Traveling - it leaves you speechless, then turns you into a storyteller.

USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2019.07.04 Inyo National Forest, CA

Happy 4th of July!!!! Tak każdy z nas żegnał się w środę wychodząc z pracy. Większość Amerykanów spędza Święto Niepodległości grillując w ogródkach albo pijąc rose na Manhattanie na tak zwanych roof-top’ach (czyli tarasach widokowych / dachach). Jest też procent amerykanów co wybiera biwakowanie i korzystając z dłuższego weekendu wyjeżdża na pobliskie kempingi. My natomiast stwarzamy sobie nową tradycję… ​

Tradycję ucieczki na zachodnie wybrzeże. Cztery dni to idealna okazja, aby odwiedzić jakiś park narodowy. Zaczęło się od North Cascade National Park, potem prawie doszło do skutku odwiedzenie Crater Lake NP, w zeszłym roku odwiedziliśmy Olympic NP, a w tym postanowiliśmy uderzyć w okolice Kings Canyon NP.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (22).JPG

Jak Darek usłyszał Kings Canyon to od razu w głowie zapaliła mu się kontrolka “nartki”. Niedaleko Kings Canyon NP znajduje się resort narciarski Mammoth Lakes. Miejsce to również mi chodzi po głowie więc nie sprzeciwiałam się tylko kupiłam bilety lotnicze i czwartego lipca świętowaliśmy w Kalifornii.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (1).JPG

Zanim jednak dojechaliśmy bezpiecznie do hotelu to dzień był długi i pełen przygód. Z samolotu mogliśmy podziwiać Grand Canyon. Wylądowaliśmy o czasie (dziękujemy JetBlue). Bagaże też przyleciały razem z nami. To co stało się 5 minut po odebraniu naszych bagażów przerosło nasze oczekiwania. W ciągu minuty rozdzwoniły się oba nasze telefony. Rodzice i znajomi pytali się czy wszystko ok, czy nic nam się nie stało a my próbowaliśmy zrozumieć o co właściwie chodzi i czemu oni się tak martwią.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (6).JPG

Dopiero Pan w wypożyczalni samochodów opowiedział nam, że właśnie było w Kalifornii trzęsienie ziemi, które osiągnęło ponad 6 stopni. Pomimo, że trzęsienie było 130 km od LA to nadal w mieście można było doznać wstrząsów i zobaczyć jak rzeczy na biurku się przesuwają same z siebie. My podczas trzęsienia byliśmy w autobusie więc nic nie poczuliśmy. No bo kto jest w stanie rozróżnić trzęsienie ziemi od zwykłych wybojów. Zwłaszcza po Nowojorskich drogach to myśleliśmy, że to standard. Jak potem czytaliśmy to trzęsienie było największe od 20 lat.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (14).JPG

Po przedyskutowaniu całej sytuacji, dostaliśmy kluczyki do Jeepa Wranglera, Sahara edition. Trzeba przyznać, że samochód robi wrażenie. Taki trochę szpanerski ale co tam. Jak planujemy pokonać ponad tysiąc kilometrów to samochód trzeba mieć fajny. Jeep ma wiele wersji. Sahara, którą myśmy dostali jest lepsza niż podstawowe wersje Wranglera. Jest bowiem bardziej przystosowana na off-road. Ma wzmocnione zawieszenie i przerobiony układ napędowy. Jest jeszcze lepsza wersja, nazywa się Rubicon. On już jest typowo przystosowany na bezdroża natomiast na autostradach jest super głośny i mało ekonomiczny.

img-0598_orig.jpg

W LA byliśmy już dwa razy. Raz się włóczyliśmy po turystycznych miejscach jak aleja gwiazd, Hollywood Hills czy Beverly Hills. Za drugim razem odwiedziliśmy Santa Monica. Tym razem chciałam odwiedzić coś bardziej lokalnego. Padło na Venice. Dzielnica słynie oczywiście z plaży i mola, deptaków i restauracji ale też z graffiti. Niestety zapomnieliśmy o korkach w LA. W LA każdy ma samochód i jest to najczęstszy środek transportu. Słynne pięcio-siedmio pasmowe autostrady i całe zakorkowane to codzienność. Nigdy nie rozumiałam dlaczego nie zbudują tam jakiś pociągów, żeby to rozładować. W każdym razie dziś jest dzień wolny więc korki nie są w kierunku centrum ale właśnie w kierunku plaż. Dlatego Venice zwiedziliśmy tylko z okien samochodu i skończyliśmy na słynnym In-n-out.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (5).jpg

Zwiedzało się bardzo fajnie bo Darek rozebrał dach samochodu i można się było poczuć jak w słonecznej Kalifornii. Takie kabriolety to ja lubię. Z tym naszym autkiem to jest ogólnie śmiesznie. Możesz wszystko rozebrać, jak dach, przednią szybę, okna….i skończyć tylko ze szkieletem gdzie wszystko jest otwarte. Albo można w drugą stronę. Tak wszystko pozamykać, że się piasek nie dostanie. Bardzo ciekawa zabawka.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (7).JPG

W In-n-Out znów pobawiliśmy się „klockami” i zbudowaliśmy dach. Lunch w In-n-Out jest po części tradycją jak się jest na zachodnim wybrzeżu. Jest to fast food i sprzedają tylko hamburgery i frytki. Natomiast można sobie zamówić „animal style” i od razu przybywa kalorii. Hamburgery te można dostać tylko w Kalifornii i Las Vegas tak więc skoro w tych miejscach jesteśmy raz na dwa-trzy lata to zawsze to jakaś odmiana dla nas. Jakbyśmy tu mieszkali to pewnie nie byłaby to dla nas żadna atrakcja.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (23).JPG

Najedzeni, z pełnym bakiem benzyny i cool samochodem ruszyliśmy na północ. Ruszyliśmy w kierunku trzęsienia ziemi. To słynne trzęsienie ziemi było w miasteczku Ridgecrest. Jadąc do Bishop byliśmy od tego miejsca jakieś 20-30 km. Trzęsienia ziemi w Kalifornii są na porządku dziennym. Nikt tu na nie nie reaguje, za bardzo. Trzęsienia około 3 stopni to nic, 6 to można wysłać SMS do kolegi, dopiero powyżej 8-9 stopni sprawy się komplikują. Na szczęście tak silnych trzęsień dawno nie było w tych rejonach.

img-0197_1_orig.jpg

W drodze do Bishop zatrzymaliśmy się w Whitney Portal. Jest to miejsce z którego rozpoczyna się hike na najwyższą górę w Stanach, poza Alaską. Mt. Whitney ma 14,505 ft / 4421 m. Hike nie jest trudny technicznie ale wymaga aklimatyzacji. Najlepiej robić go w trzy dni. Darek już zbiera ekipę. Ktoś chętny?

img-0209_orig.jpg

My na Whitney oczywiście dziś nie planowaliśmy wyjść ale samo bycie tam, rozmawianie z ludźmi, którzy to ukończyli było ciekawe. Wyszliśmy szlakiem około 15 minut, usiedliśmy na skałce i podziwialiśmy zachód słońca i pobliskie wodospady. A Darek planował, kto by z nim tu wrócił za rok może dwa i zdobył tą górkę.

Album_2019.07_Sierra Nevada  (40).JPG

Słoneczko się pomału chowało więc wskoczyliśmy w Jeep’ka i ruszyliśmy do miasteczko Bishop. Dwie noce tu spędzimy…. a potem znów w drogę….

Album_2019.07_Sierra Nevada  (44).JPG
Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2019.01.07-08 - Park City, UT (dzień 7 & 8)

Ostatni dzień cały jeździliśmy w Park City. Przez ostatnie dni dużo czasu spędzaliśmy w Canyons, więc najwyższa pora pozwiedzać swój resort. Nawet jak byśmy chcieli dostać się do Canyons, to sprawa była utrudniona. W wyższych partiach gór był silny wiatr, więc gondola łącząca Park City z Canyons była zamknięta. Nie pokrzyżowało nam to planów, bo i tak nie chcieliśmy tam jechać.

Śnieg dalej sypał. Czasami mocniej, czasami słabiej. Tyle go nasypało, że chyba każdy lokalny wygrzebał swoje puchowe narty i ruszył w góry. Było to na maksa widać, zwłaszcza w wyższych partiach gór.

My do lokalnych nie należymy, ale już tu tydzień jeździmy i wiemy gdzie są fajne rejony. Dalej to już wystarczy jechać za miejscowymi i oni już cię wyprowadzą w ciekawe tereny.

Dzisiaj większość czasu spędziliśmy w rejonach szczytu Jupiter. Było tu tyle śniegu i tyle terenów do zwiedzania, że aż dnia brakło. W sumie to spadło 60 centymetrów. Bajka, nie?

Teraz dopiero można było wyróżnić dobrego narciarza od bardzo dobrego. Widać było ludzi, którym ten śnieg nie sprawiał żadnego problemu. Latali po nim jak ci, których czasami ogląda się na internecie. My do nich jeszcze nie należymy, ale dawaliśmy radę. Nie było najgorzej. Trzeba przecież trenować żeby zostać mistrzem.

Tereny narciarskie w rejonie góry Jupiter są tak ogromne, że każdy zjazd mieliśmy inny. Każdy z niespodziankami.

To jakieś urwisko, to jakiś gęsty las, to jakaś płaska polana po której się super ciężko szło. Ogólnie wesoło i ciekawie. Każdy napotkany narciarz był szczęśliwy i mówił, że dzisiaj ma najlepszy dzień w tym sezonie.

Narciarz spala dużo kalorii, a narciarz jeżdżący po puchu dwa razy więcej. Po południu byliśmy już tak głodni, że musieliśmy wyjechać z raju i zjechać troszkę niżej na posiłek.

Po południu wyszła duża mgła i powrót w wyższe partie gór mijał się z celem. Było za niebezpiecznie, można pobłądzić. Zostaliśmy w niższych partiach gdzie w sumie też było fajnie. Może nie tak jak na górze, ale nogi już potrzebowały odpoczynku.

Góry pożegnały nas ciekawymi chmurami przeplatającymi się przez ten rejon.
Dzień zakończyliśmy w naszym mieszkaniu. Dzisiaj już nikt nie miał siły na włóczenie się po miasteczku. Oczywiście nie próżnowaliśmy tylko zdobywaliśmy świat w grze planszowej Ryzyko.

Do tego stopnia nas ta gra wciągnęła, że nawet na lotnisku podczas posiłku musiała polecieć jedna rozgrywka.

Niestety znowu wakacje dobiegły końca. Kolejny resort narciarski odkryty i poznany. Co o nim myślimy? Myślimy pozytywnie. Sam Park City jest trochę mały jak na tygodniowe wakacje narciarskie. Dobrze, że się połączył z Canyons tworząc największy resort w Stanach. Tereny narciarskie są zróżnicowane. Każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Mieliśmy też szczęście do pogody i spadło wiele śniegu. Miasteczko też jest ok. Nie jest to może Vail czy Whistler, ale jest o wiele lepsze od Snowbird czy Killington.
Z lotniska w Salt Lake City w ciągu 30-40 minut możesz być na stoku, super, nie?
Dopiero jest początek sezonu, kto wie co on przyniesie. Miejmy nadzieję, że dużo wyjazdów z dużą ilością śniegu.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2019.01.06 - Park City, UT (dzień 6)

W Utah przez pierwsze trzy dni miałem piękną, słoneczną pogodę. Każdy powie, ale masz szczęście z tą pogodą. Nie do końca się z tym zgodzę. Oczywiście każdy lubi jak jest ciepło, bezwietrznie i słonecznie. Ale każdy narciarz potrzebuje śniegu, dużo śniegu. Im więcej tym lepiej.

Wczoraj, czwarty dzień był cały pochmurny, ale bez opadów. Wszyscy na wyciągach rozmawiali o następnych dniach. W nocy ma przyjść potężna śnieżyca. Mają być rekordowe opady śniegu w tym sezonie.
Po nartach poszliśmy do baru i siedząc przy piwku obserwowaliśmy co się dzieje na zewnątrz. Gdzieś o 10 wieczorem zaczęło sypać. Były to jednak, małe prawie niezauważalne opady śniegu.

Idąc do domu praktycznie nic nie sypało. Zastanawialiśmy się gdzie ta śnieżyca. Dopiero następnego dnia rano jak się obudziliśmy to wszystko się wyjaśniło. Śnieg przyszedł w nocy i ma jeszcze sypać do następnego dnia.
Długo się nie zastanawiając wzięliśmy narty i ruszyliśmy w góry.

Pierwszą część dnia chcieliśmy jeździć w puchu w Canyons. Był to świetny wybór, śniegu tam było znacznie więcej.

Śnieg sypał cały czas i coraz to więcej. Wyjechaliśmy w wyższe rejony resortu i jeszcze było go więcej. Z nieba leciały duże białe śnieżki i bezszelestnie osiadały na coraz to rosnącej warstwie tego białego skarbu.

Oboje nie mamy wiele doświadczenia z jeżdżeniem w takim puchu. Niestety u nas, na wschodnim wybrzeżu takie dni się nie zdarzają. Ale jak na niedoświadczonych narciarzy w takich warunkach to i tak nam nieźle szło. Wjeżdżaliśmy wszędzie gdzie się dało.

Ludzi było trochę. Na szczęście wszystkie wyciągi i trasy były otwarte, więc ani nie było kolejek do wyciągów, ani tłumów na stokach.

Większość ludzi wyszukiwała lasów i polanek żeby zanurzać się w puchu. Czasami przez parę minut nie widzieliśmy, ani nie słyszeliśmy nikogo. Świetne uczucie.

Niestety ani nasze narty, anie nasze nogi, ani nasza kondycja nie pozwalała spędzać nam całego dnia w raju. Czasami wyjeżdżaliśmy na trasy żeby odpocząć.

Nie do końca był to odpoczynek, bo tam też sypało i z każdą godziną śniegu przybywało. Oczywiście żaden ratrak nie ubijał puchu, więc na trasach robiły się ogromne muldy. Czyli został nam odpoczynek tylko na wyciągach.

Tak nam się dobrze jeździło, że oczywiście „zapomnieliśmy” o lunchu, a także o powrocie do Park City. Dosłownie prawie przez zamknięciem gondoli udało nam się tam wrócić. A tu niespodzianka, tutaj też ostro sypało i dalej sypie.

Zjechaliśmy jeszcze dwa razy i na „szczęście” wybiła 16 i zamknęli wyciągi. W końcu spokojnie mogliśmy zjechać do miasteczka gdzie Ilonka już trzymała dla nas stolik w destylarni High West.

High West jest to ciekawa destylarnia, która ma unikatowe Whisky. Często miesza różnego rodzaju trunki tworząc coś pysznego. Mam ich wiele rodzajów u mnie w sklepie. Niektóre są bardzo limitowane i ciężko jest je dostać. Tutaj listę mieli bogatą, więc oczywiście musieliśmy ich trochę popróbować.
Trochę nas zeszło to testowanie, ale nie za długo, bo jutro jest kolejny dzień. Trudny i ciężki dzień, bo dalej w górach śnieg ostro sypie.

Read More
USA: Southwest Ilona i Darek USA: Southwest Ilona i Darek

2019.01.05 - Park City, UT (dzień 5)

Ten wyjazd totalnie nie jest w moim stylu. Niestety nie dostałam wolnego bo mój szef już miał zaplanowany wyjazd. Na szczęście w dzisiejszych czasach istnieje coś takiego jak praca z domu i nie zawahałam się tego użyć. Tak wiec plusy i minusy…. jestem w górkach a urlop mi nie ucieka…..tylko jak może uciekać urlop który jest unlimited….hmmm….

Tak wiec pogodziłam się już z faktem, że w górki pójdę tylko w sobotę i niedziele. Pocieszeniem za to jest fakt, ze 2h różnicy czasu pozwala mi dołączyć na apres ski. Akurat mój koniec 8h zmiany przypada na Darka koniec 8h jazdy na nartach - grunt to się dobrze dograć w małżeństwie.

Niestety znalezienie dobrego apres ski graniczy z cudem. Stan Utah słynie z dużej populacji Mormonów. Oni jako bardzo wierzący ludzie ograniczają wszelkiego rodzaju używki. Niektóre przepisy maja bardzo chore. Np. w barze lane piwo może mieć tylko 4% alkoholu. Pomimo, że widzisz, że dostępne są znane marki jak Heineken, Blue Moon to nie możesz się pomylić bo one są rozwodnione i specjalnie wyprodukowane na potrzeby tego stanu.

Ja tam nie twierdzę, że piwo musi być mocne. Tak naprawdę wolę piwa w okolicy 5%, ale problem jest w smaku. Żeby piwo spełniło wymagania procentowe to musi być rozcieńczone a co za tym idzie traci smak. Kolejna rzecz która jest bardzo myląca to zakupy w sklepie. Idziesz do supermarketu, kupujesz chleb, jajka i nagle widzisz cale lodówki z piwem. Pierwszy odruch - spoko kupujemy. Jak się zapomnisz ze jesteś w Utah to masz przekichane. W sklepach jest pełno piwa. Ale niestety wszystko jest z obniżonym alkoholem. Chyba każdy z nas popełnił błąd i kupił kiedyś skrzynkę piwa nie patrząc na procenty i zapominając, że ten stan jest smieszny. Jeśli piwo jest takie złe to po co w ogóle sprzedają je w supermarketach. Mogliby sprzedawać tylko w sklepach monopolowych i nikt by się nie mylił. A tu jakieś podstępy nam robią.

Kolejny smieszny przepis to ze w barze nie możesz zamówić alkoholu jak nie zamawiasz jedzenia. Teraz się to trochę zmienia i coraz bardziej luzują ten przepis ale to tez było dość chore. Podobno możesz mieć miejscówkę tylko z alkoholem nikt niepełnoletni tam nie możne wejść. Biorąc pod uwagę, że Park City jest bardzo rodzinnym resortem to barów tu nie ma za dużo.

Nie do końca obczailiśmy przepisy dotyczące muzyki na żywo ale coś dziwnego tam się też dzieje. Wczoraj poszliśmy do baru Legends, fajna miejscówka i obiecywali muzykę na żywo przez 2h. Nie dość, że gostek zaczął grać 30 min później, to skończył 30 min wcześniej a jeszcze w między czasie zrobił sobie przerwę na 20 min. Jak już udało mu się grać to grał i śpiewał tak cicho ze myśleliśmy, że to jakieś radio gra w tle.

Dziś się nie poddając daliśmy szansę kolejnej miejscówce. Tym razem w Canyons Village. Do Canyons można dojechać na nartach albo autobusem. Oczywiście można tak jak my połączyć środki transportu i w jedna stronę na nartkach a jak już zamkną wyciągi to autobusem. Na nogach jednak byłby kawałek.

Umbrella bar - tu już było tak normalnie. Dostali bardzo dużego plusa za ognisko (no dobra brakowało ognia) ale za to miałeś piwko, muzykę, siedziało się na zewnątrz a wokół ogniska były ogrzewacze więc nawet nie czuło się ze jest środek zimy.

Pieski też były…aż tyle fajnych rzeczy było to jakoś im wybaczyliśmy ten drobny szczegół jakim jest ogień w ognisku. Trzeba przyznać, że to była miejscówka. Prawie jak w Europie… pamiętajcie "prawie robi dużą różnicę". Niestety koło szóstej chłopaki się zebrały więc i my wskoczyliśmy do Cabrioleta (nazwa gondoli która jedzie nad miasteczkiem) i zjechaliśmy na dół łapać autobus. Sobota ma swoje prawa… tak więc po małym odpoczynku ruszyliśmy do miasta - brzmi nieźle nie?

I nawet nie było złe. Dzień wcześniej nastraszyliśmy kumpla, że tu jest masakra, że te ich przepisy jakoś nie sprzyjają tworzeniu fajnych knajpek. I wszystko to drogie sklepy butikowe albo jeszcze droższe restauracje. Trzeba jednak walczyć do końca. I takim sposobem wylądowaliśmy w No Name Saloon. No i kolejny raz zdziwko…

Takiej atmosfery to się na pewno nie spodziewaliśmy. Mieliśmy miejscówkę w loży szyderców na maksa. Wygodne siedzonka z uchwytami na piwo, a wszystko zaraz przy kominku. Dużo lokalnych tu przychodziło… nawet takich w wieku 70 lat... każdy wspominał jak było na nartach więc i Darek się rozmarzył i zaczął opowiadać gdzie to szaleli… a szaleli dużo.

Wczoraj wieczorem dotarł do mnie kolega i od dzisiaj jeździliśmy razem. Ja już przez trzy dni tu jeździłem i w miarę poznałem ten resort, więc dzisiaj pobawiłem się w przewodnika i pokazałem mu ciekawsze rejony.

Pierwsze parę zjazdów było w Park City i około 11 rano udaliśmy się do gondoli, która nas przerzuciła do Canyons. Chcieliśmy się dostać na szczyt Ninety-Nine 90. Po drodze oczywiście zjeżdżając fajnymi trasami albo oglądać widoki z wyciągów.

A było co oglądać. W Canyons zbudowali osiedle domów luksusowych. Nazywa się The Colony i ciągnie się aż pod szczyty.

Każdy dom to villa z wieloma sypialniami, potężnym pokojem gościnnym i innymi wypasami. Oczywiście wszystkie domy są zaraz przy trasach narciarskich.

My takich domów „nie potrzebujemy” więc pojechaliśmy dalej i dalej... aż w końcu dotarliśmy na szczyt gdzie można było odpocząć.

Tutaj nam trochę zeszło, ale Ilonka już kusiła muzyką na żywo więc szybko do niej dołączyliśmy."

Jak chłopaki doszły do opowiadania jakiego dobrego hamburgera jedli na lunch to aż, trochę zgłodniałam więc ruszyliśmy odkrywać miasto dalej. Nie wiem czy to dobry węch Damiana czy po prostu szczęście, ale znów trafiliśmy do fajnego miejsca. Podreptaliśmy do The Spur Bar & Grill. Nie powiem, że mieliśmy wiele wyboru jak chcieliśmy coś zjeść bo już większość miejsc zamykali ale trafiliśmy super.

No i ja też doczekałam się swojego hamburgery z wagu beef….tu jest to bardzo popularne….w sumie to ciekawe czemu. Ale nie bedziemy tracic czasu na rozkminianie tylko na delektowanie sie….bo hamburgery naprawde sa dobre i maja cos w sobie.

Wiecie, że czasem warto iść do toalety…. pomyślicie no wiadomo ale czemu o tym piszą na blogu. Bo właśnie dzięki temu, że poszliśmy do jednej, to odkryliśmy w barze drugą salę… a tam się już działo. Chyba całe Park City przyszło na imprezę. Pierwsza sala to dość spokojna, cicho, muzyka z radio i ogólnie nie za tłoczno. Druga sala natomiast to muzyka na żywo, laski w miniówkach, banie z nart i ogólnie impreza na całego. My tam trochę nie pasowaliśmy ale nie wiele nam to przeszkadzało, żeby posłuchać dobrej muzyki. Bo zespół grał klasycznie.

Zmęczenie po całym dniu przygód nas dopadło więc zdecydowaliśmy wracać... wyszliśmy na zewnątrz a tu magia….stał się cud i zaczęło padać. Śnieg sypał równiutko pokrywając każdy milimetr ziemi…zasnęliśmy więc z uśmiechami na twarzach marząc o świeżym puszku jutro w górach...to będzie kolejny cudowny dzień!

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2019.01.03-04 - Park City & Canyons (dzień 3 & 4)

Kolejny dzień na nartach. Wczoraj cały dzień spędziłem w Park City, więc dzisiaj najwyższa pora odwiedzić Canyons, które jest znacznie większe.

Szybko dwoma wyciągami dojechałem do gondoli Quicksilver, która przerzuca narciarzy między resortami. Gondolę tą otwarli dopiero dwa lata temu. Wcześniej narciarz jak się chciał przemieszczać między resortami to musiał autobusami się tułać. Na szczęście te czasy już minęły i w ciągu 10 minut znalazłem się w innym resorcie.

Canyons resort jest bardzo szeroki, potrzebujesz dobry plan jak chcesz dojechać do końca i wrócić do Park City. Gondolę między resortami zamykają o 15:30. Oczywiście ja nie chciałem tylko zaliczyć resortu, chciałem też go poznać i pojechać w ciekawe miejsca. Jak nie zdążę to zawsze są autobusy. Większość ludzi na wyciągach mówiła, że Canyons jest lepszy niż Park City. Też mówili, że Canyons uratował Park City, dokładając mu znacznie więcej terenów narciarskich.

Z gondoli zjechałem do pierwszego wyciągu, potem drugiego, trzeciego..... i tak zacząłem poznawać resort. Wydawało mi się, że jest znacznie mniej ludzi niż w Park City. Może dlatego, że jest to bardziej rozłożyste i ludzie się rozjeżdżają po wszystkich zakamarkach.

W końcu dojechałem do słynnego wyciągu Ninety-Nine 90. Nazwa pewnie pochodzi od szczytu na jaki on wyjeżdża. Szczyt ma wysokość 9,990 stóp i jest on najwyższy w Canyons. Pogoda była idealna, więc widoki też były cudowne.

Ze szczytu jest tylko jeden rodzaj tras, wszystkie podwójne diamenty, więc nie było za wielkiego zastanawiania się którą trasą mam jechać.
Zjechałem na dół i tak fajnie było, że znowu wsiadłem na ten sam wyciąg i wyjechałem na górę. Wtedy zobaczyłem, że wyżej są ślady ludzi i można wyjść na sam szczyt i zjechać na drugą stronę.

Niewiele się zastanawiając, odpiąłem narty, rozpiąłem buty, ściągnąłem kurtkę i ruszyłem do góry. Od razu było ciepło. Spacer w słońcu, w południe, stromo do góry po śniegu na 3,000 metrów wymagał trochę wysiłku. Po 12-15 minut zdobyłem szczyt.

Warto było. Bezwietrzna, słoneczna pogoda i te cudowne widoki. Postałem chwile, odpocząłem i zacząłem się zastanawiać jak tu zjechać. Mogłem wrócić do resortu, albo jechać dalej w ciekawsze tereny.

Świetna pogoda, niskie zagrożenie lawinowe i dobra widoczność nakłoniły mnie żebym wyjechał z resortu i pobawił się na otwartych terenach.

Dobrze, że tu pojechałem, było jak w bajce. Może nie było za wiele puchu, ale i tak było miękko i bez lodu. Gdzieś pod koniec usiadłem sobie w śniegu, otworzyłem piwko i podziwiałem widoki przez parę minut.

Chciało by się pojechać jeszcze raz, ale niestety czasu nie było. Przede mną jeszcze wiele zjazdów o wybiła już godzina 13.
Znowu musiałem wziąć parę wyciągów żeby dojechać do samego końca Canyons.

No może prawie do końca. Na samym końcu jest fajna ściana, która niestety też wymagała „spacerku” do góry. Wyglądała zachęcająco, a zwłaszcza zjazd z niej.
Niestety była już późna godzina i bałem się, że nie zdążę na gondole do Park City. Wrócę tu za parę dni.

Nawet nie było czasu nigdzie żadnego lunchu zjeść, tylko szybko trzeba było wracać do domu. Parę wyciągów i parę zjazdów i już byłem przy gondoli która mnie przerzuciła do mojej wioski.

Było już prawie koło 16, ale jeszcze załapałem się na ostatnio krzesełko na samą górę.

Teraz już spokojnie, pomału, po prawie pustych trasach zjechałem na dół gdzie już Ilonka czekała i znalazła fajną knajpkę na odpoczynek. W Utah jest nadal ciężko z après ski. Dalej mormońskie przepisy są mocne i ciężko jest cokolwiek zmienić. Ale o tym już Ilonka opisze w następnych wpisach.

Ja byłem tylko o śniadaniu a była już 17. Pierwsze co zrobiłem to rzuciłem się na mięso. Lunch i kolacja w jednym. Oszczędność czasu i kasy. W sumie nie było to byle jakie mięsko. Załapałem się na Wagyu Beef. Było pyszne. W sumie to byłem tak głodny, że nawet byle jaki kurczak by mi smakował. Ach ta dieta narciarska. Najlepsza ze wszystich diet....!!!

PIĄTEK, 4 STYCZEŃ.
Po wczorajszych wojażach po resortach dzisiaj postanowiłem sobie, że tylko będę jeździł w Park City. Spokojnie, delikatnie, bo nogi dalej bolały.

Po paru zjazdach nogi wróciły do normy i znowu zacząłem wyszukiwać ciekawszych terenów.

Wyciąg Jupiter idzie na najwyższą górę w Park City, którą jeszcze do końca nie poznałem. Trzeba się z nią lepiej zaprzyjaźnić.

W tym rejonie spędziłem dzisiaj większą część dnia. Czasami przez pomyłkę wjeżdżałem na zmuldzone trasy,

a czasami na stromsze odcinki.

Pogoda cały dzień była słoneczna, dobra widoczność, więc można było się bawić.
Nie sypało już parę dni i zaczynają pojawiać się czarne plamy. Jutro i w niedzielę ma spaść dużo śniegu. Miejmy nadzieję, że też będę miał okazje pobawić się w tym słynnym, lekkim, suchym puchu w Utah.
Dzisiaj wieczorem dolatuje mój kolega z NY, więc od jutra już będę miał partnera do wyszukiwania ciekawych tras.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2019.01.02 Park City (dzień 2)

Do Park City przyjechaliśmy na tydzień. Pierwszą noc "niestety" spaliśmy w Marriott hotel. Piszę niestety, bo hotel nie znajduje się przy trasach narciarskich i musiałem ich autobusem 10 minut dojeżdżać do centrum. Wiem, 10 minut to nic, ale dzień wcześniej musiałem zrobić na niego rezerwacje i podać dokładną godzinę który autobus chcę wziąć. Są limitowane miejsca i jak nie masz rezerwacji to nie pojedziesz. Ja nie wiem co będę robił dzisiaj wieczorem, a tym bardziej jutro rano. Jestem na wakacjach i chyba nie muszę aż tak tego ustalać, prawda?

Pozostałe 6 nocy śpimy w kwaterze przy samym resorcie i nie ma nic piękniejszego niż wyjście prawie przed domek, zapięcie nart i już się jest na wyciągu.
Dwa lata temu Park City połączył się z Canyons tworząc największy resort w Stanach. Dzisiaj postanowiłem tylko jeździć w Park City, zwłaszcza, że mam nowe narty i za bardzo nie wiem jak będą się sprawować.

Park City, jak większość dużych resortów na zachodzie Stanów ma różne trudności tras narciarskich. Na początek z nowymi nartami nie wybierałem się w „ciekawe” rejony, raczej starałem się w dolnych partiach zobaczyć co one potrafią.

Wyjechałem pierwszym wyciągiem i zacząłem pomału niebieską w dół zjeżdżać. Nowe, ostre nartki idealnie wcinały się w zmrożony śnieg, ale nic nie było takiego WOW. Dwie płyty tytanowe w każdej narcie powinny to jeszcze lepiej robić. Wiem, dużo o tym wcześniej czytałem, muszę się nauczyć na nich jeździć zanim je w pełni wykorzystam.
Pierwszą połowę dnia jeździłem na w miarę łatwych trasach ucząc się nowych nart. Dobrze, że byłem sam, bo pewnie by mnie każdy dobry narciarz okrzyczał za prędkości i wybór stoków.

Na lunch zjechałem do starej części miasteczka i na Main Street w Starym Mieście przy piwku i kanapce w końcu sobie odpocząłem.
Po lunchu nabrałem odwagi i ruszyłem dalej w góry. Wyciągiem Jupiter wyjechałem na ponad 10,000 stóp (3,000 metrów). Tutaj najłatwiejsza trasa to podwójny, czarny diament.

Powiem wam szczerze, że za bardzo nie wiedziałem jak zjechać. Oczywiście nie chciałem się ześlizgiwać, a nachylenie stoku było dobrze strome. Twarde narty nie chciały się między wielkimi muldami wyginać. Ogólnie to ja nie lubię muld, ale jakoś sobie na nich radzę. Dzisiaj miałem pewne trudności z pokonaniem tych ścian. Wiem, moje narty nie są na muldy. One są przystosowane do dużych prędkości na ubitych trasach.

Zjechałem gdzieś, wziąłem jakiś inny wyciąg i pojechałem do lasu. Lubię laski. Oczywiście tam też są muldy, ale o wiele mniejsze. I zawsze jest dreszczyk emocji jak się przejeżdża blisko drzew.
Oczywiście jeździłem do końca i około 16:15 zjechałem na sam dół.
Dzisiaj za bardzo nie było czasu na apès ski. Musieliśmy zrobić tygodniowe zakupy w supermarkecie i potem jeszcze odwiedzić główną ulicę w mieście.

Zakupy się udały, lodówka pełna, więc czas na odwiedziny głównej ulicy w mieście i na kolację.
I tu trochę się zawiedliśmy. Niestety Park City nie ma tak fajnego centrum jak Vail, Whistler czy Zermatt. Na start są samochody. Ja uważam, że centrum miasteczek powinno być wyłączone z ruchu kołowego, tylko piesi. Wtedy jest taki fajny klimacik. Ulice pełne ludzi, oświetlone choinki, stragany, muzyka na żywo, gorące wino.......
Tutaj tego nie było. Dużo ludzi przeciskających się na wąskich chodnikach i uważających jak wchodzisz na drogę żeby cię samochód nie przejechał. Nie spodobało nam się to, więc weszliśmy do restauracji na kolacje.

Udało nam się trafić na dobre jedzenie. Nie było z tym łatwo. Albo knajpy nic nie miały fajnego, albo były super drogie. Jesteśmy z Nowego Jorku, więc przyzwyczajaliśmy się do wysokich cen, ale tutaj czasami to już przeginali na maksa.
Nam się udało i wylądowaliśmy w Alpine Distilling. Jest to miejsce gdzie testujesz wiele rodzajów whiskey, ale też mają restauracje.
Tatar z tuńczyka i świnka były przepyszne.

Park City ma wiele autobusów które jeżdżą dość często i wszystkie są za darmo. Ale nie ma nic lepszego niż spacer po górskim miasteczku po obfitej kolacji. Także w 20 minut po wąskich, słabo odśnieżonych, nieoświetlonych chodnikach (niestety nie mamy zdjęć, było za ciemno) wróciliśmy do naszego mieszkanka. Może kiedyś Park City zmieni swój plan rozwoju i bardziej się nastawi na pieszych niż na samochody i komunikację publiczną.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2019.01.01 Park City (dzień 1)

Pierwszy styczeń i już pierwszy wpis na naszym blogu. Tak, to można Nowy Rok zaczynać.
Poprzedni rok można uznać za intensywny. Udało nam się zamieścić aż 61 artykułów z różnych wyjazdów. Brakło nam tylko jednego do pobicia rekordu z 2016. W sumie to w 2018 byliśmy więcej dni poza domem, ale już nie opisywaliśmy każdej lokalnej wycieczki. Nie chcieliśmy się powtarzać, chyba, że coś ciekawego, innego się wydarzyło.

Sylwestra niestety mieliśmy ciężkiego. W pracy było urwanie głowy, dopiero dosłownie parę minut przed północą udało nam się skończyć i wyskoczyć do lokalnego baru na noworocznego drinka. Jak to zwykle bywa, impreza się przeciągła i jak dotarliśmy do domu to się okazało, że już niewiele czasu zostało na spanie. Trzeba na lotnisko się zbierać.
Chyba dzisiaj, w Nowy Rok, nikomu nic się nie chciało robić i wszędzie obsługa była na spowolnionych obrotach. Nawet w barze długo się czekało na piwko. Chcieliśmy spać w samolocie, więc do śniadania nie było kawy tylko delikatna, meksykańska koronka.

A gdzie w ogóle lecimy? A na nartki do Utah postanowiliśmy sobie na tydzień wyskoczyć. Wiem, że to dopiero początek sezonu i jeszcze nie ma idealnych warunków, ale niestety przez następne parę miesięcy nie damy rady na dłużej nigdzie pojechać. Utah ma wiele plusów, jednym z nich jest ilość śniegu na początku zimy. Wysoko w górach jest szybko zimno i już od późnej jesieni deszcz zamienia się w śnieg. Także pod koniec roku jest go już nawet trochę. Jedziemy do Park City. Jak dzisiaj rano sprawdzałem to mieli wszystkie 41 wyciągów otwartych i 267 z 341 tras narciarskich. Nie jest źle jak na początek stycznia.

Całą podróż przespaliśmy i po prawie pięciu godzinach wylądowaliśmy w mroźnym Salt Lake City. Zdziwiliśmy się tak niską temperaturą, -10C. Ostatnio jak byliśmy tutaj w kwietniu to krótkie spodenki i koszulki się przydały, a nie jak dzisiaj kurtki narciarskie.
W Park City Uber testuje swój nowy serwis, UberSKI. Wystarczy, że masz jakieś duży samochód i bagażnik na narty a już możesz pracować dla Ubera.

Szybko w 40 minut dojechaliśmy do resortu Park City. Tak to rozumiem, nie potrzebujesz samochodu, kłopoty i koszty posiadania samochodu w resorcie narciarskim odpadają.
Dlaczego Park City? Jest parę powodów. Znajduje się w Utah, więc ma dużo śniegu na początku sezonu, dawno tu nie byliśmy i jest na moim sezonowym bilecie.
Park City połączył się z Canyons i powstał największy resort narciarski w Stanach. O 1.5 raza większy niż Vail w CO. Czyli jest gdzie jeździć przez tydzień.

Byliśmy zmęczeni, więc zrobiliśmy sobie tylko krótki spacer po miasteczku, zjedliśmy kolację w hotelu i padliśmy do łóżek. Jutro czeka nas duży i intensywny dzień.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2018.04.22-24 Snowbird, UT

Końcem kwietnia, czy w maju narciarz niestety nie ma wiele opcji. Dużo resortów jest już zamkniętych. Główną przyczyną nie jest brak śniegu, ale względy ekonomiczne (brakuje narciarzy). W wyższych partiach gór grubość pokrywy śnieżnej jest nadal ponad metrowa, ale ludzi brak.

Do końca nie można zrozumieć dlaczego ludzie w listopadzie lub w grudniu tak bardzo chcą jechać na narty, a w maju czy nawet w czerwcu już deski dawno schowali za szafę. Początek sezonu wcale nie jest fajny. Mało śniegu, niewiele terenów otwartych, zimno, wiatr, dużo ludzi i ciemno o 4 po południu.
Koniec sezonu to zupełnie inna bajka. O wiele więcej śniegu, ciepło, słonce świeci aż do 8 wieczorem, puste stoki, brak kolejek, o wiele niższe ceny, dużo terenów otwartych....

Rano wszystko jest zmrożone i masz uczucie jakbyś jeździł w środku zimy. Gdzieś tak od południa mocne słońce podtapia śnieg i wtedy zaczyna się prawdziwe wiosenne narciarstwo. Narty wcinają się w miękki śnieg pozwalając uprawiać przepiękny, długi karwing. Ludzie wyrozbierani do koszulek (albo nawet i bez), gogle zamienione na okulary przeciwsłoneczne, przy wyciągach gra muzyka, opalone, uśmiechnięte twarze (a nie w maskach), na wyciągach zimno piwo schładza rozpalone ciała.... Mam wymieniać dalej?!?

Oczywiście ja na nartach jeżdżę i w listopadzie i w maju, więc mam porównanie. Najbardziej lubię puch w środku zimy, a poza puchem, którego pod koniec sezonu brakuje moim ulubionym okresem narciarskim jest wiosna.

Niestety wiosna ma też minusy. Mowa tu oczywiście o śniegu. Na ubitych trasach nie ma tego problemu, wszystko jest równe jak stół i nie trzeba wiele wysiłku żeby sobie fajnie zjechać. Natomiast żaden dobry narciarz nie chce się ograniczać tylko do ubitych tras. Większość ciekawych, świetnych terenów jest poza trasami.

Tutaj na wiosnę jest zupełnie inaczej. Nie ma już leciutkiego puchu. Śnieg jest głęboki, ciężki, zakręcanie w nim stwarza pewne trudności i wymaga dużego wysiłku. Przy ostrym słońcu i wysokiej temperaturze narciarz jest spocony po paru zakrętach. Dlatego plecak wypełniony po brzegi zimnym piwkiem jest tak samo potrzebny jak dobre umiejętności narciarskie.

Podczas takich zjazdów odpoczynek jest wskazany. Nie ma to jak usiąść na śniegu i w ciszy podziwiać cudowne widoki. Czasami tylko słychać kolejnego narciarza, który stara się jak najlepiej i najciekawiej przejechać kolejny odcinek. Błędy i wywrotki w tak miękkim śniegu nie są bolesne, więc każdy wyszukuje coraz to ciekawsze trasy.

Dzięki pomocy lokalnych my też często odkrywaliśmy ciekawe tereny i próbowaliśmy z nich zjeżdżać. Czasami łatwiej, czasami gorzej, ale zawsze z zadowoleniem, że kolejne tereny z przepięknymi widokami zostały odkryte.

Przyjechaliśmy tutaj na trzy pełne narciarskie dni. Jak się ma szczęście do pogody i warunków (my mieliśmy), to przez te 3 dni można się wyjeździć jak przez tydzień na wschodnim wybrzeżu. Mieszkaliśmy zaraz koło tras, ludzi prawie nie było, więc jazda była non-stop, z przerwami na ochłodzenie oczywiście.

Mieszkaliśmy w Snowbird. Zimą ten resort jest połączony trasami narciarskimi z kolejnym świetnym resortem, z Alta. Mimo, że Alta jest wyżej i ma więcej śniegu była niestety zamknięta. Miała ten sam problem, co większość resortów, brak chętnych do uprawiania białego szaleństwa. Szkoda, bo tam też są cudowne tereny.

Snowbird też jest wysoko położony. Dolne stacje są na 8,100 stóp (2,468m), a wyjeżdża się na 11,000 stóp (3,350m). Czasami wysokość negatywnie odbijała się na naszym tempie zjazdów i musieliśmy częściej stawać i wyrównywać oddech. W trzecim dniu było już ok.
Myśmy całymi dniami szusowali po stokach, a Ilonka...

"Ja niestety w Snowbird byłam tylko dwa dni. W poniedziałek rano musiałam już niestety lecieć na konferencję do Chicago. Tak więc niedzielę wykorzystałam w 100% na gonienie po górkach. Niestety tak jak Darek pisał, na tej wysokości brak tlenu jest odczuwalny. Snowbird też nie pozwala na up hill traffic - coś mam pecha w tym roku i nigdzie mi nie pozwalając chodzić. Nie narzekałam za bardzo bo po dole połaziłam, na górę wyjechałam a i tak jak na pierwszy dzień to wysokość trochę odczuwałam."

Zawsze po nartach siadaliśmy sobie na dole i w słoneczku wspominaliśmy kolejny, cudowny dzień. Nie byliśmy jedyni co tak odpoczywali, więc z innymi narciarzami przy piwku nawiązywaliśmy kontakty i planowaliśmy kolejne dni.

Oczywiście siedzieliśmy niedaleko polskiej flagi. W 2002 roku była tu olimpiada i nasz wspaniały Małysz wyskakał tutaj parę medali.
Fajnie się złożyło, bo miesiąc temu byliśmy w Whistler (Kanada) gdzie w 2010 też była olimpiada. Podróżujemy szlakami olimpijskimi. Kto za rok jedzie do Korei Południowej na narty sprawdzić gdzie nasz rodak Kamil wyskakał złoto?

Nie będę się rozpisywał gdzie i jakimi trasami jeździliśmy. Jechaliśmy tam gdzie nas narty niosły, a wieczorami odpoczywaliśmy na balkonie a później włóczyliśmy się po malutkim miasteczku.

Szkoda, że nie mieszkamy w Salt Lake City i nie mamy w tak piękne góry godzinki samochodem. Wtedy na pewno w sezonie miał bym ponad 30 dni narciarskich, a nie jakieś 20+. Z NY muszę jechać minimum 4-5 godzin samochodem żeby jeździć na nartach w miarę fajnych terenach, ale tym górkom dalej daleko do Snowbird.

Trzy dni zleciało i niestety wróciliśmy do NY. Ilonka wyjechała z gór wcześniej bo miała jakąś konferencje w Chicago.
Być może był to nasz ostatni wyjazd na narty w tym sezonie. A może jednak nie. Killington obiecuje, że będzie czynny do końca maja albo nawet do czerwca. Pożyjemy, zobaczymy....
Jak coś to zdamy relacje.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2018.04.21 Salt Lake City & Snowbird, UT

Wiosna w tym roku w Stanach jakoś nie chce przyjść. Nawet teraz, pod koniec kwietnia zdarzają się śnieżyce na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Większość ludzi to denerwuje i smuci, a nas narciarzy cieszy. Ogólnie to lubimy śnieg w górach więc nie narzekamy tylko jedziemy / lecimy w jego kierunku.

Darek nie mógł odpuścić i zamarzył o spring skiing (wiosennych nartach) na zachodnim wybrzeżu. Dobrze, że mamy dużo mil i kredytów w liniach lotniczych to nadal mogliśmy pokombinować i za cenę wschodniego wybrzeża przelecieć się do Salt Lake City a dokładniej do Snowbird w stanie Utah. Utah reklamuje się jako stan z najlepszym śniegiem w USA. Darek potwierdza. Suche powietrze z pustyń, duże góry i częste opady na północy stanu powodują, że Utah ma jedne z najlepszych resortów narciarskich. Niestety część resortów ustaliła datę zamknięcia sezonu na koniec marca więc wyboru nie mieliśmy za dużego – ale Snowbird też jest w czołówce więc w cale nie narzekaliśmy.

Zima zrobiła psikusa wszystkim w tym roku. Z początkiem zimy opady były bardzo słabe i nikt nie wróżył długiej zimy. Matka natura jednak lubi pomieszać i w kwietniu Snowbird dostał potężne ilości śniegu. Sezonowa ilość opadów doszła do 375” (prawie 10 metrów). Tak więc Snowbird miło nas zaskoczyło i jak Darek sprawdzał stan tras to nadal połowa (czyli ponad 100) była otwarta. Takiej szansy nie można było zmarnować i nawet większa grupa się uskładała. W sumie poleciało nas 4 osoby.

Ja wyleciałam już w piątek wieczorem. Nigdy nie byłam w Salt Lake City (SLC) więc miałam w planie pozwiedzać rano trochę miasto zanim Darek z kumplami doleci. Wylot miałam dość późno w nocy więc mogłam podziwiać NY z lotu ptaka. Nie napiszę nic nowego jak stwierdzę że NY z góry jest niesamowity. Patrzysz na tą ilość świateł. Na to życie toczące się w dole i uświadamiasz sobie jaki jesteś malutki hipek. Miałam nie tylko miejsce zaraz przy oknie ale też widoczność była super. Mogłam nawet zlokalizować Time Square na Manhattanie wyróżniający się kolorowymi światłami. Chyba żadne inne miasto nie jest aż tak rozległe i nie ma tyle świecących punkcików widocznych z góry.

Wylądowałam w SLC już po północy więc szybko pojechałam do hotelu blisko lotniska i do spania. Między NY a SLC jest dwie godziny różnicy więc już było koło 3 rano nowojorskiego czasu. Ja szłam spać a Darek pomału się przebudzał. Jego samolot był wcześnie rano i koło 5:00 musiał wstać. Dobrze, że miał tylko podręczny to mógł dłużej pospać i nie tracić czasu na lotnisku. 

Ja się zmobilizowałam i wstałam tak szybko jak budzik zadzwonił. Wiedziałam, że mam czas do ok. 11 rano kiedy to chłopaki wylądują i mnie gdzieś zgarną. Oni za bardzo nie lubią zwiedzać amerykańskich miast więc to co zobaczę do 11 jest moje. Na szczęście SLC jest stosunkowo małym miasteczkiem, które w 2-3h można obejść. Jak tylko wyszłam z hotelu, żeby złapać taksówkę to pozytywnie zaskoczyła mnie temperatura. Zapowiadał się piękny, słoneczny dzień. Taki idealny na road trip. Ja wskoczyłam do taksówki i pojechałam do Eva’s bakery. Koleżanka poleciła mi tą piekarnię. Rzeczywiście warto. Mają oni salę z kelnerami gdzie można zjeść prawdziwe śniadanie, jakieś jaja czy co tam kto woli. Albo można wziąć croissant na drogę, kawę w łapkę i ruszyć w miasto. Croissant'y były chyba największe jakie do tej pory widziałam. Niestety nie zrobiłam zdjęcia bo była taka kolejka, że ciężko było się przepchać. Zdecydowanie polecam Eva’s bakery. Kupiłam ekstra croissant bo wiedziałam, że chłopaki chętnie coś przekąszą po długim locie. Tak więc z torbą croissant’ów i aparatem ruszyłam w miasto.

Miasto dopiero budziło się do życia. Część ludzi biegała, część miała numerki jak po jakimś maratonie, część dopiero leniwie budziła się do życia. Miasto wywarło na mnie pozytywne wrażenie, zwłaszcza czystość. Ulice i chodniki ładnie zadbane, piękna pogoda i niewielka ilość ludzi na ulicach. Po Nowym Jorku to nawet można powiedzieć, że opustoszałe ulice. Było tak miło, że nawet się zlitowałam i jednemu bezdomnemu dałam croissant. To był mój błąd. Człowiek chce być miły a potem są tylko problemy. Dużych problemów nie było ale jak tylko dałam jednemu gościowi jedzenie to zauważyłam, że jakaś babka zaczęła za mną iść, troszkę nawet przyspieszając. Wyglądała na bezdomną też, więc mój instynkt mieszczucha podpowiedział mi, żebym przyspieszyła. I tak wchodząc do jednego budynku i wychodząc innymi drzwiami, w końcu ją zgubiłam. Miałam nie daleko do Temple Square więc szybko tam doszłam i już byłam bezpieczna.

Tutaj było dużo więcej ludzi i jakoś tak milej. Temple square to ogrody wokół pięknej katedry. Szkoda, że nie mogłam wejść do środka. Kościół wyglądał na zamknięty i pomimo, że dużo ludzi wchodziło do okolicznych budynków tzw. „plebani” to sam budynek katedry był zamknięty. 

W Utah jest bardzo dużo mormonów. Wieżą oni w Biblię i Jezusa ale wieżą też w Książkę Mormona. Nie uznają picia alkoholu, kawy, palenia papierosów i ogólnie prowadzą dość zdrowy tryb życia. Są bardzo zrzeszeni i aktywnie uczestniczą w życiu kościoła. Mormoni często są kojarzeni z poligamią ale jest to historyczna praktyka i w dzisiejszych czasach nie uznawana przez ich kościół.

Niech sobie wieżą w co chcą tak długo jak nie ranią innych ludzi – to jest moja zasada. I muszę przyznać, że mormoni są bardzo mili. Jak tylko Pan przy katedrze, zobaczył, że pstrykam zdjęcia, że mam fajny aparat to mi poradził abym weszła do budynku obok i wyjechała na 10 piętro. Trochę się zdziwiłam ale on mówi, że spoko, żebym poszła i wyjechała. Tak też zrobiłam. Szłam dopóki ktoś mnie nie zatrzepi gdzie jadę. Na samej górze była Pani, spytała się w czym może mi pomóc. A ja na to, że słyszałam, że stąd jest piękny widok na katedrę. Pani powiedziała, że tak i żebym sobie pochodziła, popstrykała zdjęcia. Super – przemili ludzie.

Tak też zrobiłam i w końcu mogłam ująć cała katedrę na zdjęciu. Piękna, nie? Po katedrze przyszedł czas na Capitol Hill. Jest to główny budynek urzędowy stanu Utah. Kolejny piękny budynek otoczony pięknymi ogrodami.

Jak się wyjdzie na samą górę po schodach to można ładnie podziwiać miasto położone na tle pięknych gór. Jak tak skakałam po schodach to Darek napisał, że wylądowali. Oni te góry widzieli pięknie z lotu ptaka.

Chłopaki musieli jeszcze wypożyczyć auto i odebrać mój bagaż z hotelu tak więc wiedziałam, że mam jeszcze trochę czasu. Jednak tu było tak przyjemnie, że wcale nie chciało mi się ruszać. Kurtka i bluza poszły już do plecaka a ja nareszcie po tej całej zimie mogłam w krótkim rękawku relaksować się na ławeczce. 

Capitol sam w sobie został obfotografowany na dziesiątą stronę. Drugą atrakcją był Pan co puszczał bańki mydlane. Miał te duże kije ze sznurkiem więc bańki jakie puszczał były ogromne. Dzieci miały radochę goniąc za nimi a ja miałam radochę pstrykać zdjęcia i po prostu je obserwować. 

Koło 10 rano coraz więcej ludzi zaczęło przychodzić do „parku” widać, że miasto się budziło do życia. Część ludzi pewnie przyszła po kościele bo byli ładnie ubrani, część w sportowych ubraniach ćwiczyła na schodach budynku. Każdy robi to co lubi.

W końcu chłopaki do mnie dojechali. Zrobiliśmy sobie przerwę na śniadanie, croissant – te które bezdomni nie zjedli. Ciacha pomimo, że ogromne nie zaspokoiły głodomorów więc pojechaliśmy do garażu – knajpa naprawdę nazywa się GARAGE (on Beck). Jest trochę na obrzeżach miasta i z początku reakcja w samochodzie byłą – co??? Tam mamy jeść??? Przecież to jakaś rudera...

Rudera, ruderą ale motocykli przed nią było multum. A jak jest dużo motorów to i jedzenie musi być dobre. I tak też się stało. Jak weszliśmy do środka to się pozytywnie zaskoczyliśmy. Był fajny bar, duże patio ze stolikami na zewnątrz, przemiła obsługa i pyszne jedzenie. Czego chcieć więcej.

Podobno specjalnością tego miejsca są ziemniaki zwane: Fried Mormon Funeral Potatoes (Smażone Mormońskie Pogrzebowe ziemniaki). Tak naprawdę są to utarte ziemniaki, zmieszane z przyprawami, boczkiem, serem, cebulką i ubite w kulkę, obtoczoną płatkami kukurydzianymi i usmażone w oleju. Wzięliśmy talerz na przystawkę, żeby każdy spróbował. Ciekawa wersja polskich placków ziemniaczanych. Dodatkową atrakcją były metalowe talerze an których to podali. Prawie jak w wojsku.

Wypiliśmy po piwku, zjedliśmy po sałatce czy hamburgerze i ruszyliśmy w drogę. Nauczeni już, że w resortach zawsze jest drogo zaopatrzyliśmy się w jedzenie i piwo. W Utah przez dłuższy czas były dość duże restrykcje na alkohol. Ze względu na główną religię w tym stanie alkohol nie był często spożywany i ciężko było znaleźć prawdziwy bar. Na szczęście, turystyka wygrała i ludzie szybko zrozumieli, że turyści potrzebują bary. Utah ma piękne parki narodowe. Piękne resorty narciarskie, więc to normalne, że dużo turystów tu przyjeżdża. Aktualnie rejon SLC jest całkowicie znormalizowany i ma te same przepisy co pozostałe stany. Natomiast inne części Utah jeszcze gdzie nie gdzie mają oboszczenie, że alkohol można zamówić tylko do jedzenia. Sklepy alkoholowe kontrolowane są przez stan (tak jak w New Hempshire) i nie można kupić alkoholu w zwykłym Wal-Mart (można tylko do 3.8%). Tak więc wycieczka do sklepu monopolowego też musiała być.

Zaopatrzeni we wszystko ruszyliśmy w góry. Z miasta do resortu jest tylko 40 min. Szczęściarze. Tyle to ja do pracy codziennie jadę. Nie dziwota więc, że jak myśmy jechali do resortu to dużo ludzi już wracała do miasta. Pewnie jutro też tu przyjadą. Oni natomiast nie muszą płacić za hotele. Zajechaliśmy bez problemu, zameldowaliśmy się w The Lodge i podziwialiśmy górki. Widok z okna mamy pierwsza klasa i można podziwiać stoki narciarskie. Za dużo narciarzy nie widać ale za to śniegu w górach jest jeszcze dużo.

Było już koło 5 po południu więc stoki zamykali, muzyka na żywo się skończyła ale my i tak siedzieliśmy na tarasie i piliśmy piwko podziwiając góry. No i smarując się kremami. Tutaj słońce na maksa smaży więc nawet się nie zorientujesz kiedy się spalisz. Jesteśmy na wysokości 8100 ft (2469 m). To już jest dość wysoko i powietrze jest lżejsze przez co słońce bardziej pali.

Jak tylko słońce zaszło za góry zrobiło się chłodno. Zachód słońca to też czas na kolację więc poszliśmy do budynku obok do włoskiej knajpki. Niestety wiele miejsc już zamykają na sezon więc wybór menu był ograniczony ale nawet udało nam się coś wybrać i zjeść coś dobrego. Mieli też stół do bilarda. Wow – lata nie grałam. Nigdy jakoś nie miałam cierpliwości do tej gry ale nawet dość ją lubię. Tak więc dziubdziuki (Darek i ja) przeciwko Grzesiowi i Damianowi – graliśmy o to kto stawia kolejkę. My pierwszą postawiliśmy bo przegraliśmy, ale szybko się odegraliśmy i teraz Damian z Grzesiem nam wiszą po kolejce. Coś czuję, że dziś znów będzie rewanż. W końcu Maślanki wygrały 2:1.
Długi dzień pełen przygód więc pora iść spać – jutro w górki!

Read More
Nowa Zelandia, USA: Southwest Darek Nowa Zelandia, USA: Southwest Darek

2016.10.22-24 Lot do Nowej Zelandii (dzień 1)

Nowa Zelandia chodziła nam po głowie chyba od dziecka, jako miejsce bardzo odległe, niedostępne, miejsce, o którym każdy słyszał i każdy marzył, że może kiedyś uda mu się tam stopę postawić. Za małego oglądało się wiele programów National Geographic z tej bajkowej krainy i zadawało się pytanie, czy to naprawdę jest nasza planeta. Czy takie cuda natury naprawdę istnieją, czy NG czegoś tu nie poprzekręcał i komputery z Hollywood nie maczały w tym palców. Trochę później, po oglądnięciu "Lord of The Rings" nasz apetyt na tą daleką krainę jeszcze bardziej wzrósł.
Parę miesięcy temu Ilonka powiedziała, że może załatwić nam super tanie bilety, nasze marzenie stało się jeszcze bardziej realne. Nie było wyjścia, musimy lecieć!

Zaczęło się ostre planowanie podróży. "Troszkę" nam miny zrzedły jak się dowiedzieliśmy, że na miesiąc to tam się nawet nie opłaca jechać. My niestety możemy tam maksymalnie spędzić dwa tygodnie. Postanowiliśmy, że zwiedzimy tylko południową wyspę, a północną następnym razem. Jednak dalej czytając przewodnik, blogi podróżników, czy analizując mapy, doszliśmy do wniosku, że dwa tygodnie to za mało, żeby nawet południową wyspę zwiedzić. Ta wyspa jest ponad tysiąc kilometrów długa! Dokonaliśmy kolejnych cięć i niestety północna część południowej wyspy musi poczekać. Następnym razem razem tą część odwiedziny wraz z południową częścią północnej wyspy. Trzeci wyjazd do NZ będzie zimą (ich zimą). Wtedy w pierwszym tygodniu odwiedzimy północną część północnej wyspy (która jest bliżej równika, więc jest cieplejsza), a na drugi tydzień zlecimy na południową wyspę na narty i zimowe hiki. Parę lat temu byliśmy zimą w Japonii na nartach. Bardzo nam się spodobało. Spotkaliśmy tam wielu narciarzy z Nowej Zelandii, którzy mówili, że u nich jest podobnie. Musi być wspaniale, jak lodowce dochodzą prawie do oceanu. Kończą się gdzieś 250 metrów w pionie przed wodami. Po prostu bajka!!!

Lecimy na przełomie października i listopada. W NZ na południowej wyspie wtedy jest środek wiosny. Ponoć jeden z lepszych okresów na zwiedzanie tych krain. Śnieg w dolinach już stopniał, wyżej w górach jest, ale on tam zawsze leży. Nie ma jeszcze lata, więc ceny są przystępniejsze i ludzi o wiele mniej. Wtedy też ja mam urodziny, a także mamy piątą rocznicę naszego ślubu. No i jak tu gdzieś daleko nie lecieć.... z reguły Ilonki urodziny obchodzimy gdzieś dalej niż moje, więc teraz ja wygrałem. Jej urodziny też były w ciekawym miejscu, Oktoberfest w Monachium.
Cala podróż od naszego mieszkania do wylądowania w Christchurch zajmie nam 31 godzin. Wiem, długo trochę, samoloty stanowczo za wolno latają. Chcemy lecieć Air New Zealand. Po pierwsze mamy od nich bilety, a po drugie są to ponoć jedne z najlepszych lini lotniczych na świecie. Coś takiego jak Emirates, Cathay Pacific Singapore Airlines, czy Etihad. Ciekawe gdzie na tej liście plasują się linie LATAM. ​

Ze Stanów Air New Zealand lata z trzech miejsc. Z Texasu (Houston), z San Francisco i z Los Angeles. Wybraliśmy LA, ze względu na lepsze połączenie i lepszy samolot z LA do Auckland (NZ).
W Los Angeles mamy 6 godzin przesiadki (mogliśmy mieć dwie, ale nie chcieliśmy ryzykować, bo nie mamy łączonego lotu). Zresztą lotnisko jest oddalone tylko 25 minut od Santa Monica. Gdzie zamierzamy się przejechać, zjeść lunch i pochodzić po jesiennej plaży.

Pierwszy lot (NYC-LA) trwał 6 godzin. Trochę spaliśmy, trochę jeszcze czytaliśmy przewodnik po NZ, a trochę nadrabialiśmy zaległości z filmami. Chyba między tymi bogatymi miastami "zwykli" ludzie mało latają. Ponad pół samolotu to klasa pierwsza i business. Potem strefa z extra leg room (więcej miejsca na nogi), tam gdzie myśmy siedzieli i tylko ostatnie 6 rzędów było w klasie ekonomy.
W Los Angeles wylądowaliśmy o czasie. Nadaliśmy bagaże na następny lot i udaliśmy się do pięknego miasteczka, położonego nad Pacyfikiem, do Santa Monica.

Fajnie tak było przejść się ciepłymi, słonecznymi uliczkami tego miasteczka. Podziwiać zachód słońca, palmy, plaże, rozprostować nogi i zjeść dobrą kolację we włoskiej knajpce. W Santa Monica czuć południową Kalifornię. Kabriolety na ulicach, ludzie w strojach kąpielowych, ciepło, palmy, muzyka na żywo w knajpach...A'propo muzyki, tyle razy śpiewałem "Hotel California" w barze na 56th str ale dopiero teraz udało mi się go dopiero zobaczyć. Chciało by się dłużej posiedzieć, ale "niestety" przed nami kolejny lot. Lot w dalekie, odległe krainy. Nie dość, że zmieniamy półkulę z północnej na południową, to jeszcze z zachodniej na wschodnią. Wylatujemy jesienią, a lądujemy gdzie wiosna jest w pełni. Po drodze zmieniamy też linię daty. Wylot jest w sobotę wieczorem, a po 13 godzinach lotu, lądujemy w poniedziałek rano. Po raz pierwszy w życiu umknie nam dzień. Dla nas ten tydzień ma tylko 6 dni. Brakło w nim niedzieli. Szkoda, bo każdy dzień na wakacjach jest na wagę złota. Mam nadzieję, że jak będziemy wracać do Stanów to jakoś odzyskamy ten brakujący dzień. ​

W powrotnej drodze z Santa Monica kierowca Ubera umiejętnie ominął wszystkie korki i w bardzo szybkim czasie znowu znaleźliśmy się na LAX. Jeśli macie gdzieś przesiadkę dłuższą niż 4 godziny to bardzo polecam opuścić lotnisko i udać się do pobliskiego miasteczka, albo jakieś atrakcji. Nie dość, że się coś ciekawego, nowego zobaczy, to po powrocie na lotnisko czujesz się bardziej zrelaksowany i już prawie zapominasz o poprzednim locie. Nogi, tyłek i głowa "zapominają", że parę godzin temu spędziły długi czas w samolocie. Człowiek jest bardziej zrelaksowany i gotowy na następny długi lot.

Lotnisko w Los Angeles (zwłaszcza międzynarodowy terminal) troszkę rożni się od wielu innych lotnisk na jakich bywamy. Bardziej przypomina nam Dubaj niż np. Nowy Jork. Sklepy są jak na 5 alei w NY, najlepszych projektantów mody, znajdują się też bary z kawiorem i szampanami. Związku z tym, że kierowca szybko dotarł na lotnisko, to mieliśmy troszkę czasu na piwko. Udaliśmy się do baru, gdzie podawali sushi i oczywiście muzyka grała na żywo. Jak często bywacie w barach na lotnisku gdzie jest live music? Ach to Los Angeles....

Niestety załadunek tego dużego ptaka nie odbywał się dwoma rękawami jak np. Emiratów w NY, więc troszkę musieliśmy odstać w kolejce. Minus dla Air New Zealand!
Te linie słyną z ciekawych i humorystycznych safety videos jakie są puszczane przed startem. Oglądaliśmy ich wiele na YouTube, ale to nie to samo co oglądnięcie ich w samolocie. Fajnie to zrobili. Podobało nam się.
Jest to nocny lot i lądujemy w Auckland o 7 rano. Plan na najbliższe kilkanaście godzin, to szybki obiadek i do spania. Pewnie się gdzieś nad Pacyfikiem obudzimy, to troszkę popracujemy (trzeba przecież bloga pisać i czytać dalej o NZ), może jakiś film oglądniemy i znowu do spania, żeby się wyspać i mieć siłę na trzeci samolot i potem na zwiedzanie miasteczka Christchurch.
Jedzenie było OK, ale nie Wow. Jak na te linie to uważam, że powinno być bardziej wyszukane. Natomiast za miejsce na nogi dostali dużego plusa. Można się było rozciągnąć i nawet pierwsze sześć godzin fajnie udało nam się przespać. ​

Niestety samolot wystartował z pół godzinnym opóźnieniem i jeszcze pogoda nad oceanem nie była najlepsza więc wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem.
Już w samolocie nam powiedzieli, że nie zdążymy na przesiadkę, ale żeby się nie martwić, bo za godzinę leci kolejny samolot to Christchurch i mamy już na niego miejsce. Plus dla Air New Zealand za fajną organizację. Podróż wydłużyła nam się do 32 godzin. ​

Dużym zaskoczeniem była deklaracja jaką musieliśmy wypełnić jeszcze zanim wyjdziemy na ląd. Do Nowej Zelandii nie wolno prawie niczego do jedzenia wwozić. Jak coś masz to musisz zadeklarować i powiedzieć celnikowi co masz, a on uzna czy możesz wwieźć czy nie. Jak nie zadeklarujesz, a wyjdzie, że masz to płacisz duże kary finansowe. Wszystkie walizki i torby podręczne są prześwietlane. Nasze polskie konserwy na hiki uznał za nie groźne i nam je przepuścił. Sprzęt sportowy (buty na hiki, kije, namioty, śpiwory....) też muszą być zgłoszone. Pan się pytał czy mam błoto na butach na hike. Powiedziałem mu, że ja czyszczę buty po każdym hiku i nie musiałem pokazywać. Przed nami w kolejce była panienka co musiała pokazywać podeszwy. ​

Udało się, wyszliśmy na zewnątrz. Fajnie, przyjemnie chłodno, czysto. Jest to nasz szósty kontynent na jakim jesteśmy, została tylko Antarktyda. Już wstępne plany mamy jak się tam dostać.

Musieliśmy przenieść nasze walizki na krajowy terminal. Nie było to łatwe zadanie, bo musieliśmy iść chyba z 12-15 minut za taką zieloną linią, która doprowadziła nas prawie do samolotu.

Tu już poszło wszystko szybko i gładko i po parunastu minutach siedzieliśmy już w ostatnim samolocie. Jeszcze tylko 1.5 godzinki i lądujemy w Christchurch.
Kia Ora, takimi słowami przywitał nas kapitan samolotu po wylądowaniu na naszym jak do tej pory najbardziej położonym na południe lotnisku. ​

Odebraliśmy Toyote Rav4 z Budgetu i kolejne wyzwanie. Tutaj się przecież jeździ po lewej stronie. Na szczęście mam już trochę w tym praktyki, także bez problemu dotarliśmy do hotelu w centrum Christchurch. Mam świetnego pilota.
34 godziny, tyle dokładnie trwała ta podróż. Długo trochę, ale jak chce się dostać na koniec świata, to niestety swoje trzeba odsiedzieć w samolotach. Miejmy nadzieję, że jest to warte i zobaczymy rzeczy, które wcześniej tylko w tv się widziało.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.30 San Francisco, CA (dzień 10)

No i minęło 10 dni....kolejne dziesięć intensywnych dni, dużo się działo, dużo porobiliśmy zdjęć i ponagrywaliśmy filmu....znów spędzimy parę dni, żeby to wszystko nadrobić bo przecież wakacje nie kończą się w chwili wylądowania w Nowym Jorku. Wakacje, trwają nadal bo nadal żyją w nas wspomnienia....

Ostaniom noc spędziliśmy w Sacramento. Zdecydowanie miasto cieplejsze niż San Francisco. Jak to pogoda może się zmienić jak tylko trochę wjedzie się w ląd. Do domu wracaliśmy red-eye czyli nasz samolot dopiero odlatywał o 10 w nocy tak więc mieliśmy jeszcze dużo czasu na zobaczenie co nam się nie udało w SF. Zaczęliśmy od Napa Valley. Byliśmy tam 5 lat temu ale wtedy o winie wiedzieliśmy tylko, że jest białe i czerwone. Teraz znając się troszkę więcej inaczej na to patrzyliśmy i co pięć minut mówiliśmy....o popatrz tu jest Neyers, a tu Hoig....a tam Alpha Omega.... Teraz już bardziej rozpoznajemy winiarnie. Wiemy co lubimy i w czym się specjalizuje dana winiarnia. Zwłaszcza Darek, bo ja nadal próbuję go dogonić z wiedzą.

Niestety nasze ulubione winiarnie są dostępne tylko jak masz umówione spotkanie co było trudne do osiągnięcia w długi weekend – wiadomo każdy właściciel też chce sobie odpocząć. Inne winiarnie to niestety komercja jak w Justin.

Tak więc trochę pojeździliśmy po winiarniach. Zaglądnęliśmy tu i ówdzie przekonując się tylko coraz bardziej, że Napa to komercja a Paso Robles jest dużo lepsze. Oczywiście wszyscy kojarzą winiarnie tylko z Napa i mało kto w ogóle wie o istnieniu Paso ale jeśli chcesz być unikatowy i doświadczyć czegoś mniej komercyjnego to polecamy zdecydowanie Paso.

Tak jeżdżąc w kółko dojechaliśmy do miasteczka Sausalito. Miasteczko to jest niedaleko Golden Gate National Recreaction Area, które też mieliśmy w planie. Niestety zapomnieliśmy, że to jest przecież poniedziałek świąteczny i ludzie mają długi weekend. Najpierw zajechaliśmy do restauracji FISH z nadzieją na jakiś dobry lunch. Kolejka była tak długa, że nawet nie szukaliśmy miejsca na parking. Darek się zaczął śmiać, że znów znalazłam jakaś wypasioną knajpę pośrodku niczego do której są kolejki na kilometr. Nie sądziliśmy, że im dalej będziemy jechać tym będzie gorzej.

Przejechaliśmy dalej, ucieszyliśmy się, że przy wybrzeżu w samym centrum miasteczka jest parking. Byliśmy pewni, że sobie spokojnie zaparkujemy i pójdziemy się przejść. i znów się pomyliliśmy. Były trzy duże parkingi a każdy zajęty na maksa więc o miejscu można było zapomnieć. Samo miasteczko jest rzeczywiście bardzo fajne. Zaraz nad wodą, z dużą ilością deptaków, knajpek, małych lokalnych sklepików. Ale ta ilość ludzi....masakra....

Tak więc pojechaliśmy do Parku Golden Gate Recreaction Area. Przez cały park przebiega droga można przejechać, zatrzymać się co jakiś czas, zrobić większy lub mniejszy hike albo tylko pstryknąć zdjęcie. Jak to bywa w SF oczywiście była mgła i strasznie wiało tak więc najlepiej było się gdzieś przejść aby wejść w głąb lądu albo zejść niżej i być osłoniętym skałami. My zrobiliśmy to i to. Zatrzymaliśmy się w najwyższym punkcie drogi, pstryknęliśmy zdjęcia Golden Gate Bridge (jak typowi turyści) i poszliśmy troszkę dalej. Co prawda mostu już stamtąd nie było widać (dlatego pewnie było mniej ludzi) ale i tak widoki były fajne.

A potem na drodze był znak...uwaga bardzo stromo. Przed tym znakiem większość ludzi zawracała ale my oczywiście się nie wystraszyliśmy i pojechaliśmy dalej. Dojechaliśmy do szlaku, który prowadzi na plażę z czarnym piaskiem. Prawie jak na Hawajach...ciekawe skąd on się tu wziął.

Nie do końca wyglądał jak piasek wulkaniczny...bardziej jak jakiś żwir ale nie jestem pewna. Chcieliśmy wracać na około przez tunel żeby nie wepchać się znów w ten korek turystów ale niestety nam tunel zamknęli i musieliśmy zjechać z góry ślimacząc się wraz z innymi turystami. No tak.....długie weekendy w Stanach. Mam nadzieję, że w następny długi weekend polecimy w jakieś odległe miejsce i nie będzie zbyt tłoczno.

Mieliśmy jeszcze trochę czasu a w sumie nie odwiedziliśmy jeszcze parku Presidio. Tak więc to się stało naszą następną destynacją. Parkiem można dojść pod sam most Golden Gate chociaż najładniejszy widok na most jest jednak z góry. W parku jest muzeum rodziny Walta Disney'a oraz Palace of Fine Arts Theatre. To ostatnie to bardziej ruiny, które ładnie wyglądają i często są wykorzystywane przez parę młodą do sesji zdjęciowej.

Podobno jest tak też fontanna Yoda z Gwiezdnych Wojen ale nie udało nam się jej znaleźć. Takim oto sposobem zakończyliśmy naszą przygodę z San Francisco. W pierwszym wpisie pisałam, że jestem podekscytowana, że zawsze mnie to miasto fascynowało i może nawet kiedyś rozważę przeprowadzkę tu.

No i jakie mam wrażenie? Zdecydowanie pozytywne. Ludzie są bardziej wyluzowani. Widać, że nie ma tak dużo wypasionych restauracji i ludzi w garniturach. Młodzi ludzie mają kasę ale się nią bawią. Na pewno nie można generalizować, ale to co widziałam to ludzie raczej byli za imprezą, spędzeniem miło czasu niż za najnowszym gadżetem czy fancy restauracją. Może to tylko Cleo i jego znajomi.....może, ale popatrzcie na Zuckerberga czy Steva Jobs, oni też nie słyną z garniturów. Miasto samo w sobie jest bardziej przestrzenne i czystsze niż NY. Brakowało mi trochę komunikacji miejskiej, ale może po prostu większość tu jeździ Uberem czy na rowerze. W samym mieście korków nie widzieliśmy natomiast dojazd do miasta to zawsze autostrada ok. 5 pasów zakorkowana. No tak ludzie z Google pracują poza SF a pewnie mieszkają bliżej miasta... dokładnie odwrotnie niż w NY.

To co mi się jednak podoba najbardziej (zaraz poza czystością) to ludzie, którzy mają pasję. Tam prawie każdy ma jakąś pasję związaną z wodą lub górami. Każdy myśli bardziej o podróżach, o sporcie, o wolnym czasie niż o wyścigu szczurów. Moja opinia na pewno nie jest obiektywna bo byłam tam tylko parę dni ale chętnie przekonam się jak tam się żyje na dłuższą metę...może kiedyś....czas pokaże.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2016.05.29 Squaw Valley i Sacramento, CA (dzień 9)

Podczas planowania wypadu w rejon Lake Tahoe natknąłem się na resort narciarski Squaw Valley, który się reklamował, że będzie czynny przynajmniej do końca maja. W tym rejonie już byłem dwa razy na nartach, ale oczywiście nie mogłem sobie odmówić wiosennych nart w tak wspaniałych górach. Jeden dzień musiał być pod tym kątem zaplanowany. Zwłaszcza, że na wschodnim wybrzeżu zima dla narciarzy w tym roku była do dupy. A poza tym, w tym sezonie byłem tylko 19 dni na nartach. To stanowczo za mało w porównaniu do innych sezonów, 20 brzmi znacznie lepiej. Godzinka samochodem z hotelu i już byliśmy na parkingu w Squaw Valley. Warto też dodać, że w 1960 roku w tym resorcie odbyła się Olimpiada Zimowa.

​Oczywiście nie miałem ze sobą nart ani butów, ale sprawdziłem wcześniej i dalej wypożyczalnie były czynne. Ubranie miałem z hików, więc byłem ok, a i tak temperatury zapowiadały się wysokie. Troszkę się zmartwiłem jak się dowiedziałem, że bilet kosztuje aż $99. Zwłaszcza, że mają tylko czynne 5 wyciągów i około 10 tras. Podchodzę do okienka i mówię miłej pani, że trochę drogo tu mają. Ona z uśmiechem na ustach mówi, że jak mam bilet na następny sezon albo jak kupię go teraz, to cena będzie tylko $19. Ja jej na to, że ja ze wschodniego wybrzeża i że ja tam na nartach jeżdżę. Na to pani mówi, czy ja mam jakiś bilet na sezon ze wschodniego wybrzeża? Odpowiedziałem, że tak, ale go nie mam przy sobie..... W końcu udało się. Jeszcze chwilę pogadaliśmy i wyszedłem z uśmiechem i z biletem za $19!

​Zapakowałem się do wyciągu Funitel (taka większą gondola na dwóch linach, która może jeździć nawet podczas dużych wiatrów) i pojechałem w góry. Tu już było znacznie więcej śniegu niż na dole.

Wziąłem kolejny wyciąg i wyjechałem jeszcze wyżej. Jeszcze więcej śniegu. Tak się nie mogłem doczekać zjazdów, że nawet nie oglądałem widoków tylko szybko poleciałem na dół. Było ciepło, więc wiadomo, śnieg był miękki i mokry. Noc wcześniej musieli chyba ratrakami to wszystko ładnie ubić, bo nawet muldy nie były za wielkie jak na takie wiosenne narty.

​Ludzi było nawet trochę, prawie wszyscy lokalni. Ich umiejętności narciarskie były na najwyższym poziomie. Widać, że w ciągu sezonu są 50+ dni na nartach. Skoki z obrotami 360, slalom po muldach czy przez las z taką prędkością to potrafią tylko najlepsi. Czasami kolejki się robiły do wyciągów, ale ja wskakiwałem na pojedynczą linię i od razu wsiadałem na wyciąg. Jak to na wiosnę, wszyscy na wyciągach uśmiechnięci, porozpinani z piwem w ręce i gotowi na dyskusje.

​Dowiedziałem się wielu ciekawostek. Jedną z nich jest ilość śniegu. W tym sezonie zima w ich rejonie jest dobra (nie najlepsza), spadło lekko ponad 400 cali śniegu (10 metrów). Jak jest najlepsza zima, taka jak była 2010 i 2011 to mają jeszcze więcej śniegu i zimną wiosnę. Wtedy zamknięcie sezonu jest na 4 lipca (Independence day), kończące się wielką imprezą, bo wiedzą, że za parę miesięcy znowu zacznie sypać śnieg i kolejny sezon się zacznie.

​Wszyscy pracownicy mieli ubrane koszulki z napisem "Thank you El Nino". Oni maja za co dziękować, dostali dużo śniegu. Pamiętam jak byłem w kwietniu na zakończenie sezonu u nas w Okemo, to też widziałem ludzi w koszulkach "Thank you El Nino, for nothing". Była to najgorsza zima na wschodnim wybrzeżu od kilkudziesięciu lat.

​Wyciągi mieli czynne tylko do 14:30, więc nie było czasu na żaden lunch. Lokalni na wyciągach mówili, że to w sumie dobrze, bo mają więcej czasu na imprezę, albo mają czas zagrać w golfa na dole.
Zacząłem sobie jeździć dalej od uczęszczanych tras. Trochę lasami, trochę podchodziłem, trawersowałem dalej. Fajnie było, bo tu jeszcze był taki świeży śnieg i prawie nie było nikogo. Musiałem tylko uważać żeby za daleko nie pojechać, bo dużo wyciągów była już zamknięta, a na sam dół się nie zjedzie. Musiałbym podchodzić na górę, co na tej wysokości i w butach narciarskich zajmuje trochę czasu, a muzyka i piwo na dole czeka.

Była już prawie druga po południu. Postanowiłem pomału się kierować na dół. Tym samym wyciągiem co wyjechałem na górę zjechałem na dół, gdzie było już jak w lato.

​Ilonka też miała intensywny dzień na hikach, więc razem głodni i spragnieni zaatakowaliśmy pizzerię. Oczywiście nie chcieliśmy czekać z godzinę na stolik na zewnątrz, w środku zimne piwko też było zimne.

​Posileni i ugasiwszy pragnienie poszwendaliśmy się jeszcze po miasteczku. Słońce świeciło, cieplutko, muzyka na żywo, lokalne browary serwowały co potrafią najlepiej zrobić, było jak w raju. Idealne zakończenie sezonu. Zakończenie? Ilonka się mnie spytała. Czy aby na pewno już w tym sezonie nie można nigdzie zjechać? Hmmm.... Niektóre resorty w Colorado są wyżej położone, może jeszcze mają śnieg! Albo to co lokalni mówili, że wyciągi może już zamkną, ale góry nie. Idealny sposób na wiosenne nartki. Hike na górę, a potem przepiękny zjazd. Trzeba to przemyśleć.

​Niestety musieliśmy się pożegnać z imprezą, bo nas czekało jeszcze jakieś dwie godziny drogi do naszego kolejnego hotelu. Tym razem w Sacramento, stolicy Kalifornii. Po jakimś czasie wjechaliśmy na autostradę 80 i zobaczyliśmy fajny znak. Raczej dotyczył on samochodów ciężarowych, bo mówił żeby zredukować biegi bo będzie stromo na dół. Przez "jedyne" 40 mil (65 km).
Dwie godziny szybko zleciało i pustynne Sacramento przywitało nas przyjemną 96F (35C) temperaturą.

​Szybka rejestracja w hotelu i na miasto. Nie mieliśmy za dużo czasu ani planów na miasto, więc wybraliśmy ich najbardziej popularną część, waterfront old city.

​Nie nastawialiśmy się na super zwiedzanie miasta. Nawet nie mieliśmy przygotowanego planu. Skoro jednak już spaliśmy w tym mieście to dlaczego mielibyśmy nie wyjść i zobaczyć co się dzieje. I tu nasze zaskoczenie. Z hotelu podjechaliśmy samochodem w kierunku starego miasta. Jak sę okazało, miasto jest zamknięte dla samochodów ale jest duży parking blisko i nie ma problemu z parkowanie. Tak więc zaparkowaliśmy i poszliśmy w kierunku miasta a tu mały szok.....na ulicy pełno muzyki...i ludzi też. Ponieważ ulice są zamknięte dla samochodów to ludzie chodzą gdzie chcą, co krok są jacyś artyści, którzy śpiewają, tańczą czy robią inne sztuczki. Na pierwszy rzut oka przypominało mi to Nowy Orlean. Oczywiście knajpek i restauracji też nie brakowało.

​Idąc w kierunku wody musisz przejść tory.....a na torach są ciufcie...w Sacramento jest muzeum kolejnictwa. Kiedyś przebiegała tędy słynna linia kolejowa Southern Pacific a teraz jest to tylko muzeum. Ale fajnie, że możesz tak sobie pochodzić między tymi pociągami.

​Tak minęła nam godzinka. Stare miasto nie jest duże ale zdecydowanie fajnie się poszwendać po nim. Muszę przyznać, że zostaliśmy pozytywnie zaskoczeni.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.28 Lake Tahoe, CA (dzień 8)

Ostatni dzień w Lake Tahoe, niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy. Po wczorajszych górach przyszedł czas na jezioro. Jak do tej pory widzieliśmy jezioro tylko z góry więc najwyższy czas było dotknąć wody. ​

Jak już pisaliśmy wielokrotnie Lake Tahoe jest największym jeziorem górskim w Północnej Ameryce. Tak więc nasz plan na dziś to objechać całe jezioro i pozatrzymywać się w miejscach widokowych, zrobić może mały spacerek no i najważniejsze dotknąć wody.

Objazd jeziora zaczęliśmy od miasteczka Stateline. Miasto jest to położone na granicy Nevady i Kalifornii dlatego z jednej strony miasta są duże hotele, kasyna itp...ale pięć minut spacerkiem dalej po drugiej stronie w stanie California są już drogie sklepy, lepsze hotele no i resort narciarski Heavenly. Niektórzy dobrze pamiętają ten resort....prawda Sis?

Nam jednak nie chodziło o kasyna ani o sklepy, więc ruszyliśmy dalej w kierunku miasteczka South Lake Tahoe i dalej na północny-zachód. Widać, że nie tylko my mieliśmy pomysł objechania całego jeziora bo turystów było multum. Większość jednak zatrzymywała się samochodem na poboczu, wychodziła aby pstryknąć zdjęcie i jechała dalej.

My jedna nie lubimy tłumów a wczoraj mieliśmy tak ładne widoki, że dziś ni musieliśmy się zatrzymywać i jechaliśmy dalej. Dopiero trasa Rubicon wydała nam się atrakcyjna. I rzeczywiście tak było. Parking był nie za duży ale też nie było na nim dużo samochodów. Polecamy tą trasę. Jest to droga ale zamknięta dla ruchu samochodowego więc się bardzo fajnie idzie. Widoki oczywiście oszałamiające i można zejść prawie do jeziora. My przeszliśmy tylko kawałek bo mieliśmy inne plany ale szacujemy, że się schodzi w dół jakieś 700 ft więc całkiem fajny spacerek, pewnie dlatego na parkingu nie było aż tyle samochodów.

Po spacerku pojechaliśmy dalej w kierunku północnym mijając kolejne małe miasteczka. Widać, że miasteczka te dopiero budziły się do życia i sezon dla nich się zaczyna W Lake Tahoe w lecie dużo ludzi uprawia sporty wodne. Oczywiście różnego rodzaju motorówki, żaglówki, jet-ski są na porządku dziennym, natomiast w zimie jest białe szaleństwo. Jest tu wiele resortów narciarskich no bo jak mogłoby być inaczej w tak wysokich górach. Niestety większość tych miasteczek przy jeziorze żyje tylko w czasie lata. Te miasteczka, które mają resort narciarski mają sezon cały rok i są zdecydowanie bardziej rozwinięte najlepszym przykładem jest Stateline i South Lake Tahoe, które mają resort Heavenly. Ale to tylko turyści zwracają uwagę jak daleko jest do wyciągu. Lokalnym nie przeszkadza czy mieszkają bliżej jeziora czy resortu narciarskiego. Oni sobie wyjeżdżają na przełęcz Mt. Rosa, wychodzą dalej z nartami na jakąś górkę i stamtąd zjeżdżają. Widzieliśmy parę ludzi, którzy w rejonach Mt. Rosa przebierali buty narciarskie. Oni muszą kochać górki...choć może tu chodzi o hike a narty pomagają tylko szybciej wrócić do auta...hmmm....

Jeżdżąc tak w około dojechaliśmy do miasteczka Incline Village. Znajduje się on po północno-wschodniej stronie jeziora i najbardziej chyba słynie z Sand Harbor. Jest to park stanowy z plażą piaszczystą i kamienistą. Ciekawie wygląda siedzenie na plaży i patrzenie na ośnieżone góry. Widać, że plaża jest dość popularna wśród lokalnych i turystów. Pewnie zjeżdżają się tu ludzie z okolicznych kempingów aby popływać, pograć w różne gry na plaży, popływać na kajakach, łódkach czy czym tylko mają ochotę i po prostu miło i aktywnie spędzić czas.

To tu wreszcie dotknęliśmy wody...była zimna.....ciekawe jak ci ludzie wytrzymują i się w niej kąpią. Było co prawda już pod wieczór ale i tak dużo ludzi nadal było w wodzie. My wybraliśmy jednak spacer na około. Przez cały park przechodzi bardzo fajny deptak z którego można podziwiać widoki na jezioro i góry. Przepiękne!

Po małym odpoczynku, piwku i relaksie, pojechaliśmy dalej w drogę. Zbliżał się koniec naszej przygody z Lake Tahoe, koniec dnia (czyt. pora kolacji) no a ja nadal nie miałam zdjęcia ładnego zachodu słońca. Tak więc wróciliśmy z powrotem do South Lake Tahoe i poszliśmy do Boathouse on the Pier. Restauracja na molo więc dość fajnie wysunięta w jezioro. Udało nam się zdobyć stolik na tarasie i tak podziwiając zachód słońca delektowaliśmy się naszą pożegnalną kolacją. Ja wybrałam rybę dnia....czyli to co rybak dziś złowił. I wybór padł na łososia....był tak pyszny jak wyglądał.

Cieszymy się, że wybraliśmy Lake Tahoe jako wypad na długi weekend z San Francisco. Inną opcją był Park Yosemite ale obawialiśmy się, że będzie tam za dużo ludzi jak na długi weekend. Tahoe było strzałem w dziesiątkę i spędziliśmy cudownie czas. Jutro jedziemy do Squwa Valley – podobno nadal mają tam otwarty resort narciarski więc Darek nie mógł przejść obok tego obojętnie. Bo przecież nie ma to jak narty pod koniec maja. Tym oto zachodem słońca żegnamy Lake Tahoe i ruszamy dalej w drogę.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2016.05.27 Mount Tallac, Sierra Nevada, CA (dzień 7)

Lake Tahoe, miejsce wypoczynku wielu amerykanów. Zwłaszcza tych mieszkających w San Francisco, Sacramento, San Jose, Reno i wielu innych lokalnych miasteczkach.

Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na nartach można jeździć przez pół roku, hiki i rowery są najbardziej popularne na wiosnę, lato i jesień. Lake Tahoe przyciąga również miłośników żeglugi, motorówek, jet-ski. Także plażowicze znajdą coś dla siebie. Jak już nic z tego nie lubisz robić to jest też wiele barów i kasyn, gdzie możesz wygrać fortunę albo ją zostawić.

Nas przyciągnęły dwie rzeczy, narty i hiki. Wszakże, byłem tu już na nartach dwa razy, ale nigdy na takich prawdziwych wiosennych. Niestety klimat nam się ociepla i jeżdżenie na nartach w Memorial weekend staje się już rzadkością. Kiedy ostatnio jeździliście na nartach końcem maja?
Drugą rzeczą są hiki. Tras na hiki w rejonie Lake Tahoe są setki, od łatwych godzinnych do wielo-tygodniowych.

Wczoraj aklimatyzowaliśmy się w rejonach góry Rose, na dzisiaj mamy zaplanowany duży hike na szczyt Tallac, 9,739 ft (2,968m). Na wspinaczkę na ten szczyt wymagany jest permit (zezwolenie). Na jeden dzień nie ma limitu osób i można nabyć permit na początku szlaku i przyczepić go do plecaka. Jest on za darmo. Natomiast jak się planuje spędzić w górach więcej niż jeden dzień to o zezwolenie trzeba się starać wcześniej i jest limit osób.

Około 8:30 rano jak wysiedliśmy z samochodu to przywitał nas wspaniały zapach sosny. Był tak intensywny, że aż staliśmy w miejscu i sobie oddychaliśmy. Wspinaczka na tą górę nie należy do łatwych, zwłaszcza w okresie wiosennym gdzie w wyższych partiach jest stromo i leży dużo śniegu. To już raczej nie jest hike tylko mountaineering. Musisz mieć raki, sprzęt do nawigacji (w wyższych partiach trasa jest zasypana śniegiem) i w niektórych miejscach jest tak stromo po śniegu, że jak się poślizgniesz to możesz sobie nieźle polecieć.

Samochód został na wysokości 6,500 ft, a my ruszyliśmy przed siebie łatwą, szeroką ścieżką. Wiedzieliśmy, że mamy do wyjścia ponad 3,000 ft i około 9 mil w dwie strony. Połowa z tego będzie w trudniejszych warunkach, bo granica śniegu zaczyna się od 8,000 ft. Piękna pogoda, słonecznie, 45-50F, ale będzie super dzień.

Na trasie spotkaliśmy parę osób, ale niewiele. W sumie wraz z nami szczyt zdobyło około 12 ludzi. Po około mili ukazała nam się górka. Jeszcze wysoko nad nami, ale pomału się zbliżaliśmy. Ścieżka zaczęła iść trochę stromiej do góry i pomału pojawiały się płaty śniegu. Na początku tak niewinnie, gdzieś w cieniu, a później coraz większe i stromsze.

Po drodze minęliśmy dwa małe, górskie jeziora. Od drugiego, Cathedral Lake, trasa zaczęła iść już stromiej do góry. Zaczęliśmy pomału wychodzić z sosnowego lasu i naszym oczom ukazywały się coraz to lepsze widoki.

Zaletą chodzenia po wysokich górach jest to, że większość czasu spędza się ponad lasami i widoki są oszałamiające. Jeszcze nawet nie doszliśmy do 8,000 ft a ilośc śniegu już była potężna i raki stały się koniecznością. Nachylenie stoku też stawało się coraz to większe i bez ich pomocy ślizgaliśmy się jak misie na lodzie.

Szlak idzie bardziej z prawej strony, południowym zboczem, gdzie niestety śnieg się często przeplata ze skałami. Częste ściąganie i zakładanie raków by zajęło za dużo czasu. Tak więc poszliśmy bardziej doliną, gdzie śnieg jest cały czas. Nie za duże nachylenie, totalny brak ludzi, bezwietrznie, słonecznie, prawie jak w raju.

Niestety dalszy spacer doliną stawał się niebezpieczny. Lewa strona doliny jest bardzo stroma, na górze wisiały wielkie zwały śniegu, które pod wpływem rosnącej temperatury w każdej chwili mogą się zerwać i spowodować lawinę. Nie chcieliśmy sprawdzać czy lawina doleci do nas, więc dalszą część hiku kontynuowaliśmy w lesie, pod osłoną drzew w razie lawiny. Tu już nie było tak łatwo, ale bezpieczniej.

Po wyjściu z lasu Ilonka usiadła sobie na kamieniu i powiedziała: WTF! ( co to k..... jest!) Przed nami ukazał się koniec doliny zakończonej z trzech stron bardzo stromymi, zaśnieżonymi ścianami. GPS nam powiedział, że jak chcemy iść dalej na Tallac to musimy jakoś tutaj wyjść.

Po odpoczynku i naładowaniu kalorii rozpoczęliśmy wspinaczkę. Niestety nie mieliśmy czekanów ani lin, więc musieliśmy tak iść, że w razie poślizgu zlecimy na płaski teren i tam się zatrzymamy, a nie wpadniemy w skały. Tak szliśmy zygzakami przez około 45 minut. Pomału, ale do przodu. Głęboko wbijając w śnieg buty z rakami dla lepszej stabilizacji. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się dla wyrównania oddechu i oglądania widoków. Trochę baliśmy się patrzeć w dół, ale musieliśmy, żeby wiedzieć czy bezpiecznie idziemy. W końcu zaczęło robić się płaściej i doszliśmy do skał.

​Parę minut po skałach i już byliśmy na przełęczy. Trochę tu wiało, więc schowaliśmy się za skały. Byliśmy w okolicach 9,000 ft. Patrząc na topograficzne mapy na naszym GPS to już do szczytu poziomice nie wyglądały tak przerażająco jak przez ostatnie 1,000 ft. Postanowiliśmy zrobić sobie dłuższą przerwę i odpocząć. Nie odpoczywaliśmy sami, dołączył do nas gospodarz tych skał, Świstak. Najpierw był nieśmiały i bał się podchodzić, ale jak wyczaił, że go nie chcemy zjeść to podszedł do nas i zaczął pozować do zdjęć.

​Fajnie tak się siedziało w słoneczku i oglądało widoki, ale niestety wiedzieliśmy, że przed nami jeszcze dużo nieznanego terenu. Pożegnaliśmy się ze świstakiem i ruszyliśmy dalej.

Od tego momentu rzeczywiście teren był o wiele płaszczy i łatwiejszy. Niestety nasza prędkość nadal była wolna. Nie dlatego, że już byliśmy wysoko i brak tlenu powinien nas spowalniać. To nawet nas tak nie osłabiało, natomiast widoki były niesamowite.

Co chwile się zatrzymywaliśmy i robiliśmy zdjęcia, nagrywaliśmy video, czy po prostu staliśmy i się patrzyliśmy.

​W końcu koło 2 po południu stanęliśmy na szczycie. Ale to było wspaniałe uczucie.... a te widoki...!!! W każdą stronę coś innego, jeziora, ośnieżone szczyty Sierra Nevada, lasy.... Oczywiście nie było nikogo na szczycie. Cala góra należała do nas.

​Trochę wiało na samej górze, więc zeszliśmy parę metrów i w zaciszu skał zrobiliśmy sobie przerwę. Polska konserwa z musztardą na tej wysokości smakowała wyśmienicie.

Posiedzieliśmy chyba z godzinę. Jakoś tak nam się nie chciało z tego przepięknego miejsca ruszać. Niestety wiedzieliśmy, że przed nami jest długa droga. Droga na dół. Schodzenie po stromych, śnieżnych ścianach może nie jest takie meczące jak wychodzenie, ale bardziej niebezpieczne.
Pierwszy, milowy odcinek szybko pokonaliśmy i doszliśmy do słynnej ściany, którą musieliśmy zejść w dół. Z góry chyba jeszcze gorzej wyglądała niż z dołu.

Pomalutku, głęboko wbijając raki w śnieg zygzakami zaczęliśmy schodzić. Czasami były ślady innych ludzi, więc troszkę mieliśmy ułatwione zadanie. Po jakiś 15 minutach doszliśmy na dno doliny. Tutaj przybiliśmy sobie piątkę i prawie zbiegając dolecieliśmy do drugiego jeziora gdzie śnieg się skończył i mogliśmy ściągnąć raki.

Stąd wiedzieliśmy, że została nam już tylko godzinka do samochodu. Widoki jezior i gór w promieniach zachodzącego słońca były chyba jeszcze ładniejsze niż rano. Co zakręt to coś nowego się pojawiało, więc tempo tam spadło i do auta szliśmy ponad godzinę.

Wspaniały hike. W warunkach zimowych może nie jest łatwy, ale w lato polecamy go na 100%. Proponujemy tylko wyjść wcześnie rano, żeby w tym upale nie iść do góry. Proszę też nie zapomnieć kremu przeciw słońcu i kapelusza. Słońce na tej wysokości jest bardzo ostre, a większość czasu idzie się ponad lasami.
Na takim hiku człowiek spala 4,000-6,000 kalorii, więc trzeba to jakoś uzupełnić. W miasteczku South Lake Tahoe znaleźliśmy świetny Szkotski pub, Macduff's pub. Duże smaczne hamburgery i wiele lanych piw. Co więcej górołaz potrzebuje do szczęścia....

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.26 Lake Tahoe, CA & Reno, Virginia City, NV (dzień 6)

Ostatnia część naszej wycieczki to Lake Tahoe. Po zakończeniu obowiązków służbowych, postanowiliśmy jak prawdziwi Kalifornijczycy spędzić długi weekend nad jeziorem Tahoe. Jezioro to jest największym górskim jeziorem w Ameryce Północnej, a do tego jest oczywiście przepiękne.

Na bazę wypadową wybraliśmy miasteczko Carson City w Nevadzie. Spodziewaliśmy się bardzo małego miasteczka z paroma ulicami, McDonaldem itp. A tu, ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że Carson City jest stolicą stanu Nevada i jest dużo większe niż myśleliśmy. Jakbyście się zastanawiali czemu stolicą nie jest Las Vegas czy Reno to pamiętajcie, że stolicami stanów zazwyczaj są średniej wielkości miasta i tak stolicą stanu California jest Sacramento, a stolicą stanu New York Albany.

Do tej pory na tych wakacjach wstawaliśmy dość wcześnie więc dziś postanowiliśmy się wyspać, zjeść porządne śniadanie i poszwendać się po okolicy. Mieliśmy też w planie zrobić mały hike, żeby się zaaklimatyzować i przyzwyczaić organizm do dużych wysokości. Jutro bowiem mamy w planach uderzyć na najdłuższy hike i będziemy się wspinać na niewiele poniżej 10tys feet. Tak więc nie spiesząc się, dzień rozpoczęliśmy od śniadania. Przy pomocy TripAdvisor i Pani w recepcji trafiliśmy do bardzo fajnej restauracji typu bistro: Peg's Glorified Ham'n'Eggs.

Po obfitym śniadaniu postanowiliśmy spalić kalorie i zrobić jakiś hike. Jak już wspomniałam chcieliśmy się zaaklimatyzować, więc wyjechaliśmy na najwyższy punkt w okolicy (przełęcz Mt. Rosa, 8911 ft). Wiedzieliśmy, że raczej mamy marne szanse wyjścia na sam szczyt ale chcieliśmy połazić po wyższej wysokości, więc ruszyliśmy przed siebie. Zaskoczyła nas niesamowicie ilość śniegu na trasie. Było chyba ponad 2m śniegu a sam śnieg był tak dziewiczy jak by dopiero w nocy spadł.

Dość szybko musieliśmy założyć raki a szlak który z początku fajnie lekko szedł do góry stawał się coraz bardziej stromy. My jednak nie poddawaliśmy się i szliśmy do przodu. Wiedzieliśmy, że oboje traktujemy to jako rozgrzewkę trening.

Niestety w pewnym momencie okazało się, że oddaliliśmy się od szlaku. Ponieważ cały czas szliśmy po śladach innych ludzi to widać, że nie tylko my się zgubiliśmy. Nic wielkiego się nie stało bo mieliśmy GPSa i wiedzieliśmy w którym kierunku mamy iść. Niestety przez zboczenie ze szlaku musieliśmy przejść przez małą górkę co dla nas było dodatkowym treningiem.

Po około godzinie udało nam się wejść z powrotem na szlak. Przynajmniej tak mówił GPS bo oznaczeń na drzewach nadal nie widzieliśmy. Ciekawe czy im się nie chce oznaczać czy naprawdę spadło tyle śniegu, że nawet zasypało oznaczenia szlaku. Wiem, że niektórzy nas teraz przestaną lubić ale my naprawdę w tym roku mamy za dużo śniegu. Gdziekolwiek polecimy/pojedziemy jest więcej śniegu niż się spodziewamy.

Tak więc pochodziliśmy 4h idąc co jakiś czas w dół co jakiś w górę. Zrobiliśmy ok. 1tys feet i 6 mil. Niezła rozgrzewka przed jutrzejszym dniem.

Ogólnie trasę polecam. Zresztą sądząc po wielkości parkingu jest ona bardzo popularna. Jeśli nie chcesz iść na sam szczyt, albo nie masz odpowiedniego sprzętu to nadal polecam przejść się co najmniej 1 mile (w jedną stronę) i popodziwiać widoki na jezioro i góry.

Tak więc spacer skończyliśmy w miarę szybko/wcześnie. Korzystając z wolnego popołudnia postanowiliśmy odwiedzić dwa miasta. Reno było pierwsze na naszej liście. Wszyscy mówią, że Reno to uboższa wersja Las Vegas. Skoro nigdy tam nie byłam to trzeba było tam pojechać, żeby wyrobić sobie opinię.

Tak więc, oczywiście jest tam dużo kasyn i hoteli a wszystko jest połączone tak, że można grać w paru kasynach i prawie w ogóle nie wychodzić na zewnątrz. Rzeczywiście jest to uboższa wersja Vegas ale za to ma lepszą dzielnicę mieszkalną. Nad rzeką jest zrobiony bardzo fajny deptak, widać, że obok budują się (albo już są) apartamentowce. W Reno jest też dużo zwykłych barów, kin itp. Miasto jest zdecydowanie bardziej zielone od Las Vegas, pewnie przez to, że Reno, znajduje się u zbocza gór Sierra Nevada i jest nawadniane przez wodę spływającą z gór. W przeciwieństwie do Reno, Las Vegas leży na totalnej pustyni. Widać, że normalne życie się tu toczy a kasyna to tylko dodatek dla turystów.

A wiecie dlaczego Nevada ma tak dużo kasyn i prostytucja jest tu legalna? Dawno temu, po czasach gorączki złota Nevada była bardzo wyludniałym stanem w całym stanie mieszkało 40tys ludzi. Czyli prawie nikt biorąc pod uwagę, jej powierzchnię równą prawie 300tys km2. Nevada ma przepiękne tereny i teraz zyskuje dużo poprzez turystykę ale w latach 40-stych mało ludzi podróżowało tylko po to, żeby zobaczyć jezioro czy górki. Ówczesny rząd stanu Nevada wpadł więc na pomysł aby zalegalizować prostytucję i hazard. Tymi „grzesznymi” usługami zaczęli ściągać do stanu ludzi (turystów) a także hotele i inwestorów. Takim sposobem wszystko się rozrosło i na pustyni powstały wielkie miasta jak Las Vegas czy Reno. Hazard legalny jest w całym stanie natomiast prostytucja wszędzie poza trzema miastami Las Vegas, Reno i oczywiście stolicą Carlson City. Legalna prostytucja to nie byle co. Domy publiczne muszą nie tylko płacić wysokie podatki ale też przechodzić kontrole, dbać o zdrowie i bezpieczeństwo kobiet itp. Oczywiście w Las Vegas czy Reno prostytucja istnieje ale jest nielegalna. Dlatego już pomału zastanawiają się nad zalegalizowaniem tego aby zwiększyć dochód stanu jak i mieć nad tym lepszą kontrolę....hmmm.....

Naszym ostatnim przystankiem była Virginia City. Jest to bardzo historyczne miasto. Powstało ono w czasach Gorączki złota i w ciągu paru dni ich populacja wzrosła do 25 tys mieszkańców. Był też okres kiedy to miasto było najbogatszym miastem w Stanach a kobiety ubierały na siebie sukienki ze złota. Czasy gorączki złota jednak się skończyły i populacja spadła do 400 ludzi. Miasto jednak się zachowało i teraz jest atrakcją turystyczną.

Tak naprawdę jest tam tylko kilka ulic. Jedna główna ulica zwana Ave. C, przechodzi przez całe miasto i to właśnie przy niej są wszystkie sklepy no i oczywiście Saloon's. My wybraliśmy Red Dog Saloon.

Fajny lokalny bar choć nie do końca przypomina Saloon ale można sobie wyobrazić jak to kiedyś było. Podobno mury są z lat 1840-stych i jest to jeden z najdłużej operujących Saloonów. Jak to bywa w barach.....szybko poznaliśmy 2 lokalnych i kelnerkę. Byłam zaskoczona bo prawie każdy tam podróżuje. Jedni bliżej jak San Francisco a inni dalej jak Europa. Fajnie było pogadać. Mam wrażenie, że przez chwilę to my byliśmy większą atrakcją dla nich niż oni dla nas.

Zjedliśmy pizze, wypiliśmy piwko i ruszyliśmy w drogę mijając kolejne stare „miasteczka”. Jedno nawet miało populację 69 ludzi...

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2016.05.25 San Francisco, CA (dzień 5)

Jeżdżenie po San Francisco samochodem to jest naprawdę rozrywka. Chodząc na nogach po tych uliczkach to tak się tego nie czuje, ale jak się jest za kierownicą to wszystko wygląda inaczej.

Nachylenie dróg jest naprawdę duże. Na początku, się zastanawiałem czy mój samochód tu na pewno wyjedzie, albo czy wyhamuje na dole. Najgorsze jest chyba jak się jedzie do góry i się zatrzymujesz na światłach albo w korkach. Wtedy ruszanie do góry musi być bardzo energiczne. Dobrze, że tu nie mają śnieżnych zim, bo jazda by była chyba niemożliwa. Nawet jak deszcz popada to już jest ślisko.

Nawet te nowe automaty (jakim aktualnie jeździmy) ma blokadę na cofanie się do tyłu. Ale chyba producenci nie wzięli pod uwagę nachylenia ulic w tym mieście. Zawsze jak się podniesie nogę z hamulca i naciśnie się gaz, to autko zaczyna się toczyć do tyłu. Jazda biegówką to dopiero musi być zabawa. SF nie jest dużym miastem, coś jak Kraków, prawie milion mieszkańców. Niestety ma słabą komunikację miejską, więc większość ludzi jeździ do pracy samochodami albo taksówkami. Ku mojemu zaskoczeniu nawet nie było dużych korków, a jeździłem o różnych porach dnia. Płynność ruchu pewnie jest spowodowana, że duże korporacje nie mają swoich biur w centrum miasta, a także, że mają luźne godziny pracy. Nikt tutaj nie trąbi. Naprawdę nikt. Przez ostatnie parę dni nie usłyszałem żadnego klaksonu (tylko z tramwajów), a często się zatrzymywaliśmy i szukaliśmy gdzie dalej jechać. Po jeżdżeniu w Nowym Yorku to tutaj na ulicach jest naprawdę cisza

Fajnie też wyglądają samochody zaparkowane na ulicy. Wszyscy mają koła skręcone w stronę krawężnika, w razie jak coś w skrzyni biegów się zerwie, to żeby samochód nie stoczył się na dół. Często można parkować prostopadle do chodnika. Ma to swoje plusy i minusy. Plusem jest, że aż tak nie trzeba się napocić parkując na tych stromych, ciasnych ulicach. Minusem natomiast jest wysiadanie z samochodu. Albo jesteś od dolnej strony, więc musisz uważać jak otwierasz drzwi żeby one nie poleciały i uderzyły w samochód pod tobą. Natomiast jak jesteś po górnej stronie to trzeba mieć trochę siły żeby pod taką górę z autka wysiąść.

Dzisiaj Ilonka miała tylko pół dnia konferencji, więc ja rano poszwendałem się po mieście i później są odebrałem. Dzisiaj jedziemy do Lake Tahoe, 200 mil na północny wschód od SF. Zanim to jednak zrobimy to chcieliśmy coś jeszcze więcej miasta zobaczyć.

Na początek wyjechaliśmy sobie na dwie górki które znajdują się w sercu miasta, Twin Peaks. Ze szczytów rozciąga się wspaniała panorama na całe SF. Oczywiście to miasto jest często pokryte we mgle, tak jak i dzisiaj, mgła często się przewijała przez szczyty, ale nawet czasami udało się coś zobaczyć i pstryknąć jakieś zdjęcie.

Zjeżdżając z góry postanowiliśmy odwiedzić jeszcze jedno ciekawe miejsce, Lands End. Jest to miejsce na samym cyplu południowej części Golden Gate. Skąd rozpościera się widok na cały kanał Golden Gate i na most o tej samej nazwie. Jest tu dużo ścieżek na spacery i na jazdę na rowerze.

Jak się ma szczęście (my niestety nie mieliśmy), to można oglądać jak mgła jest wpychana w ląd przez wiatr tym kanałem i jak otacza most. Dzięki zimnym, północnym prądom oceanicznym i ciepłemu powietrzu z lądu w ciągu paru minut z pięknej, słonecznej pogody może się zrobić gęsta mgła, która zaleje SF.

W sumie to SF ma wiele parków, jest bardzo zielonym i czystym miastem. Jak się jeszcze dołoży te wszystkie parki i góry które znajdują się wokół miasta to dla ludzi co lubią outdoor jest tu co robić. Kto wyznaje zasadę, że płaskie to nudne to proponuje tu zamieszkać.

Już było dużo po południu, a przed nami ponad 4 godziny drogi, więc postanowiliśmy opuścić San Francisco i udać się do Lake Tahoe. Jak wyjeżdżaliśmy z miasta to temperatura była 60F (15C). Gdzieś w połowie drogi, dalej od oceanu, rejony Sacramento, rozciepliło się do 80F (27C), a Lake Tahoe przywitało nas przyjemnymi 40F (4C).

Lake Tahoe zrobiło nam niespodziankę i przywitało mas przepiękną tęczą.

Te rejony są bardzo popularnym miejscem wypoczynku mieszkańców Kalifornii i Nevady, więc ceny hoteli są drogie. A teraz jest jeszcze długi weekend to ceny są jeszcze wyższe. Można znaleźć coś tańszego, ale warunki w jakich się mieszka zostawiają wiele do życzenia. My tu będziemy spać aż 4 noce (wiem, 4 noce w jednym hotelu! Jak dla nas to jest jakiś niespotykany luksus), więc chcieliśmy mieć jakieś znośne warunki i wybraliśmy Marriott Courtyard w Carson City.

Pół godziny samochodem od jeziora, już w stanie Nevada, jest Carson City (stolica Nevady). Można znaleźć ceny hoteli i restauracji znacznie taniej niż nad samym jeziorem. Carson City ma też dwie kolejne zalety. Jest blisko Reno i paru starych, zabytkowych miasteczek w Nevadzie, które zamierzamy odwiedzić. Druga zasada to aklimatyzacja z wysokością. Najszybciej się aklimatyzujesz jak chodzisz wysoko a śpisz nisko. Z tego miasteczka jest kilka fajnych hików. Tak więc jutro nas czeka pierwszy dzień aklimatyzacji z wysokością i dużą ilością śniegu, który jakoś po zimie nie chce topnieć. Po długiej trasie zjechaliśmy z jeziora w dół do miasteczka, wzięliśmy hotel Marriott, wypiliśmy winko z Paso Robles (Tablas Creek) i poszliśmy spać.

Read More
USA: Southwest Darek USA: Southwest Darek

2016.05.23-24 Paso Robles i Sonoma Valley, CA (dzień 3-4)

Kalifornia to nie tylko San Francisco i potężne firmy komputerowe. To też wina i przepiękne parki narodowe.

​Wiadomo, wyjazd ten zorganizowaliśmy pod kątem Ilonki Gogolowej konferencji w SF, ale jak się okazało, że z 3 dni można zrobić 10 to od razu poszły w ruch mapy i planowanie wakacji.
Postanowiliśmy odwiedzić trzy rejony słynne z produkcji win, Paso Robles, Sonoma i Napa Valley. Potem na parę dni pojechać w góry Sierra Nevada w rejon największego górskiego jeziora w północnej Ameryce, Lake Tahoe. Tam pozdobywać parę górskich szczytów a także zakończyć sezon narciarski wiosennymi nartami w Squaw Valley. Potem jak czas pozwoli to jeszcze odwiedzić Reno w Nevadzie i porównać czym się różni od Las Vegas w którym już byliśmy wiele razy.
Planów jak zwykle jest dużo, a co z tego uda się zobaczyć to nie wiemy. Miejmy nadzieję, że wszystko i ładnie na naszym blogu to opiszemy.

​Rozpoczęliśmy od Rejonu położonego 200 mil na południe od San Francisco, Paso Robles. Rejon ten jest słynny z dobrych win i wielu winiarni (ponad 200). Można tu znaleźć dobrej jakości wina w cenie niższej niż te z Napa czy Sonoma.
Pierwsza winiarnia na naszej liście to Turley, znana z dobrych win Zinfandel. Mamy ich parę w sklepie, więc najwyższy czas spróbować ich więcej i może zwiększyć asortyment w naszym sklepie.

​Po 20 minutach jazdy samochodem od hotelu w centrum Paso Robles dojechaliśmy do winiarni Turley. Winiarnie z reguły otwierają od 10 rano, więc oczywiście parę minut po 10 zameldowaliśmy się na parkingu. Ładnie położona winiarnia, otoczona wzgórzami które są oczywiście porośnięte winoroślami.

Testowanie win kosztuje $15 za osobę i jest wliczone około 5 win. Na szczęście pracując w businessie z reguły nic się nie płaci i często jest się lepiej traktowanym. Tak więc po standardowym testowaniu pięciu win ze szczepu Zinfandel zostaliśmy "poczęstowani" kolejnymi winami. Trochę bardziej unikatowymi, innymi, których produkcja jest bardzo mała i raczej nie są one osiągalne w sklepach. Nawet sprawdziłem czy są dostępne w NY i oczywiście, że nie, więc musieliśmy coś zakupić.

Turley słynie z Zinfandela, uważane jest za jedną z lepszych winiarni na świecie produkujących wina z tego szczepu. Piliśmy nawet wina z krzewów która mają 130 lat, one są bardzo unikatowe, a zarazem pyszne, bogate i o złożonym smaku. Szczególnie nam zasmakowało wino z Ueberroth Vineyard. Krzewy winogron do produkcji tego wina były zasadzone w 1885 roku. Super mała produkcja i raczej tylko do dostania w winiarni. Oczywiście butelka leci z nami do NY.

​Następnym naszym celem była winiarnia Tablas Creek. Pół godziny samochodem po osłonecznionych wzgórzach przez winnice i już byliśmy na miejscu. Winiarnia słynie z win produkowanych ze szczepów z doliny Rhone z południowej Francji.

Jak zwykle po przedstawieniu się byliśmy potraktowani jak się należy. Nie dość, że manager otwierał i polewał nam co raz to lepsze wina to za chwilę sam właściciel się pojawił i trochę żeśmy sobie pogadali popijając dobre wina. Ich wina, jak i większość dobrych europejskich win, wymaga jedzenia, więc oczywiście kolejna butelka musiała być zakupiona żeby ją sprawdzić z jakimś dobrym mięskiem.

​Fajne winka, kiedyś mieliśmy je w sklepie, ale jakoś teraz uszły nam uwadze. Oczywiście obiecałem właścicielowi, że postaram się znaleźć półkę na nie w sklepie i wznowimy ich sprzedaż. On ma być w NY w jesieni to obiecał, że nas odwiedzi z nowymi rocznikami.

​Trzecią, ostatnią winiarnią na naszej liście była winiarnia Justin, która jest jedną z większych w Paso Robles.

​Jak to w dużych winiarniach bywa, wielka komercja i zdecydowanie za szybka obsługa. Pięć minut na każdego i następny, następny.... Oczywiście mieliśmy za darmo testowanie win, ale nawet nie było z kimś porozmawiać o nich. Dobre wina, mamy jedno w sklepie, może niektóre za drogie, ale sposób w jaki obsługują klientów nam się nie spodobał. Po pięciu minutach wyszliśmy stamtąd i udaliśmy się na wybrzeże.

​Jechaliśmy bardzo lokalnymi drogami, więc dopiero po godzinie dotarliśmy do drogi numer jeden, która idzie cały czas wybrzeżem Pacyfiku przez całą, długą Kalifornie.
Na dzień dobry przywitały nas zebry. Tak, dokładnie, zebry!!! Nie było to jakieś zoo czy safari, normalnie się pasły na łące razem z krowami.

​Po kolejnych paru milach dojechaliśmy do San Simeon. Malutkiego miasteczka, gdzie główną atrakcją są gigantyczne foki morskie (elephant seal).

Jest tam ich chyba tysiące i naprawdę są potężne. Męskie osobniki dochodzą do 11 stóp długości i ważą do 1600 lb. Większość czasu leżą na plaży i się osypują piaskiem żeby słońce ich za bardzo nie spaliło. Czasami jeden czy drugi głośno zaryczał, albo się bawił z drugim, albo poszedł na chwilę do wody się ochłodzić.

Wiewiórki i chipmunki też często mówiły nam hey i zapraszały na wybrzeże.

​Droga numer jeden jest jedną z najpiękniejszych dróg w Stanach. Ciągle jest przesuwana i zmieniana ze względu na trzęsienia ziemi, sztormy oceaniczne czy usuwania się gruntu. Jechaliśmy nią ponad 200 mil i co zakręt to nam się coś nowego pojawiało.

​W rejonie Big Sur jest tak stromo, że góry prawie pionowo wpadają do oceanu, a tam jeszcze gdzieś tą drogę zmieścili. Fajnie to wszystko wygląda. Szkoda, że nie mieliśmy czasu iść na jakiś hike w góry i to wszystko oglądać z innej perspektywy.

Po drodze też są fajne miasteczka, jak Santa Cruz czy Half Moon Bay. W tym drugim Ilonka znalazła fajny browar z dobrym jedzeniem, Half Moon Bay Brewery, polecamy. Duży wybór własnej roboty piw (zwłaszcza IPA) i dobre jedzenie. Hamburger z Kobe beef czy pieczone kałamarnice były pyszne. Spodobał nam się kelner. Zapytałem się go jak się ma, a on powiedział: żyję w raju. Spytałem dlaczego tak mówi, kelner rozglądnął się i powiedział: pracuje w browarze. Szczęściarz, nie?

​Późno dojechaliśmy do San Francisco, więc jak tylko dotarliśmy do hotelu to szybciutko poszliśmy spać.
Następnego dnia Ilonka miała konferencje Googla, więc cały dzień miałem wolny. Wyznając zasadę, że na wakacjach nie wolno się obijać tylko zwiedzać, odwiozłem rano żonę pod hotel gdzie ma być konferencja, a ja się wybrałem na wycieczkę. Wiedziałem, że szybko nie wróci, Google Ilonkę na pewno zaprosi na jakąś kolacje, więc mogłem pojechać na długą wycieczkę. Wybrałem się do Sonoma.

​Sonoma znajduje się pomiędzy Pacyfikiem a doliną Napa i jest dwa razy większa niż Paso Robles. Jest tak zróżnicowana, że posiada aż 17 pod-rejonów w których są produkowane wina.

​Szybko przejechałem most Golden Gate i po jakiejś godzinie wjechałem do Sonoma. Poszukałem mapy winiarni (jest ich ponad 400) i zabrałem się do roboty. Chciałem trochę połączyć winiarnie ze zwiedzaniem okolic. W Sonomie część winiarni (zwłaszcza tych lepszych), ma tylko testowania jak się wcześniej zamówi wizytę. Oczywiście nic takiego nie robiłem, bo skąd ja mogłem wiedzieć kiedy i gdzie będę. Na szczęście te lepsze mamy w sklepie, więc już nie raz je piłem.

​Rzeczywiście jest tego dużo. Winiarnie są prawie na każdym zakręcie. Skupiłem się na dwóch rejonach, Russian River i Dry Creek Valley. Tak posuwałem się na północ czasami wstępując do winiarni, a czasami tylko przejeżdżając obok. Miałem tylko jeden dzień, więc nie chciałem go całego spędzić w winiarniach. I tak po jakiś paru godzinach dojechałem do Sonoma Lake.

​Piękne sztuczne jezioro, położone w zalesionych górach w północnej Kalifornii. Krótka przerwa nad jeziorem i wyszukiwanie drogi którą się mogę dostać na wybrzeże. Google maps pokazało mi główne drogi, ale przecież one są mało ciekawe. Po głębszych poszukiwaniach znalazłem drogę Skaggs Spring Road, bardzo polecam. Droga jest asfaltowa, ale ma tyle zakrętów, że chyba jeszcze taką nie jechałem.

​Przez około 50 mil cały czas po górach. Do góry i na dół. Na początku była duża tablica ostrzegająca, że przez następne 50 mil nie ma żadnego serwisu, żeby nie jechać żadnymi dużymi samochodami i że duża cześć drogi jest bardzo wąska, tylko na jeden samochód.

​Te 50 mil jechałem przez 2 godziny. Po drodze spotkałem tylko dwa samochody i jakąś ekipę naprawiającą drogę, bo im się ziemia usunęła.
Niestety nie było za dużo ciekawych widoków bo cały czas się jechało lasami. Może i dobrze, bo było naprawdę wąsko i kręto, a potężne drzewa rosły prawie na drodze. Sekunda nieuwagi i ....... a tu nie ma serwisu na komórki.
I tak po dwóch godzinach dotarłem do Pacyfiku. Ponad 100 mil na północ od SF.

​Tutaj też idzie ta słynna droga numer jeden, którą już jechałem do samego San Francisco. Ciągle oczywiście się zatrzymując i podziwiając widoki. Super, bo prawie ludzi nie było, więc całe wybrzeże należało do mnie i dosyć dużej ilości rowerzystów, którzy na swoich high-tech kolarzówkach bezszelestnie mknęli drogą.

​Trochę inne wybrzeże niż na południe od SF. Mniejsze góry, więcej lasów, też pięknie. Podobały mi się skały które wystawały z wody, tworząc takie małe, pojedyncze, skalne wysepki na których ptactwo odpoczywało po obfitym łowieniu morskich żyjątek. To się dopiero nazywa świeże sushi!!!

​Był już prawie wieczór, a ja dalej tylko po śniadaniu. Postanowiłem zrobić sobie w nagrodę ucztę i znalazłem lokalny In-n-Out. Animal style jak zawsze smakował wyśmienicie.

​Ilonka w tym czasie była zaproszona przez Google do jednego z najlepszych steakhouse w San Francisco, Osso Steakhouse. Taki steak, dry aged z dobrym winem na pewno smakuje wyśmienicie, ale dwa podwójne, hamburgery animal style z dobrym, świeżym IPA też były pyszne.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.22 San Francisco, CA (dzień 2)

Na dzisiejszy dzień mieliśmy zaplanowaną największą atrakcję w San Francisco czyli wyspę Alcatraz. Alcatraz znane jest jako najbardziej surowe więzieine w Stanach. Istnieje nawet powiedzenie: „If you break rules you go to prison, if you break prison rules you go to Alcatraz.” (Jeśli złamiesz prawo idziesz do więzienia, jeśli złamiesz prawo więzienia – idziesz do Alcatraz).

Na wyspę Alcatraz można tylko dopłynąć statkiem. Jest tylko jeden statek któy daje Ci możliwość wejśca na ląd. Inne wycieczki tylko opływają wyspę. Tak więc upewnij się, że zarezerwowałeś swoją wycieczkę przez http://www.alcatrazcruises.com/

Nasz rejs odpływał o 10:30 rano tak, że mieliśmy czas na zwiedzenie pier 39 i zjedzenie tam śniadania. Pier 39 słynie głównie z fok, które się tam wylegują. Foki tak sobie upodobały to miejsce, że ludzie zrobili im drewniane pływające platformy. Na szczęście byliśmy tam wcześnie rano i jeszcze nie było dużo ludzi więc spokojnie mogliśmy sobie porobić zdjęcia. Popołudniu musi tam być masakra.

Na śniadanie wybraliśmy Eagle Cafe. Na jakimś blogu wyczytałam, że wśród tych wszystkich turystycznych restauracji jak Hard Rock Cafe przy Pier 39, Eagle Cafe jest najbardziej lokalna. Rzeczywiście, nie żałujemy wyboru. Jedzenie było pyszne a obsługa bardzo miła. Mieli nawet pozycję Polish Sausages (polska kiełbasa) ale niestety nie przypominała, prawdziwej polskiej kiełbasy. Za to Eggs Benedicts z Crab Cake były bardzo dobrym wyborem.

W końcu przyszedł czas na rejs. Nasz statek wypływał z pier 33 więc po krótkim spacerku ustawiliśmy się w kolejce. Wyspa Alcatraz nie zawsze była więzieniem. Na początku mało atrakcyjna i omijana przez większość, w czasach gorączki złota została przerobiona na fort. Dopiero w latach późniejszych wyspa została przerobiona na najbardziej strzeżone więzienie. Alcatraz było więzieniem już od 1859 roku z różnymi przerwami. Jednak od 1934 roku więzienie to stało się najbardziej strzeżonym więzieniem o największym rygorze. Dla bezpieczeństwa wizyty w więzieniu były bardzo limitowane i to pewnie sprawiło, że powstawały plotki o okropnych warunkach życia. Pomimo, że Alcatraz było najbardziej strzeżoną budowlą w Stanach jak i nie na świecie to warunki życia nie były najgorsze. Jedzenie było dobre a sam budynek dość czysty. Więzienie zostało zamknięte w 1963 roku ze względu na duże koszty utrzymania. Po tym okresie było wiele pomysłów jak wykorzystać wyspę. Jedni chcieli otworzyć tam molo handlowe, Indianie chcieli aby ta ziemia została im zwrócona. Na szczęście ostatecznie ziemia została w rękach rządu amerykańskiego i cały obszar został przekształcony na muzeum.

Na wyspie można spędzić tyle czasu ile się chce. Znajduje się tam nie tylko główne więzienie ale też budynek starego fortu i ruiny domów. Część pracowników więzienia wraz z rodzinami mieszkali na wyspie i prowadzili tam normalne życie. Tak więc zachęcam pochodzić i spędzić tam troszkę czasu.
Najważniejszy i najlepszy budynek to jest jednak Cell House (główny budynek więzienia). W ramach biletu zapewnione jest audio tour w paru językach. Normalnie nie jestem zwolenniczką słuchania nagrania jak oglądam jakieś muzeum. To nagranie jest jednak bardzo dobrze zrobione, opowiada o życiu w więzieniu jak i o próbach ucieczki i powstaniu więźniów. Bez tego chodzenie po muzeum jest możliwe ale nie aż tak ciekawe. Tak więc zdecydowanie polecamy wziąć audio tour na którym można również usłyszeć prawdziwe zeznania więźniów jak i odtworzone odgłosy dnia codziennego.

Chodząc po więzieniu dowiedzieliśmy się o znanych więźniach którymi byli Al "Scarface" Capone, "Doc" Barker, Alvin "Creepy" Karpis, George "Machine Gun" Kelly, Floyd Hamilton i Robert Stroud "Birdman of Alcatraz". Widzieliśmy cele więźniów, te lepsze gdzie docierało światło i można było przez okna oglądać świat zewnętrzny i te gorsze z podwójnymi drzwiami gdzie tylko mały promyk światła wpływał. Do niektórych mogliśmy wejść i choć przez sekundę poczuć to co więźniowie....choć to nigdy nie jest miłe doświadczenie.

W Alcatraz oczywiście było dużo ludzi ale każdy chodził sobie we własnym tempie i nawet tak bardzo nam to nie przeszkadzało.

Do dziś nie wiadomo czy ktokolwiek, kiedykolwiek uciekł z więzienia. Była jedna próba i trzech więźniów dotarło na dach budynku i wskoczyło do wody. Natomiast nigdy nie potwierdzono czy zginęli w lodowatej wodzie czy jednak udało im się dostać do Ameryki Południowej czy Meksyku. Podobno w więzieniu dość intensywnie uczyli się języka hiszpańskiego. Opowiadanie w głośnikach prowadzi nas do odpowiednich cel i możemy zobaczyć dokładnie przez którą dziurę uciekli i którymi rurami wdrapali się na dach budynku.

W więzieniu było też powstanie. No bo co Ci ludzie mieli do stracenia. Oni tak czy siak mieli umrzeć czy to w więzieniu czy w czasie ucieczki. Tak, że próbowali non-stop. Chodząc po budynku, słuchając nagrania i widząc te małe detale na które głos w słuchawkach każe nam zwrócić uwagę, można naprawdę wyobrazić sobie przebieg wydarzeń.

Więzienie to nie tylko więźniowie. To też strażnicy, którzy mieli rodziny i prawdziwe życie. Część z nich mieszkała na wyspie, część dopływała codziennie łódką. Na nagraniu jest głos dziewczynki, której tata był dyrektorem więzienia Która opowiadała o swoim domu. O tym jak się bawiła tuż przed budynkiem więzienia i tylko czasem słyszała głosy więźniów, którzy się buntowali od czasu do czasu.

Spędziliśmy na wyspie ponad 2h. Zdecydowanie polecamy to miejsce każdemu bo nie da się tego opisać nie będąc tam.

Pomimo, że dziś wieczorem planowaliśmy jechać do Paso Robles to nadal chcieliśmy zobaczyć trochę miasta. Tak więc będąc już na wybrzeżu podeszliśmy do Fisherman's Wharf. Jest to chyba najbardziej turystyczne miejsce z dużą ilością restauracji i sklepów z pamiątkami. Wśród tych wszystkich sieciowych restauracji jak Applebees, In-n-Out, McDonald etc. udało nam się znaleźć knajpkę Chowder Hut. Każde miasto ma swoje unikatowe jedzenie. Zazwyczaj nie jest to najlepsze jedzenie ale potrawa za którą tęsknisz jak tylko opuścisz miasto. Dla San Francisco taką potrawą jest zupa Clam Chowder serwowaną oczywiście w bułce. Miejsce, które znaleźliśmy serwuje zupę jak i inne owoce morza i pomimo, że jest bardziej restauracją typu fast-food to zupa była bardzo dobra.

Na Fisherman's Wharf jest dość ciekawe muzeum, Musee Mecanique. Jest to muzeum zabawek na monety. Najstarszy obiekt jest z roku 1889 i po wrzuceniu monety pokazuje obrazki jakby się ruszały. Zabawka ta pokazywała dziewczynkę skakającą na skakance. Proste i teraz wydaje nam się banalne ale prawie 130 lat temu to była wielka technologia.

Samo muzeum jest za darmo ale ponieważ wszystkie zabawki są na monety to ludzie wymieniają dolary na 25 centów i grają. Fajna zabawa dla wszystkich a jednocześnie edukacja czym zachwycali i bawili się nasi przodkowie.

Jest tam dużo maszyn przepowiadających przyszłość....mi wyszło, że będę popychadłem... LOL....można też iść na maszynę która powie ci jak dobra jesteś w łóżku albo zacznie się po prostu z ciebie śmiać. Nas bardziej interesowały flipery i stare poczciwe Atari.

Niby nie pozorne muzeum a jednak tyle frajdy. Cieszymy się, że weszliśmy do tego nie pozornego hangaru. W końcu przyszedł czas powrotu. Zaczęliśmy się kierować w kierunku hotelu spacerkiem. Ponieważ jednak byliśmy na wybrzeżu tak, że nasz spacer przemienił się w hike. Chyba każdy kojarzy strome ulice San Francisco. Zdecydowanie niezły trening przed hikiem. Tylko pomyśl, że mieszkasz w tym mieście i prawie w ogóle nie ma metra czyli częściej idziesz na nogach. Chyba każdy jest tu nieźle wysportowany.

Po drodze minęliśmy słynną, zakręconą Lombard street. Masakra....było tam tyle ludzi którzy robili sobie selfie, że szybko stamtąd uciekliśmy na Macondary Lane. Zdecydowanie przyjemniejsza uliczka, żeby się przejść. Ulica ta jest zamknięta dla ruchu samochodowego i jest mieszkalną uliczką, pełną drzew i ładnych widoków na zatokę.

Tak zakończyliśmy zwiedzanie San Francisco. Zostało jeszcze parę miejsc, które chcemy zobaczyć. Może wieczorem po konferencji się jeszcze gdzieś przejdziemy, może w drodze powrotnej uda nam się zrobić hike z widokiem na Golden Gate Bridge. Póki co jedziemy na jedną noc do Paso Robles poszukać nowych win do sklepu a potem dwa dni pracy – przynajmniej jak dla mnie.

Read More
USA: Southwest Ilona USA: Southwest Ilona

2016.05.21 San Francisco, CA (dzień 1)

Google zrobiło mi prezent i zorganizowało konferencję zaraz przed długim weekendem. Mój szef zrobił mi drugi prezent i mnie na nią wysłał. Tak więc grzechem by było nie wziąć 3 dodatkowych dni wolnych i spędzić 10 dni w California. Nie ma to jak wakacje połączone z pracą. Przyjemne i pożyteczne a do tego bilet jest na koszt firmy. Konferencja jest w San Francisco więc od tego miasta zaczniemy zwiedzanie.

Nie tracąc czasu wzieliśmy samolot wcześnie rano i już o 10 wylądowaliśmy w SF. Byliśmy już wcześniej w tym mieście ale nie wystarczająco długo aby go tak naprawdę zwiedzić. Jednak z tego co go widziałam i o nim czytałam to jest to miasto do którego mnie ciągnie, do którego nawet rozważam się przeprowadzić. Zobaczymy jakie wrażenia będę mieć pod koniec pobytu i czy spodoba mi się bardziej niż NY.

San Francisco jak i cała dolina krzemowa jest najbardziej kojarzona z firmami jak Google, Facebook, Dell, Apple. To w tym rejonie powstają największe pomysły, tworzy się najwięcej start-up'ów a cały świat patrzy co nowego wymyśliła Dolina Krzemowa. San Francisco już wcześniej zyskało swoją sławę. Miasto pomimo że założone zostało w 1776 roku swój największy przyrost ludności miało w okresie Gorączki Złota (1849). W tym okresie jego populacja wzrosła z 300 ludzi do ponad 20tys. Tak nagły wzrost sprawił, że San Francisco stało się największym miastem na Zachodnim wybrzeżu. W późniejszych latach San Francisco zyskało swoją sławę jako najbardziej liberalne miasto. Każdy kojarzy dzieci kwiaty, hippis'ów itp. To właśnie tu zapoczątkowała się cała rewolucja seksualna.

My rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta od poszukiwania miejsca na lunch. Na mojej liście miałam dwa bary Saloon i Condor...oba okazały się zbyt lokalne. Condor był bardzo modnym klubem w latach 80-tych. Jest ciekawa historia związana z tym klubem. W 1983 roku ochroniarz klubu chciał mieć seks z kelnerką. Tak więc oboje zostali po godzinach i zaczęli się kochać na pianinie. Niestety w czasie stosunku poluzował się hydrauliczny przełącznik i pianino podniosło się pod sam sufit. Mężczyzna zginął na miejscu przygnieciony do sufity natomiast kobieta przeżyła ale została znaleziona dopiero nad ranem kiedy to reszta pracowników przyszła do pracy.

Saloon wyglądał bardziej na lokalną spelunę więc zdecydowanie nie chcieliśmy tam jeść. Ogólnie w San Francisco jest bardzo dużo bezdomnych. Nie zatrzepiają cię i w sumie nie żebrają ale jakoś tak nie do końca jest to przyjemne. Tak więc wylądowaliśmy we włoskiej knajpce i zjedliśmy pizze. Drugim minusem San Francisco jest komunikacja miejska. Metro jest tu bardzo małe i ciężko jest nim dojechać w każdy zakątek. Często trzeba gdzieś podejść. Tak więc i my poszliśmy na spacerek w kierunku Pier 1-3. Sam pier 3 jest dość ładny i jest to molo więc można wyjść w morze.

Jest to też miejsce dla wędkarzy. My mieliśmy szczęście bo jeden pan złowił rybę płaszczkę. Myślę, że będzie ją jadł bo spędził dobre parę minut wyciągając haczyk z niej a potem nie wrzucił jej do wody z powrotem. Biedna rybka.

Niedaleko portu jest Market street. Na której to spotykają się tramwaje, stare tramwaje (street car) i metro. San Francisco nie ma najlepiej rozwiązanej komunikacji miejskiej. Mają co prawda wszystkie rodzaje transportu: tramwaj, metro, autobusy, trolejbusy no i oczywiście słynne street car (na zdjęciu).

Problem jednak polega na tym, że metro ma mały zasięg i pomimo, że mają 4-5 linii to przez dłuższy odcinek one jadą tym samym tunelem. Autobusów jest dużo ale one z kolei muszą stać w korkach. Zostają tramwaje, których nie wypróbowaliśmy ale też mam wrażenie, że nie dojeżdżają w każde miejsce.

Tak więc my wzięliśmy metro, które jest krótkie – ma tylko 2-3 wagoniki ale dość szybko zawiozło nas pod park Golden Gate. Od przystanku do parku mieliśmy parę minut do przejścia ale trafiliśmy na bardzo ciekawą dzielnicę. Dzielnica była pod tytułem „make love not war”. Na drzwiach i oknach było dużo znaków pokoju, widać było parę miejsc gdzie uczą Cię medytacji i innych duchowych przeżyć. Ogólnie dzielnica czysta (tak jak i całe miasto), ciekawa i ładna.

Park Golden Gate jest 20% większy od Central Parku w New York. Kształtem i funkcjonalnością zdecydowanie przypomina Central Park. To co mnie zaskoczyło to ilość samochodów. Dużo jest tam dróg a ludzie przyjeżdżają samochodami do parku. Widać, że w SF prawie każdy ma samochód a nie jak w NY. Park ma do zaoferowania wiele atrakcji, jeziora, muzeum, japoński ogród, botaniczny ogród i wiele więcej. Myśmy doszli tylko do jeziora (czyli przeszliśmy 1/3 parku).

Jezioro znów zaoferowało nam parę atrakcji z dziedziny natura. Samo otoczenie jest piękne i można się tam zrelaksować, do tego jest tam dużo kaczek i złówików. Widzieliśmy nawet jak jedna kaczka złapała i połknęła całą rybę. Byliśmy w szoku, że taka mała kaczka połyka taką duża rybę i to w całości. Niestety akcja była tak szybka, że nie zdążyłam zmienić obiektywu. Z moim zapłonem udało mi się tylko zrobić zdjęcie leniwych żółwi.

W parku można spędzać godziny ale my byliśmy umówieni na kolację ze znajomymi więc musieliśmy wracać do hotelu. Wieczorem spotkaliśmy się z moim kolegom, który się przeprowadził z NY do SF. Cleo jak to Cleo zna wszystkich więc szybko zaczęło się przewijać dużo więcej ludzi. Najpierw poszliśmy do restauracji japońskiej. Na pierwszy rzut oka całkiem przyjazne miejsce. Z dużym wyborem whiskey, ciekawym jedzeniem i miłą atmosferą. Nihon Whiskey lounge był położony blisko centrum ale w bardziej mieszkalnej dzielnicy. Podobno słynie z dobrych happy hours. I rzeczywiście, drinki i jedzenie miały dość dobre ceny na promocji...natomiast my, niedoświadczeni zamówiliśmy piwo. I tu niespodzianka. Małe piwo kosztowało $12. Upsss......troszkę się przestraszyliśmy jak zobaczyliśmy rachunek. Dobrze, że nie siedzieliśmy tam za długo i przenieśliśmy się do Browaru, Southern Pacific. Zdecydowanie tańsze miejsce. Dobre piwa, które robią na miejscu, bardzo dużo lokalnych i można nawet coś przekąsić. Darkowi się bardzo spodobał dress code. Ponieważ w San Francisco jest bardzo dużo ludzi pracujących w e-commerce, IT i innych technologiach to ogólnie panuje luz. To nie to co NY i krawaty i garnitury. Tutaj najpopularniejszym strojem są jeansy i bluza z kapturem. W SF temperatura jest dość stabilna przez cały rok ale czasem zawieje wiatr więc bluza się przydaje. I tak chodzi się cały dzień. Do pracy, do baru czy do restauracji.

Tak minął nam wieczór. Do browaru przychodziło coraz to więcej znajomych Cleo bo ktoś tam miał urodziny tak, że fajnie było porozmawiać z lokalnymi, zobaczyć jak żyją. Bardzo fajni i wyluzowani ludzie. Większość z nich pracuje w tak zwanych start-upach. Czyli nowych projektach, które mają inwestorów więc na początku dużo płacą, mają fajną atmosferę pracy, są dość elastyczne jeśli chodzi o godziny pracy. Tak więc łatwo ściągają młodych ludzi i dają im dość duże pieniądze. Jednak po paru latach przychodzi czas prawdy. Albo projekt się uda i będzie wielkim sukcesem jak Facebook albo zniknie i ludzie o nim zapomną. Wtedy dla pracowników przychodzi czas na kolejny start-up. I tak się wszystko kręci. Dlatego San Francisco jest dość drogie, ceny mieszkań są porównywalne lub nawet droższe niż w New York, podobnie jest z całą reszta. Jednak jak pracujesz w e-commerce to sobie fajnie żyjesz bo odpowiednio zarabiasz.

Read More

2015.12.28 Death Valley, CA (dzień 4)

Ostatni (czwarty) dzień naszej wyprawy też cały spędziliśmy w dolinie śmierci. Samolot mamy dopiero wieczorem z Vegas, więc chcemy wykorzystać każdą chwilę w tej pięknej krainie.

Była już depresja i potężne pokłady soli, był już hike na najwyższy czyt, wulkany, kaktusy, wyschnięte jeziora, dzisiaj pora na kaniony, wydmy i opuszczone miasteczka, zwane ghost town.

Park ma dziesiątki a może i nawet setki kanionów. Wiele z nich jest położonych w odległych górach i żeby się do nich dostać to albo trzeba mieć fajny samochodzik 4x4, albo dłuuuugo iść na nogach. Oczywiście każdy kanion to godziny na jego odkrywanie, a my niestety nie przyjechaliśmy tutaj na miesiąc (a szkoda), więc wybraliśmy dwa. Titus kanion i Mosaic kanion.

Titus kanion jest bardzo specyficzny. Cały można przejechać samochodem. Jego długość to prawie 20 mil. Przez jego dno przebiega off-road "droga", która jest miejscami tak kręta i wąska że można tylko jechać w jednym kierunku i nie wolno jechać z żadnymi przyczepami albo dużymi samochodami. Myślałem, że miejscami będę musiał składać lusterka, ale nawet się obyło bez tego.

Przed samym wjazdem na szutrową drogę Leadfield Rd jest ghost town, Rhyolite

Świetność miasteczka przypada na początek 20 wieku. Wtedy to, tutaj zostało odkryte złoto. W błyskawicznym tempie na pustyni tysiące poszukiwaczy złota osiedliło się. Miasteczko w ciagu dwóch lat urosło nawet do 5 tysięcy mieszkańców. Miało elektryczność, wodę, szkołę, szpital, drukarnie, operę, a nawet dom maklerski. Zbudowano też kolej. Oczywiście jak to w Nevadzie, otworzono tam ponad 50 saloonów, kasyna i domy publiczne.

Po paru latach złoto się skończyło, więc i miasteczko zaczęło upadać. W 1920 mieszkało tam już tylko 14 osób , w 1922 tylko jedna osoba, która umarła dwa lata później w wieku 92 lat. Przez dwa lata miała całe miasto dla siebie.

Opuszczamy "cywilizację" i jedziemy w góry. Wspinamy się po wertepach do góry aż do red pass (czerwonej przełęczy).

Ciekawą, pustynno-skalistą drogą wznieśliśmy się o 2000 stóp i wyjechaliśmy na czerwoną przełęcz, na wysokość 5250 ft. Dobrze, że jeszcze nie było śniegu, bo były odcinki które były bardzo wąskie i strome, a i też przepaście były konkretne. Było trochę samochodów na trasie. Nawet jeden pan przyjechał tutaj z Los Angeles swoim Lexusem SUV. Potem jak z nim rozmawiałem to mówił, że nawet było OK, choć miejscami by mu się przydał lepszy samochód.
Nam by było chyba szkoda jechać naszym samochodem w takie tereny, a i pewnie trochę bym się bał.

Na przełęczy można zostawić samochód i dalej się wspinać na nogach w góry. Nie ma szlaków, ale po śladach ludzi widać że wielu znalazło tu swoje ścieżki.
Nam oczywiście czas nie pozwalał na taką zabawę, więc zaczęliśmy pomału (bardzo pomału) zsuwać się parotonowym Fordem w dół, w kierunku Titus kanionu. Zaletą dużych silników jest to, że nawet taką krowę jaką jest nasz samochód pierwszy bieg utrzyma i hamulce używałem tylko wtedy jak się chciałem zatrzymać na zdjęcie, albo już było ostro w dół z dużymi kamieniami.

Zanim jednak wjechaliśmy w kanion dojechaliśmy do kolejnego wymarłego miasteczka. Leadfield ghost town. To miasteczko nie było aż tak duże jak poprzednie. Mieszkało tam maksymalnie 300 osób. Ludzie w większości mieszkali w namiotach i paru blaszanych chatkach. W 1927 roku złoto się skończyło więc i miasteczko też.

Od Leadfield ściany kanionu zaczęły się robić coraz to wyższe i stawało się coraz to węziej. Po kolejnych paru milach było już tak wąsko że słońce już nie docierało na dno.

Byliśmy już w kilku wąskich kanionach, ale nigdy nie samochodem. Trochę inne zwiedzanie. Można pokonać znacznie większe odległości. Tak jak pisałem, kanion ma prawie 20 mil długości. W ciągu jednego dnia było by to niemożliwe do zwiedzenia. Często były też szersze miejsca, gdzie można się było bezpiecznie zatrzymać, porobić zdjęcia, czy ponagrywać.

Po około godzinie naszym oczom ukazała się potężna polana, co oznaczało, że tutaj kanion się kończy. Był tam też parking, gdzie stało trochę samochodów, ale one niestety nie mogły wjechać z tej strony bo kanion jest jednokierunkowy.

Z parkingu w dół jakieś 3 mile i już dojechaliśmy do asfaltu. Jaka ulga, jak cicho, nic nie trzepie. Jednak po paru godzinach jazdy off-road asfalt to jest świetny wynalazek.
Nasz następny cel to Mosaic kanion.

Jakieś pół godzinki jazdy i już byliśmy u wrót kanionu. Kanion jest ogólnie dostępny i łatwy, więc niestety ludzi też było dużo. Wziął nazwę od formacji skalnych, które układają się w mozaikę. Samochód zaparkowaliśmy pod kanionem i ruszyliśmy.

Kanion nie jest długi, jakieś parę mil. Po około dwóch milach ma suchy wodospad który niestety nie da się przejść i trzeba zawracać. Chyba że ma się sprzęt do wspinaczki to można iść dalej. Myśmy oczywiście nie mieli sprzętu, więc wróciliśmy. Kanion ma wąskie i szerokie odcinki. Niektóre miejsca są tak wąskie, że można naraz dwóch ścian rękami dotykać. Wcześniej wyczytaliśmy, że można wracać górami. Tak też uczyniliśmy. Trochę musieliśmy się powspinać na ściany kanionu, ale było warto. Widoki były odlotowe. Widać było cały kanion i wydmy do których się udawaliśmy.

Tu już nie było nikogo. Całe góry nasze. Uwielbiamy to. Szybko granią przeszliśmy na parking i udaliśmy się na kolejną atrakcję, Mesquite Flat wydmy.

Mesquite Flat wydmy nie są największe w parku, ale są najbardziej popularne. Ich maksymalna wysokość to jakieś 100 stóp (30 metrów). Chcieliśmy pojechać na Eureka wydmy, ale niestety czasu nam brakło. Są bardzo oddalone na północ i trzeba jechać godzinami żeby tam się dostać. Ich wysokość dochodzi nawet do 680 stóp (ponad 200 metrów). Na nie oczywiście trzeba wyjść, a to już się robi wyprawa na cały dzień. Planujemy wrócić do tego raju, więc na 100% je odwiedzimy.
Mesquite Flat wydmy są wciąż potężne. Można godzinami je zwiedzać. Iść przed siebie w nieskończoność. Zgubić się raz czy dwa.
W lato raczej tu nie można chodzić. Temperatura powietrza dochodzi do 130F (55C), a piasek się nagrzewa do 160F (70C), można dostać lekkiego poparzenia. Pobiegaliśmy, porobiliśmy zdjęcia i wróciliśmy do samochodu.

Wracając z parku do Vegas odwiedziliśmy jeszcze jedną atrakcję. Chyba jedno z najbardziej odwiedzanych miejsc w Death Valley, Dante's view.

Samochodem po drodze asfaltowej można wyjechać na 5,476 stóp (1,669m). Ze szczytu jest przepiękny widok na całą dolinę i góry Panamint, gdzie znajduje się Telescope peak.
Miejsce szczególnie polecamy, łatwo można się do niego dostać, a widoki są powalające. Szczególnie jest polecane w godzinach rannych, kiedy słońce jest za plecami i super wszystko oświetla. Oczywiście z tego miejsca jest wiele ścieżek, które prowadzą na sąsiadujące górki, gdzie można podziwiać Dolinę Śmierci z innej perspektywy.

W tym miejscu kończy się nasza cztero-dniowa przygoda z Doliną Śmierci. Przepiękna, bardzo zróżnicowana kraina. Każdy, kto lubi naturę, lubi odkrywać nowe miejsca, na pewno znajdzie coś tutaj dla siebie. Myśmy byli tylko 4 dni w tym parku, stanowczo za mało, a i tak przejechaliśmy 1,200 mil (2,000km). Obszarowo jest to największy park w Stanach (poza Alaską). Ten park stanowczo pobija parki na Alasce systemem dróg. O wiele łatwiej można się po nim poruszać. Można dojechać do wybranego miejsca, a stamtąd już na nogach dalej go odkrywać. W Parkach na Alasce jednak musisz dużo miejsc odkrywać idąc na wielodniowe hiki. Ma to oczywiście swoje plusy, ale jeszcze więcej potrzebujesz czasu.

Dużo dróg to jednak drogi off-road gdzie podróżowanie zwykłym samochodem staje się mało atrakcyjne i niebezpieczne, a w większości przypadków po prostu niemożliwe. Napęd 4x4 z blokadami, wysokie zawieszenie, dobre, duże opony do jazdy po ostrych kamieniach to podstawa. Oczywiście mapy, GPS, ciepłe ubranie, woda i jedzenie też powinny znajdować się w samochodzie. W większości miejsc telefony komórkowe nie działają, a jednak samochód może się zepsuć. I jak już nikt dzisiaj nie pojedzie tą drogą żeby wezwać pomoc, to trzeba jakoś przenocować na tym odludziu, a noce mogą być zimne.
Widywaliśmy fajne samochody przygotowane do jazdy po tej krainie. Podniesione zawieszenie, potężne opony z grubym bieżnikiem, dwie takie same zapasowe, kanistry z paliwem na dachu....
Planujemy tutaj wrócić. Jeszcze wiele nie odkryliśmy, dużo zostało miejsc, które obowiązkowo są na naszej liście. Przez 4 dni można zobaczyć dużo, ale jak na tak duży obszar to dalej za mało. Myślimy że kolejnym razem tydzień powinien nam wystarczyć.
Oczywiście nie może to być w lato, tutaj jest za gorąco. Sezon na zwiedzanie Doliny Śmierci zaczyna się pod koniec października i trwa do kwietnia.

Przed przyjazdem tutaj słyszeliśmy, że Dolina Śmierci to także raj dla fotografów. Zdecydowanie potwierdzamy tą teorię, więc Ilonka latała w kółko z aparatem pstrykając setki zdjęć.

Read More