Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.22 San Francisco, CA (dzień 2)

Na dzisiejszy dzień mieliśmy zaplanowaną największą atrakcję w San Francisco czyli wyspę Alcatraz. Alcatraz znane jest jako najbardziej surowe więzieine w Stanach. Istnieje nawet powiedzenie: „If you break rules you go to prison, if you break prison rules you go to Alcatraz.” (Jeśli złamiesz prawo idziesz do więzienia, jeśli złamiesz prawo więzienia – idziesz do Alcatraz).

Na wyspę Alcatraz można tylko dopłynąć statkiem. Jest tylko jeden statek któy daje Ci możliwość wejśca na ląd. Inne wycieczki tylko opływają wyspę. Tak więc upewnij się, że zarezerwowałeś swoją wycieczkę przez http://www.alcatrazcruises.com/

Nasz rejs odpływał o 10:30 rano tak, że mieliśmy czas na zwiedzenie pier 39 i zjedzenie tam śniadania. Pier 39 słynie głównie z fok, które się tam wylegują. Foki tak sobie upodobały to miejsce, że ludzie zrobili im drewniane pływające platformy. Na szczęście byliśmy tam wcześnie rano i jeszcze nie było dużo ludzi więc spokojnie mogliśmy sobie porobić zdjęcia. Popołudniu musi tam być masakra.

Na śniadanie wybraliśmy Eagle Cafe. Na jakimś blogu wyczytałam, że wśród tych wszystkich turystycznych restauracji jak Hard Rock Cafe przy Pier 39, Eagle Cafe jest najbardziej lokalna. Rzeczywiście, nie żałujemy wyboru. Jedzenie było pyszne a obsługa bardzo miła. Mieli nawet pozycję Polish Sausages (polska kiełbasa) ale niestety nie przypominała, prawdziwej polskiej kiełbasy. Za to Eggs Benedicts z Crab Cake były bardzo dobrym wyborem.

W końcu przyszedł czas na rejs. Nasz statek wypływał z pier 33 więc po krótkim spacerku ustawiliśmy się w kolejce. Wyspa Alcatraz nie zawsze była więzieniem. Na początku mało atrakcyjna i omijana przez większość, w czasach gorączki złota została przerobiona na fort. Dopiero w latach późniejszych wyspa została przerobiona na najbardziej strzeżone więzienie. Alcatraz było więzieniem już od 1859 roku z różnymi przerwami. Jednak od 1934 roku więzienie to stało się najbardziej strzeżonym więzieniem o największym rygorze. Dla bezpieczeństwa wizyty w więzieniu były bardzo limitowane i to pewnie sprawiło, że powstawały plotki o okropnych warunkach życia. Pomimo, że Alcatraz było najbardziej strzeżoną budowlą w Stanach jak i nie na świecie to warunki życia nie były najgorsze. Jedzenie było dobre a sam budynek dość czysty. Więzienie zostało zamknięte w 1963 roku ze względu na duże koszty utrzymania. Po tym okresie było wiele pomysłów jak wykorzystać wyspę. Jedni chcieli otworzyć tam molo handlowe, Indianie chcieli aby ta ziemia została im zwrócona. Na szczęście ostatecznie ziemia została w rękach rządu amerykańskiego i cały obszar został przekształcony na muzeum.

Na wyspie można spędzić tyle czasu ile się chce. Znajduje się tam nie tylko główne więzienie ale też budynek starego fortu i ruiny domów. Część pracowników więzienia wraz z rodzinami mieszkali na wyspie i prowadzili tam normalne życie. Tak więc zachęcam pochodzić i spędzić tam troszkę czasu.
Najważniejszy i najlepszy budynek to jest jednak Cell House (główny budynek więzienia). W ramach biletu zapewnione jest audio tour w paru językach. Normalnie nie jestem zwolenniczką słuchania nagrania jak oglądam jakieś muzeum. To nagranie jest jednak bardzo dobrze zrobione, opowiada o życiu w więzieniu jak i o próbach ucieczki i powstaniu więźniów. Bez tego chodzenie po muzeum jest możliwe ale nie aż tak ciekawe. Tak więc zdecydowanie polecamy wziąć audio tour na którym można również usłyszeć prawdziwe zeznania więźniów jak i odtworzone odgłosy dnia codziennego.

Chodząc po więzieniu dowiedzieliśmy się o znanych więźniach którymi byli Al "Scarface" Capone, "Doc" Barker, Alvin "Creepy" Karpis, George "Machine Gun" Kelly, Floyd Hamilton i Robert Stroud "Birdman of Alcatraz". Widzieliśmy cele więźniów, te lepsze gdzie docierało światło i można było przez okna oglądać świat zewnętrzny i te gorsze z podwójnymi drzwiami gdzie tylko mały promyk światła wpływał. Do niektórych mogliśmy wejść i choć przez sekundę poczuć to co więźniowie....choć to nigdy nie jest miłe doświadczenie.

W Alcatraz oczywiście było dużo ludzi ale każdy chodził sobie we własnym tempie i nawet tak bardzo nam to nie przeszkadzało.

Do dziś nie wiadomo czy ktokolwiek, kiedykolwiek uciekł z więzienia. Była jedna próba i trzech więźniów dotarło na dach budynku i wskoczyło do wody. Natomiast nigdy nie potwierdzono czy zginęli w lodowatej wodzie czy jednak udało im się dostać do Ameryki Południowej czy Meksyku. Podobno w więzieniu dość intensywnie uczyli się języka hiszpańskiego. Opowiadanie w głośnikach prowadzi nas do odpowiednich cel i możemy zobaczyć dokładnie przez którą dziurę uciekli i którymi rurami wdrapali się na dach budynku.

W więzieniu było też powstanie. No bo co Ci ludzie mieli do stracenia. Oni tak czy siak mieli umrzeć czy to w więzieniu czy w czasie ucieczki. Tak, że próbowali non-stop. Chodząc po budynku, słuchając nagrania i widząc te małe detale na które głos w słuchawkach każe nam zwrócić uwagę, można naprawdę wyobrazić sobie przebieg wydarzeń.

Więzienie to nie tylko więźniowie. To też strażnicy, którzy mieli rodziny i prawdziwe życie. Część z nich mieszkała na wyspie, część dopływała codziennie łódką. Na nagraniu jest głos dziewczynki, której tata był dyrektorem więzienia Która opowiadała o swoim domu. O tym jak się bawiła tuż przed budynkiem więzienia i tylko czasem słyszała głosy więźniów, którzy się buntowali od czasu do czasu.

Spędziliśmy na wyspie ponad 2h. Zdecydowanie polecamy to miejsce każdemu bo nie da się tego opisać nie będąc tam.

Pomimo, że dziś wieczorem planowaliśmy jechać do Paso Robles to nadal chcieliśmy zobaczyć trochę miasta. Tak więc będąc już na wybrzeżu podeszliśmy do Fisherman's Wharf. Jest to chyba najbardziej turystyczne miejsce z dużą ilością restauracji i sklepów z pamiątkami. Wśród tych wszystkich sieciowych restauracji jak Applebees, In-n-Out, McDonald etc. udało nam się znaleźć knajpkę Chowder Hut. Każde miasto ma swoje unikatowe jedzenie. Zazwyczaj nie jest to najlepsze jedzenie ale potrawa za którą tęsknisz jak tylko opuścisz miasto. Dla San Francisco taką potrawą jest zupa Clam Chowder serwowaną oczywiście w bułce. Miejsce, które znaleźliśmy serwuje zupę jak i inne owoce morza i pomimo, że jest bardziej restauracją typu fast-food to zupa była bardzo dobra.

Na Fisherman's Wharf jest dość ciekawe muzeum, Musee Mecanique. Jest to muzeum zabawek na monety. Najstarszy obiekt jest z roku 1889 i po wrzuceniu monety pokazuje obrazki jakby się ruszały. Zabawka ta pokazywała dziewczynkę skakającą na skakance. Proste i teraz wydaje nam się banalne ale prawie 130 lat temu to była wielka technologia.

Samo muzeum jest za darmo ale ponieważ wszystkie zabawki są na monety to ludzie wymieniają dolary na 25 centów i grają. Fajna zabawa dla wszystkich a jednocześnie edukacja czym zachwycali i bawili się nasi przodkowie.

Jest tam dużo maszyn przepowiadających przyszłość....mi wyszło, że będę popychadłem... LOL....można też iść na maszynę która powie ci jak dobra jesteś w łóżku albo zacznie się po prostu z ciebie śmiać. Nas bardziej interesowały flipery i stare poczciwe Atari.

Niby nie pozorne muzeum a jednak tyle frajdy. Cieszymy się, że weszliśmy do tego nie pozornego hangaru. W końcu przyszedł czas powrotu. Zaczęliśmy się kierować w kierunku hotelu spacerkiem. Ponieważ jednak byliśmy na wybrzeżu tak, że nasz spacer przemienił się w hike. Chyba każdy kojarzy strome ulice San Francisco. Zdecydowanie niezły trening przed hikiem. Tylko pomyśl, że mieszkasz w tym mieście i prawie w ogóle nie ma metra czyli częściej idziesz na nogach. Chyba każdy jest tu nieźle wysportowany.

Po drodze minęliśmy słynną, zakręconą Lombard street. Masakra....było tam tyle ludzi którzy robili sobie selfie, że szybko stamtąd uciekliśmy na Macondary Lane. Zdecydowanie przyjemniejsza uliczka, żeby się przejść. Ulica ta jest zamknięta dla ruchu samochodowego i jest mieszkalną uliczką, pełną drzew i ładnych widoków na zatokę.

Tak zakończyliśmy zwiedzanie San Francisco. Zostało jeszcze parę miejsc, które chcemy zobaczyć. Może wieczorem po konferencji się jeszcze gdzieś przejdziemy, może w drodze powrotnej uda nam się zrobić hike z widokiem na Golden Gate Bridge. Póki co jedziemy na jedną noc do Paso Robles poszukać nowych win do sklepu a potem dwa dni pracy – przynajmniej jak dla mnie.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.21 San Francisco, CA (dzień 1)

Google zrobiło mi prezent i zorganizowało konferencję zaraz przed długim weekendem. Mój szef zrobił mi drugi prezent i mnie na nią wysłał. Tak więc grzechem by było nie wziąć 3 dodatkowych dni wolnych i spędzić 10 dni w California. Nie ma to jak wakacje połączone z pracą. Przyjemne i pożyteczne a do tego bilet jest na koszt firmy. Konferencja jest w San Francisco więc od tego miasta zaczniemy zwiedzanie.

Nie tracąc czasu wzieliśmy samolot wcześnie rano i już o 10 wylądowaliśmy w SF. Byliśmy już wcześniej w tym mieście ale nie wystarczająco długo aby go tak naprawdę zwiedzić. Jednak z tego co go widziałam i o nim czytałam to jest to miasto do którego mnie ciągnie, do którego nawet rozważam się przeprowadzić. Zobaczymy jakie wrażenia będę mieć pod koniec pobytu i czy spodoba mi się bardziej niż NY.

San Francisco jak i cała dolina krzemowa jest najbardziej kojarzona z firmami jak Google, Facebook, Dell, Apple. To w tym rejonie powstają największe pomysły, tworzy się najwięcej start-up'ów a cały świat patrzy co nowego wymyśliła Dolina Krzemowa. San Francisco już wcześniej zyskało swoją sławę. Miasto pomimo że założone zostało w 1776 roku swój największy przyrost ludności miało w okresie Gorączki Złota (1849). W tym okresie jego populacja wzrosła z 300 ludzi do ponad 20tys. Tak nagły wzrost sprawił, że San Francisco stało się największym miastem na Zachodnim wybrzeżu. W późniejszych latach San Francisco zyskało swoją sławę jako najbardziej liberalne miasto. Każdy kojarzy dzieci kwiaty, hippis'ów itp. To właśnie tu zapoczątkowała się cała rewolucja seksualna.

My rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta od poszukiwania miejsca na lunch. Na mojej liście miałam dwa bary Saloon i Condor...oba okazały się zbyt lokalne. Condor był bardzo modnym klubem w latach 80-tych. Jest ciekawa historia związana z tym klubem. W 1983 roku ochroniarz klubu chciał mieć seks z kelnerką. Tak więc oboje zostali po godzinach i zaczęli się kochać na pianinie. Niestety w czasie stosunku poluzował się hydrauliczny przełącznik i pianino podniosło się pod sam sufit. Mężczyzna zginął na miejscu przygnieciony do sufity natomiast kobieta przeżyła ale została znaleziona dopiero nad ranem kiedy to reszta pracowników przyszła do pracy.

Saloon wyglądał bardziej na lokalną spelunę więc zdecydowanie nie chcieliśmy tam jeść. Ogólnie w San Francisco jest bardzo dużo bezdomnych. Nie zatrzepiają cię i w sumie nie żebrają ale jakoś tak nie do końca jest to przyjemne. Tak więc wylądowaliśmy we włoskiej knajpce i zjedliśmy pizze. Drugim minusem San Francisco jest komunikacja miejska. Metro jest tu bardzo małe i ciężko jest nim dojechać w każdy zakątek. Często trzeba gdzieś podejść. Tak więc i my poszliśmy na spacerek w kierunku Pier 1-3. Sam pier 3 jest dość ładny i jest to molo więc można wyjść w morze.

Jest to też miejsce dla wędkarzy. My mieliśmy szczęście bo jeden pan złowił rybę płaszczkę. Myślę, że będzie ją jadł bo spędził dobre parę minut wyciągając haczyk z niej a potem nie wrzucił jej do wody z powrotem. Biedna rybka.

Niedaleko portu jest Market street. Na której to spotykają się tramwaje, stare tramwaje (street car) i metro. San Francisco nie ma najlepiej rozwiązanej komunikacji miejskiej. Mają co prawda wszystkie rodzaje transportu: tramwaj, metro, autobusy, trolejbusy no i oczywiście słynne street car (na zdjęciu).

Problem jednak polega na tym, że metro ma mały zasięg i pomimo, że mają 4-5 linii to przez dłuższy odcinek one jadą tym samym tunelem. Autobusów jest dużo ale one z kolei muszą stać w korkach. Zostają tramwaje, których nie wypróbowaliśmy ale też mam wrażenie, że nie dojeżdżają w każde miejsce.

Tak więc my wzięliśmy metro, które jest krótkie – ma tylko 2-3 wagoniki ale dość szybko zawiozło nas pod park Golden Gate. Od przystanku do parku mieliśmy parę minut do przejścia ale trafiliśmy na bardzo ciekawą dzielnicę. Dzielnica była pod tytułem „make love not war”. Na drzwiach i oknach było dużo znaków pokoju, widać było parę miejsc gdzie uczą Cię medytacji i innych duchowych przeżyć. Ogólnie dzielnica czysta (tak jak i całe miasto), ciekawa i ładna.

Park Golden Gate jest 20% większy od Central Parku w New York. Kształtem i funkcjonalnością zdecydowanie przypomina Central Park. To co mnie zaskoczyło to ilość samochodów. Dużo jest tam dróg a ludzie przyjeżdżają samochodami do parku. Widać, że w SF prawie każdy ma samochód a nie jak w NY. Park ma do zaoferowania wiele atrakcji, jeziora, muzeum, japoński ogród, botaniczny ogród i wiele więcej. Myśmy doszli tylko do jeziora (czyli przeszliśmy 1/3 parku).

Jezioro znów zaoferowało nam parę atrakcji z dziedziny natura. Samo otoczenie jest piękne i można się tam zrelaksować, do tego jest tam dużo kaczek i złówików. Widzieliśmy nawet jak jedna kaczka złapała i połknęła całą rybę. Byliśmy w szoku, że taka mała kaczka połyka taką duża rybę i to w całości. Niestety akcja była tak szybka, że nie zdążyłam zmienić obiektywu. Z moim zapłonem udało mi się tylko zrobić zdjęcie leniwych żółwi.

W parku można spędzać godziny ale my byliśmy umówieni na kolację ze znajomymi więc musieliśmy wracać do hotelu. Wieczorem spotkaliśmy się z moim kolegom, który się przeprowadził z NY do SF. Cleo jak to Cleo zna wszystkich więc szybko zaczęło się przewijać dużo więcej ludzi. Najpierw poszliśmy do restauracji japońskiej. Na pierwszy rzut oka całkiem przyjazne miejsce. Z dużym wyborem whiskey, ciekawym jedzeniem i miłą atmosferą. Nihon Whiskey lounge był położony blisko centrum ale w bardziej mieszkalnej dzielnicy. Podobno słynie z dobrych happy hours. I rzeczywiście, drinki i jedzenie miały dość dobre ceny na promocji...natomiast my, niedoświadczeni zamówiliśmy piwo. I tu niespodzianka. Małe piwo kosztowało $12. Upsss......troszkę się przestraszyliśmy jak zobaczyliśmy rachunek. Dobrze, że nie siedzieliśmy tam za długo i przenieśliśmy się do Browaru, Southern Pacific. Zdecydowanie tańsze miejsce. Dobre piwa, które robią na miejscu, bardzo dużo lokalnych i można nawet coś przekąsić. Darkowi się bardzo spodobał dress code. Ponieważ w San Francisco jest bardzo dużo ludzi pracujących w e-commerce, IT i innych technologiach to ogólnie panuje luz. To nie to co NY i krawaty i garnitury. Tutaj najpopularniejszym strojem są jeansy i bluza z kapturem. W SF temperatura jest dość stabilna przez cały rok ale czasem zawieje wiatr więc bluza się przydaje. I tak chodzi się cały dzień. Do pracy, do baru czy do restauracji.

Tak minął nam wieczór. Do browaru przychodziło coraz to więcej znajomych Cleo bo ktoś tam miał urodziny tak, że fajnie było porozmawiać z lokalnymi, zobaczyć jak żyją. Bardzo fajni i wyluzowani ludzie. Większość z nich pracuje w tak zwanych start-upach. Czyli nowych projektach, które mają inwestorów więc na początku dużo płacą, mają fajną atmosferę pracy, są dość elastyczne jeśli chodzi o godziny pracy. Tak więc łatwo ściągają młodych ludzi i dają im dość duże pieniądze. Jednak po paru latach przychodzi czas prawdy. Albo projekt się uda i będzie wielkim sukcesem jak Facebook albo zniknie i ludzie o nim zapomną. Wtedy dla pracowników przychodzi czas na kolejny start-up. I tak się wszystko kręci. Dlatego San Francisco jest dość drogie, ceny mieszkań są porównywalne lub nawet droższe niż w New York, podobnie jest z całą reszta. Jednak jak pracujesz w e-commerce to sobie fajnie żyjesz bo odpowiednio zarabiasz.

Read More

2015.12.28 Death Valley, CA (dzień 4)

Ostatni (czwarty) dzień naszej wyprawy też cały spędziliśmy w dolinie śmierci. Samolot mamy dopiero wieczorem z Vegas, więc chcemy wykorzystać każdą chwilę w tej pięknej krainie.

Była już depresja i potężne pokłady soli, był już hike na najwyższy czyt, wulkany, kaktusy, wyschnięte jeziora, dzisiaj pora na kaniony, wydmy i opuszczone miasteczka, zwane ghost town.

Park ma dziesiątki a może i nawet setki kanionów. Wiele z nich jest położonych w odległych górach i żeby się do nich dostać to albo trzeba mieć fajny samochodzik 4x4, albo dłuuuugo iść na nogach. Oczywiście każdy kanion to godziny na jego odkrywanie, a my niestety nie przyjechaliśmy tutaj na miesiąc (a szkoda), więc wybraliśmy dwa. Titus kanion i Mosaic kanion.

Titus kanion jest bardzo specyficzny. Cały można przejechać samochodem. Jego długość to prawie 20 mil. Przez jego dno przebiega off-road "droga", która jest miejscami tak kręta i wąska że można tylko jechać w jednym kierunku i nie wolno jechać z żadnymi przyczepami albo dużymi samochodami. Myślałem, że miejscami będę musiał składać lusterka, ale nawet się obyło bez tego.

Przed samym wjazdem na szutrową drogę Leadfield Rd jest ghost town, Rhyolite

Świetność miasteczka przypada na początek 20 wieku. Wtedy to, tutaj zostało odkryte złoto. W błyskawicznym tempie na pustyni tysiące poszukiwaczy złota osiedliło się. Miasteczko w ciagu dwóch lat urosło nawet do 5 tysięcy mieszkańców. Miało elektryczność, wodę, szkołę, szpital, drukarnie, operę, a nawet dom maklerski. Zbudowano też kolej. Oczywiście jak to w Nevadzie, otworzono tam ponad 50 saloonów, kasyna i domy publiczne.

Po paru latach złoto się skończyło, więc i miasteczko zaczęło upadać. W 1920 mieszkało tam już tylko 14 osób , w 1922 tylko jedna osoba, która umarła dwa lata później w wieku 92 lat. Przez dwa lata miała całe miasto dla siebie.

Opuszczamy "cywilizację" i jedziemy w góry. Wspinamy się po wertepach do góry aż do red pass (czerwonej przełęczy).

Ciekawą, pustynno-skalistą drogą wznieśliśmy się o 2000 stóp i wyjechaliśmy na czerwoną przełęcz, na wysokość 5250 ft. Dobrze, że jeszcze nie było śniegu, bo były odcinki które były bardzo wąskie i strome, a i też przepaście były konkretne. Było trochę samochodów na trasie. Nawet jeden pan przyjechał tutaj z Los Angeles swoim Lexusem SUV. Potem jak z nim rozmawiałem to mówił, że nawet było OK, choć miejscami by mu się przydał lepszy samochód.
Nam by było chyba szkoda jechać naszym samochodem w takie tereny, a i pewnie trochę bym się bał.

Na przełęczy można zostawić samochód i dalej się wspinać na nogach w góry. Nie ma szlaków, ale po śladach ludzi widać że wielu znalazło tu swoje ścieżki.
Nam oczywiście czas nie pozwalał na taką zabawę, więc zaczęliśmy pomału (bardzo pomału) zsuwać się parotonowym Fordem w dół, w kierunku Titus kanionu. Zaletą dużych silników jest to, że nawet taką krowę jaką jest nasz samochód pierwszy bieg utrzyma i hamulce używałem tylko wtedy jak się chciałem zatrzymać na zdjęcie, albo już było ostro w dół z dużymi kamieniami.

Zanim jednak wjechaliśmy w kanion dojechaliśmy do kolejnego wymarłego miasteczka. Leadfield ghost town. To miasteczko nie było aż tak duże jak poprzednie. Mieszkało tam maksymalnie 300 osób. Ludzie w większości mieszkali w namiotach i paru blaszanych chatkach. W 1927 roku złoto się skończyło więc i miasteczko też.

Od Leadfield ściany kanionu zaczęły się robić coraz to wyższe i stawało się coraz to węziej. Po kolejnych paru milach było już tak wąsko że słońce już nie docierało na dno.

Byliśmy już w kilku wąskich kanionach, ale nigdy nie samochodem. Trochę inne zwiedzanie. Można pokonać znacznie większe odległości. Tak jak pisałem, kanion ma prawie 20 mil długości. W ciągu jednego dnia było by to niemożliwe do zwiedzenia. Często były też szersze miejsca, gdzie można się było bezpiecznie zatrzymać, porobić zdjęcia, czy ponagrywać.

Po około godzinie naszym oczom ukazała się potężna polana, co oznaczało, że tutaj kanion się kończy. Był tam też parking, gdzie stało trochę samochodów, ale one niestety nie mogły wjechać z tej strony bo kanion jest jednokierunkowy.

Z parkingu w dół jakieś 3 mile i już dojechaliśmy do asfaltu. Jaka ulga, jak cicho, nic nie trzepie. Jednak po paru godzinach jazdy off-road asfalt to jest świetny wynalazek.
Nasz następny cel to Mosaic kanion.

Jakieś pół godzinki jazdy i już byliśmy u wrót kanionu. Kanion jest ogólnie dostępny i łatwy, więc niestety ludzi też było dużo. Wziął nazwę od formacji skalnych, które układają się w mozaikę. Samochód zaparkowaliśmy pod kanionem i ruszyliśmy.

Kanion nie jest długi, jakieś parę mil. Po około dwóch milach ma suchy wodospad który niestety nie da się przejść i trzeba zawracać. Chyba że ma się sprzęt do wspinaczki to można iść dalej. Myśmy oczywiście nie mieli sprzętu, więc wróciliśmy. Kanion ma wąskie i szerokie odcinki. Niektóre miejsca są tak wąskie, że można naraz dwóch ścian rękami dotykać. Wcześniej wyczytaliśmy, że można wracać górami. Tak też uczyniliśmy. Trochę musieliśmy się powspinać na ściany kanionu, ale było warto. Widoki były odlotowe. Widać było cały kanion i wydmy do których się udawaliśmy.

Tu już nie było nikogo. Całe góry nasze. Uwielbiamy to. Szybko granią przeszliśmy na parking i udaliśmy się na kolejną atrakcję, Mesquite Flat wydmy.

Mesquite Flat wydmy nie są największe w parku, ale są najbardziej popularne. Ich maksymalna wysokość to jakieś 100 stóp (30 metrów). Chcieliśmy pojechać na Eureka wydmy, ale niestety czasu nam brakło. Są bardzo oddalone na północ i trzeba jechać godzinami żeby tam się dostać. Ich wysokość dochodzi nawet do 680 stóp (ponad 200 metrów). Na nie oczywiście trzeba wyjść, a to już się robi wyprawa na cały dzień. Planujemy wrócić do tego raju, więc na 100% je odwiedzimy.
Mesquite Flat wydmy są wciąż potężne. Można godzinami je zwiedzać. Iść przed siebie w nieskończoność. Zgubić się raz czy dwa.
W lato raczej tu nie można chodzić. Temperatura powietrza dochodzi do 130F (55C), a piasek się nagrzewa do 160F (70C), można dostać lekkiego poparzenia. Pobiegaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do samochodu.

Wracając z parku do Vegas odwiedziliśmy jeszcze jedną atrakcję. Chyba jedno z najbardziej odwiedzanych miejsc w Death Valley, Dante's view.

Samochodem po drodze asfaltowej można wyjechać na 5,476 stóp (1,669m). Ze szczytu jest przepiękny widok na całą dolinę i góry Panamint, gdzie znajduje się Telescope peak.
Miejsce szczególnie polecamy, łatwo można się do niego dostać, a widoki są powalające. Szczególnie jest polecane w godzinach rannych, kiedy słońce jest za plecami i super wszystko oświetla. Oczywiście z tego miejsca jest wiele ścieżek, które prowadzą na sąsiadujące górki, gdzie można podziwiać Dolinę Śmierci z innej perspektywy.

W tym miejscu kończy się nasza cztero-dniowa przygoda z Doliną Śmierci. Przepiękna, bardzo zróżnicowana kraina. Każdy, kto lubi naturę, lubi odkrywać nowe miejsca, na pewno znajdzie coś tutaj dla siebie. Myśmy byli tylko 4 dni w tym parku, stanowczo za mało, a i tak przejechaliśmy 1,200 mil (2,000km). Obszarowo jest to największy park w Stanach (poza Alaską). Ten park stanowczo pobija parki na Alasce systemem dróg. O wiele łatwiej można się po nim poruszać. Można dojechać do wybranego miejsca, a stamtąd już na nogach dalej go odkrywać. W Parkach na Alasce jednak musisz dużo miejsc odkrywać idąc na wielodniowe hiki. Ma to oczywiście swoje plusy, ale jeszcze więcej potrzebujesz czasu.

Dużo dróg to jednak drogi off-road gdzie podróżowanie zwykłym samochodem staje się mało atrakcyjne i niebezpieczne, a w większości przypadków po prostu niemożliwe. Napęd 4x4 z blokadami, wysokie zawieszenie, dobre, duże opony do jazdy po ostrych kamieniach to podstawa. Oczywiście mapy, GPS, ciepłe ubranie, woda i jedzenie też powinny znajdować się w samochodzie. W większości miejsc telefony komórkowe nie działają, a jednak samochód może się zepsuć. I jak już nikt dzisiaj nie pojedzie tą drogą żeby wezwać pomoc, to trzeba jakoś przenocować na tym odludziu, a noce mogą być zimne.
Widywaliśmy fajne samochody przygotowane do jazdy po tej krainie. Podniesione zawieszenie, potężne opony z grubym bieżnikiem, dwie takie same zapasowe, kanistry z paliwem na dachu....
Planujemy tutaj wrócić. Jeszcze wiele nie odkryliśmy, dużo zostało miejsc, które obowiązkowo są na naszej liście. Przez 4 dni można zobaczyć dużo, ale jak na tak duży obszar to dalej za mało. Myślimy że kolejnym razem tydzień powinien nam wystarczyć.
Oczywiście nie może to być w lato, tutaj jest za gorąco. Sezon na zwiedzanie Doliny Śmierci zaczyna się pod koniec października i trwa do kwietnia.

Przed przyjazdem tutaj słyszeliśmy, że Dolina Śmierci to także raj dla fotografów. Zdecydowanie potwierdzamy tą teorię, więc Ilonka latała w kółko z aparatem pstrykając setki zdjęć.

Read More

2015.12.27 Death Valley, CA (dzień 3)

Kolejny dzień w Dolinie Śmierci i kolejne nowe wrażenia. Tym razem głównym punktem programu jest Racetrack. Kolejna niesamowita płaszczyzna po której można chodzić i obserwować jak poruszają się kamienie. Żeby jednak tam dojechać konieczny jest samochód z napędem na 4 koła, cierpliwy kierowca który pokona 27 mil (43 km) wyboistą drogą bez asfaltu. No i czas bo aby dojechac do drogi off road trzeba pokonac ponad 85 mil (130 km) droga asfaltową. Ale jak się potem przekonaliśmy było warto.

Jak to bywa w fajnych parkach oczywiście po drodze jest wiele miejsc które są równie interesujące.

Nasz pierwszy przystanek był w miasteczku Furnace Creek. Miasteczko to jest położone w środku doliny i jest najniżej położonym miasteczkiem w Ameryce Północnej a może nawet na całej zachodniej półkuli. Jest to bardzo małe, totalnie turystyczne miasteczko, które zamieszkuje tylko 24 osoby (dane z 2010 roku). Oczywiście jest tam sklep, stacja benzynowa, restauracja, saloon no i oczywiście hotel dla turystów. Dobrze, że w Death Valley jednak jest trochę cywilizacji bo inaczej na jednym baku nie moglibyśmy dojechać do Racetrack ani w inne dalsze rejony doliny.

Tak więc po zatankowaniu do pełna ruszyliśmy na północ 57 mil do następnej atrakcji która pojawiła się na naszej drodze. W Death Valley atrakcje są na każdym kroku...tylko kroki trzeba tu robić duże bo park jest ogromny.

Ubehebe krater, (czyt. Yoo-bee-hee-bee) jest położony na północnym końcu gór Cottonwood. Krater ma pół mili szerokości (niecały kilometr) i od 500-777 ft (150-237 m) głębokości. Nie jest do końca pewne ile ma on lat. Jedni szacują, że powstał on nawet 7 tys lat temu, choć podobno nowsze badania dowodzą, że jest on młodszy i ma tylko 800 lat. Tak jak wspominaliśmy wcześniej Dolina Śmierci to raj dla geologów więc badania ciągle trwają.

Do krateru można zejść (500 ft w dół) co oczywiście zrobiliśmy. Schodzi się bardzo łatwo, bo po żwirku zjeżdżasz jak po piasku czy śniegu. Gorzej było z wyjściem kiedy to co drugi krok ześlizgujesz się w dół. Ale oczywiście warto. Nie ma to jak być na samym dole i poczuć jaki ogrom cię otacza.

Do tego miejsca jeszcze prowadziła droga asfaltowa. Ale od tego momentu zaczęła się zabawa. Zaraz przy kraterze skręca się na Racetrack, naszą najważniejszą atrakcję dzisiejszego dnia. Jak duży „krok” musimy zrobić tym razem? Tylko 27 mil....ale off-road.

Droga pomimo, że bardzo wyboista mijała nam dość przyjemnie bo widoki były powalające. Oczywiście tu to nas mijały już tylko normalne samochody, jeep, SUV i czasem jakiś pick-up....napęd na 4 koła i wysokie zawieszenie to podstawa. Gdzieś po ok. 10 milach pojawiła się kaktusolandia. Naszym oczom ukazał się las kaktusów. Było ich multum. Ja naliczyłam ogólnie 6 rodzajów ale tylko jedne rosły wysoko jak drzewa. Byliśmy w szoku, jak dużo ich tu jest i tak nagle, niespodziewanie tu wyrosły.

Kolejna atrakcja to Teakettle junction (skrzyżowanie Dzbanek na herbatę). Skrzyżowanie to łączy drogę do Racetrack Playa, Hunter Mountain i inne szlaki w góry. Legenda głosi, że wieki temu był to znak dla idących, że woda jest niedaleko. Teraz to tylko atrakcja turystyczna i ciekawa pamiątka. Dzbanki ludzie zostawiają na szczęście i pamiątkę, że tu dotarli Szkoda, że my nie wiedzieliśmy o tym wcześniej i nie przywieźliśmy żadnego dzbanka.....napisalibyśmy: „Dziubdziuki tu były”.

Finally....godzinę jazdy od krateru, i 4.5h od opuszczenia hotelu wreszcie dotarliśmy do płaszczyzny Racetrack Playa. Dlaczego to miejsce jest takie ważne? Miejsce to jest bardzo unikatowe. Często znane jest jako miejsce ruszających się kamieni. Racetrack jest ogromnym wyschniętym dnem jeziora. Jego powierzchnia jest spękana i sucha przez większość czasu.

Jednak czasami pojawia się tu woda i ziemia staje się mokra. Do tego niskie temperatury (szczególnie nocą) sprawiają, że cała pokrywa jest dość śliska. Do tego dochodzi wiatr, który jest tak mocny, że potrafi przesuwać kamienie o wadze nawet ponad 100 funtów.

Po wyschnięciu, na ziemi zostaje ślad jaki zrobił kamień ruszany przez wiatr. Efekt jest do dziś małą tajemnicą ponieważ nikt nie był jeszcze w stanie nagrać jak kamień się przesuwa ale badania ziemi wskazują, że powyższa teoria jest prawdziwa.

Kolejna ogromna płaszczyzna po której można chodzić godzinami i co jakiś czas spotkać ciekawszy ślad czy kamień. My chodząc po wyschniętej powierzchni nie robiliśmy śladów ale widzieliśmy stare ludzkie ślady. Aktualnie miejsce to jest zamykane jak jest mokre bo ślady raz odbite zostają tam latami.

Moglibyśmy spędzić tu godziny ale niestety musieliśmy ograniczyć się tylko do 1h bo w zimie dzień jest krótszy a my chcieliśmy zdążyć jeszcze na jakiś ładny zachód słońca. Widok Racetrack jednak tak nas zahipnotyzował, że nie mogliśmy się oprzeć i nie zjeść lunchu w takiej scenerii.

No i w drogę. Wracaliśmy tą samą drogą ale nie myślcie, że tym razem było to nudne. Przed nami roztaczały się przepiękne widoki na dolinę i otaczające je góry. Pomimo, że już znaliśmy drogę to nadal nas zaskakiwała widokami i ciągle się zatrzymywaliśmy robić zdjęcia.

Zachód słońca złapaliśmy już na drodze asfaltowej. Niestety (a może i dobrze) nie dojechaliśmy w żaden punkt turystyczny aby podziwiać zachód słońca. Natomiast zatrzymaliśmy się po drodze i podziwialiśmy jak słońce malowało niebo. Niesamowite kolory, ogromne góry w około i nikogo w obrębie wzroku.

Widzieliśmy tylko przy drodze dwa puste zaparkowane samochody. Chyba ktoś tak zakochał się w tych górach, że po prostu poszedł przed siebie....tu nie ma szlaków....tu po prostu idziesz, odkrywasz i podążasz gdzie góry Cię wołają.

Dolina Śmierci nie idzie spać o zachodzie słońca. Jak już pisaliśmy wcześniej jest to najlepsze miejsce aby oglądać gwiazdy i chyba pierwsze gdzie widzieliśmy drogę mleczną. Tak, że nie do końca narzekaliśmy na krótki dzień bo mogliśmy podziwiać gwiazdy, piękną pełnię księżyca i dziękować za kolejny wspaniały dzień.

Dla nas był to kolejny cudowny dzień, pełen pięknych widoków, emocji i niesamowitych przeżyć. Niestety nie wszyscy mieli takie szczęście. Wracając do hotelu zatrzymaliśmy się bo zobaczyliśmy na poboczu samochód i ludzi wymachujących latarkami. Okazało się, że złapali gumę a na środku tej pustyni ciężko z zasięgiem. Zdziwiło nas na maksa, że ich Volvo s60 nie miało zapasowego kola. Niestety to prawda. Pomimo, że samochód z wypożyczalni to miał tylko zestaw do łatania który wystarczy Ci na parę kilometrów, Podwieźliśmy ich do miasteczka, gdzie jest zasięg i mamy nadzieję, że wszystko dobrze się skończyło.

Read More

2015.12.26 Death Valley, CA (dzień 2)

Dzisiejszy dzień był zupełnie inny niż wczorajszy. Z czym wam się kojarzy Dolina Śmierci??? Gorące klimaty, sucho i pustynnie. Do dzisiaj też tak nam się wydawało.

Dolina Śmierci to też wysokie góry sięgające powyżej 10000 feet, gdzie śnieg leży pół roku. Telescop Peak jest najwyższym szytem w tym parku i sięga 11,043 ft. (3,366m). Oczywiście to też był nasz cel dzisiejszego dnia. Szlaków jest pełno na wiele innych szczytów ale my chcieliśmy uderzyć na najwyższy. Mieliśmy co prawda plan zapasowy jakby na Teleskopie było za dużo śniegu.

Pobudka musiała być w środku nocy bo przecież ten park jest ogromny. Z hotelu na początek hiku jest 124 mile (200 km). Na szczęście większość drogi była asfaltowa, tylko ostatnie parę mil był off-road, ostro do góry po śniegu. Ale mając taki samochód, nie było żądnego problemu.

Ja jak i pewnie większość z was uważałem, że duże amerykańskie samochody to przerost formy nad treścią. Wypożyczyliśmy z Budget Forda F-150 XLT pickup-truck. Zdecydowałem się na to z paru powodów. Po pierwsze jeździliśmy po tych rejonach Jeep'em Cherokee, fajny samochód ale nie na off-road. Po drugie żadna wypożyczalnia nie gwarantuje samochodu z napędem na 4 koła z blokadami. Chyba, że wybierzesz pick-up. I powiem wam, jest tańszy niż full size SUV. Ford jest mocny, niezawodny, potężne koła, dużo miejsca no i paka na którą można wrzucić wszystko jak brudne buty po hiku...i śmierdzące skarpetki też.

Wiadomo, mieszkając w dużych miastach nie potrzebujesz takiego samochodu. Ale tutaj to zupełnie inna bajka. Na parkingach czujemy się jak lokalni, turyści nas zaczepiają i pytają o drogę. Pewnie pomyślicie, że ten silnik V8, pewnie ponad 4 litry dużo pali. Spalał nam prawie tyle co nasza Mazda, No chyba, że się bawisz off-road. Ale to już inna kwestia.

No ale wracając do hiku, to o 8:15 wyruszyliśmy z nadzieją zdobycia szczytu. Jest to długi hike, 14 mil (22.5 km) w obie strony i 3tys ft. do góry. Jest to bardzo dużo, zwłaszcza, że start jest z 8000 ft. A my oczywiście nie mieliśmy aklimatyzacji – wręcz przeciwnie, wczoraj chodziliśmy po depresji.

Wyruszając było dość zimno (ok. 20F /-6C) ale to nas nie martwiło. Martwił nas dość mocny wiatr. Miejmy nadzieję, że wschodzące słońce zmniejszy jego siłę. Pierwsze 2 mile i 1500 ft do góry szło się dość przyjemnie po zboczu grani. Większość czasu trasa jest nie zalesiona więc widoki na całą Dolinę Śmierci były fascynujące.

Czas szybko mijał i o 10 rano byliśmy na przełęczy gdzie ukazał się nasz cel. Śniegu dalej nie było dużo natomiast wiatr stawał się coraz mocniejszy, zwłaszcza na odkrytych terenach. Pozapinaliśmy nasze kurtki i wzięliśmy się do roboty. Niestety szlak schodził trochę w dół (ok. 300 ft.) fajnie się schodziło ale wiedzieliśmy, że będziemy musieli to wcześnie czy później nadrobić. Na tym odcinku wiatr był dość mocny więc walcząc z nim nie zwracaliśmy uwagi na utratę wysokości.

Ok. 11:30 podeszliśmy pod zbocze Telescop Peak. Na szczyt mieliśmy 1500 ft i 2-3 mil. Na tym etapie nasza woda już zamarzła pomimo że wydmuchiwaliśmy ją z rurek. Wszędzie do tej pory to zdawało egzamin czyli musiało być bardzo zimno. Do tego coraz to mocniejszy wiatr, na pewno nam nie pomagał. Ale my się dalej nie poddawaliśmy. Stromymi zig-zak'ami wspinaliśmy się do góry. Mimo, że mieliśmy zimowe buty i rękawice to czuliśmy, że długo w takich warunkach nie możemy przebywać a na pewno nie zatrzymywać się. Było już ponad 10 000 ft. czyli jednocześnie ubywało tlenu.

Nie mieliśmy za wiele czasu (mróz i wiatr,) ale szło się dość wolno. GPS nam pokazywał, że ciągle jeszcze dużo mamy. Miejscami nogi nam się plątały (na stromym zboczu) bo wiatr ciągle próbował nas przewrócić.

Wysokość 10 800 ft. - decyzja zespołu, WRACAMY. Wiem, zostało 200 ft do szczytu ale w tych warunkach to może być nawet ponad godzina w dwie strony. Nie wiemy jaka dokładnie była temperatura ale chyba nigdy nie byłem w tak silnym, mroźnym wietrze (windchill dochodził do minus kilkudziesięciu stopni C). Parę godzin później jak grzaliśmy się w samochodzie to aż czuliśmy pieczenie skóry. Ciekawe komu pierwszemu będzie schodzić skóra z twarzy. W samochodzie dziękowaliśmy sobie nawzajem za mądrą decyzję. Mądry jest ten kto zawróci a nie ten kto nie wróci., albo wróci z odmarzniętymi palcami i nosem.

Nie wiem czy będziemy wracać na ten szczyt, bo byliśmy prawie na szczycie, więc widoki są porównywalne. Ty należysz do szczytu tak długo jak z niego nie zejdziesz, a nie jak go tylko zdobędziesz. Oczywiście bardzo polecamy ten hike, przepiękne widoki, nie techniczny i dość łatwy pod warunkiem, że pogoda sprzyja. Jego nawet można robić w lato, pomimo że wtedy na dole jest 130F, to na górze powiewa przyjemny chłodek. Pamiętajcie 14 mil na tej wysokości to nie jest spacer w parku.

Nagrodą za ten hike była droga mleczna. Tak jak widzieliśmy gwiazdy dzisiaj to chyba nigdy nie widzieliśmy, aż było biało na niebie. Dolina Śmierci ma certyfikat czarnego nieba jako jedyny park w kontynentalnej części Stanów (nie licząc Alaski). Dziś już jesteśmy za bardzo zmęczeni ale jutro aparaty, kamery i statywy pójdą w ruch.
Taki dzień trzeba zakończyć w Steakhousie. Dobre mięsko i pyszne wino....mam nadzieję, że na tej pustyni coś najdziemy bo polować już nie mamy siły.

Read More

2015.12.25 Death Valley, CA (dzień 1)

Dolina Śmierci (Death Valley) jest doliną położoną we wschodniej Kalifornii i w małej części w zachodniej Nevadzie. Obszar ten jest najniższy, najsuchszy i najcieplejszym rejonem w Północnej Ameryce. W dolinie tej znajduje się oczywiście Park Narodowy, który jest największym Parkiem Narodowym w „lower 48” (w USA z pominięciem Alaski). A myśmy jeszcze go porządnie nie zwiedzili. Raz parę lat temu przejeżdżaliśmy przez niego ale teraz chcieliśmy go naprawdę odkryć.

Tak więc bez większego zastanowienia wybraliśmy Dolinę Śmierci jako nasz kolejny cel podróży. I muszę przyznać, że jestem zaskoczona jak wiele jest tu ludzi pomimo że park ten nie należy do najbardziej popularnych.

Geologiczna historia parku jest bardzo złożona, sięga aż 1.7 miliarda lat wstecz i trwa cały czas.. Geologowie z całego świata, zjeżdżają się tutaj w celu badania naszej planety. Wszystko mają podane jak na tacy.
Park leży na granicy dwóch płyt tektonicznych, z których jedna zaczęła nachodzić na drugą. Tak powstało pasmo górskie Panamint, w zahodniej części parku. Dawniej było tutaj ciepłe morze, więc góry Panamint odgrodziły to morze od reszty, tworząc gigantyczne jezioro. Klimat był (dalej jest) bardzo suchy, więc jezioro wyparowało zostawiając wielkie pokłady soli. Po drodze jeszcze było wiele wulkanów i innych geologicznych wydarzeń.

Dolina Śmierci jest chyba najbardziej słynna z Badwater Basin czyli z największej depresji w Ameryce Północnej (-282 ft /-86m). Tak więc miejsce to postanowiliśmy odwiedzić w pierwszy dzień. Nie myślcie jednak, że Death Valley to tylko depresja. Są tu również przepiękne góry sięgające nawet 11043 ft (3366 m), Telescope Peak. Patrząc na ten szczyt z -282 ft czujesz się jakbyś był w base camp i patrzył na Mt. Everest (podobne różnice wysokości), ciekawe....

Jadąc z Pahrump (gdzie mamy hotel) do Badwater Basin zatrzymaliśmy się po drodze w paru ciekawych miejscach. Pierwsze to Zabriskie Point. Roztacza się stamtąd niesamowity widok na osady skalne powstałe w wyniku wysuszenia jeziora Furnace. Jezioro to znikło 5 mln. lat temu, długo przed tym jak w ogóle Dolina Śmierci została stworzona.

Ciekawa jest jednak nazwa tego punktu. Czy Zabriskie nie brzmi wam jak coś z polskiego??? I macie rację. Zabriskie to jest nazwisko vice-prezydenta firmy Pacific Cost Borax, która była amerykańską kopalnią założoną w 1890 roku. Firma ta wkopywała i przewoziła duże ilości boraksu między innymi w Death Valley. A co do tego ma Polska? No więc Pan Zabriskie był potomkiem Polskiego szlachcica Albrychta Zaborowskiego. Polacy są wszędzie.

Miejsce to jest również bardzo popularne w pop-kulturze. Wiele piosenek nawiązuje do tego miejsca jak również wiele filmów szczególnie o Marsie było tu nakręconych. Jakoś mnie to nie dziwi bo miejsce naprawdę wygląda jak z kosmosu.

Następnie postanowiliśmy zagrać z diabełkiem w golfa i pojechaliśmy na Devils Golf Course. Jest to niesamowity obszar stworzony przez erozje (wiatr i wodę) solnych skał. Skały te są tak niesamowicie poszarpane, że tylko diabeł mógłby tam grać w golfa.
Skałki te są tak ostre, że lekkie dotkniecie ręką od razu przebija skórę. Chodząc po nich sól skrzypi a but mocno trzyma się ostrych krawędzi. Prawie jakbyś chodził w rakach po lodowcu.

W końcu przyszedł czas na atrakcję dnia. Depresja Badwater Basin. Jest to niesamowity krajobraz. Płaszczyzna ciągnąca się kilometrami, pokryta płatami soli. Miejsce zdecydowanie niesamowite i można się poczuć jak nie na naszej planecie.

Oczywiści jak to bywa w Parkach Narodowych w Stanach, w większości przypadków możesz chodzić gdzie chcesz. Tak więc szybko z Darkiem postanowiliśmy przejść się na drugi koniec aby odejść od ludzi, sprawdzić jak zmienia się krajobraz a przede wszystkim poczuć się jak na środku niczego.

Niesamowite jak człowiek się staje mały w porównaniu z ogromem rzeczy, które natura stworzyła. Pokłady solne „żyją” i ciągle się powiększają a płaty zmieniają kształty. Gdzie nie sięgniesz wzrokiem jest biało...nie ma to jak White Christmas. Od czasu do czasu po ulewnych deszczach tworzą się tam jeziora ale zazwyczaj szybko wysychają. Badwater Basin czerpie sól z systemu drenażowego całej doliny. System ten ma ponad 9000 mil kwadratowych, to jest więcej niż powierzchnia stanu New Hempshire.

Ciężko jest opisać to miejsce słowami. Tu jest tak piękne i unikatowo, że każdy powinien tu być. Ale nie jak większość turystów, którzy tylko dochodzą do początku, pstrykają zdjęcie i wracają. Prawdziwe wrażenia pojawiają się jak stoisz tam na środku, otoczony solą i górami i nie ma nic poza tym. Tylko płaszczyzna, tak idealnie równa że aż widać krzywiznę Ziemi.

Kojocik??? A co ty tutaj robisz??? Po hike w Badwater (ok. 5 mil) pojechaliśmy dalej główną drogą aby potem wrócić mniej uczęszczaną , off-road drogą West Side Road. No i tak jedziemy, podziwiamy widoki a tu nagle na naszej drodze pojawiają się kojoty. Muszę przyznać, że troszkę mnie zaskoczyło, że nie bały się auta ani ludzi. Zamarły w oczekiwaniu co się stanie ale nie uciekały. Hmmm....mam nadzieję, że jutro ich nie spotkamy w górach.

Poza kojotami oczywiście było dużo kruków i innych ptaków. No i tak nam minął dzień. Niestety dni są teraz krótkie więc w miarę szybko wróciliśmy do hotelu. Jutro planujemy zdobyć Telescop Peak (najwyższy szczyt w Death Valley). Trzymajcie kciuki.

Read More

2015.01.06 Zion National Park, UT & Las Vegas, NV (dzień 12)

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Nadszedł czas spakowania naszych brudów i powrót do szarej rzeczywistości. Samolot z Vegas mamy dopiero późno wieczorem, więc jeszcze mamy cały dzień czasu i roczny pas na wszystkie parki w Stanach, musimy na maksa wykorzystać.

409446881.jpg

Po drodze do Vegas mamy przepiękny Zion park. Jest on najmniejszym parkiem ze wszystkich parków w Utah. ​

DSCN3566.JPG

Utah ma 5 parków narodowych. Pobija go tylko Alaska i California. Biorąc pod uwagę wielkość Alaski (8 razy większa od Utah), albo wielkość Californi (2x), Utah wygrywa. Na tej wycieczce zaliczyliśmy 4 parki. Został nam tylko Capitol Reef.
Po wyjechaniu rano z hotelu powiedziałem Wow......!!! Cena paliwa na lokalnej stacji wynosiła $1.89 za galon (1.69 PLN za litr). Ostatni raz w Stanach tankowałem samochód po takich cenach chyba kilkanaście lat temu. Tak to można podróżować. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi, autostrady, mosty, tamy........ są bezpłatne.
Z Saliny jechaliśmy autostradą 70 na zachód, a potem drogą 89 na południe. Po około dwóch godzinach dojechaliśmy do Zion.

DSCN3575.JPG

Zaskoczyła nas temperatura, było 15C (60F). Jak na początek stycznia, jest bardzo ciepło. W parku spędziliśmy mało czasu. Nie robiliśmy żadnych hików. Przejechaliśmy tylko przez niego, zatrzymując się co jakiś czas na zrobienie zdjęć. Bardzo nam się Zion podoba, dla Ilonki był to najładniejszy park, do momentu gdy nie zobaczyła Bryce. Mi też się bardzo podoba, nie wiem jaki park jest najładniejszy, każdy z nich jest inny. Dwa lata temu robiliśmy już parę hików w Zion, jak East Rim czy Angel Landing, ale dalej parę czeka, jak Narrows, Subway i wiele innych. Kolejny powód aby znów wrócić w te rejony.

DSCN3577.JPG

Z Zion do Vegas jedzie się około 2.5 godziny. Nam zeszło trochę dłużej, bo oczywiście musieliśmy umyć naszego Jeepka. Przecież jak by dostali taki brudny samochód to by się załamali i pewnie dopłata by była znaczna.

184331730.jpg

Dojechaliśmy do Vegas. Jest to bardzo imprezowe miasto, ale po ciszy i spokoju jaki mieliśmy w parkach to miasto po godzinie zaczęło nas męczyć i przytłaczać. Za dużo wszystkiego, a szczególnie ludzi.

IMG_7723.JPG

Vegas ma najlepszą atrakcję, In'n'out. Najlepsze hamburgery na zachodzie, coś jak Five Guys na wschodzie. Po wspaniałej kolacji, oczywiście animal style, pojechaliśmy wcześniej na lotnisko, żeby w spokoju i przy piwku dokończyć naszego bloga.

347710898.jpg

Po przejechaniu 4000 km (2400 mil), przejściu wielu kilometrów, odwiedzeniu pięciu parków narodowych, zrobieniu ponad 6000 zdjęć, wielu godzin filmu nasza podróż niestety dobiegła końca w cywilizowanym Las Vegas. Była to niezapomniana podróż, ale czujemy niedosyt i na pewno musimy tam wrócić. Jest to za duży obszar żeby w ciągu dwóch tygodni to wszystko dokładnie zwiedzić. Większość parków jest tak duża, że powinno się na każdy co najmniej tydzień poświęcić.
Za parę minut startujemy i jutro rano obudzimy się miejmy nadzieje wyspani w Nowym Jorku, bo prosto z lotniska udajemy się do pracy.

Read More

2015.01.05 Arches National Park, UT (dzień 11)

Nasze wakacje pomału dobiegają końca. Dziś jest nasz ostatni dzień w Moab i ostatni dzień hików. Ponieważ wcześniej nie udało nam się zobaczyćwszystkiego w parku, dziś wróciliśmy znów podziwiać Arch'e i odkrywać kolejne zakamarki tego przepięknego terenu. Normalnie Arches można zwiedzić w jeden dzień ale jak chce się troszkę pospacerować, pozwiedzać tereny niedostępne dla samochodów to zdecydowanie dwa dni to minimum.

Album_2015 (142).JPG

Dzień rozpoczęliśmy od dobrze nam już znanego Delicate Arch. Łuk ten widzieliśmy przy świetle księżyca ale nadal chcieliśmy zobaczyć go również przy pięknym słoneczku. Słońce nam dopisało i szybko pokonaliśmy trasę na górę aby zobaczyć to cudo z bliska przy świetle dziennym.

Album_2015 (120).JPG

Trasa jak już wiedzieliśmy nie jest trudna. W dzień zdecydowanie łatwiej jest znajdować szlak. Tak więc po ok. 1,5h dotarliśmy pod łuk. Na górze szlak nie jest oznaczony ale można łatwo podejść pod sam łuk. Ludzi co prawda jest dość dużo i każdy chce sobie zrobić zdjecie pod nasłynniejszym łukiem. Na szczęście my byliśmy tam w Poniedziałek i to jeszcze poza sezonem. Nie chcę wiedzieć co się tam dzieje w sezonie.

Album_2015 (147).JPG

Z góry wypatrzyliśmy “ogród”. Na dole pod łukiem między skałami znajdują się różnego rodzaju rosliny, krzaki i małe drzewka. Wygląda to jakby powstałtam mały ogród. Oczywiście znaleźliśmy boczną drogę, która tam prowadzi. Trzeba zejść z Archa tak jakby się wracało i po paru minutach odbić w lewo. Po 2-3 krokach widać już kopczyki z kamieni, które wskazują drogę do “tajemniczego ogrodu”.

Album_2015 (170).JPG

Porobiliśmy zdjęcia, poskakaliśmy po skałkach, podziwialiśmy widoki....ale czas było wracać do auta bo przed nami jeszcze kilka punktów do zaliczenia. Następny przystanek to Salt Valley Overlook. Skoro cały park jest położony na złożach solnych i to właśnie one odpowiedzialne są za formacje skalne jakie tu występują to nie dziwne, że w parku można znaleźć "dolinę soli".

Tu jednak nie spędziliśmy wiele czasu bo przed nami czekał chyba jeden z lepszych punktów widokowych, Fiery Furnace (ognisty piec) Viewpoint. Jest to bardzo ciekawa formacja skalna przypominająca troszkę Bryce Canyon czy Needles. W przeciwieństwie do swojej nazwy miejsce to wcale nie należy do gorących. Formacja ta swoją nazwę wzięła od koloru jakie skały przybierają późnym popołudniem przy zachodzie słońca. W rzeczywistości rejon ten to labirynt chłodnych, zacienionych kanionów które otaczają mury z piaskowca.

Album_2015 (197).JPG

Można tam zrobić hike i wejść między te małe kanioniki. Taki też mieliśmy plan, przespacerować się troszkę między nimi. Niestety jak zajechaliśmy na parking spotkała nas niemiła niespodzianka. Hike można zrobić tylko jak się ma permit. Niestety my o tym nie doczytaliśmy i musieliśmy zrezygnować ze spacerku. No nic, kolejny powód, żeby tu wrócić. Woleliśmy nie ryzykować złamaniem tego zakazu. Po pierwsze grzywna może być nawet $500 (ups...koszty wakacji by poszły w górę) i do 6 miesięcy więzienia (ups....wakacje by się wydłużyły). Ale bardziej baliśmy się, że nie jesteśmy przygotowani i naprawdę możemy się pogubić w tym labiryncie małych kanionów.

Album_2015 (196).JPG

W zamian wybraliśmy trzy inne (mniejsze) spacerki do kolejnych łuków. Pierwszy na liście był Sand Dune Arch. Do tego łuku prowadzi bardzo łatwy i krótki szlak, natomiast dość ciekawy. Polecają go dla rodzin z dziećmi ale my też mieliśmy frajdę przechodząc wąskimi wąwozami czy szukając się między wielkimi skałami, które stały po środku.

Album_2015 (212).JPG

Kolejny łuk to Skyline Arch. Kiedyś łuk ten był mniejszy ale w 1940 roku odpadła dość duża ilość skał, dwukrotnie zwiększając jego prześwit. Po przejściu 0.6 km można dojść do podnóża łuku i zobaczyć stos kamieni które kiedyś go wypełniały. Niesamowite, że tak dużo kamieni spadło z góry. Niektóre sąbardzo małe a inne mega duże. Na pewno nie chciałabym być pod łukiem jak się zaczyna “kruszyć”. Aktualnie Łuk ma rozpiętość 21.6 m (71 ft.) i wysokość 10.2 m (33.5 ft.).

Album_2015 (226).JPG

Ostatnim punktem naszej przygody z Arches był hike przechodzący przez Tapestry i Broken Arch. Można zrobić loop więc fajnie bo nie trzeba wracać tąsamą trasą. Najlepszą częścią tego szlaku jest fakt, że wychodzi on prosto z kempingu Devil's Garden. Pomimo, że kemping jest otwarty to nie spodziewaliśmy się spotkać wielu ludzi ale mile się zaskoczyliśmy bo już parę pozytywnych wariatów rozkładało swoje namioty.

Album_2015 (255).JPG

Z tych dwóch łuków bardziej podobał nam się Broken Arch.
Dodatkowo łukowi temu uroku dodaje położenie. Ze wzniesienia na którym on powstał widać piękną panoramę gór La Sal. Na trasie byliśmy sami więc mieliśmy radochę i pstrykaliśmy zdjęcia jak oszalali. Ciekawe kiedy uda nam się znaleźć czas, żeby zrobić jakiś fajny album na picasa.

Album_2015 (263).JPG

Na tym kończymy naszą przygodę z kanionami i udajemy się do miasteczka Salina, gdzie mamy ostatni nocleg przed powrotem do NY.
A tu niespodzianka. Jednak nie mogę skończyć bloga na Arches NP. W drodze powrotnej wzieliśmy autostradę nr. 70. Wiedzieliśmy, że wiedzie ona przez góry i przez Manti-La Sal National Forest, ale nie sądziliśmy, że po pierwsze góry będą tak piękne a po drugie, że spotka nas szczęście i zobaczymy najpiękniejszy zachód słońca jaki kiedykolwiek widzieliśmy. Czuliśmy się jakby piekło było w niebie. Niesamowicie czerwone niebo, aż paliło się. Będąc na wysokości 2250 m (7886 ft) podziwialiśmy jak z każdą sekundą zmieniają się kolory a niebo przybiera barwy o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

Album_2015 (268).JPG

I znów muszę coś dopisać do dzisiejszego dnia. Po zameldowaniu się w hotelu, postanowilismy coś przekąsic. W całym miasteczku Salina jest 8 restauracji. Wybralismy bezpieczną opcję jaką wydawał nam się Burger King. I rzeczywiście była bezpieczna. Pod stację benzynową na której znajdował się Burger King podjechały 3 radjowozy policyjne. State Trooper, Higway Patrol i local police. Ponoć jakaś kobieta była zauważona, że coś kradnie. Nie wiemy jak się zakończyło dochodzenie, bo właśnie podali nam ciepłe hamburgery i udaliśmy się do motelu. Widać, że w małych miasteczkach w Utah policja się nudzi. Mamy nadzieję, że już dzisiaj nic nam się nie przytrafi i spokojnie będziemy mogli iść spać.

Read More

2015.01.04 Needles w Canyonlands NP, UT (dzień 10)

Canyonlands ciąg dalszy. Wczoraj była jego północna część, Island in the Sky, a dzisiaj południowo wschodnia, Needles. Needles w przeciwięstwie do Island in the Sky ma więcej szlaków na hiki niż dróg. Ma jedną asfaltową, parę ciekawych off road, ale wiekszość to są szlaki. Needles jest zupełnie inne niż Island in the Sky. Tutaj znajdujesz się w środku akcji,jesteś otoczony z każdej strony wysokimi skałami w kształcie igieł (needles), gdzie w Island in the Sky z reguły jesteś na szczycie kanionu i patrzysz w dół. No chyba, że masz fajny samochód i odwagę na zjazd w dół. Ja bym porównał Island in the Sky do grand Canyon, a Needles do Bryce Canyon czy Arches.
Needles ma też kolejną wielką zaletę, jest z dala od wszystkiego. Z Moab, które jest najbliższym miasteczkiem jechaliśmy ponad 130 kilometrów (80 mil). Nie licząć malutkiego Monticello, które i tak jest oddalone o 90 kilometrów (55 mil) od parku. Dla chcących spędzić więcej dni w parku a nie dojeżdżać codziennie jest parę kampingów. Zaleta polega na tym, że nie ma tam ludzi, jest cisza i spokój. Jechaliśmy 1.5 godziny. Oczywiście ostatnie 5 kilometrów (3 mile), było po fajnym off-road, ale już na szczęście bez przepaści.

Album_2015.01_Canyonlands (70).JPG

Naszym planem było dotarcie do Druid Arch, 18 kilometrów RT (11 mil). Hike ten jest jednym z ciekawszych, jednodniowych hików w tym parku. Rozpocząć go można z paru miejsc. Najbardziej popularne jest z parkingu Elephant Hill, z którego myśmy startowali. Był piękny, zimowy poranek. Słoneczko świeciło na niebieskim, bezchmurnym niebie, temperatura była -5C (22F), delikatna warstwa zmrożonego śniegu leżała na ziemi. Idealny, zimowy hike.

Album_2015.01_Canyonlands (61).JPG

Na początku trasa szła w kierunku południowym, ostro do góry, raczki się bardzo przydawały. Po 10 minutach wyszliśmy na pustynny płaskowyż, który był przecinany ciekawymi formacjami z czerwonych skał. Po około 2,5 km (1.5 mili), trasa skręca na zachód i weszliśmy w pierwsze, niesamowite formacje skalne. Wspaniałe needles. Oczywiście nasze tempo tutaj spadło prawie do zera, no bo jak można przejść koło takich skał i nie zrobić dziesiątek zdjęć, albo wielu minut filmu.

Album_2015.01_Canyonlands (81).JPG

Następnie trasa idzie ostro w dół, przechodzi bardzo wąskim “korytarzem” pomiędzy dwoma wielkimi skałami i schodzi do wyschniętego Elephant Canyon. Tutaj jest kolejne rozgałęzienie, my skręcamy w lewo i idziemy na południe. Tym kanionem idzie się juz prawie do samego końca. W zimie się łatwo idzie bo nie ma wody i można iść korytem wyschniętej rzeki po piasku ze śniegiem oraz małych skałach. Natomiast w innych porach roku jak są opady to niestety trzeba się wspinać po skałach.

Album_2015.01_Canyonlands (87).JPG

Idzie się trochę ciężko, zapadając się głęboko w śnieg z piaskiem Dodatkowo nasze temp było zmniejszane przez podziwianie wspaniałych Needles (Igieł), które wznoszą się kilkaset metrów nad kanion. Pomimo tego nasza średnia była 2.56 km/h (1.6 mil/h). Kanionem idzie się około 1,5h i dochodzi się do pierwszyh trudniejszych odcinków. Kanion stawał się coraz to węższy i mimo zimowej pory roku, na dole znajdowała się duża ilość zamarzniętej wody. Jednak grubość lodu nie była wystarczająca aby utrzymać nasz ciężar więc dalszy hike dnem kanionu był nie możliwy. Były także paru metrowe bloki skalne, które w lecie są wodospadami.

Album_2015.01_Canyonlands (95).JPG

Dalszy hike musiał niestety odbywać się po skalistych zboczach kanionu. Ostatnie 0.6 km (0.4 mili) zaczęły się utrudnienia. Na dzień dobry musieliśmy się wspinać po oblodzonej rynnie skalnej, która była dosyć stroma (ok. 5m/15ft wysokości). Powrót był już łatwiejszy bo można zawsze zjechać na tyłku jak na saneczkach. Następną niespodzianką była pionowa drabinka i poręcz która ułatwiała utrzymanie się na oblodzonych skałach. Ale najciekawszy fragment to jest ostatnie 200m (500ft) gdzie musieliśmy włączyć napęd na 4 koła (ręce) i wspiąć się po skałach i głazach ostro do góry.

Album_2015.01_Canyonlands (105).JPG

Wreszcie naszym oczom ukazał się długo oczekiwany Druid Arch. Łuk ten swoim wyglądem przypomina formacje Stonhage, którą podobno zbudowali Druidzi. I stąd się wzięła nazwa tego łuku.

Album_2015.01_Canyonlands (100).JPG

W zimie dzień jest krótszy więc po krótkiej przerwie musieliśmy niestety wracać. Szlak powrotny idzie tą samą trasą ale nadal robiliśmy częste przystanki na zdjęcia...bo przecież przy zachodzącym słońcu to wszystko wygląda inaczej.

Album_2015.01_Canyonlands (113).JPG

Do auta udało nam się zajść jeszcze za widoku więc pojechaliśmy na sam koniec drogi numer 211 podziwiać zachód słońca. Niebo przybrało przepiękne kolory, granatu, pomarańczu i czerwieni.

Album_2015.01_Canyonlands (123).JPG

Przed nami było 130 km (80 mil) drogi powrotnej i pomimo, że nie było innych samochodów to droga była “zatłoczona” przez lokalnych mieszkanców preri. Spotkaliśmy zajączki, które przebiegały nam pod kołami (na szczęście nic nie przejechaliśmy), sarny stały na środku i patrzyły się na nas z miną “co ty tutaj robisz”, a sowy używały naszych świateł do łapania myszek i latały nam przed przednią szybą, nie mówiąc już o niewidzialnych krowach czyli czarnych krowach spacerujących po nocy, które są prawie nie widoczne.

Podsumowanie dzisiejszego dnia 17 km (10.8 mil) i różnica wzniesień 400 m (1300 ft).

Read More

2015.01.03 Canyonlands, Island in the Sky, UT (dzień 9)

Cały dzisiejszy dzień spędziliśmy w Canyonlands, który jest największym parkiem w Utah. Dokładnie to byliśmy w jego północnej części zwanej Island in the Sky. Jest to najwyżej położona część parku, średnia wysokość to 1850 metrów (6100 ft). Jest też najbardziej dostępna ze wszystkich trzech części tego parku. Znajduje się blisko Moab i Parku Arches. Ma także dobrze rozbudowaną ilość dróg asfaltowych jak i tych off road. Ze względu na położenie i dostępność jest najbardziej odwiedzaną częścią.

Album_2015.01_Canyonlands (31).JPG

My postanowiliśmy, że będziemy tą część w większości zwiedzać samochodem i może zrobimy parę małych spacerów do ciekawszych punktów widokowych. Do parku można wjechać na dwa sposoby. Droga asfaltową 313, albo off-road. Pierwsza opcja wydawała nam się nudna, więc wybraliśmy druga, ciekawszą wersję. Nie mamy jakiś super samochodów na tego typu zabawy, więc też nie będziemy się pchać w jakieś super trudne i techniczne trasy. Nie mamy też byle jakich samochodów, Jeep Cherokee też chyba po górkach potrafi jeździć, nie?

Album_2015.01_Canyonlands (21).JPG

Jadąc z Moab na północ mijamy rzekę Colorado i za milę skręcamy w lewo w drogę 279. Początkowo droga asfaltowa idzie malowniczo kanionem rzeki Colorado. Po drodze można oglądać malowidła Indian na skałach jak i wspaniały kanion. Zdziwiło nas, że rzeka jest oblodzona i płyną nią kry lodowe, myśleliśmy, że jest na tyle ciepło w kanionach, że na rzece Colorado nigdy się nie zrobi lód. Widać jak podróże kształcą.

Album_2015.01_Canyonlands (26).JPG

Po 15 milach dojechaliśmy do jakiejś fabryki, a także do dużych zbiorników potażu.
W tym momencie asfalt się skończył, zaczęła się ciekawsza część dogi. Na początku droga wiodła delikatnie do góry i nie było większych problemów z jej pokonywaniem. Było trochę śniegu, kamieni jak i małych progów skalnych, ale na szczęście nasz Jeepek miał wystarczający prześwit pod podwoziem i sobie z tym spokojnie radził. Droga wiedzie malowniczym kanionem, robiliśmy więc wiele przystanków aby podziwiać te piękne widoki, robić zdjęcia i nagrywać ciekawe odcinki drogi.

Album_2015.01_Canyonlands (5).JPG

Jednak widzieliśmy gdzie mamy wyjechać, brzeg kanionu był prawie 600 metrów (2000 ft) nad nami, więc pewnie za chwilę się zacznie ostra jazda do góry. Po kolejnych paru milach dojechaliśmy do White Rim Rd. Jest to przepiękna droga, ma długość ponad 160 kilometrów (100 mil) i cały czas idzie dnem kanionu. Niestety jest bardzo trudna, więc nasze samochody raczej by tam nie dały rady. Jedzie się nią 2-3 dni i śpi się po drodze na kempingach. Jak widzieliśmy jakimi terenami ona idzie to już robię w głowie wstępne plany na powrót tutaj i wypożyczenie jakiejś lepszej zabawki, jak np. Jeep Wrangler Rubicon i zapuszczenie się głęboko w te cudowne kaniony.

889154013.jpg

Na tym skrzyżowaniu niestety rozczarowanie. Dalsza część drogi jest zamknięta. Jak się później okazało, było za dużo śniegu na drodze i pewnie była niebezpieczna. Szkoda, bo teraz się musimy wracać jakąś godzinę na dół.
Po zjechaniu na dół znaleźliśmy kolejną ciekawą drogę, Long Canyon Rd. Też wyjeżdża na szczyt kanionu, czyli 600 metrów (2000 ft) do góry. Ma tylko 12 km (7 mil) długości. Część osób z naszej grupy chciało nią jechać, a część już miała dobrze ciśnienie podniesione po pierwszej drodze i wolała jechać na około asfaltem. Zrobiliśmy głosowanie i wygrała trudna off-road droga.

Album_2015.01_Canyonlands (9).JPG

Na początku było super. Mało śniegu, przepiękne czerwone skały oświetlone coraz to mocniejszym słońcem. Droga wiodła delikatnie pod górę, czasami przejeżdżając wyschnięte koryta górskich strumyków jak i wielkie garby usypane z ziemi. Na ostrych zakrętach czy technicznych odcinkach skalnych trzeba było szczególnie uważać, żeby nie wpaść kołami w dziury.
Im wyżej się wyjeżdżało, tym widoki były coraz to piękniejsze. Long Canyon jest bardzo pięknym, wąskim kanionem, a uroku jeszcze dodaje właśnie ta kręta, droga zawiła jak wąż.

Album_2015.01_Canyonlands (24).JPG

Niestety warunki na drodze stawały się też ciekawsze. Śniegu zaczęło przybywać, wertepy stawały się coraz to większe, serpentyny coraz to częstsze, no i oczywiście kąt nachylenia drogi robił się większy. Na wysokości około 1600 metrów (5200 ft), zrobiliśmy sobie mały przystanek. Temperatura na zewnątrz była około -4C (25F), ale wiatraki chłodzące silnik chodziły już na wysokich obrotach i kierowcy jechali prawie w podkoszulkach, widać, że adrenalina rozgrzewała. Na tym przystanku też podjęliśmy decyzje, co robić dalej. No jak już tak wysoko wyjechaliśmy to szkoda teraz wracać, i też zjeżdżać na dół stromą drogą po śniegu, gdzie z jednej strony są skały a z drugiej przepaść, jest bardzo niebezpiecznie. Jedziemy dalej.......
Gdzieś na wysokości 1700 metrów (5500 ft) droga stała się nieprzejezdna. Potężne, oblodzone skały, dużo śniegu z piaskiem i coraz to większe nachylenie skutecznie zablokowało nasze Jeepy.

Album_2015.01_Canyonlands (23).JPG

Podjęliśmy parę prób przejazdu tego odcinka, ale niestety wszystkie się nie powiodły.
Drugi samochód stał 100 metrów (300 ft) niżej dla bezpieczeństwa i czekał. Próbowałem jeszcze parę razy to przejechać, ale się nie udało. W tym samym czasie Grześ z drugiego samochodu poszedł dalej do przodu na nogach w celu obczajenia drogi. Wrócił i powiedział: „nie ma sensu tego odcinka pokonywać, dalej jest jeszcze gorzej i bardzo wąsko...”
OK, zawracamy, ale jak? Tyłem się nie da, musimy zawrócić. Zawracanie trwało chwilę, ale przy pomocy bocznych kamer (czytaj, wielu par oczów) udało się na tej wąskiej, górskiej drodze zawrócić.

Album_2015.01_Canyonlands (22).JPG

Zjazd na dół był „troszkę” trudniejszy niż wyjazd na górę. Do tego stopnia, że wszyscy poza kierowcami i Ilonką wysiedli z samochodów. Jak się rozbijemy to ktoś musi wezwać pomoc. Oczywiście byli uzbrojeni w worki z piaskiem, który wcześniej nazbierali i w razie niekontrolowanego poślizgu mieli szybko sypać pod koła. Jechało się z prędkością wolniejszą niż człowiek idzie. Na szczęście nic się nie stało i zamiast sypać piasek ekipa robiła zdjęcia i nagrywała film. Po około 45 minutach udało nam się zjechać na sam dół, zaparkować bezpiecznie w wyschniętym korycie rzeki i opłukać nasze gardła zimnym piweczkiem. Ufffff........ wreszcie na dole.....!!!

633669788.jpeg

Widać, że nie było to aż takie straszne, bo na dole już planowaliśmy powrót w te rejony. Oczywiście innymi samochodami. Jeep jest na to dobry, ale nie ten model. Cherokee jak i większość tego typu samochodów terenowych poradzi sobie z dziurami w drogach wielkich miast, ale nie na prawdziwym off-road. Wrangler, to już inna bajka. Stały napęd na cztery koła, blokada mechanizmów różnicowych z przodu i z tyłu, duże opony do jazdy po bezdrożach, extra zbiornik na paliwo i wiele innych „udogodnień” do pokonywania ciężkich, ciekawych tras. Można mu też odpinać wszystkie drzwi, ściągać dach i składać przednią szybę. Idealny na parę dni w kaniony pod namioty. Mam numery telefonów do wypożyczalni takich zabawek w Moab. Ktoś potrzebuje?
Dobra, wystarczy o Jeepkach....... Niestety nie zostało nam już wiele opcji jak tylko wjechać do parku nudną drogą asfaltową. 13 mil na północny-zachód od Moab jest droga 313, która prowadzi do Island in the Sky. Po kilkunastu milach drogi się rozdzielają. Jadąc dalej prosto droga zmienia nazwę w Grand View Point Rd i prowadzi prosto do parku, natomiast 313 skręca w lewo i prowadzi do innego parku, Dead Horse Point State Park. Droga kończy się parkingiem, który znajduje się 600 metrów (2000 ft) nad kanionem przez który płynie rzeka Colorado. Przepiękne widoki w trzy strony. Legenda głosi, że to miejsce dostało swoją nazwę od Indian, którzy kiedyś zaganiali tam dzikie konie na sam koniec przez wąską 30 metrowe zwężenie drogi, następnie zagradzali to gałęziami i konie nie miały już powrotu. Następnie wybierali sobie konie dla siebie, a resztę puszczali wolno. Pewnego razu zapomnieli pościągać ogrodzenia, albo konie nie znalazły wyjścia i wszystkie zdechły z pragnienia patrząc na rzekę Colorado, która była 600 metrów (2000 ft) w dole.

Album_2015.01_Canyonlands (37).JPG

Po krótkim spacerku po krawędzi kanionu wsiedliśmy w samochody i w końcu dojechaliśmy do Canyonlands. Dojazd tutaj trwał ponad siedem godzin. Tak, to jest jak się chce jechać na skróty ciekawymi drogami. Była już 3 po południu, więc nie zostało nam wiele czasu, postanowiliśmy tylko odwiedzić parę punktów widokowych. Pierwszy oczywiście musiał być Shafer Canyon Overlook, gdzie można było z góry oglądać całą naszą drogę, którą mieliśmy jechać jak by nie była zamknięta.

Album_2015.01_Canyonlands (38).JPG

Wyglądała ostro, dobrze, że była zamknięta..... Następnie podjechalismy do Green River Overlook, gdzie z góry można oglądać Green River. Drugą rzekę co do wielkości, która przepływa przez Canyonlands. Mieliśmy pecha i była dokładnie pod słońce, więc nie mogliśmy stwierdzic czy jest zielona.
Grand View Point Rd kończy się parkingiem z którego można oglądać dwa potężne kaniony. Jeden na rzece Colorado, a drugi na Green. Oba znajdują się 600 metrów (2000 ft) poniżej. Nie są może aż tak głębokie jak Grand Canyon w Arizonie, który jest od dwóch do trzech razy głębszy, w zależności od miejsca. One są bardzo rozłożyste, gdziekolwiek się popatrzysz to widzisz kanion, aż po horyzont.

Album_2015.01_Canyonlands (41).JPG

Jednak najlepszy zachód słońca nie znajduje się na końcu drogi. Trzeba się wrócić parę mil do Mesa Arch. 15 minut łatwego spacerku z parkingu. Łuk znajduję się na krawędzi kanionu, dzięki czemu przez niego widać malownicze czerwone skały kanionu na rzece Colorado w promieniach zachodzącego słońca. Można było sobie usiąść, patrzeć jak słońce coraz to słabiej oświetla czerwone skały kanionu i w końcu odetchnąć.

Album_2015.01_Canyonlands (56).JPG
Read More

2015.01.02 Arches Park Narodowy, UT (dzień 8)

Jeden z piękniejszych parków narodowych w Stanach. Swoją nazwę wziął od ilości łuków skalnych (Arche), które się tam znajdują. Łuki skalne można znaleźć w wielu miejscach ale w tym parku jest ich najwięcej w stosunku do powierzchni ziemi. W parku można znaleźć ponad 2tys łuków. Część z nich widoczna jest z drogi która prowadzi przez park, do niektórych trzeba się troszkę przespacerować a do innych czasem jest trudno dojść lub wymaga bardziej zaawansowanego hiku.

Album_2015 (36).JPG

Park leży na złożach soli które są odpowiedzialne za formacje skalne jakie występują tam. Złoża soli na tym terenie (Colorado Plateau) powstały 300 mln. lat temu kiedy to morze pokrywało ten obszar aż w końcu wyparowało zostawiając po sobie sól. Mechanizm powstawania łuków skalnych jest bardzo złożony. W wyniku procesów erozji i wietrzenia powstają szczeliny w skałach tworząc mury skalne. Następnie wiatr, mróz, lód i woda powodują odpadanie części piaskowca i tworzą się dziury, łuki, okna i inne formacje skalne. Aby formacja skalna dostała nazwę Łuk (Arch) musi mieć co najmniej 90 cm (3 ft.) długości i oczywiście wyglądem przypominać łuk.

566048841.jpg

Park zwiedzać można na trzy sposoby, jeżdżąc samochodem, spacerując po wyznaczonych trasach albo robić backpacking, spać na kempingach i odkrywać park na własną rękę. My połączyliśmy samochód z nogami i zwiedziliśmy miejsca ogólnie dostępne dla ludzi.

Album_2015 (9).JPG

Przez park prowadzi droga na której jest parę punktów widokowych i zjazdów w bok. Jak to bywa w parkach narodowych wszystko jest dobrze oznakowane więc nie ma problemu ze znalezieniem drogi.
Pierwszy nasz punkt to panorama na góry La Sal. Jest to pasmo górskie ciągnące się na granicy Utah i Colorado. Najwyższy szczyt Mount Peale sięga 3877 m (12,721 ft.).

Album_2015 (31).JPG

Następnie pojawiła się formacja skalna zwana Courthouse (Sąd). Zaraz na przeciwko “Sądu” jest miejsce w którym kiedyś był Arch ale się zawalił. Natomiast już obok tworzy się nowy “Baby Arch”. Niesamowite, że łuki skalne tak jak inne organizmy żywe mają swój cykl. Tworzą się (rodzą), żyją a na koniec są już tak słabe, że ulegają zniszczeniu. Natomiast nadal tworzą się nowe. Pewnie za parę tysięcy lat ten park będzie wyglądał całkiem inaczej ale jedno jest pewne...nadal będzie dużo Arches.

Album_2015 (15).JPG

Petrfied Dunes to kolejny nasz przystanek. Wydmy te kiedyś były normalnymi wydmami piaskowymi ale skamieniały i teraz są po prostu zwykłymi skałami. Kiedyś były to zwykłe piaskowe wydmy. Było to około 200 mln. lat temu. Czas i warunki atmosferyczne “zacementowały” piaskowe wydmy I stworzyły skały w kształcie wydm. Ciekawe czy można tam znaleźć jakieś ślady dinozaurów.

Album_2015 (25).JPG

Kolejna formacja skalna bardzo nas “zdziwiła”. Byliśmy w szoku jak na czubku kolumny może utrzymać się potężny głaz skalny. Formacja ta nazywa się “Balanced Rock”. Podstawa tej formacji skalnej ma 39 m (128 ft.) a wraz z balansującą skałą na szczycie wzrasta o kolejne 16.75 m. (55 ft.).

226841806.jpg

Następnie droga odbija w prawo i prowadzi do rejonu zwanego The Windows Section. Podobno jest to najpiękniejsza część parku i rzeczywiście bardzo nam się podobała. Swoją nazwę wzięła od formacji skalnej “North and South Window” (Północne i Południowe Okno).

Album_2015 (22).JPG

W rejonie tym znajduje się również Turret Arch. Z parkingu można obejść na około oba Okna i przejść do Turret Arch a następnie wrócić troszkę inną trasą z powrotem na parking.

Album_2015 (20).JPG

Troszkę dalej z tego samego parkingu jest szlak na Double Arch. Są to dwa łuki, które mają wspólny koniec. Jest to trzeci co do wielkości Łuk skalny w tym parku. Jego większe sklepienie ma wymiar 44x34 metrów (144x112 ft.) a mniejsze 20x26 m. (67x86 ft.).

Album_2015 (29).JPG

Następny przystanek to Delicate Arch. Byliśmy na nim już wczoraj ale w nocy. Dziś chcieliśmy go zobaczyć z punktu widokowego. Mieliśmy plan również iść na górę i powtórzyć hike z wczoraj. Niestety z hiku musieliśmy zrezygnować bo nadal w planie mieliśmy hike w Devil's Garden. Tak więc podjechaliśmy na Delicate Arch Upper View Point. Z dołu jednak Łuk ten nie wygląda tak fajnie jak z góry. Można podejść trochę dalej po skałach pomimo, że trasa się kończy ale nadal Arch jest dość daleko.

Album_2015 (34).JPG

Do Delicate Arch można dojść trasą 4.8 km (3 mi), którą to zrobiliśmy dzień wcześniej. Jak już wspominałam dziś musieliśmy wybrać czy chcemy iść na Delicate Arch czy to Devil's Garden. Wybraliśmy diabełka ale i tak podjechaliśmy na parking Wolfe Ranch skąd zaczyna się hike na Delicate Arch i podeszliśmy kawałek, żeby zobaczyć Petroglyphs, rysunki Indian. Idąc na Delicate Arch warto zboczyć troszkę z trasy i zobaczyć te rysunki.

Album_2015 (40).JPG

W końcu przyszedł czas na Devil's Garden hike. Jest to ok. 12 km (7 milowy) spacerek, który na początku prowadzi wydeptaną trasą. Ładnie utrzymywana trasa prowadzi do Landscape Arch. Po drodze można jeszcze zejść do Pine Tree Arch i Tunnel Arch. Warto zboczyć z drogi bo trasa nie jest trudna a łuki są dość ciekawe.

Album_2015 (48).JPG

Następnie kontynuowaliśmy spacerek do Landscape Arch. Jest to największy łuk w tym parku. Jest on dość cienki i delikatny. Do 1991 roku można było podchodzić pod sam łuk. Niestety w tym właśnie roku łuk pękł i część jego się zawaliła. Jest wiele teorii dlaczego skały popękały. Jedna z teorii mówi, że wcześniej padało przez wiele dni, piaskowiec z którego zbudowany jest łuk nasiąkł i stał się bardzo ciężki a dodatkowo niskie temperatury sprawiały, że woda zamieniała się w lód i pomału rozsadzała skały. Na szczęście nikt nie zginął w tym wypadku ale spadło wówczas 180 ton kamieni.

Album_2015 (47).JPG

Od tego momentu trasa zaczyna być trudniejsza. Jak jej sama nazwa mówi, trasa jest prymitywna “Primitive Trail”. Jest to loop i można obejść na około dochodząc do takich miejsc jak Double O Arch, Private Arch, Navajo Arch i Partition Arch.

Pierwsze 6.4 km (ok. 4 mile) trasa prowadzi bardzo widokowym szlakiem. Na początku było ostrzeżenie, że trasa jest dość trudna ale nie do końca rozumieliśmy co mają na myśli, gdyż trasa zaczęła się dość łatwo omijając większe kaniony, skały itp. Potem zaczęła się zabawa. Do przejścia mieliśmy parę murów skalnych. My je nazwaliśmy U-boot'ami bo swoim wyglądem przypominają łodzie podwodne.

Album_2015 (51).JPG

Skały nie były śliskie ale gdzieniegdzie zalegał śnieg lub lód co zmniejszało przyczepność. Na szczęście przy pomocy Grzesia który pomógł przejść wszystkim najtrudniejszy odcinek udało nam się wyspiąć na górę.

Album_2015 (57).JPG

Mieliśmy nadzieję, że to już koniec i nie będzie więcej niespodzianek. Parę jednak było ale już mniejszych i z pomagając sobie nawzajem pokonaliśmy wszystkie przeszkody. Takim sposobem doszliśmy do kolejnego łuku – Private Arch. Łuk ten naprawdę jest „private” bo znajduje się na końcu U-boota i otoczony jest małym ogrodem. Byliśmy tam sami i mogliśmy sobie spokojnie porobić zdjęcia.

Album_2015 (67).JPG

Jednak czas nas gonił a przed nami był jeszcze kawałek drogi. Po paru minutach doszliśmy do rozgałęzienia tras. Jedna z tras prowadzi dalej do parkingu natomiast druga zbacza do „Dark Angel”. Oczywiście my zboczyliśmy. Tym razem nie był to łuk skalny a formacja (bardziej kolumna) skalna z piaskowca (wys. 46 m / 150 ft.), która komuś przypominała Czarnego Anioła. No może można się tam doszukać Anioła.

Album_2015 (78).JPG

Po krótkiej przerwie na regenerację sił wróciliśmy znów na szlak. Przy rozgałęzieniu szlaków znajduje się Double O Arch, którego górna część jest lepiej widoczna z trasy do Dark Angel. Natomiast, żeby zobaczyć dwa „O” musieliśmy wrócić na trasę. W mniejszym (dolnym) „O” można sobie pochodzić i porobić zdjęcia. Na górne „O” teoretycznie też można wyjść ale jest już trudniejsze i bardziej niebezpieczne.

Album_2015 (94).JPG

Pomału zaczynało się robić późno a myśmy mieli do pokonania jeszcze troszkę kilometrów. Tak więc nie tracąc czasu wróciliśmy na szlak powrotny do samochodu. Ponieważ cała trasa to loop więc nie do końca wiedzieliśmy co nas czeka. I dobrze, że nie traciliśmy czasu i gorszą część pokonaliśmy na szczęście za dnia.

Album_2015 (98).JPG

Po drodze było jeszcze parę niespodzianek jak przechodzenie murów skalnych na które chłopaki wyciągali dziewczyny za ręce, stromych zejść po skałach w dół itp. Dodatkowo miejscami cięzko było znaleźć szlak. To mnie troszkę zaskoczyło bo jest to trasa wyznaczona przez Park Narodowy a znając ostrożność Amerykanów spodziewałam się lepszego oznaczenia trasy.

437904029.jpg

Równo z zachodem słońca doszliśmy z powrotem pod Landscape Arch. Stąd już znaliśmy drogę i nie obawialiśmy się iść po ciemnku. Była prawie pełnia księżyca więc nie musieliśmy nawet zakładać czołówek. Miejscami tylko nie widzieliśmy lodu. Dziewczyny szły w raczkach więc nie miały problemu ale chłopaki, twardziele szli bez i oczywiście łapali zające po drodze.
Po 5h hiku, 13.20 km (8.20 mile) i 488 m (1600 ft) zmiany wysokości znów wróciliśmy do samochodu. To był fajny hike, miejscami straszny, z przepięknymi widokami i na pewno warty zaliczenia.

Read More

2015.01.01 Moab i Arches Park Narodowy, UT (dzień 7)

Jak to bywa po Sylwestrze, dłuższy sen jest zawsze wskazany. Dziś mieliśmy komfort spania do godziny 9 rano. Po szybkim śniadaniu i spakowaniu się, wyruszyliśmy w długą drogę 440 km (275 mil) do miasteczka Moab. Jest to miasteczko we wschodnim Utah, które jednocześnie jest główną bazą wypadową na tak sławne parki jak Arches czy Canyonlands. Taki też mamy plan.
Droga nie należała do najłatwiejszych ze względu na nieprzestające opady śniegu. Dopiero po przekroczeniu granicy z Utah drogi były czarne, lepiej odśnieżone.

918079393.jpg

Nasza droga wiodła przez malownicze tereny północnej Arizony, gdzie znajduje się parę rezerwatów Indian ze szczepów Navajo i Apache. Po miasteczkach a także domach w jakich Indianie mieszkają widać, że im się nie przelewa we współczesnym świecie. Ale widocznie taki sposób życia im odpowiada i pewnie są szczęśliwsi od wielu ludzi z dużych miast. Po drodze widzieliśmy też wiele koni, prawdopodobnie mustangów. Musimy to sprawdzić z jakimś Indianinem.

Album_2015 (2).JPG

Aktualnie jesteśmy 83 km (50 mil) od Moab i nadal czekamy na czyste, gwiaździste niebo bo na wieczór planujemy nocny hike do najładniejszego Archa (łuku) w parku zwanego Delicate Arch. Najlepiej oczywiście oglądać go przy świetle księżyca i gwiazd. Miejmy nadzieję, że chmurki za parę kilometrów znikną z nieba.
Punktualnie o 4 po południu zajechaliśmy pod nasz hotel Holliday Inn w Moab. Ku naszemu zadowoleniu, niebo nad Moab stało się niebieskie i zobaczyliśmy słońce. Nie tracąc wiele czasu, szybko zameldowaliśmy się w hotelu i pojechaliśmy do Arch National Park na nocny hike. Wybraliśmy hike na jedną z najładniejszych Archy w parku, Delicate Arch. Po pół godziny dojechaliśmy na parking skąd zaczynała się trasa. Słońce znikło z nieba, ale w zamian za to pojawił się księżyc, który już jest prawie w pełni i idealnie oświetlał nam drogę. Ma to swoje plusy, jasne światło księżyca tak dobrze oświetla ziemię, że nie potrzebowaliśmy czołówek, natomiast niestety na jasnym niebie nie widać wielu gwiazd, a zwłaszcza słynnej drogi mlecznej.

Album_2015 (4).JPG

Szlak jest dość dobrze oznaczony i nawet czasem można spotkać lodowe łuki, które jak kamienne kopczyki wskazuje drogę. Trasa ma długość 2.5km (1.5 mili) w każdą stronę i wznosi się do góry o 145 metrów (480 feet). Było trochę zimno (na dole było -8C (17F)), więc szliśmy na górę dosyć szybko i w ciągu niecałej godzinki naszym oczom ukazał się przepiękny łuk. Delicate Arch ma 20 metrów wysokości (65 feet), jest symbolem tego parku, znajduje się na rejestracji samochodów w Utah, a także olimpijczyk z pochodnią przebiegał pod nią biegnąc do Salt Lake City na Olimpiadę w 2002.

Album_2015 (5).JPG

Po drodze spotkaliśmy parę osób, ale pod łukiem byliśmy sami. Łuk jest piękny, delikatny, wspaniale wznosi się ponad dolinę. Niestety pod sam łuk nie podeszliśmy. Dzieliła nas kilkudziesięciu metrowa przepaść. W ciągu dnia pewnie można podejść bliżej, ale w nocy mało co widać, a jeden źle postawiony krok, może stać się ostatnim krokiem. Porobiliśmy parę zdjęć, próbowaliśmy bawić się ustawieniami w aparatach, ale żeby łuk dobrze wyszedł, musi być naświetlany wiele minut i oczywiście musi być wiele prób. Przy temperaturze bliskiej 0F (-kilkanaście C) i dość mocnym wiaterku szybko nam się to znudziło i wróciliśmy na dól. W ciągu najbliższych dni będziemy w tym parku parę razy, więc na pewno odwiedzimy ten słynny łuk i postaramy się go lepiej sfotografować.

Album_2015 (6).JPG

Jest pierwszy Styczeń, więc jest początek roku, na ten rok postanowiliśmy sumować nasze hiki. Zobaczymy jak daleko i jak wysoko zajdziemy za rok. Oczywiście mamy nadzieję, że każdy rok będzie lepszy, albo przynajmniej porównywalny do poprzedniego. Nie będziemy uwzględniać spacerów po miastach, plażach, miejskich parkach....... ani też małych górskich wędrówek. Po roku sprawdzimy i się porównamy do innych, którzy często publikują swoje osiągi na internecie, albo w mądrych czasopismach, jak Backpacker.

Byl to nasz pierwszy hike w tym roku: długość 5.3 km (3.3 mile) i różnica wzniesień 215 metrów (700 feet).

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2014.12.31 Buckskin Gulch Canyon, AZ (dzień 6)

May your trails be crooked, winding, lonesome, dangerous, leading to the most amazing view. May your mountains rise into and above the clouds.
Edward Abbey

Taki cytat jest przy szlaku Buckskin Gulch Canyon. Początek trasy zaczyna się już z dobrze znanego nam parkingu przy Wire Pass. Sam kanion znajduje się w Paria Canyon-Vermilion Cliffs Wilderness, gdzie znajdują się też Coyote Buttes South i North. Buckskin Gulch Canyon jest najdłuższym i najgłębszym kanionem szczelinowym w Stanach i prawdopodobnie jest najdłuższym na świecie. Czytaliśmy dużo o tym kanionie i wiedzieliśmy, że szlak może nie być łatwy. Długość kanionu wynosi 21km (13 mil), można go jeszcze połączyć z Paria Canyon i wtedy to już jest parodniowa wyprawa. Nie można z niego nigdzie wyjść, więc namioty się rozbija na dole. Nasze ambicje sięgały dojścia do połowy gdzie znajduje się kemping i można tam spędzić noc. Oczywiście my nie wzięliśmy ze sobą namiotów, więc planowaliśmy tam tylko uzupełnić kalorie i zawrócić.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (1).JPG

Jak zwykle wczesna pobudka i prosto na parking Wire Pass. Ostatni dzień roku 2014 nie rozpieszczał nas jednak i przywitał nas dużymi opadami śniegu. My się nie poddaliśmy i stwierdziliśmy, że dojdziemy dokąd dojdziemy. W końcu zawsze warto próbować. W ten sam dzień druga część naszej wycieczki miała uderzyć na Wave. Szkoda, że nie mają takiej pogody jak my mieliśmy 3 dni temu. Pomimo, że oba szlaki startują z tego samego parkingu oni nie zdecydowali się pojechać z nami tylko dojechać do nas godzinę później. Jadąc drogą House Rock Valley Rd w kierunku parkingu spotkaliśmy dwa auta. Ale oba jechały jeszcze dalej w kierunku południowym. Odważni. Tak więc byliśmy pierwsi na parkingu i nie spodziewaliśmy się wiele więcej aut.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (4).JPG

Początkowy odcinek trasy był bardzo przyjemny. Szeroka droga, bez większych wzniesień. Śnieżek pruszył ale nawet nie było zimno. Szybko doszliśmy do wejścia do kanionu. Bardzo fajny wąziutki kanionik. W samym kanionie już tak mocno nie padał śnieg chociaż od czasu do czasu wiatr zwiewał śnieg z wyższych partii skał. To uczucie było najlepsze. Czułam się jakbym stała w śnieżnej kuli.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (10).JPG

Zapowiadał się bardzo przyjemny spacerek i ne przejmowaliśmy się już sypiącym śniegiem. Niestety po paru metrach napotkała nas pierwsza przeszkoda. W kanionie był spadek na 3 metry. Ponieważ kanion ten jak i większość miejsc w Paria Canyon-Vermilion Cliffs Wilderness nie ma wyznaczonej trasy to i nie ma drabinek ani innych udogodnień. Teoretycznie była tam skała i jakiś pień drzewa i może by się coś wymyśliło z zejściem ale z wyjściem już mogłoby być gorzej. Dlatego niestety ze smutkiem na ustach podjęliśmy decyzję o powrocie. Nie byliśmy na tyle odważni, zeby w pierwszej kolejności zrzucić na dół plecak z kluczykami od auta a potem, musielibyśmy już coś wymyślić.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (14).JPG

Śliskie skały, przybywający śnieg jak i perspektywa krótkiego dnia (słońce zachodzi już o 17 godzinie) zmusiła nas do poddania się. Mieli rację Buckskin Gulch Canyon ma w sobie wiele niespodzianek. Tych pięknych i tych trudnych.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (13).JPG

Podobno co się robi w sylwestra robi się cały następny rok. Mam nadzieję, że to nie jest prawda i jednak w 2015 roku będziemy zdobywać szczyty, przechodzić kaniony i zwiększać nasz przebieg (km i wzniesienie).
Po dojściu z powrotem na parking niestety nie zobaczyliśmy auta naszych znajomych. Jakby tam stało to pewnie uderzylibyśmy na Wave pomóc im znaleźć szlak ale wygląda, że przestraszyła ich pogoda. Zdziwiliśmy się troszkę bo widoczność się polepszała. Na parkingu spotkaliśmy kilka ludzi którzy wygrali permity i mimo pogody szli zobaczyć to cudo natury. Najbardziej (pozytywnie) zaskoczyła nas rodzinka z dwójką dzieci gdzie młodsze może miało 5 lat a drugie było nie wiele starsze.
Przygód na House Rock Valley Rd. ciąg dalszy. Jak to się Darek śmiał, o tej drodze można napisać książkę. Za pierwszym razem spotkaliśmy Panią co po ciemku szukała syna który gdzieś poszedł na hike, za drugim razem były „blondynki” które pytały się czy tam jest coś ciekawego. Tym razem zobaczyliśmy samochód w rowie. Nie był to przyjemny widok ale na szczęście nie widać było żadnych uszkodzeń samochodu ani ludzi w okolicy. Pewnie już pojechali po pomoc. Tak więc co przejazd to jakieś przygody.

677279979.jpg

Zbliżając się do Page zrozumieliśmy dlaczego nasi przyjaciele się wyofali z wizyty w Wave. W Page pogoda była dużo gorsza, widoczność zerowa a na drogach wszystkie samochody ślizgały się jak na lodowisku.
Zapowiada się ciekawy Sylwester....
Pare godzin później przyszedł czas na Sylwestrową imprezkę. Ja uwielbiam spędzać sylwestra w górach, na świerzym powietrzu, pod gwiazdami w niestandardowych miejscach. W góry nie bardzo mieliśmy gdzie iść. Wszystko było dość daleko, więc zdecydowaliśmy się na Podkowę (Horseshoe Bend). Na gwiaździste niebo i pełnię księżyca też nie bardzo mogłam liczyć. Pogoda pokrzyżowała nam troszkę plany. Na szczęście towarzystwo dopisało i szybko wszystkie niedoskonałości przestały mieć znaczenie. Nawet udało nam się znaleźć otwartą restaurację Strombolli's i mogliśmy zakończyć stary rok pysznym włoskim posiłkiem.
Z tą restauracją to było tak....najpierw znaleźliśmy jedną która miała bardzo dobre opinie na Tripadvisor, menu też było bardzo dobre – steak i inne mięsko....wszystko brzmiało apetycznie. Niestety jak do nich zadzwoniłam to się okazało, że są zamknięci na sezon....otwierają dopiero w Marcu. Szkoda bo już mieliśmy ochotę na jakąś lokalną krówkę wypasioną na lokalnej prerii.
Drugim wyborem było Strombolli's Do nich też przedzwoniłam, pytam się do której są dziś otwarci a oni, że w sumie to nie wiedzą. Zamkną jak nie będzie ludzi....no to szybko się zebraliśmy i w pogoni za jedzonkiem pojechaliśmy do „centrum” miasta.
W trosce o kierowców zdecydowaliśmy się zmienić plany i zamiast Horseshoe Bend zdecydowaliśmy się witać Nowy Rok nad tamą Glen Canyon, do której można dojść na nogach. Obchodzenia 5 Sylwestrów nie jest łatwe ale co zrobić jak wszyscy się porozjeżdżali po świecie.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (21).JPG

Tak więc pierwsza była Polska....dobrze, że nie mamy rodziny w Azji bo byśmy cały dzień wznosili toasty. Godzinę później przyszedł czas na Anglię (specjalna dedykacja dla Londynu i Cardiff). Potem przerwa, tu mogliśmy zjeść kolację i zacząć imprezkę. 5h później Nowy Jork doczekał się i spadła kula na Time Square. Happy New Year!!!! 2h później i wreszcie my....pochłonięci rozmową i pisaniem życzeń do naszych znajomych w NY zagapiliśmy się, że to już 23 i pasuje opuszczać hotel i iść na spacerek nad tamę. Tak więc z małym opóźnieniem, lecąc przez prerie, śniegi doszliśmy na Scenic Road. Wiedzieliśmy już, że do punktu widokowego nie dojdziemy ale Grześ rzucił genialny pomysł „patrzcie tam jest laweta...będzie fajny stolik.” I takim sposobem na środku pustyni na której padał śnieg, na lawecie która stała jakby nigdy nic przywitaliśmy Nowy Rok. Było Final Countdown, były tańce na lawecie, był szampan, zabawy w śniegu...jednym słowem radość, zabawa i przyjaciele.

Album_2014.12_Bucksin Gulch (26).JPG

A ja znów czułam się jak w śnieżnej kuli. Śnieżek idealnie prószył, spokojnie, powoli a ja patrzyłam się w czarniutkie niebo i wspominałam 2014, który był pełen przygód, śmiechu, miłości, wspaniałych ludzi i wspaniałych podróży.

Szczęśliwego Nowego Roku dla was wszystkich! Niech się spełnią wszystkie wasze życzenia i marzenia a każdy dzień będzie nową wspaniałą przygodą!!!!

Ale to nie koniec....przecież kula ziemska się kręci....godzinę później przyszedł czas na kolejnego sylwestra. Specjalne życzenia lecą do Kalifornii!!!!
A teraz mała zagadka. Kogo spotkaliście jako pierwszą osobę w Nowym Roku. Nie mam na myśli znajomych i rodziny z którymi się witało nowy rok....mam na myśli osobę obcą....my spotkaliśmy prawdziwego Indianina ze szczepu Nawajo. Siedzieliśmy sobie w świetlicy i mieliśmy mieć małą imprezkę w 4 osoby a tu nagle przyplątał się Indianin Mike. Widać było, że miał niezła imprezkę bo troszkę mu się plątał język ale i tak usiadł przy nas i poopowiadał troszkę o Indianinach. Fajne anegdotki miał...może kiedyś opowiemy wam osobiście.
No to jeszcze raz Szczęśliwego Nowego Roku!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2014.12.30 Coyote Buttes South, AZ/UT (dzień 5)

W większości dzisiejszy dzień spędzimy po poruszaniu się po Vermilion Cliffs a dokładniej w jego przepięknej części zwanej Coyote Buttes South. Oczywiście jest to bardzo unikatowa i delikatna formacja skalna więc oczywiście permit (zezwolenie) był wymagany. Tym razem permit można kupić normalnie na internecie wybierając sobie datę, ale lepiej to zrobić wcześniej (ok. 4 miesięcy przed) bo jest limit 20 osób na dzień.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (52).JPG

W tym rejonie jest wiele ciekawych miejsc ale są one trudno dostępne. Potrzebny jest samochód 4x4 i wysokie zawieszenie. Jeździ się po głębokim piasku i skałach. Dobrze, że mamy dwa samochody więc w razie zakopania się drugim samochodem możemy dalej pojechać po pomoc. Oczywiście telefony komórkowe tam nie działają.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (1).JPG

7:30 rano wyruszyliśmy z pod hotelu. Po 60 km (40 milach) drogą 89 West dojechaliśmy do House Rock Valley Rd. Tutaj już asfalt się kończy i wjechaliśmy na off-road ale wciąż droga była szeroka i ubita. Po kolejnych 13 km (8 milach) minęliśmy słynny Wire Pass parking gdzie dwa dni temu szliśmy na słynne Wave. Jadąc dalej na południe po kolejnych 2,25km (1.4 mili) wjechaliśmy z powrotem do Arizony. Na granicy stanów przy tej drodze jest bardzo ciekawy kemping. W tym miejscu zaczyna się słynna Arizona Trail (dł. 1287 km / 800 mil), która idzie przez całą Arizonę przechodząc między innymi przez Grand Canyon i inne przepiękne rejony. Trasa ta jest dość trudna bo są odcinki ponad 100 km (kilkadziesiąt mil) gdzie nie ma żadnej wody.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (3).JPG

Na granicy stanów droga zmienia nazwę na (House Rock Rd.) i nią jechaliśmy jeszcze przez kolejne 11 km (6.7 mili). Dojechaliśmy do jednego z trzech parkingów, Lone Tree Reservoir. Samochody z niskim zawieszeniem i napędem na dwa koła dalej nie powinny kontynuować jazdy ze względu na trudne warunki. Na szczęscie mamy Jeep'ki, nie są to idealne samochody na te bezdroża ale wystarczająco dobre, żeby zapuśić się głębiej w te prerie. Dwóch doświadczonych kierowców z dobrymi pilotami wyposażonymi w GPSy ruszyło przed siebie.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (8).JPG

Droga lekko wznosiła się do góry, po skałach i głębokim piasku, czasami było słychać jak charujemy brzuchem samochodu po piasku. Po 4 km (2.4 mile) dojechaliśmy do drugiego parkingu, Paw Hole. Zostawiliśmy tam samochody i już na nogach ruszyliśmy w kierunku północnym. Spacerowaliśmy po okolicy przez ok. 4km (2,5 mili), oglądając ciekawe formacje skalne. Było tam wiele mini Wave, ciekawych kolumn i kopczyków skalnych, fauna i flora też przykuwała naszą uwagę. Zajączki skakaly w kółko, większe kotki się chowały i widzieliśmy tylko ich ślady na piasku a krówki się pasły.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (57).JPG

Oczywiście w całym parku nie ma ani jednego szlaku więc można chodzić gdzie się chce i odkrywać coraz to nowe zakamarki, trzeba tylko pamiętać gdzie się zostawiło samochód. Po raz kolejny polecamy GPS dla ludzi żądnych przygód. Wracając do samochodu poczuliśmy się jak w Afryce na jakimś safari bo znaleźliśmy szczątki jakiegoś zwierzątka po którym zostały już tylko ładnie wylizane kości. Beatka, zaczęła składać te puzzle i wyszło jej, że to prawdopodobnie była krowa, która napotkała duże kotki na swoim pastwisku. Oczywiście dzieci miały z tego największą radochę, wzięły po dwa żebra i zaczęły walczyć jak na miecze.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (75).JPG

Z Paw Hole do Cottonwood Cove, trzeciego najbardziej oddalonego parkingu prowadzą dwie drogi. Krótsza, dalej na wschód przez góry jest bardzo ciekawa ale wymagane są już naprawdę świetne samochody, przystosowane do jeżdżenia po bardzo ciężkich terenach. My nie posiadając tego typu zabawek wybraliśmy drogę drugą, która prowadzi na około ale teren jest łatwiejszy, nie mylić z łatwym. Nasza 20 kilometrowa (12 mil) trasa dalej wiodła przez skały i głębokie piaski. Po drodze mieliśmy szczęście zobaczyć stado krów pędzonych przez dwóch kowbojów i jedną kowbojkę. Oczywiście jak przystało na Cowboys wszyscy mieli kapelusze, jeansy, skórzane kamizelki i siedzieli na koniach.

263683845.jpg

Nawet dosyć sprawnie udało im się usunąć bydło z naszej drogi więc mogliśmy dalej kontynuować naszą jazdę. Po drodze minęliśmy również opuszczone ranczo. Widać było, że kiedyś tam mieszkali ludzie ale teraz wszystkie budynki są już ruinami.

340066203.jpg

Po dobrej godzinie najlepszy nawigator, Ilonka doprowadziła załogę do Cottonwood Cove Parking. Zostawiwszy permity za szybą poszliśmy odkrywać kolejne ciekawe zakątki Południowych Kojotów. Z parkingu idąc ok 1km (0.5 mili) na Północny Zachód, doszliśmy do ciekawych formacji skalnych gdzie między innymi znaleźliśmy skalnego Żółwika, Wieżę Kontrolną, Fotelik i inne cuda natury.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (102).JPG

Zadziwiające, że pomimo swojej kruchości skały te przetrwały miliony lat. Co prawda w zmienionej formie ale nadal piękne.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (67) (1).JPG

GPS nam pokazał, że Wave jest oddalony od nas 3,5 km (2 mile) więc postanowiliśmy tam podejść i zobaczyć formacje skalne, które nie zdążyliśmy zobaczyć dwa dni temu jak np. Hamburger, Dinosaur Dance Floor, Piramidy itp.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (110).JPG

Po pół godziny przemierzania prerii w kierunku północnym doszliśmy do wniosku, że nie zdążymy wrócić do naszych samochodów przy dziennym świetle. Patrząc na ślady kojotów, rysiów i innych dzikich zwierzątek nie mieliśmy ochoty zostawać na noc w tych rejonach więc zdrowy rozsądek wygrał i zawróciliśmy do aut. Zdecydowanie jest to ogromny i przepiękny obszar. My odkryliśmy tylko jego znikomą część. Wiemy jedno musimy tu kiedyś wrócić z większą ilością wolnego czasu i czymś lepszym niż Jeep Cherokee.

Trudniejszą część drogi udało nam się jeszcze pokonać za dnia. Zbliżając się do asfaltu spotkaliśmy mały samochodzik z trzema młodymi dziewczynami, stojących na awaryjnych światłach. Zatrzymaliśmy się w celu sprawdzenia czy nie potrzebują pomocy. Jak się okazało wszystko było OK, a dziewczyny zapytały się nas:

  • Is there anything there? /Czy tam coś jest?/

  • What do you mean? /Co masz na myśli?/ - zapytałem.

    W odpowiedzi pokazały mi iPhona ze zdjęciami Wave. Patrząc na ich samochód (zwykły sedan), porę dnia (zmierzch), ich ubiór i przygotowanie o mało nie parsknęliśmy śmiechem. Zachowując kamienna twarz odpowiedziałem tylko:

  • You have to hike there for 3h each way. /Aby tam dojść trzeba zrobić 3h hike./

  • What? Hike? /Co? Hike?/ - odpowiedziały zaskoczone

    I na tym skończyło się nasze miłe spotkanie. Miejmy nadziję, że dziewczyny nie wybrały się na spacer nocą po tym pustkowiu bo następnym razem Beatka będzie składała kości człowieka a nie krowy.

Tym groteskowym akcentem zakończyliśmy kolejny wspaniały dzień.

Album_2014.12_Coyote Buttes South (71).JPG

W powrotnej drodze konserwy przegrały, gdyż nie mogliśmy się oprzeć ofercie WalMart w której mieli świeżo upieczony kurczak z rożna za jedyne $2.50. Ale była uczta.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2014.12.29 kanion Antylop, tama Glen, jezioro Powell, zakole Horshoe, AZ (dzień 4)

Dzisiejszy dzień należał do lżejszych i spokojniejszych dni. Mieliśmy komfort wyspania się do 7 rano. W hotelu Marriott nie mają wliczonych śniadań, więc mogliśmy w końcu zjeść pyszną makrelę wędzoną w sosie węgierskim. Na dzisiaj mieliśmy zaplanowane dwa kaniony, dolny i górny kanion Antylop, tamę w Glen Canyon, przejażdżka nad jezioro Powell i oglądnąć zachód słońca nad Horseshoe Bend.

2014.12-Antelope Canyon (16).JPG

Kanion Antylop należy do najpiękniejszych kanionów szczelinowych na świecie. Dzieli się on na dwie części, górny i dolny. Który jest piękniejszy? Trudno stwierdzić, one są po prostu różne. Obydwa powstały 1.6 miliarda lat temu (dla porównania Grand Canyon powstał 1.3 miliarda lat temu). Przewodniki, blogi opisywały, że górny kanion jest ciekawszy, piękniejszy od dolnego. Proponują zwiedzać dolny rano a górny w samo południe, kiedy jest najlepszeświatło. Taki też był nasz plan. Kaniony są położone na terenie rezerwatu Indian Navajo, więc nie można ich zwiedzać indywidualnie. Wymagany jest przewodnik, oczywiście płatny. Po 10 minutach jazdy samochodem na wschód od miasteczka Page zajechaliśmy na parking dolnego kanionu. I w tym momencie piękno i czar kanionu prysnął. Byliśmy 15 minut przed otwarciem i już była kolejka.

Wiadomo, blisko miasteczka, bardzo łatwy dojazd samochodem, więc tłumy ludzi się tam zjeżdżają. Nie trzeba dużo chodzić..... nie tak jak wczoraj w Wave, że prawie nie było nikogo! My niestety nie załapaliśmy się na pierwszą turę. Poszliśmy jako trzecia tura o 9:30. Tak jak wspomniałem wyżej kaniony znajdują się w rezerwacie Indian i niestety oni potrafią zdzierać kasę z turystów. Za wejście na 1,5h do kanionu trzeba było zapłacić $28 i to tylko do dolnej części. Dla porównania Grand Canyon kosztuje $25 za cały samochód ludzi na tydzień czy Buckskin Gulch, który jest za darmo. Jak turysta chce zwiedzićrównież górną część musi uiścić kolejną opłatę $25 (a w południe nawet $40 za osobę). Oczywiście zapłaciliśmy wymagane pieniądze bo chcemy zobaczyćto cudo natury. Punktualnie o 9:30 rano nasz przewodnik wraz z całą grupą (25 osób) wprowadził nas w głąb kanionu. Wow...zdjęcia które widzieliśmy wcześniej nie oddawały tego co zobaczyły nasze oczy. Zeszliśmy 20 metrów w głąb ziemi i nie mogliśmy się nadziwić temu co szybko płynąca woda z piaskiem potrafi zrobić ze skałą. Faliste kształty skał przypominały nam korkociąg. Nie wiemy dokładnie jak długi jest kanion, my szliśmy nim 1.2 km robiąc setki zdjęć. Pomimo dużej grupy nie odczuliśmy presji pośpiechu i mogliśmy przystawać w wielu miejscach i robić sobie zdjęcia bez innych ludzi.

2014.12-Antelope Canyon (18).JPG

Spędziliśmy tam 1,5h, wspinaliśmy się na ściany kanionu, bawiliśmy się ustawieniami w aparatach, robiliśmy wiele zdjęć. Po 1.5h kanion stawał się coraz to jaśniejszy i widać było, że się podnosimy do góry. W końcu po kolejnych paru minutach zobaczyliśmy słonce i wyszliśmy na zewnątrz. Z góry prawie nie widać, że obok ciebie jest potężna, długa dziura w ziemi. Idąc tam nocą można łatwo wpaść i raczej szanse na przeżycie są niewielkie.

2014.12-Antelope Canyon (98).JPG

Po wyjściu przewodnik nam jeszcze pokazał ślady dinozaura, który przechodził tamtędy jakiś czas temu.

210086117.jpg

Opowiedział również parę ciekawostek. Jedną z nich była powódź jaką mieli w lato 2013. Była tak potężna, że kanion był zamknięty na dwa tygodnie, a woda płynęła z potężną prędkością zalewając cały kanion. Wyszliśmy koło 11 rano, bilety na górny kanion mieliśmy na 14 (na 12 były już wykupione), więc pojechaliśmy zobaczyć tamę na rzece Colorado. Najlepszy punkt do oglądania nie jest koło samej tamy, a gdzieś kilometr w dół rzeki Colorado z Scenic View Rd. Robi wrażenie, stoi się na krawędzi nad rzeką, pod tobą prawie 1000 ft w pionie do wody, a w oddali widać tego olbrzyma.

2014.12-Antelope Canyon (101).JPG

Później pojechaliśmy oglądnąć Powell Lake, które powstało jak zbudowali tamę. Jezioro można oglądać z wielu miejsc, jest bardzo duże, długość brzegu jest ponad 3,000 kilometrów. Myśmy wybrali punkt Lone Rock, który już jest w stanie Utah. Nazwa pochodzi od samotnej skały, która znajduje się na środku jeziora.

2014.12-Antelope Canyon (109).JPG

To miejsce jest bardzo popularnym miejscem wypoczynkowym okolicznych mieszkańców. Znajduje się tam camping a także baza wypadowa na off-road. Po śladach na pustynnych piaskach widać, że lokalni maja fajne zabawki. Jednak jest zima, więc ostro tam wiało, przenikliwym, zimnym wiatrem. Prawie nikogo nie było, paru lokalnych i jakaś firma miała sesję zdjęciową jakiś kosmetyków. W lato pewnie jest zupełnie inaczej, jak ludzie chcą uciec od gorącego, pustynnego upału i się zanurzyć w zimnej, orzeźwiającej wodzie.

564350003.jpg

Nadszedł czas na górny kanion. Punktualnie o 14 zapakowali nas do odkrytego pick-upa, kazali się mocno trzymać i ruszyliśmy. Jechaliśmy 10-12 minut po głębokich piaskach wyschniętej rzeki Antelope. Tak jak wspomniałem, był to odkryty pick-up więc ludzie, którzy nie mieli żadnego ubrania od wiatru, po prostu dobrze zmarzli. 10 minut szybko zleciało i dojechaliśmy na północną część górnego kanionu Antelope. I tu dostaliśmy szoku, na miejscu już było takich samochodów jak nasz kilkanaście. Jak w każdym na samochodzie jest 14 osób to pewnie w kanionie który ma 400 metrów jest już 200 osób. Ale nic, myślimy pozytywnie i z uśmiechem na ustach idziemy jak gęsi za przewodnikiem do „wrót” kanionu. Przed wejściem dostaliśmy parę zakazów, czego nie wolno nam robić w kanionie. Nie wolno chodzić po ścianach, nie wolno malować nic na ścianach (naprawdę?), nie wolno używać lampy błyskowej, nie wolno się zatrzymywać jak przewodnik nie pozwoli, nie wolno głośno mówić, nie wolno..........!!!

2014.12-Antelope Canyon (115).JPG

Weszliśmy...... kanion piękny, głębszy od dolnego, więc dosyć ciemny. Idziemy parę kroków, przewodnik mówi stój, pokaż aparat zrobię ci fajne zdjęcie. Znowu idziemy parę kroków, znowu stój, pokaż aparat...... Bardzo wąski kanion, a co najgorsze jest dwu kierunkowy. Idziesz 400 metrów i wychodzisz z niego, żeby się wrócić do samochodu to musisz się znowu wracać kanionem. Nie tak jak dolny kanion. Wchodzisz z jednej strony a wychodzisz z drugiej, przewodnik idzie i więcej go nie widzisz.

2014.12-Antelope Canyon (140).JPG

Po pół godziny przepychanki wyszliśmy na zewnątrz ogrzać się w słoneczku. W kanionach szczelinowych zawsze jest chłodniej w środku niż na zewnątrz. Szybkie zdjęcie na zewnątrz i szybko wracamy.... Przewodnik powiedział, żeby się już nie zatrzymywać na zdjęcia tylko szybciutko iść do samochodu. On pójdzie ostatni i będzie nas pilnował. Naprawdę?

2014.12-Antelope Canyon (113).JPG

Kanion sam w sobie jest piękny, może nawet ładniejszy od dolnego ale ta presja pospiechu i setki ludzi przepychających się między tobą powodują, że nie masz ochoty już dłużej w nim przebywać. On jest głęboki, więc jest mało światła na dole i chcąc zrobić ciekawe zdjęcia musisz się trochę aparatem pobawić, zmieniać wiele parametrów w zależności od oświetlenia. Już nie wspomnę o rozłożeniu statywu. Niestety nie da się tego robić bo co chwilę słyszysz przewodnika, że musimy już iść, albo jakiś inny człowiek w tenisówkach mówi „excuse me”.
Po paru minutach wróciliśmy do naszego pick-upa i w kilkanaście minut przyjechaliśmy na parking gdzie już czekał nasz samochód.
Jednym słowem, piękny kanion, ale za dużo ludzi. Dolny kanion też bardzo piękny, a znacznie lepsze warunki do zwiedzania i robienia zdjęć.

2014.12-Antelope Canyon (149).JPG

Następny punkt dnia, Horseshoe Bend. Jest to bardzo widokowe miejsce, położone zaledwie parę minut samochodem na południe od Page. Miejsce gdzie rzeka Colorado zakręca o 270 stopni tworząc malowniczy kanion, głęboki na 300 metrów (1000 ft.). Miejsce to swoją nazwę zyskało dzięki kształtowi przypominającemu podkowę (Hoseshoe). Tak jak spodziewaliśmy się to miejsce również jest za blisko miasteczka, więc parking na samochody był jużprawie pełny. Z parkingu do punktu widokowego trzeba przejść około 800 m (0.5 mili) w kierunku zachodnim. Idzie się dosyć łatwo, część po piasku częśćpo skałach i zajmuje to nie więcej niż 20 minut. Cały brzeg klifu to jeden wielki punkt widokowy załadowany ludźmi. Trzeba bardzo uważać bo nie mażadnych barierek i bardzo łatwo spaść w dół.

831913643.jpg

Bliskość parkingu i w miarę łatwe dojście do klifów sprawiło, że miejsce to wybraliśmy na przywitanie Nowego Roku. Mamy nadzieję, że będzie piękne i gwiaździste niebo.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2014.12.28 Coyote Buttes North, The Wave, AZ (dzień 3)

W końcu nadszedł dzień na tak długo oczekiwany hike do Wave. To właśnie od Wave pojawił się cały pomysł wycieczki i wszystkie przygotowania. Nastawiamy się, że będzie to najładniejsze miejsce na całej wycieczce. Wkrótce się przekonamy. Swoją unikatowością i niedostępnością może nawet pobić Bryce, Grand Canyon czy inne piękne miejsca na ziemi.

wave  (1).JPG

Nie tracąc ani minuty światła dziennego wyjechaliśmy z naszego hotelu w Kanab dosyć wcześnie, jeszcze była szarówka. Po drodze widzieliśmy cudowny wschód słońca nad pustyniami południowego Utah. Po około 40 minutach jazdy drogą 89 na wschód dotarliśmy do drogi House Rock Road i nią kontynuowaliśmy naszą podróz w kierunku południowym. Droga oczywiście już nie była asfaltowa, ale nasz Jeep Cherokee bardzo dobrze sobie na niej radził. Darek miał wstępne przygotowanie do tego co ponoć ma być za parę dni w Połudnowej części parku Coyote Buttes. Mamy jechać o wiele gorszymi drogami, gdzie napęd na cztery koła, wysokie zawieszenie i doświadczenie kierowcy są podstawą....​

wave  (3).JPG

Po 8.3 mili dotarliśmy na parking Wire Pass. Niestety nie byliśmy pierwsi, a wręcz przeciwnie, byliśmy jednym z ostatnich samochodów jakie tam dotarły. Nie dziwimy się, że ludzie rozpoczynają odkrywanie tego rejonu wcześnie rano. Jak się później przekonaliśmy jest tam tyle pięknych miejsc, że aby odkryć wszystko to i tak brakuje jednego dnia. Więc lepiej zacząć wcześniej i spokojnie podziwiać widoki, formacje skalne i wszystko co natura stworzyła. Z tego parkingu są dwie trasy. Jedna prowadzi właśnie do Wave, druga natomiast to szlak Buckskin Gulch – tam wybieramy się za 3 dni. Do żadnego z tych miejsc nie prowadzi oznakowany szlak. Można chodzić gdzie się chce, trzeba tylko zapamiętać jak wrócić do samochodu, zalecany jest oczywiście GPS. Jest to bardzo ważne, bo w nocy temperatury tam spadają bardzo nisko, prawie nie ma żadnych drzew na rozpalenie ogniska, a wygłodniałe zwierzęta pustynne tylko czekają na łatwą ofiarę.

wave  (37).JPG

Wraz z permitem (pozwoleniem) dostaliśmy mapkę a raczej zdjęcia formacji skalnych, które powinny nam wskazać drogę do Wave. Opis ten jednak jest słabej jakości. Idąc do Wave można jeszcze obrać azymunt na dużą szczelinę skalną, która jest widoczna na kilometr ale powrót już może być gorszy. Darek dodatkowo znalazł wiele ciekawych miejsc poza samym punktem docelowym, które warto zobaczyć. Zdecydowanie warto czasem zboczyć z drogi aby zobaczyć coś poza Wave. Cały obszar jest piękny i pełen ukrytych niespodzianek i pięknych widoków za każdym rogiem. Będąc jeszcze w NY, Darek poświęcił dużo czasu na czytanie blogów innych ludzi, którzy tam byli. Przy pomocy Google Earth i przeczytanych informacji udało mu się zlokalizować wiele ciekawych miejsc i zapisać ich dokładne współrzędne GPS. Przydały się....

wave  (20).JPG

Pierwsze pół mili idzie się na wschód wyschniętym korytem rzeki. Następnie jest ostry zakret w prawo, ostro do góry i już się jest na pustynnym terenie, który jest porośniety pustynną trawą (ostrokrzewy) i gdzie niegdzie leżą płaty śniegu. Tutaj się jeszce łatwo idzie bo wszędzie jest piasek i jest dużo śladów ludzkich, które wytyczaja kierunek drogi. Mimo, że maksymalnie może tam wejść 20 osób dziennie, to nawet dużo śladów było na piasku. Wygląda, że są tu rzadkie opady i ślady się jednak utrzymują dość długo. Po około 1 mili trasa skręca ostro w prawo i prowadzi już sakałami. Skały są suche więc nie ma problemów z przyczepnością. Łupkowa struktura skał dodatkowo ułatwia wspinaczkę tworząc swojego rodzaju schodki. Na skałach pojawia się jednak problem gdzie iść. Jak już wspominałam trasa nie jest oznaczona i na całej 3 milowej trasie do Wave spotkaliśmy tylko dwa słupki wskazujące drogę. Jeden z tych słupków jest zaraz po wspomnianej formacji skalnej i tu należy skręcić ostro w prawo. Potem idzie się w miarę prosto, omijając większe górki i kierując się na wspomnianą szczelinę w skałach. My jednak zboczyliśmy z trasy i poszliśmy oglądać Pool Cove, White Castle, Saddle, Brain Rock.

wave  (41).JPG

White Castle jest formacją skalną, która na szczytach ma białe skały. Początkowo skały te nie przypominały mi zamku. Dopiero jak weszłam pomiędzy te skały, do miejsca zwanego Pool Cove skąd ma się wraźenie jakby się było otoczonym murem obronnym z wieżyczkami. Później z góry Wave widać było idealnie, że te skały naprawdę tworzą formację przypominającą zamek.

wave  (43).JPG

Dla odważnych parę metrów dalej jest wyjście na Raven, które sobie odpuściliśmy ale wybraliśmy nie wiele ławiejszą trasę na Saddle. Wyjście na górę jest po skałach ale dość stromych więc napęd na 4 ręce jest miejscami wskazany. Ponieważ, wychodzi się dość wysoko to widok jest oszałamiający i widać całą przestrzeń pustynną z różnymi formacjami skalnymi.

wave  (53).JPG

Zejście jak to bywa jest trudniejsze niż wyjście i schodziliśmy prawie na tyłku. Po bezpiecznym zejściu parę metrów dalej zobaczyliśmy Brain Rack. Skały przypominające mózg...nie do końca jesteśmy pewni czy ludzki czy dinozaura.

wave  (59).JPG

Wreście nadszedł czas na Wave...wróciliśmy z powrotem na najkrótszą trasę i ruszyliśmy przed siebie. Na szczęście Darek wcześniej załadował mapy, które miały narysowany szlak na Wave (duże ułatwienie). Oczywiście po drodze nadal mijaliśmy ciekawe formacje skalne i nazywaliśmy je po swojemu, były Żebra Dinozaura, Rysunki Indian (stworzone przez wiatr i wodę), Satelity, Sfinx czy Neony itp.

wave  (71).JPG

Po kolejnym odcinku nasz GPS powiedział nam, że właśnie zmieniliśmy stan i weszliśmy do Arizony. Trasa do Wave nadal prowadziła po skałach i piasku, aż do ostatnich paru metrów gdzie zaczęła ostro iść do góry. Początkowo po piasku a potem po skałach.

wave  (80).JPG

Wow...wow...wow...i jeszcze raz wow...

wave  (112).JPG

Taka była nasza reakcja jak wreszcie dotarliśmy do Wave. Od razu wiedzieliśmy, że to jest to miejsce. Idealne warstwy skalne tworzące Falę. W tym momencie ziściło się moje marzenie. Rok może dwa lata temu zobaczyłam zdjęcie Wave. Dowiedziałam się wtedy gdzie to jest i, że trzeba starać się o pozwolenie wejścia. Od tego momentu miejsce to siedziało w mojej głowie ale nigdy nie sądziłam, że tak szybko ziści się moje marzenie. Dziękuję Mami, że wygrałaś permit.

wave  (113).JPG

Wave jest to obszar gdzie woda i wiatr wyrzeźbiły w skałach formę idealnie przypominającą falę oceanu. Bardzo cieszymy się, że limitują tam wejścia i dziennie może tam iść tylko 20 ludzi. Po pierwsze w spokoju można podziwiać piękno a po drugie Wave nadal jest Wavem. Skały, które to tworzą są bardzo kruche i czasem się łamały pod naszymi butami. Wydaje nam się, że jest to piaskowiec i dlatego formacja ta jest dość krucha.

wave  (95).JPG

Na Wave można spędzić godziny. Ja nie miałam ochoty opuszczać tego miejsca w ogóle. Mogłabym tak siedzieć godzinami, pstrykać zdjęcia, podziwiać co natura może zrobić i po prostu być w tym miejscu.

wave  (115).JPG

Ale Wave to też skały obok. Po krótkim lunchu na „Fali” poskakaliśmy po skałkach aby zobaczyć widok z góry. Latając tak z aparatem po okolicy znaleźliśmy jeszcze więcej skał przypominających mózg ale też „Neony”. Neony są to skały (kolumny skalne) których prawie każda warstwa skalna ma inny odcień. Rzeczywiście poprzez swoje kolory przypominają Neony. A cały krajobraz przypomina planetę Mars, przynajmniej tą co znamy z filmów.

wave  (91).JPG

Podobno za Wavem jest drugi Wave. Oczywiście nie bylibyśmy sobą jakbyśmy nie poszli tego sprawdzić. Znów GPS się nam przydał i wskazał nam drogę. Wave II jest równie ciekawy choć totalnie inny....ogólnie obszar, który zajmuje jest mniejszy ale długość „fali” jest chyba większa.

wave  (107).JPG

Inne, ciekawe i zdecydowanie warte zobaczenia miejsce. Wybiła godzina 15 i pomału pasowało się wracać. Darek bardzo chciał jeszcze zobaczyć ślady dinozaurów więc znów zboczył z drogi a ja z mamą zaczęłyśmy się kierować po szlaku z powrotem do samochodu. Darek miał nas dogonić. Bardzo łatwo wracało się po piasku gdzie były ślady ludzkie. Niestety kiedy weszłyśmy na skały to do pewnego momentu wiedziałyśmy jak iść....było to mniej więcej do momentu w którym weszliśmy z powrotem na szlak po naszym małym zboczeniu z drogi w drodze do Wave. Na szczęście mamy Walkie-talkie (następna zabawka ratująca życie) i w miarę szybko dołączyliśmy do Darka który miał GPS. Naprawdę, bez GPSa nie radzę się tam wybierać. Chyba, że chcecie sobie rozkładać sznureczek.

wave  (102).JPG

Natomiast co do śladów Dinozaurów to zobaczysz je tylko jeśli będziesz wiedział dokładnie gdzie szukać. Po raz kolejny GPS – dobra robota. Droga do Dinozaurów prowadzi bardzo wąskim kanionem, znajdującym się po lewej stronie wracając od Wave. Po wyjściu z kanionu na wyschnięte koryto rzeki trzeba się troszkę po wspinać po skałkach kilkaset metrów aż do śladów Dinozaurów. Darek je znalazł i stwierdził, że to mogą być ślady dinozaurów, które tu rządziły 160 milionów lat temu. Zejść można już górami które po krótkiej chwili łączą się ze szlakiem Wave.
Powrót zajął nam już zdecydowanie mniej czasu niż droga do Wave. Po pierwsze się ściemniało a my chcieliśmy zdążyć przed zmierzchem, przed wyjściem zwierzątek a po drugie nie robiliśmy już tylu zdjęć, chyba, że zachodów słońca.

wave  (119).JPG

Wraz ze zmierzchem nastąpił koniec naszego hiku ale nie naszych przygód. W drodze powrotnej spotkaliśmy Panią, która szukała własnego syna....upppsss.....było już ciemno a ona szukała syna bo umówili się, że go odbierze z parkingu. Niestety myśmy nie spotkali na naszej trasie żadnej samotnej osoby. Mamy nadzieję, że Pani szczęśliwie odnalazła syna. Drugą przygodą było stado jelonków i sarenek, które weszło nam na drogę. Darek żałował, że nie były to wilki ale ja tam wolę jelonki.

wave  (121).JPG

I na tym miłym spotkaniu skończył nam się dzień....potem tylko hotel tym razem Marriott Courtyard w Page, spotkanie z reszta załogi i wymienienie się wrażeniami. Grzesiów czeka Wave za 3 dni....wiemy, że wrócą wtedy z wycieczki z jednym słowem na ustach WOW. No bo jak tu się nie zachwycać.

wave  (122).JPG
Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2014.12.27 Bryce Canyon National Park, NV (dzień 2)

Do tej pory uważałam, że Zion jest najpiękniejszym kanionem, dziś się przekonałam w jak dużym błędzie byłam. Bryce Canyon wygrał! Po prostu bajka.

Album_2014.12-Bryce (25).JPG

Jak zwykle pobudka wcześnie rano, szybkie śniadanko, pakowanie plecaków i w drogę.
Po drodze małe rozczarowanie, w samochodzie nam pokazało na termometrze, że temperatura na zewnątrz jest -7F (-22C) brrrrr......!!! Bryce Canyon jest bardzo wysoko położony. Najwyższy punkt ma 9115ft (2778m), dlatego pewnie są tak niskie temperatury. Miejmy nadzieję, że w ciągu dnia temperatura się podniesie, albo po prostu będziemy musieli iść szybciej.

Album_2014.12-Bryce (3a).JPG

Z hotelu do Bryce Canyon Visitor Center mieliśmy nie dużo tylko 1,5h. Pierwotny plan był zejść trasą „The Wall”. W informacji powiedzieli nam, że niestety trasa ta jest zamknięta na zimę. Drugą opcją była trasa Navajo Loop. Obie trasy startowały z tego samego miejsca (Sunset Point) i już po paru krokach zorientowaliśmy się, że jednak trasa „The Wall” jest otwarta. Nie jestem pewna czy łańcuch otworzył strażnik parku czy ktoś kto nie bał się i bardzo chciał przejść. Dla nas nie miało to większego znaczenia i szybko wróciliśmy do realizacji pierwotnego planu.

Album_2014.12-Bryce (31).JPG

Trasa „The Wall” nie jest niebezpieczna ani trudna. Tak naprawdę jest łagodniejsza niż druga opcja Navajo. Problem polega na tym, że na trasie The Wall mogą być lawiny jeśli spadnie dużo śniegu. Na szczęście ta zima nie rozpieszcza nas śniegiem więc spokojnie pokonaliśmy 600 ft. Zajęło nam to dużo więcej niż normalnemu człowiekowi bo na każdym kroku zatrzymywaliśmy się i robiliśmy zdjęcia. Piękna tego kanionu nie da się opisać a, i zdjęcie pewnie oddadzą to tylko w połowie.

Album_2014.12-Bryce (158).jpg

Po krótkiej przerwie na batonika i piwko poszliśmy odkrywać „Hoodoos”. Jest to północna część kanionu przez którą prowadzi szlak „Peek-a-boo”. Rejon Hoodoos wziął swoją nazwę od kolumn skalnych, które powstały przez erozję lodu i wody. Zamarzający lód między skałami rozsadzał je tworząc kolumny, okna i inne przepiękne skały.

Album_2014.12-Bryce (95).jpg

Szlak Peek-a-boo to 3 milowy loop, który podobno najlepiej zrobić zgodnie ze wskazówkami zegara. Potwierdzamy, że jest to bardzo dobra sugestia. Wydawać by się mogło, że 3 mile to nic wielkiego ale ciągłe chodzenie góra-dół-góra-dół dały nam się we znaki ale głównie opóźnienie mieliśmy znów przez zdjęcia. To jest jak bajka, jak kraina czarów gdzie wszystko jest zbyt doskonałe. Nawet niebo miało idealnie niebieski odcień.

Album_2014.12-Bryce (107).JPG

Po szlaku Peek-a-boo przyszła kolej na lunch. Nie ma to jak pieczywko Waza z pasztetem (tym razem z pieczarkami), herbatka, piwko, co kto woli. Po zregenerowaniu sił mogliśmy ruszyć w drogę powrotną na górę kanionu. Oczywiście my nie poszliśmy na łatwiznę i wybraliśmy najdłuższą drogę powrotną ale za to drogę prowadzącą przez jeszcze inną część kanionu.

Album_2014.12-Bryce (4).JPG

Szlak do Sunrise Point idzie łagodnie do góry i jak każdy szlak w tym parku rozpieszcza widokami. Po około 0.6 mili ze szlaku jest odbicie na Queen Victoria. Warto zboczyć na chwilę, ze szlaku. Choć szlak jest niedługi (0.2 mili) to straciliśmy 20 minut bo każdy chciał mieć zdjęcie pod każdą skałą.

Album_2014.12-Bryce (134).JPG

Szybko jednak wróciliśmy na szlak i dość szybko wyszliśmy na szczyt kanionu. Z Sunrise Point do Sunset Point trzeba przejść górą i jest to bardzo łatwy 15 minutowy spacerek chodnikiem. Spieszyliśmy się, żeby zdążyć na zachód słońca. Chcieliśmy go zobaczyć na Rainbow/Yovimpa point. 15 milowa, przepiękna droga, szczytami kanionu na południe. Punkty te są bardzo blisko siebie, ale Yovimpa Point jest lepszy na ogłądanie zachodu słońca. Z Rainbow point jest natomiast lepszy widok na Bryce Canyon.

Album_2014.12-Bryce (154).JPG

Te kolory, ten zachód słońca i to miejsce były idealnym zakończeniem dnia. Teraz powrót do hotelu w Kanab a jutro najważniejszy punkt programu – WAVE.

Podsumowanie dnia: długość hiku: 7.3 mili, pokonana wysokość: 1900 ft.

Read More

2014.12.26 Grand Canyon, AZ (dzień 1)

O tym, że wybieramy się w kaniony pisaliśmy już niejednokrotnie na naszym blogu. Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany czas. Planowaliśmy i trenowaliśmy na ten wyjazd miesiącami zawalając nie jedną nockę, a weekendy spędzając w górach trenując. Jesteśmy super przygotowani i mamy nadzieję, że po drodze nie będzie żadnych dużych, niespodziewanych przeszkód (z małymi damy sobie rady) i nasz plan zostanie zrealizowany w 110%.

645985409.jpg

W ciągu najbliższych 13 dni mamy zamiar odwiedzić 6 parków: Grand Canyon, Bryce Canyon, Coyotes Buttes North i South, Arches, Canyonland i Zion. Przejechać parę tysięcy mil samochodem po autostradach i bezdrożach Stanów południowo-zachodnich. Mamy zaplanowane 11 różnego rodzaju hików, od małych paro-milowych spacerków po duże kilkunasto-milowe hiki. Chodzić po wielu kanionach, od szerokich jak Grand Canyon po bardzo wąskie jak Buckskin Gulch czy Antylope, gdzie żeby przejść czasami musisz iść bokiem i ściągać plecak. Te wąskie są ulubione Ilonki. Mamy także zamiar odwiedzić słynne The Wave w Coyote Buttes North gdzie, żeby wejść musisz wygrać loterię, co udało nam się zrobić we wrześniu. Jest to tak unikatowe miejsce, że maksymalnie może tam iść 20 osób dziennie. Szanse na wygranie loterii są bardzo małe, więc możemy się uznać za największych szczęściarzy (ciekawe czy szczęście dopisze nam też w Vegas). Okazja zobaczenia Wave zdarza się bardzo rzadko więc nawet nasi przyjaciele zdecydowali się do nas dołączyć.

Grand_Kanion (5).JPG

Tak więc czas zacząć naszą przygodę, Jest 7:30 rano a my po 4h spania, szybkim śniadanku, spakowaniu się i przygotowaniu sprzętu ruszamy w drogę w kierunku Grand Canyon. Plan na dziś to zejście 3000 ft w dół Kanionu na Platau Point (6.2 mili w każdą stronę), trasą Bright Angel.
Ale jak to się stało, że spaliśmy tylko 4h??? Wczoraj.....pierwszy dzień Bożego Narodzenia, na szczęście planowana śnieżyca która miała być w NY nie doszła do miasta, więc loty odbyły się planowo. Trochę zmęczeni i nie wyspani po Wigilii udaliśmy się na lotnisko LGA. Niestety nie mieliśmy bezpośredniego lotu do Las Vegas, tylko musieliśmy się przesiąść w Dallas w Teksasie (bezpośrednie loty w Święta są dość drogie). Godzinna przesiadka, nic wielkiego, a można zjeść dobrego hamburgera z teksańskich krówek. Pierwszy lot minął dosyć szybko i już po czterech godzinach wylądowaliśmy w Dallas. Mieliśmy siedzenie przy wyjściu awaryjnym, więc było dużo miejsca i można sobie było nogi rozciągnąć. Mieliśmy tylko godzinkę w Dallas, więc nie można było iść do jakieś fajnej hamburgerowni ale znaleźliśmy Fuddruckers, lokalny fast food. Jak na fast food były dobre, chociaż daleko im do In 'n' Out, które jest w Vegas, ale niestety jest zamknięte w Boże Narodzenie. Na lotnisku skontaktowaliśmy się też z naszą drugą grupą wyprawy, która już doleciała do Vegas i właśnie się wybierali jechać do Grand Canyon gdzie w hotelu Holiday Inn Grand Canyon spędziliśmy naszą pierwszą noc.
Z Dallas wystartowaliśmy z pół godzinnym opóźnieniem, bo jakieś głośniki nie działały w samolocie, ale kapitan obiecał, że postara się ten stracony czas jakoś nadrobić w powietrzu. Niestety nie udało mu się to i w Vegas wylądowaliśmy z opóźnieniem 30 minut. Potem przyszedł czas na wypożyczenie samochodu. Cały szkopuł polegał na tym, że musimy mieć samochód z napędem na 4 koła i wysokim zawieszeniem. Niestety, żadna wypożyczalnia i żadna klasa nie gwarantuje samochodu takiego rodzaju. Zaproponowali nam Mazda CX9 (klasa crossover) która co prawda ma napęd na 4 koła ale nie ma podwyższonego zawieszenia i dodatkowych blokad. Nie do końca Darkowi odpowiadała ta opcja. Pan w Adventage był bardzo miły i zaproponował nam Jeep Cherokee...opcja dużo fajniejsza ale wg wypożyczalni jest to klasa niższa niż crossover, Jeep zaliczany jest do klasy SUV to musieliśmy zrobić down-grade. I co ciekawsze...musieliśmy dopłacić prawie $300 do niższej klasy. Tak więc po nieskutecznych próbach negocjacji dopłaciliśmy i wreszcie dostaliśmy kluczyki do Jeepka, który będzie nas woził przez następne dwa tygodnie. Oczywiście moich przygód z kartami kredytowymi był ciąg dalszy i nie obyło się bez rozmowy z bankiem aby pozwolił wypożyczalni samochodów ściągnąć należną sumę. Te komputery i zabezpieczenia, kiedyś nas zgubią. Pomimo, że wcześniej zgłaszaliśmy, że będziemy w Nevadzie, Utah i Arizonie to nadal niektóre transakcje nie chciały przechodzić bo jest okres świąteczny i wzmożona jest ochrona transakcji. No nic, w końcu ruszyliśmy.

Grand_Kanion (2).JPG

Mama Ilonki chciała zobaczyć Las Vegas więc szybko przejechaliśmy to miasto rozpusty, zrobiliśmy standardowe zdjęcie pod znakiem „Welcome to the fabulous Las Vegas i ruszyliśmy w drogę do Grand Canyon Village. 300 mil pokonaliśmy w 4,5h, które bardzo szybko na granicy Newady i Arizony zmieniły się w 5,5h ponieważ Arizona ma inny czas i jak tylko przekroczyliśmy granicę to 20:50 zmieniła się w 21:50. I takim oto sposobem byliśmy w hotelu o 1:30 rano.
Ponieważ na wakacjach się nie śpi, to po 4h spania jedziemy na Grand Canyon zobaczyć wschód słońca. Udało się i zobaczyliśmy jak promienie słoneczne uderzają w północną krawędź Grand Canyon, która jest o 1000 stóp wyższa niż południowa.

Grand_Kanion (6).JPG

Po standardowych zdjęciach z tarasów widokowych na Południowym Brzegu Kanionu (South Rim) punktualnie o 8 rano wyruszyliśmy trasą Bright Angel w dół tego olbrzyma. W kanionach trzeba pamiętać o jednym:
​GOING DOWN IS OPTIONAL, GOING UP IS MANDATORY
/Zejście na dół jest opcją. Wyjście do góry jest koniecznością/

Grand_Kanion (16).JPG

W dół schodzi się bardzo fajnie. Zygzakowaty szlak prowadzi w dół bez żadnych niespodzianek. Łatwa i przyjemna trasa na której widoki zapierają dech w piersiach. Pierwsze 1000 stóp w pionie było oblodzone i miało małą warstwę śniegu, Później to już się prawie leciało na dół. Tylko widoki spowalniały zejście. Są tak powalające, że co 5 minut robi się przystanek na zrobienie zdjęcia. Przeciętny hiker pokonuje trasę w dół (do Indian Garden) w 2h, nie wliczając przerw na zdjęcia albo na inne rzeczy. Nam to zajęło 2h 20 minut ale za to nasze aparaty wzbogaciły się o kolejne setki zdjęć.

Grand_Kanion (26).JPG

Indian Garden jest oazą (małym laskiem) w połowie drogi z South Rim do rzeki Colorado. W Indian Garden jest kemping gdzie troszkę ponad rok temu z siostrą spaliśmy jak robiliśmy Rim to Rim to Rim (R2R2R). R2R albo bardziej zaawansowana wersja R2R2R jest bardzo popularną trasą. Ludzie z całego świata przylatują tu w okresie, gdzie nie jest za gorąco, z reguły od Października do Kwietnia aby przejść cały Grand Kanion w szerz, od Południowego do Północnego Rimu i z powrotem. W Grand Canyon jest bardzo duża ilość szlaków i kempingów co sprawia, że ludzie wybierają coraz częściej hiking jako sposób odkrycia tego ogromnego i przepięknego Kanionu (zwanego przeze mnie „Wielką dziurą w ziemi”).

Grand_Kanion (36).JPG

Po krótkiej przerwie w Indian Garden, herbatce i batoniku Cliff ruszyliśmy na Platau Point. Do Plateau Point z Indian Garden prowadzi trasa 3 mile (RT), a na końcu trasy jest punkt widokowy z którego są powalające widoki na Kanion jak i rzekę Colorado. Dojście do Plateau Point jest najłatwiejszym sposobem na zobaczenie rzeki. Z południowej krawędzi jej nie widać. Z Indian Garden szliśmy tam ok. 45 minut. Pomimo, że wiało tam (jak to bywa na płaskowyżach) udało nam się znaleźć miejsce na lunch. Nie ma to jak Wiejski Pasztet z koperkiem, waza i ciepła herbatka z takim widokiem.

Grand_Kanion (42).JPG

O godzinie 12 nadszedł czas na powrót. Jak już wspominałem w dół schodzi się dużo łatwiej niż wychodzi w górę. Do góry do pokonania zostało 3tys ft.

Grand_Kanion (29).JPG

Na dole w Indian Garden temperatura w południe była 60F (15C), jak zaczynaliśmy spacerek to o 8 rano na górze było 17F (-8C), tak więc z wiosny rozpoczynamy naszą drogę w kierunku zimy.

Grand_Kanion (59).JPG

Na szczęście szlak nie jest w ogóle trudny technicznie więc spokojnie miarowym tempem szliśmy w górę. Sukces wyjścia na dużą wysokość tkwi w trzymaniu jednolitego tempa, które każdy sobie musi znaleźć. Idąc na dół spotykaliśmy po drodze dużo ludzi którzy szli na South Rim, mieli duże plecaki i widać było, że robili Rim2Rim2Rim, albo jakieś podobne duże kilkudniowe hiki. Grand Canyon ma potężna ilość tras, setki mil, które są połączone w jeden wielki system. Posiada także wiele kempingów, jednym słowem....... bajka. Natomiast wychodząc w górę, spotkaliśmy dużo ludzi w jeansach, którzy widać, że wybrali się bez przygotowania. Im wyżej tym ciekawsze elementy były. Widzieliśmy nawet panienkę w płaszczyku....brakowało jej tylko butów na obcasie. Na szczęście ci ludzie szli tylko kawałek, bo pewnie jak by zeszli niżej to by mieli duży problem z wyjściem z kanionu.

Grand_Kanion (66).JPG

Na wysokości 6550 ft spotkaliśmy się po raz pierwszy z drugą częścią naszej wycieczki. Szli kawałek w naszym kierunku. Kiedy myśmy wypacali wszystkie toksyny i męczyliśmy się pokonując kolejne metry wysokości nasi przyjaciele zwiedzali Grand Canyon samochodem. Dla ludzi mniej doświadczonych, albo mniej przygotowanych Grand Canyon oferuje bardzo dużo atrakcji na górze. Można jeździć wiele mil samochodem i oglądać kanion z wielu punktów, iść trasą „Rim Trail” i też podziwiać kanion, albo spędzić czas w miasteczku. Szczególnie polecamy trasę, która poprzez skały pokazuje historię Kanionu.

Grand_Kanion (74).JPG

Udało się, i już po 4,5h godzinach (bardzo dobry czas), całą ekipą (7 osób) grzaliśmy się przy kominku w Bright Angel Lodge jeszcze tylko szybkie zakupy w lokalnym sklepie, kolacja w aucie w punkcie widokowym na Grand Canion i w drogę do Kanab, UT, znów Holiday Inn. Po 3,5h jazdy, paru piwkach z Grzesiami, padliśmy spać. Jutro kolejny ciężki dzień. Czeka na nas Bryce Canyon.
Podsumowanie dnia: długość hiku: 13.5 mili, pokonana wysokość: 3000 ft.

Grand_Kanion (53).JPG
Read More