2026.01.08 Las Vegas, NV & Palm Desert, CA (dzień 7)
Darka wspomnienia z Las Vegas różnią się trochę od moich. Ja nie widziałam pustych kasyn a wręcz przeciwnie non-stop się przepychałam przez jakiś tłum ludzi, żeby zdążyć na kolejne spotkanie. Ja nie czułam czy wieje wiatr czy jest ciepło bo przemieszczanie między hotelami w Vegas jest przez połączone przejścia i wszystko ma kontrolowany klimat, ja nie patrzyłam na ceny bo nie płaciłam rachunków. Ale pewne rzeczy były takie same. Oboje robiliśmy tysiące kroków bo w Vegas nie da się inaczej. Oboje staliśmy w kolejkach po kawę bo najlepszy hotel w mieście nie ma ekspresu w pokoju i trzeba sobie kawę kupować i oboje cieszyliśmy się, że opuszczamy to miasto.
Ja do Vegas poleciałam na konferencję CES. Było to moje pierwsze doświadczenie z tego typu i taką skalą targami. CES to targi elektroniki użytkowej na które przyjeżdża około 140tys ludzi. Niestety nie każdy może wejść i zobaczyć Expo bo tylko firmy z branży elektronicznej mogą wykupić wejściówkę. Jakim cudem agencja reklamowa jest w branży to dokładnie nie wiem ale najważniejsze, że mogłam doświadczyć jednych z największych targów CES napewno jest w pierwszej dziesiątce jak i nie piątce największych targów na świecie.
Tak były robociki… roboty, elektryczne auta i cała technologia która wiąże się z rozwojem elektroniki była tam. Na targach można spędzić godziny bo jest ponad 4tys stoisk. Rozłożone są one w trzech lokalizacjach, LVCC jest największą lokalizacją z najbardziej cool robotami. Niestety jest też najdalej położone. Na szczęście w czwartek moje meetingi dość szybko się skończyły i mogłam podejść tam i zobaczyć do czego świat zdąża.
A zdąża do… wg. mnie maksymalnego lenistwa. Jest część robotyki która jest potrzebna, ale jest niestety część robotyki która jest rozrywką albo będzie wykorzystywana żebyśmy jeszcze więcej czasu mogli spędzić na kanapie nie robiąc nic. Myślę, że dużo będzie zależało co zrobi z narzędziami i możliwościami które są przed nami. Czy czas który spędzamy na składnie prania poświęcimy na coś pożytecznego czy na przewijaniu Facebooka. To już zależy tylko od nas i wieżę, że będą dwie grupy ludzi a przepaść między nimi będzie się powiększać.
Ja wyszłam z CES jak zobaczyłam, że jest uprzęż którą nakłada się na ciało i można mniej się męczyć chodząc po górach… hmmm… ale czy to nie o to chodzi, żeby czasem się dobrze zmęczyć i poczuć jak serduszko bije?
Na targach można spędzić godziny ale bez przewodnika który opowie gdzie warto się zatrzymać i na co zwrócić uwagę trudno jest to ogarnąć. Część sprzętu można popróbować, dotknąć, wsiąść, spróbować. Ale zazwyczaj do tych fajniejszych rzeczy jest kolejka. Ja spedziłam tam chyba ponad godzinę i szczerze to nie wiem gdzie mi ten czas zleciał. Ale warto było. Cieszę się, że na koniec udało mi się doświadczyć i zobaczyć te wszystkie robociki i futurystyczne samoloty, koparki i inne pojazdy.
Darek grzecznie czekał na mnie w aucie. I jak tylko wyszłam i oficjalnie zamieniłam marynarkę na bluzę dresową ruszyliśmy w kierunku kalifornijskiego słońca.
Konferencja kończyła się w czwartek, aż głupio było nie wziąść piątku wolnego i przedłużyć pobyt do weekendu. Co prawda nie wracamy w niedzielę tylko w sobotę ale i tak postanowiliśmy na dwie noce pojechać do Kalifornii. Długo myśleliśmy co można fajne w okolicy Las Vegas zobaczyć i padło na Joshua Tree NP. Park narodowy z drzewami które trochę wyglądają jak kaktusy. O parku będzie więcej jutro bo tam spędzimy cały dzień. Póki co czekało nas 4h jazdy z Las Vegas do Palm Desert.
Palm Desert i Palm Springs leżą bardzo blisko siebie i razem z Rancho Mirago są enklawą gwiazd i bogatych ludzi. Położone są bardzo blisko Los Angeles a jednocześnie otoczone są pięknymi górami. Ostatni raz w tych rejonach byliśmy w 2013 roku i wyszliśmy na najwyższy szczyt w okolicy, San Jacinto. Wtedy byliśmy młodzi, piękni i mieliśmy siłę żeby wyjść na 10,834 ft w śniegu. Tym razem nasz hike będzie o wiele mniejszy, zdecydowanie na niższej wysokości i bez śniegu.
Do Palm Desert z Las Vegas można dojechać autostradą ale nam Google podpowiedziało inną bardziej lokalną drogę przez Mojave National Preserve i dalej na południe do drogi numer 10.
Przestrzenie i proste drogi przez kilometry już nas nie dziwią a bardziej przypominają nam dlaczego lubimy południowy zachód. Natomiast zdziwiła nas ilość białych punktów które wyglądały jak kampery czy inne małe domki.
Niestety w stanach dużo ludzi nie może pozwolić sobie na dom, dużo ludzi musi też podróżować za pracą i mieszka w kamperach. Część ludzi też po prostu lubi kampery jako sposób podróżowania i przyjeżdża tu na zimowe miesiące, żeby odpocząć od śniegów na północy. Nie są to oficjalne pola biwakowe czy miasta ale BLM (Biuro Zarządzania Lądem) które zarządza ternami publicznymi (głównie nie zamieszkałymi) pozwala na tak zwane rozproszone biwakowani które może trwać nawet miesiącami. Nie jest to dozwolone na przykład w parkach narodowych gdzie maksymalnie można być dwa tygodnie.
I tak właśnie jest jak się zjedzie z autostrady i wybierze się bardziej lokalną drogę która wcale czasowo nie jest dłuższa. Do hotelu zajechaliśmy już po ciemku. Tym razem śpimy w Marriott's Shadow Ridge, które jest bardziej resortem z polami golfowymi niż typowym hotelem.
A skoro resort to znaczy, że mają trochę ziemi. My na szczęście śpimy w budynku niedaleko głównej recepcji więc na nóżkach mogliśmy iść na kolację. Myśleliśmy jechać do miasta ale restauracja u nas w hotelu miała dość dobre opinie więc stwierdziliśmy, że damy jej szansę.
Niby jedzenie było dobre ale drugiej szansy im już nie damy. Jakoś się źle poczułam po tej kolacji więc długo nie siedzieliśmy. Może i dobrze bo jutro chcemy rano wstać, żeby jak najwięcej parku zobaczyć.