2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)

Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.

Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.

Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku

“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”

Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.

W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.

Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.

Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.

Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.

Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.

Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.

Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.

Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.

Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…

Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.

Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.

No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.

I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?

Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.

Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.

Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.

Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.

Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.

Next
Next

2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)