2025.11.30 Monte Carlo (dzień 3)
Co tu jeszcze w ciągu dnia można robić w Monako. A no pewnie jest parę opcji. Można iść do salonu i kupić Ferrari, można w porcie wynająć jacht z załogą na parę tygodni, można zagrać w tenisa na kortach na których trenują najlepsi, można w kasynie przegrać życie… jest parę opcji. Myśmy wybrali hike po okolicy.
Dziesięcio-kilometrowy spacer po mieście i okolicach na pewno nam pokaże różne rejony i zakamarki tych górskich nadmorskich terenów.
Nasz hotel jest w samym porcie, więc zanim wyszliśmy na „szlak” to przeszliśmy się portem sprawdzić co tam się dzieje. A no dzieje się. Ilość ludzi pracujących na jachtach jest spora. Sprzątają, polerują, naprawiają, ładują towar na kolejny rejs…
Ponoć grupowe wynajęcie jachtu na tygodniowy czy dwu-tygodniowy rejs nie jest aż takie drogie. My jednak wolimy stąpać po ziemi a nie po morzu, więc tym tylko przeszliśmy się portem i ruszyliśmy w miasto.
Nasz dzisiejszy spacer pierwsze parę kilometrów biegnie ulicami miasta. Przyjemnie tak było zwiedzać Monako z dala od ludzi i atrakcji turystycznych. Odkrywać ciekawe zakątki, które mało kto odwiedza i praktycznie zaglądać na podwórka lokalnym.
W tej części hiku może spotkaliśmy 2-3 osoby co szły tak jak my. Reszta to lokalni mieszkańcy. A po czym to poznać? A po telefonie w ręce. Dokładnie. Nie dało się iść bez telefonu czyli nawigacji i dokładnej mapy. Ilość wąskich przesmyków, schodów miedzy budynkami była tak potężna, że bez detalicznej mapy satelitarnej było to praktycznie nie do znalezienia. Te miasto naprawdę ma wiele poziomów.
Było stromo do góry, w większości schodami. Na odcinku gdzieś 3-3.5km musieliśmy się podnieść 600 metrów.
Im wyżej w górę i dalej od morza tym jakość chodnika się pogarszała. Już nie było takich idealnych stopni z cegły, ani równiutkich płytek. Zaczynał się spękany beton, jakieś gałęzie, potem krzaki i trawa. Nie wiem gdzie dokładnie kończy się Monako a zaczyna Francja, ale tutaj to raczej już nie Monako.
Skończyły się bloki, zaczęły się domki. Od pięknym rezydencji z basenami, do biedniejszych i mniejszych z małymi ogródeczkami.
Wszystkie te posesje łączy jedno: stroma droga dojazdowa. Niektóre były tak strome, że aż beton był nacinany żeby opony się nie ślizgały jak jest mokro. Spokojnie 25-30% nachylenia. Dobrze, że oni tu nie mają zimy. Po lodzie czy śniegu byłoby to niemożliwe do wyjechania.
Wyżej chodnik się skończył i zaczęła się ścieżka w lesie. Dalej było trochę domów, ale bardziej ukryte. Mieszkają tutaj pewnie ludzie co chcą mieć święty spokój z dala od burzliwego Monako. Tak bardziej pochowani za wielkimi murami. Pewnie w domach mieszkają ci sławniejsi, co nie chcą żeby świat ich widział. Dalej blisko jak potrzebują Monako na dobrą kolację, rozrywkę czy załadować się do jachtu i odpłynąć w siną dal….
Wyszliśmy z lasu na miasteczko La Turbie. Tak, dokładnie na małe francuskie miasteczko z rynkiem, sklepikami, barem i … sklepem z lodami.
Byliśmy może w połowie naszej trasy. Teraz będzie chwilę płasko i zacznie się strome, ale ponoć widokowe schodzenie w dół.
Z góry można było nawet dostrzec dalsze rejony Francji. Jeszcze bardziej górzyste z ośnieżonymi alpejskimi szczytami.
Doszliśmy na krawędź płaskowyżu z którego rozciąga się wspaniały widok na miasteczko Cap-d’Ail i morze Śródziemne położone 600 metrów poniżej nas.
Cap-d’Ail jest to ostatnie miasteczko przed Monako jadąc pociągiem z Nicei. Pewnie też tutaj trochę ludzi się zatrzymuje żeby nie przepłacać za kwatery w Monako.
„Zbiegnięcie” do miasteczka zajęło nam jakąś godzinkę, a za kolejne 30 minut byliśmy już na plaży. Trochę stopy nas bolały bo nie mamy butów na hiki, a szlak w tej części jest kamienisty.
Wybrzeżem wróciliśmy do hotelu, odpoczęliśmy troszkę w hotelowym barze, ubrali lepsze koszule i ruszyli w przeciwnym kierunku czyli do Monte Carlo.
Szliśmy innymi ulicami niż wczoraj, bo chcieliśmy coś nowego zobaczyć. I zobaczyliśmy, ciekawy salon samochodowy. Już nawet miałem coś kupić, ale się załamałem. Większość to elektryki. Tak, zgadza się elektryki!
Ja już tych ludzi nie rozumiem. Przecież po to kupujesz taki samochód, żeby ryk silnika było słychać z kilometra, a nie jedziesz w ciszy jak na rowerze. Ciekawe kto to kupuje i gdzie jeździ, bo w Monte Carlo wszystkie te samochody to głośne na maxa.
Jak jeszcze wprowadzą motory Harley Davidson elektryczne to ja już do końca stracę nadzieję na ludzkość i wyprowadzę się na Marsa.
Po drodze jeszcze wstąpiliśmy do głównego portu w Monako gdzie jest zacumowana większość łódek miliarderów z Monte Carlo i okolic.
Powiem Wam, że jeszcze większe i ładniejsze niż te na „wiosce” koło naszego hotelu.
Ilonka miała w planie zjeść kolacje w jakiejś włoskiej knajpce w Monte Carlo, ale przechodząc portem wpadła nam w oko fajna restauracja, Caffe Milano. Nastąpiło szybkie sprawdzenie jej na Internecie, ich recenzji i menu i postanowiliśmy tutaj się posilić.
Dobry wybór. Rybka była wyśmienita.
Z ciekawostek to ta restauracja znajduje się na zakręcie Formuły 1. Tgz. Tabac Corner.
Ma nawet stoliki na dachu z których można oglądać ten rajd. Ciekawe ile wcześniej trzeba robić rezerwacje żeby tam się dostać. O ile zwykły człowiek, bez znajomości ma w ogóle szanse na stolik podczas rajdu. Cena pewnie nie ma znaczenia. W Mote Carlo o takich drobnostkach się nie rozmawia.
Dzisiaj niestety nie ma F1 więc po kolacji opuściliśmy restaurację i śladami F1 poszliśmy w górę do centrum Monte Carlo.
Jest Niedziela, więc już większość weekendowych turystów wyjechała. Można było spokojnie, bez tłumów pospacerować po Monte Carlo i pozaglądać w jego zakamarki.
Odwiedziłem „przyjaciół” pod Buddha Bar, podziękowałem im za wczorajszą gościnę. Nie wchodziliśmy do środka. Na wieczornego drinka odwiedziliśmy inne, ale też kultowe miejsce w Monte Carlo. Mowa o hotelu Fairmont!
Hotel jak każdy hotel z górnej półki, świetnie położony, wielkie lobby z dużym barem. Ale co najważniejsze, jest na trasie F1. Dokładnie koło hotelu jest kolejna słynna część toru F1. Fairmont Hairpin (spinka do włosów). Najciaśniejszy zakręt ze wszystkich torów F1 na całym świecie!
Hotel nawet posiada specjalne pokoje z balkonami o tej samej nazwie z widokiem na ten słynny zakręt. Z ciekawości później sprawdziłem ile taka przyjemność kosztuje. Zaczyna się od €16,000 i dalej w górę. Za fajne pokoiki to już trzeba dać ponad €20,000 w czasie rajdów. Oczywiście większość tych lepszych pokoi jest już wynajęta na rajd w 2026. Także niestety już nie próbujcie na ten rok.
Po dzisiejszym hiku i potem po długim spacerze po mieście, za bardzo nie chciało nam się już więcej chodzić. Postanowiliśmy odpocząć trochę w tym hotelu.
Powrót do naszego hotelu odbywał się spokojnymi, pustymi ulicami Monako. Bez tłumów, turystów w nocnej ciszy. Miasto zasypiało…
Nam też się przyda parę godzin snu. Jutro kolejny dzień. Wyjazd pociągiem do innego, ciekawego miasta na francuskiej riwierze.