało w połowie XIX wieku kiedy to uwczesna rodzina królewska (Grimaldi) znalazła się w ciężkiej sytuacji finansowej. Jako rozwiązanie problemów finansowych książe Karol III postanowił otworzyć kasyno. Hazard był zabroniony w sąsiednich krajach więc nadzieja była, że kasyno ściągnie turystów a co za tym idzie pieniądze.
Brak infrastruktury i małe zainteresowanie niewielkim księstwem nie sprzyjały przyciągnięciu kapitału, w końcu udało się przyciągnąć inwestora z Francji (Francois Blanc) który za 1.7mln franków oraz roczną sumę 50tys franków plus 10% zysku netto uzyskał koncesję na 50 lat. To było w 1863 roku a kasyno dalej działa.
Książe Albert z końcem XIX wieku chciał zamknąć kasyno. Były nawet poważne rozmowy aby przenieść kasyno do Lichtenstein. Na szczęście wygrała kasa, książę z Blanc’iem się dogadali i kasyno zostało w Monako. I dzięki temu James Bond mógł rozrabiać tam w Nigdy nie mów nigdy czy GoldenEye.
My w kasynie nie rozrabialiśmy jak James Bond. Łatwiej jest przepić kasę niż przegrać. Co prawda najpierw wygrywałam, i może jakbyśmy odeszli od stołu w odpowiednim momencie to by nam się zwróciło co zainwestowaliśmy ale nie byłoby zabawy. Ja wychodzę z założenia, że raz na 10 lat jak idę do kasyna to mogę “zainwestować” $50 i zobaczyć co się stanie. W 99.9% czasu przegram i to jest wliczone, ale zabawa jest. Tak naprawdę to był mój trzeci raz w kasynie. Za pierwszym razem (Chamonix) wygrałam. Za drugim (Las Vegas) wyszłam na zero… no i teraz mam przegraną. Czyli teoretycznie wszystko na zero… bo w Chamonix też wygrałam ok. 50 EUR.
Graliśmy dokąd piwo mieliśmy a że piwo na szczeście małe to szybko się skończyło i nie kusiło nas, żeby więcej zainwestować w to kasyno.
Kasyno samo w sobie fajne. Fakt faktem nie było dużo ludzi, ale było takie bardziej ekskluzywne. Nie dziwię się, że wieczorem wymagają strojów wieczorowych. Przynajmniej nie robią z tego chłamu jak jest w Vegas. Głośne maszyny, ludzie palący albo pijaki toczące się od maszyny do maszyny. To jest Vegas. Tu jest kulturka, drzwi do toalety rozsuwają się na fotokomórkę, wszystko ładnie urządzone… tak, że aż głupio się spić kolorowym drinkiem z tanią whiskey i colą. Tutaj pije się martini… wstrząśnięte, nie mieszane.
Główny plan na dziś (poza Kasynem) było odwiedzenie Nicei ale Darek wymyślił, że zanim opuścimy Monte Carlo to trzeba podejść na plażę. Nie do końca rozumiałam jego cel bo przecież za plażami to my nie przepadami ale jak chciał to ja tam mogę kroki zrobić. Na plażę z Kasyna nie było daleko… potem dojście do dworca będzie ciekawe bo plaża jak to plaża na poziomie zero jest, dworzec parę poziomów wyżej więc trochę po schodach będziemy musieli skakać.
Pewnie w lato na plaży toczy się życie widać, że poza wypasionymi apartamentowcami (z podjazdem na łódki) są też knajpki, leżaki i wszystko inne co przyciąga turystów i nie tylko. Ten apartamentowiec zdecydowanie zrobił wrażenie. W Nowym Yorku się pytasz czy apartamentowiec ma siłownię, basen. O parkingu nawet się za bardzo nie myśli. W Monte Carlo, pytanie jest czy ma parking na łódki. Co kraj to obyczaj jak to się mówi.
Na plaży tak mocno wiało, że szybko zawróciliśmy i ruszyliśmy na schody, żeby wspiąć się na poziom dworca. Chyba nie byłam w żadnym mieście które jest aż tak wielopoziomowe. Niby Hong Kong był ale tam było to bardziej sztuczne i wynikało z potrzeby rozładowania transportu i ruchu pieszego aby ominąć korki. Tutaj wielopoziomowość wynika z ukształtowania terenu.
Do Nicei pociągi jeżdżą dość często. Co 15-20 minut. Zazwyczaj ludzie nocują w Nicei i przyjeżdżają do Monte Carlo zwiedzać. My woleliśmy spędzić więcej dni w Monako niż w Nicei więc zrobiliśmy to na odwrót. I dobrze. Monte Carlo bardziej nam się podobało.
Do Nicei odjechaliśmy dość późno. Idealnie na zachód słońca. To trzeba im przyznać, że zachód słońca jest tu piękny. Sama Nicea natomiast jest fajna ale jest to dość duże miasto. Brakowało nam świątecznych straganów z grzanym winem. Po pierwsze to fajnie by było się ogrzać bo od wody to wieje, po drugie byłby lepszy klimat. Tak to większość miejsc była albo zamknięta albo pusta. Wiadomo, że tutaj życie wieczorne zaczyna się dużo później ale mimo to myślę, że fajny kiermasz świąteczny przyciągnął by więcej turystów i wypełnił knajpki.
Niby jakaś dekoracja tam była i coś zaczynali rozkładać ale jeszcze z tydzień potrzeba do pełnego efektu. Pospacerowaliśmy trochę po starej Nicei, między budynkami tak już nie wiało a europejskie wąskie uliczki sprawiły, że na chwilę przenieśliśmy się z klimatu dużego miasta do bardziej kameralnej starej Europy.
Kolację postanowiliśmy zjeść w Nicei. Stwierdziliśmy, że przynajmniej nie będą wymyślać z dress code więc może uda nam się zjeść bardzo dobry posiłek pomimo, że jesteśmy w bluzach dresowych.
Tak też się stało. Fajne francuskie jedzonko oczywiście z francuskim winem. Choć Darek stwierdził, że moje duszone mięso wieprzowe jest lepsze niż ich tradycyjny Beef Bourguignon. Po kolacji wróciliśmy do Monako i do hotelu. Kolejny dość obfity dzień za nami. Jutro czas opuszczać Monako. Było fajnie i chyba najbardziej zapamiętam Buddha Bar - to tam poczułam, że naprawdę jestem w Monte Carlo.
2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)
Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.
Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.
Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…
Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.
Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.
W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.
Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.
Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.
Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.
Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.
Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….
Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.
Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.
Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.
Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.
Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.
„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.
Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.
Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!
Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.
Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.
Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.
Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.
Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.
Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.
Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.
Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.
Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.
Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.
Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!
Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!
Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.
Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.
Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…
Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.
2025.11.29 Marsylia, FR & Monte Carlo, MC (dzień 2)
Wsiąść do pociągu, byle jakiego, nie dbać o bagaż (za wiele go nie mamy - tylko po plecaku), nie dbać o bilet (Ilonka wczoraj je kupowała przy trzeciej butelce wina - ciekawie gdzie zajedziemy) tylko patrzeć jak wszystko zostaje z tyłu…Wsiąść do pociągu….
Tak też było. Dostałem bilet SMS-em, nazwę dworca i prowadź. Dasz radę, Ilonka powiedziała. Pewnie, że dam! Pociąg do Monte Carlo mamy dopiero o godzinie 14, więc zanim do niego się załadujemy to by trzeba coś lokalnego pozwiedzać. Wpierw oczywiście klasyczne, tradycyjne, francuskie śniadanie.
Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer starym portem w kierunku bazyliki Notre-Dame de la Garde.
Szkoda, że nie mamy hotelu z kuchnią, bo tak świeżutkich rybek jak tutaj w starym porcie to ja dawno nie widziałem. Zapach może nie był idealny, ale tak jak z serami, im bardziej capi tym lepszy.
Bazylika znajduję się na dość sporym wzgórzu, z którego widoki na morze i miasto otoczone górami są wspaniałe. Niestety żeby tam dojść to trzeba trochę stromo do góry iść. Jakieś 30 minut.
Dobrze, że nie jesteśmy tutaj w lato bo pewnie jest tu przyjemnie „cieplutko” podchodzić do góry.
Bazylika znajduje się na najwyższym wzgórzu miasta i powstała gdzieś półtora wieku temu.
Kiedyś służyła też jako latarnia morska dla statków wpływających do portu w Marsylii. Aktualnie jest popularnym miejscem dla pielgrzymów.
Ze wzgórza bazyliki można zobaczyć wyspę If z zamkiem. XVI wieczny zamek był przez jakiś czas również więzieniem i to właśnie w nim Aleksander Dumas umieścił swojego bohatera w książce Hrabia Monte Cristo. A skoro to jest Ilonki ulubiona książka to nie mogło się obyć bez zdjęcia.
Troszkę pochodziliśmy wokół katedry, nasycili oczy widokami i ruszyliśmy w kierunku hotelu. Oczywiście nie w linii prostej, tylko wymyśliłem parę placów po drodze. Zwiedzany, zwiedzamy….
Około południa wróciliśmy do hotelu po plecaki i ruszyliśmy w kierunku dworca. Na nogach do niego mamy jakieś 30 minut, a pociąg dopiero o godzinie 14. Co tu robić? Jak to co, dokładnie to co lokalni robią. Do knajpy!
Było tak cieplutko, że jak bym miał to bym krótkie spodenki ubrał. Co tu musi być w lato? Nie chcę wiedzieć…. piwka by im brakło.
Dobrze schłodzeni ruszyliśmy uliczkami na dworzec. Marsylia jak każde większe miasta, ma dużo sklepów, parków, ludzi i czasami coś ciekawego się pojawia. Zaciekawiły mnie tramwaje. Długie, prawda?
Zdziwiło nas też, że dworzec główny jest położony na wzgórzu, do którego żeby wejść to trzeba nieźle schodów zaliczyć.
Nie ma non-stop pociągów z Marsylii do Monako, trzeba się przesiąść w Nicea. Ogólnie podróż bardzo krajoznawcza i widokowa. W miarę przestrzenne, czyste pociągi w ciszy z prędkością do 200km/h przemieszczają się wybrzeżem. Dużo tuneli, wiaduktów i zakrętów.
Przesiadka w Nicea była tylko paro minutowa, więc trzeba było szybko się uwijać. Za kolejne 30 minut wjechaliśmy do głęboko, wkutego w skały podziemnego dworca w Monako.
Z dworca jest wiele wyjść. Oczywiście nie wiedząc którym mamy wyjść wzięliśmy windę i wyjechaliśmy na powierzchnię. Jak się później okazało to był błąd bo można było iść długim i płaskim podziemnym korytarzem i wyjść prosto w porcie.
Nam się to nie udało i setkami schodów i stromymi ulicami zaczęliśmy schodzić w dół.
Pierwsze wrażenie Monako? Wielo - poziomowe miasto! Ilość tuneli, stromych ulic, przeplatanych chodnikami i stromymi schodami to jakaś masakra.
My oczywiście nie śpimy w Monte Carlo, nawet nie śpimy w Monako. Śpimy po drugiej stronie granicznej ulicy, czyli we Francji. Dlaczego nie śpimy w Monako? Bo ceny głupie. Można oszczędzić setki Euro śpiąc 15-20 minut od centrum, czyli od Monte Carlo. A za zaoszczędzoną kasę można się nieźle zabawić.
Przyjemny hotelik Marriott nad samym portem spełnił nasze oczekiwania. Oczywiście dostaliśmy lepszy pokój i z lepszym widokiem - prosto na port i te ich wspaniałe jachty. Jedynym minusem był słaby bar w hotelu. Coś tam było, ale jak na Marriott to słabo, mogliby się lepiej postarać.
Oczywiście nie planujemy spędzić wieczoru w hotelowym barze, więc zostawiliśmy plecaki, ubraliśmy troszkę lepsze ubrania i ruszyliśmy na nocne podboje Monte Carlo.
A po co nam lepsze ubrania? Przecież my chodzimy w podkoszulkach całe nasze podróżnicze życie. Tutaj ponoć, żeby wejść wieczorem w lepsze miejsca to trzeba się „odwalić”.
My mamy tylko po plecaku, więc moje „garnitury” się nie załapały na ten wyjazd. Ale “jeansiki” i polówka z fajną bluzą sportową powinna wystarczyć. A jak nie to ich problem.
Zaraz koło naszego hotelu - po drugiej stronie ulicy (już w Monako) jest stadion piłkarski Louis II. Akurat odbywał się ligowy mecz (Monako-Paryż). Monako wygrało 1-0. Ilość ludzi i policji była ogromna. Ale na szczęście w ciągu kilku minut odeszliśmy dalej i już było normalnie.
20 minutowy spacerek po Monako dobrze nam zrobił i dotarliśmy do „bram” Monte Carlo.
Tutaj się wszystko zaczęło. Znacznie więcej ludzi, jaśniej, lepsze samochody i oczywiście ciekawsze knajpy i hotele. Nie wspominając o jachtach oczywiście…
Podeszliśmy w pobliże tego ich słynnego kasyna. Na placu przed kasynem oczywiście stały egzotyczne samochody, leciała świąteczna muzyka, a wszystko było pięknie udekorowane.
Była gdzieś godzina 20, więc do kasyna nie wchodziliśmy. Po godzinie 19 żeby wejść do środka to musisz być już naprawdę dobrze ubrany. Widzieliśmy ludzi którzy tam wchodzą, a my w naszych sportowych bluzach nie mamy szans. Postanowiliśmy, że wrócimy tu w ciągu dnia.
Poszwendaliśmy się wokół i zaczęliśmy myśleć co tu zrobić z tak pięknie zaczynającym się wieczorem. Jedno jest pewne, musimy coś zjeść. Jesteśmy tylko o wczesnym lekkim, francuskim śniadaniu, paru piwkach i orzeszkach.
Ciekawe czy można połączyć kolację z fajną, klimatyczną knajpą. Tak, tutaj można - Buddha Bar!
Popatrzyliśmy po sobie, po naszych ubraniach, sprawdziliśmy na internecie jaki jest wymóg żeby tam wejść i powiedzieliśmy - raz się żyje, może się uda.
Każdy z nas ma swoje, inne przeżycia związane z Buddha Barem w Paryżu. Trzeba sprawdzić co tutaj jest grane. Nie mieliśmy daleko, wejście jest w tym samym budynku co kasyno, tylko z drugiej strony. W pobliżu Fairmont hotel.
Podeszliśmy pod wejście. Pod wejście to za dużo powiedziane. Już na placu stało dwóch ładnie ubranych ochroniarzy, miało czarne taśmy rozciągnięte i robiło wstępną selekcję. No nic, zobaczymy czy się uda. Na pewniaka ruszyłem do nich, przywitałem się podaniem dłoni i powiedziałem że byśmy coś zjedli i się napili. Zmierzyli nas wzrokiem i ładnie po angielsku powiedzieli, że oni tutaj mają dress-code (trzeba się odwalić). Ja na to, że wiem, rozumiem i że mamy czarne polówki i że lubimy ich sushi. Po krótkiej rozmowie pozwolili nam wejść, tylko powiedzieli, że trzeba te bluzy ściągnąć i być w koszulach. Udało się! Jesteśmy w środku!
Buddha bar słynie z lekkiej, nastrojowej muzyki, dobrego sushi i wystroju. Muzyka jest fajna (przynajmniej dla nas) w ciągu dnia i wieczoru. W nocy jest zupełnie inaczej, o czym się później przekonaliśmy.
Posadzili nas w części barowo - lounge i podali menu. Na górze, jest część restauracyjna, ale chyba nie byliśmy odpowiednio ubrani, bo nawet nam jej nie zaoferowali. A po drugie my lubimy klimaty barowe.
Siedzieliśmy na wygodnych sofach, zaraz koło Buddy, słuchali dobrze dobranej muzyki i zamawiali drinki.
Niedaleko nas były schody na górę, na restaurację. Można było się napatrzeć, co teraz jest na topie w modzie w Europie. Króciutkie świecące sukieneczki i dobrze skrojone ciemne marynarki.
Zamówiliśmy trochę rolek, jakieś rybne taco i oczywiście dobrą, lokalną butelkę białego wina z południowej Francji.
Winko pyszne, jedzenie dobre. Nie zamawialiśmy sushi ani sashimi, bo mieli chore ceny. Rolki mieli dobre, ale myślę, że lepsze jedliśmy. Natomiast klimat i atmosfera była idealna. Można było się napatrzeć i nasłuchać gdzie bogatsza część Monte Carlo się bawi, i jak się bawi.
Myślę, że gdzieś tak po godzinie 22 muzyka zaczęła się zmieniać. Z delikatnej, nastrojowej, dobrej do jedzenia i gadania na bardziej klubową. Głośniej i szybciej. Im później tym jeszcze głośniej.
Naliczyliśmy 3 DJs co na dwóch stanowiskach rozkręcali imprezę.
Pojawiło się też coraz więcej podświetlanych, przeźroczystych pojemników na lód. Fajnie oświetlały stolik, ale ich głównym zadaniem było schładzanie Szampanów. A szczególnie szampana Cristal, którego to logo było na każdym pojemniku. Cena? Jedyne €700!
Gdzieś tak po północy DJs zrobili z Buddha Bar klub nocny. Było za głośno, my już za starzy na takie imprezy. Wyszliśmy na zewnątrz. W końcu była cisza i przyjemnie chłodno.
Uściskiem dłoni pożegnałem się ze znajomą mi już ochroną i podziękowałem, że mogliśmy doświadczyć unikatowych wrażeń w Monte Carlo. Mamy zaproszenie na następny raz.
Spacerkiem, już pustymi ulicami Monako wróciliśmy do naszego hotelu we Francji. Mecz się już dawno skończył, więc było bardzo spokojnie i pusto. Jutro zwiedzamy mniej rozrywkowe części tego cudownego wybrzeża.