Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.
Destynacje
- Anglia 7
- Argentyna 1
- Austria 4
- Belgia 4
- Bermuda 2
- Canada 23
- Chile 9
- Czechy 2
- Dania 3
- Ekwador 12
- Francja 32
- Gibraltar 1
- Grecja 4
- Hiszpania 13
- Holandia 5
- Hong Kong 2
- Indonezja 4
- Islandia 14
- Korea Południowa 6
- Macau 2
- Malezja 9
- Maroko 7
- Monako 3
- Niemcy 4
- Nowa Zelandia 26
- Polska 19
- Portugalia 9
- Qatar 4
- Singapur 7
- Szwajcaria 22
- Słowenia 6
- Tanzania 10
- UAE 3
- USA - Alaska 19
- USA - Colorado 65
- USA - Nowy Jork 38
- USA: Northeast 55
- USA: Northwest 25
- USA: Southeast 18
- USA: Southwest 78
- Watykan 1
- Włochy 12
- _NY - Adirondacks 46er 20
- _Parki Narodowe USA 39
2026.01.31 Alta, UT (dzień 4)
Wyjazd do Alty był zdecydowanie pod względem nart. Bardzo byłam ciekawa jak wygląda “all-inclusive” w tym sławetnym resorcie ale szczerze to nie nastawiałam się na wiele dla nie narciarzy. Nawet snowboardziści mają tu przekichane.
Jakie było jednak moje zaskoczenie jak się okazało, że jest trasa. Trasa ubita, troche na około ale do góry. Miasteczko Alta położone jest na samym końcu doliny. Więc najpierw idzie się drogą jak daleko się da a potem wchodzi się na tak zwaną Letnią Drogę, która w zimie jest zasypana i ładnie ubita. Pewnie wykorzystują ją żeby dojechać ratrakami w różne miejsca, szybko i bez problemu.
Nawet w jednym z barów wierszyk napisali o tym miasteczku na końcu doliny. Bo tak ja w wierszyku
“Tu nie ma przyjaciół jak spadnie puszek, ale przyjaźnie budowane są na lata.”
Alta to taka lokalna destynacja. Ludzie przylatują tu co roku przez lata. Niektórzy spędzają tu kilka dni, inni tygodnie ale raz poznane osoby wracają tu i nigdy nie wiesz kogo spotkasz. My w sumie tu nikogo nie poznaliśmy ale to pewnie też dlatego, że jednak byliśmy jedynymi z młodszych ludzi.
W Alta średnio się nastawiałam na wakacje, bardziej planowałam pracę z małymi spacerkami. Dopiero w sobotę miałam cały dzień dla siebie więc postanowiłam pójść tam gdzie Darek mnie wysyłał od środy.
Darkowi chyba znudziło się jeżdżenie samemu bo cały czas do mnie podjeżdżał jak ja dreptalam do góry. Fajnie tak spotykać się na szlakach choć zdecydowanie wolę te Europejskie gdzie można godzinami iść i za każdym rogiem jest coś nowego. Ale te Europejskie jeszcze będą.
Tutaj widoki też ładne były choć zdziwiłam się jak dużo lasów się jednak tu pojawiało. W sumie ma to sens ale jakoś przywykłam, że jak idę trasą narciarską to lasy mam po bokach a za soba zawsze ładny widok na dolinę. Tutaj ponieważ szłam drogą, która w lecie przeznaczona jest dla samochodów to nachylenie było mniejsze a przez to też mniej widoków na dolinę.
Po około 2h spacerku spotkałam się z Darkiem na lunch. Fajną miejscówkę znalazł i nawet ławeczkę z nart zrobił.
Lunch z plecaka zawsze lepiej smakuje niż w jakimś barze. Bo to nasze all-inclusive to takie bardziej HB (half-board) czyli śniadania i obiadokolacje. Ale cała reszta to już normalnie płatna.
Lunch w słoneczku to podstawa ale po drugiej zaczęło się robić chłodnawo aż w końcu stwierdziliśmy, że może warto kończyć to leniuchowanie i skorzystać z ostatnich godzin w tym resorcie.
Każdy udał się w swoją stronę, w kierunku tego co lubi najbardziej. Darek pojechał na zachód słońca. Po spędzeniu tu czterech dni dowiedział się gdzie wszyscy jadą na zakończenie dnia. Na zachód słońca. Czy Alta specjalnie słynie z zachodów słońca? Darek mówił, że lokalni wspominali o tym często na wyciągach więc zaczęłam się zastanawiać dlaczego akurat tu.
Copilot fajnie napisał… Czy Alta słynie z zachodów słońca? Tak ale w specyficzny Alta sposób. Co to oznacza? Alta nie promuje tego w broszurach, w ogóle Alta się nie promuje. Alta to taki resort gdzie “każdy zna twoje imię”, gdzie ludzie przekazują sobie informacje z ust do ust i nie potrzebują dużego marketingu czy folderów z pięknymi zachodami słońca. Jednak zachody tu są ładne bo suche powietrz z którego słynie Utah sprawia, że kolory są wyraźniejsze, wysokie kaniony które otaczają dolinę sprawiają, że światło odbija się nie tylko od śniegu ale też od skał. No a wszystko jest możliwe do podziwiania bo niektóre trasy mają zachodnie nachylenie. Ja zachód słońca podziwiałam z drogi i rzeczywiście był piękny.
Dziś już wracamy. Samolot mamy bardzo późno w nocy więc korzystaliśmy z całego dnia na nartach i słynnych après ski w naszym hotelowym barze. W Utah dużym plusem jest stosunkowo mała odległość resortów od lotniska. Dlatego bardziej opłaca się wziąć tu taksówkę. Tak też zrobiliśmy i koło 18 godziny przyjechał po nas kierowca. Szkoda było opuszczać te góry…
Naprawdę mieliśmy fajny wyjazd. Hotelik tak mi się spodobał, że myślę że może to być taka nasza tradycja co roku. Do tego Delta zrobiła mega fajny lounge w Salt Lake City… cudo. Tylko żeby lot był krótszy to już w ogóle bylibyśmy tu częściej.
Delta inwestuje dużo. Nowe samoloty, lounge na lotniskach, naprawdę się stara. Co prawda przez to wiele ludzi chce nią latać i jest dużo ludzi ze statusami co sprawia, że na upgrade ciężko liczyć. Ale przynajmniej jakiś tam extra legroom (więcej miejsca na nogi) się znajdzie. Ale lunge w SLC powalił nas. Chyba najlepszy poza Delta One w jakim byliśmy. Kominek mają, dużo miejsca i ogólnie tak jakoś przytulnie. Aż nie czuje się, że jest się na lotnisku. Trzeba było się jednak zbierać na samolot. Mamy nocny lot więc w NY lądujemy koło 6 rano… dobrze, że jutro niedziela to się wyśpimy.
No i pięknie szło nie? Piękny mieliśmy dzień zakończony w pięknym lounge na lotnisku, samolot był na czas i nawet udało mi się trochę zdrzemnąć w samolocie więc naprawdę nie było, źle. Obudziłam się jak została nam godzina do NY.
I właśnie wtedy jak się obudziłam, wszystko się zaczęło sypać… na ilość samolotów jakie bierzemy w ciągu roku (26 w zeszłym roku) zawsze się coś popsuje. Nie ma wyjścia ale dopóki jest to jeden czy dwa razy to nadal do tego podchodzimy ok, bo jest to mniej niż 10%. Tak więc na ten rok, pierwsze problemy z samolotem mamy za sobą. A co się stało?
Detroit się stało. Godzinę przed lądowaniem w NY pilot poinformował nas, że niestety ma jakieś awaryjne światełko które zabrania nam lądowania i lotu w zimowych warunkach i powinniśmy lądować jak najszybciej. Padło więc na Detroit. Nigdy tu w sumie nie byłam ale o 5 rano, w ziemie po nocy w samolocie nawet nie mieliśmy ochoty wychodzić z lotniska. Chcieliśmy się jak najszybciej znaleźć w domku. Jednak nie jest to proste. Samolot w miarę szybko znaleźli więc mieliśmy nadzieję, że jest tylko kwestia przerzucenia bagaży ale niestety jak to bywa im dłużej trwało przerzucanie bagaży tym większe ryzyko, że załoga przekroczy swoją normę godzinową. A w lotnictwie nie można robić nadgodzin bo zmęczenie pilota może kosztować życie 300 osób.
Niestety czekając na info odnośnie samolotu uciekł nam samolot o 6:30 rano do NY. Mieliśmy nadzieję, że nasz szybko poleci ale jak tylko powiedzieli, że czekają na załogę to ja straciłam nadzieję i przerzuciłam nas na inny samolot z Detroit do NY. Tak więc pogoniliśmy sobie trochę po lotnisku tam i z powrotem. Lotnisko mają długie ale mają fajną kolejkę która jeździ pod sufitem terminalu. Takiego czegoś w sumie jeszcze nie widziałam.
Czas wygrywał z wygodą. Tak więc pomimo wszystkiego wybraliśmy lot na LaGuardia które to lotnisko jest bliżej naszego domu, lot wcześniejszy bo jak startowaliśmy to nasz pierwotny samolot dopiero ładował ludzi. Wszystko kosztem siedzenia w ostatnim rzędzie w samolocie. Dobrze, że przynajmniej dali nam siedzenia obok siebie a nie dwa środkowe.
Ale śmiesznie się siedzi w ostatnim rzędzie. Widzi się całą masę ludzi i ich wszystkie problemy, z walizkami, z miejscami, z dziećmi. Jednak jak w samolocie jest ponad 200 ludzi to nie ma cudów, żeby część z tych ludzi nie była wybitna. Tak więc w tym wszystkim trochę śmiechu mieliśmy. Bo co nam pozostaje.
Za to jakie ładne zdjęcie mogliśmy zrobić Manhattanu. W NY wylądowaliśmy w południe. 6h później niż planowaliśmy. Zmęczeni, bez bagażów ale blisko domku. Bagaże poleciały na JFK naszym pierwotnym samolotem. Miejmy nadzieję, że kiedyś je dostaniemy… obiecali, że jutro będą. Zobaczymy. Póki czas trzeba odespać ten dzień pełen wrażeń.
2026.01.29-30 Alta, UT (dzień 2-3)
Chyba nie ma nic lepszego dla narciarza jak wyjść przed hotel, zrobić klip, klip (dla niewtajemniczonych - zapiąć narty) i wsiąść na wyciąg. Bez dojeżdżania do resortu, parkowania, przebierania się, kupowania biletu….
A jeszcze jak ci dobre śniadanko przygotują, kawkę zaparzą i nie musisz wcześnie wstawać to już jest rewelacyjnie. Nie dziwię się, że moi klienci ze sklepu polecili mi to miejsce, jako jedno z tych co muszę odwiedzić. Oni tu co roku (z reguły częściej) przyjeżdżają.
No dobra, przecież na narty tu przyjechałem a nie objadać się non-stop. Do roboty, w góry!
W nocy były lekkie opady śniegu. Dla mnie nie były takie lekkie, ale lokalni mówili, że prawie nic nie spadło. Sypnęło 10cm puszku!
Wiem, jak tutaj sypie to metrami, a nie centymetrami. Ale każdy płatek się liczy w roku, w którym są wyjątkowo niskie opady.
Oczywiście bez żadnych kolejek wsiadłem na wyciąg i w góry! Obowiązkowo poranna rozgrzewka odbywała się na idealnie ubitych trasach. Sztruks wychodził im idealnie. Taki poranny zmrożony, narty lizać! W sumie w Alta mało ubijają stoków, oni uważają, że nie wolno ubijać puchu. Jak widzisz sztruks to sobie nim zjedź, bo nie wiadomo kiedy znowu na niego trafisz.
Posiadają tylko 5 wyciągów. Z każdego wyciągu może jedna czy dwie ubite trasy. Reszta, to tylko co natura dała. Wielkie tereny dla doświadczonych narciarzy.
Oczywiście na wyciągach dostajesz wiele porad od lokalnych. Oni używają wyciągów w celu przemieszczania się miedzy rejonami resortu. Tam już wyszukują ciekawych zjazdów, często do nich trzeba trochę podejść. To im nie przeszkadza, mówią, że to rozgrzewka przed ciekawymi terenami.
Czasami starałem się też podchodzić wyżej w nieznane tereny żeby coś nowego odkrywać. W większości przypadków się to opłacało. Mimo, że czasami podejście było meczące (zwłaszcza na wysokościach), to nagroda w postaci ciekawych stoków czekała.
Tak jak wspominałem wcześniej, mało mają ubijanych tras a duże przestrzenie gdzie nic nie robią. Jak śnieg nasypie to tak go zostawiają.
Z głównych tras jest tylko bramka informująca, że tam coś jest ciekawego. Często bardzo ciekawego. Tych bramek jest dużo, spokojnie z 20. Prawie wszystkie były otwarte. Zamykane są około godziny 15 żeby patrol za widoku miał czas jeszcze zjechać i sprawdzić czy ktoś z problemami nie został i nie potrzebuje pomocy.
Z ciekawostek to w Alta mają tylko 3 rodzaje trudności tras: zielona, niebieska i czarna. Z reguły w Stanach występuje skala pięcio-stopniowa: zielona, niebieska, czarna, podwójna czarna i EX (ekstremalny teren). Z początku myślałem, że tutaj po prostu nie mają bardzo trudnych zjazdów. Po pierwszej bramce szybko się przekonałem, że mają.
Po rozmowie z lokalnymi dowiedziałem się paru rzeczy. Zielonych bardzo mało mają, niebieskie to z reguły ubijane trasy o średnim stopniu nachylenia, a wszystko reszta to czarne. Oni nie rozróżniają trudności czarnych. Jak jesteś dobry to jedź na czarne, dasz radę!
Jest to chyba jeden z niewielu resortów gdzie jest tak mało szkółek narciarskich. Widziałem parę, ale bardzo niewiele. A jak już są to w większości na czarnych trasach i narciarze już naprawdę dobrze jeżdżą. Patrolu też jest mało. Praktycznie są niewidoczni. Często w resortach stoją i mówią żebyś zwolnił albo bardziej uważał. Tutaj ich nie ma i jakoś wszystko działa.
Pogodę miałem wyśmienitą. W pierwszy dzień było pochmurno, ale potem sypało. Następne trzy dni były idealne, słoneczne i bez wiatru. Brak kolejek do wyciągów i bardzo mało ludzi na trasach powodowało, że można było się wyjeździć na maxa. Cztery dni wystarczyły, żeby zwiedzić prawie cały resort i jeszcze powtarzać lepsze tereny.
W takich warunkach i pogodzie byłoby grzechem robić przerwy gdzieś w środku. W słoneczku i z pięknym widokiem wszystko smakuje lepie.
Czasami przejeżdżałem do sąsiedniego resortu Snowbird, który jest większy niż Alta, ma więcej ubijanych tras, a mniej wolnej przestrzeni. Też jest ok, przynajmniej można było trochę odpocząć na dobrze przygotowanych trasach.
W Snowbird mają nowoczesne wyciągi i większość z nich ma podpórki na nogi. Znacznie to polepsza komfort i odpoczynek. W Alta żaden wyciąg nie ma podpórek. Mało tego, niektóre nawet nie mają zamknięć i siedzisz tak, bez żadnego zabezpieczenia. Nawet jak mają zamknięcia to nikt ich nie używa. Lokalni uważają to za zbyteczną rzecz. Jedyny czas kiedy zamykają to jak jakieś małe dziecko siedzi na krzesełku.
Z górnych partii resortu Snowbird ciekawie widać oddalone o jakieś 20km rejony miasta Salt Lake City. W zimie w mieście często sypie śnieg, ale maksymalnie w sezonie spada może metr do półtora.
Uważam, że przez te cztery dni dobrze się wyjeździłem. Mimo, że Alta nie dostała potężnych ilości śniegu jakie z reguły dostaje to i tak te pare metrów pozwoliło mi wszędzie wjechać i prawie każdy teren zaliczyć.
Tutaj na wyciągach znacznie rzadziej spotykałem turystów takich jak ja. Większość narciarzy to lokalni którzy mieszkają gdzieś w okolicy. W porównaniu do innych resortów na zachodzie, gdzie ilość turystów jest znacznie większa, tutaj raczej jeżdżą lokalni. Może dlatego, że Alta jest w miarę mała i przyjeżdżać tu na tydzień nie ma sensu. Może jest to trudny resort i rodziny z dziećmi tutaj nie przyjeżdżają. Nie wiem… ale coś w tym jest. Może też brak hoteli, restauracji, barów, sklepów nie przyciąga. Zakaz snowboardów na pewno też nie pomaga. Plusem jest brak kolejek. Nawet w sobotę przy pięknej pogodzie, odrazu na wyciąg można wsiadać.
Są wyjątki. Siedząc na krzesełku zagadałem do gościa. Okazało się że przyjechał ze wschodu, tak jak ja, na cztery dni. Tylko, że on ze znacznie wiekszą grupą, 60 osób! Przyjeżdżają tutaj od 19 lat. Cały czas ta sama grupa i ten sam hotel. Mają jednak zasady - sami faceci, bez żon. Ostatnio to trochę u nich się zmieniło, bo większość z nich ma już rodziny i ich dzieci też chcą z nimi tu przyjeżdżać. Grupa się zgodziła na dzieci (nawet córki) ale muszą minimum być na studiach, nie młodsze. Oczywiście żony dalej nie mogą jeździć.
Mimo tak dużej grupy większość z nich jeździ osobno. Każdy ma różne umiejętności, możliwości, prędkości i upodobania. Spotykają się później w barze i na kolacji. Raczej nie jest możliwe żeby tak duża grupa jeździła razem.
Mimo, że mamy nawet ok bar w naszym hotelu to czasami szukaliśmy innych. Nawet barmanka w naszym barze nam poleciła bar u sąsiadów, w Peruvian Lodge.
10 minut na nogach i już byliśmy u sąsiadów. Znacznie mniejszy bar, ale z lepszą muzyką i klimatem.
Widać, że lokalni i pracownicy resortu tutaj odpoczywają po pracy. Dużo ludzi się zna i każdy z każdym się wita. Muzyka nie za głośna, można pogadać, dobre piwo w ok cenie… można siedzieć (lub stać jak nie ma miejsca). Znowu niestety wygoniła nas kolacja z baru. Na 19:30 mieliśmy rezerwację w naszym hotelu na ostatnią kolację na tym wyjeździe. Trzeba było wyjść na ten mróz i się przewietrzyć.
Jutro jeszcze cały dzień spędzamy w resorcie. Mamy autobus wieczorem a samolot prawie o północy. Zapowiada się wspaniała pogoda, więc na pewno oboje to wykorzystamy na maxa w górach.
2026.01.27-28 Alta, UT (dzień 0-1)
Czy ktoś, kiedykolwiek widział Ilonkę w resorcie all-inclusive? Pewnie nie. Ja nigdy! No może raz, dawno, dawno temu wysoko w Andach w Chile.
Rok temu prawie znowu mi się to udało jak lecieliśmy do Nairobi. Mieliśmy parę dni spędzić na Mauritius. Już wszystko było nagrane, zaplanowane, hotel all-inclusive zarezerwowany, kąpielówki kupione…. a tu klapa. Linie lotnicze Kenia Airways postanowiły, że pokrzyżują nam plany i nie będzie Mauritius.
Valle Nevado, Chile
No nic, poczekamy, zobaczymy. Niecały rok później znowu są plany. Nie piaszczyste, a górzyste resorty. Znowu wysoko w górach. Tym razem nie Andy a Góry Skaliste w stanie Utah. Planujemy spędzić nasze pierwsze narciarskie wakacje w tym sezonie w Alta, UT.
Co z tym all-inclusive? Wyjaśniam.
Jest taki fajny resort w Utah, nazywa się Alta. Jakieś 20+ lat temu w nim byłem, tylko jeden dzień. Dlaczego jeden? Bo tam nie ma żadnych hoteli. Coś jak Arapaho Basin w stanie Kolorado. Świetne, wysoko w górach resorty z cudownymi terenami i dużymi opadami śniegu, ale bez hoteli, après ski czy restauracji.
Alta nie ma hoteli, ale ma parę schronisk, lodges w których możesz mieszkać. Nie jest to nic super, ale nie trzeba codziennie dojeżdżać z Salt Lake City czy z pobliskiego resortu Snowbird. Zwłaszcza, że występują tu częste i duże opady śniegu to droga jest ciągle zamykana ze względu na lawiny. Z resortu Snowbird możesz do Alty dojechać na nartach, ale to pewnie zajmuje jakiś czas. A po drugie, to po zamknięciu wyciągów w Alta zostają tam tylko narciarze co mieszkają w Alta. Tacy prawdziwi narciarze. Coś jak Meribel we Francji. Mam nadzieję, że ich spotkam w barach w tych schroniskach. Nie ma też tutaj żadnych sklepów ani restauracji, więc papusiasz to co ci ugotują. Jedzenie jest wliczone w cenę. Prawie jak all-inclusive, nie? No dobra, nie ma alkoholu wliczonego, ale ponoć mają ok ceny. Wkrótce się dowiemy.
Jak narazie, to mamy 60 minutowe opóźnienie z JFK. Nie przez opady śniegu jakie tu ostatnio wystąpiły, ale przez to, że samolot jest za lekki. Tak, za mało nas leci i muszą dorzucić worki z piaskiem. Słyszeliście o tym kiedyś? Ja nigdy. Parę razy się zdarzało, że samolot był za ciężki i trzeba było trochę bagażu czy ludzi usunąć. Ale za lekki? Nigdy! Wiem, nie mieliśmy czasu i nie wzięliśmy paru skrzynek wina ze sobą. Pewnie to jest przyczyną.
No nic, pewnie dużo ludzi się wystraszyło zimy jaka ostatnio nawiedziła Stany i odwołało loty. My lubimy zimno, śnieg i góry, więc siedzimy grzecznie w samolocie i staramy się umilać nam podróż.
Do Salt Lake City jest troszkę dalej niż do Denver. Jakąś godzinkę. Na szczęście miałem trochę zaległości z robotą, więc lot szybko i produktywnie minął. Obsługa w samolocie jak tylko widziała, że w szklaneczce robi się pusto, to szybko to naprawiała. Czasami Delta ogarnia serwis.
W Salt Lake City wylądowaliśmy około godziny 23.
Dzisiaj już nie jedziemy do Alta. Nawet nie ma jak tam w góry się dostać o tej porze. Śpimy w hotelu koło lotniska i jutro rano autobusem z napędem na 4 koła jedziemy do resortu.
W hotelu wszystko poszło sprawnie i następnego dnia o 8:45 rano przyjechał po nas van i ruszyliśmy w góry.
Byliśmy sami w samochodzie więc podczas 45 minutowe podróży dowiedzieliśmy się wiele o lokalnych górkach i warunkach jakie teraz tam panują. Kierowca nie miał dla nas najlepszych wiadomości. Mówił, że niestety jest bardzo sucho i mają mało śniegu.
Ale na szczęście wszystko jest otwarte i jest w miarę zimno, więc nic nie topnieje w ciągu dnia, a co za tym idzie nie ma lodu na trasach. Lokalni kochają puch, a że go nie ma to nie ma też kolejek do wyciągów. Same plusy, nie?
Około 9:30 podjechaliśmy pod nasz lodge, Goldminer’s Daughter. Ja już oczywiście byłem cały ubrany na narty, więc tylko zostawiłem bagaże i w końcu ruszyłem na narty. Koniec stycznia, pierwszy dzień, aż mi wstyd!
W Alta praktycznie nigdy nie jeździłem, więc dla mnie to tu wszystko takie nowe jest. Mają tylko 5 wyciągów, więc nie jest to jakieś wielkie do ogarnięcia.
Z czego ogólnie słynie Alta. Po pierwsze ze śniegu. Ilości i jakości. Sypie tu dużo, bardzo dużo! Średnie opady w sezonie to 14 metrów. Przez ostatnie dwa lata spadło tu ponad 20 metrów śniegu w każdym roku. Raj, nie? Niestety nie w tym roku. Jak narazie to słabo tu sypie. Tylko parę metrów dostali.
Nie tylko ilość, ale jakość się liczy. Utah śnieg jest bardzo puszysty o gęstości 7-8%. W przeliczeniu to jest 70-80kg/m3. Dla porównania w europejskich Alpach gęstość śniegu wynosi 25-30%. Czyli waga jest odpowiednio większa i wynosi 250-300kg/m3. Dlaczego aż takie różnice? Europa jest ciepła i mokra. Utah jest pustynna, czyli sucha i zimna. Znacznie łatwiej i lepiej poruszać się po lekkim i suchym puchu niż po ciężkim i mokrym.
W Alta jest też zakaz snowbordzistów. Sami narciarze. Ja nie mam nic do snowboardów, ale tak, czasami jak jadą z góry na dół po stromej trasie bokiem i skrobią cały czas to aż chce się coś im powiedzieć. Chłopie, szanuj śnieg!
Alta jest połączona z sąsiednim resortem Snowbird. Ten sam bilet działa w obu resortach. Można w paru miejscach przejechać między nimi. W Snowbird już byłem parę razy. Jest znacznie większy niż Alta, też ma ciekawe tereny i wspaniały śnieg. Myślę, że przez te 4 dni dobrze zwiedzę Altę i pewnie parę razy wstąpię do Snowbird na parę zakrętów i piwko.
Pierwsze parę zjazdów zrobiłem na dolnych terenach. Trzeba nogi przyzwyczaić do nart i się zaaklimatyzować. Dolna stacja znajduje się dość wysoko na 2,600 metrów.
Później już było łatwiej i można było wyciągami na przełęcze wyjeżdżać. Tak jak kierowca mówił, jest mało ludzi bo warunki nie są idealne. Tak też było. Zero kolejek do wyciągów. Było twardo, ale bez lodu. Poza trasami można było znaleź lepszy śnieg ale nie za wiele. W lasach trochę lepiej, ale dalej nie fantastycznie.
Jeździłem gdzieś do godziny 13 i zjechałem do Ilonki na lunch. Oczywiście już miałem zarezerwowane najlepsze miejsce w naszym lodge, przy barze.
Piwka mieli dobre, natomiast hamburgera jadłem lepszego. Był ok, ale mogliby go lepiej zrobić. No nic, miejmy nadzieję, że na kolację nie będzie ta sama kuchnia.
Po przerwie wróciłem na narty. Nastąpiła potężna zmiana klimatu. Przed lunchem niebo było tylko zachmurzone, teraz na maxa sypało i wiało. Super, więcej śniegu trzeba! Chmury też się obniżyły i widoczność w górnych partiach spadła do paru metrów. Mimo nie najlepszych warunków jeździłem do końca. Trzeba jakoś ten pierwszy dzień w sezonie na maxa wykorzystać.
Alta jako Vintage resort posiada też trochę starych, dwuosobowych wyciągów bez zabezpieczeń na których podczas dużego wiatru jest wesoło.
Z ciekawostek to w Alta są mądrzy ludzie i nie otwierają wyciągów o 8 rano tylko o 9:15. Można się rano wyspać. Natomiast wyciągi są otwarte do 16:30 albo dłużej na wiosnę. W związku z tym jeździłem prawie do godziny 17 i ledwo co zdążyłem do naszego Saloon na happy hours.
Ilonka oczywiście już tu była i zajęła najlepsze miejsce przy kominku. Do baru na dole każdy może wejść. Natomiast tutaj, na drugim piętrze tylko goście tego resortu. Można wygodnie usiąść, coś za darmo przegryźć i schłodzić się jakimś napojem.
Jak zawsze w takich miejscach fajnie się siedziało, gadało i obserwowało jak na zewnątrz sypie śnieg i ratraki z nim walczą na jutro.
Z Saloon wygoniła nas kolacja. Mieliśmy rezerwację na godzinę 19. W naszym pobycie tutaj mamy wliczone śniadania i kolacje - prawie jak all-inclusive, nie?
Posiłki serwują w restauracji na najwyższym piętrze, czyli trzecim. Dostaliśmy fajny stolik przy oknie, więc podczas kolacji mogliśmy obserwować opady śniegu i liczyć te centymetry puszku na jutro.
Nawet mieli ok wybór jedzenia i win jak na taki mały hotel. Jest to restauracja tylko dla gości tego lodge, więc nie spodziewałem się niewiadomo czego, ale było dobrze urozmaicone i smaczne. Nawet desery też były smaczne.
Oboje byliśmy dobrze zmęczeni podróżą i dzisiajejszym dniem, więc niedługo po kolacji padliśmy spać. Trzeba nazbierać energii, jutro może być intensywny dzień w puchu